Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania caryca, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania caryca, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 grudnia 2017

Ewa Stachniak: Gdyby caryca Katarzyna żyła współcześnie, byłaby celebrytką /wywiad/

Ewa Stachniak, foto Barbara Lekarczyk-Cisek

Barbara Lekarczyk-Cisek: W najnowszej powieści ”Cesarzowa nocy” powraca Pani do swej bohaterki – Katarzyny Wielkiej. W żadnej z wcześniejszych książek nie poświęciła Pani bohaterce tyle uwagi. Co sprawiło, że tak się stało tym razem?

Ewa Stachniak: Było tak dużo wcieleń Katarzyny, że od samego początku wiedziałam, że chcę na nią spojrzeć z dwóch punktów widzenia. Przy tak skomplikowanej postaci, która jest interesującą kobietą XVIII wieku, jedną z najbardziej potężnych monarchiń wszechczasów, warto było zatrzymać się na dłużej. Jest bowiem Katarzyna – kochanka, Katarzyna – matka, Katarzyna – babka, Katarzyna – kolekcjonerka sztuki, Katarzyna – polityk… Zamierzałam więc na nią spojrzeć z zewnątrz, ale chciałam też usłyszeć jej myśli. Mogłam wprawdzie zrobić to w jednej książce, są bowiem takie literackie pierwowzory, np. "Fingersmith" Sarah Waters. Ostatecznie zdecydowałam się na dwie powieści, które można czytać niezależnie od siebie.

O ile w „Katarzynie Wielkiej” występowała bohaterka – narratorka imieniem Barbara, o tyle w ”Cesarzowej nocy” narratorką jest sama Katarzyna. Jednocześnie wprowadza Pani precyzyjnie czas akcji, który jest zarazem bardzo rozciągliwy. Widzimy całe życie umierającego człowieka. Co daje taka perspektywa narracyjna?

Katarzyna opowiada swoją historię z punktu widzenia kobiety posiadającej władzę, która jej skutecznie używa. Jednocześnie chciałam ją niejako ”złapać” w takim momencie, w którym  już nie chce nikim manipulować. Myśli natomiast o swoim życiu, wspomina – dla samej siebie. Podobnie jak my, pamięta z dziesiątków lat kilka scen.
Natomiast im bardziej zbliżamy się do czasu teraźniejszego, tzn. kiedy Katarzyna wspomina intrygi pałacowe ostatniego lata, pojawiają się rozbudowane sceny: spotkanie z wnukami, z architektem, z lekarzem… Jest to historia opowiedziana tak, jakby ktoś pisał pamiętniki dla potomnych.
Chciałam dotrzeć do Katarzyny, która wreszcie musi przestać być carycą Rosji. Musi stać się po prostu człowiekiem, kobietą u progu śmierci, która widzi teraz konsekwencje decyzji podjętych w młodości. Należą do nich np. jej relacje z synem, które teraz zaowocują częściowym zniszczeniem Rosji.
Taka narracja dawała mi podobne możliwości. Jest to bowiem rodzaj spowiedzi – myśli osoby umierającej. Oto kobieta mająca władzę absolutną nie panuje nad własnym ciałem. Jest sparaliżowana.

Ukazuje Pani Katarzynę w pozytywnym świetle. Dzięki Pani nie rażą nas jej liczne romanse czy bezwzględna polityka ekspansji, także kosztem Polski. W Pani powieści caryca jest pracowita, inteligentna, otwarta na mądrych doradców. Redaguje nawet zasady moralne, które świadczą o jej humanistycznym zarządzaniu ludźmi. Jednocześnie zaś przedstawia Pani polskiego króla Stanisława Poniatowskiego jako człowieka słabego i bez charakteru, kompletnie od Katarzyny zależnego…

Nawet gdybym chciała dać bohaterom inne życie, muszę się jednak opierać na źródłach, skoro piszę powieść historyczną. Katarzyna rzeczywiście tak pracowała, tak żyła, taką była władczynią. Nad wszystkim się zastanawiała. Pewne decyzje podejmowała nie dlatego, że tak chciała, ale dlatego, że musiała. Nawet jeżeli nie były moralnie uzasadnione. Była świadoma swoich uwarunkowań. Zawsze mawiała, że jeżeli nie może jakiegoś problemu rozwiązać, to musi się mu poddać. Starała się jednak przygotować grunt do zmiany. Uważała np., że jeżeli w przyszłości ma zniknąć pańszczyzna, to należy podjąć wysiłki edukacyjne. Aby Rosją rządziły w przyszłości nowe elity – trzeba edukować kobiety, które będą opierały wychowanie swych dzieci na rozumie, na współczesnej wiedzy pedagogicznej. Swoje wnuki kształciła w sposób zaplanowany. Od wczesnego dzieciństwa były wychowywane według zasad epoki rozumu.
Natomiast z królem Stasiem jest pewien kłopot… Muszę od razu zastrzec, że darzę go wielką sympatią. W ”Katarzynie Wielkiej” miałam pole do popisu, aby dać temu wyraz, ponieważ, gdy przyjechał do Petersburga, był młodym, wrażliwym, ciepłym, zakochanym człowiekiem. Natomiast obraz króla pod koniec życia, który jawi się dzięki jego obfitej korespondencji, jest o wiele mniej pociągający. Wysyłał do Katarzyny tysiące listów z różnymi prośbami, częstokroć zupełnie nierealistycznymi. Powinien był wiedzieć, że caryca odmówi mu wyjazdu do Rzymu, gdzie jego obecność mogłaby być politycznie wykorzystana przeciwko niej. Był od Katarzyny finansowo zależny. Wypłacała mu pensję, opłacała służących, finansowała wszystkie wydatki. Zachowały się rachunki. Jest to, w moim odczuciu, postać tragiczna.

Z jakich źródeł korzystała Pani, pisząc powieść?

Opierałam się głównie na drukowanych biografiach i listach, m.in. listach do Patiomkina, pamiętnikach Poniatowskiego, na memoriałach politycznych Adama Czartoryskiego. Korzystałam także z prozy pamiętnikarskiej podróżników i polityków. Oczywiście, jednym z głównych źródeł były listy Katarzyny. Była świadoma, że to, o czym pisze, stanie się publiczną własnością. Myślę, że gdyby żyła współcześnie, z pewnością byłaby na Facebooku taką osobą, która nigdy się nie odsłania, lecz kreuje.

Powieść jest tak barwna i pełna szczegółów obyczajowych, że czytając ją, ma się nieodparte wrażenia, że człowiek staje się częścią tego świata.

Bardzo mnie to cieszy! Przygotowując się do pisania, gromadzę różne materiały źródłowe. Mam świadomość, że konkretny szczegół zawsze przewyższa ogólnikowe stwierdzenie. Kiedy zaczynam pisać, mam już sporo gotowych elementów dotyczących np. wnętrz, obyczajów, strojów… Kiedy czytam, jak fryzowano włosy w XVIII wieku, domniemywam, że tak samo czesano moją bohaterkę. Tych szczegółów dostarczyła mi zresztą także sama Katarzyna, która w swoich pamiętnikach pisze szczegółowo o różnych rzeczach.

Nad czym Pani obecnie pracuje? Kim jest Pani kolejna bohaterka?

Zaczęłam już pisać książkę poświęconą Bronisławie Niżyńskiej. Była młodszą siostrą słynnego tancerza Wacława. Oboje byli polskiej narodowości, choć urodzili się w Rosji, a tworzyli głównie na Zachodzie. Bronisława ponadto od 1914 do 1921 roku była częścią cudownej, rewolucyjnej awangardy w Rosji.
Intryguje mnie przede wszystkim bardzo utalentowana kobieta, która musi wyrastać w cieniu równie, jeśli nie bardziej utalentowanego brata.
Tym razem dużo więcej czasu niż przy innych powieściach spędziłam w archiwach. Bronisława od 1939 roku do wczesnych lat 70. mieszkała w Kalifornii i całe jej archiwum spoczywa w Bibliotece Kongresu w Waszyngtonie. To 160 pudeł zawierających listy, pamiętniki, zdjęcia, programy itd. Ja jednak nie mogę i nie chcę pisać biografii. Chcę napisać powieść.


Czekamy zatem na Pani portret Bronisławy Niżyńskiej. Dziękuję za rozmowę.

Wywiad został przeprowadzony w październiku 2014 roku i opublikowany na portalu Kulturaonline.

niedziela, 11 listopada 2018

Biblioteka Narodowa udostępnia online jubileuszowy serwis Aleje Niepodległości

Aleje Niepodległości – to jubileuszowy serwis udostępniający online zbiory Biblioteki Narodowej związane z powrotem Polski na mapę Europy. Afisze, gazety, ulotki sprzed 100 lat oraz biogramy i publikacje ludzi, którym zawdzięczamy Niepodległą Rzeczpospolitą.


Polska odzyskała niepodległość w listopadzie 1918 roku. Książki, a szerzej – słowo drukowane odegrało w tym dziejowym dramacie rolę uporczywego, sumiennego suflera. Nie możecie zapomnieć, Polacy, że jesteście Polakami, że nie wolno wam pogodzić się z podległością – bo stracicie swoje słowo, swoją wolność, swoją duszę. To podpowiadał w czasach bez polskiego państwa Pan Tadeusz Mickiewicza, książki Sienkiewicza, tomiki Słowackiego i Konopnickiej, Wesele Wyspiańskiego, powieści Żeromskiego – aż po wydany w 1912 roku Katechizm polskiego dziecka Bełzy, z powtarzanym tyle razy potem wierszykiem: Kto ty jesteś…? To podpowiadały, w różnych, ścierających się między sobą wersjach, drukowane programy politycznej i społecznej walki o odrodzenie: od ulotek i odezw konfederatów barskich czy powstańców Kościuszki, manifestów 1831 i 1863 roku, czasopism Wielkiej Emigracji – demokratów i monarchistów, aż po Myśli nowoczesnego Polaka i ten afisz Rady Regencyjnej, który obwieszczał przekazanie Piłsudskiemu władzy wojskowej w odrodzonej Polsce.


Ów przechowywany w Bibliotece Narodowej afisz, wpisany ostatnio na Listę Pamięci Świata UNESCO, podobnie jak rękopis Przedwiośnia Stefana Żeromskiego i jedyny zachowany pierwodruk broszury Czy Polacy wybić się mogą na niepodległość – od której w roku 1800 zaczynała się debata nad drogami do odbudowy polskiego państwa – to jakby inicjały owego zbiorowego ducha, jakiego w naszej historii wyraziło słowo niepodległe i gromadząca je w zbiór żywej pamięci książnica.


Taka jest geneza i rola samej Biblioteki Narodowej. Powstała ona w odpowiedzi na zagrożenie polskiej niepodległości. To, że niepodległości już nie ma w Rzeczypospolitej, dotarło do jej obywateli w roku 1733, kiedy to sąsiedzi przysłali swoje armie, by narzucić w elekcji takiego króla, jakiego chciała caryca w Petersburgu, a nie takiego, jakiego chcieli obywatele. W odpowiedzi na to wyzwanie zaczyna się dzieło samonaprawy Rzeczypospolitej: żeby odzyskała siłę do niepodległości, do walki o nią. Kamieniem milowym na tej drodze stało się otwarcie w roku 1747 roku w Warszawie biblioteki publicznej, jednej z pierwszych w Europie. Założona przez dwóch biskupów, braci-bibliofilów Andrzeja i Józefa Załuskich, udostępniała imponujący zbiór ponad 300 tysięcy książek. W nim zapisana była pamięć i kulturowa wartość niepodległości: kroniki i prawa Rzeczypospolitej oraz już utrwalone w piśmie cuda języka polskiego: od Mikołaja Reja i Jana Kochanowskiego po Ignacego Krasickiego.

Doskonale zrozumieli to znaczenie Biblioteki Narodowej ci, którzy chcieli ostatecznie zniszczyć niepodległość Polski. Po klęsce powstania Kościuszki caryca Katarzyna poleciła feldmarszałkowi Suworowowi natychmiast zabrać z polskiej stolicy symbole kulturowej niezależności Rzeczypospolitej. Przede wszystkim Bibliotekę. 2 stycznia 1795 roku ruszył transport całości tych zbiorów (już ponad pół miliona książek i rękopisów) do Petersburga. Zabrać polskiemu narodowi politycznemu jego tradycje państwowe i jego oświecenie, ich materialne podstawy – to był cel tej operacji. Powtórzyła się ona dokładnie tak samo, kiedy Polacy znów zechcieli sięgnąć po niepodległość: w roku 1831. Po klęsce powstania listopadowego, car Mikołaj I nakazał zabranie z ponownie zdobytej Warszawy tego, co stanowiło o jej kulturowej sile: zbiorów bibliotecznych, które z trudem udało się odtworzyć.  Zlikwidowany został Uniwersytet Warszawski i Towarzystwo Przyjaciół Nauk, a ich zbiory biblioteczne i artystyczne skonfiskowane. Ponad 150 tysięcy książek wywieziono wtedy z Warszawy do muzeów i bibliotek rosyjskich. Ostatni raz powtórzyli tę operację – niszcząc i paląc zbiory Biblioteki Narodowej – Niemcy w czasie II wojny światowej.

Ale słowo niepodległe – nie przegrało. Jest tutaj, zapisane, dostępne. Zaprasza. Pozwala zrozumieć: czym jest niepodległość i ile jest warta.

prof. Andrzej Nowak

wtorek, 5 grudnia 2017

Ewa Stachniak: „Cesarzowa nocy”. Władczyni i kobieta wielkiego formatu /recenzja książki/

Interesujący epicki portret kobiety o silnej osobowości, inteligentnej i konsekwentnej.

Wydawnictwo Znak
Podobnie jak poprzednia powieść: ”Katarzyna Wielka. Gra o władzę”, najnowsza książka Ewy Stachniak poświęcona jest carycy Katarzynie II. Inny jest jednak czas fabularny, a także perspektywa narracyjna utworu. Sprawia, że patrzymy na życie władczyni jej oczami. Oczami osoby, która w obliczu śmierci robi swoisty rachunek zysków i strat, niczego już nie udając.

Cesarzowa nocy” jest interesującym epickim portretem kobiety o silnej osobowości, inteligentnej i konsekwentnej. Pisarka, korzystając z różnych źródeł, m.in. z ” "Pamiętników cesarzowej Katarzyny II przez nią samą spisanych", podejmuje próbę stworzenia literackiego portretu władczyni, wchodząc niejako w skórę swej bohaterki – oddając jej głos. Toteż caryca Katarzyna Ewy Stachniak nie jest wcale tą stereotypową okrutną władczynią, która odmalowywana była przez wrogów jako największa ladacznica Europy. Lubieżna. Plugawa. Nienasycona. (…) Kiedy inni to robią, to cnota. Kiedy ja to robię, to grzech – powiada sarkastycznie monarchini. Oni są ambitni. Ona jest żądna chwały. Oni są zręczni. Ona przebiegła. Oni są walecznymi królami, zdobywcami, bohaterami. Ona to Meduza, wampirzyca, wiedźma. I konkluduje – Z oszczerstwem nie da się dyskutować.

Pisarka w swojej wcześniejszej powieści, w której narratorką jest bliska i zaufana przyjaciółka młodej Zofii von Anhalt-Zerbst, Barbara, ukazuje dwór cesarski jako miejsce intryg, w którym łatwo przepaść, jeśli nie przyjmie się obowiązujących reguł gry. Zofia nie tylko je przyjmuje, ale staje się wytrawnym graczem i wygrywa najwyższą stawkę, stając się carycą Katarzyną II. W ciągu swego długiego panowania uczyni bardzo wiele, zarówno w dziedzinie stosunków zagranicznych, jak i wewnętrznych, dla wzmocnienia potęgi państwa, władzy centralnej i absolutyzmu panującego. W okresie jej rządów terytorium Rosji znacznie się powiększa. Jest wytrawnym politykiem, a jednocześnie kobietą pełną temperamentu, pragnącą miłości.

Ewa Stachniak ukazuje w swojej najnowszej powieści ostanie chwile bohaterki, która spogląda na swoje życie w perspektywie śmierci. Rozczarowana nieudanym synem Pawłem, lokuje swoje nadzieje we wnukach. Poświęca im zresztą wiele uwagi od początku, starając się zapewnić  właściwe wykształcenie, w duchu oświeceniowym. Sama sprowadza i czyta wartościową literaturę: Monteskiusza, Locke`a, Beccaria, Woltera. Otacza się dziełami sztuki, organizuje teatr w Ermitażu, gdzie jej wnuki mogą wystawiać własne sztuki. Próbuje zaprowadzić moralny ład i sprawiedliwość, spisując ”Nakaz”. Kiedy się go czyta, brzmi zdumiewająco współcześnie, humanistycznie:

Lepiej zapobiegać przestępstwom, niż karać. Słowa nie mogą podlegać karze, jeśli nie towarzyszą im czyny. Cenzura nie prowadzi do niczego prócz niewiedzy. Każdy obywatel pragnie dla swojego kraju szczęścia, chwały i bezpieczeństwa. Prawa powinny chronić, nie zaś uciskać. Władca rządzi sam, jest jednak poddany pewnym fundamentalnym prawom, uświęconym przez tradycje i obyczaje.

Katarzyna Wielka w powieści Ewy Stachniak jest władczynią i kobietą wielkiego formatu: mądrą, wrażliwą, stanowczą i konsekwentną, wymagającą od siebie i od innych.
Ponieważ mamy do czynienia z powieścią, a nie z dokumentem, pisarka nasyca narrację psychologią, która pozwala lepiej zrozumieć postępowanie bohaterki, poznajemy bowiem jej najgłębsze myśli, których publicznie nie wypowiada, nie ufając do końca nikomu. Istotne i bardzo wartościowe jest także nasycenie powieści kolorytem lokalnym – rosyjskimi obyczajami i realiami historycznymi. Dzięki powieści wiemy, jak wyglądał dzień na cesarskim dworze, jak się ubierano przy różnych okazjach, jakie potrawy podawano szczególnym gościom, jak spędzano czas, a także na co chorowano i jak się leczono.
I jest też obecny wątek refleksji dotyczącej starości i umierania, który – podobnie jak potrzeba kochania i bycia kochanym – odnosi się wszak nie tylko do tytułowej bohaterki, ale do każdego człowieka.

Starość bierze nas z zaskoczenia. Czy to dlatego, że to jedyny okres w życiu, po którym już nic nie ma? Nikomu nigdy nie udało się spojrzeć na własną starość wstecz, z dystansu. Wiek nie zamienia nas w mędrców, lubi rozważać Katarzyna, tylko w starych mężczyzn i kobiety, niepewnych, dokąd zmierzają. Właśnie dlatego chce się otaczać młodymi. Pełnymi życia, elastycznymi, podatnymi na wpływy. Przyszłością rasy ludzkiej. W ich duszach widać jeszcze kolor.

Powieść ma dobrą, wartką narrację, która przenosi czytelnika w czasy słynnej imperatorowej Rosji, które stają się znajome i zrozumiałe. Jednocześnie zaś następuje proces uwspółcześnienia bohaterów, którzy ze swymi problemami i namiętnościami przypominają nas samych.

Książka Ewy Stachniak ”Cesarzowa nocy. Historia Katarzyny Wielkiej” ukazała się w Między Słowami, Społecznym Instytucie Wydawniczym Znak, w autoryzowanym tłumaczeniu z języka angielskiego Niny Dzierżawskiej.


Recenzja ukazała się na portalu Kulturaonline 12 października 2014 roku.

Ewa Stachniak: Twórczość jest odpowiedzią na pytanie, kim jestem /wywiad/


Ewa Stachniak, z archiwum pisarki
Barbara Lekarczyk-Cisek: Wrocławianka, ale nieobecna w Polsce od trzydziestu lat. Spróbujmy zatem przybliżyć Pani twórczość polskiemu czytelnikowi niejako od początku. Proszę opowiedzieć o swoim domu, o dzieciństwie, o Wrocławiu tamtych lat, kiedy Pani jeszcze tutaj mieszkała… Z pewnością  ukształtowało to Panią jako pisarkę.

Ewa Stachniak: O, tak, zdecydowanie! Wrocław mego dzieciństwa był miastem ruin. Przez długi czas powojenne zgliszcza była tu wszędzie widoczne. Urodziłam się w poniemieckim domu, w rodzinie przybyszów, których korzenie pozostały gdzieś indziej. Było to doświadczenie dzieciństwa większości wrocławskich dzieci. Moja rodzina nie pochodziła ze Wschodu, jak znaczna część wrocławskich pionierów. Moja matka [Anna Jerzmańska z domu Madej, paleontolog, profesor UW – przyp. B.L-C.] pochodziła z Piotrkowa Trybunalskiego i musiała opuścić swoje miasto z przyczyn politycznych. Była w WiN-ie [organizacja antykomunistyczna Wolność i Niezawisłość – przyp. B.L.-C.], ktoś ją zadenuncjował, została aresztowana, a kiedy wyszła na wolność i ona, i dziadkowie zmuszeni byli z Piotrkowa wyjechać. Natomiast ojciec [Jerzy Jerzmański, geolog – B.L.-C.] przyjechał z Sosnowca do Wrocławia na studia. Wrastanie mojej rodziny we Wrocław było procesem długim i trudnym. Rodzice to miasto bardzo kochali i czuli się z nim związani. Tu pracowali, tu wychowali pokolenia studentów. Natomiast moja babka nigdy Wrocławia nie zaakceptowała, chciała, by ją pochować w Piotrkowie.

Wrocław mojego dzieciństwa był miastem tajemniczym, a zarazem niepokojącym. Dla małego dziecka spacer ulicą z trudem wytyczoną wśród rumowisk nieuprzątniętych gruzów, gdzie szczątki domów straszyły rozłupanymi pokojami z wypalonymi ścianami i śladami dawnego, a tak nagle przerwanego życia, musiał być przerażający. Ten dziecięcy niepokój pozostanie w mojej pamięci na zawsze. Krążyły wówczas po Wrocławiu straszliwe historie. O maruderach, gangach, ludożercach. Ojciec mi opowiadał, że gdy przyjechał do Wrocławia w 1948 roku, nigdy nie rozstawał się ze swoim geologicznym młotkiem, tak na wszelki wypadek, gdyż obawiał się napaści, szczególnie nocą. Nie musiałam słuchać tych historii, moją wyobraźnię karmiła sama sceneria. Upłynęło wiele lat zanim dojrzałam i zrozumiałam, że nawet ten najwcześniejszy powojenny i niebezpieczny Wrocław był wyjątkowo interesującym miastem. Był miastem imigrantów. Jego nowa tożsamość dopiero się tworzyła, a ta stara nie dawała się tak łatwo zatrzeć. W stalinowskich czasach łatwiej tu było ukryć przeszłość. Łatwiej było zacząć życie na nowo.

Genius loci

Wrocław jest poniekąd bohaterem Pani debiutanckiej książki „Konieczne kłamstwa” (wyd. angielskie „Necessary Lies”, 2000) …

Ta książka to moja próba rozliczenia się z pamięcią zarówno Wrocławia, jak i Breslau. Pomogło mi w tym moje własne doświadczenie emigracji, bo w Kanadzie – jak we wczesnym Wrocławiu – prawie wszyscy nosimy w sobie pamięć miejsc opuszczonych lub utraconych. W latach dziewięćdziesiątych jedną z moich sąsiadek była Jutta, Niemka,  która urodziła się w Breslau. W 1945 roku, kiedy miała cztery lata, uciekła wraz z matką z płonącego miasta. Kiedy opowiadała mi o przedwojennym Breslau, okazało się, że ja i jej mama uczyłyśmy się w tym samym budynku szkolnym [dziś IX LO we Wrocławiu], chodziłyśmy tymi samymi ulicami…  Gdy pod koniec lat dziewięćdziesiątych spotkałam matkę Jutty, ta przywitała mnie ze łzami w oczach, mówiąc: „Pochodzimy z tego samego miasta!”. To właśnie Jutta zainspirowała fabułę „Koniecznych kłamstw”, gdzie bohaterka przyjeżdża z Wrocławia do Kanady, wychodzi za mąż za Niemca z Breslau, by—po jego śmierci—wrócić do Wrocławia w poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące ją pytania. Tytułowe kłamstwa są i osobiste, i narodowe, bo prawda bywa czasami zbyt okrutna, by ją ujawnić. Moja bohaterka dopiero po latach zaczyna to odkrywać.

Zadebiutowała Pani dopiero na emigracji. I chociaż wcześniejsze Pani powieści: „Ogród Afrodyty” i „Dysonans” są zanurzone w polskiej historii, pisze Pani w języku angielskim.

Piszę po angielsku bo przez ostatnie trzydzieści lat mieszkam w Kanadzie, tu zaczęłam pisać, tu są moi czytelnicy. Jestem zanurzona w wielokulturowej polskiej historii, bo to moje korzenie. Historie spoza „żelaznej kurtyny”-- poza tragedią Holokaustu—rzadko i z wielkim trudem przebijają się do anglosaskiej świadomości. W wielokulturowej Kanadzie na palcach można policzyć pisarzy, którzy sięgają do historii Europy Wschodniej. Czy odstrasza ich jej pozorna hermetyczność i zawiłość – tego nie wiem. Wiem tylko, że ta tematyka mnie fascynuje. Staram się opowiadać wschodnioeuropejskie historie w taki sposób, by czytelnik nie czuł, że jest zmuszany do uczestnictwa w narodowych rozliczeniach, ale by znalazł w nich uniwersalne wartości. By ktoś, kto urodził się w małym ontaryjskim miasteczku, które tak wspaniale oddaje Alice Munro, mógł zrozumieć, czym, na przykład, było życie w powojennym Wrocławiu. By w literackim krajobrazie Kanady bohaterki opowiadań Munro i te z moich książek mogły wcześniej czy później się spotkać i rozpocząć rozmowę od tak bardzo kanadyjskiego pytania: skąd jesteś?

Tworzenie

Skąd czerpie Pani inspiracje do swoich powieści?

Tematy same mnie znajdują, jak to było z Juttą,  która mnie zainspirowała do napisania „Koniecznych kłamstw”.  Fascynują mnie silne kobiety, które walczą o swoje miejsce w świecie, często w nieprzychylnych i zmieniających się warunkach  i - co równie ważne  -którym przyszło żyć w historycznie ciekawych czasach. Stąd Zofia Potocka –piękna Greczynka podbijająca serca w stanisławowskiej Polsce, stąd Delfina Potocka i Eliza Krasińska, które szukają swojego miejsca w salonach Wielkiej Emigracji. Stąd również Katarzyna Wielka, pruska księżniczka urodzona w Szczecinie, która zostanie carycą Wszechrosji. Emigracja i jej bliźniacza siostra imigracja inspirują mnie od dawna!

A kiedy już temat Panią dopadnie, to jak wygląda proces twórczy? Jak było w przypadku „Katarzyny Wielkiej”?

Zaczynam od bardzo skrupulatnych przygotowań, od czytania źródeł: pamiętników i listów z epoki, którą staram się opisać.  W przypadku „Katarzyny Wielkiej” rozpoczęłam od studiowania jej wielu biografii - w przeciągu ostatnich kilku lat ukazało się ich  na Zachodzie osiem. Czytałam też jej korespondencję, pamiętniki i wiele historycznych opracowań poświęconych tak Katarzynie, jak i Rosji, do której przyjechała i którą później rządziła.
Staram się pisać tak, aby czytelnik mógł w pełni doświadczyć miejsca i czasu, w którym powieść się rozgrywa, aby mógł spojrzeć na wydarzenia oczami tych, dla których były codziennością. Tak więc w moich poszukiwaniach muszę dotrzeć do detali, muszę wiedzieć, w jaki sposób się podróżowało, co jadało, o czym rozmawiało… Służąca czy szwaczka widziały pałacowe komnaty inaczej niż caryca. Zauważały niewytarte kurze czy przemykające się szczury i myszy, których w pałacu było mnóstwo. Lub zapomnianą szpilkę czy fastrygę w kosztownej balowej sukni. Dzięki takim właśnie szczegółom narracja nabiera życia i wiarygodności.

Ale źródłowe poszukiwania to jedynie początek i to najeżony niebezpieczeństwami. W pewnym momencie materiału jest tak dużo, że można się w nim zagubić. Aby tego uniknąć, w pewnym momencie odkładam książki na bok. Czekam na inspirację – tę iskrę, która rozpali wyobraźnię. W przypadku Katarzyny rolę tę spełniło jedno zdanie z jej listu do brytyjskiego ambasadora, z czasów gdy była jeszcze Wielką Księżną: „Mam trzy osoby … - pisze - które nic o sobie wzajemnie nie wiedząc, donoszą mi o wszystkim”. I nic więcej… ani słowa o tym, kim były, dlaczego dla niej szpiegowały.

Zaczęłam wyobrażać sobie, jak losy Katarzyny mogłyby być widziane oczami  pałacowego szpiega. Tak narodziła się postać Barbary – Polki, która wychowała się w Rosji i której może z własnego doświadczenia  dałam szczęśliwe dzieciństwo. Po stracie rodziców Barbara zostaje jedną z licznych służących w pałacu carycy Elżbiety. Uczy się twardego dworskiego życia. Pochlania ją wir cynicznych pałacowych intryg, nie z beztroski, ale z obawy o życie bez wartości, w ciągłym zagrożeniu. Szybko orientuje się, że donoszenie i szpiegowanie to dla niej jedyna droga, droga nie z wyboru ale z konieczności. Wtedy właśnie w jej życie wkracza młoda księżniczka z Zerbst i okazuje jej serce i zainteresowanie. Obie są na tym dworze obce, obie muszą przeżyć.

Ważną częścią tworzenia jest dla mnie doświadczenie miejsca, w którym żyją moi bohaterowie. Już w trakcie pisania pierwszej wersji powieści wiedziałam, że muszę skonfrontować moje wyobrażenia o XVIII-wiecznym Petersburgu z jego nadal istniejącym obliczem. Wycieczka do Petersburga śladami Katarzyny i Barbary była wielką inspiracją. Pozwoliła mi zobaczyć moje bohaterki tak w pięknych wnętrzach Carskiego Sioła, jak i na drodze z Petersburga do Peterhofu czy w salach Kunstkamery. Przypatrzyć się nie tylko meblom, sukniom, klejnotom czy monstrom Piotra Wielkiego, lecz także określić czas, który zajmuje przejście od Pałacu Zimowego do Letniego, zobaczyć jak wygląda Newa z pałacowych okien, jak wyglądają jej brzegi.

O ile mi wiadomo, pisze Pani ciąg dalszy dziejów carycy Katarzyny Wielkiej…

Pracuję nad drugą powieścią poświęconą Katarzynie Wielkiej. Jej angielski tytuł to „Empress of the Night” czyli „Imperatorowa nocy”. Akcja rozgrywa się w ostatnich dniach życia Katarzyny, gdy sparaliżowana umiera na udar mózgu.  To powieść o śmierci i o dylematach władzy absolutnej. Ukaże się—mam nadzieję—prawdopodobnie w przyszłym roku.

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad został przeprowadzony we wrześniu 2012 roku i opublikowany na portalu Kulturaonline.

Ewa Stachniak - wrocławianka, absolwentka anglistyki Uniwersytetu Wrocławskiego. Do Kanady przyjechała w 1981 roku na stypendium doktoranckie Uniwersytetu McGill w Montrealu. Po ogłoszeniu w Polsce stanu wojennego pozostała w Kanadzie na stałe. Pierwsze opowiadania opublikowała w kanadyjskich magazynach literackich. W 2000 roku, za debiutancką powieść „Necessary Lies" (Dundurn 2000) – „Konieczne kłamstwa” (WKTS 2004) otrzymała jedną z ważniejszych kanadyjskich nagród literackich: The Amazon.com/Books in Canada First Novel Award. Ponadto opublikowała: „Ogród Afrodyty”, „Dysonans oraz „Katarzyna Wielka; Gra o władzę.” Obecnie pracuje nad kontynuacją opowieści o losach Katarzyny Wielkiej.



 

Wszystko jest poezją. O wystawie Ewy Rossano w Muzeum Pana Tadeusza

10 kwietnia w Muzeum Pana Tadeusza we Wrocławiu otwarto wystawę "Ogród wypowiedzianych słów", której autorką jest malarka i rzeźbi...

Popularne posty