Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Billie Holiday, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Billie Holiday, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 września 2017

Billie Holiday, William Dufty: „Lady Day śpiewa bluesa” każdego dnia /recenzja książki/

Pięćdziesiąt lat po amerykańskim wydaniu biografii słynnej wokalistki jazzowej, Billie Holiday, ukazał się w Wydawnictwie Czarne jej polski przekład. Opowieść Billie o sobie samej to jak słuchanie jej nagrań. Przekonajcie się sami.

Billie Holiday, William Dufy, Lady śpiewa bluesa, Wyd. Czarne

Billie Holiday była moją ulubioną piosenkarką w latach młodości, kiedy to interesowałam się jazzem i bluesem. Nie tylko kolekcjonowałam jej nagrania, utrwalając je na magnetofonie szpulowym audycje Polskiego Radia, zwłaszcza „Blues wczoraj i dziś” Marii Jurkowskiej, ale stałam się nawet szczęśliwą posiadaczką mojej ulubionej płyty (oczywiście analogowej): „Lady in Satin”, nagranej w 1958 roku dla Columbia Records, z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej i chóru. To szczególny album, na którym Billie wykonuje głównie utwory pełne smutku, a niedoskonałości jej zmęczonego głosu (było to na rok przed śmiercią wokalistki) zdają się dodawać im bluesowego feelingu. Przede wszystkim brzmią jakoś wyjątkowo prawdziwie i szczerze – jak spowiedź z całego życia. Żadna z jej płyt nie zrobiła na mnie tak wielkiego wrażenia, jak właśnie tamta…

Album Lady in Satin

Pierwsze próby tłumaczenia - Stefan Zondek

W latach 70. biografię Billie Holiday zaczął tłumaczyć znawca i niestrudzony propagator bluesa, Stefan Zondek, tłumacz autobiografii Louisa Armstronga: "Moje życie w Nowym Orleanie". Jednakże pracę przerwała jego przedwczesna śmierć. Chciałabym w tym miejscu o tym fakcie przypomnieć. W liście ze szpitala (datowanym 7 października 1994 r.) Stefan napisał:



A oto fragment tego tłumaczenia: 


Prawda, że niezłe? I pomyśleć, że mogliśmy przeczytać tę biografię 43 lata temu...

Autobiografia Billie Holiday w tłumaczeniu Marcina Wróbla


I oto po tylu latach – wreszcie jest, w znakomitym tłumaczeniu Marcina Wróbla, które pozwala posmakować charakterystycznego sposobu mówienia Billie, przyjrzeć się jej niejako z bliska – na tyle, na ile nas do siebie dopuszcza. Z pewnością nie jest to sensacyjna i skandalizująca biografia znanej wokalistki, jak choćby wydana przez W.A.B. w 2007 roku książka autorstwa Julii Blackburn. Opowieść Billie o sobie samej przypomina słuchanie jej nagrań.

„Billie  jako wokalistka – czytamy we wstępie autorstwa Davida Ritza – bywała przejmująca lub wzruszająca, rozgoryczona lub pełna słodyczy, agresywna albo wycofana, pełna wiary w siebie i zagubiona. Tę książkę charakteryzuje równie brutalna emocjonalna szczerość. A to, że szczerość nie zawsze ma pokrycie w faktach, nie odgrywa większej roli. Nie pisała tego tekstu dla historyków muzyki czy etnomuzykologów. Kierowała nią ta sama potrzeba wyrażenia uczuć, która zmuszała ją do śpiewania”.

Wszystko o mojej matce… i nie tylko


Ilu ludzi, tyle prawd i narracji. Ta ma tę szczególną wartość, że pochodzi z samego źródła, że możemy „posłuchać” barwnego języka Billie Holiday, obejrzeć jej oczami Baltomore lat dwudziestych, poczuć atmosferę klubów jazzowych Nowego Jorku i Los Angeles. Poznamy także galerię znakomitych postaci, nie tylko ze świata jazzu, jak Ethel Wathers, Lestera Younga (to on wymyślił przydomek Lady Day) czy Benny Goodmana, ale także słynnego reżysera Orsona Wellesa czy aktora Clarka Gable`a, których Bllie poznała przy okazji pobytu w Los Angeles, gdy grała w filmie „New Orleans” (1947).

O swoich rodzicach, a szczególnie o matce, pisze szczególnie ciepło – zwłaszcza o jej prawości, skromności, pracowitości i wielkiej gościnności, nie unikając przy tym charakterystycznych kolokwializmów:

„Matka nie tylko kochała ludzi, ale też pokładała w nich dużą wiarę. Jej zdaniem, w każdym było coś dobrego, bo takimi stworzyć nas Bóg. Wszędzie dostrzegała dobro, znajdowała je w najdziwniejszych typach. Nie tylko w dziwkach i alfonsach, ale też w złodziejach i mordercach. (…) Mogłeś być skończonym łajdakiem i złodziejem, ale wystarczyło powiedzieć, że jesteś muzykiem, a matula oddałaby ci ostatnią koszulę”.

Billie Holiday podczas koncertu, zdjęcie ze strony fanpage`a piosenkarki

Mistrzyni interpretacji


Nie miała wykształcenia, ukończyła zaledwie pięć klas i to – jak pisze – w biednych szkołach dla czarnych w Bostonie, a jednak posiadała wrodzoną inteligencję i muzyczną wrażliwość oraz niezwykłą intuicję, które sprawiały, że nawet banalny tekst potrafiła zinterpretować tak, że nagle zyskiwał drugie dno. W jej ustach „My Man” czy „Lover Man” brzmią niepowtarzalnie.

„Każdy musi być inny – czytamy w biografii. Kopiowanie do niczego nie prowadzi. Naśladownictwo oznacza, że robisz coś, czego nie czujesz, cała robota na nic. Nie ma dwóch takich samych ludzi na świecie, tak samo w muzyce, jak i poza muzyką”.
Jej interpretacje piosenek nie mają sobie równych, ale dopiero czytając biografię zaczynamy zdawać sobie sprawę, że to, co było dla nas dotąd oczywiste, wcale nie przychodziło tak łatwo.
„Ludzie naprawdę nie rozumieją, jak mocno trzeba się umordować, żeby nagrać to, co chcesz, dokładnie tak, jak chcesz. Zdarzało mi się walczyć nawet przez dziesięć lat, żeby nagrać utwór, który bardzo kochałam. ( …) Nadal walczę o możliwość zaśpiewania niektórych rzeczy.
Billie opowiada szczerze o swoich kłopotach z uzależnieniem od narkotyków, podkreślając, jak zgubny to nałóg, o pobytach w więzieniu (były to czasy, kiedy karano za posiadanie choćby niewielkich ilości narkotyków), a także o upokorzeniach, biedzie, utraconych miłościach… Wszystko to odnajdziemy w jej interpretacjach piosenek: „Lady sings the Blues” czy w mojej ulubionej: „Don`t  Explain”:

„Często słyszałam – komentuje – że nikt poza mną nie śpiewa z takim uczuciem o głodzie i miłości. Być może dlatego, że nadal pamiętam, co znaczą te słowa”.

Billie Holiday pichci obiad w hotelowym pokoju


W biografii Billie Holiday znajdziemy także niemało anegdot. Po wielkim sukcesie na deskach Metropolitan Opera w Londynie piosenkarka jest wprawdzie we wspaniałym humorze, ale narzeka na hotelowe jedzenie. Postanawia sama przyrządzić sobie posiłek. Otwiera puszkę czerwonej fasoli, którą zawsze wozi ze sobą, dodaje czosnek, trochę mielonego mięsa i gotuje to wszystko na maszynce spirytusowej.
„Myślałam, że w hotelu zaczną się czepiać z powodu zapachu – zwierza się w książce, ale zanim zdążyłam wszystko przygotować, do moich drzwi zaczęli się dobijać windziarze, pokojówki i kierownicy pięter. Wszystkim bardzo smakowało. (…) Do dziś wysyłam tę fasolę znajomym z Londynu”.

Billie z Louisem Armstrongiem podczas zdjęć do filmu New Orleans (1947), fan page Artystki

Frywolne piękno i poetycka szczerość


Biografia Billie Holiday ma wszelkie cechy intymnego zwierzenia, czuje się w niej zaufanie do Williama Dufty`ego, z którym była zaprzyjaźniona i który dyskretnie jej zwierzeniom towarzyszy, nie zaznaczając jakoś swojej obecności. Jest idealnym słuchaczem – pośrednikiem pomiędzy wokalistką a potencjalnymi czytelnikami.
„Kocham tę książkę – pisze we wstępie Ritz. Zakochałem się w niej u progu swojej jazzowej obsesji, gdy miałem zaledwie trzynaście lat. Teraz jestem pół wieku starszy, przeczytałem ją bodaj piąty raz i nadal ją kocham. Cieszy mnie nie tylko frywolne piękno tej prozy i jej poetycka szczerość, jestem wdzięczny, że dzięki tej książce mogę poznać Billie”.
Sądzę, że mogłabym powtórzyć za nim te słowa. „Lady Day śpiewa bluesa” to lektura obowiązkowa nie tylko dla wielbicieli Billie Holiday, ale także dla wszystkich, którzy interesują się jazzem, bo mogą zajrzeć pod podszewkę czasów jazzowych knajpek i segregacji rasowej.

Książka Billie Holiday i Wlliama Dufty: „Lady śpiewa bluesa” ukazała się w Wydawnictwie Czarne, w przekładzie Marcina Wróbla.



sobota, 13 kwietnia 2019

Miles Davis, Chat Baker i Billie Holiday na 8. Katowice JazzArt Festivalu

Jednym z najciekawszych wydarzeń towarzyszących Festiwalowi JazzArt w Katowicach będzie wystawa portretów mistrzów jazzu, takich jak Miles Davis, Chat Baker czy Billie Holiday, pokazanych w obiektywie legendarnego amerykańskiego fotografika Lee Friedlandera.
8. Katowice JazzArt Festival to w tym roku rekordowo aż 19 wydarzeń, w tym 17 koncertów. 



8. Katowice JazzArt Festival, który rozpocznie się 26 kwietnia i zakończy w Międzynarodowy Dzień Jazzu 30 kwietnia, to w tym roku aż 19 koncertów i wydarzeń towarzyszących. W 10 zespołach i składach dominują kobiety, jako że festiwal jest częścią inicjatywy Keychange promującej większy udział instrumentalistek w programach europejskich festiwali.
Jednak największymi gwiazdami Katowice JazzArt Festivalu jest dwóch artystów – wiolonczelista Erik Friedlander i jego ojciec, fotografik Lee Friedlander. 


Eric Friedlander, Moers Festival, 2012/Wikipedia

Erik Friedlander od niemal 40 lat jest podporą nowojorskiej, awangardowej sceny jazzowej. Wychowany w domu przesyconym muzyką, szczególnie jazzem, sięgnął po gitarę, a jako ośmiolatek zaczął grać na wiolonczeli.
Największą sławę przyniosła mu wieloletnia współpraca z legendarnym saksofonistą Johnem Zornem. Ale w czasie swojej długiej kariery towarzyszył też na scenie Courtney Love czy Alanis Morissette.
Katowice JazzArt Festival będzie okazją, żeby posłuchać go dwukrotnie. 26 kwietnia wystąpi jako część kwartetu Reverso (godz. 20, sala koncertowa Katowice Miasto Ogrodów). Dzień później posłuchamy go w solowym projekcie „Block Ice & Propane” (27 kwietnia, godz. 21, sala koncertowa Katowice Miasto Ogrodów). Ten ostatni projekt jest muzycznym (uzupełnionym na scenie przez wizualizacje) wspomnieniem podróży po całych Stanach Zjednoczonych, jakie Erik Friedlander odbywał podczas wakacji z całą rodziną pod wodzą swojego ojca, znakomitego fotografika Lee Friedlandera. 


fot. Lee Frielander, Billie Holiday, 1959

I właśnie unikalne fotografie Lee Friedlandera będzie można obejrzeć chwilę wcześniej na wystawie Lee Friedlander „Jazz portraits” (27 kwietnia, godz. 20.30, galeria Engram Miasta Ogrodów). Udostępnione przez Fraenkel Gallery z San Franciso portrety pozwolą nam stanąć twarzą w twarz z legendami amerykańskiego jazzu – Billie Holiday, Theloniousem Monkiem czy samym Milesem Davisem.


Wstęp na wernisaż jest wolny. Ceny biletów na koncert zaczynają się od 20 zł. Więcej o programie festiwalu na jazzartfestival.eu

informacja prasowa



środa, 3 stycznia 2018

"Amy": Star 2000 /recenzja filmu/

"Amy" Asifa Kapadii jest dokumentem głęboko poruszającym. Udanej próbie sportretowania przedwcześnie zmarłej piosenkarki Amy Winehouse towarzyszy wnikliwa refleksja na temat mechanizmów rządzących show-biznesem, który wynosi na wyżyny sławy, a następnie niszczy.

Amy Winehouse
W tytule recenzji celowo nawiązałam do innego znakomitego filmu - "Star `80" Boba Fosse`a, który podjął ten temat w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Okazuje się, że niewiele się od tamtej pory nie zmieniło. 

Kapadia zrobił rzecz niezwykłą: stworzył swój dokument z filmów archiwalnych pochodzących z różnych źródeł, także z prywatnych, należących do rodziny. Mimo to opowiedział swoją własną wersję tej historii. Można by ją zatytułować "Jak zniszczyć gwiazdę". Reżyser pokazał mianowicie, jak z młodej, utalentowanej dziewczyny o ujmującym uśmiechu robi się celebrytkę, którą ubóstwiają tłumy, bo to się dobrze sprzedaje. Ale koszty tej przemiany są dla samej gwiazdy zbyt duże. Płaci się brakiem wolności, uprzedmiotowieniem, zrujnowanym życiem osobistym, a także uzależnieniami, które często doprowadzają do przedwczesnej śmierci. Amy Winehouse nie była pierwsza i zapewne nie będzie ostatnia, a jednak była niepowtarzalna i pozostawiła po sobie pustkę, jak niegdyś Billie Holiday czy stosunkowo niedawno Michael Jackson.

Błyskotliwy początek kariery


Amy, Gutek Film

Żyjemy w epoce telefonów komórkowych i kamer, życie Amy było więc od początku dzięki nim utrwalane. Reżyser miał do dyspozycji dziesiątki godzin materiałów archiwalnych, na których zobaczymy piosenkarkę jako małą dziewczynkę, nastolatkę, a kiedy już zaczyna robić karierę, nie będzie w jej życiu prywatności - wszystkie, nawet najbardziej osobiste wydarzenia, zostaną zarejestrowane i upublicznione. Taki mamy teraz orwellowski świat. Z tych surowych, często nagranych byle jak, zapisów reżyser tworzy własną opowieść o Amy, nie lukrując ani nie przerysowując. Tak powstała spójna, poruszająca narracja o skromnej dziewczynie obdarzonej niezwykłym głosem i talentem, która nie udźwignęła ciężaru sławy.

Na amatorskich zapisach  wideo,  nagranych podczas urodzin, uchwycono moment, kiedy może czternastoletnia Amy śpiewa piosenkę. Już wówczas głos jej brzmi bardzo obiecująco. Wypowiadająca się do kamery na początku swojej kariery Amy jest - mimo młodego wieku i braku doświadczenia - świadomą artystką. Wie co i jak chciałaby śpiewać. Ma przy tym mocny, głęboki głos, przypominający murzyńskie wokalistki jazzowe, jak Aretha Franklin czy Billie Holiday.


Nieobecny ojciec i toksyczne związki z mężczyznami 


Amy

Rodzice w żaden sposób tego talentu nie rozwijali. Matka samotnie wychowywała dwoje dzieci (Amy miała młodszego brata), bo ojciec zostawił rodzinę i związał się z inną kobietą. To właśnie jego osoba, a raczej jej brak, zaważy na późniejszych relacjach z córką, a także jej związkach z mężczyznami. Są to bowiem związki toksyczne, destrukcyjne, polegające na psychicznej zależności i podległości. Dotyczy to w szczególności jej późniejszego męża i zarazem największej miłości - Blake’a Fielder-Civila, który zdaje się być najbardziej odpowiedzialny za liczne uzależnienia Amy. W dokumencie Asifa Kapadii jawi się jako typ szczególnie antypatyczny: egocentryczny, narcystyczny, a przy tym prymitywny i interesowny. Jego pierwsze odejście od piosenkarki przyprawiło ją o głęboką depresję i pogrążyło w kompletnej abnegacji. Kiedy jednak udało się jej pozbierać (dzięki leczeniu i wsparciu wiernych przyjaciółek), umiała swoje bolesne doświadczenia artystycznie przetworzyć. Tak powstały słynne utwory: "Back to Black" i "Rehab". Dla Amy - jak przyznała w rozmowie - inspiracją zawsze były jej własne przeżycia. Kiedy słucha się tych tekstów, zdają się być nie tylko oryginalne, ale również przejmująco dojrzałe... Blake Fielder rychło powraca, gdy się okazuje, że Amy staje się niekwestionowaną gwiazdą i zaczyna dużo zarabiać. Często ją filmuje w różnych okolicznościach, aby potem sprzedawać te filmiki tabloidom.  No i oczywiście żyje na jej koszt, ciągnąc ją jak kamień na dno. Dopiero osadzenie Blake`a w więzieniu gwałtownie ucina ten związek. Wkrótce potem Amy Winehouse rozwodzi się, ale związek z Fielderem wywiera na niej niezatarte piętno.

Amy, Gutek Film
Reżyser pokazuje również negatywny wpływ ojca Amy, który pojawia się w jej życiu w momencie, kiedy córka staje się sławna i bez skrępowania korzysta z owoców tej sławy. Amy nie jest (i nigdy nie była) grzeczną dziewczynką. Zawsze zdradzała cechy neurotyczne (w dzieciństwie brała antydepresanty i cierpiała na bulimię, z czego matka, jak sama przyznaje, nie zdawała sobie sprawy). Jednocześnie była uparta i w dziedzinie muzyki konsekwentnie robiła to, co uważała za swoje. Szybko też odeszła z domu. W stosunku do ojca zawsze okazywała uległość i nawet jeśli czasem zaprotestowała (np. gdy wbrew jej woli sprowadza ekipę filmową albo każe się jej fotografować z fanami), to niezbyt energicznie i na ogół nieskutecznie. Ojciec, podobnie jak wytwórnia płytowa, nalegał, aby dawała dużo koncertów, mimo że wokalistka znajdowała się wówczas się w kiepskiej formie i wymagała terapii i spokoju. Ale machina do zarabiania pieniędzy ruszyła i nikt nie chciał jej zatrzymać.  

Sława zabija


Lekarze przestrzegali przed konsekwencjami takiego eksploatowania dziewczyny, która ma wówczas poważne problemy z sercem i płucami, ale to na nic. W rezultacie Amy znowu "ucieka" w alkohol, śpiewa coraz gorzej, a czasami trzeba odwoływać koncerty, bo nie śpiewa wcale. Z radośnie uśmiechniętej bezpretensjonalnej dziewczyny zmienia się najpierw w przesadnie umalowaną lalę z szopą doczepionych włosów, aby na końcu stać się kompletnym wrakiem człowieka. Sama w pewnym momencie wyznaje, że sława ją zabija i że wolałaby nie mieć talentu.

W ostatnich miesiącach życia ona w ogóle nie odpowiadała sama za siebie. Nieprzerwanie jej pilnowano, kontrolowano ją, prowadzono z miejsca w miejsce, odebrano jej wolność — mówił w wywiadach reżyser, który nad filmem pracował blisko trzy lata. Filmem, dodajmy, przejmującym, bo pokazującym, jak w stosunkowo krótkim czasie można zniszczyć człowieka. Jeden z rozmówców, psycholog, komentuje zza kadru, że na bycie sławnym nie można się przygotować, a tym samym jakoś uchronić. Być może jednak Amy nie umarłaby tak młodo, gdyby miała oparcie w rodzicach, a potem w kochanym mężczyźnie. 

Amy, Gutek Film

Kapadia przygląda się swojej bohaterce z życzliwością i współczuciem. Jego narracja daleka jest od agresywnej postawy mediów, które w pewnym okresie nieźle sobie na piosenkarce używały, niewybrednie kpiąc z jej problemów z alkoholem i narkotykami. Gdy ktoś stoi w świetle jupiterów i lamp błyskowych, zdaje się być łatwym łupem, bezbronną i wystawioną na ostrzał zwierzyną. Zaczyna się polowanie i potem nikt już nie pamięta, że to człowiek, a nie postać z kreskówki. Tę ponurą twarz mediów żerujących na cudzym nieszczęściu pokazuje reżyser bardzo wyraziście. Ba, wybiera takie materiały, dzięki którym oślepiony blaskiem fleszy widz czuje się zaatakowany i może się właściwie bez trudu wczuć w sytuację owej ofiary.


Wołanie o bezwarunkową miłość


Pracując nad filmem, wnikliwie przeanalizowałem teksty jej piosenek. One od zawsze były wołaniem o pomoc i bezwarunkową miłość, której Amy zawsze miała za mało. Nikt się w to błaganie nie wsłuchał wystarczająco dobrze — twuerdził Kapadia. Dodać należy, że najbardziej wzruszające i przejmujące są te fragmenty filmu, kiedy Amy Winehouse śpiewa swoje piosenki...

I love you much
It's not enough
You love blow and I love puff
And life is like a pipe
And I'm a tiny penny rolling up the walls inside

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline 27 lipca 2015 roku.


poniedziałek, 13 listopada 2017

"Respect": Soulowa królowa Aretha Franklin /recenzja książki/

Dzieciństwo bez matki, wczesne macierzyństwo oraz kariera kosztem osobistego szczęścia. A wszystko na tle szerokiej panoramy Ameryki lat 50 , 60 i 70. - w najnowszej biografii soulowej legendy:  "Respect. Życie Arethy Franklin".

Wydawnictwo Czarne

Książka Davida Ritza "Respect. Życie Arethy Franklin" jest drugą jego biografią poświęconą tej znanej piosenkarce. Pierwsza ukazała się w 1999 roku i nosi tytuł "Aretha. From These Roots". Aby ją napisać, czekał ponad 20 lat, robiąc wywiady i zbierając materiały (także do biografii innych muzyków, m.in. Raya Charlesa). Ostatecznie piosenkarka zdecydowała się na współpracę z nim, ale - o czym się dowiadujemy po latach - była to współpraca trudna, Aretha bowiem nikogo nie dopuszcza zbyt blisko i planowana przez nią autobiografia miała być w założeniu wyidealizowana. Po upływie kolejnych 20 lat Ritz postanowił więc napisać własną wersję tej biografii, wykorzystując w pełni zebrane przez lata wywiady z rodzeństwem i najbliższym otoczeniem Arethy, a także znającymi ją muzykami, producentami i menadżerami. Wykorzystał także źródła prasowe, wywiady telewizyjne itd. Tak o tym pisze we wstępie:

Ponieważ efektem mojej pracy gostwritera była opowieść pod wieloma względami nieprawdziwa, nie zaprzestałem badań. Tę historię piszę tak, jak sam ją postrzegam. 

A jak postrzega David Ritz słynną piosenkarkę soul?

Porzucona przez matkę wrażliwa dziewczynka


No i tu się zaczyna cała historia mocno umaczana w amerykańskiej odmianie psychoanalizy, która każe wszystkich problemów dorosłego człowieka poszukiwać w trudnym dzieciństwie.
Ojciec Arethy C.I. Franklin był nie tylko popularnym i medialnym pastorem, ale również kobieciarzem. Matka piosenkarki, Barbara, była jego drugą żoną (z pierwszą ożenił się w wieku lat 19, a rozwiódł, gdy miał 21). Miał także dzieci pozamałżeńskie (córkę Carol - z dziewczyną, która w momencie zajścia w ciążę miała 12 lat!). Trudno się więc dziwić, że jego związek z matką Arethy także okazał się nietrwały. Jednocześnie pastor Franklin robił swoistą karierę, głosząc (i sprzedając) swoje odważne kazania (przyjaźnił się z Martinem Lutherem Kingiem). Matka Arethy podobno pięknie śpiewała i grała. Kiedy przyszła piosenkarka miała 6 lat, odeszła od męża, zabierając jedno z dzieci (syna z pierwszego małżeństwa), a pozostałą czwórkę zostawiając mężowi.  Dzieci od czasu do czasu wprawdzie ją w Buffalo odwiedzały, ale od tej pory wychowywała je matka pastora, zwana Big Mamą. Cztery lata później Barbara Franklin zmarła na serce. Pastor nie ożenił się po raz trzeci, choć dzieci pragnęły mieć kogoś, kto by im zastąpił matkę. Tym brakiem matczynych uczuć Ritz tłumaczy, dlaczego Aretha pozostała w gruncie rzeczy na zawsze małą dziewczynką, która ciągle szuka oparcia w mężczyznach, a jednocześnie buduje wokół siebie wysoki mur, aby już nikt nie mógł jej zranić. Zresztą sama Aretha była czterokrotnie matką (po raz pierwszy w wieku 13 lat!) i oddawała kolejne dzieci na wychowanie babci, nie stając się nigdy dojrzałą matką.

Od "seksualnego cyrku" gospel do wielkiej kariery


Piosenkarka bardzo wcześnie zdradzała talent muzyczny, szczególnie wokalny, co wielebny skwapliwie wykorzystywał. Jeśli ktoś sądzi, że muzyka gospel jest odpowiednikiem naszej muzyki kościelnej, ten się grubo myli. Aby opisać środowisko gospel lat 50. Ray Charles i Billy Preston używali określenia "seksualny cyrk" i dziwili się, że piosenkarze soulowi są aż tacy rozwiąźli. Kiedy więc wielebny Franklin zabierał w trasę swoją 12-letnią córkę, musiał liczyć się z tym, że szybko przestanie ona być dzieckiem...

Chcesz wiedzieć, czy Aretha była rozwiązła? - pytała w jednym z wywiadów wieloletnia producentka gwiazdy Ruth Bowen. I odpowiadała: Cóż, cała tamta kultura była rozwiązła, a Aretha była jej produktem. Jej cudownym dzieckiem. Cudowne dzieci zaś uważają, że mają prawo do wszystkiego, że mają prawo robić wszystko, co im się podoba, szczególnie gdy chodzi o seks. Zaczynają karierę w bardzo młodym wieku, muszą też ciężko pracować. Odróżnia je to od innych dzieci.

Początkowo jej karierą kierował ojciec. W lutym 1961 roku ukazał się jej debiutancki album. Wkrótce znalazła się pod opieką Teda White`a, pierwszego męża. Ritz szeroko opisuje przy tym, jaka była specyfika tamtych lat, kiedy to, aby robić karierę, kobiety musiały zdać się na mężczyzn, pełniących właściwie funkcję alfonsów. Częstokroć alfonsi i producenci to byli ci sami ludzie. Znana piosenkarka Eta James tak wspomina pierwszego męża Arethy:

Ted White był sławny, zanim związał się z Arethą. Podobno Ted był najelegantszym alfonsem w Detroit. Nie zaskoczyło mnie, że Aretha za niego wyszła. Alfonsi byli chłopakami, menadżerami wielu słynnych piosenkarek, które uwielbiałyśmy jako dziewczynki, na przykład Billie Holiday czy Sarah Vaughan. Wówczas to była norma. (...) Na szczęście nastąpiło wyzwolenie kobiet i wiele się zmieniło.

Prawdziwą sławę przyniósł artystce utwór Otisa Redinga: "Respect". Jej nagrania dla wytwórni Atlantic to złote lata Arethy Franklin. Koncertowała i nagrywała płyty, które stały się przebojami. Występowała także w Europie, gdzie słuchały jej koronowane głowy. Jednocześnie - jakże by inaczej - w życiu osobistym nie układało się już tak dobrze, choć osobiste porażki i problemy zawsze starała się ukryć przed światem. Artykuł w "Time" z tego okresu, który chwali jej artystyczny geniusz, zawiera także informacje o wyidealizowanym ojcu, którego opisano nieco zjadliwie jako "postawnego, mówiącego tubalnym głosem czarusia, który nigdy nie pozwala, by powołanie duchowe uniemożliwiło mu przyjemne życie", Arethę zaś scharakteryzowano jako "kobietę, która śpi do południa, potem wyleguje się przed telewizorem, pali fajki jak lokomotywa i kompulsywnie się obżera".

Problemy z tuszą i alkoholem opisuje autor dość szczegółowo, przypisując je wspomnianym już przeżyciom z dzieciństwa i nadwrażliwości piosenkarki. Ale także trybowi życia, którego szybkie tempo oraz zaabsorbowanie karierą, tak od show-biznesu nieodłączne, stają się czasem udręką, od której chce się uciec.

Królowa gospel i bajkowa księżniczka


Aretha Franklin stała się niekwestionowaną królową gospel, tak jak Bessie Smith okrzyknięto ongiś cesarzową, a Billie Holiday - królową bluesa.

Aretha - królowa gospel lubi się stwarzać, swoje życie kreując na kształt opery mydlanej, którą uwielbia oglądać. 

Moja siostra ma bardzo uroczą wizję siebie jako bajkowej księżniczki - opowiada Erma. Spotyka odnoszącego sukcesy, przystojnego mężczyznę i zmienia go w wyobraźni w dzielnego rycerza na białym koniu. On ma ją porwać, zabijać smoki i rozwiązywać wszystkie problemy. Tak myśli mała dziewczynka, nie dojrzała kobieta. Pod tym względem Aretha nigdy nie dorosła. 

David Ritz przyznaje, że Aretha bywała czasami trudna do zaakceptowania jako człowiek, a jednak jest jedyna, niepowtarzalna - jest Arethą, królową soul, która "w annałach naszej wspaniałej muzyki jest tylko jedna".

Pięciusetstronicowa biografia Arethy Franklin pełna jest nie tylko faktów z jej życia osobistego i kariery, ale opisuje również środowisko, w którym wzrastała oraz jego przemiany - Amerykę lat 50., 60. i 70. Amerykę dr Luthera Kinga, jazzowych knajpek i kazań przy akompaniamencie chóru śpiewającego prawdziwy soul music. Takiej Ameryki już nie ma, ale Aretha będzie śpiewać zawsze.

Książka Davida Ritza "Respect. Życie Arethy Franklin" ukazała się we wrześniu 2015 r.w Wydawnictwie Czarne, w tłumaczeniu Dobromiły Jankowskiej.

Recenzja została opublikowana w 2015 r. na portalu KUlturaonline.

czwartek, 25 sierpnia 2022

Ogłaszamy 19. Jazztopad Festival!

Jesienią Narodowe Forum Muzyki wypełnią brzmienia współczesnej sceny jazzu i muzyki improwizowanej! W ramach nadchodzącej odsłony Jazztopad Festival wystąpią artyści z różnych stron świata.


Festiwal otworzy koncert ikony jazzowej wokalistyki, trzykrotnej laureatki nagrody Grammy, Dee Dee Bridgewater. Artystka podąża śladem absolutnych mistrzyń – Elli Fitzgerald i Billie Holiday. Pojawi się również projekt poświęcony sylwetce Alice Coltrane – żonie legendy jazzu, Johna Coltrane’a, długo pozostającej w jego cieniu instrumentalistce oraz kompozytorce – zaprezentuje Hamid Drake, artysta rezydent tegorocznej edycji Jazztopadu. Z tym ostatnim, w towarzystwie Natural Information Society, wystąpi Joshua Abrams. Akcenty muzyki dalekiego wschodu wniesie Michiyo Yagi. Z kolei w południowoafrykańskie rewiry przeniosą nas Nduduzo Makhathini Quartet i The Brother Moves On. Koncert María Grand Trio uświetni światowy Dzień Medytacji.

Klubokawiarnia Mleczarnia za sprawą młodej formacji Uassyn po raz kolejny stanie się przestrzenią jazzowych brzmień. Pojawi się tam także Julian Sartorius. Francuska artystka Joëlle Léandre wraz z Polish Cello Quartet wykona premierową kompozycję, przygotowaną na specjalne zamówienie festiwalu. Z kolei koncert Naïssam Jalal stanie się połączeniem sztuki improwizacji z brzmieniami z pogranicza rapu, funku i afrobeatu. Podczas festiwalu premierę będzie miał najnowszy krążek z materiałem kwartetu Marka Pospieszalskiego. Nie zabraknie także Melting Pot Made in Wrocław, jak również wyczekiwanych przez publiczność koncertów w mieszkaniach.

Bilety trafią do sprzedaży 26 sierpnia (piątek) o godz. 11.00!

Do zobaczenia w listopadzie we Wrocławiu!

Program festiwalu znajduje się pod tym linkiem.

piątek, 15 października 2021

Yusef Komunyakaa: "Niebieska godzina. Wersze wybrane" /recenzja książki/

W tym roku laureatem Nagrody im. Zbigniewa Herberta został Yusef Komunyakaa - autor około dwudziestu tomów poetyckich, w tym wyróżnionego Nagrodą Pulitzera "Neon Vernacular" (1993). Wydawnictwo Znak opublikowało wybór jego wierszy, zatytułowany "Niebieska godzina", dzięki czemu możemy się przyjrzeć twórczości Komunyakaa w pewnej perspektywie - od roku 1979 do 2020. Dodajmy, że jego  twórczość przekracza granice poezji - ogłosił kilka dramatów poetyckich, pisał libretta do oper, współpracował z plastykami i muzykami jazzowymi, był koedytorem trzytomowej The Jazz Poetry Anthology (1991). 


Utrzymaną w odcieniach niebieskiego okładkę tomu "Niebieska godzina" zdobi instalacja Władysława Hasiora "Ogniste ptaki" - surrealistyczna, jakby inspirowana "Płonącą żyrafą" Dalego. Dodajmy, że niebieski - blue - jest w kulturze Afroamerykanów kolorem smutku i żałoby. Okładka wyraża najważniejsze cechy twórczości Yusefa Komunyakaa: jej surrealistyczną wyobraźnię oraz związki z muzyką Południa, gdzie w 1947 roku urodził się poeta. To Południe go ukształtowało, stąd też wywodzą się jego związki z muzyką, a mianowicie z bluesem i jazzem.  Autor wzrastał w miejscu, w którym przemoc i segregacja rasowa były zjawiskiem codziennym, powszechnym. Jeśli ktoś zna powieści Jamesa Baldwina albo biografie takich artystów, jak Bessie Smith czy Billie Holiday, ten wie o czym mowa. A są to jednocześnie ważne inspiracje przyszłego poety. Było jednak znacznie więcej - przyniosło je samo życie. Po maturze Komunyakaa zaciągnął się do wojska i został korespondentem wojennym. Właśnie w Wietnamie zaczął pisać na dobre: reportaże, wiersze i opowiadania. Zadebiutował jeszcze podczas studiów (zrobił najpierw licencjat z socjologii i anglistyki, a następnie dyplom magisterski z creative writting), wydając w 1977 roku własnym sumptem książkę "Dedications and Other Darkhorses". Od tej pory opublikował siedemnaście zbiorów poezji. Pisze bardzo dużo - potrafi (co może przyprawić o zawrót głowy) pisać jednocześnie trzy książki! 

W latach 70. interesowałam się bluesem i jazzem, czytałam powieści Jamesa Baldwina, słuchałam (i nagrywałam) audycje Marii Jurkowskiej "Blues wczoraj i dziś". Kiedy dowiedziałam się, że laureat Nagrody im. Zbigniewa Herberta inspiruje się tymi gatunkami muzyki, pomyślałam, że to pokrewna dusza. Wprawdzie okazało się, że nie do końca tak jest, ale mimo to odkryłam dzięki niemu inny sposób patrzenia na świat i opowiadania o tym. Zapewne bez pośrednictwa tłumacza doświadczenie to byłoby bardziej autentyczne, poezji bowiem przełożyć się nie da, ale...

Inspiracje bluesem

Ponieważ "Niebieska godzina" jest antologią, ograniczę się do omówienia trzech wątków: inspiracji bluesem, jazzem oraz kulturą i historią europejską, uzupełniając w ten sposób wątki amerykańskie polskimi. 

Teksty i melodie tradycyjnych bluesów są bardzo proste - zawierają zawołanie i odpowiedź (call and response), dwie odrębne frazy muzyczne, z których druga stanowi odpowiedź na pytanie zawarte w pierwszej, a którą zazwyczaj bluesmen dwukrotnie powtarza. Charakterystyczny jest rytm i ta powtarzalność właśnie. Teksty bluesów zawierają ponadto ukryte treści i aluzje, których nie zrozumiemy, jeśli nie znamy kontekstu kulturowego i językowego. Jako przykład posłuży mi blues z repertuaru Muddy Watersa: "(I'm Your) Hoochie Coochie Man". 



Tajemnicze określenie "Hoochie Coochie Man" jest właściwie nieprzetłumaczalne. Pod koniec XIX w. pojawił się na Południu Stanów prowokujący seksowny taniec brzucha, który tak właśnie nazwano i od którego pochodzi określenie mężczyzny w tekście tego bluesa. "I'm the hoochie coochie man". Tłumaczone na język polski jako "Jestem rozpustnym mężczyzną" w ogóle nie oddaje istoty tego tekstu, trochę filuternego, w którym bohater z przyjemnością uwodzi kobiety, "bo tak mu wywróżyła Cyganka". 
Podobna jest atmosfera wiersza "Ta jędza blues". Przytoczmy fragment tego pięcioczęściowego utworu:

1.

Próbuję ukryć się w Prouście

w Mallarmém & w Camus,

ale znajduje mnie tutaj

ta jędza blues. Tak,

wślizguje się jak dobra miłość

na tłustym języczku kłamstw.

Dawniej myślałem, że wszystkiemu poradzi

osiem biegów w superwozie, że

w garniturze za pięć stów

nie zajmę miejsca

Roberta Johnsona. Rymuję Baudelaire`a

& Appolinaire`a, tak bardzo chcę

uniknąć rozdrozy & magicznych

proszków, prześcignąć dwanaście

taktów tętna. Ale tuż przed Jackson

zabieram autostopowiczkę.

Ma kozaki z frędzlami & obcisłe

dżinsy. Wiecie, co było dalej.

("Ta jędza blues")

Podmiot mówiący próbuje - jak widać - ukryć się przed swoim prawdziwym "ja", a to uciekając w literaturę, a to ubierając się elegancko i szpanując drogim samochodem, aby nie poddać się "jędzy blues", chce bowiem uniknąć problemów, które się z nią łączą, ale kiedy zabiera do samochodu seksowną autostopowiczkę, wiadomo, czym to się skończy 😀.Ostatecznie jednak godzi się z cierpieniami, które niesie wraz sobą "jędza blues" i deklaruje:

pójdę z tobą,
jeśli mnie zaprowadzisz 
do domu - do Łaski

Ucieczka przed smutkiem i cierpieniem nie ma sensu, bo są one naturalną częścią życia, a ostatecznie stają się także drogą do zbawienia. Tak oto autoironiczny, nieco frywolny tekst zamienia się w filozoficzne rozważanie. 

Inspiracje jazzem


Innym stałym źródłem inspiracji jest dla Yusefa Komunyakaa jazz. Spośród wierszy zamieszczonych w antologii wybrałam "Elegię dla Theloniusa" - utwór poświęcony zmarłemu w 1982 roku znanemu pianiście jazzowemu - Theloniousowi Monkowi. Był genialnym muzykiem, często improwizował i do dziś słucha się go z prawdziwą przyjemnością. Ostatnie sześć lat swego życia Monk spędził jako gość w domu swojej kochanki i przyjaciółki – Pannoniki de Koenigswarter w New Jersey. Historię ich związku, a także portret środowiska jazzowego znajdziemy w arcyciekawej książce Hannah Rothschild: „Baronowa jazzu”. Monk zmarł w wyniku wylewu 17 lutego 1982 roku, co jest o tyle istotną informacją, że znajdzie swoje odzwierciedlenie w wierszu Komunyakaa. Ale zanim przyjrzymy się elegii, posłuchajmy samego Monka, przyjrzyjmy się jego dłoniom przebiegającym po białych klawiszach, przekonajmy się, jaką miał muzyczną wyobraźnię:

Thelonious Monk - Live At Berliner Jazztage (1969)

A tak postrzega jego odejście poeta:

Przeklęty śnieg.
Jego obce piękno
płynie ostrym światłem
przez gałęzie choiny. 
Thelonious nie żyje. Zima
sypie w klepsydrze;

Czerń i biel, krótka fraza wiersza i powtarzający się jak refren "Theonious nie żyje", a mimo to słyszymy wciąż dźwięki: "Coming on the Hudson", "Monk`s Dream"... A u Mintona 

siedzi Thelonious,
w odjechanej starej czapce
zaciągniętej na oczy

Pomordowanym profesorom Uniwersytetu Jagiellońskiego - według Hasiora

Czytając wiersze Yusef Komunyakaa nie można pominąć polskich wątków, a do takich należy wiersz poświęcony pomordowanym podczas II wojny profesorom Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ten barbarzyński akt przedstawia poeta jako próbę zabicia prawdy, dyskusji nad światem, który miał stać się światem niewolników. 

Strzelali kulą w łeb
każdego pytania, by zabić nieskończone
spory Kanta z Heglem.
Palili prawa, kodeksy moralne

Ów barbarzyński akt "zabijania pytań" (rozumu, myślenia) uzupełnia opis miejsca, gdzie żył i tworzył Władysław Hasior.

Mały wieżowiec ze szklanych pudełek
słońce oświetla o tej samej porze dnia
pod pewnym katem koło Zakopanego, 
wygląda jak mieszkania, w których bystre duchy
wciąż stawiają czoła mrocznym odpowiedziom.

Właśnie sztuka, w tym przypadku Hasiora, jest odpowiedzią na akt barbarzyństwa. Instalację "Ogniste ptaki" wykonał artysta z blaszanych ptaków pędzących na wielkich kołach. Była ona podpalana podczas odsłonięcia. Obecnie, w nieco zmienionej formie, znajduje się ona w szczecińskim parku imienia Jana Kasprowicza. Podobna rzeźba stanęła także w Koszalinie - jako pomnik dla walczących o wolność ziem Pomorza. We wszystkich przypadkach ptak jest symbolem wolności, dla której czasem warto (i należy) spłonąć. 

Zaledwie trzy wiersze, a ileż wątków i treści...Ufam, że każdy, kto weźmie do ręki tom "Niebieska godzina", odkryje w nim coś dla siebie. 

Mozart – "Requiem" w Narodowym Forum Muzyki /zapowiedź/

6 listopada o 19.00 w Narodowym Forum Muzyki angielski dyrygent Jonathan Nott, uznawany za wybitnego interpretatora muzyki współczesnej, pod...

Popularne posty