wtorek, 11 sierpnia 2020

Kolekcja osobista państwa Banasiów w Muzeum Etnograficznym we Wrocławiu /relacja/

Do 30 października 2020 roku można oglądać w Muzeum Etnograficznym we Wrocławiu wystawę, na której znalazły się obiekty sztuki ludowej i nieprofesjonalnej z prywatnych zbiorów małżeństwa Anny i Pawła Banasiów. Jak wspomina prof. Paweł Banaś, „To jest w istocie taka »kolekcja drogi«. Stworzyły ją różne sytuacje i relacje".  


Oprowadzanie po wystawie "Kolekcja osobista", Marta Derejczyk, kuratorka ekspozycji,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Kolekcja nie bez kozery zawiera w tytule słowo "osobista", ponieważ jej powstawaniu towarzyszyły rozmaite rodzinne historie, a o wyborze obiektów często decydowały emocje. Poza tym wiele nabytków skutkowało głębszymi więziami, ba, wieloletnimi przyjaźniami z ich twórcami. Jednym z wielu przykładów może być rzeźna przedstawiająca św. Antoniego z psami: Miśkiem i Kropką, która została wyrzeźbiona przez Bolesława Parasiona na zamówienie, po tym, gdy najpierw jeden, a następnie drugi piesek państwa Banasiów cudownie się odnalazł. Był to więc dar wdzięczności dla Świętego za odnalezienie rodzinnych pupilów.

Bolesław Parasion, Święty Antoni z psami Miśkiem i Kropką, 2006,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Na wystawie przeważają obiekty sztuki sakralnej, które powstały na potrzeby kultu religijnego. Po II wojnie tego rodzaju twórczość nie miała zbyt wielkich szans na zaistnienie, toteż gdyby nie prywatni kolekcjonerzy, z pewnością by nie przetrwała. Na wsi rzeźby również podobały się coraz rzadziej, a poza tym można było kupić sobie tańszą gipsową wersję, bardziej regalistyczną, która zaczęła wypierać rzeźbę tradycyjną. Ten rodzaj sztuki został na szczęście doceniony przez muzealników, historyków sztuki oraz przez kolekcjonerów.

Obiekty zaprezentowane na wystawie pochodzą z różnych rejonów Polski. Niekiedy są to prace indywidualnych artystów, nie tworzących żadnej szkoły, ale odnajdziemy też rzeźby podobne stylistycznie, jak choćby pochodzące ze szkoły kutnowskiej, której członkowie w twórczy sposób przedstawiają znane motywy, czego przykładem są rzeźby o charakterze piętrowych kompozycji, jak np. Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny Antoniego Kamińskiego.

Antoni Kamiński, Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny, 1989,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Fenomen owych szkół polegał przeważnie na tym, że gdy wiejskim rzeźbiarzem zainteresowało się jakieś muzeum lub prywatny kolekcjoner, wówczas inni próbowali swoich sił w tej dziedzinie - dla zarobku, dla prestiżu... Czasami impuls pochodził z miejscowego kościoła. Tak było chociażby w przypadku Anny Padół.

Anna Padół, Ucieczka do Egiptu, 2010, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
Na wystawie zobaczyć można rzeźby absolutnie niezwykłe, mające indywidualne piętno artysty, jak choćby prace Bolesława Parasiona, który jest popularny i ma nawet swoją stronę internetową.


Bolesław Parasion, Pan Bóg z rajem Adama i Ewy, 1996

Jednym z najstarszych artystów, którego prace są prezentowane na wystawie, jest Józef Zganiacz, którego rzeźby mają oryginalną archaiczną formę. Na szczególną uwagę zasługuje jego Pieta.

Józef Zganiacz, Pieta, 1991

Warto zatrzymać się przed dwustronną szopką, której autorem jest Jan Janiak. Powstała na zamówienie państwa Banasiów i istnieje tylko jeden taki egzemplarz. Ciekawostką jest fakt, że do żłóbka peregrynuje tylko dwóch króli, bo - jak powiadał żartem artysta - jeden się zgubił po drodze. Wiadomo jednak, że w tym wypadku artyście chodziło o zachowanie symetrii.

Jan Janiak, Szopka, 1989, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
Ulubionym artystą państwa Banasiów był Wacław Suska, z którym byli zaprzyjaźnieni i który był ulubionym artystą pani dr Anny Banaś. Jego rzeźby mają nieco bizantyjski styl: są delikatne, a twarze postaci - pociągłe.

Wacław Suska, Gołębica, 1991, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
Obok nazwisk mniej znanych, na wystawie zobaczymy także twórców znanych i cenionych, jak choćby Stanisława Zagajewskiego - rzeźbiarza-samouka, dla którego rzeźbienie było sensem jego trudnego życia. Na wystawie zobaczymy jego maski.

Stanisław Zagajewski, Maska, 1970, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Wystawę należałoby oglądać indywidualnie - każdy znajdzie na niej coś dla siebie, odnajdzie osobisty ton w relacji z rzeźbą, która przemówi do niego w sposób szczególny i wyjątkowy. Kolekcję osobistą warto więc zwiedzać "po swojemu", zatrzymując się dłużej tam, gdzie nas coś urzekło. Mnie najbardziej oryginalna wydała się Pieta Józefa Zganiacza, przedstawiająca Chrystusa jako dziecko na kolanach bolejącej Matki. Urzeka archaiczna, prosta forma tego przedstawienia.

Kapitalne są także rzeźby przedstawiające Boga Ojca z Adamem i Ewą w Raju. Frapująca jest wielce zafrasowana twarz Boga w ujęciu Stanisława Demkiewicza - jakby Stworzyciel żałował tego, co uczynił :-) Adam i Ewa już są zwróceni w stronę drzewa z owocami dobra i zła. Natomiast w wersji Bolesława Parasiona Bóg jest po prostu zmęczony i nieco zasmucony. Podparł głowę lewą dłonią i nad czymś duma. A pod nim beztroscy i nadzy pierwsi rodzice pod parasolem drzewa...

Stanisław Demkiewicz, Stworzenie świata, 1989, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Zachęcam do obejrzenia tej nad wyraz interesującej kolekcji, póki trwa. Pani Marcie Derejczyk dziękuję za oprowadzenie. Dodam, że ekspozycji towarzyszy starannie wydany katalog, zawierający nie tylko interesujące słowo wstępne, ale również wywiad z właścicielami kolekcji.




poniedziałek, 10 sierpnia 2020

Świętujemy 125 lat kina na festiwalu Kino Letnie Sopot

Najdłuższy wakacyjny festiwal filmowy w Polsce trwa. Ten rok, jest rokiem szczególnym dla światowej kinematografii. Z okazji wyjątkowego jubileuszu festiwal zaprasza do wspólnego oglądania filmów z początków powstawania kina.




Na specjalnej podstronie https://kinoletnie.pl/125_lat_kina/ możecie bezpłatnie obejrzeć perły światowej kinematografii wyselekcjonowane wspólnie z miesięcznikiem KINO. W tej przestrzeni spotkają się przeszłość z teraźniejszością. Obok klasyków prezentowane są również etiudy młodych studentów z Warszawskiej Szkoły Filmowej i AMA Film Academy w Krakowie.

13 lutego 1895 roku dwaj Francuzi, bracia August i Louis Lumière, opatentowali urządzenie nazwane „kinematograf”. Jeszcze tego samego roku paryscy widzowie obejrzeli po raz pierwszy ruchome obrazy na publicznym pokazie. Chwilę wcześniej za Oceanem Thomas Edison opatentował swój kinetoskop, a w Warszawie Kazimierz Prószyński - pleograf. Reszta jest... historią kina.

Z jej pierwszych dziesięcioleci organizatorzy festiwalu Kino Letnie Sopot – Zakopane wybrali filmy, które z jednej strony były kamieniami milowymi dla rozwoju X muzy, z drugiej – oddają temperaturę tamtych pionierskich czasów. Głównym punktem jest kompilacja pierwszych nagrań filmych na Świecie, zrealizowanych przez Braci Lumiere pomiędzy 1895 a 1905 rokiem. Znalazły się tam ich najważniejsze dzieła: od „Wyjścia robotników z fabryki” (ich pierwszy film pokazany na publicznym pokazie) do „Polewacza polanego” (ich pierwsza fabuła). Lumière’owie rejestrowali na taśmie przede wszystkich drobne zdarzenia codzienności: wjazd pociągu na stację, rozbiórkę domu, ruch uliczny, połów ryb, grę w karty, dziecięce zabawy. A bohaterami owych rejestracji czynili często siebie lub swoich najbliższych.
Sztandarowym dziełem filmowym XX wieku jest też „Człowiek z kamerą” Dzigi Wiertowa. Ten eksperyment filmowy jednego z najwybitniejszych rosyjskich filmowców to reportażowa podróż po Moskwie lat 20. XX wieku, w której spędzamy jeden dzień: od świtu do zmierzchu. Z jego innowacyjnych rozwiązań formalnych czerpią do dziś kolejne pokolenia twórców. Niektóre sekwencje robią wrażenie nawet na dzisiejszych widzach – jak tramwaje i samochody pędzące wprost z ekranu na widownię.
„Imigrant” to jeden z najciekawszych filmów Charliego Chaplina, choć nie tak znany jak jego pełnometrażowe dokonania („Gorączka złota”, „Dzisiejsze czasy”). Ten film jest na pewno warty uwagi i obejrzenia oraz zaskakująco korespondujący z naszą współczesnością.
Wielbicielom magii polecamy obraz w reżyserii Georgesa Mélièsa. Magia to stały element jego filmów, ponieważ zanim sięgnął po kamerę, pracował jako... iluzjonista. Ręcznie (!) kolorowana „Podróż do krainy niemożliwości” to jedno z jego sztandarowych dzieł.

„Tytuły te udowadniają także, że kino od swojego zarania było różnorodne: wielogatunkowe i transgraniczne. Gdy bracia Lumière kładli podwalili pod dzisiejszy reportaż i dokument, równolegle, również we Francji, swoje filmy kręcił „mag ekranu” Georges Méliès, prekursor współczesnego kina fantasy i science fiction. Z kolei czasy komedii Chaplina i Keatona to również czas rozwoju niemieckiego ekspresjonizmu. A obok wysumblimowanych dzieł artystycznych, powstawały już wtedy dzieła stricte propagandowe. Owa wielotorowość towarzyszy „najważniejszej ze sztuk” do dziś.”
Iwona Cegiełkówka, miesięcznik KINO

XIII edycja najdłuższego wakacyjnego festiwalu filmowego Kino Letnie Sopot – Zakopane zapraszają Provident i AXA potrwa do końca sierpnia. Plenerowe projekcje startują o zachodzie słońca - w Sopocie o godz. 21:30, a w Zakopanem i Giżycku o 21:00.

W ramach festiwalu ma molo w Sopocie oraz w Zakopanem na Krupówkach w każdą sobotę wakacji widzowie mogą obejrzeć wyjątkową selekcję filmów z okazji 125. lecia kina. Po takich tytułach jak m.in. „Mission: Impossible”, „Blues Brothers” czy „Hair” na widzów czekają jeszcze: mega hit „Powrót do przyszłości” Roberta Zemeckisa z Michaelem J. Foxem, kultowe „Pulp Fiction” Quentina Tarantino czy słynne „Cinema Paradiso” Giuseppe Tornatore z przepiękną ścieżką dźwiękową Ennio Moricona.

Pełny repertuar, harmonogram projekcji i zwiastuny filmów można znaleźć na stronie www.kinoletnie.pl 
Aktualności, wydarzenia i ciekawostki dostępne są na www.facebook.com/mamplannakinoletnie Kino Letnie można śledzić na Instagramie dzięki hashtagowi #mamplannakinoletnie

Wszystkie wydarzenia są bezpłatne, obowiązuje jedynie bilet wstępu na molo w Sopocie.
Świętuj z nami 125 lat kina!
Provident i AXA zapraszają i przypominają: pamiętajcie o bezpiecznym dystansie podczas seansów, maseczkach i dezynfekcji rąk.

informacja prasowa

Spacerem po Powstańców Śląskich. Znamy miejsca czytań Europejskiej Nocy Literatury 2020

29 sierpnia, za sprawą Strefy Kultury Wrocław, ruszymy na literacką wyprawę po osiedlu Powstańców Śląskich. To właśnie tam odbędzie się 9. edycja Europejskiej Nocy Literatury, której tegorocznym tematem jest podróż. Znamy już wszystkie lokalizacje, w których w ostatni sierpniowy weekend usłyszeć będzie można fragmenty dzieł europejskich (i nie tylko) twórców.

Rondo Powstańców Śląskich, fot. Tycjan Trzpioła 
 

Europejska Noc Literatury to święto czytelników, którzy w ten jeden wieczór usłyszeć mogą znakomitą prozę w interpretacjach wybitnych twórców kultury, a przy okazji odwiedzić przestrzenie miasta, które często na co dzień nie są dostępne dla zwiedzających. Kuratorem 9. odsłony wrocławskiego wydarzenia jest dziennikarz literacki i pisarz Max Cegielski – to właśnie on jest autorem koncepcji tematycznej Europejskiej Nocy Literatury 2020,  która odbędzie się pod hasłem „Podróż”. Kluczem doboru tekstów nie będzie ich gatunek czy data wydania – zamiast tego wybrane książki połączy motyw szeroko pojętej podróży. Wybrane fragmenty ułożą się w mapę zakątków, dziejów i gatunków literackich Europy.

Regionalna Baza Logistyczna, fot. Marcin Szczygieł

Jak co roku, 10 wybranych przez kuratora fragmentów dzieł literackich zinterpretowanych zostanie na żywo przez 10 aktorek i aktorów w 10 wyjątkowych lokalizacjach. Miejsca czytań tym razem rozsiane będą na osiedlu Powstańców Śląskich. Wydarzenie będzie odbywało się w tradycyjnej formule, jednak by zapewnić słuchaczom i słuchaczkom komfortowe, a przede wszystkim bezpieczne warunki uczestnictwa w wydarzeniu, czytania zorganizowane zostaną z uwzględnieniem wszelkich wynikających z sytuacji epidemicznej wymogów sanitarnych. Limity uczestników w poszczególnych miejscach ustalone zostaną w taki sposób, by możliwe było zachowanie wymaganego dystansu, w każdym z nich dostępne będą też środki dezynfekujące i rekomendowane będzie zasłanianie ust i nosa. Kolejne spotkania rozpoczynać się będą też co godzinę (między 14:00 a 22:00), a nie jak do tej pory co 30 minut, co ma ułatwić bezpieczne wejście i opuszczanie miejsca czytania. Ponadto aż 8 z 10 lokalizacji, w których odbywać się będzie ENL, to plenery.

Pod Ciśnieniem, fot. Tycjan Trzpioła

Literacka noc na świeżym powietrzu


Wśród plenerowych przestrzeni Europejskiej Nocy Literatury nie mogło zabraknąć ikony i serca osiedla – ronda Powstańców Śląskich, w którego zielonym centrum odbędzie się jedno z czytań. W bezpośrednim sąsiedztwie placu znajdziemy dwie kolejne lokalizacje: po jego wschodniej części ENL zagości w ogrodzie Szkoły Muzycznej I stopnia im. Grażyny Bacewicz (pl. Powstańców Śląskich 12), po zachodniej – w Psim Parku, czyli na dawnej Górce Friebego (ul. Sztabowa 68).

Psi Park, fot. Marcin Szczygieł 

Słuchacze będą mieli okazję odwiedzić także zielone dziedzińce położonych na osiedlu placówek edukacyjnych – Liceum Ogólnokształcącego nr VIII im. Bolesława Krzywoustego (ul. Zaporoska 71) oraz Uniwersytetu Ekonomicznego – ale i obiekty sportowe, takie jak przedwojenny stadion Młodzieżowego Centrum Sportu (ul. Sztabowa 101). Jedno z czytań odbędzie się również na terenie dawnego Szpitala Kolejowego, dziś znanego jako biurowy pop-up Pod Ciśnieniem (ul. Sudecka 96).

Stadion Młodzieżowego Centrum Sportu, fot. Tycjan Trzpioła

Najdalej wysuniętym na południe punktem tegorocznej edycji i jednocześnie ostatnią z plenerowych lokalizacji będzie ogród Wrocławskiego Teatru Pantomimy im. Henryka Tomaszewskiego (Aleja Dębowa 16). Dwa ostatnie przystanki na trasie podróży przygotowanej przez Europejską Noc Literatury znajdować się będą we wnętrzach: odwiedzimy dawne kino „Oko”, czyli klub 4. Regionalnej Bazy Logistycznej (ul. Bernarda Pretficza 28); fragmentów podróżniczej literatury posłuchamy też w najwyższej wieży Wrocławia – w Sky Tower.

Wrocławski Teatr Pantomimy im. Henryka Tomaszewskiego, fot. Marcin Szczygieł

Więcej informacji na temat miejsc czytań i nadchodzącej edycji Europejskiej Nocy Literatury znaleźć można w załączniku, na stronie Strefy Kultury Wrocław: StrefaKultury.pl/EuropejskaNocLiteratury oraz na Facebooku: facebook.com/ENLWroclaw.

informacja prasowa

Piotr Wierzbicki: Powrót do Mickiewicza /recenzja książki/

Eseje Piotra Wierzbickiego "Powrót do Mickiewicza" są książką na tyle ważną, że nie można jej przeoczyć, bo pisząc o Mickiewiczu w sposób świeży i osobisty, autor zachęca jednocześnie do pogłębionej refleksji także o nas samych. Mamy się pochylić nie tylko nad twórczością autora "Pana Tadeusza", ale także nad podstawowymi wartościami w życiu każdego z nas - naszą polską tożsamością - abyśmy jej zbyt łatwo nie rozmienili na drobne i nie sprzedali za srebrniki.




Powroty własne


Wyznam na wstępie, że w czasach pandemii zapragnęłam powrócić do Dziadów Adama Mickiewicza. Czytam ten wspaniały dramat kolejny już raz i ciągle odkrywam na nowo. Zdumiewa rozmach wyobraźni autora, który nie pozwala mu zamknąć się w sztywnych ramach klasycznego dramatu, lecz ciągle rozsadza formę. A jednak nie tylko nie wprowadza to chaosu, ale przeciwnie - ustala inny ład - by tak rzec, bardziej ludzki, złożony, nie pozwalający na schematyczne odczytanie. W konsekwencji obdarza czytelnika możliwością aktywnego uczestnictwa/odczytania. Ale Dziady to nie tylko genialna wyobraźnia, która rozsadza schematy, to także wizja świata, który mimo doświadczenia absurdu, zła, niesprawiedliwości, ma jednak głęboki sens. Ten, który nadaje mu Bóg. Wbrew temu, co myślimy, jest On obecny zarówno w życiu pojedynczego człowieka, jak też w Historii. W Dziadach jest wszystko: miłość, śmierć, cierpienie, głębokie rozumienie różnych ludzkich postaw i emocji, są rozważania na temat dobra i zła, roli snów... Czytam je półgłosem, jak się czyta poezję - wtedy słyszę też brzmienie Mickiewiczowskiego słowa i lepiej je rozumiem. Czytam po kolei - od początku, tzn. od ballady "Upiór" i ciągle nie mam dość, wręcz przeciwnie - nie mogę i nie chcę się oderwać.

Powroty Piotra Wierzbickiego


I właśnie w takim kontekście trafiłam na niewielką rozmiarami książkę Piotra Wierzbickiego: "Powrót do Mickiewicza". Czy to przypadek? Z pewnością nie! Recenzowałam onegdaj eseje tego autora, zatytułowane "W salonie", znałam więc jego kunszt pisarski i przenikliwość myśli, ale w tym wypadku najważniejszy był temat - Mickiewicz - bo jakoś tajemniczo zrymował się z moją lekturą Dziadów, a także biografii ich autora (powroty do: "Adama i Celiny" Aliny Witkowskiej, "Rodziny M." oraz "Boskich diabłów" Ewy K. Kossak...).

Eseista przygląda się Mickiewiczowi, by tak rzec, z lotu ptaka, obejmując zarówno twórczość, jak i sylwetkę Poety. Bada, co jest istotą, co brzmi ponadczasowo, a nawet daje się "przyłożyć" do późniejszych doświadczeń historycznych i własnych piszącego. Rozpoczyna od swoistej laudacji:

"Strofy, które nie mają sobie równych. Pasjonująca publicystyka. Mądrości rozsiane po listach i stenogramach wystąpień. Służba publiczna na polu obywatelskim i narodowym. Oddany prawdzie. Wobec win własnych twardy głos sumienia".

Dodaje też uczciwie:

Mickiewicz. Morze faktów, także zagadek. W tym zwięzłym eseju dotykam tylko paru obszarów newralgicznych. Gdy zdaje mi się, że mam do powiedzenia coś nowego, zabieram głos. Tekst zatrąca niekiedy o strunę osobistą. Trudno się dziwić: Mickiewicz to sprawa osobista dla Polaka".

Okopany w domowości


Eseje rozpoczyna opis wyglądu i usposobienia Adama Mickiewicza, w którym autor przedstawia Poetę jako "niewysokiego, szczupłego, z bujną czupryną, w mowie zaciągającego z wileńska, w twarzy rys wschodni, kresowy, grube wargi, coś z dzikości, w końcu najpewniej potomek dawnych litewskich wojowników (...)". Opisuje też cechy charakteru (niewylewny, ale skłonny do uniesień, prozaiczny, pracowity, wierny w przyjaźni, życzliwy, uczynny). Kochliwy, a zarazem zdolny do dozgonnej, wzajemnej miłości. "Okopany w domowości, litewskości, pamięci ziemi nowogrodzkiej". Kolejne rozdziały poświęca autor sprawom fundamentalnym.

Pyta o credo poetyckie Mickiewicza - okazuje się, że jest nim prawda, nie zaś - jak moglibyśmy się spodziewać "czucie". Prawda rozumiana jako "jeśli nie o d b i c i e  rzeczywistości, to przynajmniej o s a d z a d z e n i e  w niej, honorowanie jej przejawów newralgicznych, elementarna wobec niej s o l i d a r n o ś ć". I rzeczywiście, jeśli przyjrzymy się opisom osób, ich zachowań, a także zjawiskom przyrody, to zauważymy ich szczegółowość, rozmaite detale, które nieomal "widzimy".Obrazy dawnych obyczajów w Panu Tadeuszu - tych potraw, rytuału parzenia kawy, usadzania przy stole wedle tradycji - są tak szczegółowe, jakby ich autor "miał się za etnografa" - zauważa Wierzbicki.

Pisząc o Mickiewiczu, nie pomija także zagadnienia stylu Poety. Cytuje fragment listu Mickiewicza do Konstancji Łubieńskiej-Wodpolowej, z którego wynika, że miał on głęboką świadomość tego, co nazywa "dobrym stylem". Otóż

"Dobry styl, czyli po prostu dobra, właściwa mowa, jest ta, która najbardziej zbliża się do mowy, do r o z m o w y, a nawet wszystkie zwroty pisma, szczególniej kiedy się rozprawia o rzeczach poważnych, wyższych, powinny prostotą i szczerotą wchodzić w tok mowy prostodusznej, prosto serdecznej".

Analizując te słowa Piotr Wierzbicki dochodzi do wniosku, że Poeta przybiera postawę mentalnej dominacji, dzięki której zwyczajny, obiektywny opis nabiera specyficznej mocy. Staje się on "atutem poematu, ostoją jego rzetelności i oddania prawdzie". Nawet w liryce, gdzie opis ma mniejsze możliwości, źródłem mocy staje się mikrokosmos tekstu, jak choćby w znanych wierszach:

Precz z moich oczu!.. posłucham od razu (Do M***)

O matko Polko! gdy u syna twego (Do matki Polki)

Gdy mój trup w pośrodku was zasiada (Gdy mój trup)

Charakterystyczny, "unikalny Mickiewiczowski napór" - komentuje Wierzbicki. Wymienia także prostoduszność (Mama czy zdrowa? domowi? -Powrót taty), serdeczność (Kiedy po nim lud prosty tak płacze/I o zdrowie tak pyta ciekawy - Śmierć Pułkownika), m ó w i o n o ś ć (Ktokolwiek będziesz w Nowogródzkiej stronie - Świteź), język grozy (Bo jakie szatan wyprawia tam harce - Świteź). Zdaniem Wierzbickiego, Mickiewicz jest poetą domowym. To jeden biegun. Na drugim - bunt, męskość, pęd...

"Styl Mickiewicza - pięknie konkluduje - sekunduje temu dziełu. Stoi przy nas w radości i w biedzie. Wstrząsa, pociesza, pokrzepia".

W kolejnych esejach zawartych w tej cennej książeczce odnajdziemy przemyślenia na temat Mickiewicza - mędrca i uczonego, którego wiele przemyśleń brzmi dziś na wskroś współcześnie. Odkrycia - Mickiewicz jako filozof ("Iskra i chwila"), ale także mniej oczywiste rozważania nad tym, kto jest lawą, a kto skorupą, śmiała teza sprzeciwiająca się obiegowym już interpretacjom traktującym Pana Tadeusza jako baśń i sielankę ("Pan Tadeusz jako poemat tragiczny"). Dowiadujemy się także o porażce drugiej części Pana Tadeusza, której bohaterem miał być syn Jacka Soplicy. Nie zachował się też żaden fragment nowych Dziadów, co świadczy o tym, jak bardzo samokrytyczny był Mickiewicz. Przemyślenia Piotra Wierzbickiego na temat Adama Mickiewicza i jego dzieła kończy interesujący autorski wybór tekstów, zdaniem autora, najbardziej wartościowych i ponadczasowych. Pisze o tym wszystkim autor zatroskany o to, o co najbardziej troszczył się Poeta - o niepodległość Polski.

Wobec widma utraty niepodległości


"Stoimy wobec widma jej utraty - pisze - tym razem bez jednego wystrzału, bez okupacji i rozbiorów, na własne życzenie, plasterek po plasterku lub nawet hurtem, w radosnym dziele wyrzucenia na śmietnik własnego kraju, a przy okazji tych wszystkich, którzy na przestrzeni dziejów, od konfederacji barskiej po Powstanie Warszawskie i Solidarność, oddali za jego wolność życie".

Gorzka to refleksja, ale także próba uświadomienia, że odcinając się od polskości - jej tradycji i historii, której najjaśniejszy punktem jest twórczość Adama Mickiewicza - skazujemy się na niebyt, na miałkość egzystencji, zanik tożsamości. Wolność nie jest nam dana w spadku i raz na zawsze - o nią zawsze trzeba walczyć, dokonując radykalnych wyborów.

Eseje Piotra Wierzbickiego "Powrót do Mickiewicza" są książką na tyle ważną, że nie można jej przeoczyć, bo pisząc o Mickiewiczu w sposób świeży i osobisty, autor zachęca jednocześnie do pogłębionej refleksji także o nas samych. Mamy się pochylić nie tylko nad twórczością autora "Pana Tadeusza", ale także nad podstawowymi wartościami w życiu każdego z nas - naszą polską tożsamością - abyśmy jej zbyt łatwo nie rozmienili na drobne i nie sprzedali za srebrniki.

Książka Piotra Wierzbickiego "Powrót do Mickiewicza" miała swoją premierę 29 maja 2020 roku w Państwowym Instytucie Wydawniczym.

Od amazońskiej dżungli, przez Nowy Jork, do Stoczni Gdańskiej – film o Tonym Haliku otworzy 17. Millennium Docs Against Gravity

 4 września rozpocznie się 17. odsłona Millennium Docs Against Gravity! Filmowa podróż z najlepszymi tytułami non-fiction z całego świata rozpocznie się w doskonałym towarzystwie – festiwal otworzy premierowy pokaz filmu o słynnym podróżniku Tonym Haliku i spotkanie z Elżbietą Dzikowską.


„Z czułości do świata” – pod tym hasłem wrocławska publiczność zobaczy w tym roku prawie 80 najlepszych tytułów non-fiction z różnych części globu. 17. odsłona największego w Polsce festiwalu filmów dokumentalnych, która tradycyjnie odbędzie się w Dolnośląskim Centrum Filmowym, potrwa do 13 września. Festiwal oficjalnie otwarty zostanie w piątek, 4 września o godzinie 19:00 premierowym pokazem filmu „Tony Halik” w reżyserii Marcina Borchardta.


zwiastun festiwalu


„Tu byłem – Tony Halik”


Tony Halik” to historia człowieka, który tak skutecznie stworzył własną legendę, że do dziś nie wiemy, co jest w niej prawdą – jego perypetie wydają się równie nieprawdopodobne, jak przygody Indiany Jonesa. W ostatniej dekadzie zimnej wojny jego niezwykle popularne programy telewizyjne były dla milionów Polaków „jedynym oknem na świat”. Film Marcina Borchardta został oparty na niepublikowanych wcześniej nagraniach z prywatnego archiwum Tony Halika i Elżbiety Dzikowskiej oraz na wywiadzie-rzece z synem podróżnika. To opowieść o podróżniczej pasji i pogoni za marzeniami, ale i o kosztach, jakie trzeba zapłacić, żeby mogły się ziścić. Po seansie odbędzie się spotkanie z gośćmi specjalnymi gali otwarcia – Elżbietą Dzikowską, podróżniczką, reżyserką, operatorką filmów dokumentalnych, autorką wielu książek oraz życiową partnerką słynnego podróżnika oraz Karoliną Galubą – producentką filmu.




Bilety w sprzedaży od 21 sierpnia


Bilety w cenach 14 i 16 złotych (pojedyncze seanse, cena zależna od godziny projekcji) dostępne będą w kasach Dolnośląskiego Centrum Filmowego, na MDAG.pl i dcf.wroclaw.pl od 21 sierpnia. Przy zakupie minimum 6 biletów każdy z nich kosztował będzie 14 złotych; bilety na pokazy dla seniorów i rodzin kosztować będą 12 złotych. Pełny program ogłoszony zostanie w najbliższych dniach – zapraszamy do śledzenia strony festiwalu i wrocławskiego profilu Millennium Docs Against Gravity na Facebooku: www.facebook.com/MDAGWroclaw.

informacja prasowa

sobota, 8 sierpnia 2020

Święto Łodzi Filmowej: Daj się ponieść filmowym (r)ewolucjom!

W ciągu ostatnich cztery dni sierpnia odbywać się będą (offline, online) warsztaty, projekcje, wykłady i spotkania z gośćmi oraz wycieczki i spacery po Łodzi filmowej. Ponad piętnaście wydarzeń zaplanowanych jest tak, aby jak najwięcej osób mogło w nim uczestniczyć. To wszystko pod hasłem Filmowe (r)ewolucje.




Pierwsze szczegóły programu



Unikalne warsztaty dla małych grup. Cztery bezpłatne propozycje. Podczas „Kursu na dźwięk” prowadzący zapoznają uczestników z tajnikami świata dźwięku na przykładach filmów udźwiękowionych w Łodzi. Temat przewodni warsztatów „Bohater filmowy DIY” będzie oscylował wokół kreowania postaci filmowej na przykładzie łódzkich produkcji (np. „Ziemia Obiecana” czy „Przypadek”). Dwie odsłony warsztatów dziennikarstwa filmowego z tworzenia podcastów, vlogów i blogów poprowadzą profesjonalni krytycy filmowi: Diana Dąbrowska i Michał Piepiórka. Zapisy na stronie: www.swietolodzifilmowej.pl

Formuła hybrydowa


Święto Łodzi Filmowej potrwa od 27 do 30 sierpnia 2020. W ramach wydarzenia przygotowano ponad 15 wydarzeń w 4 dni! Wszystkie są bezpłatne. W związku z sytuacją epidemiologiczną wydarzenia będą odbywać się w formule hybrydowej (online, offline). W przypadku wydarzeń offline organizatorzy dołożą wszelkich starań, by wszyscy uczestnicy i uczestniczki czuli się komfortowo i bezpiecznie.



Świętujemy z partnerami



Święto Łodzi Filmowej. 75 lat historii kina jest realizowane dzięki dofinansowaniu z budżetu Miasta Łodzi oraz środkom Narodowego Centrum Kultury w ramach programu "Kultura - Interwencje 2020".

Partnerami wydarzenia są: Szkoła Filmowa w Łodzi, Filmoteka Narodowa - Instytut Audiowizualny, DoubleTree by Hilton, Klub Wytwórnia, EC1 Łódź - Miasto Kultury w Łodzi, Łódź Film Commission, Wytwórnia Filmów Oświatowych, Uniwersytet Łódzki, Lava Films, Wieluński Dom Kultury, Miejskie Centrum Kultury w Bełchatowie, Festiwal Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja

Motyw apokalipsy w twórczości polskich poetów

Polscy poeci współcześni nawiązują do Apokalipsy św. Jana tworząc  własne, odmienne  wizje końca świata. Ich wyobrażenia noszą piętno doświadczeń ich twórców, mają też odmienne od pierwowzoru przesłanie.

Albrecht Dürer, Św. Jan i 24 starców w niebie

     O tym, że ludzkość od dawna interesowały zagadnienia początku i końca świata, świadczą najstarsze teksty, do których należą: Stary i Nowy Testament. Najbardziej znaną wizję końca świata znajdziemy w Apokalipsie Św. Jana.  Należy jednak pamiętać, że próby wyjaśnienia, jak będzie wyglądał koniec świata, odnajdziemy również w księgach Starego Testamentu. np. w Księdze Daniela, Księdze Baruha, a także w utworach apokryficznych, np.  wyroczni Sybilii, psalmach Salomona czy tzw. Apokalipsie Abrahama. Apokaliptyczny charakter mają też niektóre fragmenty Nowego Testamentu np. Ewangelia wg Św. Marka (13: 24-26, 14:61-62) czy  Listy Św. Pawła. ( I i II do Koryntian (2:6-8; 12:2-4).

Samo słowo „apokalipsa” pochodzi od greckiego apokalipsis tzn. odsłaniam to, co ukryte i oznacza objawienie przez Boga tajemnic za pośrednictwem wybranego proroka.
Dzięki popularności tego motywu, powstał gatunek piśmiennictwa narracyjnego objaśniającego ukrytą przyszłość za pomocą zagadkowych symboli. Nosi on nazwę apokalipsy.
Jako rodzaj literacki apokalipsa oddziałuje przede wszystkim na literaturę o charakterze katastroficznym i mistycznym.

Głównym tematem piśmiennictwa apokaliptycznego są wizje Sądu Ostatecznego. Najważniejszym źródłem obrazów końca świata jest dla literatury Apokalipsa Św. Jana. Jej treścią jest ciąg wizji, których doznał Jan. Szczególną rolę należy przypisać symbolom Apokalipsy, w tym symbolice cyfr. Wśród nich podkreśla się szczególną rolę liczby siedem. Od niej pochodzą charakterystyczne znaki i symbole. Należą do nich: Wizja tronu i Baranka otwierającego kolejnych siedem pieczęci, znak Niewiasty, Smoka i aniołów z siedmioma plagami, czterech jeźdźców apokalipsy, Archanioł Michał walczący ze Smokiem, a także siedmiogłowa bestia. Siedem jest cyfrą oznaczającą doskonałość i pełnię.

Albrecht Dürer, Wizja Chrystusa i siedmiu świeczników/Wikipedia

W epoce romantyzmu Apokalipsę Św. Jana uważano za wzorcowe dzieło sztuki, zwłaszcza poezji. Romantyczna koncepcja poety – kapłana i proroka, będącego pośrednikiem między człowiekiem a Bogiem, została sformułowana przez niemieckich filozofów. Wyznaczała także status polskiego poety romantycznego i charakter jego wyobraźni. Jej ślady odnajdziemy w: „Nie-Boskiej komedii” Zygmunta Krasińskiego, w twórczości Adama Mickiewicza w młodzieńczym „Hymnie na dzień Zwiastowania”, a także w „Widzeniu” ks. Piotra w III cz. „Dziadów” czy w Prologu „Kordiana” Juliusza Słowackiego.  W nawiązującej do romantyzmu epoce Młodej Polski powróciły katastroficzne wizje końca świata. Najbardziej  znaną jest hymn Jana Kasprowicza „Dies irae”.
W późniejszych epokach II wojna światowa widziana jest przez poetów jako „apokalipsa spełniona”.  Wśród nich wyróżnia się twórczość Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, autora m. in. „Czterech Jeźdźców Apokalipsy” i „Sądu Ostatecznego”.

Również literatura współczesna nie jest wolna od wątków apokaliptycznych. Pojawiają się one w literackich utopiach i antyutopiach np. w twórczości Herberta George’a Wellsa i George’a Orwella, których utwory są chętnie przenoszone na ekran, co dowodziłoby aktualności problematyki.
Wizje końca świata pojawiają się również we współczesnej literaturze polskiej. Najbardziej znanym utworem nawiązującym już w tytule do tego motywu jest „Mała apokalipsa” Tadeusza Konwickiego. Motyw apokalipsy pojawił się także w twórczości Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, w opowiadaniach „Drugie przyjście”, „Pożar w Kaplicy Sykstyńskiej” czy „Jubileusz”.


Przeciwko katastroficznym wizjom


Wiersz Czesława Miłosza o charakterystycznym tytule „Piosenka o końcu świata” pochodzi z wydanego tuż po wojnie tomu poezji "Ocalenie", ale napisany został podczas wojny. Możemy więc domyślać się, że temat końca świata został sprowokowany przez przeżycia wojenne autora.
Wizja Miłosza nie przypomina jednak wcale jego biblijnego pierwowzoru. Już sam tytuł jest rodzajem prowokacji. Piosenka kojarzy się z czymś zwykłym i banalnym, niepasującym do poważnego i dramatycznego tematu końca świata. Poeta tymczasem przedstawia ów dzień, który wygląda jak każdy inny. Ludzie pracują, ptaki i owady, a także ryby morskie wykonują odwieczne te same czynności i tylko obraz węża może kojarzyć się z jego biblijnym przodkiem.
Poszczególne obrazy nie zawierają żadnych znaków. Obserwujemy zwykłe sceny obyczajowe: kobiety idą pod parasolami, sprzedawcy warzyw się nawołują, a pijak zasypia na skraju trawnika.
Przywołując postać proroka, podmiot mówiący przekornie oświadcza, że nie jest on prorokiem „bo ma inne zajęcia”. Ów prorok-nie-prorok  powtarza zresztą dwukrotnie, że innego końca świata nie będzie.
Utwór Miłosza nie poddaje się jednoznacznej interpretacji. Mądrość życia polega, jego zdaniem, na świadomości śmierci. Jednocześnie odrzuca wizję Św. Jana jako nieprawdziwą. Koniec świata w jego interpretacji dziejów – człowieka doświadczonego przez wojnę - dokonuje się bez znaków, patosu, wielkich wizji i bez pocieszenia.

Kosmiczna i prywatna eschatologia jako triumf totalitaryzmu w wierszu Zbigniewa Herberta „U wrót doliny”


        Inaczej wyobraża sobie koniec świata Zbigniew Herbert. Jego wiersz zatytułowany „U wrót doliny” wyrasta nie tyle z przeżyć wojennych, co raczej z doświadczenia totalitaryzmu.
W utworze tym  odnajdziemy nawiązania do Apokalipsy Św. Jana już na początku. Deszcz spadających gwiazd i łąka popiołów są metaforami, które mają wyraźny związek z wizjami Św. Jana. Jednocześnie roztacza on przed nami obraz, w którym „pod strażą aniołów” nieliczni ocaleni są pędzeni na Sąd Ostateczny. Ludzie ci przypominają „beczące stado dwunogów”, co jest ironicznym nawiązaniem do motywu Dobrego Pasterza i jego owiec. 
    Część tego wiersza ma charakter reportażu, w którym beznamiętnie opowiada się o rozgrywających się tutaj dantejskich scenach. Za pomocą licznych metafor, które oddają grozę tej sytuacji, np. świst eksplozji, świst ciszy, opowiada się nam o bezwzględnym odłączaniu od siebie ludzi i istot sobie bliskich. Wbrew temu bowiem, czego nauczają ewangeliści, „będziemy zbawieni pojedynczo”. Obraz ten przypomina raczej transport do obozu pracy, w którym rolę strażników więziennych pełnią aniołowie stróże. 
   Herbert korzysta także z innych środków wyrazu przypominających swoją poetyką film. Są to mikroscenki przedstawiające intymne dramaty, np. rozstanie wieloletniego małżeństwa, staruszki z jej ulubionym kanarkiem, a nawet drwala z jego narzędziem pracy. Okazuje się, że trzeba wyzbyć się wszystkiego. Są i tacy, którzy nadaremne próbują przemycić drogie im pamiątki, ale nie udaje im się to.
Na koniec, posługując się cytatem z Ewangelii,  nazywa Herbert Sąd Ostateczny „ostatecznym podziałem” na zgrzytających zębami i śpiewających psalmy.

Obydwaj poeci pod wpływem doświadczenia wojny, okupacji, totalitaryzmów, utracili wiarę w naturalny sprawiedliwy porządek rzeczy, a tym samym w obietnicę zawarte w Biblii, a w szczególności w Apokalipsie, mówiące o tym, że koniec świata będzie w istocie końcem śmierci i zła i że „Bóg otrze każdą łzę, a śmierci już nie będzie”. Ich apokalipsa nie ma ani wspaniałych wizji, ani nie niesie pociechy.


Groteskowe obrazy apokaliptyczne w "Końcu świata" Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego


      Odmienną od zaprezentowanej w wierszach Miłosza i Herberta wizję końca świata przedstawia Konstanty Ildefons Gałczyński w utworze, który powstał jeszcze przed drugą wojną światową - w 1922 r. Nie jest on więc obciążony doświadczeniami drugiej wojny i totalitaryzmu.
Ujęcie tematu ma charakter typowy dla Gałczyńskiego, tzn. żartobliwy i groteskowy. Groteska przejawia się tutaj w zderzeniu poważnej treści z żartobliwą formą. Zarówno tytuł, jak i motto, mają taki właśnie charakter. Podtytuł „Wizje Świętego Ildefonsa” są informacją, że nie należy traktować utworu zbyt serio, ponieważ nie ma takiego świętego, po drugie nie ma nawet takiego imienia. Gałczyński przybrał je prowokacyjnie i używał jako rodzaj żartu. Również motto i dedykacja są wymieszaniem powagi z żartem. Cytaty zapowiadające koniec świata po łacinie mieszają się tutaj z określeniami w rodzaju „trąby powietrznej w kwiecie wieku”.

        Akcja rozgrywa się we Włoszech, w Bolonii, gdzie pracownicy akademii o wymyślnych imionach w rodzaju Pandafilanda, zapowiadają koniec świata. W efekcie wszyscy wpadają w panikę. Dzieją się rozmaite znaki, nie mające jednak nic wspólnego z Apokalipsą Św. Jana, np. pękają lustra, co zdaniem narratora jest karą za grzechy.
Zagłada postępuje, wszystko się rozpada: teatry, sklepy, cyrki, ubikacje. Tymczasem ludzie postanowili zaprotestować przeciwko temu i tłum ruszył w pochodzie. Nie był to jednak pochód zwyczajny ale – jak to u Gałczyńskiego – „anarchiści niosący piekielne maszyny szli obok masonów, marksistów, rewolucjonistów i kukluksklanów”.
W pewnym momencie następują wprost nawiązania do Apokalipsy Św. Jana, ale z użyciem kolokwializmów: „Kosmiczna zaczęła się chryja z całą straszliwą atmosferą. Vide Święty Jan – apokalipsa – Patmos”. Na koniec „świat jak łódź bez steru, jak potworny kadłub Tytanika zatonął w odmętach eteru”.
Ostatecznie okazuje się, że wszystko to „sługa boży Ildefons słyszał przez telefon” i zapisał jako swoją księgę apokalipsy.

      Jak widać z przytoczonych przykładów, polscy poeci współcześni nawiązują do Apokalipsy św. Jana tworząc  własne, odmienne  wizje końca świata.
Czesław Miłosz w „Piosence o końcu świata” wyobraża go sobie – w opozycji do Apokalipsy św. Jana - bez znaków i dramatycznych zapowiedzi, ale jako proces, który „staje się już”.
Zbigniew Herbert nadaje wydarzeniom reporterski ton i przedstawia je na podobieństwo doświadczeń pokolenia, które zaznało okrucieństwa totalitaryzmu.
     Można też temat Apokalipsy i końca świata potraktować z dystansem i na wesoło, bawiąc się słowami, obrazami, mieszając realizm z fantazją, jak to robi Konstanty Ildefons Gałczyński. Jego apokalipsa przypomina bardziej groteskowo-satyryczny kabaret niż koniec świata.
Wszystkie te wyobrażenia końca świata noszą piętno doświadczeń ich twórców, mają też odmienne od pierwowzoru przesłanie.


“Dolina Bogów”. Pokaz premierowy z udziałem reżysera

W środę, 19 sierpnia o godz. 18.00 Dolnośląskie Centrum Filmowe zaprasza na premierowy pokaz filmu “Dolina Bogów” Lecha Majewskiego, zrealizowanego przy wsparciu Dolnośląskiego Funduszu Filmowego. Na premierze będzie obecny reżyser, operator, scenarzysta, producent i scenograf filmu Lech Majewski.

Kadr filmu "Dolina bogów" w reż. Lecha Majewskiego

Największy wizjoner polskiego kina – Lech Majewski („Młyn i Krzyż”, „Angelus”, „Ogród rozkoszy ziemskich”, „Wojaczek”, "Onirica") – powraca z nową produkcją, wypełnioną niezwykłymi doznaniami i oszałamiającymi efektami audiowizualnymi.

„Dolina Bogów” to artystyczna uczta wykraczająca poza tradycyjny obraz filmowy. Historia o bogach ukrytych w górach, oparta na legendzie plemienia Navajo, hipnotyzuje zdjęciami, które reżyser współtworzył razem z Pawłem Tyborą („Onirica”) w stanie Utah w USA oraz muzyką skomponowaną przez laureata Oscara® – Jana A.P. Kaczmarka.

W tytułowej Dolinie Bogów krzyżują się trzy wątki narracyjne, które prowokują widza do własnych interpretacji. Pierwszy to archaiczna legenda Indian Navajo o bogach zamkniętych w skałach doliny Valley of the Gods pełna bogatej symboliki i archetypów. Drugi to historia najbogatszego człowieka globu, tajemniczego Wesa Taurosa (John Malkovich), który dotknięty osobistą tragedią, ukrywa się przed światem. Trzeci wątek jest historią narratora, Johna Ecasa (Josh Hartnett), pisarza, który zmaga się z traumatycznym rozstaniem z żoną i twórczym kryzysem. W tym czasie firma Taurosa eksploatująca rudę uranu przejmuje Dolinę Bogów, gdzie planuje drążyć tunele w świętej ziemi. Spokój przodków Navajo zostaje zburzony a skały rodzą mściciela. Widz pozostaje z pytaniami: Jak daleko można posunąć się dla miłości? Jakie tajemnice skrywa mityczna ziemia Navajo?

informacja prasowa

Lech Majewski: Inspiracją jest zawsze obraz /wywiad/

Z wybitnym wizjonerem kina rozmawiam o fenomenie Wenecji, spotkaniu z Antonionim, wizycie na planie filmu Bergmana i malarskich fascynacjach.  

Lech Majewski, fot. ze strony internetowej artysty


Barbara Lekarczyk-Cisek: Jest Pan artystą obdarzonym wieloma talentami: pisarskim, poetyckim, malarskim, muzycznym, tworzy też autorskie kino. Ale w młodości zapowiadał się Pan przede wszystkim jako artysta malarz. Podobno, mając bodaj czternaście lat, zorganizował Pan pierwszą wystawę, wybierał się na studia na ASP… Skąd więc nagle kino?

Lech Majewski: Aby to wyjaśnić, muszę sięgnąć wstecz, do czasów, kiedy jeździłem na wakacje do Wenecji. Często wyjeżdżałem tam jako nastolatek, we Włoszech mieszkał bowiem mój wujek, który był profesorem konserwatorium muzycznego. Właściwie mieszkał w Mediolanie i był krytykiem muzycznym „Corriere Della Sera”, specjalizującym się w recenzjach koncertów La Scali, a przez cztery dni uczył historii kompozycji w weneckim konserwatorium. W lecie jego mieszkanie akademickie było wolne, więc zaproponował nam, że możemy z niego korzystać. Tym sposobem spędzałem całe wakacje w Wenecji, w której do dziś pomieszkuję i która stała się najbliższym mi miastem, obok Katowic. W Katowicach narodziłem się fizycznie, a w Wenecji duchowo i … filmowo.

To miasto  jest soczewką wszystkiego, co się dzieje w sztuce. Na Biennale w Wenecji poznałem takich twórców współczesnej sztuki, jak Roy Lichtenstein, Andy Warhol czy Giorgio de Chirico. To były czasy, kiedy artyści nie byli tak niedostępni jak dzisiaj.

Oprócz tego obcowałem ze sztuką dawną i byłem zakochany w małym obrazie Giorgione`a, zatytułowanym ”Burza” – bardzo tajemniczym, którego głębia kolorów i aura tajemniczości sprawiały, że spędzałem przy nim całe godziny. W owym czasie malowałem i wybierałem się na Akademię Sztuk Pięknych. Otóż w pewnym momencie tam, w Wenecji, uświadomiłem sobie, że tajemniczą atmosferę z obrazu Giorgione`a niedawno widziałem w kinie, w scenie parku z ”Powiększenia” Antonioniego. Jest w niej brzemienna cisza. Zdałem sobie wówczas sprawę, że gdyby Giorgione żył w naszych czasach, to z pewnością robiłby filmy. Tak więc zdecydowałem się zdawać do szkoły filmowej pod wpływem ”Burzy”, nie wiedząc wiele o filmie. I chociaż nie spełniałem wymogu formalnego (nie miałem ukończonych wyższych studiów), zostałem przyjęty. Wcześniej byłem na konsultacji u Henryka Kluby, któremu pokazałem swoje obrazy, rysunki, fotografie i wiersze. I to on zachęcił mnie do zdawania, dając nadzieję, że dostanę się na studia, jeśli zdam egzamin. Powiedział, że będę eksperymentem i tak się stało. Byłem najmłodszy na roku, o siedem lat młodszy od drugiego najmłodszego studenta.

Podobno Antonioni jeszcze raz się Panu przysłużył, kiedy pojawił się osobiście w łódzkiej Filmówce…

Antonioni nie miał w planach wizyty w szkole filmowej – miał być w "Kwancie”- legendarnym klubie filmowym, którego szef, Andrzej Słowicki, zaprosił mnie na to spotkanie. Ponieważ jednak następnego dnia rozpoczynałem realizację etiudy pod auspicjami Jerzego W. Hasa, który był niesłychanie wymagający, toteż zrezygnowałem z wyjazdu do Warszawy. Nie znałem wtedy dobrze języka filmowego, a musiałem stworzyć precyzyjny scenopis, którego uczyłem się na pamięć. I tak nie spałem całą noc, bo miałem wyrzuty sumienia, że nie pojechałem na spotkanie z Antonionim, a poza tym przeżywałem mający nastąpić nazajutrz mój pierwszy plan filmowy. Tymczasem w poniedziałek rano w szkole pojawił się niezapowiedziany Antonioni. Dosłownie wyrwałem się z planu, bo mój kierownik produkcji nie chciał mnie wypuścić na to spotkanie. Byłem jednak zdeterminowany. Kiedy się pojawiłem w szkolnej sali kinowej, wszyscy siedzieli w nabożnej ciszy, bo nikt nie ośmielił się zadać pytania. W końcu ktoś zapytał, nawiązując do ”8 i pół” Felliniego, kiedy reżyser zrobi swoje "9”? Na co Antonioni odpowiedział, że już zrobił – ”Zawód reporter”, z którym właśnie przyjechał do Polski na Konfrontacje. W końcu odważyłem się i zadałem praktyczne pytanie o to, czy kiedy idzie na plan, to też się uczy na pamięć scenopisu. Odpowiedział, że przeciwnie – stara się zapomnieć. Zdenerwowała mnie wówczas jego odpowiedź. Pomyślałem,  że otrzymałem w odpowiedzi zgrabny bon mot, więc mu powiedziałem, żeby sobie ze mnie nie kpił, bo to dla mnie rzecz niezmiernie ważna. Na co uśmiechnął się i odparł, że mnie bynajmniej nie zbył, bo kiedy idzie na plan, to naprawdę nie chce pamiętać, co ma kręcić, tylko patrzy, jak  wygląda świat: jaka jest pogoda, jakie światło, jak się układają włosy jego aktorki… I z tego próbuje zbudować scenę. A jeśli mu to nie wychodzi, wzywa asystenta, żeby mu przypomniał, co mają dzisiaj kręcić.

Poszedłem potem do atelier, na swój plan filmowy – zdruzgotany tym, jak tandetnie wygląda otaczająca mnie rzeczywistość. Wszystko było stare, brzydkie, szwenk w kamerze był luźny, więc operator użył miotły, aby go ustabilizować… W akwarium pływały zdechłe ryby… A tu nagle otworzyły się drzwi, wszedł rektor, Maria Kornatowska, Antonioni i jeszcze ktoś z włoskiej ambasady, otoczeni wianuszkiem kamer. Zachęcono mnie, abym podszedł i wtedy Antonioni uścisnął mi rękę, życząc powodzenia. To jest niesamowite, że w życiu takie rzeczy się zdarzają!

Po latach, kiedy Antonioni umarł, napisałem do ”Rzeczpospolitej” jego nekrolog. A kiedy niedawno byłem we Włoszech, spotkał mnie niesłychany zaszczyt, ponieważ zostałem jurorem festiwalu włoskich filmów dokumentalnych i krótkometrażowych. W związku z tym festiwalem przygotowano galerię portretów włoskich twórców, którzy byli przewodniczącymi jury. Byłem jedynym nie-Włochem i mój portret powieszono obok… Antonioniego. Moment metafizyczny… Potem miałem wykłady na Akademii Sztuk Pięknych w Rzymie (wł. Accademia Nazionale di San Luca), otrzymałem pięknie wydany album, zawierający znakomite, bardzo wnikliwe analizy wszystkich filmów Antonioniego.

Wróćmy jednak do szkoły filmowej. Kto, poza Wojciechem Hasem, wywarł na Pana wpływ?

Największy wpływ miał na mnie Has i Królikiewicz. Wykłady Grzegorza Królikiewicza nie dadzą się porównać z niczym. Ten show, który urządzał i jak nas prowokował do myślenia… Do młodych durniów, którymi wówczas byliśmy, przemawiał bardzo skutecznie. Jego zajęcia przypominały amerykańskie filmy sądowe – tak to prowadził. Był zarazem oskarżycielem (naszej bezmyślności), jak też adwokatem filmów. Robił to pięknie! Jego analityczny umysł był niezrównany. Jego wykłady były dla nas wielkim przeżyciem. Z kolei Has był introwertykiem. Przypalał ”Marlboro”, popiół spadał na jego nylonowy golf, w którym wypalał dziury… Cedził słowa, ale w jego podejściu do kina był wielki świat. Ważną dla mnie osobą była także Maria Kornatowska, również bardzo ludzka, prywatna, a jednocześnie światowa. Ponadto Henryk Kuźniak, który był wyjątkowo dobrym pedagogiem wykładając muzykę filmową.

Podobno był Pan także na planie filmowym u Ingmara Bergmana…

Wygrałem wówczas konkurs na scenariusz i pierwszą nagrodą było (w ramach wymiany między szkołami filmowymi) uczestnictwo w planie filmowym ”Twarzą w twarz”.

Jakie wrażenie sprawiał Bergman podczas pracy nad filmem?

Kiedy rok wcześniej byłem na planie polskiego filmu pewnego znanego reżysera, co i rusz słyszałem, że kręcimy arcydzieło, mimo że był to absolutny gniot. Interesowało mnie więc, co wobec tego mówi na planie twórca prawdziwych arcydzieł. Byłem też dobrze przygotowany ”z Bergmana”.  Pojechałem więc do Szwecji i nazajutrz po przyjeździe poszedłem na plan. Wszyscy już od rana dziarsko się uwijali, co wprawiło mnie w zdumienie po uprzednich doświadczeniach, ale przede wszystkim szukałem Bergmana. Sądziłem, że pewno pojawi się na planie jak jakiś cesarz. W końcu zapytałem asystenta producenta. Ten wskazał mi palcem jakiegoś mężczyznę, który klęczał w przepoconej koszuli i przesuwał kabel… Dopiero wtedy rozpoznałem Bergmana.

Miał taki system, że kiedy rozmawiał z aktorami, to zawsze ustawiał się w pozycji niższej niż oni. Poza tym męczył się nad ujęciami jak jakiś, nie przymierzając, debiutant. To była fizyczna walka człowieka z przestrzenią i ze swoim własnym wnętrzem. Mimo że był protestantem, człowiekiem niezwykle precyzyjnym, to jednak dopuszczał do siebie nieznane.

Rozmawiałem z nim potem kilka razy, zawsze bardzo krótko, bo nie był wylewnym człowiekiem.Mówił mi, że w kinie nic nie wiadomo na pewno. Za każdym razem jest tak, jakby się zaczynało od nowa. Przy tego typu podejściu – rzeczywiście tak jest. Gdy obserwuję młodych reżyserów, to są pełni buty. Bergman zaś był obrazem pokory.

Czy Pański debiut – ”Rycerz” nie jest czasem z ducha Bergmana, z jego ”Siódmej pieczęci”?

Pewnie jest. Ale także z Tarkowskiego… Te filmy mnie fascynowały!

Jak to właściwie jest z tymi inspiracjami? Czy na początku jest w Pański wypadku obraz, np. malarstwo Ucella, jak to było w przypadku ”Rycerza”? Czy może impulsy płyną z innych źródeł?

Dzięki Włochom zrozumiałem, że nie można ograniczać się do jednego środka wyrazu. Różne tematy domagają się innej ekspresji. Żyjemy w czasach, w których jest się synonimem albo anonimem. Innymi słowy, albo kogoś się z czymś utożsamia, np. z kinem, tenisem, albo się nie istnieje. Dzisiejszy świat jest tak pogubiony, że żąda od człowieka jednoznacznych rozwiązań. Jeśli coś jest bardziej skomplikowane, zaczyna być podejrzane. Przykładem takiego człowieka, który zajmował się wieloma dziedzinami, jest Leonardo da Vinci. Ale wybacza mu się to ze względu na ”Monę Lisę”. Nikt nie traktuje poważnie całej reszty.

W moim wypadku inspiracją jest zawsze obraz. To swego rodzaju wizja. Niektóre moje wizje obradzają jak drzewo, a inne nie. Te, które emitują kolejne obrazy, stają się centralnym punktem, rodzajem osi. Z tego rodzi się potem albo teatr, albo opera, albo film, seria video artów, rzeźba… Np. scenę orki w hipermarkecie w ”Onirica” ujrzałem wewnętrznym okiem, robiąc zakupy  w takim miejscu.

Czy w przypadku ”Angelusa” punktem wyjścia było malarstwo Ociepki? 


Zaczęło się od tego, że przeczytałem w ”NaGłosie” artykuł Seweryna A. Wisłockiego, który opisał fenomen Grupy Janowskiej. W owym czasie interesowałem się kultem proroka Eliasza Klimowicza, który założył Wierszalin, gdzie chciał zbudować raj na ziemi. O ruchu tym pisał w latach 70. prof. Włodzimierz Pawluczuk. Chciałem nawet zrobić adaptację tekstu T. Słobodzianka, ale nic z tego nie wyszło. W tym samym czasie mój św. pamięci przyjaciel Irek Siwiński zwrócił moją uwagę na historię Grupy Janowskiej, sięgającą lat 30. XX wieku. Była to założona przez Teofila Ociepkę gmina okultystyczna, której jedną z form ekspresji było malarstwo. Przeczytanie artykułu Wisłockiego natychmiast zaczęło skutkować wizjami i obrazami. Pojechałem do domu, w którym mieszkał pociotek Teofila Ociepki, który zaprowadził mnie na strych i dał harfę po malarzu.

Po ”Rycerzu” wyjechał Pan za granicę i robił tam filmy bliższe mainstreamowi, np. ”Ewangelię według Harry`ego”.  Mimo że w Ameryce doceniono Pańską twórczość i miał Pan tam znakomite warunki, postanowił jednak wrócić. Co Pana do tego skłoniło?

Mnie dopieszczają i doceniają wszędzie, z wyjątkiem Polski i to mi się najbardziej podoba (śmiech). To mnie trzyma w formie.

Dziękuję za rozmowę. 


Wywiad ukazał się pierwotnie na Kulturaonline.pl 15 września 2015 r.

piątek, 7 sierpnia 2020

Usłysz po raz pierwszy organy w NFM!

II Koncert na wiolonczelę i orkiestrę symfoniczną Pawła Mykietyna i "Obrazki z wystawy" Modesta Mugsorgskiego wykona podczas koncertu w dniu 14 sierpnia 2020 r. NFM Filharmonia Wrocławska pod batutą Bassema Akiki. Partię solową zagra Marcin Zdunik. Podczas tego wieczoru, w ostatniej części, po raz pierwszy usłyszymy brzmienie organów NFM!

Paweł Mykietyn, fot. Jacek Poremba/NFM

Podczas koncertu 14 sierpnia NFM Filharmonię Wrocławską poprowadzi Bassem Akiki, a partię solową wykona Marcin Zdunik. Wysłuchamy dwóch dzieł, które różni prawie wszystko: stylistyka, czas powstania oraz założenia kompozycyjne. II Koncert na wiolonczelę i orkiestrę symfoniczną Pawła Mykietyna jest nowym utworem polskiego twórcy, z kolei Obrazki z wystawy Modesta Musorgskiego to powszechnie znane i lubiane miniatury fortepianowe – tego wieczoru zabrzmią w rzadko prezentowanej wersji, a w ostatniej ich części po raz pierwszy usłyszymy brzmienie organów NFM!

Swoje prawykonanie II Koncert na wiolonczelę i orkiestrę symfoniczną Mykietyna miał w marcu ubiegłego roku w Warszawie. Partię solową zagrał rozpoznawalny, mający szeroki repertuar i chętnie sięgający po dzieła współczesne Marcin Zdunik, a całość poprowadził Bassem Akiki. Ci sami artyści wystąpią również podczas tego koncertu. Utwór został znakomicie przyjęty, był chwalony zwłaszcza za komunikatywność i emocjonalność języka muzycznego.

Suita Obrazki z wystawy to jedno z najbardziej znanych dzieł Musorgskiego. Powstała jako wyraz hołdu złożonego przez kompozytora przyjacielowi, malarzowi Wiktorowi Hartmannowi. Rosyjski twórca umuzycznił wybrane obrazy kolegi. Poszczególne ogniwa to m.in. melancholijny Stary zamek, Bydło, figlarny Taniec kurcząt w skorupkach, muzyczny portret bogatego i biednego Żyda, czyli Samuel Goldenberg i Szmul, upiorna Chatka na kurzej stopce i wieńcząca dzieło monumentalna Wielka Brama Kijowska. Suita Musorgskiego w oryginale była przeznaczona na fortepian, jednak prędko doczekała się licznych opracowań na orkiestrę. Najbardziej znana jest bez wątpienia aranżacja przygotowana przez Maurice’a Ravela. Podczas tego koncertu utwór zabrzmi w znacznie rzadziej wykonywanej orkiestracji Waltera Goehra z 1942 roku.

Podczas tego koncertu po raz pierwszy usłyszymy w NFM organy piszczałkowe, których budowę w Sali Głównej niedawno zakończono. Za ich sprawą muzyka minionych wieków zabrzmi pełniej, a możliwość zagrania współczesnych utworów przeznaczonych na organy otworzy drogę do poznania wielu nowych kompozycji. Instrument został zaprojektowany i wykonany przez organmistrzów z pracowni Orgelbau Klais z Bonn, która szczyci się ponad stuletnią tradycją i doświadczeniem.

Już teraz pragniemy Państwa serdecznie zaprosić na wyjątkowe koncerty inaugurujące organy w NFM, które odbędą się w listopadzie 2020 r.! Szczegółowe informacje przekażemy wkrótce.

Więcej o naszych organach można przeczytać na www.nfm.wroclaw.pl/organy.

Wykonawcy:

Bassem Akiki – dyrygent

Marcin Zdunik – wiolonczela

NFM Filharmonia Wrocławska


Program:

P. Mykietyn II Koncert na wiolonczelę i orkiestrę symfoniczną

M. Musorgski Obrazki z wystawy

czas trwania: 60′

W koncercie nie przewidziano przerwy.

Zapewniamy, że jesteśmy w stałym kontakcie ze służbami sanitarnymi i organizujemy nasze wydarzenia zgodnie z ich zaleceniami i wytycznymi. Wszystkie koncerty odbywają się bez przerw.

Z pozdrowieniami

Zespół NFM

informacja prasowa

czwartek, 6 sierpnia 2020

Trzynaście filmów dokumentalnych powalczy o Grand Prix Dolnego Śląska 2020

Już za miesiąc rozpocznie się 17. odsłona Millennium Docs Against Gravity – największego festiwalu filmów non-fiction w Polsce! Nieodłączną częścią wrocławskiej edycji jest rywalizacja o Grand Prix Dolnego Śląska. O nagrodę Marszałka Województwa Dolnośląskiego w wysokości 3000 euro rywalizować będzie trzynaście znakomitych filmów z całego świata.




Zaplanowana na wiosnę 17. edycja Millennium Docs Against Gravity w związku z pandemią koronawirusa przeniesiona została na drugą połowę roku – miłośnicy kina dokumentalnego spotkają się w Dolnośląskim Centrum Filmowym w dniach 4-13 września. Mimo zmiany terminu, w programie nie mogło zabraknąć tradycyjnej rywalizacji o Grand Prix Dolnego Śląska. W tym roku w konkursie weźmie udział 13 wyjątkowych filmów, wyreżyserowanych przez siedmiu reżyserów i osiem reżyserek z całego świata.

Bohaterki codzienności




W tym roku o nagrodę Marszałka Województwa Dolnośląskiego ubiegało będzie się kilka tytułów pokazujących silne kobiety i ich próbę zmierzenia się z często nieprzychylnym oraz pełnym przemocy środowiskiem życia. Od „La Mami” Laury Herrero Garvin, pokazującego życie tancerek z Barba Azul Cabaret w Meksyku, przez film „Dla Samy” (For Sama, reż. Waad Al-Khateab i Edward Watts), który obrazuje bohaterkę walczącą o życie swoje oraz swojej córki w oblężonym syryjskim Aleppo, aż po „Lekcję miłości” (Lessons of Love, reż. Małgorzata Goliszewska, Katarzyna Mateja) – historię 69-letniej Joli, która wyrwała się z toksycznego związku i rozpoczyna życie na nowo. Spojrzeniem na ciekawą relację, która tworzy się między bohaterką i złodziejem, który ukradł obrazy jej autorstwa, jest film „Malarka i złodziej” (The Painter and the Thief) w reżyserii Benjamina Ree. Z kolei „Blizny” Agnieszki Zwiefki opowiadają o losach Vetrichelvi, która miała zaledwie 17 lat, gdy wstąpiła do terrorystycznej organizacji Tamilskich Tygrysów na Sri Lance, a teraz chce odnaleźć się na powrót w rzeczywistości po jej opuszczeniu.


Kręte ścieżki dorastania

Vetrichelvi dorastała w ekstremalnych warunkach wojny domowej na Sri Lance, ale to nie jedyna opowieść o trudnym wchodzeniu w dorosłość w tegorocznym Konkursie Głównym Millennium Docs Against Gravity. W cieniu konfliktu i wojny dorasta też bohaterka filmu „Ziemia jest niebieska jak pomarańcza” (The Earth is Blue as an Orange) Iryny Tsilyk. Pochodzi z rodziny mieszkającej na pierwszej linii frontu w Donbasie na Ukrainie. Gdy na zewnątrz panuje chaos i słychać bombardowania, dziewczyna kręci film inspirowany własnym codziennym życiem w trakcie trwającej wojny, żeby dostać się do szkoły filmowej.

Z kolei bohaterami „Wyrzutków” (Punks, reż. Maasja Ooms) jest grupa nastolatków, z którymi nie mogą poradzić sobie ani szkoła, ani rodzice. Jedyną nadzieją dla tych dojrzewających chłopców okazuje się izolacja na jednej z farm we Francji, która ma im pomóc powrócić na łono społeczeństwa.

Sébastien Lifshitz w filmie „Nastolatki” (Adolescentes) podąża dla odmiany za dwoma dziewczynami, nastoletnimi Francuzkami Emmą i Anaïs, które są najlepszymi przyjaciółkami od dziecka, a jednak wszystko w ich życiu wydaje się je od siebie różnić: pochodzenie społeczne oraz osobowość. Jedna wywodzi się z zamożnej rodziny, a druga dorasta w trudnych warunkach i środowisku. W filmie pokazana jest ich ich radykalna przemiana z trzynastolatek w osiemnastoletnie dziewczyny.


W zderzeniu z żywiołem

W dorosłość wchodzi także syn pewnego nepalskiego Szerpa Nady. W celu zapewnienia edukacji swojemu dziecku, ojciec łamie tabu i wraz z wybitnymi europejskimi alpinistami bierze udział w himalajskiej wyprawie na Kumbhakarnę, świętą górę Szerpów. Czy pomimo ciężkich warunków pogodowych uda się im zdobyć szczyt? Widzowie festiwalu zobaczą dramatyczny finał tej historii w filmie „Ściana cieni” (The Wall od Shadows) Elizy Kubarskiej. Zderzenie z innymi potężnymi siłami przyrody przeżyli mieszkańcy miasteczka Paradise. W 2018 roku wybuchł tam najtragiczniejszy pożar w historii Kalifornii, który doszczętnie je zdewastował. Zdobywca Oskara Ron Howard postanowił pojechać na miejsce katastrofy i tak powstał film „Odbudować Paradise” (Rebuilding Paradise), opowiadający o walce o swój dom, ale także o niszczycielskiej działalności człowieka, która prowadzi do ekologicznej tragedii.




Ciemna strona polityki

O ciemnej stronie działalności polityków, która potrafi niszczyć ludzkie życie tak skutecznie, jak ogień zniszczył domu w Paradise, opowiadają trzy konkursowe filmy. „Witamy w Czeczenii” (Welcome to Chechenya) Davida France'a pokazuje, jak dokładnie wyglądało regularne polowanie na osoby LGBT+ urządzone przez przywódcę Czeczenii – Ramzana Kadyrowa. Twórcy filmu, narażając własne życie, towarzyszyli ludziom, którzy natychmiast musieli uciekać z własnego kraju w obawie przed śmiercią.
Z kolei Siergiej Łoźnica cofa się do roku 1953 i pokazuje przebieg „Pogrzebu Stalina” (State Funeral). Dzięki odnalezionym przez reżysera archiwom widzowie mogą przyjrzeć się z niezwykłej perspektywy pogrzebowi jednego z największych zbrodniarzy w historii ludzkości. Nigdy wcześniej niepokazywane, w dużej mierze kolorowe zdjęcia, zapierają dech w piersiach i przenoszą w samo centrum kultu jednostki.



O propagandzie i jej wpływie na społeczeństwo opowiada też Hubert Sauper w filmie „Epicentrum” (Epicentro). Na ulicach Hawany mieszkańcy w każdym wieku dzielą się z nim przed kamerą swoimi opiniami na temat życia w skolonizowanym kraju, a także wewnętrznej wolności, jakiej doświadczają pomimo surowych sankcji. Reżyser tworzy wciągający i metaforyczny portret postkolonialnej, „utopijnej” Kuby.

Zwycięzcę Grand Prix Dolnego Śląska wybierze czteroosobowe Jury w składzie: Małgorzata Szczerbowska – aktorka i scenarzystka, Joanna Synowiec – kuratorka, animatorka kultury i artystka oraz Jarosław Perduta – dyrektor Dolnośląskiego Centrum Filmowego i Krzysztof Majewski – dziennikarz radiowy. Jurorzy swoją decyzję ogłoszą 11 września.

Bilety w cenach 14 i 16 złotych (pojedyncze seanse, cena zależna od godziny projekcji) dostępne będą w kasach Dolnośląskiego Centrum Filmowego, na MDAG.pl i dcf.wroclaw.pl od 21 sierpnia. Przy zakupie minimum 6 biletów każdy z nich kosztował będzie 14 złotych; bilety na pokazy dla seniorów i rodzin kosztować będą 12 złotych. Pełny program ogłoszony zostanie w najbliższych dniach - zapraszamy do śledzenia strony festiwalu i wrocławskiego profilu Millennium Docs Against Gravity na Facebooku: www.facebook.com/MDAGWroclaw.

Pełna lista tytułów rywalizujących o Grand Prix Dolnego Śląska:


Nastolatki (Adolescentes)
Francja 2019, 78 min.
Reżyseria: Sébastien Lifshitz

Blizny (Scars)
Polska, Niderlandy 2019, 79 min.
Reżyseria: Agnieszka Zwiefka

Dla Samy (For Sama)
Wielka Brytania 2019, 100 min.
Reżyseria: Waad Al-Kateab, Edward Watts

Lekcja miłości (Lessons of Love)
Polska 2019, 72 min.
Reżyseria: Małgorzata Goliszewska, Kasia Mateja

Epicentrum (Epicentro)
Austria, USA, Francja 2019, 107 min.
Reżyseria: Hubert Sauper

La Mami (La Mami)
Meksyk, Hiszpania 2019, 80 min.
Reżyseria: Laura Herrero Garvin

Ściana cieni (The Wall of Shadows)
Polska, Niemcy, Szwajcaria 2020, 90 min.
Reżyseria: Eliza Kubarska

Wyrzutki (Punks)
Niderlandy 2019, 92 min.
Reżyseria: Maasja Ooms

Witamy w Czeczenii (Welcome to Chechnya)
USA 2020, 170 min.
Reżyseria: David France

Pogrzeb Stalina (State Funeral)
Niderlandy, Litwa 2019, 135 min.
Reżyseria: Siergiej Łoźnica

Odbudować Paradise (Rebuilding Paradise)
USA 2020, 95 min.
Reżyseria: Ron Howard

Ziemia jest niebieska jak pomarańcza (The Earth is Blue as an Orange)
Litwa, Ukraina 2020, 74 min.
Reżyseria: Iryna Tsilyk

Malarka i złodziej (The Painter and the Thief)
Norwegia 2020, 102 min.
Reżyseria: Benjamin Ree

informacja prasowa

Stulecie Bitwy Warszawskiej w Filmotece Narodowej – Instytucie Audiowizualnym

Z okazji rocznicy Bitwy Warszawskiej FINA zaprasza m.in. na pokazy filmów fabularnych oraz dokumentów dotyczących drogi Polaków do odzyskania Niepodległości i Cudu nad Wisłą, a także  spotkania z ekspertami  i wyjątkowym projektem artystycznym inspirowanym filmem „Polonia Restituta”. Seanse odbędą się w warszawskim kinie Iluzjon oraz  online w serwisie ninateka.pl.

Kadr z filmu „Polonia Restituta”, reż. nieznany, Polska, 1920 r.

Pamięć i (nie) pamięć o roku 1920. Filmy i komentarz ekspercki online


15 sierpnia o godzinie 19.00 w serwisie Ninateka (ninateka.pl), za darmo i bez reklam, zostanie premierowo udostępniony krótki reportaż filmowy „Pogrom Bolszewików” oraz zapis specjalnie przygotowanego na tę okazję eksperckiego komentarza prof. dr. hab. Andrzeja Nowaka i dr. hab. Mariusza Guzka, prof UKW pt. „Pamięć i (nie) pamięć o roku 1920 w polskiej kulturze”. Pretekstem do dyskusji będą filmowe wizerunki wydarzeń z tamtego okresu, zachowane w materiałach archiwalnych FINA. Rozmowa będzie również refleksją nad kształtem i formami obecności tematu wojny polsko-bolszewickiej na przestrzeni całego stulecia.

Film „Pogrom Bolszewików” dotychczas istniejący w archiwum FINA jako „Wojna polsko-rosyjska”, został zidentyfikowany w 2020 roku. Jest to jedyny ocalały, niestety niekompletny materiał z produkcji filmowej Centralnego Urzędu Filmowego (CUF). Dzięki niemu, początkowo bez wielkiego entuzjazmu ze strony wojskowych, zaczęto kręcić sceny z życia żołnierzy w czasie I wojny światowej, a następnie wojny polsko-bolszewickiej. „Pogrom Bolszewików” to jeden z wielu tzw. filmów aktualnych z frontu walk. Należy jednak pamiętać, że operatorzy najczęściej nie uczestniczyli wówczas w walkach. Filmowano względnie bezpieczne przemarsze, życie codzienne żołnierzy, a sceny bitewne były najczęściej aranżowane. Filmy tego typu miały charakter informacyjny, ale też propagandowy.

Od 15 sierpnia będzie można zobaczyć w Ninatece także inne filmy, fabuły i dokumenty, pochodzące z zasobów FINA, poświęcone wydarzeniom z początku XX wieku: odzyskaniu przez Polskę Niepodległości, wojnie polsko-bolszewickiej oraz Bitwie Warszawskiej:

Cud nad Wisłą”, reż. Ryszard Bolesławski, Polska, 1921 r. To zrealizowany z rozmachem, składający się pierwotnie z dwóch serii, dramat patriotyczny, ilustrujący epizody wojny polsko-bolszewickiej.

Dla Ciebie Polsko”, reż. Antoni Bednarczyk, Polska, 1920 r. Historia miłości dwojga młodych ludzi – Franka i Hanki. Ich uczucie zostaje wystawione na próbę przez wybuch wojny polsko-bolszewickiej. Broniąc swojej ojczyzny, zakochani pozostają wierni swoim uczuciom. Ich oddanie zostaje wynagrodzone przez los.

„Szaleńcy”, reż. Leonard Buczkowski, Polska, 1928 r. Debiut fabularny Leonarda Buczkowskiego, który później zostanie twórcą m.in. słynnego filmu „Zakazane piosenki”. „Szaleńcy” to pierwsza filmowa superprodukcja – zrealizowana przy udziale wielu formacji wojskowych, z nowatorskimi scenami bitew, bronią z epoki i najnowszymi zdobyczami techniki.

„Polonia Restituta 1918-1920”, reż. nieznany, Polska, 1920 r. Wykonany na początku 1928 roku niemy film to kompilacja ujęć dokumentalnych zarejestrowanych w czasie walk niepodległościowych i Bitwy Warszawskiej. 

„Sztandar wolności”, reż. Ryszard Ordyński, Polska, 1935 r. Cyfrowo zrekonstruowany przez FINA dokument Ryszarda Ordyńskiego przedstawia walkę o niepodległość Polski w latach 1905–1920.

Udostępnienie komentarza oraz filmów jest częścią projektu „Pamięć filmu. Cud nad Wisłą i inne wydarzenia historyczne w filmowych zasobach FINA”. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Programu Wieloletniego NIEPODLEGŁA na lata 2017-2022.

Kadr z filmu „Szaleńcy”, reż. Leonard Buczkowski, Polska, 1928 r.


Niezła historia! 100-lecie Bitwy Warszawskiej w kinie Iluzjon


Na cykl  „Niezła historia” w stołecznym kinie Iluzjon złożą się trzy filmy w różny sposób ukazujące dzieje walk o niepodległość, a także wojnę polsko-bolszewicką: wydarzenia poprzedzające Bitwę Warszawską, jak i następujące po niej.

15 sierpnia o godz. 15.00 kino Iluzjon zaprezentuje „Szaleńców” w reżyserii Leonarda Buczkowskiego film z 1928 roku określany mianem pierwszej polskiej superprodukcji. Tego sama dnia o godz. 19.00 na wielkim ekranie będzie można zobaczyć dwa dokumenty, filmową kronikę wydarzeń, które przyczyniły się do odzyskania przez Polskę niepodległości oraz ukształtowania jej granic po latach zaborów: „Polonia Restituta 1918-1920” oraz bogaty w materiały archiwalne „Sztandar wolności” ukazujący postać i drogę życia Józefa Piłsudskiego. Wszystkie filmy zostały zrekonstruowane przez FINA w ostatnich latach.

Bilety na seanse w specjalnej cenie 10 zł.

„Wojna światów 1920″ − wirtualny pomnik bohaterów 1920 roku w portalu biogramy.pl


Redakcja wydawanego przez FINA portalu biogramy.pl przygotowała specjalne opracowanie, które umożliwia łatwy dostęp do materiałów związanych z odzyskaniem przez Polskę niepodległości, heroicznej walki z najeźdźcami i odbudowy kraju po przeszło stuletnim okresie zaborów. „Wojna światów 1920” zawiera linki do wybranych miejsc w serwisie, które z kolei prowadzą do tysięcy podstron związanych z wydarzeniami z 1920 roku. W portalu znaleźć można teksty, materiały wideo, audycje, ciekawostki, a przede wszystkim zdjęcia, które bohaterów walk o niepodległość pokazują zarówno w oficjalnych, jak i prywatnych sytuacjach.


materiały promocyjne

„1920/2020. Archiwum Ożywione”


Narodowe Archiwum Cyfrowe zaproponowało trójce uznanych, współczesnych twórców realizację dzieł artystycznych w oparciu o archiwalne fotografie, nagrania i filmy ze swojego zasobu.

Każdy z artystów „ożywił” inny archiwalny materiał dotyczący wojny polsko-bolszewickiej i Bitwy Warszawskiej i przetworzył go w innej formie. Karolinę Bregułę zainspirowały plansze tekstowe z niemego filmu „Polonia Restituta 1918-1920” z 1928 roku, zrekonstruowanego cyfrowo w ramach wspólnego projektu Filmoteki Narodowej – Instytutu Audiowizualnego i NAC, a od 2018 roku znajdującego się na Polskiej Liście Krajowej Programu UNESCO Pamięć Świata. Frazy z plansz, poetycko opisujących polską drogę do niepodległości, znalazły się w inskrypcji zawartej w obiekcie upamiętniającym rolę kobiet w historycznych wydarzeniach, który pojawi się na wzniesieniu „Olimp” na Kamionkowskich Błoniach Elekcyjnych.

Inauguracji pracy Karoliny Breguły w dniu 15 sierpnia będzie towarzyszyć spacer z dr Anną Nowakowską-Wierzchoś z Instytutu Historii PAN po Kamionkowskich Błoniach Elekcyjnych szlakiem Ochotniczej Legii Kobiet. FINA jest partnerem projektu Karoliny Breguły.

Portal Bitwy Warszawskiej – serwis bitwa1920.gov.pl


We współpracy z FINA powstał wyjątkowy serwis internetowy poświęcony Bitwie Warszawskiej 1920 roku. Przygotowany przez zespół PolskieRadio.pl oraz Biura Programu „Niepodległa” w formie nowoczesnej encyklopedii multimedialnej portal nie tylko opowiada o wojnie polsko-bolszewickiej, ale przede wszystkim pokazuje życie Polaków, istotne wydarzenia, fakty i postaci.

Wystawa „Fotorelacje. Wojna 1920” w Muzeum Narodowym w Warszawie


Od 12 sierpnia do 15 listopada w Muzeum Narodowym w Warszawie będzie można obejrzeć wystawę zdjęć dokumentujących wojnę polsko-bolszewicką. Istotnym elementem ekspozycji będą fragmenty filmów z lat 20. XX wieku, w tym niedawno odrestaurowany, długometrażowy dokument „Polonia Restituta 1918-1920” (1928) pochodzący ze zbiorów FINA.

informacja prasowa

Kolekcja osobista państwa Banasiów w Muzeum Etnograficznym we Wrocławiu /relacja/

Do 30 października 2020 roku można oglądać w Muzeum Etnograficznym we Wrocławiu wystawę, na której znalazły się obiekty sztuki ludowej i nie...

Popularne posty