![]() |
| Krystian Adam Krzeszowiak, fot. ze strony artysty
Barbara Lekarczyk-Cisek: Zaśpiewał
Pan po raz wtóry na festiwalu Wratislavia Cantans. Poprzednio wykonał Pan arię
z wczesnego utworu J.S. Bacha, kantatę „Z głębokości…”, pod batutą Giovanni Antoniniego. W tym
roku zaśpiewał Pan kompozycję Zelenki. Z tego, co mi wiadomo, poznał Pan
Maestro Antoniniego już wcześniej…
Krystian
Adam Krzeszowiak: Tak, z Giovannim Antoninim zetknąłem się na festiwalu w
Insbruku, gdzie wystąpiłem w operze Vivaldiego ”Ottone in villa”. Było to dla
mnie wówczas wielkie wydarzenie. Antonini i jego zespół Il Giardino Armonico są
dla mnie do tej pory niedościgłym wzorem wykonawstwa muzyki barokowej. Później
śpiewałem pod jego batutą Bacha, Händla… Jeździliśmy z tym programem po całej
Europie i w końcu zaśpiewałem Bacha we Wrocławiu.
Proszę nam wobec tego zdradzić, jak
się pracuje z Antoninim?
Początkowo
wydawał mi się bardzo zdystansowany i miałem wrażenie, że nie dopuszcza zbyt
blisko do siebie ludzi. Zwracałem się więc do niego z wielkim szacunkiem:
”Maestro”. Aż któregoś dnia, gdy wykonywałem arię z ”Il trionfo del Tempo”
Händla, powiedział do mnie z bardzo poważną miną, że moja interpretacja nie
jest dobra. Struchlałem i poczułem się już zwolniony. A wtedy Antonini zaczął
się śmiać i zrozumiałem, że żartuje, abym nie czuł się tak spięty. Od tej pory
traktuję go jak przyjaciela. Poza tym świetnie się z nim pracuje. To jest
dyrygent, który wie, czego chce i jak to osiągnąć. Świetny muzyk, znakomity
dyrygent – po prostu geniusz!
A jak wyglądają próby? Czy Antonini
sugeruje pewne interpretacje, czy raczej akceptuje to, co proponuje wykonawca?
Na początku
zawsze słucha, co mam do powiedzenia i albo się z tym zgadza, albo
niekoniecznie. Robi jednak uwagi w sposób delikatny, sugerując raczej inną
interpretację, niż ją narzucając. Nie jest typem dyktatora. Wie wprawdzie,
czego oczekuje, ale pozwala też innym współtworzyć. Sądzę, że dobry dyrygent
potrafi dostrzec, co jest mocną stroną śpiewaka czy muzyka i wykorzystać to.
Jeżeli ktoś ma piękne legato, to nie przyśpiesza tempa, lecz próbuje je
pokazać.
Miał Pan także okazję współpracować z
czeskim dyrygentem Václavem Luksem, który zaprezentował na tegorocznym
festiwalu Wratislavia Cantans dwie kompozycje Jana Dismasa Zelenki.
Krystian Adam (po prawej), koncert pod dyr. Václava Luksa, 2013 r.
Po raz
pierwszy śpiewałem kompozycję Zelenki z Václavem w Pradze w 2013 roku. Była to
”Melodrama de Sancto Wenceslao”, dzięki której odkryłem geniusz tego
kompozytora. Václav to kolejny dyrygent, z którym świetnie się czuję i
porozumiewam. Jest bardzo słowiański. I jest pracoholikiem. Kiedy z nim
pracowałem, był na każdej próbie, od rana do wieczora. A kiedy skończył się
tydzień, zaproponował… próbę w niedzielę. Udałem entuzjazm. Później okazało
się, że próba w warunkach domowych była wspaniałą przygodą i dała mi dużo
energii. Zupełnie nie czułem zmęczenia, podobnie jak pozostali śpiewacy.
To jest możliwe chyba tylko wówczas,
gdy się coś kocha…
Tak, to
prawda. Nie traktuję tego jako żmudnej pracy, choć bywa, że jest to ciężki
kawałek chleba. Najczęściej jednak nie czuję, żebym pracował, bo naprawdę
kocham to, co robię.
Mimo ukończonych studiów w Polsce i
we Włoszech, ciągle Pan pracuje nad swoim głosem. Sądzę też, że współpracując z
wybitnymi dyrygentami i śpiewając różnorodny repertuar rozwija Pan ciągle swoje
możliwości.
Rzeczywiście,
miałem szczęście współpracować z najwybitniejszymi. Ze zmarłym niedawno Claudio Abbado miałem zaśpiewać
niewielki utwór, a ostatecznie wykonałem wszystkie partie tenorowe w „Dixit
Dominus” Pergolesiego. Przez wiele lat pracowałem w Lugano z Diego Fasolisem, który jest nie tylko
tytanem pracy i dyrygentem, ale także wspaniałym… malarzem, artystą
wielostronnie uzdolnionym. Współpracowałem również z Fabio Biondi przy “Philemon und Baucis” Haydna oraz z Janem Adamusem i Capella Cracoviensis.
Ostatnio
występowałem z sir Eliotem Gardinerem w “Vespers of 1610” C. Monteverdiego w
Cambridge, Barcelonie i na festiwalu w Salsburgu. Gardiner jest szalenie
sympatyczny prywatnie, ale jednocześnie bardzo wymagający w pracy. Próby do
Monteverdiego trwały po siedem godzin dziennie i pewne partie ćwiczono
wielokrotnie. Później Gardiner zaproponował mi przesłuchanie do ”Orfeusza”
Monteverdiego. Przygotowywałem się intensywnie przez miesiąc. Kiedy po
przesłuchaniu wsiadłem ledwo żywy do samolotu, marząc tylko o tym, aby nieco
odpocząć, ktoś dotknął mego ramienia. Okazało się, że był to Maestro, który oznajmił
mi, że nad jedną z arii muszę jeszcze popracować, ale reszta jest dobra. I tak
zostałem Orfeuszem. Ostatnim wielkim śpiewakiem, który wykonywał tę rolę, był
zmarły przed kilku laty Anthony Rolfe Johnson…
Zanim jednak
wyjadę na turnee z Eliotem Gardinerem Stanów, ruszam do Covent Garden w
Londynie, gdzie zaśpiewam “Idomeneo” Mozarta pod batutą Marka Minkowskiego.
Wspaniałe plany! A jak postrzega Pan
Wratislavia Cantans z punktu widzenia człowieka, który śpiewa na wielkich
scenach całego świata?
Jeszcze
niedawno wiele osób nie znało tego festiwalu. Od pewnego czasu jednak chętnie
tu przyjeżdżają. I to wielkie nazwiska! Festiwal jest świetnie przygotowany.
Jestem pełen uznania dla dyrektora Andrzeja Kosendiaka i dla obecnego dyrektora
artystycznego – Giovanniego Antoniniego.
Dziękuję za rozmowę i – mam nadzieję
– do zobaczenia na kolejnym, jubileuszowym festiwalu Wratislavia Cantans.
Krystian Krzeszowiak (ps. artystyczny Krystian Adam)
Urodzony w Jaworze, ukończył Akademię
Muzyczną we Wrocławiu, w klasie prof. Bogdana
Makala. Studiował w Conservatorio „G.
Verdi” w Mediolanie u prof. Rity Orlandi-Malaspiny oraz w Accademia
Internazionale della Musica di Milano. Zadebiutował w partii Almavivy w
„Cyruliku Sewilskim“ Rossiniego w Gliwickim Teatrze Muzycznym.
Występował w Teatro alla Scala w
Mediolanie, Teatro La Fenice w Wenecji, Arena di Verona
Teatro Filarmonico w Weronie, Teatro
Carlo Felice w Genui, Teatro Olimpico w Vicency, Teatro G. Verdi w Pizie, Accademia Nazionale di Santa
Cecilia w Rzymie, a także w Paryżu, Londynie, Stanach Zjednoczonych i Chinach.
|
Tytuł bloga powstał z inspiracji prozą Brunona Schulza, w której wielokrotnie, w różnych kontekstach, pada to tajemniczo brzmiące słowo, znaczące o wiele więcej niż „składniki”, bo mające rangę metafory, symbolu… Kulturalne Ingrediencje nie jest blogiem monotematycznym, np. książkowym czy filmowym. Łączę w nim wszystkie moje pasje w jedną całość. Znajdują się tu teksty dotyczące literatury, filmu, muzyki i sztuk plastycznych. Ponadto rozmowy z artystami i własne zapiski.To także moje archiwum.
czwartek, 12 października 2017
Krystian Adam Krzeszowiak: Kocham to, co robię /wywiad/
niedziela, 3 maja 2026
49. Wratislavia Cantans: Cieszyć się blaskiem światła /relacja/
Potężnym oratorium ”Stworzenie świata” Josepha Haydna pod batutą Paula McCreesha zakończyło się 49. Wratislavia Cantans. Po raz wtóry pod artystycznym kierownictwem Giovanni Antoniniego. Tematem przewodnim było wychodzenie z ciemności w światło.
Potężnym oratorium ”Stworzenie świata” Josepha Haydna pod batutą Paula McCreesha zakończyło się 49. Wratislavia Cantans. Po raz wtóry pod artystycznym kierownictwem Giovanni Antoniniego. Jak zapowiedział Maestro, tematem przewodnim było wychodzenie z ciemności w światło:
Koncepcja światłości wiekuistej leży u podstaw niemal każdego utworu religijnego. I zawsze dzieła te wiodą nas z ciemności w światłość. Nawet pełne mroku i rozpaczy Requiem jest drogą do nadziei. Na koniec życia wedle chrześcijan dwie przeciwności łączą się: ciemność, czyli śmierć, przenosi człowieka w inny wymiar światła, czyli życia. Muzyka ma tę cudowną właściwość, że pozwala każdemu niezależnie od światopoglądu cieszyć się blaskiem światła, które opromienia nas w trakcie pięknego koncertu.
W istocie, takich uczuć doznawaliśmy podczas tego festiwalu wielokrotnie. Rozpoczęły go różne wersje ”Magnificat”. Kolejne koncerty wnosiły nowe, często zaskakujące, elementy do wyrazistego, a przecież nieschematycznego programu.
![]() |
| Giovanni Solima |
![]() |
| Sol Gabetta |
Prezentując tegoroczny program, Giovanni Antonini zrobił pewną ważną uwagę, która sprawdziła się co do joty:
Choć „Podróż do Włoch” skończyła się wraz z pierwszą edycją Wratislavii, którą przygotowywałem, w rzeczywistości każda Wratislavia Cantans jest podróżą poprzez różne wizje muzyki wynikające z indywidualnej wrażliwości goszczących u nas artystów.
Dotyczy to nie tylko Solimy czy Gabetty. Dla mnie wielkim odkryciem tegorocznej odsłony festiwalu był Jan Dismas Zelenka (1679–1745), mało w Polsce znany czeski kompozytor epoki późnego baroku. Większość życia spędził na dworze saskim Augusta II, który jako król Polski przeszedł na katolicyzm. Komponował niemal wyłącznie dzieła religijne, dlatego też nazywany jest czasem katolickim Bachem.
![]() |
| Felix Rumpf, Krystian Krzeszowiak |
We Wrocławiu usłyszeliśmy dwa jego dzieła: skomponowane na śmierć króla Augusta II Requiem D-dur ZWV 46 (w ramach koncertu ”Et Lux Perpetua”) oraz Te Deum D-dur ZWV 146, Missa dei Filii C-dur ZWV 20 (koncert ”In Te Domine speravi”). Obydwa wykonania poprowadził znakomity czeski dyrygent i wielki admirator kompozytora - Václav Luks.
![]() |
| Martina Janková, Vaclav Luks, Krystian Krzeszowiak |
Requiem Zelenki było niezwykle łagodne i piękne. Może to nawet nieco dziwić. A jednak wrażenie takie mija, jeśli uświadomimy sobie, że w tym przypadku ”Światło Wieczyste”, jak zapowiada tytuł koncertu, oznacza Bożą Obecność i – właśnie! – przejście od ciemności śmierci do Światła. Tłumaczy to pogodną, a nawet radosną tonację dzieła. Dotyczy ona zarówno partii chóru wykonanego przez Collegium Vocale 1704 (znakomity zespół założony przez Luksa), jak też olśniewających arii. Bogactwo brzmienia, wynikające z dialogów instrumentów i ludzkich głosów, a także przeplatanie uroczystego brzmienia muzyki z chórami gregoriańskimi śpiewanymi a cappella – było wprost niezwykłe. Mnie najbardziej jednak urzekły arie w stylu włoskim, a szczególnie soprany, spośród których wyróżniała się Hana Blažíková – znana z występów z P. Herreweghe, w ramach Akademii Bachowskiej.
![]() |
| Hana Blažíková |
Drugi koncert, w którym Václav Luks zaprezentował kompozycję Zelenki, tym razem mszę, nosił tytuł ”In Te Domine speravi” (”Tobie, Panie, zaufałem”) i był równie piękny. Rozpoczęły go radosne tony trąbek i fletów, po których nastąpiło chóralne Laudamus, potem zaś cudowny duet sopranów: Martina Jankovà i Isabel Jantschek, śpiewających w dialogu z fletami ”Tu Rex gloriae”. Po nich zaś – mocny kontralt Wiebke Lehmkuhl w ”Tu ad liberandum”, w towarzystwie fletów poprzecznych i skrzypiec. Mimo że dominowały żeńskie arie, to – choć rzadsze – nie mniej piękne były męskie duety tenoru i basu, które wykonali: polski tenor Krystian Adam Krzeszowiak oraz niemiecki baryton liryczny Felix Rumpf. Zaśpiewali przepięknie ”Tu ad dexteram Dei sedes”. Następnie usłyszeliśmy ich w Missa dei Filii C-dur, w którym to dziele zaśpiewali m.in. ”Qui tollis peccata Mundi”, w duecie z sopranami. Trudno to stopniować, jednak najbardziej urzekł mnie głos urodzonej w Czechach szwedzkiej sopranistki Martiny Jankovej.
![]() |
| Philippe Herreweghe |
Philippe Herreweghe z zespołem i koncert Hail, bright Cecilia
Drugim, po Zelence, wydarzeniem muzycznym był, przynajmniej dla mnie, koncert ”Hail, Bright Cecilia” Henry Purcella, poprowadzony przez Philippe Herreweghe.
Kompozycja ta, znana również jako "Oda do św. Cecylii", skomponowana została przez Henry'ego Purcella do tekstu Irlandczyka Nicholasa Brady w 1692 roku na cześć św. Cecylii, patronki muzyków. Pod batutą Philippe Herreweghe i w wykonaniu znakomitego Collegium Vocale Gent muzyka ta zabrzmiała jako piękna, harmonijna całość. Już w tytułowym utworze ”Heil! Bright Cecilia!” mogliśmy doświadczyć doskonałego przeplatania się chóru, pojedynczych głosów i instrumentów. Pięknie brzmiały też duety, np. kontratenor i bas (Damien Guillon, Peter Kooij) w "Hark, hark, each tree its silence breaks". Również pojedyncze arie, jak np. Grace Davidson (sopran) w utworze ”Tis Nature`s voce”, gdzie kobiecy głos niepostrzeżenie przechodzi w chóralny śpiew. Po Philippe Herreweghe zawsze możemy spodziewać się mistrzowskiego wykonania. Dotyczy to zarówno jego interpretacji J.S. Bacha, Henry`ego Purcella czy J. Haydna.
Spośród licznych koncertów wiele jeszcze zasługiwałoby na uwagę. Podróż przez różne odmiany muzyki ”z ciemności w światło” pozwalała bowiem za każdym razem – jak obiecał Maestro Antonini – cieszyć się blaskiem światła, które opromienia nas w trakcie pięknego koncertu.
Artykuł ukazał się na portalu Kulturaonline 22 września 2014 roku.
poniedziałek, 30 września 2024
Przyjazna przyszłość za sprawą muzyki. Relacja z 59. Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans
W dniach od 5. do 15 września 2024 roku odbył się - już po raz 59! – Międzynarodowy Festiwal Wratislavia Cantans. Tym razem pod hasłem "Migracje". Były to zatem dni nie tylko wypełnione piękną muzyką, znakomitymi koncertami, ale także czas na refleksję. W niespokojnym świecie ciągłych wojen, powodzi i innych kataklizmów dawał nadzieję, że muzyka potrafi ocalić to, do dla człowieka najważniejsze i dać mu nadzieję na lepszą przyszłość.
Przyjazna przyszłość dzięki muzyce
Maestro Giovanni Antonini, dyrektor artystyczny festiwalu, który pełnił tę funkcję przez 12 lat, od 2012, co roku, poddawał melomanom pod refleksję rozmaite interesujące i często nad podziw aktualne tematy, pozwalające przechodzić "Z ciemności w światło" (49. odsłona), śledzić "Niebezpieczne związki" władzy i muzyki (57. Wratislavia), snuć refleksje na temat tego, czym jest wolność (53. "Wyzwolenie") lub – jak w tym roku: rozważać rozmaite znaczenia słowa "migracje". Jak mogliśmy przeczytać w książce programowej, zjawisko to dotyczyło kompozytorów i ich rodzin, czego przykładem jest Georg Friedrich Händel, którego dziadek był kotlarzem w Breslau, zanim przeniósł się z rodziną do Halle. A sam kompozytor... Osobny koncert, w którym znalazły się kompozycje Henryka Mikołaja Góreckiego i Mikołaja Góreckiego poświęcono twórcy Festiwalu Wratisłavia Cantans - Andrzejowi Markowskiemu, nawiązując do jego udziału w Powstaniu Warszawskim. W innym pojawił się Nokturn na orkiestrę smyczkową Romana Palestra - kompozytora urodzonego w Śniatyniu na Kresach, który wyemigrował do Monachium, gdzie współtworzył polską sekcję Radia Wolna Europa, a następnie mieszkał do śmierci w Paryżu. Dla wybitnego dyrygenta Christopha Eschenbacha, obecnie szefa NFM Filharmonii Wrocławskiej, jest to z kolei powrót do miejsca narodzin. Można by na różne sposoby rozważać to zjawisko, faktem jest jednak, że ma ono charakter dość powszechny, o czym świadczą losy i dzieła kompozytorów, których utwory zostały zaprezentowane na tegorocznym festiwalu. W swoim słowie wstępnym Giovanni Antonini zawarł również ważne przesłanie:
"Spotkajmy się na festiwalu w mieście spotkań religii i kultur, przeszłości i teraźniejszości. Spróbujmy pomyśleć o przyjaznej przyszłości dzięki muzyce".
![]() |
| Giovanni Antonini z solistami - od lewej: Julia Lehzneva, Anet Fritsch, Lucile Richardot, Krystian Adam Krzeszowiak, koncert " Triumf Czasu", fot. Karol Adam Sokołowski/NFM |
Triumf Händla
Na początek Festiwalu Wratislavia Cantans zabrzmiało oratorium Georga Friedricha Händla: "Triumf czasu i prawdy", tak bowiem brzmi ostateczny tytuł kompozycji napisanej w trzech różnych wersjach na przestrzeni pięćdziesięciu lat twórczości kompozytora. I to właśnie ten utwór, wraz z oratorium "Izrael w Egipcie", był prawdziwą perłą tegorocznego festiwalu, którego charakter był wszakże w zamyśle jego twórcy Andrzeja Markowskiego oratoryjno - kantatowy.
Händel stworzył własny rodzaj oratorium, który zwykł nazywać "a sacred drama", a który był w istocie wielkim dramatem biblijnym, mającym w sobie niekiedy patos antycznych tragedii. Koncepcja oratorium, świadomość, czym ma być ta forma, dojrzewała w wyobraźni Händla stopniowo, nakładając się na ostatnią fazę aktywności operowej kompozytora. Punktem zwrotnym okazał się przełom 1738/39 roku, kiedy to powstały dwa wielkie oratoria: "Saul" oraz "Izrael w Egipcie", diametralnie odmienne, jak gdyby ich autor chciał wypróbować różne sposoby podejścia do Biblii.
Pierwsze oratorium Händla, skomponowane wiosną 1707 roku do włoskojęzycznego libretta kardynała Benedetto Pamphiliego nosiło tytuł "Czas i Rozczarowanie" i chociaż zostało skomponowane przez młodego twórcę, dostrzeżemy w nim zalążki geniuszu, a także niewyczerpane źródło pomysłów, do których kompozytor wielokrotnie później sięgał. Jedno jest pewne, że bez tej i kolejnych wizyt w Italii twórczość i kariera Händla potoczyłaby się zupełnie inaczej, ale przecież wielu twórców migrowało do tego kraju, nie osiągając tak wspaniałych rezultatów. Zresztą, ostatecznie Händel został uznany narodowym kompozytorem ... Anglików.
![]() | |
| "Triumf Czasu": od lewej Stefano Barneschi (skrzypce) i Anet Fritsch (sopran, Piękno), fot. Karol Adam Sokołowski/NFM |
Dwuczęściowe oratorium miało swoją premierę latem 1707 roku w Rzymie. Jedną z jego słynnych arii jest "Lascia la spina, cogli la rosa" (Zostaw cierń, weź różę), przekształconą później w "Lascia ch'io pianga" (Zostaw mnie, abym płakał) w operze "Rinaldo". Dzieło zostało poprawione i rozszerzone do trzech części w marcu 1737 roku, zmieniono również jego tytuł na "Triumf Czasu i Prawdy". Händel mieszkał w tym czasie w Anglii i wystawiał anglojęzyczne oratoria i opery włoskie. Premiera tej wersji odbyła się 23 marca, w następnym miesiącu doczekała się trzech kolejnych wykonań, a wznowiono ją w 1739 roku. W marcu 1757 roku, być może bez większego zaangażowania niewidomego już i starzejącego się Händla, oratorium zostało jeszcze bardziej rozbudowane. Libretto zostało przetłumaczone na język angielski, prawdopodobnie przez ostatniego librecistę kompozytora, Thomasa Morella, podczas gdy John Christopher Smith Jr. prawdopodobnie skomponował partyturę. Chociaż "Jefta" (1751) jest uważany za ostatnie oratorium kompozytora, to trzecia wersja Il trionfo pojawia się później. Takie to były losy pierwszego oratorium Händla...
![]() |
| "Triumf Czasu", od lewej: Lucile Richardot (mezzosopran, Prawda), Krystian Adam Krzeszowiak (tenor, Czas), fot. Karol Adam Sokołowski/NFM |
"Triumf czasu i prawdy" ma formę moralitetu: upostaciowane w nim Piękno i Przyjemność zostają skonfrontowane z Czasem i Prawdą. Można by powiedzieć za Freudem, że obrazują pewne etapy rozwoju człowieka, począwszy od okresu narcystycznego, kiedy to skupia się on na sobie – na własnych potrzebach i przyjemnościach, sprawach zewnętrznych, z pominięciem duchowych. Taka postawa prowadzi donikąd, jak usiłuje to w oratorium uświadomić Prawda, bez której człowiek żyje złudzeniami i nigdy nie osiągnie prawdziwej dojrzałości. Ta zaś polega na przyjęciu do świadomości, że istnieją nie tylko przyjemności, ale również cierpienie – bez jego doświadczenia i przyjęcia człowiek nigdy nie stanie się sobą i nie osiągnie prawdziwej wewnętrznej wolności. Uświadamia to także upostaciowany Czas, któremu wszystko podlega. Prawdziwe szczęście (pełnię) osiąga człowiek dopiero w obecności Boga, gdzie Czas nie ma już nad nim władzy. Część III oratorium ukazuje dramatyczną walkę Piękna z samym sobą. Pomimo uświadomienia sobie, że piękno duchowe jest nieprzemijające, ciągle jednak kuszone jest przez Przyjemność, będącą personifikacją "rozkoszy ziemskich", by użyć tytułu obrazu Hieronima Boscha. Ostatecznie jednak Piękno zwycięża, a Prawda i Czas triumfują.
![]() |
| "Triumf Czasu", od lewej: Stefano Barneschi (skrzypce) i Anet Fritsch (sopran, Piękno), fot. Karol Adam Sokołowski/NFM |
Dramat na dwa soprany, mezzosopran i tenor został zaprezentowany we Wrocławiu przez znakomitych wykonawców: rolę Piękności (Bellezzy) zaśpiewała niemiecka śpiewaczka operowa Anet Fritsch, jako Przyjemność (Piacere) wystąpiła znana i lubiana Julia Lehzneva, partie Prawdy wykonała francuska mezzosopranistka Lucile Richardot, a w roli Czasu wystąpił Krystian Adam Krzeszowiak. Solistom towarzyszył zespół Il Giardino Armonico pod dyr. Giovanniego Antoniniego. Choć bardzo cenię sobie Julią Lehznevą i zazwyczaj piszę o niej entuzjastycznie, jej występ mnie tym razem rozczarował. Artystka wpadła w manierę śpiewania "na pokaz", słabo interpretowała tekst, gdy tymczasem po dojrzałej już wykonawczyni można by tego oczekiwać... Natomiast od pierwszej arii zawojowała mnie Lucile Richardot – piękny mezzosopran o ciemnej barwie (śpiewa także kontraltem i altem), artystka świadoma tego, o czym śpiewa, znakomicie interpretująca tekst libretta. Towarzyszący jej w roli Czasu Krystian Adam Krzeszowiak, dysponujący pięknym tenorem lirycznym, tym razem pokazał swój talent dramatyczny, wyróżniał się także sposobem interpretacji tekstu.
![]() |
| Koncert "Izrael w Egipcie": Vaclav Luks z Collegium Vocale 1704, fot. Sławek Przerwa |
Drugim oratorium Händla, które zaprezentowano podczas tegorocznego Festiwalu Wratislavia Cantans, było dzieło napisane w 1739 roku dla londyńskiego King's Theatre: "Izrael w Egipcie". Wykonał je znakomity Václav Luks ze swoim zespołami Collegium Vocale 1704 oraz Collegium 1704 i równie interesującymi solistami. Charakteryzuje je bogaty skład orkiestry (z trąbkami, rogami, puzonami, kotłami), która staje się głównym medium w jego odkrywczym malarstwie dźwiękowym. To także znakomite sceny realistycznie: oddane wodne kataklizmy (z potężną wizją przejścia przez Morze Czerwone), a chór zaś bierze żywy udział w akcji jako lud Izraela.
Premiera "Izraela w Egipcie" odbyła się 4 kwietnia 1739 roku w londyńskim King's Theatre. Oratorium nie było początkowo dobrze przyjęte przez publiczność, choć zostało pochwalone w "Daily Post". Drugie wykonanie zostało skrócone i ten głównie chóralny utwór został wzbogacony o arie w stylu włoskim. Komponując oratorium "Izrael w Egipcie", Händel przetwarzał muzykę ze swoich wcześniejszych kompozycji, a także szeroko korzystał z muzycznej parodii, czyli przerabiania muzyki innych kompozytorów, co było jego częstą praktyką. W swojej skróconej dwuczęściowej formie "Izrael w Egipcie" był bardzo popularny w XIX wieku dzięki partiom chóralnym. Począwszy od nagrania Johna Eliota Gardinera z 1978 roku, wiele współczesnych wykonań tego utworu wykorzystuje oryginalną, trzyczęściową wersję Händla. Podczas wrocławskiego koncertu, zatytułowanego "Exodus", zaprezentowano wersję dwuczęściową, którą wieńczy "Pieśń Mojżesza" po przejściu Izraelitów przez Morze Czerwone.
![]() |
| Koncert "Exodus", na pierwszym planie: Helena Hozová i Tereza Zimková (soprany), fot. Sławek Przerwa |
Tekst oratorium czerpie ze starotestamentalnej Księgi Wyjścia oraz Księgi Psalmów. Jego treść dotyczy historii Izraela, który zamieszkał w Egipcie w czasach wielkiego głodu, gdy drugą osobą w państwie był Józef, sprzedany niegdyś przez braci kupcom zmierzającym do Egiptu. Po latach zostaje im to wybaczone, a Józef sprowadza do Egiptu całą swoją rodzinę. Gdy jednak umiera, a państwem rządzi inny faraon, niepomny na zasługi Józefa, zaczyna się ucisk Izraelitów. Wreszcie Bóg wysłuchuje ich modlitw i powołuje Mojżesza, by wyprowadził naród z ziemi egipskiej, "domu niewoli". Zanim to się stanie, Bóg zsyła na Egipt dziesięć plag oraz dokonuje innych cudów (jak przejście przez Morze Czerwone), mających ukazać jego potęgę. Wydostanie się z niewoli jest początkiem długiej, trwającej czterdzieści lat, drogi do Ziemi Obiecanej, podczas której Bóg towarzyszy swojemu ludowi, zawiera z nim przymierze, a także obdarowuje przykazaniami, które mają go uchronić przed zniewoleniem grzechami. Chodzi bowiem także o wewnętrzną wolność od rozmaitych niedobrych przywiązań, a uwolnienie od nich jest długim i żmudnym procesem, dlatego Izraelici wędrują tak długo, choć pustynia nie jest przecież wielka.
![]() |
| Koncert "Exodus", Krystian Adam Krzeszowiak (tenor) |
Na początku I części oratorium Izraelici opłakują śmierć swego dobroczyńcy Józefa, Izraelity, a zarazem ulubionego doradcy faraona, króla Egiptu. Po nich następują czasy wzmożonego ucisku. Jest to wyjątkowo dramatyczna partia utworu, w której dominuje chór i orkiestra, odmalowując kolejne plagi spadające na Egipt, po których następuje przejście przez Morze Czerwone. Na końcu następują dramatyczne wydarzenia: morze powraca na swoje miejsce i otchłań pochłania wojska egipskie ścigające Izraelitów. Po tych wypadkach świętują wyzwolenie. Następuje seria radosnych refrenów, a całość kończy się solowym sopranem i chórem oznajmiającym, że "Pan będzie królował na wieki wieków" oraz że "konia i jeźdźca jego wrzucił do morza". Śpiewom przewodzi prorokini Miriam, siostra Mojżesza i Aarona, a za nią podążają kobiety, tańcząc i grając na bębenkach.
W interpretacji zespołu Collegium 1704 i Collegium Vocale 1704 Václava Luksa oratorium zabrzmiało niezwykle pięknie i podniośle. Nieliczne pojedyncze głosy: Krystian Adam Krzeszowiak (tenor), Benno Schachtner (kontratenor), Tomáš Šelc i Tadeáš Hoza (basy), Helena Hozová i Tereza Zimková (soprany) splatały się z partiami chóralnymi. Siłą tego koncertu było doskonałe wyważenie proporcji pomiędzy śpiewem a brzmieniem orkiestry. Nic zatem dziwnego, że spotkał się on z wielkim aplauzem publiczności.
Dodajmy, że Händel pojawił się także podczas 48 Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej, kiedy to wraz z Orkiestrą Festiwalową pod batutą Andrzeja Kosendiaka wykonano arie i duety z "Almiry". Okazuje się, że kompozytor ten daje rozliczne możliwości, zarówno wytrawnym interpretatorom muzyki dawnej, jak też początkującym śpiewakom.
A jeżeli nie Händel, to kto?
Chociaż Händel triumfował na tegorocznym Festiwalu Wratislavia Cantans, wspaniałych koncertów było więcej. W swojej relacji nie mogę pominąć co najmniej trzech z nich: "Hommage à Markowski", poświęconemu twórcy Wratislavia Cantans, "Głos zmian" z kompozycjami Mykoły Dyleckiego oraz "Nowe początki", które zwieńczyły tegoroczny festiwal.
![]() |
| Yaroslav Shemet podczas koncertu "Hommage à Markowski", fot. Sławek Przerwa |
Góreccy - trwałość pamięci
Pierwszy z nich, poświęcony pamięci Andrzeja Markowskiego, wypełniła muzyka Henryka Mikołaja Góreckiego i jego syna - Mikołaja Piotra, a wykonała Orkiestra i Chór Filharmonii Śląskiej w Katowicach pod dyrekcją Yaroslava Shemeta, z udziałem solistów: Izabeli Matuły (sopran) oraz Adama Kutnego (bas). Był to wybór wysoce przemyślany, Andrzej Markowski bowiem najczęściej dyrygował prawykonaniami utworów Henryka Mikołaja Góreckiego. Skomponowany w 1987 roku "Totus Tuus" powstał z okazji trzeciej pielgrzymki papieża Jana Pawła II do Polski. Papieska dewiza, kilkakrotnie powtórzona w Jego testamencie, jest cytatem z modlitwy pochodzącej z "Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny" św. Ludwika Marii Grignion de Montfort i była zawołaniem biskupim już w czasach krakowskich. Libretto zostało zaczerpnięte z wiersza współczesnej pisarki Marii Bogusławskiej, w którym podmiot liryczny zwraca się do Matki Boskiej, patronki Polski. Faktura kompozycji wykorzystuje homofonię, aby umożliwić wyraźny głos libretta, a prosta forma chorału powtarza się, aby powoli budować muzyczną afirmację wiary. Ostatnie kilka minut "Totus Tuus" jest zniewalająco ciche. W końcowych taktach jest już tak cicho, że ledwo słychać słowa. Efekt tej "szeptanej modlitwy" chwyta za serce i słuchacz rzeczywiście staje się "cały Twój"...
Z kolei wcześniejszy, bo powstały w 1971 roku, Ad Matrem na sopran, chór mieszany i orkiestrę op. 29, dedykowany pamięci matki kompozytora, nawiązuje do motywu Stabat Mater. Język muzyczny utworu cechują niezwykle ostre kontrasty dynamiczne. Początek, w którym narasta dźwięk bębnów, do którego dołączają wysokie dźwięki trąbek, sprawia słuchaczom niemal fizyczny ból, zaś następujące po nich delikatne partie skrzypiec brzmią jak płacz... Wreszcie następuje stonowany lament głosu solowego (Mater mea, lacrimosa dolorosa), który wraz z towarzyszącymi mu instrumentami i chórem składają się na spójny i bardzo emocjonalny obraz muzyczny. Arcydzieło!
![]() |
| Izabela Motuła (sopran), fot. Sławek Przerwa |
Dojmujące wrażenie zrobiła na mnie także kompozycja Mikołaja Góreckiego: 1944 na chór i orkiestrę, zadedykowana Andrzejowi Markowskiemu w setną rocznicę jego urodzin. Rok zapisany w tytule stanowi odwołanie do daty Powstania Warszawskiego, w którym Andrzej Markowski wziął udział jako żołnierz Armii Krajowej. Przed jego wybuchem zaś grywał w stolicy w kawiarni „U Aktorek”, pisał też piosenki i pieśni, które podnosiły na duchu Polaków w okupowanej ojczyźnie. Fragment jednego z tych utworów zacytowany został w finale kompozycji.
Yaroslav Shemet znany jest wrocławskiej publiczności z kwietniowego koncertu "Reunification", w którym poprowadził NFM Filharmonię Wrocławską. Tym razem było równie wspaniale i koncert poświęcony Andrzejowi Markowskiemu z pewnością pozostanie w pamięci słuchaczy.
![]() |
| Koncert "Głos zmian", fot. Joanna Stoga/NFM |
Nikoła Dylecki – wspólnota muzycznych doświadczeń
Nie sposób nie napisać choćby krótko o innym niezwykłym koncercie, zatytułowanym tajemniczo "Głos zmian", a zawierającym kompozycje XVII-wiecznego ukraińskiego kompozytora i teoretyka muzyki – Mykoły Dyleckiego. Znalazły one znakomitych interpretatorów: Wrocław Baroque Ensemble pod batutą Andrzeja Kosendiaka, entuzjasty kompozytora i inicjatora tego nagrania, które niedawno ukazało się na płytach Narodowego Forum Muzyki, a w dniu koncertu miało swoją premierę.
Podczas koncertu w Katedrze Prawosławnej pw. Narodzenia Przenajświętszej Bogarodzicy we Wrocławiu zabrzmiał Kanon Zmartwychwstania (którego miałam okazję wysłuchać w październiku ub. roku) oraz Liturgia Rekwialna. Dylecki był zaznajomiony z osiągnięciami kompozytorów polskich, m. in. Marcina Mielczewskiego i Jacka Różyckiego, do których twórczości się odwoływał, toteż jego kompozycje są w jakiś sposób zbliżone do muzyki polichóralnej tworzonej dla kościoła katolickiego. Kompozytor brał aktywny udział w przeszczepieniu na grunt muzyki cerkiewnej nowych form i technik zapożyczonych z zachodnioeuropejskiej muzyki barokowej.
Artyści pięknie wykonali a capella teksty liturgiczne. Pierwsza część koncertu: Liturgia Rekwialna była podniosłą pochwałą Trójcy Świętej oraz Bogarodzicy. Z kolei część druga: Kanon Zmartwychwstania zabrzmiała radośnie, głosząc zwycięstwo Chrystusa nad śmiercią:
Chrystus powstał z martwych
Chrystus powstał z martwych, śmiercią
podeptał śmierć i będącym w grobach życie dał.
I nam dał żywot wieczny. Kłaniamy się Jego
Zmartwychwstaniu po dniach trzech.
Zaopatrzeni w tłumaczenie mogliśmy delektować się pięknem wielogłosowego śpiewu, konstatując zarazem, że teksty pieśni brzmią znajomo. "Głos zmian" okazał się głosem wspólnym.
![]() |
| Aldona Bartnik (sopran), koncert "Głos zmian", fot. Joanna Stoga/NFM |
Czas zatacza koło – "Nowe początki"
![]() |
| Christoph Eschenbach podczas koncertu "Nowe początki", fot. Karol Adam Sokołowski/NFM |
![]() |
| Koncert "Nowe początki": soliści, fot. Karol Adam Sokołowski |
![]() |
| NFM Filharmonia Wrocławska pod dyr. Christopha Eschenbacha, fot. Karol Adam Sokołowski |
czwartek, 12 października 2017
Krystian Adam Krzeszowiak: Na scenach całego świata /wywiad/
![]() |
| Krystian Adam Krzeszowiak, zdj. ze strony artysty
Barbara
Lekarczyk-Cisek: z Chojnic do Mediolańskiej La Scali droga wydaje się być
bardzo odległa… Jest Pan chyba drugim po słynnym Janie Kiepurze polskim
tenorem, który robi efektowną międzynarodową karierę. Jak to się zaczęło?
Krystian
Adam Krzeszowiak: Muzyką zainteresowała mnie
moja grająca na fortepianie ciotka. Ona też dała mi pierwsze lekcje. Potem
uczyłem się w ognisku muzycznym. Kiedyś, podczas kolędy, ksiądz zaproponował
mi, abym grał na kościelnych organach podczas mszy. Od tej pory przez około
dziesięć lat grałem na organach i śpiewałem. Podczas niedziel nawet 7-krotnie!
Tak więc muzyka i religia - zawsze mi towarzyszyły. Będąc organistą poszedłem
do Diecezjalnego Studium Organistowskiego w Legnicy i tam, zamiast
organów, zacząłem ćwiczenia głosu (śmiech). Wówczas też po raz
pierwszy pomyślałem, że nie będę grał, lecz śpiewał. Moja ówczesna nauczycielka
śpiewu, pani Beata Pazio-Grygiel poradziła mi lekcje prywatne we Wrocławiu. A
potem już była szkoła muzyczna drugiego stopnia i Akademia
Muzyczna we Wrocławiu, gdzie kształciłem śpiew solowy pod
opieką prof. Bogdana Makala.
A jak
to się stało, że stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
nie pozostał na uczelni, lecz wylądował w Mediolanie?
W Mediolanie znalazłem się dość nieoczekiwanie. Pracowałem w Teatrze Muzycznym w Gliwicach śpiewając w „Cyruliku sewilskim” Gioacchina Rossiniego, gdy dowiedziałem się, że we Włoszech w Como pod Mediolanem, trwa właśnie konkurs muzyczny - pod wpływem jakiegoś impulsu wysłałem zgłoszenie. Pierwszy etap odbył się w Warszawie. Wysłuchawszy mojej arii, jedna z jurorek konkursu zaproponowała, że przedstawi mnie we Włoszech nauczycielowi, który być może zainteresuje się moim głosem. I tak się stało. Po przesłuchaniu poradzono mi, abym zdawał do konserwatorium. Trzeba było jednak zdać egzaminy w języku, którego praktycznie nie znałem, uczyłem się go bowiem tylko pół roku. Pamiętam, że kupiłem wówczas płytę „Włoski w cztery tygodnie” i słuchałem jej bez końca w samochodzie. I choć był to pomysł z gatunku szalonych, podszedłem do egzaminu i udało się! W Conservatorio „Verdi” w Mediolanie uczyłem się śpiewu u wielkiej śpiewaczki, pani Rity Orlandi Malaspiny. Potem wygrałem konkurs na stypendium w Accademia Internationale della Musica di Milano, gdzie specjalizowałem się w zakresie muzyki barokowej i współczesnej. Moja współpraca z La Scalą zaczęła się w 2005 roku.
Pańscy
mistrzowie?
Moją
pierwszą mistrzynią była wspomniana już pani Pazio-Grygiel. Ale to prof.
Bogdan Makal, znakomity śpiewak, bas-baryton, ukształtował mnie i nadał
właściwy kierunek. Wzorowałem się na starych sławach muzyki włoskiej, m.in. na
Franco Corellim, tenorze bohaterskim, może najwybitniejszym głosie lat 60.
Pamiętam, że chyba przez miesiąc chodziłem załamany, kiedy okazało się, że nie
mam takiego głosu jak on (śmiech). Z polskich tenorów słuchałem Ryszarda
Karczykowskiego oraz Wiesława Ochmana, z którym współpracuję zresztą
dosyć często. To nie tylko wspaniały śpiewak, ale również znakomity nauczyciel,
który chętnie dzieli się doświadczeniem z młodszymi muzykami. Myślę, że do
moich mistrzów mogę również zaliczyć tych, z którymi współpracowałem we
Włoszech: Rinaldo Alessandrini i Giovanni Antonini,
który pełni obecnie funkcję szefa artystycznego Festiwalu WratislaviaCantans.
Nagrywał Pan bardzo różnorodny repertuar: Vivaldiego, Beethovena, a
jednocześnie romantyków: Schuberta i Schumanna. Ostatnio natomiast wykonuje Pan
coraz częściej muzykę oratoryjno-kantatową: „Mesjasza” Haendla, „Magnificat” i
„Pasję według św. Mateusza” J.S. Bacha czy „Dixit Dominus” Pergolesiego. Który
kompozytor jest Panu najbliższy?
Na
Akademii Muzycznej zdecydowałem się na muzykę oratoryjną i barokową. Podczas
studiów we Włoszech kładziono nacisk na repertuar operowy. Studiowałem też
muzykę współczesną, ale zdecydowanie najlepiej czuję się w repertuarze
barokowym, z którym wystąpiłem w wielu teatrach we Włoszech. Jestem zdania, że
można być uniwersalnym do pewnego momentu. Potem trzeba znaleźć swoją
specjalność.
Występował Pan ze znakomitymi dyrygentami, jak choćby Claudio Abbado. Czy wielkiej
klasy dyrygent narzuca swoją interpretację, czy też pozostawia śpiewakowi jakiś
margines swobody?
Abbado
jest absolutnie cudowny! Po nagraniu dla Deutsche Gramophon „Dixit
Dominus” Pergolesiego zapytał mnie, skąd jestem. A kiedy wyznałem, że jestem
Polakiem, stwierdził: Piękna jest polska szkoła!
Na koniec proszę nam zdradzić swoje plany artystyczne.
W przyszłym tygodniu nagrywam „La Finta Giardiniera” Anfossiego w
Leverkussen wraz z zespołem L'Arte del mondo” dla wytwórni Sony. W grudniu będę
śpiewał w Monachium „Weinachts Oratorium” J. S. Bacha pod dyrekcją Wernera
Ehrhardta. Natomiast na początku przyszłego roku wystąpię w Filadelfii, w
„Uprowadzeniu z seraju” – operze komicznej W.A. Mozarta, pod dyrekcją Corrado
Rovaris. Poza tym będę śpiewał w Hiszpanii, we Francji i w Krakowie. Głównie
Mozarta i Haendla.
A gdzie jest w tych planach Wrocław?
We
Wrocławiu zamieszkałem na stałe. Po dziewięciu latach spędzonych we Włoszech
postanowiłem wrócić i teraz tutaj jest mój dom, moja baza. Mogę się dzięki temu
od czasu do czasu spotkać z przyjaciółmi i wspólnie z nimi śpiewać w klubie-barze
„LOFT”. Zapraszam więc na Łaciarską
28, gdzie można posłuchać dobrej muzyki klasycznej (także na żywo!) i wypić
wyśmienitą włoską kawę... |
sobota, 14 marca 2020
Krystian Adam Krzeszowiak - Orfeusz Gardinera /wywiad/
![]() |
| Krystian Adam Krzeszowiak, fot. Piotr Kucia |
Barbara Lekarczyk-Cisek: Kiedy rozmawialiśmy ostatnio, w 2013 roku, opowiadałeś o tym, jak starałeś się o tytułową rolę Orfeusza w operze Monteverdiego, którą przygotowywał John Eliot Gardiner. Udało się, i wyruszyłeś z Orfeuszem w dużą trasę koncertową. Potem można było przeczytać w „New York Timesie”, że „prawdziwą gwiazdą tej produkcji był tenor Krystian Adam”. A mnie interesuje to, co się kryje pod podszewką tych słów, bo przecież takich sukcesów nie osiąga się łatwo. Przypuszczam, że ciągle dojrzewałeś do tej roli. Jak nad nią pracowałeś i jakie odczucia pozostały po koncertach?
Krystian Adam Krzeszowiak: Sądzę, że nadal dojrzewam do tej roli. Zaśpiewanie jej z Gardinerem nie przyszło wcale łatwo! A wszystko zaczęło się dużo wcześniej, w Wenecji. Już tam zacząłem się przygotowywać, żeby dobrze się zaprezentować. Pracowałem z pewnymi oporami. Na szczęście, kiedy znalazłem się w Dreźnie, spotkałem zaprzyjaźnionych włoskich dyrygentów, z których jeden miał duże doświadczenie operowe, miałem więc sposobność ćwiczyć z nim tę rolę przez dłuższy czas, ustalając zarazem sposób interpretacji. Dopytywałem, czy te wszystkie melizmaty, wariacje i ornamenty mam wykonywać w określonym tempie. Twierdził, że absolutnie nie, bo to jest rola stworzona do improwizacji. Uszczęśliwiony, przećwiczyłem rolę Orfeusza w tym duchu. Tymczasem pojawił się Gianluca Capuano, również dyrygent operowy, z którym wielokrotnie współpracowałem w czasach nauki w konserwatorium w Mediolanie, i kiedy dowiedział się, nad czym pracuję, także zaoferował mi pomoc. Również jego zdaniem rolę Orfeusza należało tworzyć w poczuciu wolności, intuicyjnie. Przekonany, że kroczę właściwą drogą, pojechałem na pierwszą próbę do Johna Eliota Gardinera. Ledwo zacząłem, natychmiast mi przerwał i stwierdził, że śpiewam w niewłaściwym tempie. Wróciłem do domu skonsternowany i bardzo przejęty. Sądziłem dotąd, że mam twardą skórę, ale nie mogłem spać i ciągle tylko myślałem o tym, jak tu się w krótkim czasie uporać z tą rolą, aby zabrzmiała tak, jak chce tego sir John. Ostatecznie umówiłem się z jego organistą i poćwiczyłem z nim rolę tak, jak tego chciał Maestro. I udało się – tym razem zaakceptował moją interpretację Orfeusza. Wkrótce też zaczęliśmy tournée po Europie, a później pojechaliśmy do Stanów Zjednoczonych.
Obsada była podwójna?
Tak, tę samą rolę wykonywał także bardzo dobry tenor, Andrew Tortoise. Gardiner jest znany z tego, że bada wytrzymałość śpiewaków. O obsadzie decydował często tuż przed koncertem. I właśnie podczas koncertu w USA, kiedy zmęczony niekończącymi się podróżami leżałem na ławce i próbowałem się zregenerować przed występem, poradził mi, ku mojemu zaskoczeniu, abym dziś szczególnie się postarał, bo od tego zależy, kto będzie wykonywał rolę Orfeusza w Carnegie Hall (śmiech). Byłem tak zmęczony i zestresowany, że postanowiłem po prostu zrobić to najlepiej, jak umiałem w tych okolicznościach. Ale nie byłem z siebie jakoś szczególnie zadowolony. Tymczasem po przedstawieniu Gardiner podszedł do mnie i zapytał… czego się napiję. Odparłem przytomnie, że jeśli dobrze mi poszło, to szampana. W odpowiedzi zamówił dwie butelki (śmiech). I tak stałem się Orfeuszem na koncercie w Carnegie Hall. Po upływie roku powróciliśmy do tej roli, traktując ją jednak inaczej niż do tej pory. Gardiner jest człowiekiem twórczym i poszukującym, chciał więc, aby rola Orfeusza zabrzmiała inaczej, bardziej świeżo. Pojechaliśmy z tą nową interpretacją w sześciomiesięczną trasę, którą zaczęliśmy w kwietniu, a skończyliśmy w październiku. To było interesujące doświadczenie.
Nadal lubisz tę rolę? Ciągle odkrywasz w niej coś nowego?
Uwielbiam! Taka rola jest zawsze twórczą przygodą i ciągle staram się wykonywać ją inaczej, interpretować na nowo. Czasami decyduje o tym przypadek. Zdarzyło mi się, że przed jednym z koncertów złapałem wirusa i praktycznie nie mogłem śpiewać, jedynie piano. Początkowo uznałem, że nie zaśpiewam i że wobec tego potrzebuję zastępstwa, ale Gardiner namówił mnie, abym jednak spróbował. Zaryzykowałem. Po koncercie, ku mojemu zaskoczeniu, wszyscy mi gratulowali… nowej, interesującej interpretacji.
Okazuje się, że trudności i przeszkody uskrzydlają cię…
Tak, ale to dużo kosztuje.
Orfeusz nie jest twoim pierwszym zetknięciem się z Monteverdim. Wcześniej były Nieszpory. Wprawdzie to muzyka religijna, wymagająca innego rodzaju interpretacji, ale chyba nie tak bardzo odmienna muzycznie…
Rzeczywiście. Ciągle zresztą wykonuję Nieszpory. Niedługo będziemy je prezentować w Paryżu, w Wersalu oraz w Pizie. A potem wyruszamy z tym repertuarem do Chicago. Rok wcześniej zarzekałem się, że już nie będę śpiewał Monteverdiego, że teraz zajmę się Mozartem czy Donizettim, ale kiedy usłyszałem propozycję od Gardinera i pomyślałem, że zobaczę te wszystkie piękne miejsca, w dodatku z takim mistrzem, nie zawahałem się. Kocham zresztą tę muzykę, choć wydaje mi się, że muszę od czasu do czasu wykonywać także inny repertuar.
Jest też wspaniały Powrót Odysa do Itaki Monteverdiego, którego mogliśmy wysłuchać podczas tegorocznego festiwalu Wratislavia Cantans. Śpiewasz w nim rolę Telemaka. Czy do niej także musiałeś odbyć przesłuchania?
O nie, tym razem Gardiner nie tylko zaangażował mnie do tej opery bez przesłuchań, ale pozwolił też wybrać sobie rolę. Oczywiście chciałem zaśpiewać Ulissesa (śmiech), ale Maestro stwierdził, że jestem jeszcze do tego za młody. Wobec tego zdecydowałem się na Telemaka, szczególnie, że śpiewałem już tę rolę z Rinaldo Alessandrinim w La Scali i miałem świadomość, że jest w niej duży potencjał. To wyjątkowo długa opera i na końcu może budzić zniecierpliwienie niezdecydowanie Penelopy, która długo nie może rozpoznać w Odysie swego męża.
Muszę wyznać, że kiedy słuchałam tej opery, byłam zdumiona, jak prawdziwa psychologicznie jest ta Penelopa. Kiedy po dwudziestu latach nieobecności przybywa mężczyzna, który twierdzi, że jest jej mężem, to możemy się domyślić, jak bardzo się zmienił, nie tylko fizycznie. A poza tym dzięki takiemu rozwojowi akcji zyskujemy kolejne piękne arie. A już ostatni duet, kiedy małżonkowie rozpoznają się, odwołując się do przeszłości, był niezwykle wzruszający.
To rzeczywiście piękny moment, także dzięki swojej muzycznej prostocie. Dodam, że we Wrocławiu wykonaliśmy zmienioną wersję Powrotu Ulissesa do Itaki. Poprzednie były skrócone o około pół godziny, wycięto także arię, którą śpiewam do matki.
Czy od momentu, gdy zostałeś Orfeuszem, zmieniła się twoja relacja z Gardinerem?
O, tak! Na początku to był tylko Maestro i czułem wielki dystans. Obecnie nasza relacja jest bliższa, bardziej ojcowska. Myślę, że ma do mnie większe zaufanie i nie narzuca interpretacji, daje więcej wolności. Cenię też w nim to, że jest wymagający i stale coś zmienia w śpiewanych przez nas rolach. To piękna cecha człowieka, który oczekuje od nas, że będziemy równie twórczy. Zresztą, muszę wyznać, że wykonuję swój zawód z wielką przyjemnością. Bywam czasami fizycznie zmęczony, ale psychicznie czuję się tak, jakbym wrócił z wakacji.
To rzeczywiście dar, kiedy nie tylko mamy szczęście robić to, co lubimy i do czego mamy predyspozycje, a w dodatku przeżywamy rodzaj przygody, obcując z tak wybitnymi artystami i interesującymi ludźmi jak Gardiner.
To prawda. Mam wielkie szczęście pracować ze znakomitymi muzykami. Takie wspaniałe doświadczenia jak z Gardinerem, miałem również z Giovannim Antoninim. A zaczęło się to niespodziewanie i zaskakująco. Otóż wiele lat temu jechałem samochodem do Warszawy z Natalką, moją żoną, a wówczas przyjaciółką, kiedy zadzwonił telefon, że potrzebne jest zastępstwo na koncercie Giovanniego Antoniniego w Insbrucku. Oniemiałem z wrażenia do tego stopnia, że musiałem zatrzymać samochód, żeby jakoś ochłonąć. Wtedy było to dla mnie coś niebywałego!
Jak wyglądała przygoda muzyczna z Giovannim Antoninim?
Antonini jest tytanem pracy i aby osiągnąć zamierzony efekt, ćwiczy wiele godzin. W rezultacie, kiedy śpiewa się na koncercie, człowiek czuje, że wszystko przychodzi gładko i naturalnie. Równie wspaniałą przygodą były dla mnie występy z Alessandrinim i wieloma innymi.
Poza tym, że jesteś uznanym w świecie śpiewakiem, masz również śpiewającą żonę, Natalię Rubiś. Czy zdarza się wam występować i nagrywać razem?
Istotnie, jestem w takim szczęśliwym położeniu, że trafiłem na wspaniałą partnerkę. Natalka jest w dodatku bardzo utalentowana i stale doskonali swój głos. Ostatnio ukończyła szkołę w Yale, New Haven i śpiewa teraz tak wspaniale, że jestem z niej dumny. To znana w świecie, bardzo prestiżowa szkoła, którą prowadzi małżeństwo muzyków i bardzo trudno się tam dostać. Nauka w tej szkole ma charakter indywidualny, bardzo praktyczny, a nauczyciele są wymagający, stąd takie wspaniałe efekty. Absolwenci poznają doskonale repertuar operowy. Chętnie bym polecał Natalkę dobrym dyrygentom, ale nie robię tego z zasady, bo oboje uważamy, że byłoby to niezręczne dla nas. Nie wątpię jednak, że prędzej czy później dostrzegą jej talent.
Ale nagraliście wspólną płytę.
Tak, nagraliśmy płytę z miłosnymi duetami operetkowymi, jeszcze przed wyjazdem Natalki na studia, a więc dwa lata temu, ale jeszcze się nie ukazała, bo jest jakiś problem z licencjami. Prawdę mówiąc, nie mam czasu się tym zająć, bo żyjemy „na walizkach”, w ciągłym pośpiechu. Kiedyś naliczyłem dwadzieścia pięć miejsc, które odwiedziliśmy w ciągu miesiąca. Istne szaleństwo! Kiedy więc w tym roku okazało się, że mam dwa tygodnie wolnego, byłem tym zdumiony (śmiech). Oczywiście skwapliwie z tego skorzystałem i wyjechaliśmy z Natalką odpocząć na Sardynii.
A czym zajmujesz się obecnie?
Kończymy trasę koncertową w Nowym Jorku, w Lincoln Center, a później… pojadę na kolejne wakacje, bo jakoś w tym zasmakowałem (śmiech). Potem będę śpiewał w Mesjaszu, a następnie polecę do Tel Avivu z Don Giovannim Mozarta. Mam także kilka innych interesujących nowych propozycji, między innymi rolę w operze Belliniego, w mediolańskiej La Scali. Jeszcze nie wiem na pewno, czy ją dostanę…
Wywiad ukazał się w czasopiśmie "Muzyka w Mieście" nr 2/2018
piątek, 19 marca 2021
Jubileuszowa edycja Wielkanocnego Festiwalu w Programie 2 PR
W dniach 20 marca – 2 kwietnia odbędzie się 25. Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena. Koncerty zostaną udostępnione publiczności za pomocą streamingu internetowego. Transmisje wszystkich wydarzeń festiwalowych zaplanował Program 2 Polskiego Radia.
Hasło przewodnie Festiwalu – „Beethoven i Penderecki. Sfera sacrum” – odwołuje się do sacrum rozumianego nie tylko, jako bezpośrednie nawiązanie do wątków religijnych w muzyce Beethovena i Pendereckiego, ale także do pojmowania sztuki i aktu twórczego jako swoistego misterium. Festiwal organizowany w rocznicę śmierci Twórcy Polskiego Requiem i pod duchowym patronatem największego w dziejach muzyki humanisty – autora Missy solemnis – ukazuje wielką duchową i kulturową jedność i ponadczasowy wymiar dzieła obu Mistrzów.
Podczas festiwalu wystąpią wybitne polskie zespoły symfoniczne i chóralne, a także uznani soliści, m.in.: Gábor Boldoczki, Iwona Hossa, Anna Lubańska, Aleksandra Kubas-Kruk, Krystian Krzeszowiak, Gábor Boldoczki Mariusz Godlewski, Julia Lezhneva, Tomasz Konieczny Łukasz Krupiński, Andrzej Wierciński, Sebastian Noack, Aleksandra Świgut.
Program przewiduje transmisje z sal koncertowych Warszawy, Poznania, Katowic oraz Wrocławia. W koncercie inauguracyjnym maestro Andrzej Boreyko wraz z Filharmonią Narodową poprowadzi V Symfonię i muzykę do baletu Twory Prometeusza Beethovena oraz Agnus Dei z Polskiego Requiem Krzysztofa Pendereckiego; w koncercie finałowym pod jego batutą zabrzmią utwory Pendereckiego, Pärta, Ravela i Kanczelego (prawykonanie europejskie utworu Libera me).
Program 2 Polskiego Radia, który jest współorganizatorem Festiwalu, zaplanował transmisje koncertów na swojej antenie, Facebooku oraz YouTube Polskiego Radia.
informacja prasowa
Urodziny Zofii Kossak w Górkach Wielkich
9 i 10 sierpnia w ruinach Dworu Kossaków znów będzie gwarno, jak dawniej, kiedy do Górek Wielkich zjeżdżali się m.in.: Maria Dąbrowska, Wańk...
Popularne posty
-
"Szczególnie zapadł mi w serce niepozorny obraz, na który natknęliśmy się w skromnej salce parafialnej kościoła w Gliwicach – Łabędach....
-
Anioły na obrazach dawnych malarzy są piękne, dlatego często zapominamy, że są niematerialne i że ich piękno ma charakter duchowy. Sztuka pr...
-
W dniach od 7 do 15 lutego 2015 roku odbędzie się we Wrocławiu Akademia Händlowska. Wystąpi fenomenalna Julia Lezhneva, znakomici brytyjscy...



.jpg)























