Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Młyn i krzyż, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Młyn i krzyż, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 stycznia 2018

MFF Nowe Horyzonty 2011 – ujęcie piąte, plan (aż nadto) pełny

W piątym dniu Festiwalu będzie wyłącznie o kinie polskim: „Młyn i krzyż” Lecha Majewskiego, „Z daleka widok jest piękny” Anny i Wilhelma Sasnalów.

„Młyn i krzyż” – metafora ludzkiego losu

Młyn i krzyż w reż. Lecha Majewskiego
Najnowszy film Lecha Majewskiego zasługuje na obszerną i wnikliwą interpretację. Ponieważ jednak jest to niemożliwe, gdy żyje się w tempie festiwalowych obrazów, ograniczę się do krótkiej refleksji. 

Przede wszystkim trzeba przypomnieć, że jest to twórca wielostronnie uzdolniony: reżyser filmowy, teatralny i operowy, poeta, prozaik, malarz, a także - czego można było doświadczyć na spotkaniu z artystą – wspaniały gawędziarz. Wypada żałować, że tak rzadko można obejrzeć go w kraju, gdy tymczasem Museum of Modern Arts zorganizowało retrospektywę jego filmów, a w Luwrze, gdzie odbyła się premiera najnowszego - „Młyn i krzyż”, cały luty wystawiane były jego wideoarty. 

„Młyn i krzyż” jest jego drugą – po „Ogrodzie rozkoszy ziemskich” – próbą zmierzenia się z malarstwem dawnych mistrzów. Tym razem artysta ożywił obraz Pietera Bruegela Starszego „Procesja na Kalwarię” (1564). 

To sztuka historyczna, która opowiada Pasji Chrystusa i pasji Flandrii ciemiężonej przez Hiszpanów. Chrystus i dwaj złodzieje stają się tu ucieleśnieniem losu wielu kobiet i mężczyzn torturowanych i straconych w drugiej połowie XVI wieku, w czasach hiszpańskiej inkwizycji – wyjaśnił artysta podczas spotkania z publicznością.

Pejzaż filmu wypełnia ogromna liczbą postaci, wśród których znajdziemy samego Breugela oraz bankiera, który zakupił jego obraz. Większość z przestawionych tam osób jest zajęta swoimi sprawami i nie zdaje sobie sprawy ze znaczenia mającego nastąpić Ukrzyżowania. Tłum przygląda się scenie, w której żołnierze rozkazują Szymonowi Cynerejczykowi pomóc dźwigać krzyż. Na pierwszym planie siedzi wędrowny kramarz, podczas gdy Chrystusa w ogóle nie widać. Tylko jedna grupa postaci kojarzy się z tematyką obrazu, a mianowicie na pierwszym planie, po prawej stronie widzimy grupę kobiet, którym św. Jan dodaje otuchy. Z płaskiej równiny wyrasta w głębi obrazu ogromna skała, na której stoi młyn. 

Zarówno w obrazie, jak i w filmie pełni on rolę metafory: młyńskie koła mielą ziarno, symbolizujące ludzkie życie, a Młynarz staje się figurą zastępczą samego Boga. Obraz istotnie przypomina filmowy kadr, który zaprasza do tego, aby go ożywić za pomocą wyobraźni. I Lech Majewski podejmuje się tego zadania z wielkim sukcesem. A było to zadanie niełatwe, o czym dowiedzieliśmy się podczas spotkania po projekcji. Nie wystarczyło ustawić statystów i aktorów na równinie i włączyć kamerę. 

Przestrzeń filmowa składa się z siedmiu połączonych ze sobą części i jest przestrzenią wykreowaną, podobnie jak na obrazie. Majewski stworzył ją z fragmentów Jury Krakowsko-Częstochowskiej, odpowiednio dla potrzeb filmu przetworzonej, a niebo pochodzi ze zdjęć zrobionych podczas pobytu w Nowej Zelandii. Nawet pająk i jego sieć zostali wykreowani w efekcie bezpośrednich obserwacji i prób. Będąc wiernym odtworzeniem obrazu, film zawiera jednocześnie przesłanie uniwersalne – opowiada o ludzkim losie, pełnym niezawinionego cierpienia, okrucieństwa, a także o roli artysty, który towarzyszy człowiekowi i potrafi zatrzymać czas utrwalając to, co przemijające.

I z daleka i z bliska nie było pięknie...

Z daleka widok jest piękny
Debiut fabularny Anny i Wilhelma Sasnalów – malarzy, grafików, którzy osiągnęli komercyjny sukces sprzedając swoje prace do znanych galerii (m.in. Tate Modern w Londynie, Museum of Modern Art. W Nowym Jorku). Podobnie jak Janusz Majewski, wychodzą więc od malarstwa. Sądzić by zatem można, że naturalna dla artystów, wizualna wrażliwość zaowocuje interesującym obrazem filmowym. Przyznam jednak, że wyszłam z pokazu i spotkania mocno rozczarowana.

Film zatytułowany „Z daleka widok jest piękny” pretenduje do metafory, która ma nam uświadomić swoisty paradoks: że piękno krajobrazu, w którym żyją ludzie jest odwrotnie proporcjonalne do ich moralnej i fizycznej brzydoty.

Główny bohater Paweł (grany przez Marcina Czarnika), o twarzy i manierach typa, którego nie chciałoby się spotkać w ciemnym zaułku, pozbywa się starej chorej matki. Jej miejsce miałaby zająć młoda kobieta, z którą się spotyka. Jednak nie proponuje jej tego, ale znika na czas jakiś. Rodzina dziewczyny ogałaca pod jego nieobecność mieszkanie z tego, co uzna za godne uwagi, po czym wraz ze sąsiadami demolują dom i palą sprzęty. Kiedy bohater wraca, nie zastaje nic.

Tyle fabuła. Dramaturgia filmu i sylwetki bohaterów - płaskie jak równina mazowiecka. Sasnalom wyraźnie brakuje umiejętności tworzenia scenariusza filmowego, zaś o ładunku intelektualnym filmu już nie wspomnę. Sylwetki, twarze, język bohaterów – skrajnie prymitywne. Jeśli to ma być metafora mówiąca o tym, do czego zdolny i jak brzydki pod każdym względem jest człowiek, to może niechby artyści zachowali taką wizję świata dla siebie i nie dzielili się nią z widzami. A tytułowy widok wcale nie był piękny – ot, kawałek natury, płasko i brzydko sfotografowanej. Czy naprawdę, wszyscy muszą robić filmy..?

Artykuł ukazał się na portalu PIK Wrocław 26 lipca 2011 roku.

niedziela, 5 kwietnia 2020

„Młyn i krzyż” Lecha Majewskiego jako metafora ludzkiego losu /recenzja filmu/

Będąc wiernym odtworzeniem obrazu Bruegla, film zawiera jednocześnie przesłanie uniwersalne – opowiada o ludzkim losie, pełnym niezawinionego cierpienia i okrucieństwa. Mówi także o roli artysty, który towarzyszy człowiekowi i potrafi zatrzymać czas utrwalając to, co przemijające.


Młyn i krzyż jest jego drugą – po Ogrodzie rozkoszy ziemskich – próbą zmierzenia się z malarstwem dawnych mistrzów. Tym razem artysta ożywił obraz Pietera Bruegela Starszego Procesja na Kalwarię (1564). 

Droga na Kalwarię, 1564, olej na płótnie,  Kunsthistorisches Museum, Wiedeń
Należałoby może przypomnieć, że Lech Majewski to twórca wielostronnie uzdolniony: reżyser filmowy, teatralny i operowy, poeta, prozaik, malarz, a także - czego można było doświadczyć na spotkaniu z artystą – wspaniały gawędziarz. Wypada żałować, że tak rzadko można obejrzeć go w kraju, gdy tymczasem Museum of Modern Arts zorganizowało retrospektywę jego filmów, a w Luwrze, gdzie odbyła się premiera Młyna i krzyża, cały luty wystawiane były jego wideoarty.

To sztuka historyczna, która opowiada Pasji Chrystusa i pasji Flandrii ciemiężonej przez Hiszpanów. Chrystus i dwaj złodzieje stają się tu ucieleśnieniem losu wielu kobiet i mężczyzn torturowanych i straconych w drugiej połowie XVI wieku, w czasach hiszpańskiej inkwizycji – wyjaśnił artysta podczas spotkania z publicznością.


Kadr z filmu Lecha Majewskiego Młyn i krzyż

Pejzaż filmu wypełnia ogromna liczbą postaci, wśród których znajdziemy samego Breugela oraz bankiera, który zakupił jego obraz. Większość z przestawionych tam osób jest zajęta swoimi sprawami i nie zdaje sobie sprawy ze znaczenia mającego nastąpić Ukrzyżowania. Tłum przygląda się scenie, w której żołnierze rozkazują Szymonowi Cynerejczykowi pomóc dźwigać krzyż. Na pierwszym planie siedzi wędrowny kramarz, podczas gdy Chrystusa w ogóle nie widać. Tylko jedna grupa postaci kojarzy się z tematyką obrazu, a mianowicie na pierwszym planie, po prawej stronie widzimy grupę kobiet, którym św. Jan dodaje otuchy. Z płaskiej równiny wyrasta w głębi obrazu ogromna skała, na której stoi młyn.

Scena Ukrzyżowania, kadr z filmu Młyn i krzyż

Zarówno na obrazie, jak i w filmie młyn pełni  rolę metafory: młyńskie koła mielą ziarno, symbolizujące ludzkie życie, a Młynarz staje się figurą zastępczą samego Boga. Obraz istotnie przypomina filmowy kadr, który zaprasza do tego, aby go ożywić za pomocą wyobraźni. I Lech Majewski podejmuje się tego zadania z wielkim sukcesem. A było to zadanie niełatwe, o czym dowiedzieliśmy się podczas spotkania po projekcji.

Przestrzeń filmowa składa się z siedmiu połączonych ze sobą części i jest przestrzenią wykreowaną, podobnie jak na obrazie. Majewski stworzył ją z fragmentów Jury Krakowsko-Częstochowskiej, odpowiednio dla potrzeb filmu przetworzonej, a niebo pochodzi ze zdjęć zrobionych podczas pobytu w Nowej Zelandii. Nawet pająk i jego sieć zostali wykreowani w efekcie bezpośrednich obserwacji i prób.

Będąc wiernym odtworzeniem obrazu Bruegla, film zawiera jednocześnie przesłanie uniwersalne – opowiada o ludzkim losie, pełnym niezawinionego cierpienia i okrucieństwa. Mówi także o roli artysty, który towarzyszy człowiekowi i potrafi zatrzymać czas utrwalając to, co przemijające.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu PIK Wrocław 26 lipca 2011 roku, w ramach relacji z MFF Nowe Horyzonty.

polski zwiastun filmu

Rozmowa z Lechem Majewskim

wtorek, 1 października 2019

„Kadry wyzwolone”, biografie wielkich malarzy, kino poetyckie i o wiele więcej w Kinie Iluzjon w październiku

„Kadry wyzwolone”, czyli kino i cenzura w okresie PRL, pełne udręki i ekstazy biografie wielkich malarzy, kino poetyckie i klasyki spod znaku czarnej komedii, ulubione filmy Andrzeja Wajdy w 3. rocznicę śmierci reżysera i pachnący kawą Alfabet Retrokina! Jesiennego programu kina Iluzjon nie można przegapić!  


„Ręce do góry”, fot. Jerzy Troszczyński, FOTOTEKA FINA


„KADRY WYZWOLONE” | KINO I CENZURA W OKRESIE PRL

Pokazy filmowe, spotkania autorskie i wykłady historyków kina polskiego. Najważniejsze tytuły, które długi czas „przeleżały na półkach”, jak i mniej znane „półkowniki”, które warto przypomnieć. Przegląd obejmie dzieła mistrzów polskiego filmu fabularnego: m.in. Jerzego Skolimowskiego i Janusza Zaorskiego oraz dokumentalnego m.in. Edwarda Skórzewskiego, Jerzego Hoffmana i Krzysztofa Kieślowskiego, a także mniej znane filmy krótkometrażowe i oświatowe.

„UDRĘKA I EKSTAZA, CZYLI WIELKIE BIOGRAFIE NA DUŻYM EKRANIE”

Trudne osobowości, genialni artyści... Biografie wielkich malarzy są gatunkiem niezmiennie popularnym. Dopieszczone wizualnie, czasem stylizowane, czasem realistyczne, dają cudowną ułudę prawdziwego obcowania z wielką sztuką. W programie jesiennego przeglądu znalazły się: „Tajemnica Picassa” (reż. Henri Georges Clouzot), „Udręka i ekstaza” (reż. Carol Reed), „Mój Nikifor”(reż. Krzysztof Krauze), „Nightwatching” (reż. Peter Greenaway), „Młyn i Krzyż” (reż. Lech Majewski) i „Andriej Rublow” (reż. Andriej Tarkowski).

KINO POETYCKIE

Choć trudno szukać jej wśród filmowych gatunków, istnieje pewna szczególna kategoria dzieł filmowych, które dzięki zastosowaniu nietypowych środków wyrazu pozwalają widzowi na doświadczenie wyjątkowo intensywnych przeżyć estetycznych. Nieuchwytny, niepoddający się zdefiniowaniu i bliski liryce nastrój prezentowanych filmów pozwoli doświadczyć poezji na wielkim ekranie. Iluzjon proponuje wyjątkowy przegląd arcydzieł mistrzów światowego kina – dowodów ich niezwykłej wrażliwości i poetyckiej intuicji, w programie m.in.: „Orfeusz” (reż. Jean Cocteau), „Niebo nad Berlinem” (reż. Wim Wenders), „Hiroszima, moja miłość” (reż. Alain Resnais), „Anioł przy moim stole” (reż. Jane Campion).

CZARNA KOMEDIA

Któż ich nie lubi? Czasem pełne ironii, zahaczające o groteskę, czasem odwołujące się do poetyki absurdu i surrealizmu – zachwycają nas od dziesiątek lat: czarne komedie. Wywodzące się z tradycji teatru, te klasyczne, wręcz eleganckie, wydają się kwintesencją brytyjskiego poczucia humoru. Inne brawurowo żonglują elementami o wyraźnie makabrycznym wydźwięku. Gatunek ten od lat rozwija się w niepohamowanym tempie, sięgając do kryminału, sensacji, westernu, fantastyki, filmu przygodowego i wojennego. Podróż po tym bogatym i popularnym gatunku warto rozpocząć od absolutnych klasyków, m.in.: „Arszenik i stare koronki” (reż. Frank Capra), „Szlachectwo zobowiązuje” (reż. Robert Hamer), „Jak zabić starszą panią?” (reż. Alexander Mackendrick); Płytki grób (reż. Danny Boyle).

TO LUBIĘ: ANDRZEJ WAJDA

Ulubione filmy reżysera zestawione w pary: słynne klasyki światowego kina i jego własne dzieła! W 3. rocznicę śmierci artysty kino Iluzjon przypomni cykl prezentowany przed laty, a seansom towarzyszyć będą prelekcje Andrzeja Bukowieckiego – filmoznawcy i krytyka.  Wajda często wspominał o dziełach, które były dla niego szczególnie ważne i które stały się dla niego inspiracją. Twórczo rozwijał idee, tematy, sposoby opowiadania historii, obrazy, które zapisały się w jego pamięci najsilniej. W programie przeglądu: „Rzym, miasto otwarte” (reż. Roberto Rossellini) i „Pokolenie”; „Obywatel Kane” (reż. Orson Welles) i „Popiół i diament”; „Tron we krwi” (reż. Akira Kurosawa) i „Powiatowa Lady Makbet”; „Osiem i pół” (reż. Federico Fellini) i „Wszystko na sprzedaż”, a także „Zwierciadło” (reż. Andriej Tarkowski) i „Panny z Wilka”.

ALFABET RETROKINA: K JAK KAWA!

Pachnąca i aromatyczna. Kawa! A gdzie przed wojną smakowała najlepiej? Oczywiście w Adrii i Ziemiańskiej. Jak wypadało ją pić? Naturalnie we frakach, marynarkach, sukniach z chiffonne velour i futrach. W październiku kino Iluzjon zaprasza na Alfabet Retrokina do kawiarni, na filiżankę doskonałej czarnej kawy – a wszystko w towarzystwie stukotu projektora, ciemnej sali kinowej i największych gwiazd srebrnego ekranu! Podczas czterech październikowych spotkań widzowie dowiedzą się m.in. czy filiżanka kawy pomoże zakochanej Lucynie w rozbudzeniu uczuć Stefana (w filmie „Czy Lucyna to dziewczyna?”) i czy czarny napar uspokoi zazdrosną do szaleństwa kochankę Andrzeja, Celinę (w filmie „Wrzos”). Wybrane seanse są poprzedzone prelekcjami ekspertów Filmoteki Narodowej – Instytutu Audiowizualnego, którzy zdradzają tajniki przedwojennej kinematografii. 

„Wrzos”, reż. Juliusz Gardan, zasoby FINA

Wstęp na wszystkie wydarzenia w ramach cyklu „Kadry wyzwolone” jest bezpłatny - zaproszenia do odbioru w dniu pokazów w kasie kina Iluzjon. Na pozostałe pokazy archiwalne bilety w cenie 12-14 zł do nabycia online lub w kasie kina.

Kino Iluzjon ǀ ul. Narbutta 50a ǀ Warszawa

informacja prasowa

wtorek, 2 stycznia 2018

MFF Nowe Horyzonty 2011 – ujęcie szóste: najnowsze trendy w polskim kinie

Istnieje niedobre zjawisko polegające na tym, że polskie filmy są fatalnie dystrybuowane i rzadko pojawiają się w kinach. Tak było w ub. roku z „Wenecją” J. J. Kolskiego, filmem dosłownie oblężonym podczas MFF Era Nowe Horyzonty 2010. Równie tajemnicze było rozpowszechnianie filmu Lecha Majewskiego „Młyn i krzyż” czy Wiesława Saniewskiego „Wygrany”.

W tej sytuacji przegląd i Konkurs Nowe Filmy Polskie czy Polskie Filmy Krótkometrażowe stwarzają jedyną w swoim rodzaju okazję do przyjrzenia się kondycji polskiego kina. O filmach L. Majewskiego i Anny oraz Wilhelma Sasnalów pisałam w poprzedniej relacji. Tu chciałabym znowu zestawić kino tworzone przez pokolenie pięćdziesięciolatków z najnowszym. Dodam także, że obraz powojennego polskiego kina dopełnia retrospektywa wspaniałego twórcy filmowego – Andrzeja Munka, przedwcześnie zmarłego reżysera takich filmów, jak „Eroika”, „Zezowate szczęście” czy „Pasażerka”.

„Maraton tańca”, czyli współczesna Polska prowincjonalna widziana oczami Magdaleny Łazarkiewicz


Maraton tańca, reż. M. Łazarkiewicz

W założeniu film miał być nawiązaniem do wybitnego dramatu Sidneya Pollacka „Czyż nie dobija się koni”. W efekcie powstał obraz, w którym Magdalenie Łazarkiewicz nie udało się przemycić jednej głębszej myśli, a całość jest niejednorodna i stylistycznie niechlujna. Ani to dramat, ani komedia, ale mieszanina satyry z wątkiem baśniowym i w ogóle nie wiadomo co… 

Bohaterem zbiorowym jest całe miasteczko – od wójta począwszy, a na starym kalece skończywszy. Ci „na górze” wymyślają bezczelne oszustwo: stwarzają iluzję wielkiej wygranej w tytułowym maratonie tańca. Korowód tańczących to ludzie, którzy uwierzyli, że wygrana stanie się dla nich przepustką do lepszego życia. Elokwentny konferansjer i piosenkarka Dżessika zapraszają mieszkańców do rywalizacji. Obserwujemy, jak bohaterowie walczą ze sobą o wielką wygraną, a przy tej okazji wylewają swoje żale, pretensje i zdradzają tajemnice. Ale zamiast doprowadzić ich dramaturgię do końca, reżyserka i jej scenarzysta Maciej Kowalewski dokonują nagłej wolty i oto wszyscy nagle się kochają, wspierają i poświęcają dla siebie. Nawet robiąca sceniczną karierę i nieco cyniczna Dżessika daje szczęście jedynemu bez wątpliwości pozytywnemu bohaterowi Krystianowi, wychowankowi domu dziecka i kalece. A potem żyli długo i szczęśliwie… I tak, zamiast obrazu współczesnej Polski prowincjonalnej otrzymujemy infantylną historyjkę z głupawymi bohaterami, których nie sposób polubić ani potraktować serio. Ale… czyż nie dobija się widzów?

„Wygrany” Wiesława Saniewskiego – o wyścigach konnych i ściganiu się w życiu


Wygrany w reż. W. Saniewskiego

W najnowszym filmie Wiesława Saniewskiego przenikają się dwa wątki. Pierwszy związany jest z postacią Franka - profesora matematyki, zapalonego gracza na wyścigach konnych, którego kreuje Janusz Gajos. Drugi ma związek z młodym, wybitnie utalentowanym pianistą polskiego pochodzenia – Oliverem (Paweł Szajda). Po rozstaniu z żoną przyjeżdża on z Chicago do Wrocławia, gdzie ma zagrać koncert, który rozpocznie jego triumfalne turnee po Europie. Zrywa jednak kontrakt i odwołuje koncert. 

Obaj bohaterowie poznają się w hotelowej restauracji i wówczas oba te wątki łączą się ze sobą. Franek stanie się dla młodego pianisty ojcem i mentorem, który nie tylko pomoże mu wyjść z opresji, ale przede wszystkim uświadomi, że najważniejszą sprawą każdego człowieka jest osobista wolność. W sposób szczególny jest ona potrzebna artyście, aby mógł swobodnie tworzyć. Tymczasem podlega on rozmaitym presjom – ambitnej matki, żony, nauczycieli, jurorów, impresariów, władzy. Wyzwolenie się od tych wpływów nie jest bynajmniej łatwym zadaniem, niemniej koniecznym, jeśli chce się osiągnąć dojrzałość - w życiu i w sztuce. 

Dodatkowym atutem tego filmu jest lekkość filmowej narracji, jej humor oraz błyskotliwa gra aktorska, szczególnie Janusza Gajosa. Filmowi można by tylko zarzucić pewną przewidywalność. Z góry wiadomo, że będzie happy and, ale to jedyna słabość tego filmu. Trzeba przyznać, że Saniewski zdecydowanie odrzuca wszystkie polskie kompleksy: bohaterowie są piękni, nie narzekają, biorą się z życiem za bary. A w dodatku, Polacy nie gęsi i… języki znają. Dla Wrocławian zaś – dodatkowa gratka: pejzaże Wrocławia i Dolnego Śląska, w dodatku świetnie sfotografowane.

Argentyńska lekcja pokory i współczucia


Argentyńska lekcja w reż. Wojciecha Staronia

Obawiam się, że zasłodzę i zagłaskam, ale nie mogę inaczej. Otóż na koniec pragnę podać nie deser, ale zaproponować Widzom prawdziwą ucztę. Taką bowiem przygotowali nam Wojciech i Małgorzata Staroniowie, prezentując publiczności „Argentyńską lekcję”. Obsypany – zasłużenie! – licznymi nagrodami na 51 Krakowskim Festiwalu Filmowym, film powstał podczas pobytu rodziny Staroniów w Argentynie, dokąd wyjechali w ramach programu nauczania języka polskiego wśród tamtejszej Polonii, w Azara. Wojciech Staroń zrealizował przed kilku laty podobny dokument z wyjazdu na Syberię („Syberyjską lekcję”), gdzie Małgorzata również uczyła języka polskiego. Tamten wyjazd zaowocował przyjaźniami i został utrwalony na taśmie filmowej, dzięki czemu losy żyjących tam Polaków (i nie tylko ich) głęboko nas poruszyły. Tym razem było podobnie, choć pewno trudniej, ponieważ rodzina się powiększyła i Staroniowie pojechali do Argentyny z dwójką małych dzieci. Dało to jednak nowe możliwości...

Lekcji o tamtym świecie udzielają nam właśnie dzieci, przede wszystkim syn reżysera, siedmioletni Janek i jego nowa argentyńska przyjaciółka Marcia (z pochodzenia Polka). Film niezwykle poruszający. Skrajna bieda tych zapomnianych przez ojczyznę ludzi, o których Staroń nam opowiada, jest wstrząsająca.

Obserwujemy życie około 11-letniej dziewczynki, która mimo młodego wieku, opiekuje się chorą psychicznie matką, ciężko pracuje fizycznie, ręcznie wyrabiając cegły i jednocześnie uczy się. Mimo to Marcia ma marzenia, jest pełna optymizmu i pogody ducha. Tylko raz rozdzierająco płacze, kiedy Staroniowie, z którymi weszła w głęboką emocjonalną więź, wyjeżdżają do Polski. Na spotkaniu po projekcji dowiedzieliśmy się, że mimo wyjazdu zadbali o wykształcenie dziewczynki, oddając ją do szkoły z internatem i że nadal zabiegają o to, by jej pomóc. To rzadki przypadek, kiedy film miesza się z życiem, a jego bohaterów nie traktuje się przedmiotowo, ale z szacunkiem, miłością i odpowiedzialnością. Dodajmy, że i w swojej formie film jest przepiękny: wysmakowane kadry, zbliżenia twarzy bohaterów i poetycko filmowane zjawiska przyrody.

Artykuł ukazał się na portalu PIK Wrocław 1 sierpnia 2011 r.


poniedziałek, 9 września 2019

Lech Majewski otrzyma Specjalną Nagodę Camerimage

Specjalną Nagrodę Camerimage dla Reżysera otrzyma w tym roku Lech Majewski  za wyjątkowe dokonania na obszarze kina oraz wytyczanie nowych ścieżek dla języka filmowego, który stał się przez lata jego największą pasją.

Lech Majewski, fot. Dorota Lis

Od ponad dwudziestu pięciu lat Międzynarodowy Festiwal Filmowy EnergaCAMERIMAGE popularyzuje ulotne piękno oraz narracyjną funkcjonalność sztuki autorów zdjęć filmowych. Warto jednak pamiętać, iż wizualna strona kina nie jest wyłącznie domeną operatorów, lecz również reżyserów, którzy przy pomocy autorów zdjęć przekładają rozwijane w swych umysłach wizje na wiarygodną ekranową rzeczywistość. I muszą równie dobrze poruszać się na obszarze nieskończonych możliwości audiowizualnego języka filmowego. Ci z nich, którzy umieją biegle za jego pomocą opowiadać frapujące historie, którzy czują kreatywną potrzebę przekładania myśli i słów na obrazy i kadry, którzy rozumieją niewyrażalne werbalnie piękno oglądania filmów w ciemnej sali kinowej, stają się z biegiem czasu artystami. To napisawszy, doceniamy wszystkich reżyserów świadomie wykorzystujących w zasadzie nieskończony potencjał tego medium, jednakże zawsze szukamy sposobności, by promować dzieła autorów opierających się konwencjom i ograniczeniom, tworząc dokładnie takie kino, jakie ich artystycznie interesuje.

                          Kadr z filmu "Dolina Bogów",©Lech Majewski

Międzynarodowej sławy polski reżyser Lech Majewski jest bezsprzecznie takim właśnie filmowcem, artystą bezgranicznie oddanym swoim projektom oraz niezwykłym człowiekiem, który nieustannie zaskakuje narracyjnymi oraz wizualnymi ambicjami kolejnych swoich dzieł. Będąc od dawna przyjacielem EnergaCAMERIMAGE, Lech Majewski odwiedził nas już wielokrotnie. Przyjedzie także w 2019 roku, do Torunia, by odebrać Specjalną Nagrodę Camerimage dla Reżysera. Przyznajemy mu ją za jego wyjątkowe dokonania na obszarze kina oraz wytyczanie nowych ścieżek dla języka filmowego, który stał się przez lata jego największą pasją.

                               Kadr z filmu "Młyn i krzyż",©Lech Majewski

Określanie Lecha Majewskiego tylko reżyserem jest, rzecz jasna, sporym niedopowiedzeniem, gdyż jest również renomowanym malarzem, utalentowanym kompozytorem, a także wspaniałym pisarzem i poetą. Instalacje artystyczne Majewskiego zjeździły cały świat, podczas gdy reżyserowane przez niego opery i sztuki teatralne wywołały intensywne emocje wśród ludzi pochodzących z różnych kultur, wyznań czy klas społecznych. Najnowszy projekt artysty, Dolina Bogów z Joshem Hartnettem, Johnem Malkovichem, Bérénice Marlohe, Keirem Dulleą i Johnem Rhys-Daviesem, spektakl filmowy zgłębiający idiosynkratyczne i tajemnicze oblicze Ameryki, z pewnością wywoła gorące dyskusje wszędzie tam, gdzie zostanie pokazany – między innymi w trakcie 27. edycji EnergaCAMERIMAGE, gdzie seans zapowie sam reżyser. I choć po projektach Majewskiego zawsze należy spodziewać się podobnego odbioru – jak choćby w przypadku Młyna i krzyża, namalowanego cyfrowymi farbami ruchomego obrazu odtwarzającego i jednocześnie filtrującego przez reżyserską wyobraźnię słynne malarskie dzieło Pietera Bruegla Starszego Droga krzyżowa – najnowsza Dolina Bogów otwiera nowy rozdział w bogatej w filmografii Majewskiego. Jest swoistym podsumowaniem jego kariery i niekonwencjonalnego stylu, który rozwijał w trakcie ponad czterech dekad od ukończenia Łódzkiej Szkoły Filmowej. Pokaz Doliny Bogów, jak się domyślacie, będzie jednym z najważniejszych wydarzeń festiwalu.

             Kadr z filmu "Ewangelia według Harry'ego",©Lech Majewski

Cała filmografia Majewskiego warta jest zresztą przypomnienia bądź odkrycia, gdyż oferowana przez polskiego twórcę różnorodność motywów i znaczeń wciąż fascynuje i zmusza do refleksji. Dla przykładu, Więzień Rio, opowieść o Ronaldzie Biggsie, jednym z przestępców biorących udział w legendarnym brytyjskim napadzie stulecia, Majewski nakręcił przy udziale prawdziwego Biggsa, zamazując granice między prawdą, fikcją i sztuką. Z kolei w Ewangelii według Harry’ego, wyprodukowanej wspólnie z Propaganda Films Davida Lyncha, reżyser kreatywnie przerobił ograne biblijne motywy, przenosząc akcję na kalifornijską pustynię i wchodząc w surrealistyczne rozważania nad istotą raju utraconego. W Wojaczku, pokazywanej na dziesiątkach międzynarodowych festiwali opowieści o tragicznym polskim poecie, pokusił się o zabarwioną ironią i specyficznym humorem grę z konwencją filmu biograficznego oraz postrzeganiem sztuki. A w Angelusie, epickiej i zarazem kameralnej historii śląskich górników, którzy założyli w latach 50. XX wieku gminę okultystyczną, udowodnił, że jest twórcą o ogromnej wyobraźni, który lubi zajmować się wykluczonymi ze społeczeństwa głównego nurtu ludźmi, których żywoty mogą oferować współczesnej publiczności multum ciekawych refleksji.

                   Kadr z filmu "Wojaczek",©Lech Majewski

Głęboko wierzymy, że pokaz Doliny Bogów oraz planowane spotkanie z Lechem Majewskim w Toruniu staną się również podstawą do wielu interesujących dyskusji i refleksji, podczas gdy ceremonia wręczenia polskiemu artyście Specjalnej Nagrody Camerimage dla Reżysera będzie ukierunkowana na celebrację jego niezwykłej twórczości.

informacja prasowa

sobota, 8 sierpnia 2020

Lech Majewski: Inspiracją jest zawsze obraz /wywiad/

Z wybitnym wizjonerem kina rozmawiam o fenomenie Wenecji, spotkaniu z Antonionim, wizycie na planie filmu Bergmana i malarskich fascynacjach.  

Lech Majewski, fot. ze strony internetowej artysty
Barbara Lekarczyk-Cisek: Jest Pan artystą obdarzonym wieloma talentami: pisarskim, poetyckim, malarskim, muzycznym, tworzy też autorskie kino. Ale w młodości zapowiadał się Pan przede wszystkim jako artysta malarz. Podobno, mając bodaj czternaście lat, zorganizował Pan pierwszą wystawę, wybierał się na studia na ASP… Skąd więc nagle kino?

Lech Majewski: Aby to wyjaśnić, muszę sięgnąć wstecz, do czasów, kiedy jeździłem na wakacje do Wenecji. Często wyjeżdżałem tam jako nastolatek, we Włoszech mieszkał bowiem mój wujek, który był profesorem konserwatorium muzycznego. Właściwie mieszkał w Mediolanie i był krytykiem muzycznym „Corriere Della Sera”, specjalizującym się w recenzjach koncertów La Scali, a przez cztery dni uczył historii kompozycji w weneckim konserwatorium. W lecie jego mieszkanie akademickie było wolne, więc zaproponował nam, że możemy z niego korzystać. Tym sposobem spędzałem całe wakacje w Wenecji, w której do dziś pomieszkuję i która stała się najbliższym mi miastem, obok Katowic. W Katowicach narodziłem się fizycznie, a w Wenecji duchowo i … filmowo.

To miasto  jest soczewką wszystkiego, co się dzieje w sztuce. Na Biennale w Wenecji poznałem takich twórców współczesnej sztuki, jak Roy Lichtenstein, Andy Warhol czy Giorgio de Chirico. To były czasy, kiedy artyści nie byli tak niedostępni jak dzisiaj.

Oprócz tego obcowałem ze sztuką dawną i byłem zakochany w małym obrazie Giorgione`a, zatytułowanym ”Burza” – bardzo tajemniczym, którego głębia kolorów i aura tajemniczości sprawiały, że spędzałem przy nim całe godziny. W owym czasie malowałem i wybierałem się na Akademię Sztuk Pięknych. Otóż w pewnym momencie tam, w Wenecji, uświadomiłem sobie, że tajemniczą atmosferę z obrazu Giorgione`a niedawno widziałem w kinie, w scenie parku z ”Powiększenia” Antonioniego. Jest w niej brzemienna cisza. Zdałem sobie wówczas sprawę, że gdyby Giorgione żył w naszych czasach, to z pewnością robiłby filmy. Tak więc zdecydowałem się zdawać do szkoły filmowej pod wpływem ”Burzy”, nie wiedząc wiele o filmie. I chociaż nie spełniałem wymogu formalnego (nie miałem ukończonych wyższych studiów), zostałem przyjęty. Wcześniej byłem na konsultacji u Henryka Kluby, któremu pokazałem swoje obrazy, rysunki, fotografie i wiersze. I to on zachęcił mnie do zdawania, dając nadzieję, że dostanę się na studia, jeśli zdam egzamin. Powiedział, że będę eksperymentem i tak się stało. Byłem najmłodszy na roku, o siedem lat młodszy od drugiego najmłodszego studenta.

Podobno Antonioni jeszcze raz się Panu przysłużył, kiedy pojawił się osobiście w łódzkiej Filmówce…

Antonioni nie miał w planach wizyty w szkole filmowej – miał być w "Kwancie”- legendarnym klubie filmowym, którego szef, Andrzej Słowicki, zaprosił mnie na to spotkanie. Ponieważ jednak następnego dnia rozpoczynałem realizację etiudy pod auspicjami Jerzego W. Hasa, który był niesłychanie wymagający, toteż zrezygnowałem z wyjazdu do Warszawy. Nie znałem wtedy dobrze języka filmowego, a musiałem stworzyć precyzyjny scenopis, którego uczyłem się na pamięć. I tak nie spałem całą noc, bo miałem wyrzuty sumienia, że nie pojechałem na spotkanie z Antonionim, a poza tym przeżywałem mający nastąpić nazajutrz mój pierwszy plan filmowy. Tymczasem w poniedziałek rano w szkole pojawił się niezapowiedziany Antonioni. Dosłownie wyrwałem się z planu, bo mój kierownik produkcji nie chciał mnie wypuścić na to spotkanie. Byłem jednak zdeterminowany. Kiedy się pojawiłem w szkolnej sali kinowej, wszyscy siedzieli w nabożnej ciszy, bo nikt nie ośmielił się zadać pytania. W końcu ktoś zapytał, nawiązując do ”8 i pół” Felliniego, kiedy reżyser zrobi swoje "9”? Na co Antonioni odpowiedział, że już zrobił – ”Zawód reporter”, z którym właśnie przyjechał do Polski na Konfrontacje. W końcu odważyłem się i zadałem praktyczne pytanie o to, czy kiedy idzie na plan, to też się uczy na pamięć scenopisu. Odpowiedział, że przeciwnie – stara się zapomnieć. Zdenerwowała mnie wówczas jego odpowiedź. Pomyślałem,  że otrzymałem w odpowiedzi zgrabny bon mot, więc mu powiedziałem, żeby sobie ze mnie nie kpił, bo to dla mnie rzecz niezmiernie ważna. Na co uśmiechnął się i odparł, że mnie bynajmniej nie zbył, bo kiedy idzie na plan, to naprawdę nie chce pamiętać, co ma kręcić, tylko patrzy, jak  wygląda świat: jaka jest pogoda, jakie światło, jak się układają włosy jego aktorki… I z tego próbuje zbudować scenę. A jeśli mu to nie wychodzi, wzywa asystenta, żeby mu przypomniał, co mają dzisiaj kręcić.

Poszedłem potem do atelier, na swój plan filmowy – zdruzgotany tym, jak tandetnie wygląda otaczająca mnie rzeczywistość. Wszystko było stare, brzydkie, szwenk w kamerze był luźny, więc operator użył miotły, aby go ustabilizować… W akwarium pływały zdechłe ryby… A tu nagle otworzyły się drzwi, wszedł rektor, Maria Kornatowska, Antonioni i jeszcze ktoś z włoskiej ambasady, otoczeni wianuszkiem kamer. Zachęcono mnie, abym podszedł i wtedy Antonioni uścisnął mi rękę, życząc powodzenia. To jest niesamowite, że w życiu takie rzeczy się zdarzają!

Po latach, kiedy Antonioni umarł, napisałem do ”Rzeczpospolitej” jego nekrolog. A kiedy niedawno byłem we Włoszech, spotkał mnie niesłychany zaszczyt, ponieważ zostałem jurorem festiwalu włoskich filmów dokumentalnych i krótkometrażowych. W związku z tym festiwalem przygotowano galerię portretów włoskich twórców, którzy byli przewodniczącymi jury. Byłem jedynym nie-Włochem i mój portret powieszono obok… Antonioniego. Moment metafizyczny… Potem miałem wykłady na Akademii Sztuk Pięknych w Rzymie (wł. Accademia Nazionale di San Luca), otrzymałem pięknie wydany album, zawierający znakomite, bardzo wnikliwe analizy wszystkich filmów Antonioniego.

Wróćmy jednak do szkoły filmowej. Kto, poza Wojciechem Hasem, wywarł na Pana wpływ?

Największy wpływ miał na mnie Has i Królikiewicz. Wykłady Grzegorza Królikiewicza nie dadzą się porównać z niczym. Ten show, który urządzał i jak nas prowokował do myślenia… Do młodych durniów, którymi wówczas byliśmy, przemawiał bardzo skutecznie. Jego zajęcia przypominały amerykańskie filmy sądowe – tak to prowadził. Był zarazem oskarżycielem (naszej bezmyślności), jak też adwokatem filmów. Robił to pięknie! Jego analityczny umysł był niezrównany. Jego wykłady były dla nas wielkim przeżyciem. Z kolei Has był introwertykiem. Przypalał ”Marlboro”, popiół spadał na jego nylonowy golf, w którym wypalał dziury… Cedził słowa, ale w jego podejściu do kina był wielki świat. Ważną dla mnie osobą była także Maria Kornatowska, również bardzo ludzka, prywatna, a jednocześnie światowa. Ponadto Henryk Kuźniak, który był wyjątkowo dobrym pedagogiem wykładając muzykę filmową.

Podobno był Pan także na planie filmowym u Ingmara Bergmana…

Wygrałem wówczas konkurs na scenariusz i pierwszą nagrodą było (w ramach wymiany między szkołami filmowymi) uczestnictwo w planie filmowym ”Twarzą w twarz”.

Jakie wrażenie sprawiał Bergman podczas pracy nad filmem?

Kiedy rok wcześniej byłem na planie polskiego filmu pewnego znanego reżysera, co i rusz słyszałem, że kręcimy arcydzieło, mimo że był to absolutny gniot. Interesowało mnie więc, co wobec tego mówi na planie twórca prawdziwych arcydzieł. Byłem też dobrze przygotowany ”z Bergmana”.  Pojechałem więc do Szwecji i nazajutrz po przyjeździe poszedłem na plan. Wszyscy już od rana dziarsko się uwijali, co wprawiło mnie w zdumienie po uprzednich doświadczeniach, ale przede wszystkim szukałem Bergmana. Sądziłem, że pewno pojawi się na planie jak jakiś cesarz. W końcu zapytałem asystenta producenta. Ten wskazał mi palcem jakiegoś mężczyznę, który klęczał w przepoconej koszuli i przesuwał kabel… Dopiero wtedy rozpoznałem Bergmana.

Miał taki system, że kiedy rozmawiał z aktorami, to zawsze ustawiał się w pozycji niższej niż oni. Poza tym męczył się nad ujęciami jak jakiś, nie przymierzając, debiutant. To była fizyczna walka człowieka z przestrzenią i ze swoim własnym wnętrzem. Mimo że był protestantem, człowiekiem niezwykle precyzyjnym, to jednak dopuszczał do siebie nieznane.

Rozmawiałem z nim potem kilka razy, zawsze bardzo krótko, bo nie był wylewnym człowiekiem.Mówił mi, że w kinie nic nie wiadomo na pewno. Za każdym razem jest tak, jakby się zaczynało od nowa. Przy tego typu podejściu – rzeczywiście tak jest. Gdy obserwuję młodych reżyserów, to są pełni buty. Bergman zaś był obrazem pokory.

Czy Pański debiut – ”Rycerz” nie jest czasem z ducha Bergmana, z jego ”Siódmej pieczęci”?

Pewnie jest. Ale także z Tarkowskiego… Te filmy mnie fascynowały!

Jak to właściwie jest z tymi inspiracjami? Czy na początku jest w Pański wypadku obraz, np. malarstwo Ucella, jak to było w przypadku ”Rycerza”? Czy może impulsy płyną z innych źródeł?

Dzięki Włochom zrozumiałem, że nie można ograniczać się do jednego środka wyrazu. Różne tematy domagają się innej ekspresji. Żyjemy w czasach, w których jest się synonimem albo anonimem. Innymi słowy, albo kogoś się z czymś utożsamia, np. z kinem, tenisem, albo się nie istnieje. Dzisiejszy świat jest tak pogubiony, że żąda od człowieka jednoznacznych rozwiązań. Jeśli coś jest bardziej skomplikowane, zaczyna być podejrzane. Przykładem takiego człowieka, który zajmował się wieloma dziedzinami, jest Leonardo da Vinci. Ale wybacza mu się to ze względu na ”Monę Lisę”. Nikt nie traktuje poważnie całej reszty.

W moim wypadku inspiracją jest zawsze obraz. To swego rodzaju wizja. Niektóre moje wizje obradzają jak drzewo, a inne nie. Te, które emitują kolejne obrazy, stają się centralnym punktem, rodzajem osi. Z tego rodzi się potem albo teatr, albo opera, albo film, seria video artów, rzeźba… Np. scenę orki w hipermarkecie w ”Onirica” ujrzałem wewnętrznym okiem, robiąc zakupy  w takim miejscu.

Czy w przypadku ”Angelusa” punktem wyjścia było malarstwo Ociepki? 


Zaczęło się od tego, że przeczytałem w ”NaGłosie” artykuł Seweryna A. Wisłockiego, który opisał fenomen Grupy Janowskiej. W owym czasie interesowałem się kultem proroka Eliasza Klimowicza, który założył Wierszalin, gdzie chciał zbudować raj na ziemi. O ruchu tym pisał w latach 70. prof. Włodzimierz Pawluczuk. Chciałem nawet zrobić adaptację tekstu T. Słobodzianka, ale nic z tego nie wyszło. W tym samym czasie mój św. pamięci przyjaciel Irek Siwiński zwrócił moją uwagę na historię Grupy Janowskiej, sięgającą lat 30. XX wieku. Była to założona przez Teofila Ociepkę gmina okultystyczna, której jedną z form ekspresji było malarstwo. Przeczytanie artykułu Wisłockiego natychmiast zaczęło skutkować wizjami i obrazami. Pojechałem do domu, w którym mieszkał pociotek Teofila Ociepki, który zaprowadził mnie na strych i dał harfę po malarzu.

Po ”Rycerzu” wyjechał Pan za granicę i robił tam filmy bliższe mainstreamowi, np. ”Ewangelię według Harry`ego”.  Mimo że w Ameryce doceniono Pańską twórczość i miał Pan tam znakomite warunki, postanowił jednak wrócić. Co Pana do tego skłoniło?

Mnie dopieszczają i doceniają wszędzie, z wyjątkiem Polski i to mi się najbardziej podoba (śmiech). To mnie trzyma w formie.

Dziękuję za rozmowę. 


Wywiad ukazał się pierwotnie na Kulturaonline.pl 15 września 2015 r.


Link do recenzji filmu "Onirica"


Link do recenzji filmu "Młyn i krzyż"







Dedykacja Lecha Majewskiego w książce "Asa Misi Masa. Magia w 81/2 Felliniego"
Wyd. Videograf, Katowice, 1994

sobota, 3 marca 2018

Portrety artystów na 9. Planete+ Doc Film Festival

Pierwsza wrocławska odsłona Planete + Doc Film Festival za nami. Była to de facto 9. edycja tego festiwalu, nic więc dziwnego, że został on starannie i z rozmachem przygotowany.



W ciągu siedmiu dni można było obejrzeć aż 48 filmów, co jest fizycznie niemożliwe, ale daje poczucie sytości i możliwość wyboru. Jeśli zatem można określić w zwięzłej formie ideę festiwalu, to – przy swej różnorodności – autorzy filmów troszczyli się przede wszystkim o prawdę i o dobro człowieka, zwłaszcza tego najbardziej skrzywdzonego. 

Oprócz filmów, toczyły się także debaty, które dotyczyły różnych zagrożeń: wynikających ze źle pojętego rozwoju cywilizacyjnego, pozorów demokracji, dotyczących zagadnień etycznych. Poważne refleksje można było zrównoważyć wieczornymi koncertami w Klubie Festiwalowym Puzzle.

Spośród obejrzanych przeze mnie filmów chciałabym podzielić się refleksją o kilku wybranych. Ponieważ o „Pułapkach rozwoju” w reżyserii Harolda Crooksa i Mathieu Roy’a  oraz o najnowszym filmie Tomasza Wolskiego „Pałac pisałam w relacji z pierwszego dnia festiwalu, chciałabym poświęcić uwagę filmom kameralnym, mającym przeważnie jednego głównego bohatera. Najbardziej mnie poruszył „Projekt Nim” w reżyserii Jamesa Marsha, jemu więc poświęcę osobny tekst, zwłaszcza że miałam okazję uczestniczyć w spotkaniu z reżyserem.


„Charlotte Rampling. Spojrzenie” - portret  aktorki


kadr z filmu "Charlotte Rampling. Spojrzenie", Against Gravity
O tym, czy filmowe portrety znanych postaci są interesujące, decyduje przede wszystkim osobowość człowieka. Nawet najlepszy reżyser nie wydobędzie tego, czego w niej nie ma. Mogłam się o tym przekonać oglądając na początku trwania festiwalu głośno reklamowany „Bert Stern. Prawdziwy szaleniec”. Dla mnie był to portret niedojrzałego starszego pana, który zrobił karierę robiąc zdjęcia ludziom (głównie kobietom), których traktował przedmiotowo i który – mimo upływu lat – nie zdobył się na żadną głębszą refleksję na temat swojego życia.

Zupełnie inaczej przedstawia się portret znanej z wielu filmów angielskiej aktorki, Charlotty Rampling, którą mieliśmy okazję zobaczyć niedawno w filmie Lecha MajewskiegoMłyn i krzyż”. W dokumencie Angeliny Maccarone jest pełną wdzięku starszą panią, która snuje nie pozbawione poczucia humoru refleksje o swoim życiu artystycznym, a niekiedy również osobistym, ale wszystko to ma posmak tajemnicy i niedopowiedzenia. Najczęściej widzimy ją w relacjach z różnymi ludźmi: fotografem, pisarzem, przyjaciółmi, a każdy z nich uruchamia jakiś temat, który staje się przedmiotem refleksji, także nas, widzów. Dokument zawiera także fragmenty filmów z udziałem Rampling, w tym „Zmierzch bogów” L. Viscontiego czy kontrowersyjny „Nocny portier” Liliany Cavani. Dokument, podzielony na dziewięć odsłon, przybliża postać aktorki – interesującej i pięknej kobiety.

„Cierpliwość według Sebalda” – portret pisarza


Kadr z filmy Cierpliwość według Sebalda

Jeszcze bardziej interesujący formalnie i treściowo okazał się film Granta Gee o pisarzu niemieckiego pochodzenia, który osiadł na Wyspach Brytyjskich – W.G. Sebaldzie.

Reżyser rezygnuje z formy tradycyjnej biografii. Za rodzaj swoistego przewodnika po życiu pisarza służy mu jedna z jego powieści, o znaczącym tytule „Pierścień Saturna. Angielska pielgrzymka: powieść”. Dzięki temu film staje się niezwykłą relacją z podróży, w której Sebald przemierza pieszo hrabstwo Suffolk na angielskim wschodnim wybrzeżu. Pojawiający się w dokumencie rozmówcy i interpretatorzy prowadzą nas śladami Sebalda – w miniony czas, prowokują do refleksji nad mechanizmami przyrody i historii. 

Bardzo piękny film, o niepowtarzalnym klimacie. Zachęcona jego niezwykłą aurą, sięgnęłam, oczywiście, po powieść Sebalda.

 „Mistrz tańca powraca” – portret tancerza


kadr z filmu Mistrz tańca powraca

Film jest wprawdzie debiutem reżyserskim dwóch Duńczyków:  Christiana Holtena Bonke i Andreasa Koefoeda, ale myli się, kto sądzi, że jest to dokument co najwyżej poprawny. Otóż od pierwszego kadru utwierdzamy się w przekonaniu, że historia ukraińskiego tancerza Slavika Kriklivego  wcale nie musi być banalnie opowiedziana. 

W prologu obserwujemy scenę od kulis. Na niej czarny cień człowieka, który samotnie wykonuje na scenie niezwykłą taneczną ewolucję. Tę samą scenę zobaczymy zupełnie inaczej sfilmowaną, już z dźwiękiem i z partnerką bohatera w jednej z ostatnich scen filmu.

Slavik Kriklivy jest postacią w jakiś sposób tragiczną i tajemniczą. Osiągnął zawrotny sukces na początku swojej kariery, w 2000 roku.  Zajął wówczas pierwsze miejsce w Światowych Mistrzostwach w Tańcach Latynoskich, po czym z niewiadomych przyczyn porzucił karierę. Po dziesięciu latach powrócił i realizatorzy towarzyszyli mu przez dwa lata, podczas których próbował powrócić na szczyty z nową partnerką. A jednak, mimo wytężonej pracy, nie udaje się to.

Jesteśmy świadkami scen, w których bohater wykłada w szkole tańca, pouczając młodych, że w tańcu ważna jest relacja z partnerką i to ona decyduje o tym, że można wyrazić ciałem wszystko. Paradoksalnie, sam nie potrafi nawiązać takiej relacji z nową partnerką, którą w jakiś sposób niszczy (z czego zdaje sobie sprawę) i która w rezultacie odchodzi od niego, ponieważ nie wytrzymuje napięcia panującego w tym związku. Kamera dyskretnie pokazuje emocje obojga, a przede wszystkim - wielki smutek i samotność bohatera, który nie potrafi wyjść z zaklętego kręgu i ostatecznie rezygnuje z tańca. Pozostajemy bezradni wobec pytania, dlaczego tak się dzieje, że bohater – mimo wszelkich atutów – ponosi klęskę.


„Wodne dzieci” – portret pianistki i kompozytorki



kadr z filmu Wodne dzieci

Na koniec chciałabym poświęcić chwilę uwagi jeszcze jednemu niezwykłemu filmowi: „Wodnym dzieciom” Holenderki Aliony van der Horst. Jest to niezwykła, poetycka impresja, nasycona przy tym wielogłosową refleksją na temat życia i śmierci. 

Główną bohaterką jest tym razem pianistka, która wykonuje zarówno „Wariacje Goldbergowskie” J.S. Bacha, jak też własne kompozycje, czerpiąc inspiracje z własnych przeżyć. Po śmierci męża decyduje się zrealizować niezwykły projekt: wznosi – jak to sama określa – „katedrę” z 12 tysięcy białych dziecięcych koszulek swoich nienarodzonych dzieci. Niezwykły to widok: koszulki wiszą wysoko nad głowami widzów, tworząc białą kopułę, w środku której widać strumień światła. 


Kadr z filmu Wodne dzieci
To jak sklepienie katedry, w której na nowo tworzy się życie. Odwiedzające tę niezwykłą instalację kobiety (ale również mężczyźni) snują refleksje na temat własnych trudnych doświadczeń utraty dziecka, przemijania, życia i śmierci. Są to bardzo poruszające wypowiedzi. Odsłania się także sama pianistka oraz reżyserka, dzieląc się swoim smutkiem i bólem. Widzimy ponadto specjalne rytuały, dotyczące nienarodzonych dzieci, które w Japonii określa się właśnie mianem „wodnych dzieci”.

Na koniec pozostaje mieć nadzieję, że przynajmniej część z tych filmów trafi na polskie ekrany.

Artykuł ukazał się na portalu PIK Wrocław w maju 2012 r.

„Charlotte Rampling. Spojrzenie” - portret aktorki

Film, podzielony na dziewięć odsłon, przybliża postać aktorki – interesującej i pięknej kobiety. Dokument zawiera także fragmenty filmów z udziałem Rampling, w tym „Zmierzch bogów” L. Viscontiego czy kontrowersyjny „Nocny portier” Liliany Cavani.



O tym, czy filmowe portrety znanych postaci są interesujące, decyduje przede wszystkim osobowość człowieka. Nawet najlepszy reżyser nie wydobędzie tego, czego w niej nie ma. Mogłam się o tym przekonać oglądając na początku 9. Planet Doc+ Film Festival głośno reklamowany „Bert Stern. Prawdziwy szaleniec”. Dla mnie był to portret niedojrzałego starszego pana, który zrobił karierę robiąc zdjęcia ludziom (głównie kobietom), których traktował przedmiotowo i który – mimo upływu lat – nie zdobył się na żadną głębszą refleksję na temat swojego życia.

Kadr z filmu Charlotte Rampling. Spojrzenie, Against Gravity

Zupełnie inaczej przedstawia się portret znanej z wielu filmów angielskiej aktorki, Charlotty Rampling, którą mieliśmy okazję zobaczyć niedawno w filmie Lecha MajewskiegoMłyn i krzyż. W dokumencie Angeliny Maccarone jest pełną wdzięku starszą panią, która snuje nie pozbawione poczucia humoru refleksje o swoim życiu artystycznym, a niekiedy również osobistym,. Wszystko to jednak ma posmak tajemnicy i niedopowiedzenia. Najczęściej widzimy ją w relacjach z różnymi ludźmi: fotografem, pisarzem, przyjaciółmi, a każdy z nich uruchamia jakiś temat, który staje się przedmiotem refleksji, także nas, widzów. 

Film, podzielony na dziewięć odsłon, przybliża postać aktorki – interesującej i pięknej kobiety. Dokument zawiera także fragmenty filmów z udziałem Rampling, wśród których jest „Zmierzch bogów” L. Viscontiego czy kontrowersyjny „Nocny portier” Liliany Cavani.


Polski trailer filmu

sobota, 8 sierpnia 2020

“Dolina Bogów”. Pokaz premierowy z udziałem reżysera

W środę, 19 sierpnia o godz. 18.00 Dolnośląskie Centrum Filmowe zaprasza na premierowy pokaz filmu “Dolina Bogów” Lecha Majewskiego, zrealizowanego przy wsparciu Dolnośląskiego Funduszu Filmowego. Na premierze będzie obecny reżyser, operator, scenarzysta, producent i scenograf filmu Lech Majewski.

Kadr filmu "Dolina bogów" w reż. Lecha Majewskiego

Największy wizjoner polskiego kina – Lech Majewski („Młyn i Krzyż”, „Angelus”, „Ogród rozkoszy ziemskich”, „Wojaczek”, "Onirica") – powraca z nową produkcją, wypełnioną niezwykłymi doznaniami i oszałamiającymi efektami audiowizualnymi.

„Dolina Bogów” to artystyczna uczta wykraczająca poza tradycyjny obraz filmowy. Historia o bogach ukrytych w górach, oparta na legendzie plemienia Navajo, hipnotyzuje zdjęciami, które reżyser współtworzył razem z Pawłem Tyborą („Onirica”) w stanie Utah w USA oraz muzyką skomponowaną przez laureata Oscara® – Jana A.P. Kaczmarka.

W tytułowej Dolinie Bogów krzyżują się trzy wątki narracyjne, które prowokują widza do własnych interpretacji. Pierwszy to archaiczna legenda Indian Navajo o bogach zamkniętych w skałach doliny Valley of the Gods pełna bogatej symboliki i archetypów. Drugi to historia najbogatszego człowieka globu, tajemniczego Wesa Taurosa (John Malkovich), który dotknięty osobistą tragedią, ukrywa się przed światem. Trzeci wątek jest historią narratora, Johna Ecasa (Josh Hartnett), pisarza, który zmaga się z traumatycznym rozstaniem z żoną i twórczym kryzysem. W tym czasie firma Taurosa eksploatująca rudę uranu przejmuje Dolinę Bogów, gdzie planuje drążyć tunele w świętej ziemi. Spokój przodków Navajo zostaje zburzony a skały rodzą mściciela. Widz pozostaje z pytaniami: Jak daleko można posunąć się dla miłości? Jakie tajemnice skrywa mityczna ziemia Navajo?

informacja prasowa

Wszystko jest poezją. O wystawie Ewy Rossano w Muzeum Pana Tadeusza

10 kwietnia w Muzeum Pana Tadeusza we Wrocławiu otwarto wystawę "Ogród wypowiedzianych słów", której autorką jest malarka i rzeźbi...

Popularne posty