Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania biblioteka uniwersytecka, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania biblioteka uniwersytecka, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 lipca 2019

Franciszka Themerson: "Linie życia" - wystawa w Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia

12 lipca 2019 r. w Centrum Sztuki Współczesnej "Łaźnia" w Gdańsku otwarto niezwykłą wystawę prac Franciszki Themerson - rysowniczki, malarki, scenografki i realizatorki filmowej. Ekspozycję będącą prezentacją twórczości malarskiej i rysunkowej Franciszki Themerson z lat 50. i 60. można oglądać do 13 października br.

Franciszka Themerson przy pracy, fot. materiały prasowe CSW Łaźnia

Wystawa jest prezentacją twórczości malarskiej i rysunkowej Franciszki Themerson z lat 50. i 60., okresu niezmiernie istotnego w jej biografii artystycznej. To właśnie wtedy krystalizowała się formuła jej malarstwa jako „obrazów bi-abstrakcyjnych”, łączących ze sobą figurację z badaniem przestrzeni optycznej obrazu. Główna część wystawy obejmować będzie kompozycje olejne artystki, których narracje wyprowadzone są z gęstej, zazwyczaj białej faktury za pomocą dynamicznych przebiegów linii. W obrazach tych sceny z udziałem postaci ludzkich zanurzone są w wieloznacznej i wielorodnej przestrzeni. Część główna uzupełniona będzie prezentacją wyboru prac na papierze Themerson, zarówno rysunków abstrakcyjnych z cyklu Calligrammes [Kaligramy], badających energetyczne własności linii i koloru, jak rysunków z cyklu Traces of Living [Ślady życia], wiążących ze sobą element anegdoty.


Franciszka Themerson, Sfinx,  fot. materiały prasowe CSW Łaźnia

Cechą wyróżniającą kompozycje malarskie i rysunkowe Franciszki Themerson jest ich wymiar czasowy wynikający ze spontanicznego przebiegu linii. Prace te odsłaniają stopniowo swoje narracje, czyniąc odbiorcę świadkiem procesu stawania się obrazu, który wiąże ze sobą zmienność punktów widzenia i układów odniesienia. Obrazy Themerson ukazują sceny kształtujące się w przebiegu linii; artystka określiła przedmiot swojej twórczości w sposób maksymalistyczny jako –

"wszystkie siły wzrastania i rozwoju, procesy biologiczne i prawa matematyczne, wszystko, czego nauczyliśmy się o tym, w jaki sposób zbudowany jest świat, wszystkie sposoby niszczenia i rozkładu. Cała ta fantastyczna konstrukcja, pośród której krzątamy się, wypełnieni obawami, przyjemnościami, niepokojami i przemocą, radościami i tragediami, głupstwami i złościami".


WERNISAŻ: PIĄTEK, 12 LIPCA O 18.00
KURATOR: PAWEŁ POLIT

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Kolekcje: Themerson Estate, Muzeum Sztuki w Łodzi, Towarzystwo Przyjaciół Archiwum Emigracji, Biblioteka Uniwersytecka w Toruniu, Muzeum Narodowe w Gdańsku

Wystawa zorganizowana została we współpracy z Muzeum Sztuki w Łodzi.


Franciszka Themerson, fot. dzięki uprzejmości Muzeum Sztuki w Łodzi

Franciszka Themerson (1907 – 1988) – malarka, autorka rysunków i projektów scenograficznych, współautorka – wraz z mężem Stefanem – filmów eksperymentalnych i książek. Razem założyli i prowadzili w Londynie, w latach 1948-1979, wydawnictwo Gaberbocchus Press. Dojrzałą formułę swojej twórczości malarskiej Franciszka Themerson wypracowała po wojnie, oferując w swoich obrazach i rysunkach mnogość przedstawień groteskowych zdarzeń z udziałem karykaturalnych postaci. Przedstawienia te piętnują negatywne aspekty dwudziestowiecznej historii; nie bez powodu Nick Wadley, historyk sztuki i badacz twórczości Franciszki Themerson, określił jej prace mianem współczesnego moralitetu. Prezentowana m.in. na wystawie retrospektywnej w Whitechapel Art Gallery w Londynie w 1975 roku, twórczość malarska Franciszki Themerson jest znana w Polsce z wystaw indywidualnych w Galerii Zachęta w Warszawie (1964), w Galerii Kordegarda w Warszawie (1998), oraz z wystaw Franciszki i Stefana Themersonów w Muzeum Sztuki w Łodzi (1982, 2013).

informacja prasowa

środa, 3 lipca 2019

O tajemnicach wrocławskich rękopisów iluminowanych opowiada Łukasz Krzyszczuk

O ukrytych znaczeniach i pięknie iluminowanych rękopisach średniowiecznych, znajdujących się posiadaniu wrocławskiej Biblioteki Uniwersyteckiej, opowiada Łukasz Krzyszczuk - pracownik Oddziału Rękopisów. Wystawa „W kręgu iluminowanych średniowiecznych psałterzy śląskich”, o której mowa, trwała do końca maja 2019 roku.

Faksymile "Psałterza wrocławskiego" na wystawie "W kręgu iluminowanych
średniowiecznych psałterzy śląskich", fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Barbara Lekarczyk-Cisek: Jak zrodził się pomysł pokazania tych przepięknie iluminowanych rękopisów średniowiecznych?

Łukasz Krzyszczuk: Wystawa powstała z inicjatywy polsko-szwajcarskiej. Wydawnictwo Quaternio z Lucerny, specjalizujące się w wydawaniu faksymile, edytowało nadzwyczajny dla nas zabytek - faksymile „Psałterza wrocławskiego” z kolekcji Fitzwilliam Museum w Cambridge (UK). Oryginał powstał pod koniec XIII wieku na Dolnym Śląsku, prawdopodobnie w Lubiążu, za czym przemawiają wyraźne cechy cysterskie: rodzaj pisma oraz tzw. filigranowych zdobień, których autorem był kopista. Trzeba nadmienić, że w pracy nad rękopisem średniowiecznym brało udział co najmniej dwóch artystów: kopista wyspecjalizowany w sztuce kaligrafii oraz iluminator. Właśnie na podstawie zdobień można stwierdzić z dużym prawdopodobieństwem, że był to cysters. Autorami iluminacji „Psałterza wrocławskiego” była grupa artystów włoskich ze szkoły Giovanniego da Gaibana. Tego rodzaju przedsięwzięcie w tamtych czasach mógł unieść tylko Lubiąż.


Faksymile "Psałterza wrocławskiego" na wystawie "W kręgu iluminowanych
średniowiecznych psałterzy śląskich", fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Psałterz był prezentem małżonki Henryka Pobożnego dla przyszłej synowej, księżnej saskiej Heleny, mającej poślubić Henryka III Białego. Wkrótce jednak, po śmierci małżonka, Helena opuściła Śląsk, zabierając ze sobą cenny prezent. Ślad po nim zaginął i dopiero w XIX wieku pojawił się w Anglii i obecnie przechowywany jest w Cambridge - w Fitzwilliam Museum.

Wprawdzie w centrum wystawy znajduje się wspaniałe faksymile owego psałterza, jednak towarzyszą mu piękne i cenne oryginały ksiąg iluminowanych, znajdujących się w posiadaniu Biblioteki Uniwersyteckiej we Wrocławiu. Tematem wystawy jest więc sztuka iluminacji?

Wystawa jest poświęcona sztuce średniowiecznej iluminacji z psałterzem jako tematem wiodącym. Starotestamentowa Księga Psalmów była dla chrześcijan żyjących w średniowieczu księgą szczególnie istotną z kilku powodów, dlatego była przepisywana w osobnym kodeksie. Psalmy były wzorem chrześcijańskiego śpiewnika, a już od IV w. n. e. służyły za księgę liturgiczną. Psalm był także dla chrześcijanina wzorem modlitwy. Śpiewano oczywiście po łacinie. Przypomnijmy, że  św. Hieronim, pierwszy znany nam tłumacz Starego Testamentu z języków oryginalnych na łacinę, Księgę Psalmów przekładał aż trzykrotnie, co dobitnie świadczy o roli psałterza w starożytnym chrześcijaństwie. Najbardziej upowszechnił się jego drugi przekład, zwany Psalterium Gallicanum. Przykłady tego właśnie psałterza znajdziemy wśród rękopisów na wystawie. Stosunkowo szybko - ze względu na ich popularność - psałterze łacińskie zaczną być tłumaczone na języki narodowe. Jeden z bardziej znanych polskich przekładów Biblii, który ukazał się po raz pierwszy w 1599 roku,  zawdzięczamy jezuicie, ks. Jakubowi Wujkowi,

Psałterz klarysek wrocławskich, całostronicowa miniatura ze sceną triumfalnego wjazdu Jezusa do Jerozolimy,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Księgę Psalmów przetłumaczył także pięknym poetyckim językiem Jan Kochanowski i wydał je w 1579 roku w Drukarni Łazarzowej.

Były i wcześniejsze tłumaczenia. Wiemy np., że już w XIII wieku istniał Psałterz św. Kingi. Psałterze czytane były w duchu chrystologicznym, co znalazło swoje odbicie w towarzyszących im iluminacjach, gdyż tematyka malarstwa średniowiecznych ksiąg była ściśle związana z treścią danej księgi. Dominują sceny przedstawiające tajemnicę paschalną: Mękę, Śmierć i Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. Iluminacje w średniowieczu traktowano jak tekst. Miały precyzyjnie ustalone zasady przedstawiania scen biblijnych, dlatego - niezależnie od miejsca pochodzenia – są niemal identyczne. Ważny jest także ich wzajemny układ, tworzący rodzaj narracji. Ta opowieść miała cechy uniwersalne, jak całe średniowiecze. Symbolika iluminacji czerpała ze źródła teologicznego i kanonicznego, a tworzyły one Biblia pauperum (łac. Biblia ubogich). Tak uczono Słowa Bożego.

To wszystko znajdziemy nie tylko w tym przepięknym faksymile, o który wzbogaciła się Biblioteka Uniwersytecka, ale także we wspaniałych rękopisach, które prezentujecie po raz pierwszy.

Tak, z faksymile wiąże te rękopisy nie tylko miejsce pochodzenia, ale także tematyka chrześcijańskiej pieśni i modlitwy, mająca przede wszystkim swoje odzwierciedlenie w psałterzu, stąd tytuł wystawy.

Maiestas Domini z Psałterza klarysek wrocławskich, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Kto jest autorem koncepcji wystawy?

Taką koncepcję wystawy zaproponowali Szwajcarzy - Wydawnictwo Quaternio z Lucerny, będące wydawcą faksymile "Psałterza wrocławskiego", którzy zwrócili się do prof. Wojciecha Mrozowicza z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Wrocławskiego, a ten z kolei zaproponował pani Grażynie Piotrowicz, Dyrektor Biblioteki Uniwersyteckiej, zorganizowanie takiej wystawy. Pani Dyrektor pomysł ten rozwinęła, wzbogacając wystawę o inne interesujące rękopisy, nie wszystkie będące psałterzami, ale pomagające w zrozumieniu sztuki iluminatorskiej średniowiecza oraz idei iluminowania psałterzy – księgi starotestamentowej – scenami niemal zawsze nowotestamentowymi.

Organizatorzy wystawy postawili sobie za cel ukazanie funkcji dydaktycznej tego rodzaju sztuki średniowiecznej. Na marginesie warto dodać, że sztuka średniowieczna była niemal identyczna tematycznie w każdym detalu, jeśli chodzi o tak zwane marginalia. Możemy na przykład zaobserwować zdobienia marginalne w kształcie różnych potworów albo sceny komiczne. Są to tzw. drolerie - od franc. drôle, co oznacza „śmieszny”. Jak wspomniałem, średniowieczni iluminatorzy musieli trzymać się ściśle pewnych kanonów, ale marginesy ksiąg stały się miejscem, gdzie mogli spełniać się jako artyści i dać folgę swoim fantazjom. Toteż nie dziwmy się, gdy w poważnych księgach znajdziemy sceny gorszące czy dziwaczne nawet dla dzisiejszego odbiorcy . Bywało, że pełniły one funkcję dydaktyczną, ale częściej miały po prostu śmieszyć. Docere, movere, delectare – oto cel marginaliów średniowiecznych rękopisów. Najchętniej jednak malowano na marginesach kwiaty, a tego typu zdobienia zwiemy floraturami (od łacińskiego słowa flos - kwiat).
.
Faksymile "Psałterza wrocławskiego" na wystawie "W kręgu iluminowanych
średniowiecznych psałterzy śląskich", fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Czy ma Pan jakąś ulubioną "scenę niecenzuralną"? 😀

Najbardziej lubię pewną niepozorną scenę z „Psałterza wrocławskiego”, która przedstawia Chrystusa ze zwierzętami. Dla jednych interpretatorów Chrystus jest na niej przedstawiony jako nowy Adam (także pokazywany w otoczeniu zwierząt, które  miał nazwać).  Kiedy uważnie przeanalizujemy starożytne przedstawienia, zauważymy pewną ciekawostkę. Otóż we wczesnych chrześcijaństwie często przedstawiano Orfeusza (który symbolizuje Chrystusa) w otoczeniu zwierząt, które reagowały na piękno jego gry. Taki wizerunek grającego Orfeusza - Chrystusa znajdziemy na mozaikach kościelnych. W czapce frygijskiej wygląda jak Orfeusz, ale to jest Chrystus, którego słuchają wszystkie zwierzęta, co jest ilustracją słów proroka Izajasza:

Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem, 
pantera z koźlęciem razem leżeć będą, 
cielę i lew paść się będą społem 
i mały chłopiec będzie je poganiał. 

Moc Ewangelii w tym się miała bowiem objawiać, że po pierwsze, była przeznaczona dla każdego, a po drugie, przemieniała człowieka. I tak ktoś z natury porywczy albo drapieżny jak wilk stawał się jak baranek. Oczywiście, w iluminacjach średniowiecznych odnajdziemy tylko echo tych dawnych przedstawień, gdyż w tej epoce malowanie Chrystusa w stroju frygijskim było już nie do przyjęcia i nie byłoby czytelne dla odbiorcy.

Najczęściej jednak Chrystus jest symbolizowany przez postacie Starego Testamentu. Możemy to zaobserwować w np. antyfonarzu, który prezentujemy na wystawie. Widzimy Chrystusa wychodzącego z trumny, a nie z grobu, którego strzegą rycerze ubrani w średniowieczne stroje, ponadto nadal śpią, co nie jest zgodne z tekstem Ewangelii ani pod względem biblijnych realiów, ani chronologii wydarzeń, bo przecież Chrystusa pochowano w grobowcu wykutym w skale, a grobu strzegli żołnierze rzymscy. Takie przedstawienie ma na celu opowiedzenie sceny biblijnej rozgrywającej się w następstwie czasowym, ma także odesłać czytelnika do jakiejś opowieści ewangelijnej. Stąd anachroniczność i achronologiczność wielu przedstawień biblijnych w średniowieczu.

Antyfonarz lubiąski (ok. 1280-1290), po lewej litera inicjalna "A" ze zdobieniem filigranowym,
po prawej ta sama litera z przedstawieniem fifgralnym, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Takie symultaniczne sceny są typowe także dla teatru średniowiecznego. Myślę, że współczesny czytelnik komiksów nie miałby problemów z odczytaniem takich średniowiecznych scen. 

Istotnie, w tej scenie Chrystus wychodzący z grobu jest dodatkowo "objaśniony Jonaszem" wychodzącym z brzucha ryby. Natomiast druga scena przedstawia Samsona niosącego bramy miasta Gaza, co z kolei jest echem patrystycznej interpretacji Ojców Kościoła, dotyczącej historii pochodzącej z Księgi Sędziów, w kluczu chrystologicznym. Dla przykładu Grzegorz Wielki napisze, że „nasz Odkupiciel, zmartwychwstawszy wczesnym rankiem, nie tylko wolny wyszedł z piekieł, lecz także zburzył wierzeje piekielne. Wziął bramę i zaniósł ją na szczyt góry, gdyż przez swe zmartwychwstanie zabrał bramy otchłani piekieł i wstępując, dostał się do królestwa niebios”. Chrystus wyszedł przed świtem, podobnie jak Samson z Gazy, a bramy piekieł Go nie powstrzymały. I jak Samson zaniósł bramy na wzgórze w okolicy Hebronu, tak Chrystus wstąpił do nieba. Jest to typowy przykład prefiguracji.  Scena ta ukazuje, jak Stary i Nowy Testament objaśniają się nawzajem, opowiadając dzieje zbawienia. Tak interpretowano Biblię w średniowieczu. Znaczenie symboliczne mają nawet barwy. Samson zabija lwa, który został namalowany w kolorach zgniłozielonych - jest zatem prefiguracją Chrystusa zabijającego szatana. Na innych iluminacjach lew ma już inną, typową dla siebie barwę, nie jest więc znakiem szatana, ale Chrystusa, który w tekstach biblijnych bywa nazywany lwem z plemienia Judy.

Przedstawienie figuralne w antyfonarzu z klasztoru cystersów w Lubiążu, m.in. ze sceną Zmartwychwstania Chrystusa,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Obok znajdują się dwie ilustracje przedstawiające Marię u Grobu, achronologiczne, lecz nawiązując do Ewangelii św. Jana...

Tak, scena środkowa u dołu przedstawia trzy niewiasty przy Grobie, które przyszły namaścić ciało Chrystusa, ale w pustym grobie spotykają anioła. Interesująca jest także scena u dołu po prawej, przedstawiająca Marię Magdalenę, która nie rozpoznała Zmartwychwstałego. Dlatego jest On przez iluminatora namalowany z łopatką w dłoni - jako ogrodnik, z którym Go pomyliła, według tekstu ewangelijnego. Poniżej widzimy Marię klęczącą i próbującą dotknąć Mistrza. Właśnie ze średniowiecznego iluminatorstwa wywodzi się późniejsza scena znana w renesansie i baroku: „Noli me tangere” (łac. „Nie dotykaj mnie!” – słowa, które według Ewangelii Jana wypowiedział Jezus do Marii Magdaleny właśnie w momencie rozpoznania Go przez nią w Getsemani).

Obok antyfonarza widzimy mszał zwany ołbińskim, także bardzo pięknie iluminowany...

Rękopis ten powstał w opactwie norbertanów na wrocławskim Ołbinie i jest - co się rzadko zdarza - datowany przez samego kopistę. Taką adnotacja skryby nazywamy kolofonem. W wypadku tego mszału zaczyna się od łacińskich słów: „Anno Domini Millesimo Quadringentesimo vijo”  („Roku Pańskiego 1407”), a kończy adnotacją z imieniem skryby: Mikołaj z Nysy. Piękno iluminacji rękopisów bogato zdobionych, jak w wypadku tego mszału, bierze się także stąd, że nakładano na siebie wiele warstw farby.

Mszał ołbiński z całostronicową miniaturą Ukrzyżowania, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Najstarszy z naszych rękopisów prezentowanych na wystawie jest datowany na początek XIII wieku i nie posiada wprawdzie pięknych iluminacji, ale jest interesujący ze względu na to, co zawiera, a mianowicie Księgę Psalmów, na marginesach której znajdują się komentarze w formie glos. Są one niezwykle misternie napisane - każdy wokół wybranego fragmentu psalmu, co nawiązuje do komentarzy żydowskich. Owe komentarze to bardzo popularne w średniowieczu kateny, co po łacinie oznacza łańcuch. Kompilator, który tworzył tego rodzaju dzieło, czytał komentarze ważnych Ojców Kościoła, np. Grzegorza Wielkiego, św. Hieronima czy św. Augustyna i wybierał z nich najpiękniejsze cytaty, po czym łączył je twórczo, nadając im w ten sposób nową treść.

Johann Statwech, Kleine Reimchronik, w medalionie król Dawid grający na harfie,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Inny rękopis użytkowy, prezentowany na wystawie, napisany jest w języku niemieckim, a jego treść stanowi streszczenie Biblii. Na jego kartach znajduje się genealogia Jezusa, z Dawidem grającym na harfie, gdyż to on właśnie uchodzi za autora większości psalmów. Linia rodowa Dawida wywodzi się od Noego i ciągnie aż do Chrystusa, który wielokrotnie w Nowym Testamencie nazwany został synem Dawidowym. Prezentujemy także psałterz, który ma tylko jedną iluminację i to niefiguralną, co wynika z faktu, że nie wszystkie klasztory było stać na zamówienie luksusowe, bogato zdobione. Iluminowana księga mogła kosztować w średniowieczu kilka wsi!

Wśród rękopisów iluminowanych nie zabrakło również Biblii...

Na wystawie eksponujemy także dwie tzw. Biblie paryskie - aby pokazać, jak wyglądała praca kopisty. Był to zawód ustandaryzowany, co oznacza, że w określonym czasie i miejscu wszyscy kopiści przepisywali księgi niemal identycznie. Przedstawione rękopisy pochodzą z różnych warsztatów, ale zarówno pismo - tzw. gotyk perełkowy - jak i dominacja ultramaryny na iluminacjach sprawiają, że wyglądają bliźniaczo. W taki sposób skrybowie przepisywali księgi tylko w połowie XIV wieku w północnej Francji i na tej podstawie wiemy, skąd pochodzą oraz kiedy powstały te dwie Biblie, gdyż manuskrypty nie mają kolofonów. Badania z zakresu historii sztuki i paleografii pozwalają datować rękopisy średniowieczne nawet wtedy, kiedy kopista nie zapisze żadnej informacji o dacie ani miejscu ukończenia swojej pracy.

Mszał z Kościoła św. Elżbiety, XIV w., po prawej litera inicjalna R z miniaturą przedstawiającą
Chrystusa Zmartwychwstałego,  fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Uwagę zwraca również pięknie iluminowany pontyfikał.

Na wystawie prezentujemy także pontyfikał, używany przez opata z Kamieńca Ząbkowickiego - księgę służącą do mszy sprawowanych zasadniczo przez biskupa, ale także przez opata, który miał prawo do sprawowania tzw. pontyfikaliów. Iluminowany jest pięknymi obrazami przedstawiającymi historię zbawienia. Na marginesie dostrzec możemy Chrystusa jako nowego Adama i Marię jako nową Ewę przy Drzewie Życia. Z kolei nad Chrystusem tronującym znajduje się adnotacja marginalna. Zdarzało się bowiem, że kopista na marginesie dopisywał  coś od siebie.

Pontyfikał kamieniecki, po lewej litera inicjalna B z miniaturą przedstawiającą Chrystusa na majestacie,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Spośród licznych iluminacji uwagę przykuwa niezwykłe piękne przedstawienie Tronu Łaski.

To bardzo piękne przedstawienie, zwane Tronem Łaski, pochodzące z późnośredniowiecznego mszału z klasztoru premonstratensów na podwrocławskim Ołbinie  Bóg Ojciec podtrzymuje krzyż, Chrystus wspiera się na Jego kolanach, zaś ponad głową Chrystusa - pomiędzy Nim a Ojcem -widoczna jest gołębica, symbolizująca Ducha Świętego. Miniatura porusza emocje i ma wysoki poziom artyzmu. Tego typu przedstawień jest w tym mszale bardzo wiele, ale cały projekt nie został ukończony. Prawdopodobnie z powodu niewystarczających środków finansowych wiele szkiców nie zostało pokrytych farbą.

Mszał ołbiński z dawnego klasztoru Premonstratensów, litera inicjalna "B" z
miniaturą przedstawiającą Trójcę Świętą, fot. B. Lekarczyk-Cisek

Pokazanie na wystawie tylu oryginalnych rękopisów, w dodatku bogato i pięknie zdobionych, pozwala nie tylko spojrzeć na sztukę średniowieczną z podziwem i szacunkiem, ale także wniknąć w tajniki iluminatorstwa. Pozostaje mieć nadzieję, że takie wystawy w Bibliotece Uniwersyteckiej staną się częstsze. Dziękuję za interesującą rozmowę.


P.S. Koniecznie oglądajcie rękopisy w zbliżeniu - dopiero wtedy można docenić ich urodę!




czwartek, 10 stycznia 2019

XVII-wieczny sztambuch powrócił do Biblioteki Uniwersyteckiej we Wrocławiu!

Sztambuch Melchiora Lucasa z 1665 r., będący polską stratą wojenną, powrócił do Polski. Rękopis pochodzi ze zbiorów dawnej Biblioteki Miejskiej we Wrocławiu, której spadkobierczynią jest obecnie Biblioteka Uniwersytecka.

Sztambuch Melchiora Lucasa, oprawa z czarnej skóry, ze złoconymi tłoczeniami, monogramem i datą 1635

Sztambuch został wystawiony na sprzedaż w kwietniu 2018 r. w domu aukcyjnym Kiefer w Niemczech. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego po wstępnym zweryfikowaniu obiektu natychmiast zwróciło się do właściciela domu aukcyjnego z prośbą o wstrzymanie sprzedaży rękopisu. Sytuacja wymagała szybkiej interwencji – rękopis odnaleziono pod koniec kwietnia, zaś termin rozpoczęcia aukcji wskazany był na początek maja, tuż po długim weekendzie majowym w naszym kraju.

"Wystarcza mi łaska Twoja, Panie", wpis starosty generalnego na Śląsku, księcia Henryka Wacława Podiebradowicza, 1639, s. 13

Dyrekcja BUWr zwróciła się o pomoc w odzyskaniu rękopisu do Wydziału Restytucji Dóbr Kultury funkcjonującego w ramach Departamentu Dziedzictwa Kulturowego za Granicą i Strat Wojennych Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, który z sukcesem przeprowadził proces restytucji sztambucha. Do Niemiec udało się przekazać dokumenty potwierdzające fakt, że sztambuch Melchiora Lucasa przed wojną posiadał sygnaturę „St. 62” i należał do kolekcji sztambuchów Biblioteki Miejskiej, która liczyła wówczas 230 sygnatur. Na podstawie znajdującej się w bibliotece dokumentacji poświadczono, że 16 września 1943 r. – w obawie przed bombardowaniami – 100 drewnianych ponumerowanych skrzyń z najcenniejszymi rękopisami i inkunabułami wywieziono do pałacu w Ramfeld w dzisiejszych Ramułtowicach.

"Nienawistna pycho, dlaczego wyciągasz pióra ku niebu? Spójrz na stopy, o surowa: żmija pożre [twoje] ciało". Miedzioryt przedstawiający jeden z grzechów głównych: pychę, autorstwa flamandzkiego rytownika Jacoba van der Heydena, s. 405

Prawnicy Departamentu Dziedzictwa Kulturowego za Granicą i Strat Wojennych MKiDN we współpracy z niemieckim Biurem Prawnym doprecyzowali szczegóły związane z prawną finalizacją sprawy odzyskania rękopisu. Efektem tych ponad półrocznych wysiłków ze strony wszystkich zaangażowanych osób – zwłaszcza pracowników Departamentu Dziedzictwa Kulturowego za Granicą i Strat Wojennych Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz pracowników Biblioteki Uniwersyteckiej – jest powrót sztambucha do Polski. Dotarł on 8 listopada w stanie nienaruszonym do Biblioteki Uniwersyteckiej we Wrocławiu.

"Wszystkiego koniec - śmierć, dół, proch" - wpis i herb administratora biskupstwa wrocławskiego, Piotra Gebauera, s. 117

Jest to już szósty z cennych rękopisów, które powróciły do Biblioteki Uniwersyteckiej we Wrocławiu w ostatnich latach. W 2003 r. udało się odzyskać z holenderskiej Biblioteki  Philosophica Hermetica fragment XV-wiecznego rękopisu Akc. 1948/208 zawierającego „Beliala” autorstwa Jacobusa de Theramo. Manuskrypt posiada jeden z najstarszych niemieckich przekładów tego pierwotnie napisanego po łacinie traktatu moralno-teologicznego i jest bogato iluminowany wizerunkami diabła.

Dwa lata później – w 2005 r. powrócił brewiarz M 1144 z I poł. XV w. wystawiony na aukcji w domu aukcyjnym Sotheby’s w Londynie. Z kolei w 2009 r. z domu aukcyjnego Bloomsbury w Nowym Jorku odzyskany został mszał o sygnaturze M 1138. Ta bogato zdobiona księga liturgiczna powstała prawdopodobnie około 1470 r. dla wrocławskiego kościoła św. Marii Magdaleny. A z kolei w 2011 r. powrócił do macierzystych zbiorów XV-wieczny kodeks R 174 z „Liber de natura rerum” Tomasza z Cantimpré. Rękopis R 174 to jeden z sześciu zachowanych na świecie ilustrowanych egzemplarzy z tym dziełem. Wszystkie wymienione rękopisy odzyskano we współpracy z Ministerstwem Spraw Zagranicznych. Ostatnim odzyskanym kodeksem był kolejny brewiarz M 1139, który w 2015 r. powrócił do Biblioteki Uniwersyteckiej we Wrocławiu z krakowskiego antykwariatu Rara Avis. Bibliotece udało się go odzyskać dzięki zaangażowaniu i pracy specjalistów z Wydziału ds. Restytucji Dóbr Kultury Departamentu Dziedzictwa Kulturowego za Granicą i Strat Wojennych MKiDN.

U góry w języku hebrajskim cytat z Ks. Koheleta 2, 1-2, poniżej zaś w języku arabskim przywołanie Listu do Tytusa 2, 11-13, wpis Daniela Charasza, nawróconego na chrześcijaństwo Żyda, s. 515

Odzyskany sztambuch (rodzaj rękopisów zawierających oryginalne osobiste wpisy wybitnych postaci danej epoki) powstał w XVII w. Wiąże się go ze zbiorami wrocławskiego patrycjusza Thomasa Rehdigera (1540-1576), zgromadzonymi przy kościele św. Elżbiety we Wrocławiu. Liczy 563 strony i jest formatu octavo (11,5 x 15 cm). Jego oprawa z czarnej skóry z pozłacanymi tłoczeniami, monogramem i datą 1635 nosi ślady zużycia i uszkodzenia.
Album zawiera 367 wpisów osób głównie związanych z Wrocławiem. Pochodzą one z lat 1635-1650. Znajduje się w nim również 16 heraldycznych akwareli, 11 przyklejonych zniszczonych herbów, pięć akwareli częściowo emblematycznych, pięć rysunków tuszem i kilka wykaligrafowanych. Spotkać też można emblematyczne miedzioryty – częściowo ze studenckimi motywami i przeważnie dwujęzycznymi łacińsko-niemieckimi sentencjami. Na końcowych kartach sztambucha widnieją cztery miedzioryty przedstawiające grzechy śmiertelne autorstwa znanego flamandzkiego malarza, rzeźbiarza i rytownika Jacoba van der Heydena (1573–1645).


Melchior Lucas, właściciel sztambucha, mieszkał we Wrocławiu i piastował wysoki urząd w administracji na Śląsku. W jego sztambuchu znaleźć można dedykacje przedstawicieli wielu warstw ówczesnego społeczeństwa: arystokratów, oficerów cesarskich, wysoko postawionych duchownych, patrycjuszy, mieszczan i nauczycieli. Na szczególną uwagę zasługują wpisy znaczących postaci dla dziejów Wrocławia i Śląska. Są wśród nich dwaj starostowie generalni i namiestnicy królów czeskich na Śląsku w tamtym czasie: książę Ziębic i Bierutowa oraz hrabia Kłodzka Henryk Wacław Podiebradowicz (1592-1639) i książę legnicki i wołowski Jerzy Rudolf (1595-1653). Pojawiają się też wpisy innych arystokratów i wysokich hierarchów – księcia legnickiego Ludwika IV (1616-1663), biskupa pomocniczego diecezji wrocławskiej Johanna Balthasara Liesch von Hornau (1592-1661) czy grafa, cesarskiego dowódcy i feldmarszałka Franza von Magnisa von Straßnitza (1598-1652).


Odzyskany rękopis jest unikatowym zabytkiem kultury, zachowanym w jednym egzemplarzu, który niezależnie od walorów literackich i estetycznych posiada istotną wartość historyczną dla naszego regionu. Dobrze się stało, że po ponad 70 latach wraca tam, gdzie zawsze przynależał, czyli do zbioru sztambuchów dawnej Biblioteki Miejskiej. Stanowi on ważne uzupełnienie nie tylko tej kolekcji, lecz całego zasobu rękopisów Biblioteki Uniwersyteckiej we Wrocławiu.


AUTOR: Grażyna Piotrowicz, Biblioteka Uniwersytecka

informacja prasowa

czwartek, 29 listopada 2018

Agnieszka Patała opowiada o wystawie „Migracje” w Muzeum Narodowym we Wrocławiu /wywiad/

Wraz kuratorką i pomysłodawczynią wystawy "Migracje" rozmawiamy o sztuce późnogotyckiej, do której powstania przyczyniły się zarówno migracje artystów, jak też fundatorów. Dzięki temu powstały wspaniałe dzieła sztuki, które możemy dziś podziwiać na tej wyjątkowej ekspozycji. Co dziś wiemy na ten temat?

Wystawa "Migracje", widok ogólny, fot. B. Lekarczyk-Cisek
Barbara Lekarczyk-Cisek: Prezentacja dzieł sztuki późnogotyckiej, pochodzących z różnych kościołów i muzeów, to nie lada okazja, aby zobaczyć piękne, a zarazem rzadkie artefakty. Jakie okoliczności sprawiły, że  na czas wystawy zgromadzono je w Muzeum Narodowym? I skąd taki intrygujący tytuł?

Agnieszka Patała, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Agnieszka Patała: Pomysł tej wystawy jest po trosze efektem mojej pracy doktorskiej, ponieważ zajmowałam się późnogotyckim malarstwem na Śląsku w kontekście relacji z Norymbergą. Przy okazji tych badań okazało się, że wątek migracyjny jest bardzo istotny i ciekawy, zarówno z perspektywy artystów, którzy tu przybywali, jak też z uwagi na fundatorów. Ci ostatni przyjeżdżali  Wrocławia m.in. w wieku XV, XVI,  XVII i fundując dzieła malarskie, rzeźbiarskie, czy też iluminowane rękopisy i druki, starali się z jednej strony podkreślić swoje obce pochodzenie, z drugiej zaś zaadaptować do tutejszej społeczności. Ten klucz dotyczący migracji wydawał mi się więc bardzo interesujący, ponieważ dzięki niemu można ukazać zarówno zjawiska w sztuce, jak też i poza nią.

Co sprawiło, że na Śląsk przybywali malarze, a także donatorzy?

W XV w. Śląsk, a zwłaszcza Wrocław, był ważnym i atrakcyjnym terenem dla kupców i inwestorów z wielu stron Europy. Przybywali tu na czas jarmarków, nawiązywali relacje handlowe i z czasem niektórzy decydowali się, zwykle z bardzo pragmatycznych przyczyn, aby osiąść tu na stałe. Drugą ważną grupę migrantów stanowiło duchowieństwo, także na najwyższych szczeblach diecezji, czyli kanonicy i biskupi, którzy nie szczędzili środków i wysiłków na fundacje artystyczne. Dla migrujących twórców – malarzy, rzeźbiarzy i pierwszych drukarzy - Wrocław musiał uchodzić za atrakcyjne i pełne możliwości miejsce pracy, w którym mogli liczyć na zlecenia zarówno ze strony mieszczan, jak i parafialnego, zakonnego oraz katedralnego kleru. Przybywali tu z m.in. terenów Nadrenii, Frankonii, Szwabii, Łużyc, Saksonii, Małopolski czy Kujaw, choć nie wszyscy osiągnęli tu spektakularny sukces.

Wilhelmem Kalteysenem von Oche, Poliptyk św. Barbary, fot.Barbara Lekarczyk-Cisek

Czym kierowała się Pani wybierając obiekty na tę imponującą wystawę?

Pierwszym kryterium doboru prac był fakt ich wykonania przez pracownie artystów-migrantów i temu wątkowi podporządkowaliśmy cztery sale wystawy. A zatem w jednej z nich zobaczymy zachowane dzieła wiązane z Wilhelmem Kalteysenem von Oche, artystą prawdopodobnie niezrzeszonym we wrocławskim cechu, który realizował swoje najbardziej prestiżowe zlecenia na Śląsku w latach 40. i 50. XV wieku. Pokazujemy prace wiązane z nim bezpośrednio wraz z dziełami jego przypuszczalnych współpracowników, ukazując jednocześnie wiele obliczy dorobku tego malarza, który współpracował z wieloma artystami. Drugą pracownię, tzw. Mistrza Lat 1486-1487, tworzyli anonimowi twórcy-nomadzi, którzy zmieniali często miejsce wykonywania zleceń. Nie wiemy nawet, gdzie znajdował się ich warsztat. Byli to artyści wykształceni poza Wrocławiem, prawdopodobnie w Norymberdze. Działali bardzo sprawnie, realizując wiele malarskich zleceń metodami typowymi dla seryjnej produkcji. Tymczasem w Pracowni Mistrza Poliptyku z Gościeszowic powstawały zarówno dzieła malarskie, jak i rzeźbiarskie, ponieważ była to liczna grupa malarzy i snycerzy, którzy nie raz rok po roku wykonywali kolejne nastawy ołtarzowe.

Poliptyk z Gościszowic, fot. B. Lekarczyk-Cisek
Wystawa „Migracje” jest pasjonującą opowieścią o sztuce późnego średniowiecza – z jej początkiem, punktem kulminacyjnym i zakończeniem. Proszę nam przybliżyć tę narrację.

Rzeczywiście, początkiem tej opowieści jest prezentacja dzieła, które rozpoczyna historię malarstwa późnogotyckiego gotyckiego na Śląsku, czyli zachowanej środkowej kwatery Poliptyku św.Barbary z pracowni  Wilhelma Kalteysena von Oche. W kolejnych salach zestawiamy prace nieznanych z imienia artystów współtworzących zespoły Mistrza Lat 1486-1487 oraz Mistrza Poliptyku z Gościszowic – jako dwa równoległe wątki, gdyż były to pracownie działające mniej więcej w tym samym czasie, były podobnie zorganizowane, które zajmowały się produkcją nastaw ołtarzowych. Opowieść jest kontynuowana za sprawą działalności fundacyjnej wrocławskim mieszczan, płynnie przechodząc w prezentację zróżnicowania dorobku najsłynniejszego artysty-przedsiębiorcy i migranta zarazem działającego we wrocławskim cechu malarzy i rzeźbiarzy, jakim okazał się pochodzący ze szwabskiego Geislingen Jakob Beinhart. Opowieść kończą fundację wrocławskiego biskupa Jana V Turzona, z których poliptyk Pięciu Boleści Marii ukazuje docierania do Wrocławia tendencji renesansowych. 

Czy znane są jakieś szczegóły dotyczące organizacji tych pracowni? Czy miały charakter familijny, jak choćby pracownia Tintoretta, czy też był mistrz i jego uczniowie?

Tego, niestety, nie wiemy, gdyż nieznane pozostają imiona i nazwiska wielu twórców, a także siedziby ich warsztatów.  Wyjątkowo rysuje się na tym tle przypadek wspomnianego już Jakoba Beinharta, którego nazwisko bardzo często pojawiało się w przekazach archiwalnych. Prezentujemy na wystawie fenom artysty, który w źródłach był określany jako malarz,  jednak historycy sztuki przypisują mu wiele malowanych i rzeźbionych nastaw ołtarzowych oraz pojedynczych dzieł rzeźbiarskich. Wiadomo, że miał potężną pracownię i na przestrzeni lat wykształcił około pięćdziesięciu uczniów. Wiemy ze źródeł, że był bardzo poważany i występował a to jako starszy cechu, a to jako wiarygodny świadek w różnych sprawach. Były na owe czasy kimś w rodzaju menadżera odpowiedzialnego za pozyskiwanie zleceń i ich terminową realizację. Do zleceń zatrudniał pracowników i organizował ich pracę. Ponadto Jakob Beinhart, jako jedyny z prezentowanych artystów, działał w ramach jedynego w regionie i sprawnie funkcjonującego we Wrocławiu cechu malarzy i rzeźbiarzy. Organizacja ta przypominała, z jednej strony dużą rodzinę, a z drugiej strony korporację kontrolującą swoich członków zarówno w zakresie solidności pracy, jak i dobrych obyczajów, pobożności i relacji rodzinnych. 



Św. Katarzyna Aleksandryjska, Jakob Beinhart, fot. B. Lekarczyk-Cisek


Za co i w jaki sposób karano członków cechu?

Karano za bójki, za nieobecność na nabożeństwie, za spory, oszczerstwa… Karano więzieniem albo grzywnami. W tych czasach sfery religijna, obyczajowa i zawodowa były ze sobą ściśle związane. Moralność była gwarantem rzetelności. Dotyczyło to także kupców i przedstawicieli innych zawodów, skupionych w cechach.

Przy których obiektach tej wystawy warto zatrzymać się na dłużej? Jak powinniśmy patrzeć na sztukę gotycką?

Z pewnością trzeba się dłużej zatrzymać przy Poliptyku z Sulechowa, powstałym w 1499 roku, na którego zachowanych malowanych kwaterach dzieje się bardzo wiele, również na dalszych planach.  W okresie Wielkiego Postu wierni mogli podziwiać pierwsze otwarcie, o tematyce pasyjnej, które prezentujemy na wystawie. Składa się z ośmiu scen, której należy czytać od lewej do prawej strony, poczynając od Modlitwy w Ogrójcu, a kończąc na Ukrzyżowaniu. Chrystusowi towarzyszą zarówno apostołowie, jak i żołnierze – przedstawiciele „złej strony”. Widać to po sposobie pokazywania twarzy: źli bohaterowie są szpetni, mają twarze wykrzywione grymasem, krzywe zęby. Bez trudu rozpoznajemy na obrazie, kto jest dobry, a kto jest zły. Celem takie przedstawienia było zarówno zaciekawienie widza, jak też wzbudzenie w nim określonych emocji. Ponadto warto również zwrócić uwagę na takie elementy obrazu, które początkowo umykają uwadze, jak np. złocenia i dekoracja tła, na którym pojawiają się motywy rajskich ptaków. To są cechy bardzo typowe dla warsztatu Mistrza Poliptyku z Gościeszowic . Warto też zwrócić uwagę na dalszy plan, gdzie pojawiają się widoki miasta, czy też pomieszczenie, w których niedawno biczowano Chrystusa.

Poliptyk z Gościszowic, fot. B. Lekarczyk-Cisek
Jednym z najpiękniejszych dzieł na tej wystawie jest  przedstawienie Świętego Łukasza malującego Marię. Święty Łukasz, patron cechu malarzy, jest według legendy autorem cudownego wizerunku Matki Bożej. Mówi ona, że Święty Łukasz przysnął podczas malowania i sama Maria dokończyła swój wizerunek. Płaskorzeźba  ukazuje rodzajową scenę, w której święty Łukasz przystępuje do pracy, maleńki Jezus bawi się u stóp Matki, ta zaś zajęta jest tkaniem szaty, która będzie rosnąć wraz z Jezusem. Dzieło to ukazuje wiele elementów z życia codziennego twórcy tej płaskorzeźby. Całość przedstawienia rozgrywa się w późnogotyckim wnętrzu, którego sklepienie wsparte jest na filarze, a okna zamiast szyb wypełniają gomułki  – w charakterystyczny dla ówczesnych realiów sposób. Pod krzesłem Świętego Łukasza umieszczono jego symbol – wołu.
Dzieło to przypisuje się Jakobowi Beinhartowi, który miał wykonać tę pracę do kaplicy cechu malarzy. Co charakterystyczne, rzeźba ta w założeniu miała pozostać niepolichromowana, stąd artysta zadbał, abyśmy nie dostrzegli na niej śladów dłuta.

Święty Łukasz malujący Maryję, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
Oprócz dzieł malarskich i rzeźbiarskich, na wystawie pokazano także wspaniałe rękopisy iluminowane, inne interesujące manuskrypty i druki…

Dobór książek odpowiada tematyce poszczególnych sal, w których zostały zaprezentowane. Poliptykowi Świętej Barbary towarzyszy Mszał z Nysy, w którym przedstawiono scenę Ukrzyżowania uznaną za powstałą w kręgu oddziaływania  Wilhelma Kalteysena von Oche. W sali poświęconej Mistrzowi Poliptyku z Gościeszowic zaprezentowano inkunabuł pochodzący z dawnej biblioteki Opactwa Kanoników Regularnych w Żaganiu – jako rodzaj pars pro toto opactwa, które przypuszczalnie było miejscem, w którym pracownia przez czas jakiś tworzyła. 

Portrety Lorenza i Clary Heugel, warsztat śląski, ok. 1520, fot. B. Lekarczyk-Cisek

W dalszych salach, poświęconych mieszczaństwu, prezentujemy m.in.. podręcznik do arytmetyki, z którego uczyli się od l. 70 XV w. adepci kupieckiego fachu.  Jest także psałterz z kościoła Marii Magdaleny, w którym pojawiają się pierwsze portrety w malarstwie śląskim w pełnym tego słowa znaczeniu, niezależne od reszty przedstawień. Ponadto wystawiamy także mszał, w którym prezentujemy zapisany na wewnętrznej stronie okładki tekst oficjum do św. Sebalda – czczonego wyłącznie przez obywateli Norymbergi lub osoby stamtąd pochodzące. W sali poświęconej Ostrowowi Tumskiemu wyeksponowano trzy mszały związane z trzeba biskupami-migrantami, w tym dwie edycje mszałów drukowanych w Moguncji. 

Opis pielgrzymki Petera Rindfleischa do Ziemi Świętej i Santiago de Compostella, nieznany pisarz na podst. tekstu Rindfleischa, rękopis papierowy, własność: Biblioteka Uniwersytecka we Wrocławiu, fot. B. Lekarczyk-Cisek
W korytarzu księgi pojawiają się przy okazji dwóch wątków. Jednym z nich jest podróż do Ziemi Świętej, której odręcznie napisaną relację znajdziemy na wystawie. Wątek pielgrzymkowy jest także ważnym elementem migracji. Prezentujemy ponadto początki druku oraz handlu księgarskiego na Śląsku, m.in. pierwszy druk z oficyny Caspara Elyana z 1475 roku, w którym zamieszczono zapis statutów synodów diecezji, które zbierały się we Wrocławiu i dążyły do ujednolicenia liturgii oraz zawierające teksty najważniejszych modlitw – po polsku i po niemiecku. Jest to jeden z pierwszych drukowanych tekstów, które powstały we Wrocławiu,  a zarazem pierwszy w ogóle zawierający drukowany tekst w języku polskim. Na wystawie znajduje się także rękopis zawierający teksty związane z osobą  św. Jadwigi, powstały na zlecenie wrocławskiego patrycjusza  Antoniego Horniga.

A które z dzieł prezentowanych na wystawie darzy Pani szczególną sympatią i dlaczego?

Moje ulubione dzieło znajduje się w sali na II piętrze i jest nim dawna nastawa baldachimowa z kościoła św. Elżbiety we Wrocławiu, której malowane skrzydła powstały na przełomie l. 70. i 80. XV wieku, przypuszczalnie dzięki donatorowi pochodzącemu z Norymbergi. Dzieło to powstało jako oprawa kamiennej Piety z XIV wieku, znajdującej się w centrum tej nastawy. Obecnie w miejscu Piety jest pustka, ukazująca, jak bolesne są straty wojenne, o których nie wolno zapominać… Samo dzieło jest szczególne także i przez to, że tego rodzaju nastaw baldachimowych zachowało się na terenach Ślaska niewiele. Jest ono prezentowane w największej Sali wystawy, ukazującej różnych rodzaju nastawy ołtarzowe i ołtarzyki – od najmniejszych, przenośnych, po najbardziej monumentalne, zdobiące ołtarze największych śląskich far, a także kościołów wiejskich.

Ołtarz baldachimowy w figurą Piety sprzed 1939 r./skan katalogu wystawy

Ołtarz baldachimowy w figurą Piety z kościoła Św. Elżbiety we Wrocławiu, stan obecny,
własność Muzeum Narodowego w Warszawie, fot.  B. Lekarczyk-Cisek

Dziękuję za opowieść o sztuce późnogotyckiej w jej rozmaitych przejawach. Mam nadzieję, że zachęci ona do zwiedzania wystawy.

Wystawie towarzyszy pięknie wydany katalog.



A oto pozostałe zdjęcia z wystawy:

Kronika świata wydana w norymberskiej oficynie Antona Krobergera, zawierająca
pierwsze widoki śląskich miast: Wrocławia i Nysy,  fot. B. Lekarczyk-Cisek

Biczowanie, malowana kwatera dawnego retabulum ołtarza głównego NMP na Piasku
Warsztat Mistrza  Lat 1486-1487 i Mistrza Poliptyku z Gościszowic,  fot. B. Lekarczyk-Cisek
Maria z Dzieciątkiem i postacie świętych, Warsztat Mistrza  Lat 1486-1487, fot. B. Lekarczyk-Cisek
Epitafium rodziny Scheuirl, malarz wrocławski 1537, fot. B. Lekarczyk-Cisek
Poliptyk z Konina Żagańskiego, Warsztat Mistrza Poliptyku z Gościszowic, 1506-1507,
fot. B. Lekarczyk-Cisek
Św. Anna Samotrzecia, Warsztat Mistrza  Lat 1486-1487, fot. B. Lekarczyk-Cisek

niedziela, 18 marca 2018

50. Festiwal Wratislavia Cantans: Sztuka interpretacji /relacja/

Niezrównane interpretacje kompozytorów włoskich, liryczny i zakochany Chopin, zwątpienia co do trwałości uczuć Mozarta. Blažikova, Pires, Pasiecznik. Piszemę o koncertach wrocławskiego  święta melomanów. 


Festiwal Wratislavia Cantans trwa w najlepsze. Zanim jednak przyjdzie czas podsumowań, warto podkreślić, że przy całej swojej różnorodności, ma on jednak jedną cechę wspólną. Mianowicie uwodzi urodą interpretacji - i to zarówno utworów dawnych, niekiedy mało znanych, jak też takich, o których sądzimy, że nic nowego w ich wykonawstwie nas już nie spotka... Jakże przyjemnie jest doświadczyć, że to nieprawda!

Melancholia,czyli Hana Blažíková


Do niespodzianek tegorocznego festiwalu z pewnością należy skromnie zapowiadający się koncert "Melanconia" z podtytułem "muzyczne skarby Biblioteki Uniwersyteckiej we Wrocławiu". W założeniu - ciekawostka, w praktyce - piękny, znakomicie zagrany i zaśpiewany. 
 
Przy okazji mogliśmy nie tylko dowiedzieć się, że Biblioteka Uniwersytecka we Wrocławiu jest w posiadaniu obszernej kolekcji druków włoskich, powstałych  głównie w Wenecji, ale również obejrzeć te cymelia na specjalnie zorganizowanej wystawie. Okazuje się, że  w XVI  i XVII wieku miasto to było nie tylko znanym ośrodkiem handlu, ale także rozwinęło sztukę drukarską, wyspecjalizowaną w edycjach muzycznych. Liczebność zbiorów muzycznych w Bibliotece Uniwersyteckiej świadczy o tym, że mieszkańcy XVII-wiecznego  Wrocławia preferowali w szczególności muzykę włoską, pisaną w duchu seconda practica. Określenie to zawdzięczamy Claudio Monteverdiemu w odniesieniu do muzyki, w której tekst odgrywa wiodącą rolę. 

Hana Blažíková wraz z zespołem, fot. Łukasz Rejchert / Wratislavia Cantans
 Podczas koncertu Hany Blažikovej, którą słuchaliśmy we Wrocławiu parokrotnie w repertuarze klasycznym, kiedy wykonywała muzykę J.S. Bacha, mogliśmy przekonać się, jak bardzo jest utalentowana. Tym razem okazało się, że czuje się jeszcze lepiej, bardziej swobodnie, w repertuarze włoskim. Jej interpretacje utworów Giovanniego Antonio Rigatti ("O bella etá dell`oro..."), Stefano Landi ("Canta la cicaletta...", "O felice mio core...") i innych kompozytorów, przy akompaniamencie instrumentów dawnych: teorby Jana Krejča, klawesynu i pozytywu Pierre Callona oraz harfy Kateřiny Channudi (która zaśpiewała ten w duecie jeden utwór na bis) - nie miały sobie równych! Dodajmy, że artystka gra też na harfie gotyckiej, akompaniując sobie w czasie występów. Stąd też jej swoboda wykonawcza na wrocławskim koncercie muzyki włoskiej wczesnego baroku.

Mądrość, miłość i transcendencja


Koncertem, w którym sztuka interpretacji zdumiała swym pięknem i doskonałością, były występy Marii João Pires oraz Olgi Pasiecznik z orkiestrą Die Deutsche Kammerphilharmonie Bremen pod dyrekcją Trevora Pinocka. Choć w repertuarze znalazły się utwory kompozytorów tak od siebie różnych, połączył je wspólny temat: "Mądrość, miłość i transcendencja", jak zapowiadał  tytuł koncertu. W istocie, wszystko to w wykonywanych utworach się znalazło.

II Koncert fortepianowy f-moll napisał Fryderyk Chopin pod wpływem pierwszej, platonicznej miłości do śpiewaczki Konstancji Gładkowskiej. Mimo że miał zaledwie 19 lat, stworzył dzieło, któremu nadał własne oblicze stylistyczne, mimo że korzystał ze znanych sobie wzorców. Chciałoby się podkreślić, że stało się tak nie tylko za sprawą talentu młodego kompozytora, ale również pod wpływem głębokiego uczucia, które - jak wierzyli romantycy - wyrywało człowieka ze schematów zwyczajnego życia. Ale skomponowanie utworu to jedno, a jego interpretacja to coś zupełnie odrębnego. W tym przypadku znaczenie ma i talent, i doświadczenie wykonawcy. Tych dwu przymiotów nie można odmówić Marii João Pires.

Maria João Pires, fot. materiały prasowe
Portugalska pianistka już  w wieku siedmiu lat wykonywała brawurowo utwory fortepianowe Mozarta, a mając dokładnie tyle lat, co Chopin, kiedy skomponował II Koncert fortepianowy f-moll, odebrała najwyższą portugalską nagrodę dla młodych muzyków. Tylko ktoś równie wspaniały, pełen wigoru i zbieranych latami doświadczeń, mógł w absolutnie cudowny sposób zinterpretować miłosny utwór Chopina, szczególnie piękny i liryczny w "Larghetto", a pobrzmiewający tanecznym kujawiakiem i mazurem w finalnym "Rondo". Pianistce towarzyszył dyskretnie wspaniały Die Deutsche Kammerphilharmonie Bremen pod Trevorem Pinockiem.

Tenże zespół zgrał równie brawurowo fragmenty kompozycji W.A. Mozarta: Uwerturę do opery "Łaskawość Tytusa" oraz Symfonię C-dur nr 41 "Jowiszową". Mnie jednak zawsze urzeka przede wszystkim ludzki głos, toteż z tego koncertu zapamiętałam szczególnie arie Olgi Pasiecznik, w szczególności "Dove sono" z opery "Wesele Figara".
 
O Oldze Pasiecznik pisałam niedawno przy okazji jej występu na festiwalu Forum Musicum, ale nie sposób pominąć milczeniem jej kolejnego, choć bardzo krótkiego i pozostawiającego niedosyt, występu. Słodycz i smutek arii "Dove sono" przenikał słuchaczy do głębi. Oto prawdziwa maestria: oszczędność środków wyrazu, a przy tym jaka dojrzałość interpretacji! Kiedy Pasiecznik śpiewa o tym, że uczucie przeminęło, pozostał smutek, a jednocześnie wspomnienie minionego szczęścia - to jest w tym niezwykle wiarygodna i niebanalna. A ile w tym piękna i nostalgii... Prawdziwa mistrzyni interpretacji!

Olga Pasiecznik, prasowe
Przed nami jeszcze sporo pięknej muzyki, m.in. powtórzenie programu pierwszego festiwalu Wratislavia Cantans w nowej interpretacji, koncert jubileuszowy Tadeusza Strugały, na którym usłyszymy m.in. "Symfonię pieśni żałosnych" Henryka M. Góreckiego, "Wariacje Goldbergowskie" J.S. Bacha w wykonaniu znakomitego klawesynisty Pierre Hantaï czy "Sonaty misteryjne" Bibera, również w znakomitym wykonaniu. A zatem Niech żyje Wratislavia!

Artykuł ukazał się na portalu Kulturaonline 16 września 2015 roku.


Modlitwa za ofiary tragedii w Krakowie zamiast koncertu „Biblia i Muzyka” – Ojcowie Paulini we Wrocławiu zapraszają

W związku z ogłoszoną żałobą narodową informujemy, że zaplanowane wydarzenie „Biblia i Muzyka” zostaje zastąpione wspólną modlitwą duchownyc...

Popularne posty