Zakończone 23 listopada 44.
Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora dostarczyły widzom wielu
niezapomnianych wrażeń. Ten rodzaj interakcji, jaką daje żywy spektakl,
możliwość obcowania z różnymi tekstami, obserwowanie aktorskiego kunsztu, gdy twórca
opowiada o świecie i o sobie – są to skarby nieprzeliczalne i niemożliwe do
rzetelnego opisania. Ale spróbuję dokonać „niemożliwego”…
![]() |
logo WROSTJA 2010
Jak w
przypadku każdego festiwalu, mnogość propozycji staje się czasem udręką. Co
wybrać, jeśli nie można obejrzeć wszystkiego… Przyznam, że wszystkie obejrzane
przeze mnie spektakle były na swój sposób interesujące.
Podobał mi
się młody aktor słowacki Lukas Śeptak, który zmagał się z tekstem „Listu do ojca” F. Kafki,
wykorzystując na różne sposoby światło (inne, gdy grał Franza, inne, gdy
wcielał się w postać Ojca), czarny kub, drabinę, gdy „ogrywał” te przedmioty na
różne sposoby. Jednak ani ciało, ani twarz nie przekonały mnie, że to
neurotyczny, rozdarty kompleksami i lękami Franz Kafka.
Uwiodła mnie
egzotyczna Egipcjanka Samaa Ibrahim
historią sprzątaczki, która dzięki swojej wrażliwości i empatii, zamienia się
każdego wieczoru w Carmen, bo tragiczny los zdaje się być jej własnym. Zupełnie
dobrze zaśpiewane partie z „Carmen” Bizeta, brawurowe balansowanie między
tragizmem a komizmem. Nie przeszkadzały mi nawet potoki słów, których nie
rozumiałam (na tablicy ukazywał tzw. sens ogólny), a które pieściły ucho swoją
melodią skargi.
"Rok magicznego myślenia" Ewy Błaszczyk - katharsis w teatrze
Jeśli jednak
miałabym odpowiedzieć, co poruszyło mnie i porwało na tyle, że nie myślałam o
tym, że jestem na przedstawieniu, ale czułam, że aktor zagarnął mnie całą, to
wymieniłabym dwie sztuki: „Rok
magicznego myślenia” w interpretacji Ewy
Błaszczyk oraz „Piaskownicę” w
wykonaniu Rosjanina Wsiewołoda Czubenki.
Skrajnie różne: począwszy od tego, że autorką pierwszego monodramu jest Joan
Didion – dojrzała pisarka, która zawarła w swojej prozie dramat przeżywany po
śmierci męża, a potem – córki.
„Piaskownicę” natomiast napisał zaledwie 22-letni wówczas (2001 rok!)
Michał Walczak.
Ewa Błaszczyk w Roku magicznego myślenia, fot. WROSTJA
Ewa Błaszczyk jest szczególnie predestynowana do
tego, aby sięgnąć po pamiętnik Didion, ponieważ obie opowiadają tę samą, własną,
historię… Spektakl staje się rodzajem psychodramy, jak pamiętnik stał się
zapisem traumy pisarki, która przez nazwanie pewnych spraw i swoich stanów
próbuje zapanować nad rzeczywistością, w której życie stało się niemożliwe, nie
do udźwignięcia. Co więcej, płynące ze sceny słowa dobitnie uświadamiają nam,
że „to” może zdarzyć się każdemu z nas, że zdarza się każdemu. Bo przecież nasi
bliscy odchodzą, tracimy ich, czasami tak nagle, że nie jesteśmy na to przygotowani.
Czy zresztą można być na to gotowym?
Ewa
Błaszczyk jest z pewnością znakomitą aktorką (niezapomniane role w filmach
Saniewskiego), ale jednocześnie to osobowość, która JEST na scenie i ma się
paradoksalne wrażenie (ale Wielki Teatr jest sztuką paradoksu), że mówi prawdę
– o życiu, o człowieku, że dzieli się sobą… To jest tak, jak gdyby teatr
ponownie stał się sztuką przynoszącą widzom/uczestnikom katharsis. Wtedy
kostium, światło czy rekwizyt stają się w zasadzie „niewidoczne” – służą
Wielkiej Sztuce.
Podwójna "Piaskownica" Michała Walczaka
A na
antypodach tego przeżycia zupełnie inny spektakl – „Piaskownica”. Błyskotliwy, zabawny, a przecież wcale nie płytki.
Dla mnie to rodzaj zapisu doświadczenia pokoleniowego. Michał Walczak portretuje w osobie głównego bohatera pokolenie
mężczyzn (trzeba to wyraźnie podkreślić), dla których wzorcem osobowości nie
jest ani żaden bohater narodowy, ani literacki, jest nim natomiast heros
kultury masowej – Batman. Dawni bohaterowie byli jednak pełnowymiarowi i
tragiczni. Jeśli Konrad Wallenrod zakładał maskę
mściciela, to nie czuł się w niej komfortowo i był nieszczęśliwy. Dopiero w
akcie samobójczym wyzwala się od supremacji maski i odzyskuje utraconą jedność
życia. Batman tymczasem nie cierpi z tego powodu, że jest skazany na samotność
i ukryty za maską nietoperza. Nie przeżywa też dylematów sumienia.
Współczesne pokolenie mężczyzn – zdaje się mówić w swoim debiutanckim utworze Walczak – nigdy nie opuściło piaskownicy, żyje w świecie wykreowanym przez wytwory kultury masowej, gdzie nie ma miejsca na tragizm istnienia, na dylematy wyborów, dlatego nigdy nie dorasta. Co więcej, to świat singli, którzy w „swojej piaskownicy” goszczą niechętnie osoby płci odmiennej.
Krzysztof Grabowski w "Miłce", fot. WROSTJA
Mnie jednak porwała znakomita interpretacja "Piaskownicy" Wsiewołoda
Czubenko, w reżyserii Stanisława Melskiego.
Czubenko - na pierwszy rzut oka pozornie bez tzw. warunków – nieco podtatusiały aktor średniego
pokolenia, ale już momencie, gdy prężąc pierś wskoczył na ławkę jako Batman,
zaczął się prawdziwy koncert gry. Sceny, będące małymi miniaturowymi perełkami,
oddzielone były za pomocą światła i muzyki. Zapasy Batmana ze światem ludzi
złych lub nieudaczników były w interpretacji Czubenki zmaganiami z samym sobą.
Ich komizm był powalający. Przede mną ryczał ze śmiechu młody człowiek z
kucykiem. To, co
Czubenko wyrażał mimiką, kiedy z Protazego stawał się Miłką w scenie palenia
papierosa, kiedy był zwycięskim Batmanem albo Batmanem pokonanym, dziewczyną
ratującą go na pustyni albo zakompleksionym pracownikiem NASA – tego opisać nie
sposób… Wirtuoz po prostu! Kiedy wyszedł ukłonić się wiwatującej publiczności, która
głośno skandowała: „autor!”, z krzesełka przede mną podniósł się ów głośno
zaśmiewający się młody człowiek z kucykiem, którym okazał się sam Michał Walczak. Życie lubi takie pointy. Teatr
także.
Wsiewołod Czubenko w Piaskownicy, fot. WROSTJA
Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu PIK.
|
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz