niedziela, 16 grudnia 2018

"Medea" Eurypidesa w The National Theatre of London /recenzja/

4 września 2014 roku byliśmy uczestnikami niecodziennego wydarzenia. Mieliśmy mianowicie okazję obejrzeć transmisję z The National Theatre w Londynie, gdzie wystawiono sztukę Eurypidesa ”Medea” z Helen McCrory w roli tytułowej.




Przedsięwzięcie samo w sobie godne podziwu. Nie tylko dlatego, że Teatr Narodowy w Londynie sięgnął po tę sztukę po pięćdziesięciu latach, ale także dlatego, że mogliśmy ją oglądać jednocześnie w wielu krajach. Wrocławskie Kino Nowe Horyzonty zasłynęło już z tego, że można w nim oglądać nie tylko filmy, ale także wystawy, opery, a od tego roku – również spektakle. Tak więc nie ruszając się z kinowego fotela, staliśmy się uczestnikami różnych, często wybitnych, wydarzeń w europejskiej kulturze.

Tekst Eurypidesa adaptował Ben Power, a wyreżyserowała Carrie Cracknell. Ta propozycja teatralna budzi jednak mieszane uczucia. Twórcy postanowili uwspółcześnić starego mądrego Eurypidesa i efekty tego są raczej niezadowalające, ponieważ zaprezentowaną nam sztukę płaską jak dolina mazowiecka, ze słabym aktorstwem (no, może jedynie Helen McCrory się wybroniła, choć kiedy widzimy ją zaniedbaną i ubraną w opadające spodnie, to nawet nas nie dziwi, dlaczego mąż ją porzucił) oraz mnogością planów i rekwizytów – podpórek.

spektakl Medea, National Theatre of London, prasowe

Akcja rozgrywa się w zaniedbanym domu, którego umeblowanie i sprzęt kojarzy się z latami 70. Scena jest dwupoziomowa. Na piętrze rozgrywa się wesele Jazona z córką króla Koryntu. Natomiast w głębi widzimy podświetlany las (?), który swoją grozą ma chyba symbolizować ciemną stronę ludzkiej natury. W nim też Medea zgładzi swoich synów, aby zadać Jazonowi ostateczny cios i skazać go na niewyobrażalne cierpienie.
Sztuka Eurypidesa nie da się odczytać bez znajomości światopoglądu starożytnych Greków. Dla wielkiego tragika to przede wszystkim dramat sprzeczności tkwiących w ludzkiej naturze. 
Ponadto bohaterka reprezentuje barbarzyński świat Wschodu, podczas gdy Jazon – cywilizację grecką. Jednakże można w tej sztuce zauważyć  nie tylko los kobiety, która na zawsze pozostanie obca dla społeczności, w której się znalazła i jej cierpienie z powodu zdrady i odrzucenia jest tym większe. Można także odczytać sztukę Eurypidesa bardziej uniwersalnie – jako metaforyczne uogólnienie uniwersalnych problemów życia i losu ludzkiego. Ukazane zostały w ”Medei” wielkie namiętności i najbardziej dramatyczne ich konsekwencje.

spektakl Medea, National Theatre of London, prasowe

Tego jednak w sztuce wystawionej na deskach Teatru Narodowego w Londynie nie uświadczysz. Wszystko sprowadzono do feministycznego ujęcia Medei jako silnej kobiety, która potrafi przerwać więzi i zemścić się na mężczyźnie za to, że ją upokorzył i odrzucił. Całą swoją energię wykorzysta na to, aby przeprowadzić swój straszliwy plan. Wprawdzie przeczuwa, że zabijając dzieci zmarnuje w ten sposób również własne życie, ale potrafi zdusić wątpliwości w zarodku. Są jednak momenty w tym przedstawieniu, że aktorce udaje się pokazać także ludzką, pełną cierpienia twarz. I wtedy to jest poruszające.


spektakl Medea, National Theatre of London, prasowe

O wiele mniej przekonujący jest Michael Coel jako Jazon. Postać tę spłaszczył również ów niezbyt fortunnie uwspółcześniony tekst. Jazon w tej wersji jest zadowolonym z siebie, robiącym karierę biznesmenem, który na dodatek przechodzi kryzys wieku średniego i chętnie wymienia starszą kobietę na młodszą. W dodatku mało inteligentnie tłumaczy żonie, że robi to dla rodziny, aby jej zapewnić lepszy byt…
Na to wszystko nakłada się jeszcze tłum współcześnie, a zarazem ponadczasowo ubranych postaci stanowiących tzw. chór. Autorzy przedstawienia uznali widocznie, że będzie to poważniej wyglądało, jeśli główna bohaterka nie będzie mówiła sama do siebie, lecz toczyć będzie dialog z widocznymi tylko dla niej kobietami…

Reasumując, wypada cieszyć się, że mamy teraz takie możliwości uczestniczenia w tzw. kulturze wysokiej. Gdybyż jednak była ona nieco wyższych lotów… Nie mniej warto wybrać się nie tylko do teatru żywego, ale skorzystać od czasu do czasu z tego, co oferuje nam współczesne kino. A mianowicie klasyczny repertuar teatralny w wykonaniu artystów uznanych scen światowych.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline 54 września 2014 roku.

Elżbieta Kielman o tworzeniu siebie nawzajem /wywiad/

Rozmowa z Elżbietą Kielman – Prezesem Stowarzyszenia Ojczyzny Polszczyzny, polonistką, wieloletnim doradcą metodycznym, główną organizatorką i pomysłodawczynią Konkursu Ojczyzny Polszczyzny w jego obecnym kształcie.

Elżbieta Kielman, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek


Barbara Lekarczyk-Cisek: Czy pamiętasz, jakie były początki Konkursu Ojczyzny Polszczyzny?

Elżbieta Kielman: Po raz pierwszy konkurs odbył się dziesięć lat temu, w 2002 roku, w ramach promocji „Słownika ojczyzny polszczyzny” prof. Jana Miodka, skierowany był wówczas do uczniów gimnazjów i liceów. Zgłosiło się sporo szkół i w pierwszym roku organizowaliśmy go na Uniwersytecie Wrocławskim, a następnie już w Ossolineum. Potem nastąpiła dwuletnia przerwa, w czasie której udało się nam zainteresować przedsięwzięciem nowych sponsorów. Ponieważ rok 2006 ogłoszono Rokiem Języka Polskiego, pod hasłem „Daję Słowo” zorganizowaliśmy dla uczniów szkół podstawowych konkurs, kóry odbywał się przez pięć kolejnych lat. W tym roku nie tylko zmieniliśmy nazwę, wracając do pierwotnej, ale również objęliśmy swoimi działaniami gimnazja, zaś w przyszłym roku planujemy również konkurs dla licealistów.

Jaka jest idea konkursu?

Przede wszystkim pragniemy podnosić kulturę języka. Obecnie w szkolnych programach jest mniej godzin języka polskiego niż było przed laty, co słychać i widać wokół nas. Słychać, w jaki sposób ludzie mówią, ale także widać, jakie temu towarzyszą zachowania, reakcje. Oddalamy się coraz bardziej od ideału mówienia stosownego, na temat, a także pięknego i w dobrym stylu. To alarmujące, że język potoczny, często wulgarny, staje się językiem powszechnie obowiązującym. Chcielibyśmy dzięki konkursowi ocalić funkcjonujące jeszcze dawne sposoby pięknego mówienia. Nie dla samego piękna tylko, ale dlatego, aby mówić o sprawach, które innych zachęcają do czegoś dobrego. Wymaga to stworzenia klimatu do obcowania ze sobą, spędzania wspólnie czasu na snuciu ciekawych opowieści.

Konkurs Ojczyzny Polszczyzny nie jest, jak wiadomo, tylko miejscem rywalizacji. Organizatorzy dbają także o to, by zarówno uczniom, jak i ich opiekunom udzielić merytorycznego wsparcia…

Istotnie, chcemy, aby nawet w trakcie trwania konkursu uczniowie mogli się czegoś dowiedzieć, nauczyć. Pragniemy zachęcić ich do pracy nad sobą i nad językiem. Temu służy nasza strona internetowa, która jest  odwiedzana przez cały rok. Staramy się umieszczać na niej materiały, które pozwolą uczniom lepiej się przygotować i nadadzą kierunek pracy ich opiekunom. Można tam znaleźć także interesujące artykuły na temat języka, wypowiedzi mistrzów słowa, którzy dają uczniom rady, jak przygotować wypowiedź ustną. Są to językoznawcy, profesorowie, dziennikarze, a więc specjaliści od języka. Chcielibyśmy jednak z czasem zamieszczać wypowiedzi osób niezwiązanych zawodowo z polonistyką, a mających naturalny dar pięknego, wyrazistego mówienia. Zdarza się bowiem, że nie tylko słowo, ale przekaz emocjonalny jakiejś prawdy o człowieku głęboko nas porusza. I to jest coś bardzo cennego.

Pomaga nam także Michał Malinowski z Muzeum Bajek i Opowieści z Konstancina – Jeziornej, który sam uczestniczy w festiwalach opowiadania na całym świecie i tam uczy się opowiadania od ludzi, którzy w różnych krajach pielęgnują sztukę pięknego mówienia. Przywozi też do Polski egzotycznych opowiadaczy, którzy przekazują tę tradycję z pokolenia na pokolenie i w swojej prostocie i wyrazistości bywają wręcz genialni. W tym roku mogliśmy się również od nich tego uczyć. Francuz Claude Delso i Peruwiańczyk Pepe Cabana Kojachi potrafili z prostych przedmiotów wyczarować prawdziwy teatr wyobraźni!

Jak opowiadali w tym roku uczniowie? Czy coś Cię szczególnie zauroczyło?

Uczniowie opowiadają różnie, ale dzięki warsztatom wiele się nauczyli. Niektóre opowieści były w stylu Michała Malinowskiego czy Pepe, ale jednocześnie stanowiły oryginalny przekaz tego, co dla nich, młodych ludzi, jest najważniejsze. Mnie najbardziej zachwycił pewien chłopiec oszczędny w słowach, operujący pauzą, ciszą, napięciem, humorem… Podobała mi się także zwyciężczyni konkursu, Agnieszka Żurek – osoba niezwykle utalentowana, o niebywałej w tym wieku erudycji i świadomości językowej, a przy tym skromna i nieśmiała. Jednak mowa ją niosła! To była improwizacja, o której tak pięknie mówił w swoim wykładzie prof. Dyżewski – dobry improwizator, tworząc mowę, jest również przez tę mowę tworzony. Twierdził również, że nie tylko mowa tworzy improwizatora, lecz także publiczność, która go słucha. W przypadku Agnieszki dało się to zauważyć.

Jakie refleksje nasunęły Ci się po tegorocznej edycji Konkursu Ojczyzny Polszczyzny?

Uważam, że podobnie jak mowa tworzy mówiącego, tak też Konkurs tworzy nas, jego twórców. Jeżeli Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które nas w tym roku wsparło finansowo, dostrzeże w tym, co robimy, głębszy sens, to może uda nam się nasze działania upowszechnić i doprowadzić w przyszłości do jakiejś poprawy wysławiania się w języku polskim. Może rozwiniemy akcję „Cała Polska opowiada”? Przecież w innych państwach formy opowieści są pielęgnowane. Nie ma lepszego sposobu na tworzenie więzi, niż bezpośrednie obcowanie, patrzenie sobie w oczy i opowiadanie historii, bo to jest tworzenie siebie nawzajem…

Życząc, aby te plany się ziściły, dziękuję za rozmowę.

Wywiad ukazał się na stronie Konkursu Ojczyzny Polszczyzny, na portalu Wydawnictwo Nowa Era (obecnie podstrona nie istnieje).


Bogaci czy usypia umysły? O miejscu telewizji w edukacji szkolnej

Artykuł ten był przygotowywany z myślą o prezentacji podczas sesji filmoznawczej organizowanej corocznie przez Centralny Gabinet Edukacji Filmowej w Łodzi. Z jakichś powodów nie wykorzystałam go, ale teraz publikuję, ponieważ jest refleksją dotyczącą moich własnych doświadczeń.

 

Odkąd w podstawach programowych kształcenia ogólnego znalazły się zapisy dotyczące przygotowania uczniów do odbioru różnych komunikatów medialnych, nauczyciele zostali postawieni przed problemem, jak uczyć o mass mediach. I jest to problem otwarty, ponieważ uczelnie w umiejętności takie bynajmniej ich nie wyposażyły. Dziwić może fakt, że reforma oświaty nie objęła – jak dotąd – szkolnictwa wyższego, przygotowującego do wykonywania zawodu nauczyciela. Ten, pozostawiony samemu sobie, ma do wyboru samokształcenie albo nic-nie-robienie. Jak wygląda wielbłąd, każdy widzi...

Póki zatem nie zostaną zmienione radykalnie i systemowo programy i metody kształcenia nauczycieli, nie należy oczekiwać, że zaczną oni profesjonalnie i entuzjastycznie przygotowywać dzieci i młodzież do selektywnego i refleksyjnego traktowania oferty mass mediów. Póki co to telewizja uczy i wychowuje i fakt ten bynajmniej nie napawa optymizmem.

Jakie nauczanie i wartości oferuje telewizja?

    John Condry w książce Telewizja zagrożenie dla demokracji  twierdzi m. in., że większość dzieci – w przeciwieństwie do dorosłych, którzy w telewizji poszukują rozrywki – ogląda ją, aby lepiej zrozumieć świat. A ponieważ nie mają jeszcze wykształconych poglądów, są bardziej niż dorośli podatne na manipulację i fikcję. W dodatku ilość czasu spędzanego przez dzieci przed ekranem jest duża i rośnie z wiekiem. Proporcjonalnie też rośnie wpływ telewizji na kształtowanie się ich postaw. Setki badań socjologicznych, prowadzonych od początku lat 60. w USA, a także w Polsce , wykazały zależność między oglądaniem telewizji a agresją i postawami konsumpcyjnymi oraz biernością intelektualną dzieci.

"Telewizja – twierdzi Condry -  nie pobudza ciekawości, ponieważ wie wszystko i nie pozostawia miejsca na tajemnicę: „Żeby przeniknąć prawdziwe tajemnice, trzeba czasu, a także prawdziwej wiedzy i rzeczywistych sytuacji, w których rodzą się tajemnice.”  Preferuje się także „życie bez systemu wartości”. W telewizji bogactwo jest kluczem do szczęścia, pieniądze łatwo jest zdobyć, pracy się nie pokazuje, a jeśli już – nie widać związku między pieniędzmi a praca. Olbrzymia większość reklam pokazuje świat uproszczony, schematyczny – utrwala postawy konsumenckie, także w odniesieniu do sfery seksualnej człowieka. Zachwalane przez telewizję „szczęście” polega w istocie na egocentrycznym zaspokajaniu własnych potrzeb.
Condry uważa, że problemy szkoły wynikają w dużym stopniu z oddziaływania telewizji. Dlatego też powinno się uczyć dzieci posługiwania się tym najpowszechniejszym mass medium: „Trzeba im tłumaczyć, jak mogą wykorzystać telewizję i mówić im, kiedy telewizja jest do niczego nie przydatna.(...) Zamiast zachowywać się tak jakby telewizji nie istniała, szkoła powinna proponować dzieciom dyskusje na temat programów i idei w nich zawartych, dobrych lub złych, (...). Powinna uruchomić programy pedagogiczne, które zmierzają do tego, żeby uczynić z dzieci widzów krytycznych i to od najmłodszych lat. Powinny dysponować sprzętem wideo po to, aby można robić niewielkie audycje i spoty reklamowe, tak żeby zdały sobie same sprawę, jak łatwo można zdeformować rzeczywistość za pomocą kamery.”  

Jak uczyć o telewizji, aby obudzić uśpione umysły?

Telewizja będzie ciężką próbą dla naszej mądrości.
Może nas wzbogacić, ale może też uśpić nasze umysły.
(Rudolf Arnheim, Film jako sztuka)



Myśl tę wyraził Rudolf Arnheim w latach 30. ubiegłego wieku, a przecież brzmi ona nad podziw aktualnie. „Bogacenie umysłów” powinno być najistotniejszym zadaniem nauczyciela, bez względu na to, co czyni on przedmiotem obserwacji i refleksji: tekst literacki, dzieło filmowe czy przekaz telewizyjny. Na problem „Jak uczyć o telewizji?” należy bowiem spojrzeć w szerszym kontekście: „Jak wychować człowieka myślącego?” Do tego, aby „obudzić umysły”, a przynajmniej ich „nie uśpić”, nie wystarczy gwarancja obcowania z tekstem kultury wysokiej. Jałowa i bezrefleksyjna edukacja przez stereotypy w rodzaju „Słowacki wielkim poetą był” ciągle jest zjawiskiem bynajmniej nie marginalnym.
A zatem jak?
Po pierwsze – k s z t a ł c e n i e   n a u c z y c i e l i. Jeśli bowiem uczelnie nadal będą wyposażać ich w wąską, specjalistyczną wiedzę, mając w pogardzie takie zagadnienia, jak dbałość o twórczy rozwój swoich absolwentów i przygotowanie ich do pracy z dziećmi i młodzieżą również pod kątem filozofii i metod nauczania, to z całą pewnością nic się w szkole nie zmieni: uczniowie nadal będą biernie pochłaniać „papkę przedmiotową”, nie widząc przy tym związków między poszczególnymi dyscyplinami wiedzy a własnym doświadczeniem i indywidualnym rozwojem. Sądzę ponadto, że elementarna wiedza na temat zjawisk kultury współczesnej powinna się znaleźć w programie wszystkich studiów, nie tylko nauczycielskich.
Po wtóre – k s z t a ł c e n i e   u c z n i ó w. Zreformowana edukacja dąży – przynajmniej w założeniu -  do nauczania holistycznego, którego założenia dotyczą cielesno-duchowo-umysłowej jedności człowieka, wskazują na komplementarność uczucia, myślenia i działania oraz kładą nacisk na wzajemny związek i jakość kontaktu nauczyciela i ucznia, a dopiero później na aspekt przedmiotowy. Uczeń występuje w roli podmiotu, który czerpiąc różnorodne doświadczenia, buduje własny obraz świata i samego siebie. Rolą nauczyciela jest pomóc swemu wychowankowi odnaleźć indywidualną drogę rozwoju.

Tradycyjnie, wiedzę, dzięki której mogliśmy odkryć naszą tożsamość, czerpaliśmy z opowieści przodków, z relacji rodzinnych, podręczników szkolnych, książek... Obecnie nowym, alternatywnym źródłem wiedzy o świecie, a także o człowieku, stała się telewizja. I wcale nierzadko nasz uczeń głównie w taką wiedzę bywa wyposażony – czy nam się to podoba, czy nie.

 Jeśli celem edukacji i wychowania ma być „bogacenie umysłu” – do refleksji o świecie, o ludziach, o sobie samym – to nauczanie o telewizji musi stać się częścią tego programu. I nie chodzi tutaj wyłącznie o edukację ograniczającą się do krytycznej oceny informacji i przyswojenia języka tego medium. Wydaje się o wiele istotniejsze  to, co możemy zrobić sprzyjając twórczym działaniom dzieci i młodzieży, sprzyjają one bowiem indywidualnemu rozwojowi, a przez transformację i ekspresję własnych emocji i doświadczeń –  sprzyjają odrzucaniu stereotypów lub świadomego ich przekształcania.

Z własnych doświadczeń...

  Mając świadomość, że tradycyjny model kształcenia polonistycznego jest jałowy i nie sprzyja ani rozwojowi ucznia, ani mojemu, wzięłam sprawę w swoje ręce i opracowałam w 1990 r. program autorski integrujący – bagatela - kształcenie polonistyczne, filmowe, plastyczne, muzyczne i filozoficzne. To, co dzisiaj staje się coraz powszechniejsze w programach szkolnych – wtedy, w dodatku w liceum, graniczyło z szaleństwem... Ale dla mnie było przede wszystkim ożywcze i inspirujące. I ileż otwierało możliwości! Realizując program „Język polski z rozszerzonym nurtem edukacji filmowej” w latach  1990-1997 współpracowałam z Centralnym Gabinetem Edukacji Filmowej, DKF i Filharmonią Wrocławską, a także – doraźnie – z Prywatną   Telewizją „ECHO”.  Jeździłam z młodzieżą do łódzkich wytwórni i Muzeum Kinematografii, na obozy naukowe, gdzie oglądaliśmy filmy, dyskutowali, wreszcie sami pisali scenariusze i je realizowali.

Publikacja w tomie Wokół problemów adaptacji filmowej, Centralny Gabinet Edukacji Filmowej, Łódź 1997

W jakimś momencie jednak – mimo kolejnych modyfikacji – zatęskniłam za jakąś zmianą. W 1997 roku, poszukując bardziej egalitarnej formuły kształcenia, podjęłam kolejny eksperyment: edukację medialną, w której film (także kino popularne) zajął mniej uprzywilejowaną pozycję, ustępując miejsca telewizji, prasie i radiu. Uznałam, że   skoro młodzież obcuje z nimi najczęściej, nie można tego faktu nie wykorzystać w edukacji humanistycznej. Zmodyfikowany program obejmował dodatkowe zajęcia o charakterze warsztatowym, które miały wyposażyć uczniów w takie umiejętności, jak: obsługa kamery wideo, fotografowanie, podstawy informatyki. Szczególnie istotny był udział w warsztatach scenariuszowych, filmowych oraz historia sztuki w Muzeum Narodowym we Wrocławiu oraz Filharmonia dla Młodych. Oferta bardzo różnorodna i bogata, w dodatku wychodząca poza ciasne szkolne mury. Metodykę nauczania wzbogaciłam głownie o metodę projektów, dotyczących przede wszystkim mass mediów, a także pewne zjawiska o charakterze interdyscyplinarnym, np. estetykę kiczu i arcydzieła , motyw wędrówki , motyw maski w kulturze wysokiej i masowej . Odeszłam też od tradycyjnej kursowości literatury na rzecz problematyki o charakterze uniwersalnym, bliskim każdemu człowiekowi, jak np. motyw snu i pejzażu w literaturze, malarstwie i w filmie . Realizując takie projekty, młodzież utrwalała jednocześnie i poszerzała nabyte w toku nauki wiadomości i umiejętności. Opracowując np. projekt dotyczący prasy, pisano ankiety, przeprowadzano wywiady, doskonalono umiejętność analizy językowej artykułów prasowych: B. Prusa, H. Sienkiewicza, a następnie tekstów współczesnych (w tym zjawisko manipulacji językowej). Uczniowie nie tylko gromadzili i prezentowali artykuły, wywiady z dziennikarzami, ankietowali wybrane grupy społeczne, ale też poddawali to wszystko głębszej refleksji. Pisali także własne felietony i reportaże.
    Podsumowaniem czteroletniej edukacji stały się projekty badawcze, realizowane zespołowo i samodzielnie. Dotyczyły one m.in. baśni animowanych, teleturniejów, telezakupów, telenoweli, czytelników pism komputerowych, doświadczeń z planu filmowego.
   Mając świadomość, że z mediami styka się już bardzo małe dziecko, w roku 1998 podjęłam temat edukacji medialnej dzieci przedszkolnych. Zrealizowałam serię warsztatów dla nauczycieli wybranych przedszkoli wrocławskich,  którzy wprowadzili zajęcia z mediami do swojej pracy z dziećmi. W czasie finalnego „Tygodnia mediów” przygotowano na motywach znanych baśni różne formy prezentacji: audycję telewizyjną, reklamę, gazetkę, zabawy z kamerą. W ten sposób dzieci poznawały mechanizm powstawania i oddziaływania różnych mediów, „zawłaszczając” jednocześnie i twórczo przetwarzając owe sposoby w dziecięce zabawy.
     Inną formę edukacji zaproponowałam nauczycielom i uczniom szkoły podstawowej, gimnazjum i liceum. Uczestniczyli oni mianowicie w warsztatach z filmem w kinie. Miały one na celu poznanie języka filmu, a także wybitnych dzieł polskiej i obcej kinematografii. Gościliśmy znanych twórców filmowych: J.J. Kolskiego i M. Dejczera. Cykl spotkań kończyła sesja popularnonaukowa („Portret dziecka w filmie”) oraz konkursy w różnych kategoriach: na najciekawszą recenzję filmową, scenariusz, film amatorski, plakat filmowy. Wiele z tych działań przenieśli nauczyciele do swojej pracy z uczniami.

    Powyższe przykłady, które wywiodłam z mojej praktyki nauczyciela i doradcy metodycznego, dowodzą, że włączenie nurtu kultury masowej, w tym telewizji, do edukacji i wychowania może sprzyjać rozwojowi ucznia i wyposażać go w umiejętności niezbędne do funkcjonowania w kulturze współczesnej. Można w ten sposób także wspomagać jego indywidualny rozwój. Istotne jest, aby procesowi temu towarzyszyły zarówno kompetencja merytoryczna i metodyczna nauczyciela, refleksja, a także troska o podmiotowy rozwój  młodego człowieka. Pozostawiony samemu sobie, nie osadzony w głębszych wartościach, ma on niewielkie szanse w świecie zdominowanym przez agresywne i opiniotwórcze mass media.

sobota, 15 grudnia 2018

„Wołyń” w podróży do Brazylii

W São Paulo trwa Przegląd Filmów o Tematyce Historycznej, zorganizowany przez Stowarzyszenie Filmowców Polskich z okazji setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Jednym z prezentowanych filmów był „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego. Po cieszącym się dużą popularnością pokazie z brazylijską publicznością spotkała się aktorka Michalina Łabacz.

Przegląd Filmów o Tematyce Historycznej w São Paulo, fot. materiały prasowe

Gościem specjalnym pokazu „Wołynia” w brazylijskiej Cinemateca Brasileira była Michalina Łabacz. Aktorka zagrała w filmie Wojciecha Smarzowskiego przejmującą rolę Zosi Głowackiej-Skiby. Łabacz wzięła również udział w spotkaniu z młodymi adeptami sztuki filmowej w Instytucie Filmowym w São Paulo. Aktorka opowiedziała studentom o pracy na planie filmowym i w teatrze, a także wzbogaciła się o ciekawe doświadczenia zawodowe biorąc udział w spotkaniu z dyrektorem jednej z największych stacji telewizyjnych - SBT - produkującej m.in. seriale. Aktorka zaciekawiła brazylijskiego producenta polską koncepcją teatru telewizji.

Michalina Łabacz podczas spotkania w Instytucie Filmowym w São Paulo,
fot. materiały prasowe
W ramach Przeglądu Filmów o Tematyce Historycznej brazylijska publiczność miała okazję obejrzeć największe arcydzieła polskiego kina historycznego. Od Polski pod zaborami („Ziemia obiecana” reż. Andrzej Wajda, „Noce i dnie” reż. Jerzy Antczak), przez drugą wojnę światową („Pianista” reż. Roman Polański) i powstanie warszawskie („Miasto 44” reż. Jana Komasa), aż po walkę przeciwko komunistycznej władzy po wojnie („Popiół i diament”, „Człowiek z marmuru” reż. Andrzej Wajda). Dużym zainteresowaniem cieszyły się również projekcje tegorocznego polskiego kandydata do Oscara – „Zimnej wojny” w reżyserii Pawła Pawlikowskiego.

Ideą projektu „Stulecie Odzyskania Niepodległości. Arcydzieła Polskiego Kina Historycznego” jest propagowanie polskiej sztuki i historii na arenie międzynarodowej poprzez prezentację filmów o nieprzeciętnych walorach artystycznych. Arcydzieła polskiego kina historycznego obejrzeli mieszkańcy blisko 30 miast leżących w Europie, Ameryce Północnej, Ameryce Południowej, Azji oraz Australii.

Partnerami brazylijskich pokazów, przygotowanych z okazji setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, byli Konsulat Honorowy w São Paulo, Dom Kultury Polskiej Sanguszko oraz kino Cinemateca Brasileira w São Paulo.

Przeglądowi towarzyszy limitowane wydawnictwo, zawierające zestaw siedmiu prezentowanych filmów w formacie Blu-ray. Zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego boks, zawierający polsko-angielski katalog z obszernymi analizami filmów, stanowi kompendium wiedzy o polskim kinie oraz o historii naszego kraju. Wydawnictwo jest współfinansowane przez Polski Instytut Sztuki Filmowej ze środków MKiDN w ramach Programu Wieloletniego NIEPODLEGŁA na lata 2017-2022 oraz Bank Millennium.

informacja prasowa

piątek, 14 grudnia 2018

"Mantegna i Bellini" - nowa wystawa w londyńskiej National Gallery

National Gallery w Londynie prezentuje bardzo interesującą wystawę prac dwóch wybitnych malarzy - Giovanniego Belliniego oraz Andrei Mantegni. To niebywała okazja nie tylko do tego, aby zobaczyć dzieła zgromadzone na tę okazję w jednym miejscu, ale także porównać, czy i jak wpływali oni na siebie, inspirowali, co ich różniło.



Ekspozycja jest opowieścią o rodzinie, rywalizacji, a także dyskursem z dziedziny historii sztuki, który przedstawia dwie różne artystyczne osobowości. Znakomicie skomponowane obrazy Mantegni i przepiękne, nastrojowe krajobrazy Belliniego budziły u współczesnych podziw - nikt wcześniej tak nie malował!

Andrea Mantegna, Święty Sebastian, ok. 1459–60
Jest to zarazem pierwsza w historii wystawa poświęcona odkrywaniu twórczych związków między tymi artystami. Jest to także jedyna okazja do obejrzenia w Londynie rzadkich obrazów i rysunków dwóch najbardziej wpływowych artystów renesansu, które zostały zapożyczone właściwie z całego świata.

W 1452/3 roku ambitny malarz i grafik Andrea Mantegna, który działał w Padwie, poślubił córkę Belliniego i w ten sposób wszedł do  rodziny czołowych malarzami w pobliskiej Wenecji. Błyskotliwe innowacje kompozytorskie Mantegny i jego głębokie zainteresowanie klasyczną starożytnością wywarły ogromny wpływ na jego najmłodszego szwagra, Giovanniego Belliniego. Ale także charakterystyczny malarski styl Belliniego wywarł głębokie wrażenie na twórczości Mantegny. Po 10 latach ścisłej współpracy ich ścieżki się rozeszły. W 1460 Andrea przeniósł się do Mantui, gdzie pozostał malarzem dworskim rodziny książęcej Gonzaga aż do śmierci. Tymczasem Giovanni całą swoją artystyczną karierę rozwijał w Wenecji. Działali w bardzo różnych środowiskach, a ich style artystyczne rozwijały się w bardzo różnych kierunkach. Jednak przez wszystkie etapy twórczego życia ich prace świadczą o ich ciągłym dialogu artystycznym, który można wyczuć nawet dzisiaj.

Giovanni Bellini, Przedstawienie Jezusa w świątyni

Wystawa zorganizowana przez National Gallery i Staatliche Museen zu Berlin we współpracy z British Museum. Gemäldegalerie i Galeria Narodowa w Londynie prezentują niezwykłą gamę wysokiej jakości dzieł Mantegny i Belliniego. Kolekcje zawierają arcydzieła ze wszystkich kreatywnych faz tych dwóch wybitnych artystów. Ponadto Kupferstichkabinett i Muzeum Brytyjskie wystawiają wybitne dzieła na papierze zarówno Mantegny i Belliniego, jak też członków ich rodzin oraz ich protegowanych. W  ich bezpośredniości i spontaniczności można dostrzec artystyczną bliskość Andrei Mantegny i Giovanniego Belliniego. Wokół tego jądra wystawa zawiera również szereg wypożyczeń, co pozwala na dostrzeżenie różnic i podobieństw w pracy tych wielkich artystów renesansu. Te nieoczekiwane połączenia i zapierające dech w piersiach zestawienia stanowią wyjątkową atrakcję tej wystawy, która potrwa do 27 stycznia 2019 roku.



czwartek, 13 grudnia 2018

Idę do kina - subiektywny poradnik kinomana, 13 - 20 grudnia 2018

"Idę do kina" kontynuuje stały cotygodniowy cykl, zawierający przegląd nowości filmowych. Ich wybór jest całkowicie subiektywny, ale daje jakieś rozeznanie :-) Zobaczcie, co dla Was (i dla siebie) wybrałam w tym tygodniu.


Zdjęcie zrobione przeze mnie podczas Millennium Docs Against Gravity Film Festival

Tym razem zacznę od wydarzeń specjalnych w Dolnośląskim Centrum Filmowym. Anonsowałam już Sylwester w Kinie Nowe Horyzonty, a tym razem chciałabym zapowiedzieć podobne wydarzenie w DCF-ie. Jest to - jak zapowiadają - propozycja last-minute dla tych, którzy nie zdecydowali jeszcze jak chcą spędzić ostatni dzień roku. W swobodniej i niezobowiązującej atmosferze, przy lampce wina i szampanie - obejrzyj filmy, które trafią na ekrany kin w 2019 r.
Widzowie mają do wyboru dwa zestawy filmowe:

SYLWESTROWY ZESTAW NR 1 [Sala Warszawa]

20:00-21:55 Anioł (115'), reżyseria: Luis Ortega

Obsada: Lorenzo Ferro, Chino Darín, Cecilia Roth

Argentyński kandydat do Oscara 2019 wyprodukowany przez Pedro Almodovara i twórców „Dzikich historii”. Wibrujące rock-n-rollem Buenos Aires, lata 70-te. 17-letni Carlito (Lorenzo Ferro) o twarzy anioła przemierza ulice, jakby należały do niego. Od najmłodszych lat wykorzystuje wszelkie okazje by kraść. To fascynacja, której nie chce się oprzeć. Kiedy spotyka charyzmatycznego przestępcę Ramona (Chino Darín), do głosu dochodzi ciemna strona jego natury. Za niewinnym wyglądem
Carlita kryje się brutalna dusza. Film luźno oparty na życiu seryjnego mordercy Carlosa Robledo Pucha zwanego „Aniołem śmierci”. Porywająca historia. Stylistyczny majstersztyk. Wizualna uczta.

22:10-23:40 Córka trenera (93'), reż. reżyseria: Łukasz Grzegorzek

Obsada: Jacek Braciak, Karolina Bruchnicka, Agata Buzek, Piotr Żurawski, Bartłomiej Kowalski

Upalne lato. Maciej Kornet (Jacek Braciak) podróżuje po Polsce wraz z 17-letnią córką Wiktorią (Karolina Bruchnicka). Od wielu lat są tylko we dwoje, zawsze razem. Ich trasę wyznaczają zawody w tenisie ziemnym. Ona jest jego oczkiem w głowie, córeczką tatusia i jego wielką chlubą. Chciałby aby była najlepsza. On jest dla niej całym światem. Do czasu, gdy dołącza do nich Igor (Bartłomiej Kowalski), dobrze zapowiadający się zawodnik, którego Maciej Kornet zacznie trenować. Dzięki niemu Wiktoria otworzy się na nowe doznania. Pierwszy papieros, pierwszy kieliszek alkoholu, pierwsza miłość. Cała trójka wyruszy w długą podróż rozklekotanym vanem, podczas której każdy będzie chciał osiągnąć swój cel. Pełna dyskretnego humoru historia o poszukiwaniu własnej drogi. Nie ma lepszej drogi, niż twoja własna.

 SYLWESTROWY ZESTAW NR 2 [Sala Lwów]

20:00-22:05 Szczęśliwy Lazzaro (125'), reżyseria: Alice Rohrwacher

Obsada: Adriano Tardiolo, Agnese Graziani, Luca Chikovani, Alba Rohrwacher

Nowy film wielokrotnie nagradzanej autorki „CudówAlice Rohrwacher, w którym jedną z głównych ról zagrała siostra reżyserki, równie utalentowana Alba Rohrwacher. "Szczęśliwy Lazzaro" zdobył wiele nagród na światowych festiwalach, mi.in. za scenariusz na ostatnim festiwalu w Cannes.

"Szczęśliwy Lazzaro" to oniryczna opowieść na styku włoskiego neorealizmu i realizmu magicznego. Koncentruje się wokół spotkania Lazzaro, chłopaka tak poczciwego, że często brany jest za pomyleńca, z pięknoduchem Tancredim, młodym szlachcicem o nad wyraz wybujałej wyobraźni. Życie ich obu w odizolowanej wiosce pasterskiej Inviolata toczy się pod dyktando okropnej markizy Alfonsiny de Luny, królowej imperium tytoniowego i zarazem matki Tancrediego. Lojalna więź między młodymi mężczyznami zostaje przypieczętowana, kiedy Tancredi prosi Lazzaro, aby ten pomógł mu zorganizować własne porwanie. Ten dziwny i nieprawdopodobny sojusz jest objawieniem dla Lazzaro i owocuje przyjaźnią tak cenną, że bohater będzie nawet podróżować w czasie i przestrzeni w poszukiwaniu Tancrediego. Pierwszy raz w życiu Lazzaro trafi także do wielkiego miasta.

22:20-23:40 Westwood: ikona, pankówa, aktywistka (78'), reżyseria: Lorna Tucker

Obsada: Vivienne Westwood

Była niekwestionowaną punkową królową brytyjskiej mody i wymyśliła anarchistyczne stroje Sex Pistols w latach 70. XX wieku. Nigdy nie osiadła w miejscu i nie brakowało jej pomysłów. Ekscentryczna i oryginalna, ale jednocześnie uważna i dbająca o najdrobniejszy szczegół we wszystkim, co robi. Artystka awangardowa i bezkompromisowa, dla której ubrania są czymś więcej niż tylko stylem, a dzięki działaniom na rzecz eko-aktywizmu po 40 latach pozostaje nadal w czołówce modowej branży. Film przedstawia bogate materiały archiwalne i wywiady z jej współpracownikami i jest hołdem dla jednej z prawdziwie kulturowych ikon naszych czasów, która jest wulkanem kreatywnej energii (…) . Film jest portretem tej nietuzinkowej osobowości. To podróż od jej dzieciństwa w powojennym Derbyshire do kariery w Paryżu i Mediolanie. Poznajemy niezwykłą historię jej życia, mody, aktywizmu i znaczenia kulturowego, a także walki o utrzymanie integralności marki, jej zasad i dziedzictwa.

bilet dla singla: 70 zł.

bilet dla par: 65 zł / osoba

bilet grupowy [5 osób i więcej]: 60 zł /osoba

bilet z Kartą Kinomana kina DCF: 50 zł / osoba

Ale na tym nie koniec. DCF zaprasza ponadto na 10 filmów z okazji 10-lecia Dolnośląskiego Funduszu Filmowego, który odbędzie się w dniach 17-21 grudnia. Prezentowane filmy powstały dzięki wsparciu regionalnych funduszy filmowych z różnych miast Polski. W programie m.in. "Zimna wojna" Pawła Pawlikowskiego, "Najlepszy" Łukasza Palkowskiego czy "Cicha noc" Piotra Domalewskiego. Bilety na pokazy kosztują 5 zł.

Więcej informacji oraz szczegółowy program przeglądu znajduje się na stronie: http://dcf.wroclaw.pl/aktualnosci/6292-10-filmow-na-10-lecie-dolnoslaskiego-funduszu-filmowego. 

Premiery


A teraz, jak zwykle, o premierach. Na początek "Kursk" w reż. Thomasa Vinterberga, a wśród aktorów zobaczymy: Matthiasa Schoenaertsa, Colina FirthaLéa Seydoux, Petera Simonischka, Augusta Diehla.

Opis filmu:
"10 sierpnia 2000 roku okręt podwodny Kursk, stalowy kolos o rozmiarach pary jumbo jetów i długości dwóch boisk piłkarskich, wyrusza na pierwsze od dekady ćwiczenia wojenne. W wielkich manewrach Floty Północnej niezatapialna duma rosyjskiej marynarki bierze udział w towarzystwie 30 okrętów i trzech innych łodzi podwodnych. Dwa dni później potężna eksplozja, którą zarejestrowały nawet sejsmografy na Alasce, posyła Kursk na dno arktycznych wód Morza Barentsa. Według docierających informacji katastrofę przeżywa zaledwie 23 z 118 obecnych na pokładzie marynarzy. Rozpoczyna się desperacka akcja ratunkowa, która przykuwa uwagę całego świata. Chociaż szanse na ocalenie oraz zasoby tlenu żołnierzy maleją z godziny na godzinę, Rosjanie konsekwentnie odmawiają przyjęcia pomocy z Zachodu. Przez kolejne 9 dni trwa porażający dramat. Biorą w nim udział walczący o życie marynarze Kurska, ich rodziny, a w wśród nich wierząca w ocalenie męża Tanya Averin (Léa Seydoux), sztaby dowódcze najważniejszych mocarstw świata i kapitanowie jednostek, gotowych ruszyć na pomoc Rosjanom – w tym brytyjski komandor David Russell (Colin Firth)". (źródło: Filmweb)

Niestety, nie znalazłam ani jednej recenzji filmu, toteż trzeba się kierować tematem i intuicją :-) A ta ostatnia pewno Was nie zawiedzie (na manowce). 

zwiastun filmu

Pragnę też zwrócić uwagę na polski film w reżyserii Adama Sikory: "Autsajder".

Oficjalny opis:
"Akcja filmu rozgrywa się na początku lat osiemdziesiątych, w trudnym czasie wprowadzenia stanu wojennego, który był odpowiedzią władz komunistycznych na zaostrzający się konflikt z przywódcami ruchu robotniczego Solidarność. Data 13 grudnia 1981 stała się ważną polityczną cezurą, wolnościowy ruch Solidarności został spacyfikowany milicyjnymi i wojskowymi siłami. Czołowi działacze Solidarności zostali internowani, pozostali, wraz z częścią społeczeństwa zaczęli organizować ruch oporu wobec komunistycznej przemocy.
Bohaterem filmu jest dwudziestoletni chłopak mieszkający w małym miasteczku na Górnym Śląsku. Poznajemy go w kilku wprowadzających scenach jako charakterystycznego autsajdera, sytuującego się poza społecznymi problemami, okazującego ostentacyjny brak zainteresowania wydarzeniami politycznymi. Żyje w własnym świecie, w którym istotna jest sztuka i dziewczyna którą prawdopodobnie kocha. Jest w jego postawie rodzaj młodzieńczej niedojrzałości, powierzchowności życiowych i artystycznych penetracji". (źródło: FilmPolski.pl)

Opinie krytyków są raczej słabe i specjalnie się temu nie dziwię, bo sama uznałam, że to kiepski film, niewart recenzowania. 
Adrian Luzar (Interia) pisze:
"Mówiąc najprościej, "Autsajder" to, począwszy od "slangowego" tytułu aż po pretensjonalny finał, dzieło zrobione przez rodziców dla dzieci. I zarówno rodziców, jak i dzieci może usatysfakcjonować. Starsi rzucą po seansie "co to były za czasy", młodszych zajmie dynamiczna akcja i dobre tempo. Nikt jednak nie będzie zachwycony".

A Kornel Nocoń z FDB dodaje:

"Żaden z bohaterów nie przeszedł też mentalnej przemiany, nie uwikłał się w szczególnie intrygujący konflikt ani nie wniósł do filmu odkrywczych treści. Czemu zatem miał służyć Autsajder Adama Sikory? Chyba tylko ustanowieniu kolejnego idealisty pośród bohaterów narodowych z dużego ekranu".
Pozostałe recenzje są jeszcze bardziej miażdżące, więc ostrzegam - nie idźcie na ten film, bo to strata czasu.

Autsajder, trailer

Na koniec jeszcze jedna premiera, którą można obejrzeć na razie tylko w Kinie Nowe Horyzonty: 
meksykański film "Roma" w reż. Alfonso Cuarón.

Opis:
"ROMA to barwny portret konfliktów rodzinnych i społecznej hierarchii pośród politycznego chaosu, opowiadający historię młodych służących pochodzących z indiańskiego ludu Misteków. Cleo (Yalitza Aparicio) i Adela (Nancy García García) pracują dla niedużej rodziny w zamieszkiwanej przez klasę średnią dzielnicy Meksyku Romie. Pani domu, matka czwórki dzieci Sofia (Marina de Tavira) usiłuje uporać się z przedłużającą się nieobecnością męża, natomiast Cleo musi stawić czoło druzgocącej prawdzie. Czy zacznie przez to zaniedbywać dzieci Sofii, które kocha jak własne? Starając się nadać nowy sens miłości i poczuciu solidarności w kontekście hierarchii społecznej, gdzie klasa i rasa są ze sobą pokrętnie splecione, Cleo i Sofia po cichu zmagają się ze zmianami przenikającymi ich rodzinny dom w kraju, w którym dochodzi do starć między wspieraną przez rząd milicją a demonstrującymi studentami. [opis producenta]

Entuzjastycznie pisze o nim Przemysław Dobrzyński, Spider's Web:
"Netflix w końcu doczekał się arcydzieła! Roma to film imponujący rozmachem i jednocześnie intymny".

Wtóruje mu Dagmara Romanowska, Interia:
"Kameralny, wbrew pozorom uniwersalny, dramat i portret Meksyku, kobiet i czasów. Prawdziwa uczta, której nie można przegapić. Najlepiej wziąć w niej udział w kinie - bo ten obraz naprawdę wymaga prawdziwego, wielkiego ekranu!".

To już wiadomo na co nie należy iść do kina, a co trzeba obejrzeć koniecznie :-)

 Roma, polski zwiastun

środa, 12 grudnia 2018

"Halka" Stanisława Moniuszki w Operze Wrocławskiej /zapowiedź/

15 grudnia 2018 roku Opera Wrocławska zaprezentuje "Halkę" Stanisława Moniuszki w reżyserii znanej aktorki Grażyny Szapołowskiej i pod batutą Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego. 



Najbardziej znana polska opera miała swoją prapremierę 1 stycznia 1858 roku w Teatrze Wielkim w Warszawie (pierwotna wersja, 2-aktowa: Wilno, dokładnie dziesięć lat wcześniej). Libretto napisał Włodzimierz Wolski.

Na scenie wrocławskiej gościła jedenaście razy, począwszy od września 1945 roku, kiedy to zainaugurowała sezon artystyczny w Teatrze Miejskim. W 2005 roku Halkę wystawiono w Operze Wrocławskiej w reżyserii Laco Adamika, z Joanną Zawartko w roli tytułowej. Także i w najnowszej wersji zaśpiewa ona rolę Halki.



Tegoroczne przedstawienie "Halki" "Halka" zainauguruje Rok Moniuszkowski w Operze Wrocławskiej. 
Trzeba jednak podkreślić, że wystawiano ją także w Europie i na świecie, m.in. w Lille w 1960 roku (po francusku), w 1971 roku - na Kubie, w Hawanie, w reżyserii Marii Fołtyn, która zaprezentowała tę operę również w Osace, w 1995 roku. Wystawiano ją również w 2018 roku - w Helsinkach (Capella Cracoviensis) oraz podczas Festiwalu Chopin i jego Europa - 24 sierpnia, kiedy to Chór Filharmonii i Opery Podlaskiej poprowadziła Violetta Bielecka.

Halka, zdjęcia z próby, fot. Opera Wrocławska

Fabuła opery opiera się na popularnym schemacie "uwiedzionej i porzuconej". Tytułowa postać jest  niczym Madame Butterfly Pucciniego, którą kompozytor znał i podziwiał. Bohaterkę Moniuszki charakteryzuje jednak prostota i bezpośredniość muzycznego języka oraz odpowiadająca mu psychologiczna prawda.

Podczas konferencji prasowej Grażyna Szapołowska określiła postać głównej bohaterki jako "jednej z nas".
Postanowiłam, ze od strony plastycznej w spektaklu będzie dominował kolor perłowy i czarno-perłowy, a na tym tle wybijać się będzie czerwona chusta Halki, będąca wieloznacznym symbolem. Dramat rozwija się wokół skrywanych przez bohaterów sekretów. Cały ten dramatyzm - stwierdziła reżyserka - służy oczyszczeniu bohaterów z ich win i przywróceniu im pierwotnej niewinności. 

Grażyna Szapołowska i Marcin Nałęcz-Niesiołowski podczas konferencji prasowej,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Podkreślając ponadczasowy charakter opery dodała:
Człowieka, także współczesnego, unoszą tylko uczucia i dla nich warto żyć, o czym zapominamy.Tą inscenizacją chcę przypomnieć o  uczuciach. Chciałam powiedzieć kobietom, aby się nie bały, ale umiały dostrzec miłość, bo ona ocala. 


Halka, zdjęcia z próby, fot. Opera Wrocławska
Halka
Dyrygent:
Marcin Nałęcz-Niesiołowski
Reżyseria:
Grażyna Szapołowska
Scenografia i kostiumy:
Brage Martin Jonassen
Reżyseria świateł:
Tomasz Filipiak
Choreografia:
Krzysztof Trebunia-Tutka
Klaudia Carlos Machej
Ruch sceniczny:
Anna Szopa-Kimso
Projekcje multimedialne i mapping:
Piotr Maruszak

Obsada
Halka - Joanna Zawartko*, Natalia Rubiś*, Anna Lichorowicz
Jontek - Jury Horodecki*, Zdzisław Madej*
Stolnik - Tomasz Rudnicki, Bartosz Urbanowicz
Zofia - Karolina Filus*, Hanna Sosnowska
Janusz - Szymon Mechliński*, Marcin Hutek*
Dziemba - Jakub Michalski, Szymon Gąsiorowski, Sergii Borzov
Dudarz - Jakub Michalski, Szymon Gąsiorowski, Sergii Borzov
Góral - Paweł Walankiewicz, Aleksander Zuchowicz
Gość Stolnika I - Paweł Walankiewicz, Aleksander Zuchowicz
Gość Stolnika II - Piotr Bunzler, Jacek Lech

Gość Stolnika III - Szymon Gąsiorowski

Możesz zostać mimem! Rozpoczęły się zapisy na warsztaty we wrocławskiej Pantomimie

Ruszają zapisy na dwumiesięczny cykl warsztatów Grupy Otwartej we Wrocławskim Teatrze Pantomimy w ramach projektu Akcja: EDUKACJA 3.0.


W styczniu i lutym zajęcia poprowadzi duet aktorów-pedagogów: Agnieszka Dziewa i Krzysztof Szczepańczyk. Najbliższe dwa miesiące będą okazją do rozwinięcia wiedzy i techniki pantomimy, a także zastosowanie jej w działaniu.
Trening klasycznej pantomimy jest wprost idealną kontynuacją grudniowych zajęć z Pauliną Jóźwin. Tym razem ćwiczenia wzbogacające świadomość ruchową, potraktowane zostaną klasycznie, co przełoży się na budowanie postaci mima, który doskonale panując nad swoim ciałem jest w stanie improwizować różnego rodzaju etiudy pantomimiczne.

Pierwszy blok warsztatów poprowadzi Krzysztof Szczepańczyk, który w czasie zajęć z uczestnikami powtórzy i rozwinie zagadnienia związane z techniką pantomimy:

1. Klasyczna rozgrzewka pantomimiczna inspirowana zajęciami plastyki ruchu z aktorami pracującymi z Henrykiem Tomaszewskim,

2. Tok i impuls – czym są, czym to się od siebie różnią, jak poprawnie wykonać i jak wykorzystać w teatrze pantomimy,

3. Izolacje - wnikliwa praca precyzująca dokładność ruchu w różnych jego zakresach,

4. Kontrapunkt, napięcie, rozluźnienie - zastosowanie w ruchu, świadoma umiejętność wykorzystania kontrapunktu pantomimicznego. Bardzo dokładna praca nad napięciem i rozluźnieniem poszczególnych części ciała,

5. Iluzja - kolejny etap bardzo precyzyjnej pracy z ciałem, dążący do idealnego kreowania wyimaginowanej rzeczywistości mima

Zamknięciem pierwszej części warsztatów, będzie pokaz indywidualnych etiud pantomimicznych.

W drugim miesiącu warsztatów uczestnicy pod okiem Agnieszki Dziewy zmierzą się z budowaniem wspólnie choreodramu, opartego na wypracowanej wcześniej technice pantomimy. Punktem wyjścia będzie codzienność, każdego z nas zestawiona z pragnieniem miłości, chęci wyzwolenia, a może po prostu spotkania i rozmowy. Uczestnicy warsztatów zamienią się w poszukiwaczy tego, co dla nich najważniejsze.

W trakcie warsztatów uczestnicy nauczą się tworzyć sceny grupowe i indywidualne oparte na emocjach i zadaniach aktorskich, a także poszerzą warsztat aktora-mima o pracę z rekwizytem. Podsumowaniem lutowych spotkań będzie pokaz wspólnie wypracowanego choreodramu.

Zajęcia odbywać się będą w poniedziałki i czwartki, w godz. 17:00-19:00, w sali prób Wrocławskiego Teatru Pantomimy.

ZAPISY: Piotr Soroka, pio.soroka@gmail.com

Decyduje kolejność zgłoszeń. Ilość miejsc jest ograniczona.

Więcej informacji na stronie www.pantomima.wroc.pl w zakładce edukacja

Warsztaty w Grupie Otwartej są częścią projektu edukacyjnego WTP Akcja: EDUKACJA i adresowane są do młodzieży, dorosłych i seniorów. Autorski program zajęć, opracowany przez pedagogów i aktorów wrocławskiej pantomimy, daje możliwość zapoznania się z różnymi formami pantomimy, w tym szczególnie pantomimy zespołowej ukształtowanej przez Henryka Tomaszewskiego. W programie warsztatów znajdują się zarówno zajęcia z techniki, podczas których uczestnicy poznają elementarne zasady pantomimy (m.in. kontrapunkt, tok, iluzję czy identyfikację), jak i zajęcia aktorskie skupiające się na indywidualnej i zespołowej pracy nad scenami i etiudami.

Warsztaty odbywają się w miesięcznych i dwumiesięcznych blokach. Pod opieką reżyserską zespołu aktorskiego WTP grupa ma za zadanie przygotować pokaz powarsztatowy lub przedstawienie teatralne.

Zadanie dofinansowane jest ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego i z budżetu UMWD.

informacja prasowa


wtorek, 11 grudnia 2018

Pierwsze tytuły Festiwalu Filmowego Millennium Docs Against Gravity 2019

Znamy już pierwsze tytuły 16. Festiwalu Filmowego Millennium Docs Against Gravity. W programie m.in. najnowsze dzieło Wernera Herzoga i nagrodzony na prestiżowym festiwalu IDFA „In Touch” Pawła Ziemilskiego. Ponadto widzowie zobaczą nowe filmy Tonislava Hristova i Madsa Brüggera, które znalazły się w programie tegorocznego festiwalu Sundance. 


Spotkanie na szczycie Wernera Herzoga i Michaiła Gorbaczowa

Spotkanie z Gorbaczowem w reż. Wernera Herzoga

Podczas 16. Festiwalu Filmowego Millennium Docs Against Gravity polską premierę będzie miał najnowszy film Wernera Herzoga,  który ma na swoim koncie nominację do Oscara. „Spotkanie z Gorbaczowem” („Meeting Gorbachev”) opowiada historię radzieckiego przywódcy, nagrodzonego pokojową Nagrodą Nobla. W serii wywiadów, ale także za pośrednictwem archiwalnych materiałów, poznajemy poglądy polityka na wydarzenia, które ukształtowały współczesny świat.

Mads Brüggera na tropie zagadki śmierci Sekretarza Głównego ONZ

Kolejny hit 16. Festiwalu Filmowego Millennium Docs Against Gravity to „Śliska sprawa Hammarskjolda” („Cold Case Hammarskjold”) Madsa Brüggera, znanego ze charakterystycznej metod pracy filmowej - „performatywnego dziennikarstwa”.

Mads Brügger i szwedzki prywatny detektyw Göran Bjorkdahl starają się rozwikłać zagadkę śmierci Daga Hammarskjolda, Sekretarza Generalnego Organizacji Narodów Zjednoczonych. Okazuje się jednak, że odkrywają zagadkę o wiele większą… „Cold Case Hammarskjold” będzie miał światową premierę na tegorocznym Festiwalu Filmowym Sundance.

Odnaleźć pewność siebie

Magiczne życie V.

Magiczne życie V.” (“The Magic Life of V.”) Tonislava Hristova (twórca dobrze znany polskim widzom festiwalu) to intymny portret młodej kobiety Veery, która stara się zyskać pewność siebie dzięki grze aktorskiej. Prowadzi siebie i swojego niepełnosprawnego brata przez świat rozmaitych ról, tożsamości i magii, aby znaleźć odwagę i zmierzyć się z demonami przeszłości związanymi z ich ojcem.

Nagrodzony na IDFA „In Touch” Pawła Ziemilskiego

In Touch w reż Pawła Ziemilskiego

W maju widzowie MDAG będą mogli też zobaczyć film Pawła Ziemilskiego „In Touch”, nagrodzony na prestiżowym festiwalu IDFA w Amsterdamie nagrodą specjalną. W filmie poznajmy historię mieszkańców wsi Stare Juchy, z której prawie jedna trzecia mieszkańców wyemigrowała do Islandii.

Starsze pokolenie, które zostało w Polsce, ma nadzieję na ich powrót, ale młodzi rozpoczęli już nowe życie na emigracji. To wzruszająca, intymna, uniwersalna opowieść o rodzinie, miłości i technologii, która w zmieniającym się świecie umożliwia kontakt między najbliższymi.

16. Festiwal Filmowy Millennium Docs Against Gravity odbędzie się w dniach 10-19 maja w Warszawie, Wrocławiu i Lublinie. W Gdyni festiwal odbędzie się w dniach 17-26 maja, a w Bydgoszczy w dniach 12-19 maja 2019 r. Karnety na warszawską edycję festiwalu trafiły już do sprzedaży. Więcej informacji: https://mdag.pl/16/pl/warszawa/page/Karnety-Warszawa

informacja prasowa


"Jak zostać królem"... samego siebie /recenzja filmowa/

Film „Jak zostać królem” w reżyserii Toma Hoopera jest urokliwą kameralną opowieścią o walce Alberta, Księcia Yorku,  z wadą wymowy, będącą efektem jego dziecięcych lęków, z których nigdy nie wyrósł. Jest to zarazem opowieść o każdym z nas,  zmagającym  się z zepchniętymi w podświadomość lękami i urazami, które rzutują na nasze dorosłe życie.



   Główny bohater – Książę Albert był drugim synem księcia Yorku, a od 1910 r. króla Jerzego V. Biografowie podają, że był dzieckiem nieśmiałym i słabego zdrowia. Leczono go osobliwymi metodami: prostowano nogi za pomocą szyn, zmuszano do pisania prawą ręką. Książę był mańkutem i do końca życia miał trudności z pisaniem; jego dziennik roi się od błędów. Przeznaczony do kariery w Królewskiej Marynarce Wojennej, uczył się w Royal Naval College, ale uczniem był słabym. Wprawdzie kiedy podczas I wojny brał udział w bitwie jutlandzkiej, służąc  na okręcie Collingwood, dał dowody odwagi, jednakże problemy ze zdrowiem stały się przeszkodą dla dalszej wojskowej kariery księcia. Ale największą zmorą księcia Alberta, która posłużyła twórcom filmu za oś dramatyczną scenariusza, była wada wymowy, a ściślej – jąkanie się.

Kiedy król zostaje aktorem…

   Opowieść filmową rozpoczyna scena utrzymana w konwencji sardonicznego angielskiego humoru. Oto spiker radiowy gotowi się do wystąpienia za pomocą specyficznego rytuału, praktykując  płukanie ust, gardła, a następnie mierzenie odległości dzielącej go od mikrofonu. W  sekwencji tej – przypominającej nieme kino – użyto celowo dużych zbliżeń, a także zniekształcono obraz, nadając mu karykaturalny charakter. W ten sposób widzowie zostali  wprowadzeni w towarzyszącą nam już do końca konwencję filmu, utrzymaną w odcieniach groteskowych, co wspiera dodatkowo błyskotliwy i dowcipny dialog. Stajemy się obserwatorami charakterystycznej dla Anglików konwencji, która tyleż więzi bohaterów, dając się im we znaki, co budzi rozbawienie współczesnego widza. To jak Gombrowiczowskie gęby, których pozbyć się nie sposób, chyba że rozbije się konwencję, by za chwilę dać się opanować następnej.
  W ekspozycji filmu  jesteśmy świadkami sceny, w której główny bohater – książę Albert (znakomity Colin Firth) – ma wygłosić przemówienie podczas trwającej wówczas wystawy Imperium Brytyjskiego (1925 r.). Widzimy zgromadzony tłum z punktu widzenia mającego wygłosić mowę księcia, dzięki czemu empatycznie czujemy jego paniczny strach i nietrudną do przewidzenia klęskę. Można by zapytać, co wobec tego skłania księcia mimo tego do wystąpień. Odpowiedź znajdziemy w scenie, w której król Jerzy V (Michael Gambon) tłumaczy synowi: „Dawniej król musiał jedynie wyglądać dobrze w mundurze i trzymać się prosto w siodle. Dziś wchodzimy ludziom do domów i spoufalamy się z nimi. Nasza rodzina została sprowadzona do najpodlejszej profesji świata. Zostaliśmy aktorami!”

Artysta, nie rzemieślnik

       Kolejne sceny ilustrują tyleż zabawne, co bezskuteczne próby „leczenia” księcia przez wziętych logopedów. Kiedy klęska zdaje się być nieodwracalna, żona księcia – Elżbieta (zagrana przez Helenę Bonham Carter) trafia na Australijczyka Leonarda  Louge (Geoffrey Rush) - człowieka niekonwencjonalnego: logopedę z powołania, z umiłowania  aktora – amatora, który swoją pasją szekspirowską zdołał zarazić całą rodzinę.

Colin Firth i Helena Bonham Carter w filmie Jak zostać królem

   Można bez żadnej przesady powiedzieć, że film Hoopera jest przede wszystkim – mimo wielu wspaniale nakreślonych epizodów – wspaniałą partyturą na dwóch aktorów – wirtuozów. Scenerią zaś jest wnętrze mieszkania Louge`a – „inny świat”, do którego prowadzi staroświecka winda ukryta za ruchomą kratą. W tym entourage`u poznajemy prawdziwego artystę w swoim zawodzie, który za nic sobie ma sztywny gorset konwenansu i  od pierwszego spotkania z księciem usiłuje ów gorset poluzować. Nie ma  gotowego schematu, aby to osiągnąć. Każdy człowiek bowiem jest dla niego niepowtarzalnym wyzwaniem, domagającym się indywidualnego podejścia.

  Rzecz niebywała w tamtych czasach i środowisku: bez najmniejszych oporów proponuje przyszłemu królowi mówienie sobie po imieniu. Doskonale rozumie, że nie można leczyć pacjenta „na klęczkach”. Swoim zachowaniem i metodami (każe księciu recytować monolog Hamleta przy akompaniamencie głośnej muzyki) doprowadza Alberta do szewskiej pasji i wszystko wskazuje na to, że ich pierwsze spotkanie będzie zarazem ostatnim. A jednak tak się nie dzieje. Odsłuchawszy nagrany na płytę monolog „Być albo nie być” (na pewno tekst ten został nieprzypadkowo wybrany, bo dla księcia płynna mowa jest takim właśnie dylematem), książę ze zdumieniem odkrywa, że wypowiedział tekst bez najmniejszego trudu, nie jąkając się. Wraca zatem do swego „lekarza”, ale stawia swoje warunki – żadnej głębszej terapii, tylko ćwiczenia mechaniczne. Jak w komedii slapstickowej, obserwujemy ciąg scen, w których obaj aktorzy przekomicznie ćwiczą oddech, postawę, pracę mięśni… Oczywiście, daje to efekty, lecz powierzchowne.

Geoffrey Rush

  Dopiero wstrząs po śmierci ojca sprawia, że zamknięty w sobie następca tronu zwierza się swemu nauczycielowi wymowy ze swoich przeżyć z dzieciństwa, lęków, z których nie umiał się nigdy wyzwolić ten wrażliwy i ciepły pod maską konwenansu człowiek.  To wszystko sprawia, że zmniejsza się dystans między nim a jego logopedą – staje się on odtąd kimś więcej: przyjacielem i powiernikiem. Myli się jednak, kto sądzi, że nastąpi teraz etap harmonijnej współpracy (czytaj: zależności), do której przyzwyczaiło nas psychologiczne kino amerykańskie. Relacje między bohaterami są bowiem jak burza z wyładowaniami. Abdykacja starszego brata - Edwarda VIII - na rzecz księcia Alberta przyprawiła tego ostatniego o prawdziwy zamęt. Dzień przed abdykacją brata książę odwiedził matkę. Zapisał później w dzienniku: Kiedy powiedziałem jej, co się stało, załamałem się i rozpłakałem jak dziecko.

Być albo nie być … królem

   Koronacja księcia Alberta, który przybrał imię  Jerzego VI, odbyła się 12 maja 1937.  Tak oto „nieudacznik” stał się  władcą potężnego imperium brytyjskiego.  Przed koronacją powraca do swego mistrza i przywraca go do łask.  Ten znakomicie przygotowuje go do ceremonii i wszystko przebiega bez zakłóceń. Największa próba, a zarazem punkt kulminacyjny filmu, następuje wówczas, gdy król Jerzy VI ma wygłosić do narodu mowę w związku z wypowiedzeniem przez Anglię wojny III Rzeszy w 1939 r.  Poprzedza ją scena, w której wraz z królewską rodziną obserwujemy sfilmowane wystąpienie Hitlera. Wszyscy są poruszeni, a córka pyta króla Jerzego, o czym mówił führer. Ten odpowiada, że nie jest ważne, co mówił, ale jak to robił. I tak jest w istocie. Są porywający mówcy, ale są i tacy, którzy tego daru nie mają. Oto wyzwanie, przed którym staje również nasz bohater.

Colin Firth

  Kulminacyjna scena filmu (jego oryginalny tytuł brzmi „The King's Speech”) rozgrywa się w pomieszczeniu pałacowym zaaranżowanym na studio radiowe. Leonard  Louge czuwa nad całością, od wystroju wnętrza poczynając, a kończąc na stworzeniu sprzyjającego klimatu. Proponuje królowi, aby nastroił się tak, jakby wygłaszał orędzie do niego  – człowieka życzliwego i przyjaciela. Następuje długa sekwencja, w której równolegle zmontowano ujęcia przemawiającego króla z panoramą różnych środowisk – od rodziny i otoczenia pałacowego, na żołnierzach kończąc. Sukces ma podwójną wartość – dla króla i jego bliskich oznacza, że pokonał on dręczącą go zmorę jąkania i może odtąd mówić pełnym głosem.  Dla poddanych spokojny, poważny ton orędzia daje poczucie, że w trudnych chwilach ich król jest z nimi. Skądinąd wiemy, że na słowach się nie skończyło.  Mimo sugestii, rodzina królewska pozostała w pałacu Buckingham, gdzie żyli podobnie jak inni Brytyjczycy. Racjonowano ogrzewanie i elektryczność, a król nakazał namalować w wannie linię na wysokości 12 cm od dna, powyżej której nie można nalewać wody. Często pojawiali się publicznie, odwiedzali szpitale, jednostki wojskowe i fabryki.

Każdy chciałby być królem

   Poza tym, że film  niesie dyskretne przesłanie o tym, że  z pomocą drugiego człowieka można przekroczyć własne ograniczenia, jest on także znakomity warsztatowo. Brawurowo opowiedziana została  historia władcy, który uratował imperium  dzięki pokonaniu własnych słabości.
  Oryginalny, błyskotliwie napisany  scenariusz Davida Seidlera, świetnie wyreżyserowany przez Toma Hoopera, znakomicie zagrany – przede wszystkim przez aktorów pierwszoplanowych: Colina Firtha i  Geoffrey`a  Rusha,  ale smakowite są również role drugoplanowe czy epizody. Jeśli dodamy do tego piękne  zdjęcia pieczołowicie odtworzonych wnętrz i kostiumów z epoki, dobrą muzykę, to właściwie nie dziwi nas, że film podoba się wszystkim. Zarówno publiczności, jak i krytykom.  Któż bowiem nie chciałby być królem samego siebie…

Artykuł został opublikowany w materiałach edukacyjnych Wydawnictwa Nowa Era.

Premiera "Kartoteki" Różewicza w radiowej Dwójce

Zbliża się finał cyklu, jaki w roku obchodów Stulecia Niepodległości Polski Program 2 Polskiego Radia prezentował we współpracy z Teatrem Polskim w Warszawie. Serię „Polski w Dwójce –   czytamy dramaty stulecia” zakończy prezentacja „Kartoteki” Tadeusza Różewicza – jednego z najważniejszych dzieł w historii polskiej dramaturgii. 


„Kartoteka” Tadeusza Różewicza została opublikowana w miesięczniku „Dialog” w 1960 roku i doczekała się kilkudziesięciu wystawień w teatrze polskim oraz zagranicą. Różewicz w wielu wątkach wyraźnie nawiązywał do przeżyć wojennego pokolenia, do którego sam należał. Czy więc dramat ten jest historycznym zapisem pewnego okresu historii Polski, czy też uniwersalnym współczesnym moralitetem, który może być czytany w oderwaniu od historycznego kontekstu? Takie pytania stawia sobie reżyser spektaklu Artur Tyszkiewicz. Wystąpią m.in. Piotr Bajtlik, Tomasz Drabek, Izabella Bukowska, Anna Cieślak, Lidia Sadowa. A w roli Narratora – Andrzej Seweryn.

Niedzielne słuchowisko poprzedzi rozmowa Małgorzaty Szymankiewicz o dramacie Różewicza z prof. Barbarą Osterloff oraz prof. Jackiem Kopcińskim w audycji „O wszystkim z kulturą” – w środę 12 grudnia o godz. 17.30.

W ramach prezentacji serii premier „Polski w Dwójce – Czytamy dramaty stulecia” od maja br. na scenie Teatru Polskiego i na antenie Dwójki wystawione i wyemitowane zostały ważne polskie dramaty powstałe po 1918 roku. Były to: „Kurka wodna” Stanisława Ignacego Witkiewicza (reż. Anna Wieczur-Bluszcz), „Lalek” Zbigniewa Herberta (reż. Dariusz Błaszczyk), „Garbus” Sławomira Mrożka (reż. Jerzy Schejbal), „Uciekła mi przepióreczka” Stefana Żeromskiego (rez. Łukasz Lewandowski) i „Żeglarz” Jerzego Szaniawskiego (reż. Wawrzyniec Kostrzewski).


Więcej o cyklu „Polski w Dwójce – Czytamy dramaty stulecia” na stronie: dwojka.polskieradio.pl.

Emisja w radiowej Dwójce oraz na stronie dwojka.polskieradio.pl w niedzielę 16 grudnia o godz. 18.00.

informacja prasowa

Stanisław Różewicz | Wspomnienie i pokaz „Anioła w szafie”

W listopadzie minęło 10 lat od śmierci Stanisława Różewicza, wybitnego twórcy kontemplacyjnych, osobistych filmów, odwołujących się do włoskiego neorealizmu. 19 grudnia 2018, o godz. 19.00 w FINA reżysera wspominać będą Jerzy Trela, Wojciech Marczewski i syn – Paweł Różewicz. Wieczór uzupełni pokaz filmu Anioł w szafie.

Stanisław Różewicz i Jerzy Trela


Stanisław Różewicz był reżyserem filmowym i teatralnym, scenarzystą, założycielem i wieloletnim kierownikiem artystycznym Zespołu TOR. Urodził się w 1924 roku w Radomsku, jako młodszy brat dwóch poetów – Tadeusza i Janusza. Pracę w filmie rozpoczął asystując u takich reżyserów jak Leonard Buczkowski, Jerzy Zarzycki, Wojciech Jerzy Has. W jego dorobku reżyserskim znalazły się m.in.: Wolne miasto, Miejsce na ziemi, Świadectwo urodzenia i Głos z tamtego świata.

Stworzył swój własny język filmowy, który charakteryzował się prostotą przekazu, oszczędną refleksyjnością i emocjonalnością. Tworzył kameralne dramaty, w których tak dobierał środki wyrazu, aby przedstawione zdarzenia z życia zwykłych ludzi w naturalny sposób wyrażały uniwersalne i ważne problemy. W jego filmach przeważało zainteresowanie wewnętrzną sferą ludzkich uczuć i przemian.

Filmy Różewicza były nagradzane na wielu międzynarodowych festiwalach, między innymi w Cannes, Wenecji i San Sebastian. Podczas 33. FPFF w Gdyni został uhonorowany Platynowymi Lwami za całokształt twórczości. Ostatnie lata życia poświęcił pracy dokumentalisty. Zmarł 9 listopada 2008 roku.

Rozmowę z Jerzym Trelą, Wojciechem Marczewskim i Pawłem Różewiczem poprowadzi dr Piotr Śmiałowski, filmoznawca i dziennikarz filmowy, miłośnik twórczości Stanisława Różewicza.

Jerzy Trela w filmie Anioł w szafie
Po dyskusji zapraszamy na pokaz filmu Anioł w szafie z 1987 roku. Głównym bohaterem jest Jan (Jerzy Trela), niezwykle wrażliwy i oddany swojej pracy realizator dźwięku filmowego, który stopniowo zamyka się w swoim świecie, wypełnionym nagranymi na taśmach głosami. Gdy traci kontakt z rzeczywistością, budzą się wspomnienia. Jan obarcza się winą za to, że kiedyś nie przyszedł z pomocą nieznajomemu, któremu być może mógł uratować życie. Sam Stanisław Różewicz tak mówił o filmie: „Anioł w szafie to film o odpowiedzialności, o obowiązkach wobec siebie i innych. W zwariowanym świecie, w którym żyjemy, trudno udawać, że nie widzi się groźnych zjawisk – w postawach ludzi, w stosunkach międzyludzkich. Więc film o sumieniu. O pamięci, bez której jesteśmy niczym. O strachach i lękach w nas i wokół nas”.

Do wstępu upoważniają bezpłatne wejściówki.
19 grudnia 2018, godz. 19.00
Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny ul. Wałbrzyska 3/5 | 02-739 Warszawa

informacja prasowa

O czym Szumią Jesiony - 20-lecie Chóru Duszpasterstw Akademickich "Szumiący Jesion"

Koncert jubileuszowy chóru Szumiący Jesion w DA Wawrzyny, fot. Marek Cisek

13 maja A.D. 2006  Chór Duszpasterstw Akademickich “Szumiący Jesion” obchodził 20-lecie swego istnienia.  Jego założycielka, Pani prof. Zofia Urbanyi-Krasnodębska przygotowała z Jubilatami Missa brevis F-dur KV 192 W. A. Mozarta. Zaś duchowy opiekun chóru – ks. Stanisław Orzechowski - celebrował uroczystą Mszę św. i wygłosił płomienną homilię. Były wzruszające wspomnienia, refleksje i radość. Odsłonięto tablicę pamiątkową.

O CZYM SZUMI JESION?

Był czwartek, 3 kwietnia 1986 r. Pani Profesor dobrze pamięta tę datę, ponieważ przypadały wtedy imieniny Jej męża Ryszarda (dr.  matematyki, usuniętego z Politechniki Wrocławskiej za protest w obronie studentów w 1968 r.). „Było ponuro – wspomina – więc postanowiliśmy z mężem trochę  poszerzyć obszar wolności... Poszliśmy do Orzecha, aby Go przekonać, że warto założyć chór duszpasterstw akademickich, a On nie tylko nie dał się prosić, ale nam oznajmił, że tego pragnął i że chyba Pan Bóg nas zesłał... Po czym ogłosił w niedzielę, że powstaje chór i już we wtorek odbyły się pierwsze zapisy. Przyszło 17 osób odbyła się pierwsza próba. Po pół roku było już 70 osób.”  Wtedy chór nie miał jeszcze nazwy. Latem Pani Profesor postanowiła zorganizować pierwszy obóz. I tak trafiono do Zawoi – bardzo pięknego zakątka w Beskidzie Wysokim. „Pojechało  ok. 30 chórzystów, którzy do dzisiaj  wspominają ten pobyt jako wyjątkowe przeżycie – kontynuuje Pani Profesor. Było też sporo osób z DA Wawrzyny, a pierwszymi tenorami byli Orzech i Malina (ks. Mirosław Maliński)”.

Ćwiczono najczęściej w plenerze, m.in. na łące należącej do Tadeusza Smolika, która stała się niebawem miejscem chrztu chóru. Chałupa, w której mieszkali starzy górale, była przywiązana do wspaniałego rozłożystego jesionu. Sprawiało to wrażenie, że swoją egzystencję zawdzięcza ona drzewu i że bez tego oparcia  rozpadłaby się pod wpływem mocniejszego podmuchu. Tam właśnie, na łące, w pobliżu jesionu odbyła się Msza św. i prawdziwy chrzest, a stara mieszkanka chaty – pani Smolikowa została matką chrzestną chóru. „Pamiętam taki obraz – wspomina Pani Profesor -  ołtarz na kamieniu, w strumieniu górskim, Orzech odprawia Mszę św., a my śpiewamy psalmy...” Wtedy tylko ona wiedziała, że nazwa ta jest swoistym wotum za uwięzionych działaczy „Solidarności”, stąd jej włoski odpowiednik: „Frassino Stormente”... Jakie treści kryła jeszcze, tego nikt nie przypuszczał. Dopiero kiedy w 1990 roku chór odbył pielgrzymkę koncertową do Włoch, wówczas w miejscowości Deiva Marina na Riwierze Włoskiej odkryto, że założycielką klasztoru benedyktynek jest s. Benedetta Frassinello (a więc „Jesionek”). Zaś po drodze z Pizy do Werony napotkano też jezioro i sanktuarium Frassino, z małym klasztorem Franciszkanów, poświęcone objawieniu Matki Bożej w 1511 r. („Maria ha scelto lo frassino a suo trono” – „Maryja wybrała jesion na swój tron”). Euforia z powodu tego odkrycia była wielka!  Potem, podczas kolejnych podróży, zawsze odwiedzano to sanktuarium.
W pierwszą rocznicę powstania chóru, 8 kwietnia 1987 r.,  zasadzono obok Kościoła św. Wawrzyńca małe drzewko jesionowe, które poświęcił wielki przyjaciel chóru bp Adam Dyczkowski. Szumi tam po dziś dzień swoje tajemnice.


PANI PROF. ZOFIA URBANYI-KRASNODĘBSKA.

prof. Zofia Urbanyi-Krasnodębska, fot. Marek Cisek

Artystyczny życiorys Pani prof. Zofii Urbanyi-Krasnodębskiej koresponduje ze słowami kardynała Josepha Ratzingera, obecnego papieża, który w książce „Nowa pieśń dla Pana”  tak oto pisze o artyście i o sztuce:
To właśnie jest probierzem prawdziwej twórczości, że artysta wychodzi z ezoterycznego kręgu i potrafi tak kształtować swoją intuicję, aby również inni mogli usłyszeć to, co usłyszał on. Zawsze obowiązują przy tym trzy warunki prawdziwej sztuki wymienione w Księdze Wyjścia: artystę powinno skłaniać do twórczości jego serce, powinien on być biegły w swoim rzemiośle i powinien słyszeć to, na co wskazuje sam Pan(s.169).

Pani prof. Zofia Urbanyi-Krasnodębska wychowała się w rodzinie muzyków i sama otrzymała staranne wykształcenie muzyczne. Współpracowała i zarazem rozwijała się pod bokiem mistrzów: pianisty Lucjana Galona, prof. Stanisława Wisłockiego – kompozytora i dyrygenta, współpracowała także ze znanymi śpiewakami: B. Ładyszem, A. Hiolskim, B. Nieman...Potem – z  dyrygentem Jerzym Semkowem, aktorem i reżyserem Aleksandrem Bardinim , a także dyrygentami i kompozytorami: Bohdanem Wodiczko i z Janem Krenzem.  Zwróciła się też w stronę muzyki dawnej, zakładając w 1966 r. Zespół Madrygałowy I MUSICI CANTANTI. W 1972 r. otrzymała propozycję objęcia stanowiska dyrygenta Opery Wrocławskiej. Wystawiła w niej siedem samodzielnych premier operowych, w tym światowe prawykonanie opery A. Vivaldiego La Verita in Cimento. Po odejściu z Opery Wrocławskiej rozpoczęła pracę pedagogiczną w Akademii Muzycznej i kontynuuje ją po dziś dzień – z wielkim sukcesem.  Mimo błyskotliwej kariery, nie tkwiła wyłącznie w ezoterycznym kręgu sztuki, lecz – zawsze otwarta i poszukująca, a także bezkompromisowa  - zaangażowała się w czasie stanu wojennego w działalność komitetu arcybiskupiego. Brała udział w procesach politycznych i organizowała pomoc dla represjonowanych więźniów. Z takich samych, głębszych pobudek, „usłyszała to, na co wskazał Pan” i postanowiła stworzyć chór akademicki. Śpiewający młodzi ludzie mieli dawać świadectwo wartościom chrześcijańskim i patriotycznym. I ten poryw serca, a także wieloletnia praca przyniosły dobre owoce dla obu stron.

 „Jestem czasami zmęczona – tym, że nie przychodzą, że coś nie wychodzi... Ale praca nad Mszą Mozarta to była rozkosz dla wszystkich i dla mnie też. Jeżeli się coś kocha, to wszystko inne przestaje się liczyć – dodaje Pani Profesor.  Myśmy nie tylko ćwiczyli śpiew. Czytaliśmy Norwida – mąż wspaniale czytał i komentował poezję, zwłaszcza „Rzecz o wolności słowa”.

 „Ten chór to był dar, który miał się rozwinąć - powiedział w czasie obchodów rocznicowych jeden z byłych chórzystów, brat Konrad, benedyktyn. Życie każdego z nas jest niepowtarzalne i do każdego Pan Bóg przemawia inaczej. Czasami muzyka pociągnie człowieka do Pana Boga... Chciałbym przypomnieć tę Mszę na Babiej Górze, kiedy w słocie, we mgle każdy z nas stał jakby przed swoją życiową drogą. Wtedy śpiewaliśmy Panu Bogu na chwałę, jednocześnie pragnąc poznać siebie samych. Tęskniliśmy za tym, żeby trochę światła i na nasze życie padło - aby  wypadło ono mądrze, dobrze...Dzisiaj tak się akurat stało, że mam celę znajdującą się od strony, skąd widać Babią Górę. I nie ma takiej przeszkody, abym – patrząc – nie pomyślał o Was i nie westchnął do Pana Boga za Wami.”

„SZUMIĄCE ANIOŁY”, CZYLI Z POLSKI W ŚWIAT

W 1989 r., po koncercie w Kościele św. Piotra i Pawła, główny duszpasterz akademicki we Wrocławiu – ks. Aleksander Zienkiewicz powiedział: „Powinniście się nazywać nie „Szumiące Jesiony”, lecz raczej „Szumiące Anioły...”
W istocie, jak na anioły przystało, zespół koncertował głównie w kościołach wrocławskich, a także szpitalach, domach dziecka. Śpiewano w wielu miejscowościach na Dolnym Śląsku: w Trzebnicy, Krzeszowie, Wambierzycach, Kłodzku, Wałbrzychu, Miliczu i in. Nie mówiąc już o tym, że chór udzielał się stale w środowisku akademickim. Śpiewano różnorodny repertuar – od chorału gregoriańskiego po muzykę współczesną. Wśród wykonywanych utworów można było usłyszeć także i tak bogate pozycje, jak 6-głosowy motet G.P. Palestriny Tu es Petrus, Magnificat T. Albinoniego   czy – szczególną wizytówkę chóru – Akatyst - maryjny hymn pochwalny kościoła bizantyjskiego. „Jesiony” szumiały na gdańskiej Zaspie – w czasie pielgrzymki Jana Pawła II do Polski w 1987 r., ale także podczas studenckich strajków na Uniwersytecie Wrocławskim w 1988 r. I  jak to Anioły – niczym nieograniczone - pofrunęły na tournee do Niemiec, na zaproszenie władz  Rheine – by uświetnić jubileusz 1150 roku założenia miasta. „To był nasz pierwszy wyjazd na Zachód. A że jako niepokorny kapelan „Solidarności” Orzech nie dostawał paszportów, postanowiłam, że mu go załatwię – opowiada Pani Profesor. Poszłam na Łąkową i oznajmiłam urzędnikowi, że ksiądz Orzechowski jest naszym opiekunem duchowym i że chór taką opiekę podczas wyjazdu mieć musi. Bardzo się zżymał, a na koniec powiedział, że ksiądz sam musi przyjść do urzędu. Bałam się o niego, więc poszliśmy razem. Przychodzimy, tłum ludzi i konsternacja: ksiądz z dziewczyną...(śmiech). No i dostał ten paszport!”
I tak to się zaczęło: „Jesiony” szumiały zarówno na Zachodzie, jak i na Wschodzie Europy. W 1990 r. chór odbył pielgrzymkę koncertową do Włoch, podczas której najważniejszym wydarzeniem było uczczenie Święta Matki Boskiej Częstochowskiej w Castel Gandolfo. Koncert nieoczekiwany, bo zabrakło wejściówek na papieską audiencję generalną, więc chór  sobie... wyśpiewał uczestnictwo we Mszy św. celebrowanej przez Jana Pawła II, a potem -  przyjęty na krótkiej audiencji, podczas której wręczono Papieżowi m.in. kasetę z nagraniami chóru oraz pracę magisterską jednej z chórzystek, zatytułowaną „Niektóre osobliwości języka Jana Pawła II”

„Po wyjściu z pałacu papieskiego – wspomina Pani Anna Konieczny, członkini chóru od 1986 r. – spotkaliśmy na drodze Włoszki w regionalnych strojach, bo było to Święto Brzoskwiń. Spontanicznie zaczęliśmy śpiewać, a one obdarowały nas pięknymi pachnącymi owocami...”
W 1991 r. „Jesiony” śpiewały już na Białorusi podczas uroczystości stawiania krzyży na grobach pomordowanych Polaków. Kiedy chór śpiewał w Niecieczy, mieszkańcy pytali: „Czy to już Polska może do nas wraca?”
Nie sposób w tak ograniczonych ramach wymienić miejsca, ludzi, wspomnienia... „Anioły” szumiały bowiem wszędzie tam, gdzie było to ważne i potrzebne: w Lourdes, Taizé, Turynie i innych znanych i mniej znanych sanktuariach Europy. W miejscach kultu i tam, gdzie Polacy walczyli i ginęli za wolność. Śpiewano pieśni sakralne, ale i poezję K.K. Baczyńskiego, i pieśni patriotyczne – na chwałę Bożą i ku pokrzepieniu serc. Śpiewano także w intencji poszczególnych członków chóru, ponieważ młodzi zaczęli się żenić i wychodzić za mąż. Z chóru wyszło aż 21 par! A zawiązane wówczas przyjaźnie trwają po dziś dzień.

JAK SZUMIĄ JESIONY WE WSPOMNIENIACH DAWNYCH UCZESTNIKÓW...

Państwo Anna i Mariusz Konieczny (sopran i bas, czyli „jesionowe małżeństwo”):

„Byłam bardzo nieśmiała – wspomina pani Anna, więc kiedy podczas pieszej pielgrzymki do Częstochowy w 1986 r. Orzech wygłosił swoim grzmiącym głosem konferencję o marnowaniu talentów, a ponadto oznajmił, że w duszpasterstwie tworzy się chór, postanowiłam się zapisać. Podeszłam nieśmiało do Orzecha i wyjąkałam pod nosem swoje pragnienie. Trochę się zdziwił, że jąkała chce do chóru, ale wskazał mi Tomka (Imirowicza). Zaledwie wróciłam z pielgrzymki, okazało się, że trzeba się zbierać do wyjazdu na obóz chóralny do Zawoi. Nie miałam ani odpowiednich butów, ani stroju, ale wsiadłam do pociągu. I oczywiście trafiłam do przedziału z Orzechem i Tomkiem. Znowu ze zdenerwowania zaczęłam się jąkać. A wtedy spadł mi na głowę wózek dziecięcy i ...lody puściły. To był mój chrzest bojowy! Na obozie poznałam wszystkich i zaprzyjaźniliśmy się. Te przyjaźnie trwają do dziś.”
„Codziennie była Msza św. – dodaje pan Mariusz. Pan Krasnodębski wygłaszał dla nas pogadanki na tematy filozoficzne. Starano się nas kształtować od strony zarówno religijnej, jak też duchowej. Mieliśmy bezcenne możliwości rozwoju. To były takie „rekolekcje przez życie”. W tamtych czasach było to rzeczą nową, odkrywczą.”
Pani Anna dodaje, że członkowie chóru spotykali się także poza próbami, koncertami i wyjazdami. Potrafili się wspaniale bawić – choćby i całą noc, po czym rano wspólnie szli na Mszę św. Radość, jaką dawało im wspólne śpiewanie na chwałę Bożą i dla ludzi, wielkie wzruszenia podczas mszy za ojczyznę, kiedy widzieli łzy w oczach słuchających i sami się wzruszali – wszystko to ukształtowało ich takimi, jakimi są dzisiaj. Mimo że są starsi o 20 lat, pracują, wychowują dzieci, nadal utrzymują z sobą kontakty. I nie jest problemem spotkać się z okazji rocznicowych uroczystości, jak również poświęcić – z radością – wiele godzin na wspólne próby, aby przygotować Mozarta. Dojeżdżają nawet codziennie – z Opola, z Niemodlina, a nawet ze Świnoujścia...
Obecnie chór „Szumiący Jesion” prowadzony jest na Akademii Rolniczej przez wychowankę pani prof. Z. Urbanyi-Krasnodębskiej – Katarzynę Krzywniak, zaś dawne Jesiony przybrały nazwę „Frassini Maggiori”(„Jesiony Większe”) i nadal chętnie śpiewają.


KSIĄDZ STANISŁAW ORZECHOWSKI

Na różne sposoby przemawiał Pan Bóg do człowieka, także poprzez muzykę. Nigdy nie zapomnę tego drzewa w Zawoi, bo to było coś z mistyki. To jest tajemnica drzewa, przy którym stała chałupa, jak się potem okazało – przymocowana do tego jesionu. Przy tym drzewie nastąpiło piękne ślubowanie. To, co zaczęło się dziać z chórem, to przede wszystkim praca, ćwiczenia poszczególnych głosów na tych różnych łączkach, polankach... Na zakończenie przychodził Pan Profesor  ze swoim wykładem filozoficznym i nas oświecał. Nie spodziewałem się wówczas, że to doświadczenie – te trudy, ta praca staną się w moim życiu bardzo decydujące. Dzięki temu zacząłem jakoś lepiej wewnętrznie słyszeć. Otworzyłem się także duchowo na kontakt z Panem Jezusem. Kiedy podczas pielgrzymki do Jerozolimy znalazłem się w Bazylice Grobu Pańskiego, zacząłem słyszeć piękną muzykę. Było to porywające i wzruszające i sądzę, że nie przeżyłbym tego, gdybym wcześniej nie doświadczył pracy w chórze. Dziękuję Wam za wspaniałe podróże... Jest to piękny fragment mojego życia, który udało mi się przeżyć dzięki Wam".

KSIĄDZ ALEKSANDER RADECKI

„W pewnej parafii, wśród ogłoszeń znalazło się i takie: „Chcesz zobaczyć jak wygląda piekło, przyjdź posłuchać naszego organisty”. Ja chciałbym powiedzieć inne: „Chcesz zobaczyć, jak będzie w niebie, przyjdź posłuchać „Szumiącego Jesionu”.
   Msza św. jest czymś porywającym, ponieważ  jest „podsłuchiwaniem” muzyki niebiańskiej. Natomiast mniej  bierzemy pod uwagę, że ci, którzy śpiewają, rzeczywiście „rzeźbią” nie tylko swoje głosy. Człowiek, który śpiewa, jest inny. W nim się coś dokonuje – choćby przez posłuszeństwo dyrygentowi, przez niewybijanie się w zespole, przez punktualność, kulturę bycia, zauważanie drugiego człowieka...
A skoro jest to modlitwa, i to  podwójna, skoro jeszcze Komunia Święta, i to taka jeszcze, że Ojciec Święty musi interweniować, to pomyślcie, jaki to jest skarb!  I to jest dar. Nie wiadomo, kto więcej zyskuje: czy ci słuchający, czy ci śpiewający. Na szczęście,  Wy jesteście i po jednej, i po drugiej stronie. Służąc Najwyższemu, służąc ludziom, przemieniając czasem ponure  sytuacje na samą modlitwę. Jest to także trening przed tym, co będzie w niebie, bo tam chóry są zapewnione wszystkim. Nawet tym, którzy mają głos i słuch, ale osobno.
Pani Profesor i wszystkie śpiewające tutaj Jesiony, Jesioniki, Jesioniątka, które rosną – chciałbym życzyć Wam wytrwałości, ponieważ wiele jeszcze przed Wami!”

fot. Marek Cisek


Artykuł ukazał się w 2006 roku w czasopiśmie "Wawrzyn" oraz - w krótszej wersji - w "Gościu Niedzielnym". 


"Medea" Eurypidesa w The National Theatre of London /recenzja/

4 września 2014 roku byliśmy uczestnikami niecodziennego wydarzenia. Mieliśmy mianowicie okazję obejrzeć transmisję z The National Theatre ...

Popularne posty