poniedziałek, 10 lutego 2020

Jadwiga Postrożna: Głęboko zrozumieć rolę /wywiad/

Rozmawiam z Jadwigą Postrożną - wspaniałym mezzosopranem Opery Wrocławskiej - o jej odkrywaniu swojego powołania, o tym,  jakie niespodzianki mogą się przytrafić z własnym głosem, a także jak powstaje sceniczna postać. 

Jadwiga Postrożna, fot. Małgorzata Chrastek

Jak wygląda dzień śpiewaczki operowej? Wstaje Pani rano i rozpoczyna dzień jakąś arią - pogodną lub smutną - w zależności od nastroju. Czy odnajduje się Pani w takim scenariuszu?

Jadwiga Postrożna: (śmiech) Żaden normalny śpiewak nie zaczyna dnia od śpiewania arii! Ale rzeczywiście muzyka ciągle mnie zaprząta. Teraz pracuję nad rolą Carmen, więc mam w głowie arie i duety z tej opery.

Celowo zadałam takie prowokacyjne pytanie, bo zapewne większość zwykłych zjadaczy chleba tak to sobie wyobraża. A tymczasem diva operowa zupełnie inaczej zaczyna dzień - jak?

Najzwyczajniej w świecie: parzę kawę, robię makijaż i wcale przy tym nie śpiewam, bo wiem, że sąsiedzi tego nie lubią. Zresztą wcześniej także tego nigdy nie robiłam. Rano daję mojemu organizmowi czas na to, aby się obudził w sposób naturalny.

A czy słucha Pani muzyki? Ja na przykład lubię mieć do wszystkiego "muzyczny podkład" - inny do śniadania, inny do domowych prac - lepiej mi wówczas wszystko przychodzi i wprawiam się w odpowiedni nastrój.

Słucham dużo muzyki operowej, ale przede wszystkim wtedy, kiedy uczę się jakiejś roli. W ten sposób, obcując z nagraniami dobrych śpiewaczek, przygotowuję się do występu. Dzięki temu także mój aparat dźwiękowy rozgrzewa się w prawidłowy sposób.

Jadwiga Postrożna w Kandydzie L. Bernsteina w Operze Wrocławskiej,
fot. Jacek Tyszkiewicz

Kiedy poczuła Pani, że ma piękny i mocny głos i że śpiewanie sprawia Pani radość?

Prawdę mówiąc, nie miałam świadomości swojego głosu. Odkryła go dopiero pani prof. Małgorzata Miecznikowska-Gurgul, do której pojechałam na konsultacje, zachęcona przez kolegę, który twierdził, że mam operowy głos. Zaśpiewałam wówczas Pieśń wieczorną Stanisława Moniuszki i okazało się, że potrafię w sposób naturalny zaśpiewać ją operowo. Trafiłam do szkoły muzycznej w Nowym Sączu, a potem dostałam się do Akademii Muzycznej we Wrocławiu, do klasy pana profesora Tadeusza Pszonki.

Mezzosopran, którym Pani dysponuje, to rodzaj głosu o dużej skali, znacznie większej niż np. sopran, a więc daje większe możliwości interpretacji. Jak Pani pracuje nad głosem i czy jego barwa jest czymś wrodzonym, czy też zmienia się z czasem?

Zanim ukończyłam trzydzieści lat, pani profesor Helena Łazarska powiedziała do mnie na jakimś kursie wokalnym: "Dziecko, dopiero po trzydziestce zobaczysz, jakim jesteś głosem". Na studiach uważano, że jestem sopranem, ale zawsze wolałam śpiewać niższą tessiturą i od czasu do czasu pójść w górne rejestry. Kiedy przekroczyłam trzydziestkę, zapadłam na poważną chorobę gardła i ważyły się losy nie  tylko mojej śpiewaczej kariery. Nie było wiadomo, czy w ogóle będę mówiła! Był to mój pierwszy rok pracy w Operze Wrocławskiej, więc spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba. Kiedy jednak zdystansowałam się do lekarskiej diagnozy i uznałam, że Pan Bóg nade mną czuwa i będzie jak ma być, wówczas po prostu znowu zaczęłam śpiewać. Mało tego, poczułam, że mój głos się zmienił – stał się wyższy i poczułam, że mam większe możliwości i większą łatwość śpiewania górnych partii. Widzę to po roli Santuzzy w Cavalleria Rusticana P. Mascagniego, którą śpiewam prawie od początku mojej pracy w Operze Wrocławskiej, a więc ok. siedem lat. Obecnie wykonuję tę rolę w Stadtheatre Bremerhaven i odkrywam ją ponownie – czuję, że jest dojrzalsza. Podobnie jest z głosem: przy odpowiednim doborze repertuaru rozwija się. Sprawia mi to wielką radość, że nie stoję w miejscu, ale cały czas odkrywam coś nowego.


Jadwiga Postroż jako Santuzza, Cavalleria Rusticana, Stadtheatre Bremerhaven,
fot. z archiwum Stadttheatre Bremerhaven

W filmie dokumentalnym Toma Volfa Maria Callas artystka twierdzi w jednym z wywiadów, że nigdy nie śpiewa tak samo, bo dojrzewa wraz z rolami i jej życiowe doświadczenia także odciskają swoje piętno na śpiewanych rolach. Muszę w tym miejscu podziękować Pani za to, że "oswoiła" mnie z operą, która długo wydawała mi się sztuczna. Dopiero po obejrzeniu Trubadura przekonałam się, że najbardziej idiotyczne libretto przestaje być przeszkodą wobec pięknej i wiarygodnej interpretacji roli. A tak było w przypadku granej przez Panią Cyganki Azuceny. Zrozumiałam wtedy, jak ważny jest śpiew, który coś we mnie porusza i jestem Pani za to bardzo wdzięczna. Pani Azucena była prawdziwa i dojrzała, a jej rozpacz wiarygodna. Jak udało się Pani to osiągnąć?


Kiedy pracowałam nad rolą Azuceny, znałam ją tak dobrze, że mogłabym ją zaśpiewać nawet wówczas, gdyby mnie obudzono w środku nocy, mimo że nie jest łatwa. Łotewski reżyser Andrejs Žagars, niestety nieżyjący, pracował ze mną bardzo intensywnie. W jednej ze scen był ze mnie ciągle bardzo niezadowolony i ciągle powtarzał, że gram źle, niewiarygodnie, przedrzeźniał mnie nawet, abym zrozumiała, o co mu chodzi, ale w taki sposób doprowadzał mnie do rozpaczy. Byłam zła na siebie i na niego, bo nie potrafiłam stanąć na wysokości zadania. Poprosiłam o chwilę przerwy, dałam upust emocjom, a po chwili wróciłam i zaśpiewałam arię w taki sposób, że reżysera po prostu olśniło. Po tym doświadczeniu doszłam do wniosku, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Każdą kolejną rolę staram się głęboko zrozumieć, utożsamić się z postacią. To jest najważniejsza część pracy.

Są jednak postacie, z którymi niełatwo jest się utożsamić. Jak to jest w przypadku Carmen?

Staram się zawsze zrozumieć tekst roli. Na próbach z pianistą skupiam się najpierw nad recytatywami, starając się poznać, a potem oddać pewne emocje, które przeżywa postać. W zrozumieniu postaci Carmen bardzo pomogła mi także lektura noweli Mérimée pt. Carmen, na postawie której Georges Bizet stworzył swoją operę. Mamy wyobrażenie bohaterki jako postaci czystej i pięknej, a ona wcale taka nie jest! To sprytna osóbka o wielkim uroku, która potrafi tak manipulować uczuciami Don José, że zrobi dla niej wszystko. W noweli to on opowiada historię Carmen i swojego oczarowania nią, siedząc w więzieniu. Bardzo mi to wszystko pomogło przy tworzeniu charakteru postaci. Marzyłam o tej roli od czasu studiów i cieszę się, że wreszcie się ono spełniło. Bardzo skomplikowana rola – jak osobowość Carmen, ale i fascynująca. Kobieca, uwodzicielska, mogłaby mieć każdego mężczyznę, a ona wybrała sobie najtrudniejszego partnera. Taka rola daje wiele możliwości.


Jadwiga Postrożna w roli Marty, Faust Gounoda w Operze Wrocławskiej, fot. Marek Grotowski

Od premiery Fausta Gounoda odkryłam w Pani także talent do ról komicznych. Sąsiadka Małgorzaty – Marta, która gotowa jest poślubić nawet diabła, byle tylko nie być sama, jest nieodparcie komiczna.

Tak, grywałam już postacie dramatyczne, liryczne, komiczne, a ze względu na głos grywam także... duchy. Na przykład Fruma-Sara w Skrzypku na dachu czy Głos Matki w Opowieściach Hoffmanna, gdzie śpiewam w tercecie na wysokości pięciu metrów, a potem zjeżdżam do ziemię. Cieszę się, że mogę grać tak rozmaite role, w tym charakterystyczne!

Znakomity tenor Pavarotti w filmie dokumentalnych Rona Howarda opowiada dowcipnie, jak to po ukończeniu konserwatorium wiele nauczył się występując - od swoich scenicznych partnerek, np. umiejętności pracy przeponą podczas wykonywania duetów miłosnych. Mówił o tym, co prawda z humorem, ale przecież to ważne, z kim śpiewamy, kto nas prowadzi, kto wpływa na naszą praktykę wykonawczą, prawda?

Sama tego doświadczyłam, będąc na I roku studiów, kiedy śpiewałam w chórze Operetki Wrocławskiej. Pierwszym moim spektaklem był Skrzypek na dachu, następnie Księżniczka czardasza, Kraina uśmiechu... Śpiewałam przez cztery lata i kiedy wykonywałam swój ostatni spektakl – ponownie był to Skrzypek na dachu – w którym wykonywałam rolę Plotkary, to miałam sposobność zauważyć, jak wiele się w tym czasie zmieniło. Nie byłam już taka nieśmiała, stałam się swobodna, nauczyłam się nie tylko lepiej śpiewać, ale także poruszać, reagować na partnerów. Myślę, że każdy student wokalistyki powinien mieć możliwość pracy w zawodowym teatrze, bo wtedy uczy się w sposób naturalny od starszych i bardziej doświadczonych śpiewaków.


Jadwiga Postrożna jako Dorota w operze W. Bogusławskiego Krakowiacy i górale,
fot. Marek Grotowski

Jednak nie poprzestała Pani na praktyce wykonawczej, ale zrobiła studia doktoranckie, a także rozwijała swoje umiejętności kończąc studia podyplomowe w dziedzinie muzyki oratoryjnej... 

Bardzo lubię muzykę oratoryjną. Wykonywałam ją występując w chórze mieszanym Canticum Iubilaeum pod dyr. Marka Michalika. Zawsze, ilekroć powracam do rodzimej Limanowej, mam w sobie wielką radość, gdy idę na pasterkę, a pierwszą pieśnią jest zawsze Wśród nocnej ciszy. Grzmią organy, a ja z chóru widzę tłum ludzi śpiewających potężnym głosem tę piękną kolędę i wtedy czuję głębokie wzruszenie. Lubię także śpiewać pieśni. Miałam przyjemność współpracować ze świetną pianistką Anitą Tashkinovą nad dwoma cyklami pieśni: Kindertotenlieder Gustava Mahlera - mój ukochany, który śpiewałam podczas studiów na dyplomie, oraz Wesendonck Lieder Wagnera, który na początku wydawał mi się nie do przejścia – mentalnie i pod kątem interpretacji. Ostatecznie jednak powstał wspaniały koncert – publiczność siedziała jak zaczarowana, a na koniec zgotowała nam gorący aplauz. Przy tym okazało się, że choć rzadko wykonuję pieśni, ich interpretowanie sprawia mi wielką satysfakcję.

Ten rodzaj wykonawstwa, kiedy muzyk pozostaje sam na scenie, jest zapewne ciekawym doświadczeniem... Wymaga od śpiewaka odwagi i dojrzałości. Słuchałam z przyjemnością wspaniałych pieśni Schuberta Winterreise w wykonaniu Christopha Prégardiena i Marka Padmore`a i doszłam do wniosku, że dopiero wtedy błyszczy ich prawdziwy kunszt.

Z pewnością. Moim marzeniem jest zaśpiewać ponownie Pieśni cygańskie Antonína Dvořáka, podobnie jak Miłość i życie kobiety Roberta Schumanna. Myślę, że do dobrych interpretacji dochodzi się przez praktykę i że jest to proces. 


Jadwiga Postrożna w Nabucco G. Verdiego w Operze Wrocławskiej,
fot. Łukasz Kurek

Wiadomo mi z Pani wypowiedzi, że dzieli się Pani swoim doświadczeniem z innymi – z chórem z Limanowej, a także z Chórem Ars Cantandi Uniwersytetu Ekonomicznego. 


Lubię uczyć, pracować z nieprofesjonalistami, którzy śpiewają realizując swoje pasje. Mam przy tym świadomość, że sama ciągle się uczę. Praca z chórem jest także możliwością zdobycia doświadczeń. Chór Ars Cantandi, z którym współpracuję od piętnastu lat z przerwami czy chór z Limanowej, z którym także od lat pracuję nad emisją głosu, są dla mnie nieocenionym źródłem doświadczeń. Cieszę się ich sukcesami, bo są one także moim udziałem.

To piękne, że podtrzymuje Pani kontakty z miejscem swoich początków. Nawet robiąc doktorat i nagrywając przy tej okazji płytę, przywróciła Pani szerszej publiczności postać pedagoga i kompozytora z okolic Starego Sącza - Jana Joachima Czecha. 

Zastanawiając się nad tematem pracy doktorskiej, skontaktowałam się z dyrektorem Domu Kultury "Sokół" w Nowym Sączu i to on podsunął mi pomysł. Chciałam, aby był to ktoś z moich rodzimych stron. I tak trafiłam na bardzo interesującego człowieka - Jana Joachima Czecha, nauczyciela i niezwykle płodnego kompozytora, tworzącego z myślą o swoich uczniach. Komponował na głosy, rozmaite instrumenty, tworzył też orkiestry i chóry. Opisałam każdą dziedzinę jego bogatej działalności. Był to prawdziwy pedagog i człowiek- orkiestra, któremu wielu ludzi z tamtego rejonu zawdzięcza umiejętności muzyczne. Moja płyta z jego utworami zawiera pieśni, także religijne, wodewilowe, napisane z myślą o jasełkach itd.

A jakie są Pani najbliższe plany?

Aktualnie – jak wspomniałam – przygotowuję się do roli Carmen w spektaklu Opery Wrocławskiej, który reżyseruje Marta Sartova. Dyrygentem jest Adam Banaszak – człowiek wielkiej pasji. Premiera jest przewidziana na marzec tego roku. W maju zadebiutuję rolą Feneny w Nabucco G. Verdiego w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej, spektaklu w reżyserii Marka Weissa i pod batutą Tadeusza Kozłowskiego, w świetnej międzynarodowej obsadzie.  Ponadto w maju i w czerwcu zagram rolę Czarownicy w przedstawieniu Engelberta Humperdincka Jaś i Małgosia, w reżyserii Pawła Szkotaka i pod dyrekcją Adama Banaszaka. W lutym kończę mój półroczny kontrakt ze Stadtheatre Bremerhaven, gdzie grałam Santuzzę w operze Cavalleria Rusticana P. Mascagniego pod batutą Marca Niemanna. Mam nadzieję, że współpraca z tym wspaniałym zespołem zaowocuje kolejnymi projektami.

Tego Pani życzę i bardzo dziękuję za rozmowę.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza