6 października 2017 roku miał swoją
polską premierę film „Twój Vincent” w reż. Doroty Kobieli i Hugh Welchmana,
którzy są także (wraz z Jackiem Dehnelem) autorami scenariusza. Zrobiło się
wokół niego sporo (pozytywnego) szumu, ja jednak wyszłam z seansu rozczarowana.
Dlaczego – o tym poniżej.
![]() |
plakat filmu Twój Vincent |
To
szczególny paradoks, że ów malarz – samotnik, który z nikim nie potrafił się
zaprzyjaźnić, stał się mieszkańcem masowej wyobraźni. Jeszcze nie tak dawno, bo
podczas 14.
Millennium Docs Against Film Festiwal, obejrzałam dokument o znamiennym tytule
„Chińskie van Goghi”, który opowiadał o masowym kopiowaniu prac holenderskiego
mistrza, ale także o … odzyskiwaniu tożsamości, dzięki jego sztuce (pisałam o
tym szerzej w recenzji tego filmu).
Przed
„Twoim Vincentem”
Filmy o malarzu powstawały już wcześniej i jest ich
całkiem sporo. We wspomnianym dokumencie chińscy kopiści oglądają, głęboko
poruszeni, film Vincente Minnelli „Pasja życia”, z Kirkiem Douglasem, który
otrzymał za rolę van Gogha Złotego Globa, podobnie jak Anthony Quinn za rolę
Gauguina. Film powstał na kanwie zbeletryzowanej biografii Irvinga Stone`a.
Film dokumentalny o van Goghu stworzył także mistrz
kina francuskiego, Alain Resnais (1948 rok!). Toksyczne relacje pomiędzy
Vincentem a Theo stały się tematem filmu Roberta Altmana („Vincent i Theo”,
1990). Rok później miał swoją premierę film Maurice Pialata: „Van Gogh”. Najbardziej
zapadł mi w pamięć najwybitniejszy jak dotąd film o malarzu, którego autorem
jest australijski reżyser, Paul Cox, a mianowicie: „Vincent. Życie i śmierć
Vincenta van Gogha” (1987). Niezwykle pięknie sfotografowany (za kamerą stanął
sam Cox), opowiadał o życiu malarza w sposób impresyjny – poprzez jego obrazy
oraz obrazy natury, które się przenikały. Wykorzystał również animacje. Co istotne,
narratorem filmu jest sam van Gogh (głosu udzielił mu John Hurt), ponieważ
tkankę narracji stanowią jego listy do brata.
plakat filmu Paula Coxa
Vincent van Gogh Anno Domini 2017
I oto otrzymujemy kolejny film o van Goghu, tym
razem w pełni animowany, stylizowany „na van Gogha”. Film tak mocno
rozreklamowany, że aż nie wypada go nie obejrzeć. Jak każde dzieło zbiorowe,
nie ma rysów indywidualnych – jest
zlepkiem myślowych i obrazowych stereotypów.
Pomysł fabularny także oscyluje w stronę popularnych
gatunków filmowych i nawiązuje do kryminalnego śledztwa.Otóż dwa lata po
śmierci van Gogha ktoś odnajduje wśród jego rzeczy niewysłany, pożegnalny list
do brata. Zaprzyjaźniony z malarzem listonosz prosi swego syna, aby dostarczył
go adresatowi. Autorzy scenariusza uznali, że taki zwyczajny młody człowiek
niewiele wie o malarzu, toteż świetnie nadaje się na to, aby być w tej
opowieści figurą widza. O jego motywację już specjalnie nie zadbano. Nietrzeźwy
po całej nocy spędzonej w miejscowej knajpie, daje się nagle ojcu przekonać i
pędem zdąża na pociąg do Paryża. Dalej mamy już do czynienia z konwencją filmu
kryminalnego, pomieszanego z tanią psychoanalizą (trudne dzieciństwo, oschła
matka). Syn listonosza z godnym podziwu uporem odwiedza ludzi, którzy zetknęli
się z van Goghiem, aby uzyskać odpowiedź na pytanie, w jakich okolicznościach
umarł – czy było to zabójstwo, czy samobójstwo. Wątki się przeplatają, ludzie
mają swoje wersje wydarzeń, które wzajemnie się znoszą i trudno jest rozwikłać
tę zagadkę. Trochę, jak w „Rashomonie” Kurosawy, tylko że wieje nudą i razi
banałem.
Vincent
„ulizany”
Robert Gulaczyk jako Vincent, materiały prasowe
Sam bohater natomiast jawi się jako chodzący anioł
dobroci (oczywiście kocha dzieci i prostych ludzi), oddany wyłącznie swojej
sztuce. Dodam, że ma urodę współczesnego przystojniaka. Tym bardziej więc nie
rozumiemy, dlaczego nic mu się w życiu nie układa, skoro taki dobry i piękny. Z
filmu „Twój Vincent” wyłania się „ulizany” portret van Gogha, żeby użyć
określenia Witkacego. A przecież wiadomo, że van Gogh był rudym brzydalem (nie
ukrywał tego, malując autoportrety), człowiekiem głęboko nieszczęśliwym, odrzuconym
przez kobiety, w których był zakochany. Ponadto cierpiał na depresję, zaburzenia
psychiczne i miał napady lęku. Wielokrotnie był pacjentem zakładów
psychiatrycznych. Na depresję chorowała także jego siostra, była to więc
prawdopodobnie choroba dziedziczna. Nikt nie był w stanie wytrzymać z nim dłużej,
nawet prostytutka, którą z litości przygarnął, bo była w ciąży i groziła jej
śmierć na ulicy… Jeszcze bardziej burzliwie wyglądała jego znajomość z
Gauguinem. Mimo to bardzo pragnął być z kimś, czuł się samotny i nieszczęśliwy.
Wiele dowiadujemy się o jego stanie ducha, o
przemyśleniach właśnie z listów do brata. Dopiero, kiedy zobaczymy człowieka pełnego sprzeczności i cierpiącego, jesteśmy
w stanie pojąć jego sztukę i zrozumieć, czym dla niego była. Natomiast z
uładzonego, nijakiego portretu malarza z „Twojego Vincenta” wynika tylko tyle –
i aż tyle – że wprawdzie obciął sobie ucho, ale tak naprawdę szybko się
wyleczył i gdyby nie źli ludzie…
Polsko-angielskie
van Goghi
Film „Twój
Vincent” powstał jako dzieło stu malarzy, którzy ręcznie tworzyli poszczególne
klatki. We współczesnej animacji to rzadkość, więc budzi uzasadniony zachwyt. Trzeba
by się cofnąć do czasów Walta Disney`a, który tworzył wspaniałe fabuły w podobny
sposób. I jakie były efekty! Ożywali nie tylko bohaterowie, ale każdy element
tła. Ale i współcześnie powstają interesujące animacje, dość wspomnieć twórczość
Jana Lenicy czy Daniela Szczechury. O wiele bardziej podobał mi się „Bruno
Schulz” Adama Sikory, choć nie było o nim tak głośno.
Tymczasem
dzieło stu malarzy kojarzy mi się raczej z chińskimi kopistami. Z pewnością nie
jest to „mój" Vincent, lecz raczej wytwór kultury masowej, pragnący być
Vincentem każdego. A co należy do wszystkich, nie należy do nikogo. Jeśli film
nie niesie głębszego artystycznego przesłania, staje się tylko kopią, kliszami
tego, co już powiedzieli (napisali, namalowali) inni. Pozostaje mieć nadzieję,
że pod wpływem tego doświadczenia polsko-angielski duet reżyserów: Dorota
Kobiela i Hugh Welchman zacznie kiedyś mówić własnym głosem, jak bohater filmu „Chińskie
van Goghi”.
ocena: 4/10
Bardzo Pani dziękuję za tę recenzję "Twojego Vincenta". Ujęła Pani w słowa to co podskórnie czułam a czego nie potrafiłam wyrazić, a może nie śmiałam po tylu zachwytach mediów nad filmem. Szłam na film jak na nabożeństwo, a wyszłam z pewnym niedosytem, nie poczułam tego oczekiwanego "OCH!". Tak. Piękne obrazy, wielka praca. Ale dla mnie kino to przeżycie, a płytka fabuła nie pozwoliła mi go doznać. Dodam, że aby obejrzeć film na dużym ekranie zamiast do mojego ulubionego kameralnego kina "Malta Charlie&Monroe" wybrałam się do Multikina i ... oglądałam film w towarzystwie smakoszy nachosów i popcornów, co zapewne znacznie obniżyło walory estetyczne pięknych obrazów. Pozdrawiam Barbara
OdpowiedzUsuńPani Barbaro, dziękuję za słowa poparcia. Niestety, jesteśmy w mniejszości - wokół filmu nakręcono medialny szum i zrobiono z niego arcydzieło. A to przecież kicz z naiwnym przesłaniem. Polecam "Vincenta" Paula Coxa. Znajdzie tam Pani nie tylko prawdziwy dramat malarza, ale o stokroć piękniejsze zdjęcia. Pozdrawiam serdecznie!
Usuń