wtorek, 2 stycznia 2018

„Zabicie świętego jelenia” – film fatalny czy fatalistyczny?

Kiedy bohater zostaje zmuszony do podjęcia tragicznego wyboru pomiędzy trzema istotami, które kocha, zdaje się na … ślepy traf. Miota się ze strzelbą i strzela na oślep – tego nigdy nie zrobiłby bohater tragiczny. „Zabicie świętego jelenia” uśmierca wszelki sens.

Colin Farrell i Nicole Kidman w filmie Zabicie świętego jelenia

Film greckiego reżysera Yorgosa Lanthimosa: „Zabicie świętego jelenia” obejrzałam z pewnym poślizgiem, ukazało się więc sporo recenzji, z których jednoznacznie wynikało, że jest to dzieło znakomite, thriller ambitny, mający swoje korzenie w tragedii greckiej itd. itp. Nie miałam więc najmniejszych obaw, że trafię przysłowiową kulą w płot, jak to było w przypadku innego oklaskiwanego „arcydzieła”, które sprawiło, że uciekłam z sali kinowej po piętnastu minutach. Okazało się jednak, że moja zła passa nie minęła. A ponieważ to już kolejny niedobry (ale za to oklaskiwany i nagradzany) gniot, doszłam do wniosku, że to nie jest przypadek i że po prostu przestała istnieć, rzetelna i bezkompromisowa krytyka filmowa i nie można już nikomu ufać.

Zasada zawiedzionych oczekiwań

„Zabicie świętego jelenia” rozpoczyna scena operacji na otwartym sercu – widzimy je w dużym zbliżeniu, jak tłucze się w obrębie klatki piersiowej i nie jest to dla oka miłe. Wyrzucanie fartucha i skrwawionych rękawiczek do kosza, oczywiście w zwolnionym tempie, sugeruje klęskę lekarza. Widzimy go w następnej scenie idącego obojętnie korytarzem i rozmawiającego z kolegą o … zegarkach.
Po tym następuje prezentacja głównych bohaterów – kardiochirurga (Colin Farrell) i jego rodziny: żony (ciągle piękna, choć podstarzała Nicole Kidman) i dwójki dzieci. Sztuczne, pozbawione treści dialogi, dostatnie, a zarazem nijakie życie – rutynowe i nudne czynności. Po „naszym” doktorze nie widać żadnych emocji. Również pożycie seksualne szpitalnej pary (żona także pracuje w klinice) wygląda dość osobliwie: ona leży nieruchomo (jakoby całkowicie "znieczulona"), podczas gdy on się masturbuje. 

Barry Keoghan i Collin Farrell, Zabicie świętego jelenia

Kiedy więc pojawia się „znikąd” około 16-letni chłopiec (Barry Keoghan) i chirurg wręcza mu drogi zegarek, po czym pozwala się mu przytulić, odczytujemy tę scenę dość jednoznacznie… Dopiero po obejrzeniu całego filmu pojęłam, że chłopiec miał być symbolem fatum, jak w greckiej tragedii: pojawić się znikąd i zmusić głównego bohatera do tragicznego wyboru. Tylko czy tak poprowadzona narracja pozwoliła mi na taką interpretację? Dlaczego wyszło dwuznacznie? Otóż sądzę, że to na skutek mieszania konwencji. Jak się okazuje, nie zawsze wychodzi to na dobre filmowej narracji. A ta nie jest z pewnością mocną stroną tego filmu. W przeciwieństwie np. do takiego Almodovara, który swobodnie żongluje konwencjami, a mimo to jego opowieść jest spójna i dajemy się jej ponieść. Tutaj tak nie jest. 

Kiedy bohater zostaje zmuszony do podjęcia tragicznego wyboru pomiędzy trzema istotami, które kocha, zdaje się na … ślepy traf. Miota się ze strzelbą i ślepo strzela – tego nigdy nie zrobiłby bohater tragiczny. W ogóle scena ta jest bardziej komiczna niż dramatyczna. Czułam się zażenowana… Co prawda okazuje się przy okazji, że bohaterowie mają jednak jakieś emocje, gdy w grę wchodzi ich życie, ale zachowują się nieudolnie i idiotycznie. Bo „Zabicie świętego jelenia” uśmierca wszelki sens.

Fatalne (nie mylić z fatalistycznym) zakończenie

Zabicie świętego jelenia

Istotne znaczenie ma w filmie jego zakończenie. Bohater musicalu „Cały ten jazz” Boba Fosse`a po prostu umiera i nikt nam nie wmawia jakiegoś happy andu, mimo że jest to film muzyczny i uszłoby to na sucho. Jednak Bob Fosse jest uczciwym twórcą i nie robi widzom papki z mózgu. Yorgos Lanthimos nie ma tej klasy. Pokazuje nam „rodzinę po przejściach” (na które i tak nie daliśmy się nabrać), która na widok chłopca siedzącego przy barze solidarnie wstaje i ucieka. Banalne? A co to szkodzi… I tak oto „Zabicie świętego jelenia” (cóż za napuszony i nieadekwatny tytuł) zrobiło z nas naiwne kinowe jelenie…


P.S. Mojej znajomej, z którą wybrałam się na ten film, najbardziej podobała się ścieżka dźwiękowa – zwłaszcza gwałtowne dźwięki, które od czasu do czasu wbijały nas w fotele. Mnie z kolei podobał się początek Pasji wg św. Jana J.S. Bacha. Szkoda, że nijak się miał do treści przekazu, którą charakteryzowało tzw. pomieszanie z poplątaniem. Nic więc dziwnego, że siedząca obok nas para zajadała się czekoladą, aby jakoś przetrwać. Czego i Wam życzę J



ocena: 4/10

Czytelników proszę o polubienie mojej strony na Facebooku :-)

2 komentarze:

  1. Bardzo ciekawa opinia, ja wciąż boję się obejrzeć, bo po "Kle" Lanthimos serwował mi tylko rozczarowania.

    OdpowiedzUsuń

22 sierpnia startuje Octopus Film Festival

Wielkimi krokami nadciąga pierwsza edycja Octopus Film Festival, jedynego festiwalu kina gatunkowego na Pomorzu. Od 22 do 26 sierpnia Stoczn...

Popularne posty