Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania krystian lupa, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania krystian lupa, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

środa, 13 listopada 2019

Trwa 11. edycja Wybrzeża Sztuki

Teatr Wybrzeże w Gdańsku zaprasza na  11. edycję Wybrzeża Sztuki - corocznego przeglądu tego, co najciekawsze i najbardziej wyczekiwane w polskim teatrze.


Dotychczasowe edycje pozwoliły Państwu podziwiać wielkie kreacje wybitnych scenicznych osobowości w często zaskakujących i zawsze niebanalnych reżyserskich interpretacjach wielkiej dramatycznej klasyki i nieprzeciętnej współczesności, w porywających inscenizacyjnie i rewelacyjnie ascetycznych spektaklach realizowanych na scenach całego kraju. Nie inaczej będzie i w tym roku.

11 listopada, w Dzień Niepodległości... WOJNA POLSKO-RUSKA POD FLAGĄ BIAŁO-CZERWONA Doroty Masłowskiej w reżyserii Pawła Świątka z Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. 12. obrosła legendą, wielokrotnie nagradzana EWELINA PŁACZE Anny Karasińskiej z TR Warszawa. W czwartek, 14 listopada, najnowszy spektakl Jana Klaty - DŁUG z Teatru Nowego Proxima. 11. edycję Wybrzeża Sztuki zakończy najbardziej wyczekiwana premiera sezonu - CAPRI - WYSPA UCIEKINIERÓW Krystiana Lupy z Teatru Powszechnego w Warszawie.

O WYBRZEŻU SZTUKI

Wybrzeże Sztuki to coroczne święto miłośników teatru, bogate w najciekawsze, najwybitniejsze i najgłośniejsze spektakle prezentowane na polskich scenach. Dotychczasowe edycje naszego przeglądu dały trójmiejskiej publiczności możliwość obejrzenia m.in. OCZYSZCZONYCH Krzysztofa Warlikowskiego, TANGA Jerzego Jarockiego, WYCINKI HOLZFÄLLEN Krystiana Lupy, TRYLOGII Jana Klaty, W IMIĘ JAKUBA S. Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki, MIĘDZY NAMI DOBRZE JEST Grzegorza Jarzyny. Przez sceny Wybrzeża Sztuki przewinęło się wielu wybitnych polskich aktorów. W mistrzowskich kreacjach nasza publiczność mogła podziwiać m.in. Krystynę Jandę, Danutę Stenkę, Annę Dymną, Maję Komorowską, Magdalenę Cielecką, Maję Ostaszewską, Danutę Szaflarską, Kingę Preis, Jana Peszka, Jana Frycza, Piotra Machalicę, Jerzego Trelę, Jana Englerta, Grzegorza Małeckiego, Krzysztofa Globisza i Zbigniewa Zapasiewicza.

SZCZEGÓŁOWY PROGRAM

poniedziałek, 11 listopada, godz. 19.00, Duża Scena
Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Dorota Masłowska
WOJNA POLSKO-RUSKA POD FLAGĄ BIAŁO-CZERWONĄ
Adaptacja i dramaturgia: Mateusz Pakuła
Reżyseria: Paweł Świątek
Scenografia: Marcin Chlanda
Muzyka: Dominik Strycharski

Ta zionąca seksizmem i zwykłym chamstwem książka przez 17 lat od pierwszego wydania zdążyła się już zestarzeć i nieoczekiwanie stać aktualna na nowo. W dobie wychodzących spod ziemi demonów nacjonalizmu WOJNA POLSKO-RUSKA Doroty Masłowskiej nabiera porażającego, jadowitego blasku. W tej adaptacji tę historię, historię pewnej bzdurnej – lub zupełnie niebzdurnej – wojny, wojny z ruskami, z wszelkim obcym, oraz historię głównego bohatera, Silnego, brawurowo opowiada sześć dziewczyn, które spotkał na swojej popapranej drodze pierwszy dresiarzo-husarz Rzeczypospolitej.

„Wow, niezły paradoks, że Wojna P-R swojego teatralnego spełnienia doczekuje się po 17 latach od premiery, gdy zdążyła tak się zestarzeć, że zdążyła od nowa się uaktualnić. Błyskotliwa adaptacja Pawła Świątka; ni to Monthy Python, ni to Gombrowicz, ale taki z Lidla z tygodnia literackiego. Zamiast bloków - łany techno-róż, zamiast tępego socjologicznego konkretu - diaboliczne aktorstwo, w którym videoblogerki cwałują z popkami w upiornym korowodzie; śmiech, łzy i kompletny gore. Gratuluję i dziękuję.”

Dorota Masłowska

„WOJNA POLSKO-RUSKA Pawła Świątka to udany powrót reżysera do prozy Doroty Masłowskiej i wysokiej formy, jaką prezentował w Pawiu królowej. Teraz zrealizował spektakl o infantylnej, kibolskiej mentalności. Silny patrzy na kraj i świat – jak na podwórko przy bloku.”

Jacek Cieślak

„Pakuła i Świątek uważnie czytają tekst powieści Doroty Masłowskiej i jednocześnie obserwują zmieniającą się Polskę. Ich spektakl to udana interpretacja książki, a ponieważ twórcy sięgają po język obecny w internecie i na ulicy, to inscenizacja stanowi przede wszystkim komentarz o współczesnym Polaku.”

Alicja Wielgus


W spektaklu występują: Karolina Kazoń, Marta Konarska, Agnieszka Kościelniak, Natalia Strzelecka, Marta Waldera, Katarzyna Zawiślak-Dolny.

Asystentka scenografa: Katarzyna Sobolewska
Producent: Bożena Sowa
Inspicjent: Iwona Cieślik

Premiera: 2 marca 2019, Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie - Scena MOS
Czas trwania spektaklu: 90 min bez przerw

Spektakl przeznaczony dla widzów dorosłych.

wtorek, 12 listopada, godz. 18.00 i 20.30, Stara Apteka
TR Warszawa
Anna Karasińska
EWELINA PŁACZE
Reżyseria: Anna Karasińska
Współpraca dramaturgiczna: Magdalena Rydzewska
Choreografia: Marta Ziółek

Spektakl o możliwości bycia sobą w świecie, w którym tożsamość człowieka tworzą liczne, często sprzeczne ze sobą narracje. Tekst jest zbudowany z fantazji, obiegowych opinii i wizerunków medialnych aktorek i aktorów. Aktorzy grają tu siebie samych wyobrażonych przez kogoś innego. Nie mając możliwości sprostowania informacji na swój temat pozostają uwięzieni w swoich przypadkowych i fragmentarycznych tożsamościach, które przenikają się z ich prywatną prawdą. Spiętrzenie ról sprawia, że nie wiadomo już do kogo należą wypowiadane ze sceny kwestie.

Anna Karasińska o spektaklu: „Rozmontowujemy sytuację teatralną, aby wejść w bliskość z widzami i samymi sobą. Absurd sytuacji, którą stworzyliśmy jest sposobem na wymknięcie się poza obręb oczekiwań i schematów. W naszej pracy wielokrotne wywracaliśmy wszystko do góry nogami i doświadczaliśmy płynącej z tego wolności, która jak mamy nadzieję, udziela się naszym widzom.”

Przy pisaniu tekstu wykorzystane zostały improwizacje: Bogny Gronieckiej, Moniki Kłobukowskiej, Katarzyny Obidzińskiej, Karoliny Płanik, Beaty Terech. Autorka projektu przeprowadziła również wywiady z członkami grupy HURRAGRAM i młodzieżą z grupy teatralnej w Stołecznym Centrum Edukacji Kulturalnej.

„Odtrutka na teatralną nudę. Świetne!”

Zdzisław Pietrasik

„Dowcipnie i bez odrobiny patosu obnaża kłamstwo teatru, zdziera z niego blichtr i z wyczuciem pokpiwa.”

Jacek Wakar

Nagroda Magnolii – Nagroda Miasta Szczecina 51. Przeglądu Teatrów Małych Form KONTRAPUNKT 2016 w Szczecinie bdla Marii Maj, Eweliny Pankowskiej, Adama Woronowicza i Rafała Maćkowiaka za ukazanie wartości kolektywnej pracy w teatrze; za stworzenie perfekcyjnie współgrającego zespołu, który bawiąc się swoją tożsamością, zadaje ważne pytanie o to, co znaczy dzisiaj bycie sobą oraz tamże Nagroda Promocyjna im. Kazimierza Krzanowskiego dla Anny Karasińskiej za błyskotliwość, inteligencję, konsekwencję w tworzeniu wypowiedzi, która burzy tradycyjne hierarchie i pokazuje, jak ważne jest zaufanie w pracy teatralnej.

Nagroda Aktorska 56. Kaliskich Spotkań Teatralnych dla Marii Maj, Eweliny Pankowskiej, Adama Woronowicza i Rafała Maćkowiaka.

W spektaklu występują: Rafał Maćkowiak, Maria Maj, Ewelina Pankowska, Adam Woronowicz.

Asystentka reżysera: Ewelina Pankowska
Produkcja: TR Warszawa
Kierowniczka produkcji: Karolina Pająk

Premiera: 1 października 2015, TR Warszawa
Czas trwania spektaklu: 60 minut bez przerw

czwartek, 14 listopada, godz. 19.00 i 21.30, Scena Kameralna
Teatr Nowy Proxima
DŁUG
Adaptacja i reżyseria: Jan Klata
Scenografia, kostiumy: Mirek Kaczmarek, Krystian Szymczak
Muzyka: Jakub Lemiszewski
Choreografia: Maćko Prusak

„I odpuść nam nasze długi jako i my odpuszczamy naszym dłużnikom” – tak brzmi dosłowny przekład znanych wszystkim od dzieciństwa słów. Dług towarzyszy nam od kołyski aż po grób, narastający, niemożliwy do spłacenia dług… Antropolog David Graeber napisał jedną z najważniejszych książek ostatnich lat. Erudycyjną, błyskotliwą, przenikliwą, nonkonformistyczną, skłaniającą do radykalnej rewizji utartych poglądów na mechanizmy rządzące światem.

Jan Klata inspirując się książką Graebera DŁUG i odwołując się do innych tekstów kultury, takich jak ZBRODNIA I KARA Fiodora Dostojewskiego czy FAUST Johanna Wolfganga von Goethego, postanowił zmierzyć się tematem długu, jego historią i wpływem na dzieje całej ludzkości. Jan Klata dokonuje radykalnej rewizji utartych poglądów na mechanizmy rządzące światem – i udowadnia, że dług towarzyszył człowiekowi od zarania dziejów, a świat nie tyle jest podzielony na panów i niewolników, co dłużników i wierzycieli, a rolnicze imperia mają sporo wspólnego z aktualnymi kryzysami finansowymi i przyszłością gospodarki.

„Największą siłą spektaklu w krakowskim Teatrze Nowym Proxima są Bartosz Bielenia, Marcin Czarnik, Monika Frajczyk, Małgorzata Gorol - świetni artyści, którzy przyszli do Starego Teatru za Klaty i z Klatą z niego odeszli. Dziś współtworzą zespoły czołowych stołecznych teatrów - połowa wylądowała w Rozmaitościach Jarzyny, połowa w Nowym Warlikowskiego. Na scenie potrafią się zmienić w ironiczny zespół disco, mistrzów klasycznej formy dramatycznej czy nawiązujących kontakt z widownią performerów. To oni robią to przedstawienie.”

Witold Mrozek

„Oto dłużnicy. Ubrani, jakby przed chwilą wyszli z Pewexu. Cali w jeansie, kowbojkach i z grillzem na zębach. Swoimi pieniędzmi "biją po oczach". Trochę odrealnieni - ich ubrania z tyłu i z przodu wyglądają dokładnie tak samo. Zaczepiają, zachęcają do festynowych okrzyków. Jest połyskująca podłoga, są stoliki z przezroczystymi głowami, do których podłączono sporo kabelków na kapitalistyczne pranie mózgów (dobra scenografia Mirka Kaczmarka). Gospodarze wieczoru mieszają tragiczne z komicznym. Najpierw umierają za swoje winy - długi, by po chwili zatańczyć i zaśpiewać (choreografia Maćko Prusaka). M.in. o tym, że pożyczone często jest dziedziczone. Jak kiepski gen, z którym nie wiadomo, co zrobić.”

Dawid Dudko

W spektaklu występują: Bartosz Bielenia, Marcin Czarnik, Monika Frajczyk, Małgorzata Gorol.

Światło: Wojciech Kiwacz
Dźwięk: Tadeusz Sawka/Bogdan Czyszczan
Producent: Fundacja Kultury Cracovia Genius Loci, Teatr Nowy Proxima

Premiera: 14 września 2019, Teatr Nowy Proxima Kraków
Czas trwania spektaklu: 100 minut bez przerw

Spektakl przeznaczony dla widzów powyżej 16 roku życia.

piątek i sobota, 15 i 16 listopada, godz. 18.00, Duża Scena
Teatr Powszechny Warszawa
Curzio Malaparte
CAPRI – WYSPA UCIEKINIERÓW
Scenariusz (na podstawie utworów: KAPUTT i SKÓRA),
reżyseria, scenografia: Krystian Lupa
Kostiumy: Piotr Skiba
Muzyka: Bogumił Misala
Wideo: Natan Berkowicz, Adam Suzin

Twórcy spektaklu przyglądają się przemianom Europy i roli wielkich osobowości w procesach polityczno-społecznych. W epickiej opowieści narodziny faszyzmu i wojna stają się odniesieniem dla współczesnych lęków. Lupa akcję umieszcza na Capri, wyspie, na którą uciekali marzyciele, władcy i rewolucjoniści, m.in. cesarz Tyberiusz, Lenin, Gorki, George Bernard Shaw i Rilke. Tajemnicza, utopijna przestrzeń łączy artystów, żołnierzy i wykluczonych poza margines – kiedy wielka historia wymusza zawieszenie dotychczasowych norm społecznych i moralnych, barbarzyństwo spotyka się z obojętnością, a kryzys z beztroską rozrywką, w bólach rodzi się nowy, nieodgadniony ład.

„Krystian Lupa bywa w CAPRI bardzo autoironiczny. To on sam stworzył na scenie chyba najlepszą metaforę przedstawienia. Reżyser z POGARDY Godarda na Capri kręci ODYSEUSZA; grecki bohater patrzy w morze i - jak słyszymy - widzi pierwszy raz Itakę. Tylko że przypomina się na scenie, nie widzimy żadnego lądu. Horyzont, morze, mgła. To, że jest tam gdzieś jakiś dom, jakiś sens, jakiś cel - bierzemy na słowo. Wytwarzanie takiej obietnicy, i to tak, że mu się wierzy - to może ostatnio największy kunszt Krystiana Lupy.”

Witold Mrozek

„Czy Lupa zaleca nam spokój, bo kiedyś znów i za olbrzymią cenę przyjdzie czas na realizację wolnościowych utopii? A może w ogóle stracił wiarę w ludzkość? W ostatniej części spektaklu żywy plan przenika się z projekcją wideo, ale po obu stronach jest czekanie.”

Aneta Kyzioł

„Krystian Lupa zarówno wytyka naszą codzienność palcem, jak i doświetla ją metaforą, nie strzelając jednak oskarżeniami we wszystkich, w których mógłby strzelać.”

Piotr Olkusz

W spektaklu występują: Karolina Adamczyk, Grzegorz Artman, Jacek Beler, Michał Czachor, Anna Ilczuk, Michał Jarmicki, Andrzej Kłak, Magdalena Koleśnik, Mateusz Łasowski, Vova Makovskyi, Monika Niemczyk, Filip Orliński, Halina Rasiakówna, Maria Robaszkiewicz, Nikodem Rozbicki, Piotr Skiba, Ewa Skibińska, Julian Świeżewski, Paweł Tomaszewski, Wojciech Wójcik, Julia Wyszyńska, Michał Zieliński, Wojciech Ziemiański, Michalina Żemła oraz statyści: Karol Helewski, Maciej Kobiela, Ignacy Martusewicz, Tomasz Mechowicki, Olaf Staszkiewicz, Mariusz Urbaniec, Filip Warot.

Pomoc dramaturgiczna, asystent reżysera: Maksym Teteruk
Główna asystentka reżysera: Michalina Żemła
Asystentki reżysera: Julia Ongirska, Karolina Szczypek
Inspicjentka: Jagoda Mordak/Iza Stolarska

Premiera: 12 października 2019, Teatr Powszechny Warszawa
Czas trwania spektaklu: 330 minut, dwie przerwy

Spektakl przeznaczony dla widzów dorosłych.

Więcej informacji na stronie Teatru Wybrzeże.

informacja prasowa

piątek, 2 września 2022

Aldona Struzik: Najważniejsza jest wyobraźnia /wywiad/

"Właściwie wszystko, co nam się przydarza i czego się nauczymy w życiu, może się okazać przydatne w pracy nad rolą" –  z okazji jubileuszu 35-lecia pracy artystycznej rozmawiam z Aldoną Struzik, popularną wrocławską aktorką Teatru Polskiego. Artystka opowiada o swoich mistrzach, pracy nad rolą, o zamiłowaniu i pasji, a także o trudach zawodu aktora.

Aldona Struzik, fot. z archiwum aktorki

Barbara Lekarczyk-Cisek: Jubileusz 35-lecia pracy artystycznej to dobry moment na to, aby poddać refleksji swoje doświadczenia i przeżycia związane z zagranymi rolami, spotkanymi ludźmi, którzy wpłynęli na ich kształt, a niekiedy również na nas samych. Jest to wreszcie dobry czas na to, aby sobie odpowiedzieć na pytanie, czy wybór zawodu aktora okazał się trafny i jak za jego sprawą potoczyło się życie… W ogóle pasjonuje mnie fenomen tego zawodu, który Pani z takim powodzeniem i entuzjazmem uprawia od tylu lat. Czy marzyła Pani w dzieciństwie, aby zostać aktorką?

Aldona Struzik: Sądzę że tak!… Podobnie jak wiele innych małych dziewczynek.  Powiem więcej. Kiedy byłam w pierwszej klasie szkoły podstawowej, na pytanie: „Kim chcesz zostać w przyszłości”, odpowiedziałam, że – właśnie! – aktorką. Ale tak naprawdę nie wszystko na tej mojej drodze było takie oczywiste jak wówczas, kiedy byłam mała. To marzenie, nawet jeśli kiedyś zakiełkowało we mnie, to jednak zrealizowało się przede wszystkim dzięki niezwykle ciekawym i nietuzinkowym ludziom, których w życiu spotykałam. Najpierw byli to rodzice, którzy wiedząc, że jestem śpiewającą, tańczącą i pełną pomysłów dziewczynką, postanowili zapisać mnie do szkoły muzycznej w moim rodzinnym mieście Namysłowie. Miałam jednocześnie wielkie szczęście spotkać panią Wiolettę Trelińską – polonistkę i moją wychowawczynię, która zachęciła mnie do aktywności w ramach koła teatralnego, tanecznego i folklorystycznego. Jakby tego było mało, śpiewałam także w chórze  i grałam w szkolnej kapeli. Występów zatem było co niemiara! To wszystko miało ogromny wpływ na rozwój mojej wyobraźni.                                                                                                     

A tę bez wątpienia miałam, skoro w szóstej czy może siódmej klasie napisałam opowiadanie pt. „Moja przyszła rodzina”. Wygrało ono pierwszą nagrodę w ogólnopolskim konkursie, czytano je w radio, drukowano nawet w prasie. Niedługo potem wygrałam kolejny konkurs, tym razem „Świata Młodych”, w którym nagrodą był rejs żaglowcem  „Zawiszą Czarnym”. Proszę sobie wyobrazić trójkę nagrodzonych 13-latków w gronie marynarzy i to przez całe pięć dni! Teraz patrzę na to z wielkim rozrzewnieniem, choć wtedy było to niezłe wyzwanie i momentami nawet się trochę bałam, choć za żadne skarby świata bym się do tej „duszy na ramieniu” nie przyznała. Wszystkie te i wiele innych zdarzeń z mojego dziecięcego życia uważam za wspaniałe przygody, które uruchamiały moją wyobraźnię i kształtowały charakter. A kto wie, czy właśnie wyobraźnia nie jest najważniejszym bodźcem w życiu każdego z nas.

Aldona Struzik, fot. Mariusz Olszewski

Przypomina to czas, kiedy będąc dziećmi, bawimy się stwarzając różne światy, nie z doświadczeń, bo tych niewiele wówczas mamy, ale właśnie z wyobraźni. Aktor, podobnie jak poeta, zachowuje ten rodzaj fantazjowania, które ma dziecko, prawda? Jednak nie wszystkie dzieci wyrastają na artystów. Nie wszystkie zostają poetami albo aktorami. Jak to się stało, że Pani jednak się to udało?

 Oczywiście, że nie wszystko w moim dorosłym życiu przebiegało tak jak  to sobie w dzieciństwie wyobrażałam.  Ale przecież pewne życiowe sukcesy, a zwłaszcza trudności, które mogą nas budować, a gdy są przepracowane, mogą stać się źródłem przemyśleń wzbogacających naszą wyobraźnię, a co za tym idzie – pozwalają głębiej pojmować i konstruować postaci, które gramy. Właściwie wszystko, co nam się przydarza i czego się nauczymy w życiu, może się okazać przydatne w pracy nad rolą.                Ale wracając do Pani pytania o to, jak zostałam aktorką. Droga do tej decyzji była długa i raczej nieoczywista. Najpierw, kiedy zdałam egzaminy do PSM II stopnia w Opolu, sądziłam, że zostanę nauczycielką muzyki. Jednocześnie decyzja o wyborze tej szkoły oznaczała dość wczesne oderwanie od rodzicielskiego domu i zamieszkanie w internacie (Bursie Szkół Artystycznych), a co za tym idzie – nowe  doświadczenia, które ukształtowały moje poczucie odpowiedzialności. Dla mnie był to bardzo trudny czas z powodu tęsknoty za domem. Poza tym uczęszczałam jednocześnie do dwóch szkół średnich i właśnie w Liceum Ogólnokształcącym znowu miałam szczęście trafić na kogoś niezwykłego, kogo Opatrzność postawiła na mojej drodze. Andrzej Pałosz – poeta, polonista, który nie był wprawdzie moim nauczycielem, ale zwrócił uwagę na moje zdolności recytatorskie i starał się uświadomić mi, co znaczy rzemiosło w tym zawodzie. Sądzę, że w zawodzie artystycznym  wyobraźnia jest czymś niezbywalnym, a uruchomiona, podparta solidną pracą i olbrzymim poświęceniem, czyni z rzemieślnika artystę. Ale do tego potrzeba jeszcze odrobiny szczęścia.

Pani miała szczęście, bo dostała się do szkoły teatralnej już za pierwszym razem.

Tak! Udało mi się to, co dla mnie samej było niezwykłym zaskoczeniem. Oczywiście, rok przed egzaminami byłam pełna obaw. Niezbyt często miałam okazję bywać w teatrach, po trosze dlatego, że uczęszczałam jednocześnie na wszystkie zajęcia w dwóch szkołach dziennych, a do tego angażowałam się w wiele przedsięwzięć poza nimi, choćby w wolontariat (działałam m. in. na rzecz niewidomych). Wolnego czasu niewiele mi pozostawało, ale wszystkie te doświadczenia ubogacały moją osobowość i moje myślenie o świecie. A pewne umiejętności (gra na pianinie, poczucie rytmu, taniec ) bardzo się w  naszym zawodzie przydały.  Teraz, po latach, przypuszczam, że dostałam się do PWST za pierwszym razem dlatego, że byłam niezbyt świadoma tego, jak trudny do pokonania był ten próg i że to moja świeżość i dziecięcość spodobała się komisji, bo była po prostu nieudawana. Nikt mnie do egzaminów nie przygotowywał, sama wybrałam teksty i zdecydowałam o ich interpretacji. Była to również niespodzianka dla moich rodziców.  Ukrywałam fakt, że zdaję do szkoły teatralnej. Kiedy prawda wyszła na jaw, mama była bardzo zadowolona i dumna, a mój tata był tym mocno zaniepokojony, choć i w jego oczach widziałam radość. Szczęśliwie okazało się, że dość szybko się w tym nowym świecie odnalazłam. A mając już wcześniej ogrom zajęć,  byłam przygotowana na wielką ilość obowiązków i samodzielną pracę, która jest charakterystyczną cechą uczelni artystycznej. Bardzo dobrze wspominam te lata, choć czasami nie była to „bułka z masłem”. Musiałam wiele zmienić w swoim myśleniu, bo byłam tzw. „grzeczną dziewczynką” i nie potrafiłam jeszcze spontanicznie otwierać się na różne wyzwania stawiane przede mną przez profesorów. Ale pokonałam wszelkie trudności i studia ukończyłam z bardzo dobrymi dyplomami. Sadzę, że duża w tym zasługa moich profesorów z Wydziału Aktorskiego PWST, bo wykładowców miałam rzeczywiście wspaniałych. 

Aldona Struzik (Anna) z Bolesławem Abartem w spektaklu "Panny z Acheronu"
w reż. G. Sobocińskiego, źródło: Wrocławski Teatr Współczesny

Wspominam z wielką sympatią i wdzięcznością mojego dziekana Igora Przegrodzkiego, Jadwigę Skupnik- Kurowską, Igę Mayr – cudownych, niezwykłych ludzi, którzy zawsze we mnie wierzyli, a także w sposób szczególny – wspaniałego Bogusia Kierca od scen klasycznych, nie tylko aktora, ale także poetę. Zwłaszcza, że sama po latach zostałam wykładowczynią wiersza i kocham to robić! Pierwszą moją panią profesor tego przedmiotu była śp. Majka Zbyszewska – aktorka Teatru Współczesnego. Odeszła przedwcześnie, ale noszę Ją w sercu do dziś… Jej też zawdzięczam swoją pierwszą rolę teatralną – debiut w „Pannach z Acheronu” Joe Alexa w reż. Grzegorza Sobocińskiego, gdzie zagrałam Annę, córkę Ministra, w którego rolę wcielił się Bolesław Abart.

Przyznam, że byłam zdumiona, gdy przygotowując się do wywiadu zobaczyłam, że zagrała Pani już jako młoda dziewczyna tyle ról i to tak znaczących, jak choćby Irinę Wsiewołodownę w „Szewcach” Witkacego czy Sonię Marmieładową w „Zbrodni i karze”, że nie wspomnę o kultowym „Sztukmistrzu z Lublina|” w reżyserii Jana Szurmieja… Jak u Hitchcocka – zaczęło się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rosło… Irina jakoś mi nie pasuje do Pani emploi, więc to były interesujące wyzwania.

Miło, że Pani tak patrzy na moją pracę zawodową! Rzeczywiście, już na studiach dostawałam od reżyserów różne ciekawe propozycje, Zaczęłam przecież grać we Wrocławskim Teatrze Współczesnym będąc na drugim roku. Na studiach dostajemy bardzo duże i wymagające role, jak wspomniana  przez panią Irina u profesora A. Makowieckiego czy wcześniej – Stella w spektaklu „Przy drzwiach zamkniętych” Sartre`a.  Ale schody zaczynają się dopiero w zawodowym teatrze. Role, które mi powierzano, były różnego kalibru: większe, mniejsze, ale zawsze podchodziłam do nich z takim samym zapałem. Mam na swoim koncie Nagrodę dla Młodego Aktora z 1997 roku (do dziś wisi w moim domu dzieło Geta-Stankiewicza, które otrzymałam w dowód uznania). Otrzymałam też nagrodę za najciekawszy epizod teatralny – rolę Ekspedientki w „Leworęcznej kobiecie” P. Handke`go, wyreżyserowanej przez Monikę Pęcikiewicz, co dowodzi, że nawet najmniejszą dobrze zagraną rolą można widzowi zapaść w pamięć.

Jako Ekspedientka w spektaklu "Leworęczna kobieta"
w reż. Moniki Pęcikiewicz, 3 lutego 2001, fot. Anna Łoś, źródło: Instytut Teatralny
Aby jednak tak się stało,  trzeba intensywnie pracować, kształcić technikę aktorską i wzbogacać swoją wyobraźnię. Wiele zawdzięczam współpracy z wielkimi reżyserami i aktorami, jakich miałam szansę spotkać na swojej drodze. Dość wspomnieć takie nazwiska, jak: Krystian Lupa, Jerzy Jarocki, Andrzej Wajda, Maciej Englert, Maciej Wojtyszko, Kazimierz Kutz, Krzysztof Babicki, Jan Klata, Krzysztof Zaleski, Mikołaj Grabowski czy Jan Szurmiej, w którego spektaklach gram do dziś. Po raz pierwszy spotkaliśmy się podczas pracy nad wspomnianym przez Panią  „Sztukmistrzem z Lublina” – moim drugim dyplomem na PWST.

Doskonale pamiętam to znakomite przedstawienie i przypuszczam, że bycie jego częścią musiało być dla Pani wielkim przeżyciem formacyjnym dla młodej aktorki…

Tak! To było takie przeżycie...  Bycie częścią zespołu, tworzenie wspólnie czegoś wyjątkowego i to przez wiele lat z rzędu...Czuliśmy się teatralną rodziną. Tak to pamiętam. W dodatku graliśmy to przedstawienie z wielkimi sukcesami, jeżdżąc po wielu festiwalach, również zagranicznych.  Udział w tym spektaklu przywodzi mi na myśl pewne zdarzenie, tak charakterystyczne dla tamtych doświadczeń. Otóż, ze względu na moją ciążę i przejście do Teatru Polskiego rolę Halinki przejęła po mnie koleżanka Marzena Obernkorn. Zatem ostatnie, tzw. „zielone przedstawienie”, oglądałam z widowni. Jednak w przerwie spektaklu, kierowana emocjami, poprosiłam koleżankę i reżysera żeby pozwolili mi zagrać w drugim akcie. Przekonałam ich chyba swoją desperacją (śmiech). Nie obyło się bez wzruszeń i radości, bo koledzy na scenie byli ogromnie zaskoczeni tą sytuacją. Fajnie, że Marzenka się zgodziła wymienić kostiumem, a na samym końcu wyszłyśmy obie, tworząc krąg kobiet zakochanych w Jaszy. Zostaliśmy nagrodzeni wspaniałymi brawami, a ja byłam szczęśliwa, że znowu jestem w tym świecie, bo dla mnie był to świat początków mojej drogi w zawodzie aktora. Przyznaję, że trafiłam  w tym teatrze na świetnych kolegów i serdecznego dyrektora, jakim był dla mnie Jan Prochyra, którego bardzo szanowałam i który otaczał mnie swoją wręcz ojcowską opieką. Tak to czułam. W tym miejscu nadmienię, że jeżdżąc po Polsce ze „Sztukmistrzem...” odmówiłam (ze względu na sprawy życiowe i rodzinne) angażu Zbigniewowi Zapasiewiczowi – dyrektorowi  Teatru Dramatycznego w Warszawie! A Janek Prochyra do końca swojego życia nie mógł mi wybaczyć tej mojej decyzji (śmiech). Kto wie? Być może to jakaś moja utracona szansa...

"Sztukmistrz z Lublina" w reż. Jana Szurmieja, Aldona Struzik w białej sukience pośrodku,
źródło: Instytut Teatralny
Uczyłam się tego zawodu nie tylko wychodząc na scenę, ale także oglądając spektakle, w których nie grałam (mieszkałam wówczas w służbowym mieszkaniu w teatrze). Wyznam, że do dziś chętnie chodzę do różnych teatrów, aby zobaczyć, co grają moi koledzy, jak się rozwijają i w jakim kierunku są prowadzeni przez reżyserów.

Bardzo wiele zależy od reżysera i jego pomysłów inscenizacyjnych. Miałam szczęście oglądać znakomite przedstawienia Jerzego Grzegorzewskiego, m. in. niezwykle piękną plastycznie „Nie-Boską komedię”, a także „Śmierć w starych dekoracjach”. To ostatnie przedstawienie uświadomiło mi, że nie ma sztuk "niescenicznych", bo to, co zrobił Grzegorzewski z przestrzenią teatralną, jak prowadził aktorów – było genialne! Pamiętam Erwina Nowiaszaka przebranego w kobiecy strój i śpiewającego altem na trzecim balkonie – był kwintesencją sztuczności, z którą reżyser w taki sposób rozprawił się w swoim przedstawieniu. To był prawdziwy mistrz, który wyczarowywał teatralne światy bardzo sugestywnie, a zarazem mówił o sprawach istotnych dla każdego. Pani się z nim wprawdzie nie zetknęła, ale spotkała na swojej drodze wielu twórczych i inspirujących reżyserów.

Tak jak Pani powiedziała, nie spotkałam się osobiście z Jerzym Grzegorzewskim w mojej pracy zawodowej, ale pamiętam jeszcze Jego przedstawienia ze wspaniałymi aktorami, jak: Jadwiga Skupnik,  Igor Przegrodzki, Andrzej Mrozek, Piotr Kurowski czy Erwin Nowiaszak. Znakomite spektakle! Zresztą nie bez powodu od 2005 roku nasza duża scena przy ul. Gabrieli Zapolskiej  nosi imię Jerzego Grzegorzewskiego.  Niemal całe swoje zawodowe życie przepracowałam w Teatrze Polskim we Wrocławiu i tu właśnie miałam przyjemność zagrać u takich reżyserów – inscenizatorów „niezwykłych światów”, jak np. Krystian Lupa czy Jerzy Jarocki. To były niezapomniane spotkania! Ale chłonęłam również wiele od aktorów i reżyserów w innych miejscach, choćby przy realizacjach Teatrów TV,  podczas pracy z Kazimierzem Kutzem, Laco Adamikiem czy Krzysztofem Babickim.

Zanim to jednak nastąpiło, zagrała Pani kilka ról w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu – w interesujących przedstawieniach, u boku znanych reżyserów, m. in. w „Kotce na rozgrzanym od słońca blaszanym dachu”  – słynnej sztuce Tennessee Williamsa, w reżyserii Janusza Kijowskiego czy  w „Zbrodni i karze” Fiodora Dostojewskiego w reż. Krzysztofa Rościszewskiego.

Aldona Struzik jako Sonia w spektaklu "Zbrodnia i kara"
w reż. Krzysztofa Rościszewskiego, źródło: Wrocławski Teatr Współczesny
W tym pierwszym przedstawieniu miałam akurat dosyć proste dla mnie zadanie aktorskie. Polegało na przerywaniu poważnych, niemal filozoficznych dysput, zabawami dziecięcymi i innymi szalonymi działaniami. W zamyśle reżysera tej swoistej psychodramy nasze role (grałam w parze z Elą Golińską) miały stworzyć kontrapunkt do psychologicznej akcji sztuki. Wiele się tam nauczyłam, obserwując reżysera i kolegów. Patrząc z perspektywy lat, bardzo dobrze pracowało mi się w Teatrze Współczesnym. Wspaniale się tam czułam i szybko się  zaadaptowałam, a co więcej – już  na IV roku dostałam angaż, mimo że nie miałam jeszcze magisterium. Dlatego też obchodzę jubileusz 35-lecia pracy właśnie w tym roku. Do Teatru Polskiego zaś przeszłam na prośbę dyrektora Jacka Wekslera i od razu zagrałam Checcę w przedstawieniu „Awantura w Chioggi” C. Goldoniego  w reżyserii 
Macieja Wojtyszki, a wkrótce potem – Dianę w „Ani z Zielonego Wzgórza”, w reż. Jana Szurmieja.

Wróćmy jednak do roli Soni w „Zbrodni i karze”, którą powierzył Pani Krzysztof Rościszewski – niezwykła szansa dla młodej aktorki…

To była wymarzona rola i odnalazłam się w niej od samego początku. Cieszyłam się, że jestem blisko widza, bo graliśmy w niekonwencjonalnym układzie sceny – na planie krzyża, a pomiędzy jego ramionami siedzieli widzowie. Bywało, że dostrzegałam, jak reagowali. Czasem nawet ktoś płakał. Uskrzydlało mnie to, że jesteśmy w stanie wzbudzić w widzach takie emocje. Przyznam też, że praca nad tą rolą na wielu płaszczyznach była niełatwa, choć niezwykle fascynująca. Odrobinę trudności, ale i wiele wartości wnosili do mojej interpretacji roli Soni również partnerzy  – dwaj dublujący się koledzy, grający rolę Raskolnikowa. Trzeba mieć świadomość, że sceniczny partner może mocno pomóc lub utrudnić budowanie postaci.  Moim zdaniem, udało mi się znaleźć w sobie tę Sonię, która potrafiła pokochać Raskolnikowa bezwarunkowo i zrobić dla niego wszystko. Ta postać przez długi czas była ze mną. I to właśnie uwielbiam. Tak! Najpiękniejsza w tym zawodzie jest możliwość bycia w danej roli kimś innym, niż jesteśmy na co dzień.

To jakby się żyło wielokrotnie…

Tak, to prawda. I to jest jedna z wielu rzeczy, która tak bardzo fascynuje mnie w tej profesji.                    Przypomina mi się rola Rozalii z „Damy z jednorożcem” H. Brocha w reżyserii Krystiana Lupy. Postać tragiczna kobiety poniewieranej, zgwałconej, pełnej lęków, której budowanie nie należało do najłatwiejszych. Praca nad tą rolą wymagała głębokiego skupienia i wejścia w najtajniejsze zakamarki ludzkiej duszy. Myślę, ze dzięki Krystianowi Lupie, jego wrażliwości i przenikliwości w pracy z aktorem, osiągnęłam grając tę postać coś nieuchwytnego, co dostrzegali widzowie.

A jakie jeszcze trudności nastręcza praca nad rolą?

O! Jest ich wiele. Na przykład – tekst.  Często widzowie pytają nas: „Jak mogli państwo nauczyć się tak dużej ilości tekstu?”. Tymczasem pamięciowe opanowanie tekstu, nawet obszernego, nie jest problemem. Istotne jest natomiast, aby go w sobie poczuć – niejako przełożyć go na własne myślenie i emocje. Przy czym środki wyrazu powinny być adekwatne do roli, nie przesadne ani nazbyt dosłowne. O problemach współpracy z aktorami już trochę powiedziałam. A im większa ilość kolegów  na scenie, tym te trudności się multiplikują. Co więcej: kostiumy, muzyka, choreografia, ruch sceniczny, piosenki – czyli składowe części spektaklu mają także ogromny wpływ na konstruowanie postaci, którą gramy. Mogą zarówno wspomagać, jak i utrudniać tworzenie roli. Ostatecznie teatr to przede wszystkim aktor i widz! Już od premiery widz ma ogromny wpływ na to, jak spektakl jest przez nas grany w danym dniu. Swoimi reakcjami wymusza na nas niejako trochę inny sposób interpretacji. Najlepiej widać to w komedii, gdzie śmiech widowni potrafi nieprawdopodobnie ponieść aktora, podczas gdy brak reakcji zmusza go do większego skupienia i zupełnie innej gry. Pandemia uświadomiła nam z całą wyrazistością, jak bardzo ważną częścią spektaklu jest widz i jego energia.

Sądzę, że dotyczy to także koncertu, literatury… Wiesław Myśliwski twierdzi, że dopiero czytelnik współtworzy jego powieść i każdy robi to w inny sposób, ponieważ ludzie są niepowtarzalni. A zawód aktora jest szczególną profesją.

Każdy zawód ma swoje szczególne potrzeby. Zawód aktora wymaga specyficznego rodzaju poświęcenia, zabiera nam dużą część naszego życia, także prywatnego. Bywa okupiony dużymi wyrzeczeniami, bo choć zdarzają się w nim piękne chwile, to jednak trzeba za nie płacić jakąś cenę. Ktoś, kto nie jest aktorem, raczej tego nie zrozumie. Czasem statyści, gdy sami doświadczają nawet tak błahych niedogodności, jak wielogodzinne oczekiwanie na planie zdjęciowym, wyznają, że nie zdawali sobie sprawy, jak trudna to praca. Bywa, że aktor musi, mimo zmęczenia i niesprzyjających okoliczności, zagrać w pełnym skupieniu kilka trudnych psychologicznie scen albo narażać swoje zdrowie dokonując niemalże kaskaderskich wyczynów. Tak, ten zawód wymaga wiele cierpliwości i samozaparcia, a także poczucia odpowiedzialności. Bywa nawet, że staje się niebezpieczny. Sama przeżyłam kilka zdarzeń, które skończyły się wezwaniem karetki pogotowia. Ostatnim z nich była sytuacja, kiedy kolega upuścił mnie na scenę niczym worek ziemniaków. Poobijałam się, uszkodziłam kręgosłup,  czego skutki odczuwam do dziś, mimo kilkumiesięcznej rehabilitacji. A przecież zawód aktora wymaga fizycznej i psychicznej sprawności.

Dziewica Maryja, "Prezydentki" w reż. Krystiana Lupy, 
fot. z archiwum aktorki
Mam nadzieję, że nie udało się Pani odstraszyć nowych adeptów tego pięknego jednak zawodu (śmiech). Sama Pani postawa – ten nieustający apetyt na granie – są bodaj najlepszym dowodem na to, że zawód aktora przynosi więcej satysfakcji niż zawodów, choć wiadomo, że łatwy nie jest. Przede wszystkim stwarza możliwość zetknięcia się z wybitnymi osobowościami, dającymi impuls do rozwoju. Wspomniała Pani m. in. o Krystianie Lupie i Jerzym Jarockim, należącym do panteonu sztuki teatru.

Tak. Jednym z moich mistrzów jest Krystian Lupa. Wystąpiłam wprawdzie tylko w dwóch jego spektaklach: w  „Damie z jednorożcem” (oraz w „Hannie Wendling”, który był telewizyjną realizacją tego pierwszego) oraz w „Prezydentkach” wg Wernera Schwaba. W pierwszym z nich zagrałam Rozalię, o której już wcześniej wspominałam. Krystian widział ją jako postać bardzo dziwną, wsobną, zagadkową i tajemniczą. Ten reżyser pracuje z aktorem opowiadając wiele o danej postaci, a aktor  przepuszczając tę opowieść przez swoją wrażliwości i doświadczenie buduje rolę.

Czy tak jak Swinarski – jego mistrz – „dopisywał” biografie postaciom scenicznym?

Tak!  Tworzył wokół postaci rozmaite historie. Moja bohaterka miała być w jego zamyśle osobą nieszczęśliwą, głęboko skrzywdzoną. Pracując ze mną nad rolą, poruszał we mnie ukryte struny, oddziaływał na wyobraźnię  i potrafił mnie nawet doprowadzić do płaczu, jeśli była taka potrzeba. Dzięki niemu poszukiwałam emocji mojej bohaterki w sobie samej, ale także w otaczającym mnie świecie. Do tego miałam znakomitych partnerów, m. in. Krzesisławę Dubielównę jako Kucharkę oraz Mariusza Kiliana jako Ogrodnika, podczas gdy ja grałam Służącą Rozalię. Żyłam tą rolą! Miałam czas na to, aby zbudować tę postać w najmniejszych szczegółach. Nie było żadnej przypadkowości. I było to w dużej mierze zasługą Krystiana. Mam nadzieję, że teatr jeszcze powróci do tego rodzaju tworzenia, gdzie każdy detal, każde słowo  jest ważne. Krystian nauczył mnie tego, że muszę sobie stworzyć cały świat postaci, aby dotrzeć do widza po to, aby jej współczuł, a może nawet nią gardził, ale aby nie pozostał obojętny. Z kolei w „Prezydentkach” miałam niewielkie zadanie  – byłam Dziewicą Maryją, która przychodzi i pochyla się nad pogubionymi, zrozpaczonymi bohaterkami. Jednak i ta epizodyczna postać miała ogromne znaczenie – jej wygląd, specyficzna tandeta pochodziły z wyobraźni trzech głównych postaci, ich brudnego, okropnego świata. Mogłam także obserwować, jak Krystian Lupa pracował z moimi koleżankami nad ich dużymi rolami. To było wspaniałe doświadczenie!

Zagrała Pani także u innego wybitnego twórcy teatru (bo powiedzieć „reżyser” to za mało) – u Jerzego Jarockiego, który zrealizował we Wrocławiu kilka znakomitych przedstawień. Jaki był Jarocki jako reżyser?

Zagrałam u Jerzego Jarockiego w „Pułapce” Tadeusza Różewicza jedną z małych dziewczynek - Elli. Wyznam, że to, co działo się na próbach, było godne zapamiętania. Ułożenie w szafie ludzi, którzy ukrywali się przed gestapo, trwało godzinami! Ważne było tempo, kolejność, układ postaci, najmniejsze spojrzenie … Pamiętam, jak Edwin Petrykat (Herman, ojciec) godzinami uczył się, jak wielkimi sztućcami pokroić indyka (zawsze ptak był prawdziwy), a potem komu z nas i jaki kawałek przydzielić – to miało istotne znaczenie! Jerzy Jarocki był w swoich wymaganiach bardzo precyzyjny, nadawał tempo naszej grze, czasami pracował z aktorem nad jednym zdaniem godzinami. Był reżyserem, który dążył do osiągnięcia prawdy w teatrze – Jego prawdy.

Aldona Struzik, Włodzimierz Press, i Magdalena Mokrzycka. "Pułapka" w reż. Jerzego Jarockiego,
30 maja 1992  Teatr Polski (Wrocław), fot. Stefan Okołowicz, źródło: Instytut Teatralny

Podobnie jak Tadeusz Kantor, który zawsze miał precyzyjną wizję swojego spektaklu.

Dokładnie tak. Myśmy często tego nie rozumieli, dlaczego tak ma być, ale efekty tej pracy były olśniewające. W „Pułapce” bliskość widzów pozwalała im poczuć np. nasz strach lub inne emocje.
Podobnie pracującym reżyserem jest także Rudolf Zioło. Zagrałam u niego Justysię w spektaklu „Kubuś Fatalista i jego pan” Diderota, a kilka lat później postanowił mnie obsadzić w kolejnej roli. Pracowaliśmy wówczas nad „Mizantropem”, w którym zagrałam Eliantę – postać dla mnie trudną, bo wsobną i hieratyczną, a do tego niezwykle dystyngowaną, czyli taką, jaką nie jestem (śmiech). Rudek mnie bardzo pięknie prowadził, bo cierpliwie osadzał w tej roli, polecił mi nawet obniżyć głos i ograniczyć ruch. Rezultat był taki, że jeden z moich kolegów, zdumiony moją nową odsłoną, gratulował mi po spektaklu, twierdząc, że wykonałam ogromny skok, czym sprawił mi wielką przyjemność.

Zdarzyło się też Pani współpracować z kobietami – reżyserkami, np. z Ulą Kijak – jakie to doświadczenie?

Zagrałam gościnnie w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu – w „Sztandarze ze spódnicy” – spektaklu na podstawie tekstów Gabrieli Zapolskiej. Reżyserka celowo dobrała aktorki różnych pokoleń. Byłam zdumiona, kiedy Ula obsadziła mnie w roli Kokoty, co było dla mnie kolejnym wyzwaniem. Była bezkompromisowa w dochodzeniu do prawdy o postaci i bardzo lubiłam z nią pracować, a poza tym jestem jej wdzięczna, bo i ona stworzyła mnie „od nowa”. Otrzymałam nie tylko rudą perukę, ale także polecenie, aby zagrać osobę czującą wyższość w stosunku do całego świata. Z tą rolą wiąże się też pewna anegdota. Otóż na premierę przyszła moja koleżanka wraz z mamą i przez długi czas trwania spektaklu kompletnie mnie nie rozpoznała. Podobnie twierdzili moi studenci – że byłam kimś kompletnie innym, a to była najlepsza recenzja tej roli!

Jako Adela w "Xięgach Schulza" w reż. Jana Szurmieja,
z Dariuszem Bereskim w roli Józefa, fot. Jan Oborski, Jarek Kuśmierski
Aktualnie gra Pani znaczącą rolę kobiecą – Adelę w „Xięgach Schulza” w reżyserii Jana Szurmieja. Trudno oprzeć się wrażeniu, że koło się zamyka: kiedyś ”Sztukmistrz z Lublina”, a dziś… Jaka jest Pani Adela – dojrzała, a zarazem bardzo kobieca?

Adela jest symbolem matki, opiekunki, będąc zarazem znakiem kobiecości. Dla mnie jest to postać niejednoznaczna: z jednej strony kusi młodego bohatera, ale też roztacza nad nim opiekę. To piękny poetycki spektakl.
Lubię także rolę Jewtuszenki – matki Marusi w przedstawieniu „Zmierzch świtem” w reżyserii, inscenizacji i choreografii Jana Szurmieja, bo jest zupełnie inną postacią niż te dotychczas przeze mnie grane. Aby stworzyć tę postać, powróciłam do lektury dramatu i „Opowiadań odeskich” Babla. Pijana, prostacka, pazerna, a zarazem głęboko nieszczęśliwa, szukająca za wszelką cenę polepszenia swojej egzystencji – Jewtuszenko jest postacią, jakiej do tej pory nie grałam.  

Ma Pani za sobą również doświadczenie pracy w Teatrze Telewizji oraz w filmie. Kilkakrotnie zagrała Pani u Waldemara Krzystka, Kazimierza Kutza… Na czym w Pani przypadku polega bycie aktorem filmowym?

Zaczynałam swoją przygodę z kinem jeszcze jako studentka – od debiutanckiego filmu Waldemara Krzystka: „W zawieszeniu”, gdzie zagrałam epizodyczną rolę, ale było to dla mnie prawdziwe wydarzenie, bo po raz pierwszy zetknęłam się z kamerą i pracą na planie filmowym. Potem był Teatr Telewizji, gdzie wystąpiłam jako Irena Goldfarb w sztuce „Dobry adres”, również w reżyserii Waldemara Krzystka. To był bardzo dobry spektakl, a Krzystek okazał się niezwykle utalentowanym wnikliwym reżyserem.

Z Krzysztofem Globiszem w "Kartotece rozrzuconej" w reż. Kazimierza Kutza
Natomiast z Kazimierzem Kutzem miałam szczęście pracować przy „Kartotece rozrzuconej” Tadeusza Różewicza. Przy tej okazji miałam szczęście grać razem z Krzysztofem Globiszem i Jerzym Trelą. Mnie przypadła w udziale rola Sekretarki Bohatera, którego grał Krzysztof Globisz. Przez wiele godzin dziennie leżałam w łóżku wraz z nim, a wokół nas toczyła się akcja. Na koniec kamera jednym ujęciem filmuje wszystkie postacie, które pojawiają się w życiu Bohatera. Kazimierz Kutz to jeden z najwspanialszych polskich reżyserów, mający swój charakterystyczny styl i sposób bycia na planie filmowym. Czasami mówił bardzo dużo, stosując swoje słynne „przerywniki”, które jednak nikogo nie raziły, a niekiedy popadał w milczenie, a aktorzy grali swoje role. To był dla mnie bardzo dobry czas. Polubiliśmy się z Krzysztofem Globiszem, wiodąc po pracy długie rozmowy. A Jerzy Trela z wielką atencją odnosił się do mojej pracy. Muszę przy tej okazji stwierdzić, że im większy aktor czy reżyser, tym prezentuje większy szacunek do zawodu i do ludzi.

Wystąpiła Pani także w filmie Antoniego Krauzego „Smoleńsk”, co zresztą przysporzyło Pani kłopotów i nie podobało się w tzw. środowisku. Jak się współpracowało z tym wielce skądinąd zasłużonym reżyserem?

Wielkie wrażenie zrobił na mnie „Czarny czwartek” i od tego czasu bardzo chciałam zagrać u Krauzego. Wprawdzie „Smoleńsk” okazał się nie tak wybitny, ale bardzo dobrze się nam współpracowało, bo to był bardzo  mądry, oczytany człowiek. Kiedy się spotkaliśmy, był już nieco zmęczony, czuł mocną presję i chyba sobie z tym nie poradził…

Współpracowała Pani także z Agnieszką Holland przy „Pokocie” – jakie wrażenia?

Zagrałam tam wprawdzie niewielką rólkę, ale miałam szansę obserwować panią Holland przy pracy. Doskonale wie, czego chce od aktora, jest konkretna, opanowana i szalenie precyzyjna – to była prawdziwa lekcja! Agnieszka Holland swoim sposobem reżyserowania przypomina mi Jerzego Jarockiego, a przy tym jest sympatyczna, uśmiechnięta, kobieca, ciekawa ludzi. Przy okazji grania w filmach mam taką refleksję, że o ile w teatrze można mieć wpływ na budowanie roli, o tyle w filmie zawsze ostatnie słowo ma reżyser i montażysta.

Tak, film ostatecznie powstaje w montażu, podczas gdy sztuka teatralna rodzi się z próby na próbę. Jest to chyba jednak ryzyko, które aktor musi zaakceptować, jeśli uczestniczy w takich projektach… W swojej karierze zawodowej była Pani nie tylko aktorką teatralną i filmową, ale również wykładowczynią w PWST – jak się Pani spełniała w tej dziedzinie? Podobno studenci Panią kochali.

Pracowałam w PWST przez dziesięć lat i uwielbiałam to robić! Zaproponowała mi tę pracę Jadwiga Skupnik, moja przyjaciółka, pokazując najpierw, jak pracuje ze studentami, a później coraz bardziej się usamodzielniałam, sama prowadząc zajęcia z wiersza. Swoją pracę wykonywałam z wielkim zapałem, bo bardzo lubię młodzież i w ogóle ludzi. Poświęcałam wiele czasu na to, aby każdy mógł znaleźć własną interpretację. Z pewnością jest to trudniejsza droga, nie od razu przynosząca efekty. Te pojawiają się czasem po wielu latach, ale taki jest los nauczyciela – to, co robi, jest niemierzalne. Ponieważ ciągle brakowało mi czasu, toteż zabierałam dodatkowo swoich studentów na warsztaty z młodzieżą i seniorami, gdzie również mogli się czegoś nauczyć. Przygotowywałam także ze studentami spektakl „Baśń o Kluskowej Bramie”, który wielokrotnie zagrali w Sali Koncertowej Radia Wrocław. Główną postać – narratora, opowiadacza, dziadka, uwielbianego przez dzieci – grał nieżyjący już, niestety, Stasio Wolski, a pozostałe postaci grali moi studenci. Muzykę do tego spektaklu napisał mój brat Tomek, który jest kompozytorem. Dla mnie było to bardzo interesujące doświadczenie, bo nie tylko reżyserowałam i przygotowałam choreografię, ale musiałam też zapanować nad całą masą spraw organizacyjnych. 

Aldona Struzik w wyreżyserowanym przez siebie monodramie 
"Daisy - błękitna tożsamość", fot. Piotr Dziedziul
Przydały się więc doświadczenia z okresu, kiedy przygotowywałam monodram „Daisy”, który był dla mnie lekcją pokory i wytężonej pracy. Chciałam pokazać bohaterkę nie tyle jako arystokratkę, ale przede wszystkim jako kobietę, w której mogłaby się zobaczyć każda z nas. Koncepcja przedstawienia przypominała trochę "Ostatnią taśmę Krappa" S. Becketta: stara kobieta wspomina swoje życie (ta część została wcześniej nagrana na taśmie filmowej), a ja grałam na żywo młodszą bohaterkę. Premiera w Teatrze Zdrojowym w Szczawnie Zdroju zaowocowała sukcesem u publiczności, a ja poczułam ulgę i radość, że się udało. Praca nad monodramem i w szkole teatralnej była rodzajem rekompensaty za trudny czas w teatrze, kiedy grałam niewiele.

Od paru lat znowu gra Pani częściej w spektaklach Teatru Polskiego.

Tak, rzeczywiście gram więcej, z czego się bardzo cieszę. Ale najbardziej życzyłabym sobie, aby po trudnym okresie pandemii widzowie znowu wrócili  w komplecie na widownię naszych scen i by wychodzili z teatru zawsze zadowoleni, zainspirowani i usatysfakcjonowani.

Życzę więc, aby te marzenia się spełniły. Dziękuję za rozmowę.


wtorek, 10 października 2017

„Poczekalnia” Krystiana Lupy. O kondycji wykluczonych /recenzja teatralna/

Na VI MFT Dialog Wrocław Krystian Lupa zaprezentował spektakl „Poczekalnia”, który stworzył z grupą szwajcarskich aktorów (Teatr Vidy-Lausanne). Inspirowany dokumentalną prozą Larsa Noréna (Krąg personalny 3.1), ukazuje ludzi wykluczonych, żyjących na społecznym marginesie.

plakat przedstawienia wrocławskiego

Od dawna interesuje mnie kondycja ludzi wyrzuconych. Ci, którzy do nich należą, przestają mówić. A wydaje mi się, że mają coś do powiedzenia. – powiedział reżyser na spotkaniu z publicznością w Klubie Lewitacja.

Spektakl Krystiana Lupy jest trudny i „nieładny”, ale zawiera refleksje egzystencjalne każące widzowi zastanowić się na tym, jak płynna jest granica między dwoma światami – tzw. normalnym a tym gorszym, wstydliwym, o który się wszyscy codziennie ocieramy.  Wśród bohaterów „Poczekalni” znajdują się tacy, którzy utracili pracę, stracili kogoś bliskiego, a w konsekwencji sens życia, są także psychicznie chorzy, opóźnieni w rozwoju, narkomani i alkoholicy.

Tytuł oryginału „Krąg personalny 3.1” jest administracyjnym oznakowaniem osób wykluczonych ze społeczeństwa. Dokumentalna proza Larsa Noréna jest zapisem prawdziwych ludzkich losów. Przekładając wybrane fragmenty na język sceny, Lupa uświadamia widzom, że „ludzie z marginesu” to także ludzie – z poplątanymi biografiami: teolog, który utracił wiarę, wrażliwa dziewczyna, cierpiąca na psychozę natręctw, opóźniony umysłowo mężczyzna, prostytutka, która nie zajmuje się dziećmi, bo nie jest do tego zdolna…  Co więcej, słuchając ich historii zaczynamy pojmować, jak kruchy jest człowiek i jak łatwo jest przejść ową niewidzialną granicę i znaleźć się po „tamtej” stronie, „odpaść” od normalnego życia, pogubić się.

Poczekalnia, Teatr Vidy-Lausanne, fot. materiały prasowe

Język rozpadu

Bardzo ważny jest język przedstawienia. Lupa nie tylko przedstawia ludzkie historie, udzielając głosu swoim bohaterom. Jest niezwykle interesujące, jak ci bohaterowie mówią. Otóż chora psychicznie dziewczyna w czerwieni mówi właśnie językiem natręctw, powtarzając nieustannie pewne myśli. Czasami jednak ma do siebie dystans i wówczas posługuje się zwykłą logiką, co ma przełożenie w jej mowie. Opóźniony umysłowo mężczyzna z kolei mówi językiem poetyckim – zderza ze sobą nieświadomie słowa, tworząc w efekcie znakomite metafory. Oczywiście, jest także język wulgarny, język upodlony, szczątkowy, kaleki – jak egzystencja bohaterów.

Od dawna interesuję się językiem rozpadłym, rozwiązłym, kiedy język nie pozostaje w pełnej współpracy z naszą duszą. Kiedy rzeczy, które chcemy powiedzieć, nie mieszczą się w języku. Albo przeciwnie: kiedy próbujemy cokolwiek wyrażać, wtedy wszystko się zmienia. Wydaje mi się, że ludzie, którzy są wyrzuceni przez naszą kulturę, mają w sobie jakąś wiadomość dla nas i że  powinniśmy ją wysłuchać” – powiedział reżyser w wywiadzie.
Monologi i dialogi bohaterów reżyser wzmacnia dramaturgicznie, pokazując ich twarze na ekranach w dużym zbliżeniu.

Kształt sceniczny

Scenografia – również autorstwa Krystiana Lupy – przedstawia obskurne pokoiki i „przestrzeń niczyją” – coś w rodzaju podziemnego przejścia, z jego brzydotą i graffiti, z dominującym napisem „Revolt”. Wszystko to jakby rozpruta i brudna podszewka cywilizacji, w której także toczy się życie czy może jego karykatura.
Młodzi szwajcarscy aktorzy znakomicie wypełnili swoje zadania aktorskie – nietypowe przecież i trudne, za co należą się im słowa uznania.

Sztuka „Poczekalnia” w reżyserii Krystiana Lupy jest wyzwaniem dla widzów. Jeśli jednak nie uciekną ze spektaklu w przerwie między jego częściami albo wcześniej, otrzymają w nagrodę to, co może w sztuce najważniejsze – nie tylko znakomity warsztat teatralny, ale także inspirację do przemyśleń na temat ludzkiej kondycji. Jak u Dostojewskiego.

poniedziałek, 27 listopada 2017

„Immanuel Kant” operowo, czyli groteskowa apokalipsa /recenzja/

5. Festiwal Oper Współczesnych we Wrocławiu rozpoczął w wielkim stylu „Immanuel Kant” Thomasa Bernharda, z muzyką Leszka Możdżera, wyreżyserowany przez Jerzego Lacha. Można się było przekonać, że współczesna opera stawia ważne filozoficzne pytania i robi to w dodatku w atrakcyjnej formie. Jak niegdyś Bob Fosse w swoich filmach, które na zawsze zmieniły oblicze musicalu.

baner 5. Festiwalu Oper Współczesnych

„Immanuel Kant” Thomasa Bernharda

Dramat Thomasa Bernharda zwykliśmy kojarzyć z teatrem, a w szczególności z przedstawieniem Krystiana Lupy, który po twórczość austriackiego pisarza sięgał wielokrotnie, a jego spektakl „Immanuela Kanta” z 1996 roku, zyskał sławę i uznanie.

Sztuka Bernharda nie ma nic wspólnego z realizmem - jest metaforą i myli się, kto sądzi, że mamy do czynienia z historią prawdziwą, w której to Immanuel Kant faktycznie popłynął statkiem do Ameryki w towarzystwie swojej żony, służącego Ernsa Ludwika i papugi imieniem Fryderyk. W rzeczywistości Kant nigdy nie opuścił Królewca, nie był żonaty i nie wiadomo, czy w ogóle miał papugę. A jeśli nawet, to z pewnością nie przypominała tej z dramatu, w którym również pełni rolę metafory. 

W sztuce austriackiego pisarza Kant płynie do Ameryki, aby odebrać kolejny doktorat honoris causa, a przede wszystkim – by amerykańscy profesorowie (którzy są najlepsi!) zoperowali mu oczy. W przeciwieństwie do pasażerów,  orientujemy się, że płyną do świata, który jest płytki i nie zajmuje się filozoficznymi rozważaniami, ale za to można w nim odzyskać zdrowie: wzrok albo nową rzepkę kolanową, która jest jak naturalna.

„Ja zawiozę Ameryce rozum, Ameryka da mi wzrok” – powtarza z wiarą Kant.

Pozostali pasażerowie to przekrój europejskiej śmietanki: Milionerka, Kardynał, Admirał, Kolekcjoner Sztuki... Luksusowy transatlantyk w jakimś sensie symbolizuje pogrążoną w kryzysie Europę, która podąża do wspaniałej i podziwianej Ameryki – do nowego, lepszego świata. Transatlantyk zdaje się być jak „statek głupców”– metaforą upadku i szaleństwa nowożytnej Europy. Pasażerowie, choć mają się za elitę, są właściwie karykaturalni – groteskowi i zabawni. Jedynie Kant uchodzić może za kwintesencję europejskiej myśli. Ale i on ciągle narzeka i gdera, głównie na służącego, który nieumiejętnie odsłania klatkę z Fryderykiem. Jest po trosze mizantropem jak sam autor, o którym wiadomo, że ciężko chorował i przedwcześnie zmarł. Zresztą, jak powiada sceniczny Kant, nie da się filozofować na pełnym morzu.

Na koniec, zamiast happy andu w hollywoodzkim stylu, jesteśmy świadkami ostatecznej klęski. Krystian Lupa w swoim spektaklu nie stawiał jednak kropki nad „i”, lecz kazał zastygnąć bohaterom w stop klatce, dając w ten sposób większą przestrzeń do refleksji widzowi.

Jędrzej Tomczyk (Fryderyk) i Artur Janda (Kant), fot. M. Grotowski, 
Opera Wrocławska


Kant w operze


Oczywiście nie jest „upiorem w operze”, ale za sprawą użytej konwencji nabiera charakteru groteskowego. Skomponowanie opery na podstawie sztuki Thomasa Bernarda było z pewnością aktem odwagi i wyobraźni. Na szczęście, nie zabrakło jej ani kompozytorowi, Leszkowi Możdżerowi, ani reżyserowi i autorowi scenografii, Jerzemu Lachowi. Ten ostatni sięgał już wcześniej po twórczość Thomasa Bernarda, realizując w 1997 roku spektakl „Ucieczka do Ameryki”, zaś operę z muzyką Leszka Możdżera przygotowywał wcześniej w Warszawskiej Operze Kameralnej. Jednak to we Wrocławiu miała ona swoją prapremierę. Niewątpliwie jest dzieło precyzyjnie przemyślane, o czym świadczą brawurowe efekty sceniczne.
Przedsmak tego znakomicie przygotowanego przedstawienia operowego mają widzowie już w foyer, gdzie przemykają majtkowie pokładowi, oni też wpuszczają ich na widownię – jak na statek. I tak oto stajemy się poniekąd członkami załogi tego "statku szaleńców". Muzycy grają wiedeńskie walce, co jako żywo kojarzy się z Titanikiem (a wiadomo, z czym kojarzy się Titanic :-)), zaś po scenie snują się marynarze, dopingowani do pracy przez Stewarda z charakterystycznym nerwowym tikiem.


Marcin Grzywaczewski (Admirał), Katarzyna Haras-Kruczek (Żona Kanta)/
fot. M. Grotowski, Opera Wrocławska
Wszystkie postacie są zindywidualizowane i charakterystyczne: dzięki odpowiednim kostiumom (Ewy Minge!), choreografii, gestom, a przede wszystkim – dzięki wygłaszanym/wyśpiewanym kwestiom. Oczywiście, centralnym bohaterem spektaklu jest Kant (w tej roli gościnnie wystąpił znakomity Artur  Janda). Ubrany w elegancki smoking, nosi ciemne okulary, spoza których nie widać dobrze jego twarzy, jakby się izolował od reszty. Jego żona, odziana w czarną, elegancką suknię, towarzyszy mu dyskretnie i pośredniczy pomiędzy nim a tzw. światem zewnętrznym. Tytułowy bohater zajmuje się głównie Fryderykiem, który jest symbolem umysłu wielkiego filozofa, zamkniętego w klatce, a więc pozbawionego możliwości komunikacji ze światem. Kant jednak sądzi, że odsłaniając go powoli, będzie mógł ostatecznie zademonstrować go światu, a ten doceni jego geniusz. Na razie więc Kant pilnuje, aby odsłonięcie nie było zbyt gwałtowne i przedwczesne. W swojej interpretacji tego wątku Leszek Możdżer twierdził podczas konferencji prasowej, że zasłona na klatce papugi ma jakiś ukryty, głębszy związek z "apokalipsą", słowo to bowiem oznacza "odsłonięcie" (tajemnicy), "zerwanie zasłony". I może prawda bywa dla nas aż tak niebezpieczna, że trzeba nam ją dozować - dowodził

Artur Janda (Kant), Katarzyna Haras-Kruczek (Żona Kanta)/fot. M. Grotowski,
Opera Wrocławska
Podczas podróży Kant nie filozofuje, wygłasza jedynie krótkie kwestie, bo uważa, że mówić o rozumie na pełnym morzu, to niemożliwe.  W swoich zapędach krytycznych wzywa natomiast głównego kucharza, aby mu wytknąć błędy w gotowaniu zup, które mu nie odpowiadają, a poza tym podobno pływają w nich włosy. Kucharz z szacunkiem zdejmuje czapkę, dzięki czemu przekonujemy się, że ... jest łysy :-)

Towarzystwo na statku toczy rozmowy o wszystkim i o niczym, ale tylko pozornie. W istocie konwersacje te mówią wiele o kondycji umysłowej współczesnego człowieka. Jedną z najbardziej znaczących jest scena z lampionami oraz uczta. Towarzystwo, coraz bardziej ożywione alkoholem i podróżą, zaczyna tańczyć, a wreszcie ruszają w korowodzie. Oczywiście, Kant nie bierze w tym udziału. Panuje powszechna euforia, zbliża się upragniona Ameryka. Gwiaździste niebo nad statkiem, będące aluzją do znanego cytatu filozofa, staje się oceanem, wodą – niczym. Toteż finał podróży jest nieco zaskakujący, choć w gruncie rzeczy można się go było spodziewać. Zamiast spodziewanego szacunku i uznania, Kant zostaje wpakowany w kaftan bezpieczeństwa, a Fryderyk – ubrany w elegancki garnitur – dziękuje publiczności. Ironia? Nikomu nie jest potrzebny filozof, który zajmuje się krytyką czystego i praktycznego rozumu albo też metafizyką moralności. To wręcz niebezpieczne! Toteż Kant musi być potraktowany jako szaleniec, który „nie pasuje” do nowoczesnego społeczeństwa. Finałowa apokalipsa ma jednak wymiar groteski – patrzymy na nią z niedowierzaniem, że dzieje się już.

scena zbiorowa: Uczta/fot. M. Grotowski, Opera Wrocławska
Przedstawienie operowe „Immanuel Kant” ma nie tylko znakomitą muzykę – Leszek Możdżer wniósł do tradycyjnej operowej formy powiew świeżości. Jego kompozycje, znakomicie wykonane przez artystów, „rymują się” ponadto z groteskową konwencją spektaklu. Każda rola jest prawdziwą perełką, a przy tym stanowią one precyzyjnie przemyślaną całość. Reżyser, zaprawiony w bojach po „Operetce” Gombrowicza, tworzy oryginalny spektakl operowy, w którym błyskotliwej formie odpowiada głęboka filozoficzna treść. Refleksja nad współczesnym światem – jego wartościami (czy raczej ich brakiem) oraz jego priorytetami niezmiernie rzadko pojawia się na deskach sceny operowej. Tym większe uznanie dla twórców i wykonawców tego znakomitego dzieła.

„Immanuela Kanta” Można było zobaczyć w Operze Wrocławskiej 25 i 26 listopada 2017 roku.

Dyrygent: Przemysław Fiugajski
Reżyseria i scenografia: Jerzy Lach
Reżyseria świateł: Kamil Jach
Kostiumy: Ewa Minge
Choreografia: Jarosław Staniek

obsada:

Kant - Artur Janda*
Pani Kant - Katarzyna Haras-Kruczek
Milionerka - Hanna Sosnowska
Fryderyk - Jędrzej Tomczyk*
Ernst Ludwig - Jerzy Szlachic
Kapitan - Wojciech Parchem*
Admirał - Marcin Grzywaczewski
Kardynał - Barbara Bagińska
Kolekcjoner - Marek Klimczak
Steward - Mirosław Gotfryd
* - gościnnie


piątek, 24 lipca 2020

Legendarni Molesta Ewenement, Krystian Lupa i gorzka lekcja miłości - prezentujemy filmy z Konkursu Polskich Filmów Dokumentalnych

Każdego roku w programie Millennium Docs Against Gravity pojawiają się doskonałe filmy polskie, często biorące także udział w Konkursie Głównym.  Najwyższa jakość polskiego kina dokumentalnego i różnorodność tematów poruszanych przez reżyserki i reżyserów zasługują na szczególne uznanie. Dlatego po raz pierwszy w historii festiwalu Millennium Docs Against Gravity pojawi się Konkurs Polskich Filmów Dokumentalnych. Do rywalizacji o tytuł Najlepszego Filmu Polskiego zostało zakwalifikowanych 11 tytułów.


Historia kultowego składu hip-hopowego, opowieść o Krystianie Lupie czy ucieczka z toksycznego małżeństwa – to jedynie wybrane tematy poruszane przez polskich twórców w filmach, które zostaną pokazane w tym roku na festiwalu.

Artystyczna podróż przez pokolenia


Skandal Ewenement Molesty, fot. Krzysztof Kowalski

W podróż na ursynowskie blokowisko z lat 90. zabiera widzów Bartosz Paduch w filmie „Skandal. Ewenement Molesty” („Scandal”), który będzie miał na festiwalu swoją światową premierę. Członkowie kultowego dla polskiej sceny muzycznej składu opowiadają o miłości do tworzenia muzyki, która była powiewem świeżości w Polsce tamtego okresu, oraz o późniejszym sukcesie i rozpadzie składu.

Tego nie da się wyreżyserować, kadr z filmu

Do świata innego wybitnego artysty zapraszają Dorota Wardęszkiewicz i Piotr Stasik (reżyser „21 x Nowy Jork”) w filmie „Tego nie da się wyreżyserować” („This Cannot Be Directed”). Przyglądają się uważnie próbom do spektaklu Krystiana Lupy, powoli odkrywając budzącą kontrowersje metodę pracy wybitnego reżysera z aktorami. Film także będzie miał swoją światową premierę podczas Millennium Docs Against Gravity.

Kadr z filmu Wnętrza

Kolejnym fascynującym portretem artysty  jest „Z wnętrza” („From Within”) w reżyserii Cezarego Grzesiuka, Tomasza Szwana i Krystiana Kamińskiego. O historii Beksińskich wiele już powiedziano. Dążąc do odkrycia prawdziwego oblicza tej rodziny, reżyserzy postanowili oddać w całości głos samym zainteresowanym. Wracają do bogatej kolekcji archiwalnych filmów nagranych przez Zdzisława Beksińskiego i odkrywają zupełnie nową, świeżą perspektywę. Film miał światową premierę podczas festiwalu Nowe Horyzonty.

Skomplikowany świat relacji 


Kadr z filmu Lekcja miłości

O relacjach między ludźmi opowiadają dwa niezwykle polskie filmy, które widzowie będą mieli okazję zobaczyć podczas Millennium Docs Against Gravity. Nowe życie pragnie rozpocząć 69-letnia Jola, bohaterka „Lekcji miłości” („Lessons of Love”) Małgorzaty Goliszewskiej i Katarzyny Matei. Uwalnia się z wieloletniego toksycznego związku i wraca do rodzinnego Szczecina. Tam poznaje nową miłość i postanawia spełnić swoje marzenia. Światowa premiera filmu odbyła się na prestiżowym festiwalu IDFA w Amsterdamie.

Kadr z filmu Między nami

Za to z parami o różnym stażu postanowiła porozmawiać Dorota Proba w filmie „Między nami” („Between Us”). Bohaterowie odkrywają przed nią największe lęki, ale też radość płynącą z bycia razem. Historie przepełnione poczuciem humoru składają się na intymny obraz codzienności związków. Ciekawostka: Dorota Proba jest od wielu lat autorką niepowtarzalnych zwiastunów naszego festiwalu.

Na krawędzi


W zupełnie innym miejscu świata zespół himalaistów wyrusza, żeby wejść na niezdobytą dotąd ścianę wschodnią Góry Jannu, zwaną Khumbakarną. Dołącza do nich Eliza Kubarska (reżyserka „K2. Dotknąć nieba”) w „Ścianie cieni” („The Wall of Shadows”). Razem stawiają czoła trudnościom, jakie przygotowała dla nich święta góra Szerpów. Film będzie miał swoją europejską premierę na festiwalu. 

Kadr z filmu Wieloryb z Lorino

W ekstremalną podróż wybrał się także Maciej Cuske, który w filmie „Wieloryb z Lorino” („The Whale from Lorino”) pokazuje Rosjan, Czukczów i Eskimosów żyjących wspólnie na Półwyspie Czukockim. Jednym z rytuałów, które łączą tę wspólnotę, są krwawe polowania na zagrożone wyginięciem wieloryby. Film miał swoją premierę na festiwalu IDFA. 


Kadr z filmu Tony Halik

Niewykluczone, że do równie odległego miejsca mógłby dotrzeć także bohater filmu Marcina Borchardta „Tony Halik” („Tony Halik”). To opowieść o podróżniku i dziennikarzu, którego życie stało się legendą i nikt nie wie, w ilu procentach prawdziwą. Znał wszystkich, wszystkich filmował, wszyscy chcieli z nim rozmawiać: Fidel Castro, królowa Elżbieta, Evita Peron, Richard Nixon. Za swoją pasję i pogoń za marzeniami musiał jednak zapłacić. Film będzie miał na festiwalu swoją światową premierę. 

Kadr z filmu Blizny

Z kolei Agnieszka Zwiefka w „Bliznach” („Scars”) poznaje historię Vetrichelvi, która miała zaledwie 17 lat, gdy wstąpiła do terrorystycznej organizacji Tamilskich Tygrysów podczas wojny domowej na Sri Lance. Razem ze swoją bohaterką reżyserka szuka odpowiedzi na pytanie, jak zacząć nowe życie po opuszczeniu organizacji terrorystycznej? Film miał swoją światową premierę na One World – International Human Rights Documentary Film Festival w Pradze.

W obliczu choroby 


Kadr z filmu Powiedz tak lub nie

Polscy twórcy pokazują także w swoich filmach różne oblicza choroby i zmagania bohaterów z odchodzeniem oraz z cierpieniem najbliższych. „Powiedz tak lub nie” („Say Yes / No”) Pawła Hejbudzkiego to z jednej strony historia Eweliny i jej przyjaciółki Grażyny, które wspierają się w codziennej walce o kontakt z synami przebywającymi w jedynej w Polsce warszawskiej Klinice Budzik, znanej z cudownych wybudzeń ze śpiączki pourazowej. Z drugiej strony to opowieść o sytuacji kobiet, na których barkach często leży wychowanie i opieka nad dziećmi, bez względu na ich możliwości psychiczne czy chęć realizowania także swoich pragnień. Film będzie miał swoją światową premierę na festiwalu.

Kadr z filmu Jeszcze zdążę

Równie intymny portret ludzkich emocji, które pojawiają się w sytuacji choroby, pokazuje Aleksandra Kutz w filmie „Jeszcze zdążę” („The Time Busters”). To opowieść o osobach, które mieszkają w hospicjum i muszą w obliczu zbliżającego się końca życia przemyśleć, jakie wartości mają dla nich największe znaczenie. Film będzie miał swoją światową premierę na festiwalu.

Pełna lista tytułów w Konkursie Polskich Filmów Dokumentalnych:

„Skandal. Ewenement Molesty”
Scandal
reż. Bartosz Paduch
Polska 2020

„Tego nie da się wyreżyserować”
This Cannot Be Directed
reż. Dorota Wardęszkiewicz, Piotr Stasik
Polska 2020

„Lekcja miłości”
Lessons of Love
reż. Małgorzata Goliszewska, Katarzyna Mateja
Polska 2019

„Ściana cieni”
The Wall of Shadows
reż, Eliza Kubarska
Polska, Niemcy, Szwajcaria 2020

„Blizny”
Scars
reż. Agnieszka Zwiefka
Polska, Niderlandy, Niemcy 2019

„Powiedz tak lub nie”
Say Yes/No
reż. Paweł Hejbudzki
Polska 2020

„Jeszcze zdążę”
The Time Busters
reż. Aleksandra Kutz
Polska 2020

„Tony Halik”
Tony Halik
reż. Marcin Borchardt
Polska 2020

„Wieloryb z Lorino”
The Whale from Lorino
reż. Maciej Cuske
Polska 2019

„Między nami”
Between Us
reż. Dorota Proba
Polska 2020

„Z wnętrza”
From Within
reż. Cezary Grzesiuk, Tomasz Szwan, Krystian Kamiński
Polska 2019

Filmy w Konkursie Polskich Filmów Dokumentalnych mają szansę na Nagrodę dla Najlepszego Filmu Polskiego oraz na Nagrodę za Najlepszą Produkcję w Konkursie Polskim od studia Smakjam. Smakjam to studio postprodukcyjne z siedzibami w Warszawie i Londynie, które od ponad 13 lat zajmuje się opowiadaniem najróżniejszych historii. Specjalizuje się w postprodukcji obrazu i dźwięku produkcji telewizyjnych, filmowych i reklamowych w ramach współpracy zarówno z międzynarodowymi koncernami medialnymi, organizatorami kampanii społecznych, jak i obiecującymi niezależnymi twórcami, którzy są na początku swojej kariery. Smakjam to kilkudziesięciu pasjonatów, którzy znają wszelkie tajniki korekcji barwnej, conformingu, montażu, tworzenia scenariuszy i oprawy audiowizualnej kampanii promocyjnych oraz na co dzień pracują z ponad 20 językami.

informacja prasowa

Wszystko jest poezją. O wystawie Ewy Rossano w Muzeum Pana Tadeusza

10 kwietnia w Muzeum Pana Tadeusza we Wrocławiu otwarto wystawę "Ogród wypowiedzianych słów", której autorką jest malarka i rzeźbi...

Popularne posty