Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania stanisław orzechowski, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania stanisław orzechowski, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 maja 2018

Módl się, pracuj i ... nie bądź smutny /D.A. Wawrzyny/

„Bezczynność jest wrogiem duszy.
Dlatego też bracia muszą się zajmować
 w określonych godzinach pracą fizyczną
i również w określonych godzinach
 czytaniem duchownym”
(RB 48,1)

Św. Benedykt Fot. Archiwum Opactwa Tynieckieg
Ta myśl św. Benedykta nie zdezaktualizowała się ani na jotę. Kto trwoni czas, jałowieje. Współczesny człowiek niezmiernie rzadko ma szczęście pracować w radosnym przekonaniu, że to, co robi, ma głęboki sens i służy innym. Bywa i tak, że praca może stać się udręką, kiedy wykonujemy ją w duchowej pustce: dla jakiejś „orwellowskiej” Firmy, która nas osacza i zniewala. Tymczasem powinna być dobrem, ponieważ sam Bóg wezwał człowieka do pracy: „umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał” (Rdz 2, 15). Tym ogrodem jesteśmy także my sami. Zachwaszczony – może stać się obrazem naszej zaniedbanej duszy.

Przytoczony przeze mnie w charakterze motta fragment Reguły św. Benedykta przypomina ponadto, jak istotny jest wewnętrzny ład, odpowiednie proporcje między pracą fizyczną a duchową, wskazując jednocześnie na to, że wykonywane obowiązki należy przemieniać modlitwą i medytacją.

Owa benedyktyńska zasada „ora et labora” („módl się i pracuj”) poucza także, że żyjąc w rytmie pracy i modlitwy (z prymatem tej ostatniej), stajemy się wolni, a także bardziej otwarci na Boga i ludzi.

 Choć trudno oprzeć się wrażeniu, że Reguła św. Benedykta wydaje się być ponadczasowa i uniwersalna, to przecież nikt nas takiego stosunku do pracy nie uczy. W powszechnej świadomości praca jest środkiem do zdobywania pieniędzy na utrzymanie oraz drogą do tzw. kariery. Zalecenie Benedykta, aby traktować pracę jako służbę dla innych, wywołałoby zapewne u większości ironiczną reakcję – jako nierealne w najlepszym razie.   Na szczęście tak dziś, jak i w czasach Benedykta, zdarzają się nieliczni szczęśliwcy, ci „nawiedzeni”, którzy zyskali wewnętrzne przekonanie, że praca może stać się źródłem radości i drogą do Boga. Można tego doświadczyć niekoniecznie wtedy, gdy zdecydowaliśmy się na życie mnisze . Wystarczy, że pojedziemy na rekolekcje do klasztoru benedyktynów w Tyńcu albo do... Morzęcina Wielkiego.

    „Orzechowe” ora et labora


Morzęcin Wielki to nieduża wieś w pobliżu Obornik Śląskich. Nie widać jej na mapie, ale każdy zagadnięty po drodze człowiek wskaże właściwą drogę do „gospodarstwa Orzecha”, czyli ks. Stanisława Orzechowskiego, duszpasterza DA „Wawrzyny” we Wrocławiu, a także – nie bez pokrycia – Diecezjalnego Duszpasterza Ludzi Pracy. Dodajmy: jedynego chyba w Polsce księdza, który oprócz dusz pasie również owce i barany :-)

dom w Morzęcinie Wielkim, fot. B. Lekarczyk-Cisek

Rekolekcje „ora et labora” odbywają się w Morzęcinie na początku lipca od  około ośmiu lat. Dom rekolekcyjny, odziedziczony po pomysłodawcy – dominikaninie o. Ludwiku Wiśniewskim, jest ciągle „w budowie”. Latem nie ma to jednak większego znaczenia, ponieważ centralnym miejscem rekolekcji jest czworokątny placyk pod drewnianą góralską wiatą. Miejsce to niezwykłe: ogromny surowy pień dębowy stanowi ołtarz, a proste drewniane stoły i ławy służą ludziom przy modlitwie, posiłkach i konferencjach. A niekiedy także jako miejsce pracy. Gospodarstwo wokół domu stanowi naturalne otoczenie. Siedząc tak w pobliżu ołtarza – pnia, sycąc wszystkie zmysły widokiem i odgłosami natury, nabieram wewnętrznego przeświadczenia, że stanowią one jedną harmonijną całość. Znowu jestem w ogrodzie dzieciństwa, a Orzech mówi równie obrazowo, jak mój dziadek, o rzeczywistości bosko-ludzkiej. Na przykład o tym, że człowiek powinien – jak rosnące wzdłuż drogi słoneczniki – „obracać się” za Panem Bogiem...

Ks. Stanisław Orzechowski "Orzech" z kotem podczas konferencji
o egzorcyzmach 😀, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek




„... muszą się zajmować w określonych godzinach pracą fizyczną..”

 – czyli o rytmie dnia



Każdy dzień rekolekcji ma tutaj swój stały rytm. O 7.00 Jutrznia, w czasie której śpiewamy psalmy i prowadzimy modlitwę chórową, po niej – Msza św. z homilią, która wprowadza nas w czekające zadania, usposabia refleksyjnie. Po niej – w tym samym miejscu, gdzie się przed chwilą modliliśmy - spożywamy śniadanie. Przygotowujemy je wspólnie i chętnie sobie usługujemy. Po śniadaniu rozdzielane są zadania. Wykonujemy różne prace fizyczne, współpracując najczęściej w małych grupkach. Ponieważ z nieba leje się żar, trzeba sobie także i z tym poradzić. Wybieram pracę w zachwaszczonym ogrodzie. Pokrzywy trochę parzą, ale w nagrodę znajduję nieoczekiwanie samotnie wędrującą gałąź dzikiego wina, którą upinam we właściwym miejscu. Z wybujałych rumianków sporządzam wielki bukiet – ozdobi potem stół albo ołtarz. Okazuje się, że sąsiad pozwala nam zebrać pozostałe na plantacji truskawki. Trzeba zostawić zaciszny, zacieniony ogród i ruszyć na rozgrzane upałem pole. Nie mam zbytnio ochoty, ale tłumię to w sobie i idę. Tymczasem radzę sobie całkiem nieźle i nawet tak bardzo nie odczuwam ani spiekoty,  ani kilkugodzinnego pochylenia się. Zbieramy aż do skutku, a potem ... wcale nie odpoczywamy, bo truskawki należy szybko oczyścić i zamrozić, aby się nie zepsuły. Trochę podjadamy – są pyszne. 


Ksiądz Stanisław Orzechowski i ks. Wojciech Zięba w Morzęcinie Wielkim,
zdjęcie z okolicznościowego numeru "Wawrzyna"

Po posiłku sjesta. Nareszcie można schronić się gdzieś przed palącym słońcem i oddać lekturze. Kto nie czyta, może dalej pracować, zwłaszcza gdy jest to niezbędne (sprawy „na wczoraj”, karmienie i pojenie zwierząt). W wolnym czasie czytam A. Grüna i słucham muzyki Bacha („W muzyce religijnej Bóg jest zawsze obecny ze swoją łaską”, jak napisał mój ukochany lipski Kantor),  od której jestem – szczęśliwie! -  uzależniona. W Morzęcinie, siłą rzeczy, dawkuję ją sobie.


O 17.30 – konferencje. Poprzedza je lectio divina – głośne czytanie Pisma Świętego. W tym roku tematem były... egzorcyzmy. A mówiąc ściślej, rozważano myśli kardynała Leona J. Suenensa, dotyczące wskazań, co to znaczy być chrześcijaninem, wierzyć, modlić się i żyć po chrześcijańsku u progu trzeciego tysiąclecia. Zazwyczaj też po konferencji następowało dzielenie  się refleksją, rozważania własne. Ponieważ temat był „gorący”,  nie mogło więc w trakcie jego przedstawiania zabraknąć... czarnego kota (w ikonografii oznacza on złego ducha). Na szczęście, i tym razem ks. Orzechowski opanował sytuację...  Podobnie czynił w przypadku młodych animatorów, którzy w Morzęcinie  ćwiczą się w prowadzeniu konferencji - gdy sumował ich wystąpienia własną refleksją.  To próba także dla nas, słuchaczy. I wszyscy – mówiący i słuchający - wychodzimy z niej zwycięsko.

19.30 – modlitwa wieczorna i kolacja. Ale to bynajmniej nie koniec dnia, bo ludzie grają jeszcze w siatkówkę albo organizują ognisko ze śpiewem. Idę na spacer w kierunku wielkiej gruszy. Każdy tutaj zna ją jako „gruszę Orzecha”. Kiedy pasie owce, zwykle siaduje oparty o jej pień i czyta lub robi notatki do kazań. Grusza jest rzeczywiście imponująca i daje upragniony cień. Wokół wzgórza, jak okiem sięgnąć, rozciągają się łąki. Słychać granie koników polnych, a wieczorne powietrze pachnie ciepłą trawą. Jest radośnie...

Dodam, że na rekolekcje pojechałam z mężem (który był tylko kilka dni) oraz z synem Michałem. Ten ostatni pomagał dziewczynom paść owce (jak się okazało, nie było to łatwe, bo zwierzęta płochliwe i wcale ich nie słuchały), przy selekcji starych ziemniaków... Może to prozaiczne czynności, ale w grupie było wesoło, ciągle ktoś żartował. \
Po gospodarstwie snuły się także koty. Próbowaliśmy je dokarmiać suchą karmą i trochę za dużo się Misiowi (wówczas ok. 10 lat) sypnęło. Koty nie dały rady, za to Orzech zrobił śledztwo w sprawie marnowania jedzenia. Wszyscy trochę się bali, a Michał mi potem opowiadał, że "całe życie przebiegło mu przed oczami" :-) Na szczęście, Orzech domyślił się, że to on i widząc przerażenie w jego oczach, zaprzestał zadawania surowych pytań, pouczył tylko, że nie należy marnować jedzenia.


Módl się, pracuj i … nie bądź smutny


W orędziu do opata Monte Cassino z dnia 21 marca 1980 roku papież Jan Paweł II podkreślił potrzebę nawiązania do tradycji wyzwalania człowieka, jaką była w świecie starożytnym Reguła św. Benedykta. Zadał wówczas znamienne pytanie:

Dlaczego to benedyktyńskie hasło (ora et labora – módl się i pracuj) nie jest obecnie w naszym świecie orędziem nawołującym do wyzwolenia siebie z niewoli konsumizmu, z niewoli przyzwyczajeń w myśleniu i sądzeniu, przy ustalaniu programów i stylów życia wyłącznie pod kątem ekonomii.

I dodał:

Módl się, pracuj i … nie bądź smutny.



Wypowiedź ks. Stanisława Orzechowskiego:

Ważnym zagadnieniem dla ludzi świeckich jest przygotowanie do pracy. Od gospodarza  związanego kiedyś z DA  otrzymaliśmy stajnię do adaptacji i kawał pola do zagospodarowania. Na początku przyjechało około 150 osób, które po bohatersku – w zimnie, błocie, w skromnych warunkach bytowych – budowały zręby gospodarstwa. Odkrywaliśmy przy tym wspólnie radość, jaka płynie z dotknięcia rzeczy prostych: ognia, wody, błota, błogosławieństwa słońca. Wielu po raz pierwszy doświadczyło, jak wspólna praca zbliża ludzi. Pełna postawa chrześcijanina to „czyn, słowo i modlitwa”. Umiejętność zbiorowej pracy i czerpania z niej radości jest przydatna zarówno w małżeństwie, jak i w życiu publicznym. Powiedziałbym nawet, że bez niej, przy największej pobożności, zarówno małżeństwo, jak i działalność publiczna człowieka musi być jakaś kulawa. Pierwsze rekolekcje w Morzęcinie były zorganizowane wokół książki kardynała Stefana Wyszyńskiego „Duch pracy ludzkiej”. Okazała się rewelacyjna! Wyszyński pisał np. o radości pracy. Zdumiał mnie, kiedy przeczytałem I rozdział zatytułowany „Pracujący Bóg”. Pokazał pracującego Boga...Uczenie chrześcijańskiej pracy prawie nie istnieje. Bardzo rzadko ludzie pojmują pracę jako współpracę z Bogiem. Niewiele osób pamięta o modlitwie na początku dnia. Mało jest tych, którzy za pracę dziękują, cieszą się nią. Morzęcin ma ambicje być miejscem przetrenowania pracy w normalnych warunkach.Obecnie w Morzęcinie odbywają się wakacyjne kursy przedmałżeńskie, przyjeżdżają rodziny z Mołdawii. Miałem pomysł, aby brać tam także bezdomnych, pogubionych – żeby oni się jakoś przez pracę i opiekę nad zwierzętami podnieśli. Niektórym się to udało.Istnieje gotowy projekt rozbudowy domu rekolekcyjnego. Wówczas będzie tam można organizować różne ważne i pożyteczne działania. Na razie brakuje na to pieniędzy, ale ufam, że jest to przejściowa przeszkoda.

Artykuł ukazał się pierwotnie w "Nowym Życiu"/lipiec 2009.

wtorek, 11 grudnia 2018

O czym Szumią Jesiony - 20-lecie Chóru Duszpasterstw Akademickich "Szumiący Jesion" /DA Wawrzyny/

Koncert jubileuszowy chóru Szumiący Jesion w DA Wawrzyny, fot. Marek Cisek

13 maja A.D. 2006  Chór Duszpasterstw Akademickich “Szumiący Jesion” obchodził 20-lecie swego istnienia.  Jego założycielka, Pani prof. Zofia Urbanyi-Krasnodębska przygotowała z Jubilatami Missa brevis F-dur KV 192 W. A. Mozarta. Zaś duchowy opiekun chóru – ks. Stanisław Orzechowski - celebrował uroczystą Mszę św. i wygłosił płomienną homilię. Były wzruszające wspomnienia, refleksje i radość. Odsłonięto tablicę pamiątkową.

O CZYM SZUMI JESION?

Był czwartek, 3 kwietnia 1986 r. Pani Profesor dobrze pamięta tę datę, ponieważ przypadały wtedy imieniny Jej męża Ryszarda (dr.  matematyki, usuniętego z Politechniki Wrocławskiej za protest w obronie studentów w 1968 r.). „Było ponuro – wspomina – więc postanowiliśmy z mężem trochę  poszerzyć obszar wolności... Poszliśmy do Orzecha, aby Go przekonać, że warto założyć chór duszpasterstw akademickich, a On nie tylko nie dał się prosić, ale nam oznajmił, że tego pragnął i że chyba Pan Bóg nas zesłał... Po czym ogłosił w niedzielę, że powstaje chór i już we wtorek odbyły się pierwsze zapisy. Przyszło 17 osób odbyła się pierwsza próba. Po pół roku było już 70 osób.”  Wtedy chór nie miał jeszcze nazwy. Latem Pani Profesor postanowiła zorganizować pierwszy obóz. I tak trafiono do Zawoi – bardzo pięknego zakątka w Beskidzie Wysokim. „Pojechało  ok. 30 chórzystów, którzy do dzisiaj  wspominają ten pobyt jako wyjątkowe przeżycie – kontynuuje Pani Profesor. Było też sporo osób z DA Wawrzyny, a pierwszymi tenorami byli Orzech i Malina (ks. Mirosław Maliński)”.

Ćwiczono najczęściej w plenerze, m.in. na łące należącej do Tadeusza Smolika, która stała się niebawem miejscem chrztu chóru. Chałupa, w której mieszkali starzy górale, była przywiązana do wspaniałego rozłożystego jesionu. Sprawiało to wrażenie, że swoją egzystencję zawdzięcza ona drzewu i że bez tego oparcia  rozpadłaby się pod wpływem mocniejszego podmuchu. Tam właśnie, na łące, w pobliżu jesionu odbyła się Msza św. i prawdziwy chrzest, a stara mieszkanka chaty – pani Smolikowa została matką chrzestną chóru. „Pamiętam taki obraz – wspomina Pani Profesor -  ołtarz na kamieniu, w strumieniu górskim, Orzech odprawia Mszę św., a my śpiewamy psalmy...” Wtedy tylko ona wiedziała, że nazwa ta jest swoistym wotum za uwięzionych działaczy „Solidarności”, stąd jej włoski odpowiednik: „Frassino Stormente”... Jakie treści kryła jeszcze, tego nikt nie przypuszczał. Dopiero kiedy w 1990 roku chór odbył pielgrzymkę koncertową do Włoch, wówczas w miejscowości Deiva Marina na Riwierze Włoskiej odkryto, że założycielką klasztoru benedyktynek jest s. Benedetta Frassinello (a więc „Jesionek”). Zaś po drodze z Pizy do Werony napotkano też jezioro i sanktuarium Frassino, z małym klasztorem Franciszkanów, poświęcone objawieniu Matki Bożej w 1511 r. („Maria ha scelto lo frassino a suo trono” – „Maryja wybrała jesion na swój tron”). Euforia z powodu tego odkrycia była wielka!  Potem, podczas kolejnych podróży, zawsze odwiedzano to sanktuarium.
W pierwszą rocznicę powstania chóru, 8 kwietnia 1987 r.,  zasadzono obok Kościoła św. Wawrzyńca małe drzewko jesionowe, które poświęcił wielki przyjaciel chóru bp Adam Dyczkowski. Szumi tam po dziś dzień swoje tajemnice.


PANI PROF. ZOFIA URBANYI-KRASNODĘBSKA.

prof. Zofia Urbanyi-Krasnodębska, fot. Marek Cisek

Artystyczny życiorys Pani prof. Zofii Urbanyi-Krasnodębskiej koresponduje ze słowami kardynała Josepha Ratzingera, obecnego papieża, który w książce „Nowa pieśń dla Pana”  tak oto pisze o artyście i o sztuce:
„To właśnie jest probierzem prawdziwej twórczości, że artysta wychodzi z ezoterycznego kręgu i potrafi tak kształtować swoją intuicję, aby również inni mogli usłyszeć to, co usłyszał on. Zawsze obowiązują przy tym trzy warunki prawdziwej sztuki wymienione w Księdze Wyjścia: artystę powinno skłaniać do twórczości jego serce, powinien on być biegły w swoim rzemiośle i powinien słyszeć to, na co wskazuje sam Pan” (s.169).

Pani prof. Zofia Urbanyi-Krasnodębska wychowała się w rodzinie muzyków i sama otrzymała staranne wykształcenie muzyczne. Współpracowała i zarazem rozwijała się pod bokiem mistrzów: pianisty Lucjana Galona, prof. Stanisława Wisłockiego – kompozytora i dyrygenta, współpracowała także ze znanymi śpiewakami: B. Ładyszem, A. Hiolskim, B. Nieman...Potem – z  dyrygentem Jerzym Semkowem, aktorem i reżyserem Aleksandrem Bardinim , a także dyrygentami i kompozytorami: Bohdanem Wodiczko i z Janem Krenzem.  Zwróciła się też w stronę muzyki dawnej, zakładając w 1966 r. Zespół Madrygałowy I MUSICI CANTANTI. W 1972 r. otrzymała propozycję objęcia stanowiska dyrygenta Opery Wrocławskiej. Wystawiła w niej siedem samodzielnych premier operowych, w tym światowe prawykonanie opery A. Vivaldiego La Verita in Cimento. Po odejściu z Opery Wrocławskiej rozpoczęła pracę pedagogiczną w Akademii Muzycznej i kontynuuje ją po dziś dzień – z wielkim sukcesem.  Mimo błyskotliwej kariery, nie tkwiła wyłącznie w ezoterycznym kręgu sztuki, lecz – zawsze otwarta i poszukująca, a także bezkompromisowa  - zaangażowała się w czasie stanu wojennego w działalność komitetu arcybiskupiego. Brała udział w procesach politycznych i organizowała pomoc dla represjonowanych więźniów. Z takich samych, głębszych pobudek, „usłyszała to, na co wskazał Pan” i postanowiła stworzyć chór akademicki. Śpiewający młodzi ludzie mieli dawać świadectwo wartościom chrześcijańskim i patriotycznym. I ten poryw serca, a także wieloletnia praca przyniosły dobre owoce dla obu stron.

 „Jestem czasami zmęczona – tym, że nie przychodzą, że coś nie wychodzi... Ale praca nad Mszą Mozarta to była rozkosz dla wszystkich i dla mnie też. Jeżeli się coś kocha, to wszystko inne przestaje się liczyć – dodaje Pani Profesor.  Myśmy nie tylko ćwiczyli śpiew. Czytaliśmy Norwida – mąż wspaniale czytał i komentował poezję, zwłaszcza „Rzecz o wolności słowa”.

 „Ten chór to był dar, który miał się rozwinąć - powiedział w czasie obchodów rocznicowych jeden z byłych chórzystów, brat Konrad, benedyktyn. Życie każdego z nas jest niepowtarzalne i do każdego Pan Bóg przemawia inaczej. Czasami muzyka pociągnie człowieka do Pana Boga... Chciałbym przypomnieć tę Mszę na Babiej Górze, kiedy w słocie, we mgle każdy z nas stał jakby przed swoją życiową drogą. Wtedy śpiewaliśmy Panu Bogu na chwałę, jednocześnie pragnąc poznać siebie samych. Tęskniliśmy za tym, żeby trochę światła i na nasze życie padło - aby  wypadło ono mądrze, dobrze...Dzisiaj tak się akurat stało, że mam celę znajdującą się od strony, skąd widać Babią Górę. I nie ma takiej przeszkody, abym – patrząc – nie pomyślał o Was i nie westchnął do Pana Boga za Wami.”

„SZUMIĄCE ANIOŁY”, CZYLI Z POLSKI W ŚWIAT

W 1989 r., po koncercie w Kościele św. Piotra i Pawła, główny duszpasterz akademicki we Wrocławiu – ks. Aleksander Zienkiewicz powiedział: „Powinniście się nazywać nie „Szumiące Jesiony”, lecz raczej „Szumiące Anioły...”
W istocie, jak na anioły przystało, zespół koncertował głównie w kościołach wrocławskich, a także szpitalach, domach dziecka. Śpiewano w wielu miejscowościach na Dolnym Śląsku: w Trzebnicy, Krzeszowie, Wambierzycach, Kłodzku, Wałbrzychu, Miliczu i in. Nie mówiąc już o tym, że chór udzielał się stale w środowisku akademickim. Śpiewano różnorodny repertuar – od chorału gregoriańskiego po muzykę współczesną. Wśród wykonywanych utworów można było usłyszeć także i tak bogate pozycje, jak 6-głosowy motet G.P. Palestriny Tu es Petrus, Magnificat T. Albinoniego   czy – szczególną wizytówkę chóru – Akatyst - maryjny hymn pochwalny kościoła bizantyjskiego. „Jesiony” szumiały na gdańskiej Zaspie – w czasie pielgrzymki Jana Pawła II do Polski w 1987 r., ale także podczas studenckich strajków na Uniwersytecie Wrocławskim w 1988 r. I  jak to Anioły – niczym nieograniczone - pofrunęły na tournee do Niemiec, na zaproszenie władz  Rheine – by uświetnić jubileusz 1150 roku założenia miasta. „To był nasz pierwszy wyjazd na Zachód. A że jako niepokorny kapelan „Solidarności” Orzech nie dostawał paszportów, postanowiłam, że mu go załatwię – opowiada Pani Profesor. Poszłam na Łąkową i oznajmiłam urzędnikowi, że ksiądz Orzechowski jest naszym opiekunem duchowym i że chór taką opiekę podczas wyjazdu mieć musi. Bardzo się zżymał, a na koniec powiedział, że ksiądz sam musi przyjść do urzędu. Bałam się o niego, więc poszliśmy razem. Przychodzimy, tłum ludzi i konsternacja: ksiądz z dziewczyną...(śmiech). No i dostał ten paszport!”
I tak to się zaczęło: „Jesiony” szumiały zarówno na Zachodzie, jak i na Wschodzie Europy. W 1990 r. chór odbył pielgrzymkę koncertową do Włoch, podczas której najważniejszym wydarzeniem było uczczenie Święta Matki Boskiej Częstochowskiej w Castel Gandolfo. Koncert nieoczekiwany, bo zabrakło wejściówek na papieską audiencję generalną, więc chór  sobie... wyśpiewał uczestnictwo we Mszy św. celebrowanej przez Jana Pawła II, a potem -  przyjęty na krótkiej audiencji, podczas której wręczono Papieżowi m.in. kasetę z nagraniami chóru oraz pracę magisterską jednej z chórzystek, zatytułowaną „Niektóre osobliwości języka Jana Pawła II”

„Po wyjściu z pałacu papieskiego – wspomina Pani Anna Konieczny, członkini chóru od 1986 r. – spotkaliśmy na drodze Włoszki w regionalnych strojach, bo było to Święto Brzoskwiń. Spontanicznie zaczęliśmy śpiewać, a one obdarowały nas pięknymi pachnącymi owocami...”
W 1991 r. „Jesiony” śpiewały już na Białorusi podczas uroczystości stawiania krzyży na grobach pomordowanych Polaków. Kiedy chór śpiewał w Niecieczy, mieszkańcy pytali: „Czy to już Polska może do nas wraca?”
Nie sposób w tak ograniczonych ramach wymienić miejsca, ludzi, wspomnienia... „Anioły” szumiały bowiem wszędzie tam, gdzie było to ważne i potrzebne: w Lourdes, Taizé, Turynie i innych znanych i mniej znanych sanktuariach Europy. W miejscach kultu i tam, gdzie Polacy walczyli i ginęli za wolność. Śpiewano pieśni sakralne, ale i poezję K.K. Baczyńskiego, i pieśni patriotyczne – na chwałę Bożą i ku pokrzepieniu serc. Śpiewano także w intencji poszczególnych członków chóru, ponieważ młodzi zaczęli się żenić i wychodzić za mąż. Z chóru wyszło aż 21 par! A zawiązane wówczas przyjaźnie trwają po dziś dzień.

JAK SZUMIĄ JESIONY WE WSPOMNIENIACH DAWNYCH UCZESTNIKÓW...

Państwo Anna i Mariusz Konieczny (sopran i bas, czyli „jesionowe małżeństwo”):

„Byłam bardzo nieśmiała – wspomina pani Anna, więc kiedy podczas pieszej pielgrzymki do Częstochowy w 1986 r. Orzech wygłosił swoim grzmiącym głosem konferencję o marnowaniu talentów, a ponadto oznajmił, że w duszpasterstwie tworzy się chór, postanowiłam się zapisać. Podeszłam nieśmiało do Orzecha i wyjąkałam pod nosem swoje pragnienie. Trochę się zdziwił, że jąkała chce do chóru, ale wskazał mi Tomka (Imirowicza). Zaledwie wróciłam z pielgrzymki, okazało się, że trzeba się zbierać do wyjazdu na obóz chóralny do Zawoi. Nie miałam ani odpowiednich butów, ani stroju, ale wsiadłam do pociągu. I oczywiście trafiłam do przedziału z Orzechem i Tomkiem. Znowu ze zdenerwowania zaczęłam się jąkać. A wtedy spadł mi na głowę wózek dziecięcy i ...lody puściły. To był mój chrzest bojowy! Na obozie poznałam wszystkich i zaprzyjaźniliśmy się. Te przyjaźnie trwają do dziś.”
„Codziennie była Msza św. – dodaje pan Mariusz. Pan Krasnodębski wygłaszał dla nas pogadanki na tematy filozoficzne. Starano się nas kształtować od strony zarówno religijnej, jak też duchowej. Mieliśmy bezcenne możliwości rozwoju. To były takie „rekolekcje przez życie”. W tamtych czasach było to rzeczą nową, odkrywczą.”
Pani Anna dodaje, że członkowie chóru spotykali się także poza próbami, koncertami i wyjazdami. Potrafili się wspaniale bawić – choćby i całą noc, po czym rano wspólnie szli na Mszę św. Radość, jaką dawało im wspólne śpiewanie na chwałę Bożą i dla ludzi, wielkie wzruszenia podczas mszy za ojczyznę, kiedy widzieli łzy w oczach słuchających i sami się wzruszali – wszystko to ukształtowało ich takimi, jakimi są dzisiaj. Mimo że są starsi o 20 lat, pracują, wychowują dzieci, nadal utrzymują z sobą kontakty. I nie jest problemem spotkać się z okazji rocznicowych uroczystości, jak również poświęcić – z radością – wiele godzin na wspólne próby, aby przygotować Mozarta. Dojeżdżają nawet codziennie – z Opola, z Niemodlina, a nawet ze Świnoujścia...
Obecnie chór „Szumiący Jesion” prowadzony jest na Akademii Rolniczej przez wychowankę pani prof. Z. Urbanyi-Krasnodębskiej – Katarzynę Krzywniak, zaś dawne Jesiony przybrały nazwę „Frassini Maggiori”(„Jesiony Większe”) i nadal chętnie śpiewają.


KSIĄDZ STANISŁAW ORZECHOWSKI

„Na różne sposoby przemawiał Pan Bóg do człowieka, także poprzez muzykę. Nigdy nie zapomnę tego drzewa w Zawoi, bo to było coś z mistyki. To jest tajemnica drzewa, przy którym stała chałupa, jak się potem okazało – przymocowana do tego jesionu. Przy tym drzewie nastąpiło piękne ślubowanie. To, co zaczęło się dziać z chórem, to przede wszystkim praca, ćwiczenia poszczególnych głosów na tych różnych łączkach, polankach... Na zakończenie przychodził Pan Profesor  ze swoim wykładem filozoficznym i nas oświecał. Nie spodziewałem się wówczas, że to doświadczenie – te trudy, ta praca staną się w moim życiu bardzo decydujące. Dzięki temu zacząłem jakoś lepiej wewnętrznie słyszeć. Otworzyłem się także duchowo na kontakt z Panem Jezusem. Kiedy podczas pielgrzymki do Jerozolimy znalazłem się w Bazylice Grobu Pańskiego, zacząłem słyszeć piękną muzykę. Było to porywające i wzruszające i sądzę, że nie przeżyłbym tego, gdybym wcześniej nie doświadczył pracy w chórze. Dziękuję Wam za wspaniałe podróże... Jest to piękny fragment mojego życia, który udało mi się przeżyć dzięki Wam".

KSIĄDZ ALEKSANDER RADECKI

„W pewnej parafii, wśród ogłoszeń znalazło się i takie: „Chcesz zobaczyć jak wygląda piekło, przyjdź posłuchać naszego organisty”. Ja chciałbym powiedzieć inne: „Chcesz zobaczyć, jak będzie w niebie, przyjdź posłuchać „Szumiącego Jesionu”.
   Msza św. jest czymś porywającym, ponieważ  jest „podsłuchiwaniem” muzyki niebiańskiej. Natomiast mniej  bierzemy pod uwagę, że ci, którzy śpiewają, rzeczywiście „rzeźbią” nie tylko swoje głosy. Człowiek, który śpiewa, jest inny. W nim się coś dokonuje – choćby przez posłuszeństwo dyrygentowi, przez niewybijanie się w zespole, przez punktualność, kulturę bycia, zauważanie drugiego człowieka...
A skoro jest to modlitwa, i to  podwójna, skoro jeszcze Komunia Święta, i to taka jeszcze, że Ojciec Święty musi interweniować, to pomyślcie, jaki to jest skarb!  I to jest dar. Nie wiadomo, kto więcej zyskuje: czy ci słuchający, czy ci śpiewający. Na szczęście,  Wy jesteście i po jednej, i po drugiej stronie. Służąc Najwyższemu, służąc ludziom, przemieniając czasem ponure  sytuacje na samą modlitwę. Jest to także trening przed tym, co będzie w niebie, bo tam chóry są zapewnione wszystkim. Nawet tym, którzy mają głos i słuch, ale osobno.
Pani Profesor i wszystkie śpiewające tutaj Jesiony, Jesioniki, Jesioniątka, które rosną – chciałbym życzyć Wam wytrwałości, ponieważ wiele jeszcze przed Wami!”

fot. Marek Cisek


Artykuł ukazał się w 2006 roku w czasopiśmie "Wawrzyn" oraz - w krótszej wersji - w "Gościu Niedzielnym". 


środa, 2 stycznia 2019

Tajemnica zielonego zeszytu... O grupie bidulowej D.A. "Wawrzyny" /reportaż/

Piszę o działalności charytatywnej na rzecz sierot. Inicjatywa zrodziła się przy Duszpasterstwie Akademickim Wawrzyny i nosiła nazwę grupy bidulowej, która obecnie nie istnieje. Artykuł ukazał się na łamach "Gościa Wrocławskiego" nr 34/2005.


Spotkanie w sali kominkowej. Od lewej siedzą: Aneta, Kornelia, Dagmara, Ewa, Ania, Ela,
Magda, Ala i Kamila, fot. B. Lekarczyk-Cisek

Nieduży budynek zagubiony wśród drzew i małych domków. Żadnych tabliczek czy oznakowań. Prowadzą mnie do niego dwie ok. 12-letnie dziewczynki. Wspinam się po stromych schodach i … słyszę radosne okrzyki: dzieci witają znajomą studentkę. Ala Kuźmińska  przychodzi do nich już od czterech lat, a teraz wyszła, aby mnie powitać. Towarzyszy mi również nowa wolontariuszka – jest tu po raz pierwszy i widać na pierwszy rzut oka, że czuje się niepewnie. Kiedy piszę te słowa, wiem już, że – jak wielu przed nią – zrezygnowała, że szlachetne intencje przegrały w zderzeniu z trudną codziennością. O, tak. Żeby zostać prawdziwym bidulowcem – jak siebie nazywają – trzeba głębokiej wiary, bo tylko dzięki niej można przyjąć i przetworzyć bolesne doświadczenia obcości, braku akceptacji, owo podświadome „Co ja tu robię?” i w ogóle wszelkie wątpliwości...

Jezus kocha słabe


Zanim trafiłam do bohaterów tego reportażu, Ala, z tajemniczą miną, wręczyła mi niepozorny zeszyt oprawiony na zielono. Po lekturze jego zapisków poczułam się "wtajemniczona". Wiedziałam, kogo i o co pytać, i jakie pytania są zbędne. Tak wyposażona udałam się do Domu Dziecka nr 5, który w latach 80. zaczęli odwiedzać bidulowcy, To duchowa elita – sól ziemi, to ci, o których można powiedzieć słowami Chrystusa, że pochylili się nad najmniejszymi braćmi – nad dziećmi niekochanymi, aby im uświadomić, że Bóg  kocha bezwarunkowo, bo stworzył je z miłości. Są studentami albo absolwentami uczelni. Pytam ich, dlaczego są z dziećmi.
„Jezus bardzo kocha wszystko, co jest słabe… Dlatego jestem w domu dziecka I dlatego tam wracam.”- mówi Ala.
„Jesteśmy tutaj najmniej ważni… my jesteśmy tylko dawcami… a najważniejsze są dzieci, które otrzymują naszą miłość” - dodaje Iwona.
„To ja zaczęłam się uczyć przy nich rozumienia takich wartości jak miłość. Dawały mi wielokrotnie lekcję cierpliwości, pokory, wyrozumiałości. To ja uległam przemianie.” - wyznaje Aneta.

We wtorki bidulowcy spotykają się w sali kominkowej D.A. „Wawrzyny” przy Bujwida we Wrocławiu. Dzielą się doświadczeniami, planują. nowe działania, uczą się podstaw psychologii i pedagogiki. Aby zaś z tej mąki, którą mielą, powstał pożywny chleb, otaczają wszystkie te działania i słowa wspólną modlitwą.
Zjawiwszy się tam najpierw zobaczyłam zgromadzoną wokół stołu, bardzo czymś zaabsorbowaną gromadkę dziewcząt. U jego szczytu siedziała Ala.  Poznałam Ją jako osobę dyskretnie czuwającą nie tylko nad małymi podopiecznymi, ale także nad nowo przybyłymi wolontariuszami. Rozsyła pisma do sponsorów, organizuje spotkania, wyjazdy i setki innych spraw. Wraz z koleżankami dba o to, aby dzieci uczestniczyły we Mszy św., by bywały na koncertach, obchodziły uroczyście urodziny i święta. Widać, że pragnie, by  zasmakowały innego świata, w którym ktoś o nich pamięta. Zadba o urodzinowy tort, pobawi się w ulubioną grę, wyjdzie na spacer i porozmawia o tym, co właśnie boli...
    Jest tu także Dagmara,  która od paru lat opiekuje się dwojgiem dzieci w ośrodku wychowawczym. Zapytana o motywy, odpowiada, że dzięki temu jej życie jest pełniejsze. Ma świadomość, że niewiele  może zmienić, nie robi sobie złudzeń, ale trwa...
     Kornelia jest w grupie bidulowców od roku. Pełna entuzjazmu i pomysłów (dlaczego by nie zarazić wychowanków marynistyką?!),  marzy o założeniu rodzinnego domu dziecka. „Podopieczni pomogli mi zrozumieć, że wszelkie zło tego świata bierze się z braku miłości. Wierzę jednak, że Miłość zwycięża świat każdego dnia” – napisze w „zielonym zeszycie”.
   Kamila od dwóch lat opiekuje się starszymi dziećmi, z którymi wyjeżdża do Białowieży w czasie wakacji.
   Ania od trzech lat spotyka się chłopcami, którzy znaleźli niedawno rodzinę zastępczą. Nadal utrzymuje z nimi kontakty, bo więzi stały się silne,  trwałe i ważne dla obu stron.
    Ewa specjalizuje się w „spotkaniach kisielowych” - spontanicznych akcjach, podczas których mieszkańcy akademika – niekoniecznie do końca uświadomieni, w czym uczestniczą – robią wspólnie ozdoby z masy solnej na aukcję charytatywną... Ponadto chętnie  jeździ z dziećmi na wakacje. Jest zdania, że wyjazdy najlepiej pomagają zacieśnić serdeczne więzy. „Ta praca pozostawia w człowieku jakąś tęsknotę” – powiada.
    Elżbieta,  z racji studiów pedagogicznych, postanowiła zostać wolontariuszką w ośrodku adopcyjnym: „Sprawdzam, czy chcę to robić przez całe życie.”
     Magda opowiada, że jej przychodzenie do bidula zaczęło się od korepetycji z matematyki. Z czasem przylgnęła do dzieci i tak już zostało...
Aneta  jest w grupie bidulowej od roku. „Chodzenie ma sens – twierdzi – sam fakt, że ktoś przychodzi”...

Początki


   Nigdzie ich udokumentowano i każdy pamięta je trochę inaczej.
     „Chyba ksiądz Stanisław Orzechowski zainicjował wizyty studentów u nas” - próbuje sobie przypomnieć Maria Dowgiert, dyrektorka Domu Dziecka nr 5.
    „Orzech od nas oczekiwał, że po Odnowie w Duchu Św. wyjdziemy z kościoła, aby świadczyć, że Bóg jest Miłością. To było zresztą naturalne nasze pragnienie. Większość wolontariuszy przechodziła Seminarium Odnowy w Duchu Św. dlatego mieliśmy tyle siły, że mogliśmy być tu codziennie” – wspomina Robert Ruszczak, niegdyś wolontariusz, dziś – wychowawca w DD nr 5.
    „Kiedy zacząłem tam chodzić, szefową była Ela Gładka i jej obecny mąż – Jacek. Pamiętam także Agatę Hoffman i ks. Mirosława Malińskiego. Byłem tuż przed pójściem do wojska. Koledzy zrobili dla mnie rzecz najcenniejszą: zachęcili do uczestnictwa w Odnowie w Duchu Św. Sami przygotowywali katechezy. A potem musiałem zrobić coś z tym, co otrzymałem, więc mój animator Jaś Pawiński zabrał mnie do Pęgowa, gdzie właśnie przebywały dzieci. Zaprzyjaźniłem się z jednym z chłopców i pamiętałem o nim po powrocie z wojska.  Już wtedy zrozumiałem, że mam dokąd i po co wracać” – wspomina Józef Łuczak, jeden z pierwszych wolontariuszy, prowadzący obecnie wraz z żoną Ewą, rodzinny dom dziecka.
    „Bardzo chciałam dołączyć do nich – dodaje Ewa – ale wszystko odbywało się wtedy spontanicznie i nie było dokładnie wiadomo, kiedy i gdzie można ich spotkać”.
W końcu udało się jednak i  Ewa znalazła się w grupie wolontariuszy. Założyła wtedy „zielony zeszyt”, w którym zapisywała ważne wydarzenia i przemyślenia. Dziś to skarbnica dla nowych pokoleń bidulowców..

Poruszyły mnie zapiski mające dziś wartość szczególną: „Dlaczego tam chodzimy? Nie z litości, nie dla zaspokojenia wyrzutów sumienia, nie z ciekawości, ale po to, by dzielić się miłością, która potrafi zwrócić uwagę we właściwym momencie, krzyknąć, jeżeli trzeba, skarcić, chociaż serce boli, przytulić, ale nie rozpieszczać... Wtedy można odczuć na sobie ciepło tej miłości, którą się obdarowało” – czytam poruszające i jakże mądre słowa Ewy.  Jej refleksje, wrażliwość serca w nich zawarta, mogłyby doprawdy służyć rodzicom jako poradnik właściwego kształtowania relacji z dziećmi...Obok nich zaś czytam wzruszające dziecięce słowa: „Żeby Weronika nie męczyła kota i żeby ludzie na świecie byli zdrowi”.
Nie brakuje i dyskretnego humoru: „Był „sajgon”  na Mszy. (...) A my(...) na wszelkie sposoby wmawialiśmy im ich dobroć i piękno. Może coś w nich zostanie..."

Ewa i Józef


Ewa i Józef Łuczakowie, fot. B. Lekarczyk-Cisek

    Wśród zapisków w „zielonym zeszycie” znalazłam takie życzenie: „Żeby Ewa przychodziła, a Józek się nie obrażał” i zaraz potem szczególne podziękowanie: „Za to, że wytrzymałem dzisiejszą podróż, że się wspiąłem za Józkiem i Mirkiem”.
Z pierwszego wynikało niedwuznacznie, że Oboje – Pani Ewa i Pan Józef są  dziecku do szczęścia niezbędni. Jedno i drugie zaś pobrzmiewało znacząco. Aby się za kimś  wspiąć, trzeba go najpierw mocno ukochać.... Musiałam odnaleźć tych szczególnych ludzi.
Z radością wspominają tamte lata: wyjazdy z dziećmi do Pęgowa, do Kornelówki... Pamiętają doskonale podopiecznych - dziś już dorosłych ludzi. Z wieloma wciąż mają kontakt. Nadal są dla nich wsparciem w ich trudnym nieraz i pokomplikowanym dorosłym życiu. Pomogą znaleźć pracę, wyjść z nałogu, a przy tym prowadzą rodzinny dom dziecka, w którym opiekują się sześciorgiem dzieci w różnym wieku.
 „Dzięki tamtym doświadczeniom lepiej znamy problemy dzieci, trudno nas czymś. zaskoczyć” -  mówi Józef. Dzieci traktujemy jak własne. Jesteśmy dla nich tatą i mamą. Uczymy je zasad współżycia w rodzinie, ale nie wychowujemy dla zasad. Najważniejszy jest człowiek. Dzieci niekoniecznie muszą nadążać za naszymi oczekiwaniami, I często nie nadążają. Ale my je kochamy i akceptujemy dla nich samych i to jest dla nich najlepszym powodem, żeby się starać być lepszym”.
Zdecydowali się założyć rodzinny dom dziecka, aby rzeczywiście pomagać dzień po dniu, a nie tylko w wolnych chwilach.
„Zaczęło się od Orzecha – wyznaje Józek. Ochrzcił mnie i był przyjacielem domu, za Nim trafiłem do duszpasterstwa akademickiego. Z nim chodziliśmy na pielgrzymki. Jest bliski nam i naszym dzieciom. Ponieważ dużo Ponieważ dużo mu zawdzięczam,  w taki właśnie sposób spłacam swój dług...”
     Zapytani, co daje im siłę i radość bycia ze sobą i z dziećmi na co dzień, Ewa odpowiada: „Najważniejszą rzeczą jest to, aby dbać o prawdziwą relację z Bogiem i cały czas pracować nad sobą. Dzięki temu trwamy i możemy czynić dobro. Wymagać pracy nad sobą  należy nie tylko od dzieci, ale przede wszystkim od siebie.”
A Józef dodaje: „Gdybym nie miał tego domu, to byłbym innym człowiekiem. Dzięki dzieciom odkrywam, ile muszę w sobie poprawić. U dzieci wyłapuję drobiazgi, dobre postawy – na tym buduję przyszłość. Oboje z żoną patrzymy, co oni dobrego potrafią zrobić.”

Robert


Robert Ruszczak, fot. B. Lekarczyk-Cisek

   Kiedy wchodzę do ogrodu otaczającego DD,  widzę go, jak zwykle, otoczonego dziećmi. Rozmawia z nimi o czymś ważnym, a jednocześnie podrzuca jakiegoś maluszka, który piszczy z uciechy. Jest dla dzieci: uważny, serdeczny, troskliwy. Martwi się, czy mają czapkę chroniące je przed słońcem, czy odrobiły lekcje na czas i czy kilkunastoletni wyrostek poradzi sobie z załatwieniem swoich ważnych spraw.
„Jako wolontariusz bardzo poważnie traktowałem swoje relacje z dziećmi – opowiada. Wcześniej muzykowałem, więc miałem łatwość kontaktów z nimi. Uważałem, że jeśli mogę coś dla nich zrobić, to tylko przy ich pełnym zaufaniu i akceptacji. Starałem się więc być dla nich maksymalnie, a oni wiele rzeczy robili dla mnie, np. rzucali palenie".
Wspólne wyjazdy były okazją do rozmów, wspólnych wędrówek, pokonywania trudności, budowania szałasu i nauki gry na gitarze. Dzięki temu dzieci zaczynały w siebie wierzyć. Z   kilkoma osobami Robert ma ciągle bliski kontakt. Z perspektywy kilkunastu lat obserwuje, że nawet te, które wróciły tam, skąd wyszły, zmieniły się. Nie są już takie jak były. „Bliżej im do kościoła, do wiary, do innych ludzi”.
Zapytany o przyszłość, twierdzi: „To już nie na całe życie jednak. W moim przypadku przynajmniej. W takiej pracy cały czas obciążona jest sfera psychiczna i duchowa. Nosi się czyjeś życie, ciężary, bierze kogoś „na barana”. Kto się tego podejmuje, musi mieć świadomość, jak to jest.

Dzień powszedni


    Bidulowcy to ludzie niesłychani zajęci. Bal karnawałowy, liczne koncerty (zespoły grające muzykę chrześcijańską, , ale i własna, naprędce zaimprowizowana, kapela, a zaraz potem wawrzynalia, wyjścia do muzeów, zabawy urodzinowe – z tortami, a jakże, wyjścia do kina, do teatru muzycznego, zajęcia taneczno-plastyczne w fundacji HOBBIT,  rejs statkiem, pielgrzymka do Trzebnicy, mecz piłki nożnej. Ufff...
A jeszcze wyjazdy na weekendy i na wakacje.
Jeśli więc ktoś z Was pragnie zrobić w życiu coś sensownego dla innych, troszeczkę poprawić świat i samego siebie, wcale się przy tym nie nudząc, niech przyjdzie do DA „Wawrzyny”, gdzie w sali kominkowej co wtorek odbywają się spotkania Grupy Bidulowej.

środa, 16 października 2024

Pielgrzymka do Bazyliki Świętej Jadwigi Śląskiej, czyli o marnowaniu czasu dla Pana Boga /relacja, D. A. Wawrzyny/

Pielgrzymkę do sanktuarium św. Jadwigi Śląskiej odbyliśmy z Markiem pod przewodnictwem Orzecha w 2006 roku. 

Św. Jadwiga Śląska, miniatura, Kodeks Schlackenwertha, 1353


ziemi tyle mam,

Ile jej stopa ma pokrywa,

Dopokąd  idę!...

C.K. Norwid, Pielgrzym 


Stwierdzenie Norwida, że człowiek ma naturę pielgrzymią, jest uniwersalne. Samo słowo „pielgrzym”, oznaczające pątnika, wędrowca do miejsc kultu, to łacińskie pelegrinus – obcy. W istocie bowiem – obcy na ziemi - zmierzamy do innego świata, który nie przemija. 

Pielgrzymki odbywali ludzie w starożytności, np. do Delf w Grecji czy do Mekki w Arabii. Chrześcijanie już w IV w. pielgrzymowali do Ziemi Świętej – do Jerozolimy. Od wieków pielgrzymowano też do świętych, by upraszać różne łaski: do św. Franciszka i św. Klary z Asyżu, do św. Antoniego w Padwie czy do grobu apostoła Jakuba w Santiago de Compostella. Również w Polsce są takie miejsca, do których zmierzają pielgrzymi, jak choćby klasztor jasnogórski z ikoną Matki Bożej Częstochowskiej. Dla mieszkańców Dolnego Śląska takim szczególnym miejscem jest Bazylika św. Jadwigi Śląskiej. 

          Trzebnickie sanktuarium św. Jadwigi jest - obok sanktuarium św. Wojciecha w Gnieźnie i św. Stanisława w Krakowie - najstarszym miejscem pielgrzymkowym w Polsce. Klasztor i kościół pod wezwaniem NMP i św. Bartłomieja w Trzebnicy ufundował w 1202 r. "na własnym gruncie i na własny koszt" książę Henryk I Brodaty. Uczynił to na wyraźną prośbę swej małżonki Jadwigi z rodu Andechs (Bawaria), która odkąd przybyła na Śląsk, dostrzegała potrzebę takiego ośrodka, w którym ucząc się w szkole klasztornej dziewczęta mogłyby przygotować się do czekających je w życiu zadań, a zakonnice zajmowałyby się chorymi, sierotami i podróżującymi. Księżna Jadwiga często przybywała do Trzebnicy i osobiście angażowała się do pracy społeczno-charytatywnej. Wspierała biednych, troskliwie umiała zająć się matką oczekującą dziecka, nie zapominała o wdowach, sierotach i więźniach. Tam gdzie dostrzegała braki i konieczne potrzeby, przychodziła z pomocą, stosownie do słów Pisma świętego: "Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią (Mt 5,7). 

Od czasu jej śmierci Trzebnica stała się bardzo uczęszczanym miejscem pielgrzymkowym. Nikt nie potrafi dziś policzyć tych, którzy w ciągu ponad siedmiu wieków pielgrzymowali do tego miasta. Bulla kanonizacyjna z 26 III 1267 r. była adresowana do polskiego Episkopatu z arcybiskupem gnieźnieńskim Januszem na czele, który polecił organizowanie uroczystych obchodów ku czci św. Jadwigi. Papież i biskupi, podobnie jak przy kanonizacji św. Stanisława (1253), udzielili pielgrzymom odwiedzającym Trzebnicę odpustów. Diecezja wrocławska, przodująca w oddawaniu czci św. Jadwidze, postanowiła na synodzie w 1344 r. wprowadzić u siebie święto św. Jadwigi (15 X) jako święto nakazane (de praecepto). Obchodzono je na Śląsku z oktawą do 1772 r. Kult św. Jadwigi rozszerzył się na całą środkową Europę. Na prośbę króla polskiego Jana III Sobieskiego papież bł. Innocenty XI rozszerzył 17 IX 1680 r. kult św. Jadwigi na cały Kościół. W tym samym roku ksieni opactwa trzebnickiego Krystyna z Wierzbna Pawłowska kazała wykonać - istniejący do dziś - monumentalny sarkofag św. Jadwigi z czarnego i różowego marmuru, jedyny znany w Polsce grobowiec tej wielkości wykonany dla uczczenia kobiety. 

Ślub Henryka I Brodatego z Jadwigą z Andechs, według ikonografii z XIV w.

Dla rozwoju kultu naszej patronki nie były bez znaczenia uroczyste obchody 700-lecia śmierci św. Jadwigi w 1943 r., kiedy to papież Pius XII podniósł kościół pocysterski w Trzebnicy do rangi bazyliki mniejszej. W r. 1966 - roku Tysiąclecia Chrześcijaństwa w Polsce - przybyły do Trzebnicy delegacje wszystkich polskich parafii pod wezwaniem św. Jadwigi, aby otrzymać relikwie swojej patronki. 

Z okazji 750-lecia śmierci św. Jadwigi metropolita wrocławski ogłosił "Jadwiżański Rok Jubileuszowy" trwający od października 1992 do października 1993 roku. Wydarzenia Roku Jubileuszowego zostały zebrane w "Księdze Jadwiżańskiej" wydanej w Wydawnictwie Uniwersytetu Wrocławskiego w 1995 r.

    W historii sanktuarium najbardziej radosnym odpustem okazał się dzień 16 X 1978 r., gdy Polak został wybrany papieżem. Św. Jadwiga, dotąd czczona jako patronka Śląska i Polski, patronka chrześcijańskich małżeństw i rodzin, patronka dzieł miłosierdzia, patronka pojednania i twórczej współpracy między narodami, patronka budowanych kościołów i obiektów sakralnych, stała się wtedy również patronką dnia wyboru papieża Jana Pawła II. Fakt ten został upamiętniony umieszczeniem w 1979 r. w bazylice trzebnickiej specjalnej tablicy. Papież nawiązał do tego wydarzenia w czasie swojej pierwszej wizyty do ojczystego kraju. Przemawiając na Jasnej Górze do pielgrzymów z metropolii wrocławskiej w dniu 5 VI 1979 r. powiedział: „[...] A teraz pozwólcie, że z Jasnej Góry przekażę szczególne wotum do sanktuarium św. Jadwigi w Trzebnicy, koło Wrocławia. Tym wotum jest świeca paschalna, którą przywiozłem z Rzymu i kielich dla sanktuarium trzebnickiego.. Mam, jak wiecie dobrze, szczególne powody do przekazania tego wotum. Opatrzność Boża w swoich niewypowiedzianych zrządzeniach wybrała dzień 16 X 1978 r. jako dzień przełomowy w moim życiu. 

W dniu 16 października Kościół w Polsce czci św. Jadwigę Śląską. I dlatego też poczytuję za mój szczególny obowiązek złożyć dzisiaj na ręce Kościoła w Polsce, na ręce Metropolity Wrocławskiego, to wotum dla tej Świętej, która jest patronką sąsiadujących narodów, jest również patronką dnia wyboru pierwszego Polaka na Stolicę Piotrową. Proszę, abyście po powrocie do waszych stron zanieśli to papieskie wotum do sanktuarium w Trzebnicy, miejsca, które stało się nową Ojczyzną z wyboru św. Jadwigi, tak, jak moją nową ojczyzną z wyboru stał się Rzym. Niech też to moje wotum dopełni tej długiej historii ludzkich wydarzeń, nieraz bardzo trudnych, a zarazem dzieł Opatrzności Bożej, jakie wiążą się z tym miejscem, z tym sanktuarium w Trzebnicy - i całą Waszą Ziemią”.

Feliks Sypniewski, Św. Jadwiga godzi Konrada Mazowieckiego z Henrykiem Brodatym, 1873

Tegoroczna pielgrzymka do Bazyliki Świętej Jadwigi ruszyła  ok. 7.00 rano w dniu 14 października 2006 roku – po modlitwie i błogosławieństwie – spod Katedry wrocławskiej. Pielgrzymi, wśród których byli ludzie w różnym wieku – od starych po małe dzieci w wózkach – zostali podzieleni na 17 grup, z których dwunasta – Wawrzynowa – była w istocie grupą „mieszaną”, skojarzoną – jak inne – z miejscowościami podwrocławskimi (w tym przypadku z Lutynią). Pielgrzymce przewodniczył – już zwyczajowo – ks. Stanisław Orzechowski, czyli nasz Orzech.  W swojej konferencji  - jak zwykle bogatej w anegdoty i osobiste refleksje – przypomniał pielgrzymom, że idąc do św. Jadwigi w intencji rychłej beatyfikacji Ojca św. Jana Pawła II, powinniśmy rozważać przede wszystkim tę Jego główną cechę, jaką było całkowite zawierzenie Bogu – do końca. I jakie przyniosło owoce.

O obłudzie i fałszywej wierze

„Czy wierzę w Boga, czy wierzę Bogu?! – pytał Orzech. I odpowiadał: „Ja sam w Boga wierzyłem, ale Bogu zacząłem wierzyć nie tak dawno. Co to znaczy? Mówię o panowaniu Pana Jezusa w swoim życiu. Uznaję Jego wpływ na moje życie. Liczę się z Jego przykazaniami. Nie udaję głupiego i nie mówię: Które to? A dzisiaj jest moda, że np. drugie – to może tak albo siódme, ale szóste to już, Panie Boże, raczej chyba byłeś zdenerwowany albo spałeś... Bo np. maszeruje teraz na pielgrzymce jejmość studentka, a już sobie zaplanowała mieszkanie z chłopem w akademiku, bez ślubu!

O roli rodziny w rozwoju wiary

„Ogromnie dużo zawdzięczam środowisku: matce, rodzinie. To bardzo szczęśliwa okoliczność, jeżeli ktoś z nas urodził się w rodzinie wierzącej. Jeżeli się u nas w domu rozmawiało o niewierzących, to się mówiło z  troską. My do Boga odnosiliśmy wszystko...”

O roli błogosławieństwa i o tym jak nietrzeźwy indyk kaczęta wysiadywał

„Na wiosnę mama robiła znak krzyża świętego, kiedy sadzała kurę albo kaczkę na gnieździe, żeby potem Stasiowi z piór pierzynkę zrobić, aby miał ciepło w zimie.. A kiedyś kura wysiadywała 30 jaj i nie wysiedziała. Wtedy ja wykorzystałem swoją inteligencję: Wpadłem na pomysł, żeby indora przyzwyczaić do siedzenia na jajach. I wiecie, co zrobiłem? Upiłem go. Naprawdę!  Indor tak się spił, że było mu obojętne i wysiedział tych 15 kaczych jaj... To taka anegdota. Ale chciałem wam powiedzieć, że wszystko znakiem krzyża rozpoczynamy. Do dzisiaj to zachowałem I jeżeli chcecie wiedzieć, to tak się u nas wszystko mnoży w gospodarstwie, że jak pasę kozy, to nie mogę się doliczyć. Tak działa błogosławieństwo Boże. Tak się dzieje, kiedy człowiek wierzy Bogu!”

O „marnowaniu czasu” dla Pana Boga, czyli o modlitwie

„ Tracić” to znaczy ofiarować czas Panu Bogu. Ludzie mają skłonność bagatelizować to: „Opuściłem paciórek”... To znaczy zaniedbałeś rozmowę z Panem Bogiem! Wystawiłeś wiarę na próbę! Tymczasem Ten, który jest w tabernaculum, to   Miłość, która zawsze odpowiada. Nigdy nie odszedłem od tabernaculum bez odpowiedzi... 
To są różne myśli. Taką miałem intencję, żeby zachęcić do dbania o wiarę, do modlitwy.

O Świętej Jadwidze

To patronka rodzin. Sama urodziła sześcioro dzieci. Miała porządnego chłopa, brodatego, i wiedziała, co z nim zrobić!
Refleksjami na temat wiary dzielili się także z nami uczestnicy pielgrzymki. Najważniejsza jednak była modlitwa wspólnie odmawiana. Bo modlitwa człowieka niesie, kiedy jest mu ciężko, kiedy jest zmęczony i bolą go nogi...  Prowadzący grupę klerycy modlili się też z nami śpiewem, podobnie jak towarzysząca pielgrzymom grupa śpiewających studentów. Były też chwile ciszy, głębokiego skupienia, tak bardzo potrzebnego wyciszenia, aby Bóg mógł do nas przemówić.

Kiedy po powrocie do Wrocławia wysiadałam z autobusu, nogi już właściwie do mnie nie należały. Dopiero teraz zmęczenie doszło do głosu. Zmęczenie, ale i radość, że wytrwałam. A także pewność, że za rok pójdę znowu i zaśpiewam Świętej Jadwidze:

O, jasna Gwiazdo na śląskim niebie,
Święta Jadwigo z Trzebnicy.
Twe dzieci prośby swe ślą do Ciebie,
Świeć nam wśród burz nawałnicy.
Tyś wspomagała swój lud w niedoli,
Więc udziel, czego nam trzeba.
Błogosławieństwa uproś na roli,
By nie zabrakło nam chleba.
Osłoń nasz Kościół, broń świętej wiary,
Jak to czyniłaś na ziemi.
Na naród polski swe rozlej dary,
Łaskami wspieraj go swymi.

Tekst powstał w 2006 roku dla czasopisma "Wawrzyn", ukazującego się w Duszpasterstwie Akademickim "Wawrzyny".

sobota, 11 sierpnia 2018

Cały ten jazz na Festiwalu Kultury Żydowskiej Warszawa Singera, 25 sierpnia – 2 września

Niebawem rozpoczyna się jubileuszowa, 15. edycja Festiwalu Warszawa Singera. Największe w Polsce święto kultury i sztuki żydowskiej zakłada ponad 200 wydarzeń, podczas których poznamy muzykę, literaturę, taniec, teatr jidysz. Szczególnie ważne miejsce zajmuje na festiwalu jazz. Ten gatunek muzyczny już po raz piąty, dzięki wielkiemu zainteresowaniu publiczności, pojawia się w ramach „Singer Jazz Festival”.



Miłośnicy jazzu wiedzą, że Festiwal Warszawa Singera to jedno z najciekawszych wydarzeń w jazzowym kalendarium Warszawy. W tym roku program jest wyjątkowo bogaty, bo i edycja Festiwalu jest specjalna. Potrójny jubileusz: 30-lecie Fundacji Shalom, która jest pomysłodawcą i realizatorem wydarzenia, 15-lecie Festiwalu Warszawa Singera. 

Nasz Festiwal to pomost między tradycją a współczesnością, to szacunek dla pięknej spuścizny i otwartość na nowość, świeżość i eksperymenty. Nie boimy się odważnych projektów artystycznych, zapraszamy bezkompromisowych, wyrazistych twórców. Taka jest Warszawa Singera – mówi Gołda Tencer, inicjatorka i  dyrektor artystyczny  warszawskiego Festiwalu Kultury Żydowskiej.

Koncerty, spotkania i warsztaty odbywać się będą w różnych warszawskich lokalizacjach, głównie w Teatrze Kwadrat, Synagodze Nożyków, na Scenie Letniej Teatru Żydowskiego,  w Klubie Harenda i Austriackim Forum Kultury. Udział w koncertach wezmą wybitni, cenieni i wyczekiwani muzycy z Polski i różnych zakątków świata. Międzynarodowe składy zespołów,  nieoczekiwane połączenia, wielokulturowe muzyczne projekty zapewniają wysoki i oryginalny poziom koncertów.  Każdy jazzofil znajdzie w programie coś, w czym zapragnie uczestniczyć.

Dyrektorem artystycznym Singer Jazz Festiwal jest Adam Baruch, wybitny krytyk muzyczny. Dzięki niemu Festiwal to nie tylko koncerty i warsztaty muzyczne, ale także możliwość bliższego spotkania i poznania ulubionych wykonawców. Cykl spotkań OPOWIEDZ MI SWOJĄ HISTORIĘ, będzie unikatową okazją do posłuchania, co gwiazdy mają do powiedzenia o sobie, swojej pracy artystycznej i kontekstach twórczych. Gośćmi Adama Barucha będą: Kenneth Dahl Knudsen, Theo Jörgensmann, Verneri Pohjola i Dominique Pifarély.

A co będzie się działo na festiwalowych scenach?

Oleś Brothers i Theo Jörgensmann_materiały prasowe artystów

Inauguracją będzie koncert Oleś Brothers i Theo Jörgensmanna, którzy po kilku latach przerwy ponownie spotykają się na jazzowej scenie Festiwalu z koncertem TRANSGRESSION. Theo Jörgensmann – niemiecki instrumentalista, uznawany za jednego z najwybitniejszych twórców współczesnego brzmienia jazzowego klarnetu oraz Oleś Brothers w składzie Marcin Oleś (kontrabas) Bartłomiej Oleś (perkusja), zaliczani do ścisłej czołówki polskiego jazzu i muzyki improwizowanej. Ich oryginalne podejście do tworzenia muzyki można prześledzić na blisko czterdziestu wydanych albumach. Mają status jednych z najbardziej kreatywnych artystów na polskiej i europejskiej scenie muzycznej. Jako trio współpracują ze sobą nieprzerwanie od 2003 roku, mają w swym dorobku wiele nagrań i koncertów, a w swojej dyskografii wysoko oceniane przez krytyków całego świata albumy. Przez lata wypracowali własny unikatowy styl. Prezentowany na Festiwalu najnowszy album to kwintesencja tego stylu – głosy trzech muzycznych indywidualistów łączą się, tworząc muzykę pełną narracji, wirtuozerii, pięknych melodii oraz kipiącą jazzowym dynamizmem.

Nie będzie to jedyny koncert z udziałem Theo Jörgensmanna. Wystąpi on jeszcze z trzema młodymi, interesującymi zespołami jazzowymi. Pierwszy z nich to Sundial Trio - Wojciech Jachna (trąbka), Grzegorz Tarwid (fortepian), Albert Karch (perkusja), drugi to grupa em3, w składzie Emil Miszk (trąbka), Adam Żuchowski (kontrabas) i Sławomir Koryzno (perkusja), a trzeci zespół to Stanisław Słowiński Trio, w którym występują: Stanisław Słowiński (skrzypce), Justyn Małodobry (kontrabas) i Dawid Fortuna (perkusja).

KENNETH DAHL KNUDSEN, fot. Kasia Stańczyk
Wśród gwiazd zagranicznych pojawi się Dominique Pifarély, słynny francuski skrzypek, który wystąpi w koncercie VIOLIN SUMMIT. Towarzyszyć mu będą Adam Bałdych i Mateusz Smoczyński oraz RGG Trio, w składzie Łukasz Ojdana, Maciej Garbowski i Krzysztof Gradziuk.
Kwintet Kennetha Dahla Knudsena w międzynarodowym składzie zaprezentuje utwory z najnowszego albumu TÉTÉ. Obok duńskiego kompozytora i lidera zespołu wystąpią równie genialni muzycy: mieszkający w Miami izraelski saksofonista Uri Gurvich, kostarykański perkusista, na co dzień grający z Julio Iglesiasem – Rodolfo Zuniga, wschodząca gwiazda francuskiej pianistyki jazzowej – Gauthier Touxem oraz bardzo uzdolniony polsko-kongijski gitarzysta Brian Massaka. Inspiracje muzyczne utworów z albumu TÉTÉ sięgają do rytmów Afryki i Ameryki Łacińskiej, a ekspresją nawiązują do żydowskich piosenek ludowych. Czerpią także z szeroko rozumianej muzycznej tradycji europejskiej. Ale przede wszystkim są to bardzo odważne, nowatorskie kompozycje.

Sasha Strunin,  fot. Piotr Domagala
Szczególnie nastrojowo zapowiada się koncert WOMAN IN BLACK, w którym wystąpi Sasha Strunin - polska wokalistka z rosyjskim rodowodem oraz Gary Guthman Quartet, ze swoim liderem Gary Guthmanem – amertykańskim trębaczem mieszkającym w Polsce, Piotrem Wrombelem (fortepian), Pawełem Pańtą (kontrabas) i Cezarym Konradem (perkusja). To utrzymana w klimacie „jazz noir” muzyczna opowieść o przemianie młodziutkiej dziewczyny w świadomą kobietę i dojrzałą artystkę. Znakomite kompozycje i nowoczesne aranżacje Garego Guthmana, będące połączeniem swingu i jazzu ze współczesnymi brzmieniami, wspierają wokalistkę w tej pięknej opowieści o kobiecości i składają się na wspaniałe muzyczne widowisko.

Jazz Band Młynarski-Masecki, fot. Kobas Laksa
Nie zabraknie znanych i lubianych gwiazd polskich. Jazz Band Młynarski-Masecki wystąpi w koncercie NOC W WIELKIM MIEŚCIE. Wybitny pianista Marcin Masecki razem z Janem Emilem Młynarskim powołali do życia zespół odwołujący się do starej tradycji polskich orkiestr jazzowych międzywojnia. W repertuarze Jazz Bandu znalazły się utwory swingowe, w większości nieznane. Nie zabraknie też kilku wyjątkowych tang, z których polscy kompozytorzy znani byli na całym świecie. Całe przedsięwzięcie skupione jest wokół ducha postaci Adama Astona – znanego przedwojennego polskiego śpiewaka rozrywkowego, Henryka Warsa – najważniejszego polskiego przedwojennego pianisty, aranżera i kompozytora, a także Jerzy Petersburskiego czy braci Artura i Henryka Goldów. Aranżacje Marcina i głos Janka nadają całości zupełnie nowy oddech, czyniąc tę muzykę aktualną i użytkową, do tańca i wzruszeń.

Dorota Miśkiewicz, fot. Honorata Karapuda, Universal Music Polska
Fanów Doroty Miśkiewicz ucieszy wiadomość, że wokalistka wystąpi na Singer Jazz Festiwal. Będą jej towarzyszyć pianiści: Włodzimierz Nahorny, Marcin Wasilewski i Piotr Orzechowski oraz zespół Atom String Quartet w składzie Dawid Lubowicz (skrzypce), Mateusz Smoczyński (skrzypce), Michał Zaborski (altówka), Krzysztof Lenczowski (wiolonczela). Koncert,  zatytułowany PIANO.PL, jest kontynuacją bezprecedensowego wydarzenia zrealizowanego w maju 2016 roku w Warszawie, podczas którego na jednej scenie wraz z Dorotą Miśkiewicz zaprezentowało się kilkunastu najwybitniejszych polskich pianistów trzech generacji. Swoim koncertem Dorota Miśkiewicz składa hołd polskiej pianistyce. Fortepian to polska specjalność, spośród wielu doskonałych muzyków, to właśnie pianiści wiodą w Polsce prym – zauważa. Od Fryderyka Chopina – który był nie tylko znakomitym kompozytorem, pianistą, ale i... improwizatorem! – po światowej sławy Krzysztofa Komedę. Nagranie z koncertu wywołało ogromne uznanie środowiska muzycznego i poza nominacją do Fryderyka 2016, zarówno Dorocie Miśkiewicz, jak i samemu albumowi przyniosło jeszcze wiele prestiżowych nagród i wyróżnień. Publiczność Festiwalu Warszawa Singera będzie miała niepowtarzalną okazję wysłuchania nieco „pomniejszonej”, ale wciąż imponującej rozmachem prezentacji jedynego w swoim rodzaju przedsięwzięcia Doroty Miśkiewicz i czołówki polskich pianistów.

Muzyczny projekt CONTEMPORARY SONUS zaprezentuje grupa RGG wraz z Verneri Pohjola, trębaczem i kompozytorem z Helsinek. Zespół RGG wystąpi w składzie: Łukasz Ojdana – wyrazisty pianista z najmłodszej generacji muzyków europejskich, Maciej Grabowski – kontrabasista eksplorujący motywy XX-wiecznych twórców i spajający swe kompozycje słowiańskim liryzmem oraz Krzysztof Gradziuk - uznawany za jednego z najbardziej oryginalnych perkusistów współczesnej europejskiej sceny muzycznej.


Zapraszamy na jazzowe święto wielbicieli jazzu, miłośników muzyki i tych wszystkich, którzy lubią twórcze fuzje, nieoczekiwanie asocjacje i niemożliwe połączenia. Na Singer Jazz Festiwal wszystko jest możliwe!

Szczegóły program w katalogu festiwalowym oraz na www.festiwalsingera.pl

informacja prasowa

Między bólem a zachwytem. Między życiem a śmiercią - Bernini na Wawelu

Od 6 listopada 2026 roku do 6 stycznia 2027 roku Zamek Królewski na Wawelu zaprasza na wystawę Ekstazy. Bernini na Wawelu - trzecią odsłonę ...

Popularne posty