Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania gardiner, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania gardiner, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 marca 2020

Krystian Adam Krzeszowiak - Orfeusz Gardinera /wywiad/

W trzeciej rozmowie ze mną Krystian opowiada o okolicznościach swojej współpracy z sir Eliotem Gardinerem, która zaowocowała rolą Orfeusza, o Giovannim Antoninim oraz o wspólnych nagraniach z żoną Natalią.

Krystian Adam Krzeszowiak, fot. Piotr Kucia


Barbara Lekarczyk-Cisek: Kiedy rozmawialiśmy ostatnio, w 2013 roku, opowiadałeś o tym, jak starałeś się o tytułową rolę Orfeusza w operze Monteverdiego, którą przygotowywał John Eliot Gardiner. Udało się, i wyruszyłeś z Orfeuszem w dużą trasę koncertową. Potem można było przeczytać w „New York Timesie”, że „prawdziwą gwiazdą tej produkcji był tenor Krystian Adam”. A mnie interesuje to, co się kryje pod podszewką tych słów, bo przecież takich sukcesów nie osiąga się łatwo. Przypuszczam, że ciągle dojrzewałeś do tej roli. Jak nad nią pracowałeś i jakie odczucia pozostały po koncertach?

Krystian Adam Krzeszowiak: Sądzę, że nadal dojrzewam do tej roli. Zaśpiewanie jej z Gardinerem nie przyszło wcale łatwo! A wszystko zaczęło się dużo wcześniej, w Wenecji. Już tam zacząłem się przygotowywać, żeby dobrze się zaprezentować. Pracowałem z pewnymi oporami. Na szczęście, kiedy znalazłem się w Dreźnie, spotkałem zaprzyjaźnionych włoskich dyrygentów, z których jeden miał duże doświadczenie operowe, miałem więc sposobność ćwiczyć z nim tę rolę przez dłuższy czas, ustalając zarazem sposób interpretacji. Dopytywałem, czy te wszystkie melizmaty, wariacje i ornamenty mam wykonywać w określonym tempie. Twierdził, że absolutnie nie, bo to jest rola stworzona do improwizacji. Uszczęśliwiony, przećwiczyłem rolę Orfeusza w tym duchu. Tymczasem pojawił się Gianluca Capuano, również dyrygent operowy, z którym wielokrotnie współpracowałem w czasach nauki w konserwatorium w Mediolanie, i kiedy dowiedział się, nad czym pracuję, także zaoferował mi pomoc. Również jego zdaniem rolę Orfeusza należało tworzyć w poczuciu wolności, intuicyjnie. Przekonany, że kroczę właściwą drogą, pojechałem na pierwszą próbę do Johna Eliota Gardinera. Ledwo zacząłem, natychmiast mi przerwał i stwierdził, że śpiewam w niewłaściwym tempie. Wróciłem do domu skonsternowany i bardzo przejęty. Sądziłem dotąd, że mam twardą skórę, ale nie mogłem spać i ciągle tylko myślałem o tym, jak tu się w krótkim czasie uporać z tą rolą, aby zabrzmiała tak, jak chce tego sir John. Ostatecznie umówiłem się z jego organistą i poćwiczyłem z nim rolę tak, jak tego chciał Maestro. I udało się – tym razem zaakceptował moją interpretację Orfeusza. Wkrótce też zaczęliśmy tournée po Europie, a później pojechaliśmy do Stanów Zjednoczonych.

Obsada była podwójna?

Tak, tę samą rolę wykonywał także bardzo dobry tenor, Andrew Tortoise. Gardiner jest znany z tego, że bada wytrzymałość śpiewaków. O obsadzie decydował często tuż przed koncertem. I właśnie podczas koncertu w USA, kiedy zmęczony niekończącymi się podróżami leżałem na ławce i próbowałem się zregenerować przed występem, poradził mi, ku mojemu zaskoczeniu, abym dziś szczególnie się postarał, bo od tego zależy, kto będzie wykonywał rolę Orfeusza w Carnegie Hall (śmiech). Byłem tak zmęczony i zestresowany, że postanowiłem po prostu zrobić to najlepiej, jak umiałem w tych okolicznościach. Ale nie byłem z siebie jakoś szczególnie zadowolony. Tymczasem po przedstawieniu Gardiner podszedł do mnie i zapytał… czego się napiję. Odparłem przytomnie, że jeśli dobrze mi poszło, to szampana. W odpowiedzi zamówił dwie butelki (śmiech). I tak stałem się Orfeuszem na koncercie w Carnegie Hall. Po upływie roku powróciliśmy do tej roli, traktując ją jednak inaczej niż do tej pory. Gardiner jest człowiekiem twórczym i poszukującym, chciał więc, aby rola Orfeusza zabrzmiała inaczej, bardziej świeżo. Pojechaliśmy z tą nową interpretacją w sześciomiesięczną trasę, którą zaczęliśmy w kwietniu, a skończyliśmy w październiku. To było interesujące doświadczenie.

Nadal lubisz tę rolę? Ciągle odkrywasz w niej coś nowego?

Uwielbiam! Taka rola jest zawsze twórczą przygodą i ciągle staram się wykonywać ją inaczej, interpretować na nowo. Czasami decyduje o tym przypadek. Zdarzyło mi się, że przed jednym z koncertów złapałem wirusa i praktycznie nie mogłem śpiewać, jedynie piano. Początkowo uznałem, że nie zaśpiewam i że wobec tego potrzebuję zastępstwa, ale Gardiner namówił mnie, abym jednak spróbował. Zaryzykowałem. Po koncercie, ku mojemu zaskoczeniu, wszyscy mi gratulowali… nowej, interesującej interpretacji.

Okazuje się, że trudności i przeszkody uskrzydlają cię…

Tak, ale to dużo kosztuje.

Orfeusz nie jest twoim pierwszym zetknięciem się z Monteverdim. Wcześniej były Nieszpory. Wprawdzie to muzyka religijna, wymagająca innego rodzaju interpretacji, ale chyba nie tak bardzo odmienna muzycznie…

Rzeczywiście. Ciągle zresztą wykonuję Nieszpory. Niedługo będziemy je prezentować w Paryżu, w Wersalu oraz w Pizie. A potem wyruszamy z tym repertuarem do Chicago. Rok wcześniej zarzekałem się, że już nie będę śpiewał Monteverdiego, że teraz zajmę się Mozartem czy Donizettim, ale kiedy usłyszałem propozycję od Gardinera i pomyślałem, że zobaczę te wszystkie piękne miejsca, w dodatku z takim mistrzem, nie zawahałem się. Kocham zresztą tę muzykę, choć wydaje mi się, że muszę od czasu do czasu wykonywać także inny repertuar.

Jest też wspaniały Powrót Odysa do Itaki Monteverdiego, którego mogliśmy wysłuchać podczas tegorocznego festiwalu Wratislavia Cantans. Śpiewasz w nim rolę Telemaka. Czy do niej także musiałeś odbyć przesłuchania?

O nie, tym razem Gardiner nie tylko zaangażował mnie do tej opery bez przesłuchań, ale pozwolił też wybrać sobie rolę. Oczywiście chciałem zaśpiewać Ulissesa (śmiech), ale Maestro stwierdził, że jestem jeszcze do tego za młody. Wobec tego zdecydowałem się na Telemaka, szczególnie, że śpiewałem już tę rolę z Rinaldo Alessandrinim w La Scali i miałem świadomość, że jest w niej duży potencjał. To wyjątkowo długa opera i na końcu może budzić zniecierpliwienie niezdecydowanie Penelopy, która długo nie może rozpoznać w Odysie swego męża.

Muszę wyznać, że kiedy słuchałam tej opery, byłam zdumiona, jak prawdziwa psychologicznie jest ta Penelopa. Kiedy po dwudziestu latach nieobecności przybywa mężczyzna, który twierdzi, że jest jej mężem, to możemy się domyślić, jak bardzo się zmienił, nie tylko fizycznie. A poza tym dzięki takiemu rozwojowi akcji zyskujemy kolejne piękne arie. A już ostatni duet, kiedy małżonkowie rozpoznają się, odwołując się do przeszłości, był niezwykle wzruszający.

To rzeczywiście piękny moment, także dzięki swojej muzycznej prostocie. Dodam, że we Wrocławiu wykonaliśmy zmienioną wersję Powrotu Ulissesa do Itaki. Poprzednie były skrócone o około pół godziny, wycięto także arię, którą śpiewam do matki.

Czy od momentu, gdy zostałeś Orfeuszem, zmieniła się twoja relacja z Gardinerem?

O, tak! Na początku to był tylko Maestro i czułem wielki dystans. Obecnie nasza relacja jest bliższa, bardziej ojcowska. Myślę, że ma do mnie większe zaufanie i nie narzuca interpretacji, daje więcej wolności. Cenię też w nim to, że jest wymagający i stale coś zmienia w śpiewanych przez nas rolach. To piękna cecha człowieka, który oczekuje od nas, że będziemy równie twórczy. Zresztą, muszę wyznać, że wykonuję swój zawód z wielką przyjemnością. Bywam czasami fizycznie zmęczony, ale psychicznie czuję się tak, jakbym wrócił z wakacji.

To rzeczywiście dar, kiedy nie tylko mamy szczęście robić to, co lubimy i do czego mamy predyspozycje, a w dodatku przeżywamy rodzaj przygody, obcując z tak wybitnymi artystami i interesującymi ludźmi jak Gardiner.

To prawda. Mam wielkie szczęście pracować ze znakomitymi muzykami. Takie wspaniałe doświadczenia jak z Gardinerem, miałem również z Giovannim Antoninim. A zaczęło się to niespodziewanie i zaskakująco. Otóż wiele lat temu jechałem samochodem do Warszawy z Natalką, moją żoną, a wówczas przyjaciółką, kiedy zadzwonił telefon, że potrzebne jest zastępstwo na koncercie Giovanniego Antoniniego w Insbrucku. Oniemiałem z wrażenia do tego stopnia, że musiałem zatrzymać samochód, żeby jakoś ochłonąć. Wtedy było to dla mnie coś niebywałego!

Jak wyglądała przygoda muzyczna z Giovannim Antoninim?

Antonini jest tytanem pracy i aby osiągnąć zamierzony efekt, ćwiczy wiele godzin. W rezultacie, kiedy śpiewa się na koncercie, człowiek czuje, że wszystko przychodzi gładko i naturalnie. Równie wspaniałą przygodą były dla mnie występy z Alessandrinim i wieloma innymi.

Poza tym, że jesteś uznanym w świecie śpiewakiem, masz również śpiewającą żonę, Natalię Rubiś. Czy zdarza się wam występować i nagrywać razem?

Istotnie, jestem w takim szczęśliwym położeniu, że trafiłem na wspaniałą partnerkę. Natalka jest w dodatku bardzo utalentowana i stale doskonali swój głos. Ostatnio ukończyła szkołę w Yale, New Haven i śpiewa teraz tak wspaniale, że jestem z niej dumny. To znana w świecie, bardzo prestiżowa szkoła, którą prowadzi małżeństwo muzyków i bardzo trudno się tam dostać. Nauka w tej szkole ma charakter indywidualny, bardzo praktyczny, a nauczyciele są wymagający, stąd takie wspaniałe efekty. Absolwenci poznają doskonale repertuar operowy. Chętnie bym polecał Natalkę dobrym dyrygentom, ale nie robię tego z zasady, bo oboje uważamy, że byłoby to niezręczne dla nas. Nie wątpię jednak, że prędzej czy później dostrzegą jej talent.

Ale nagraliście wspólną płytę.

Tak, nagraliśmy płytę z miłosnymi duetami operetkowymi, jeszcze przed wyjazdem Natalki na studia, a więc dwa lata temu, ale jeszcze się nie ukazała, bo jest jakiś problem z licencjami. Prawdę mówiąc, nie mam czasu się tym zająć, bo żyjemy „na walizkach”, w ciągłym pośpiechu. Kiedyś naliczyłem dwadzieścia pięć miejsc, które odwiedziliśmy w ciągu miesiąca. Istne szaleństwo! Kiedy więc w tym roku okazało się, że mam dwa tygodnie wolnego, byłem tym zdumiony (śmiech). Oczywiście skwapliwie z tego skorzystałem i wyjechaliśmy z Natalką odpocząć na Sardynii.

A czym zajmujesz się obecnie?

Kończymy trasę koncertową w Nowym Jorku, w Lincoln Center, a później… pojadę na kolejne wakacje, bo jakoś w tym zasmakowałem (śmiech). Potem będę śpiewał w Mesjaszu, a następnie polecę do Tel Avivu z Don Giovannim Mozarta. Mam także kilka innych interesujących nowych propozycji, między innymi rolę w operze Belliniego, w mediolańskiej La Scali. Jeszcze nie wiem na pewno, czy ją dostanę…


W takim razie trzymam kciuki!

Wywiad ukazał się w czasopiśmie "Muzyka w Mieście" nr 2/2018

poniedziałek, 22 września 2025

Raj (nie całkiem) utracony /relacja z 60. Festiwalu Wratislavia Cantans/

14 września, koncertem III aktu "Parsifala" Richarda Wagnera, zakończyła się 60. edycja Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans. Osobą szczególnie w tym jubileuszowym roku uczczoną został jego twórca –  Andrzej Markowski. Motywem przewodnim był "Raj utracony [?]", nawiązujący tytułem do poematu Johna Miltona, ale opatrzony znakiem zapytania. Czy utraciliśmy raj na zawsze i jakie są tego konsekwencje? W swojej relacji dzielę się z Państwem refleksjami dotyczącymi większości koncertów, w których uczestniczyłam. Zapraszam do lektury!

Plakat festiwalu autorstwa Lva Sterna

14 września, koncertem III aktu "Parsifala" Richarda Wagnera, zakończyła się 60. edycja Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans. Osobą szczególnie w tym jubileuszowym roku uczczoną został jego twórca –  Andrzej Markowski, kompozytor i dyrygent, który był zarazem pierwszym dyrektorem artystycznym tego fenomenu, jakim jest do dzisiaj festiwal. Człowiek, który – jak napisał w swojej książce "Ocalić od zapomnienia" Marek Dyżewski – "wniósł z sobą tchnienie europejskiej kultury i przeobraził miasto [Wrocław] z muzycznej prowincji w czołowy ośrodek w kraju". Popiersie kompozytora znalazło należne mu miejsce w Narodowym Forum Muzyki, zaś poświęcona mu czasowa wystawa – na dziedzińcu Muzeum Pana Tadeusza. Jemu też został zadedykowany koncert otwierający Wratislavię: "Pamięci wielkiego Człowieka", na który złożyły się dzieła dwóch znakomitych kompozytorów: Wolfganga Amadeusza Mozarta ("Msza koronacyjna") i Ludviga van Beethovena ("Eroika").

Raj utracony [?]

Od kiedy dyrektorem artystycznym Wratislavii został maestro Giovanni Antonini, czyli od roku 2013, każda edycja festiwalu ma swój temat przewodni. Stało się to dobrą i inspirującą tradycją, toteż kiedy maestro Andrzej Kosendiak objął kierownictwo festiwalu, kolejna – jubileuszowa jego edycja – przebiegała pod hasłem "Raj utracony [?]". W wywiadzie udzielonym Jakubowi Kukli dyrektor Kosendiak tak wyjaśniał płynące z inspiracji poematem Johna Miltona motto:

"Myślę, że to też może być klucz do rozumienia tegorocznego przesłania: ten fragment poematu pokazuje, że człowiek niestety sam bardzo często sprowadza piekło na ziemię. Ale zdarza się też, że ujawnia swoją wielkość i potrafi zbudować tutaj raj". I dodał:

"Na tegoroczny festiwal zamówiliśmy utwór u Zygmunta Krauzego. Jego Requiem nie jest mszą żałobną stricte związaną z liturgią. Przeciwnie, muzyka oparta jest na tekstach poetyckich odnoszących się do rzeczywistości. Dzieło zostało poświęcone najbardziej niewinnym ofiarom wojen – dzieciom. Mamy połowę trzeciej dekady dwudziestego pierwszego stulecia, a wciąż tyle bezbronnych istot jest pozbawianych nie tylko dzieciństwa, ale często też życia w konfliktach, które targają naszym światem".

Dodajmy, że w programie festiwalu znalazły się także koncerty odwołujące się się do Raju bez znaków zapytania, do których należały m. in. koncerty muzyki Johanna Sebastiana Bacha: "Die Kunst der Fuge" czy Msza h-moll.

Giovanni Antonini, Il Giardino Armonico, koncert "Pamięci wielkiego Człowieka",
fot. Łukasz Rajchert, NMF


Pamięci wielkiego Człowieka – Msza "Koronacyjna" W. A. Mozarta 


Twórca festiwalu Wratislavia Cantans z całą pewnością zasłużył sobie na tę dedykację, a także na taki wspaniały i przemyślany wybór repertuaru. Andrzej Markowski przywrócił bowiem (w czasach głębokiego PRL-u!) należne miejsce muzyce dawnej, odkrywając na nowo dawnych kompozytorów i pomagając słuchaczom w przyswojeniu kolekcji ich dzieł i muzycznego dziedzictwa, do którego ciągle będziemy mogli powracać. Koncerty odbywały się w czasach komunizmu w kościołach (!), a przy tym Wrocław był bardzo zniszczonym wojną miastem, w którym dopiero odradzało się życie artystyczne. Tymczasem ziarno przez niego zasiane wydało – i ciągle wydaje – wspaniały plon! 

Mozart skomponował Mszę "Koronacyjną" ("Krönungs-Messe") w 1779 roku, w wieku dwudziestu trzech lat. Wedle najnowszych badań napisał ją na użytek katedry salzburgskiej, prawdopodobnie z okazji Wielkanocy. Pierwsze wykonanie (w 1791, czyli w roku śmierci Mozarta) miało jednak rzeczywiście związek z koronacją, ale nie kościelną, tylko świecką: cesarz Leopold II został koronowany na króla Czech.
      Tytuł „Koronacyjna” nadał sam Mozart. Inaczej niż w przypadku „Wielkiej” Mszy c-moll, której przydomek pojawił się po to, aby odróżnić ją od innej – wcześniejszej i krótszej mszy, utrzymanej w tej samej tonacji – o numerze KV 139. Jest to klasyczny przykład tzw. mszy krótkiej (missa brevis): nieskomplikowanej, prostej, a jednocześnie zachwycającej swoją świeżością, lekkością brzmienia i pięknem formy – spójnej, zamkniętej, doskonałej jako swego rodzaju duchowe przeżycie. Prawdziwe niebo w uszach. . 😇 Co ciekawe, jej rękopis znajduje się w zbiorach krakowskiej Biblioteki Jagiellońskiej!

Anett Fritsch (sopran) podczas koncertu "Pamięci wielkiego Człowieka", fot. Łukasz Rajchert

I te kontrasty! Kontemplacyjny charakter Kyrie kontrastuje z monumentalnym, 8-głosowym podwójnym chórem w Qui tollis. Zupełnie odmienne są Gloria i Cum sancto spiritu. Najbardziej zachwyca jednak słoneczny liryzm Laudamus te, a także niebiański sopran w Agnus Dei – przepięknej, wirtuozowskiej arii. 

W interpretacji Giovanniego Antoniniego i jego wspaniałego Il Giardino Armonico Msza zabrzmiała znakomicie. Wspaniały był też, jak zwykle,  Chór NFM, mający w tym utworze masę pięknej muzyki do wyśpiewania. Wśród solistów zdecydowanie prym wiodła Anett Fritsch – niemiecka sopranistka operowa, bardzo dobrze czująca się z repertuarze mozartowskim, śpiewała bowiem role Cherubina, Zuzanny i Hrabiny w "Weselu Figara". W czarnej jedwabnej sukni wyglądała przy tym zjawiskowo. Na te ulotne chwile powróciliśmy do Raju... 

Magdalena Hoffmann, fot. Sławek Przerwa

"Poszukując szczęścia"... Chwilo trwaj!


O tym, że do Raju można powrócić za sprawą muzyki, świadczy także zupełnie odmienny, kameralny koncert na harfę w wykonaniu Magdaleny Hoffmann, na który złożyły się kompozycje C. F. E. Bacha, G. F. Händla, J. Ph. Rameau, R. Schumanna, Toru Takemitsu i B. Brittena. Przyznam, że choć preferuję muzykę dawną, najbardziej urzekły mnie podczas tego koncertu utwory kompozytorów bliższych współczesności: Toru Takemitsu i Benjamina Brittena. Artystka zaprezentowała ich kompozycje z prawdziwą wirtuozerią, znakomicie je interpretując. O ile jednak Suita na harfę op. 83 była w jej wykonaniu czymś oczywistym, choć bynajmniej niełatwym, o tyle utwór Takemitsu Stanza II, wprowadzał do jej gry nowe, z pozoru pozamuzyczne, elementy. Z muzyką japońskiego kompozytora i filozofa sztuki zetknęłam się w 2018 roku, kiedy to ówczesny dyrygent i kierownik Orkiestry Leopoldinum – Hartmut Rohde zaprezentował "A Way a Lone" –  utwór zainspirowany "Trenem Finneganów" Jamesa Joyce’a. Utwór zainspirowany jedynym zdaniem – z pozoru uładzonym, a jednak zaprzeczającym przyjętym regułom - zdawał się rozpadać i pulsować nieregularnie w rytm licznych zwolnień, przyspieszeń, zamierania dźwięku. Podobnie zabrzmiał Takemitsu w wykonaniu Hoffman. Agresywna momentami muzyka harfy została w przypadku Stanzy II zderzona z codziennymi odgłosami ulicy oraz ze śpiewem ptaków, prowadząc z nimi dialog – bardzo oryginalne zestawienie i jakże naturalne!  Podobało mi się również Preludium z Nagrobka Couperina M. Ravela – błyskotliwie zagrane, dające popis wirtuozerii artystki. Na finał zagrała Walc e-moll Chopina, czym do reszty skruszyła nasze muzyczne serca. Zapewne nie bez wpływu na to pozostaje fakt zaangażowania społecznego harfistki, która jest ambasadorką kultury CASA HOGAR, inicjatywy charytatywnej oferującej edukację i dom dla młodych dziewcząt w dotkniętym problemami kolumbijskim regionie Chocó. „Mam nadzieję, że uda mi się otworzyć uszy i serca wielu ludzi na cierpienie, które wciąż istnieje w regionie Chocó – i z nim walczyć” – twierdziła w wywiadzie. Artystka zatem przywraca piękno i dobro nie tylko za pomocą muzyki...

Koncert "Veni in hortum meum, ensemble Peregrina Agnieszki Budzińskiej-Bennett, 
fot. Joanna Stoga


Znaleźć się ponownie w ogrodzie rajskim: "Veni in hortum meum"


Do Raju (nie do końca utraconego) zawiodła nas z pewnością Agnieszka Budzińska-Bennett wraz z zespołem Pelegrina, prezentując najstarsze utwory skomponowane do biblijnego tekstu "Pieśni nad pieśniami". W istocie wyjątkowa i niedościgła jest wspaniałość tego niewielkiego poematu składającego się z zaledwie 1250 słów, pełnego symboli i przepełnionego zachwytem miłością, która czyni wiosnę nawet w wyschniętym i spalonym słońcem palestyńskim krajobrazie. Jej hebrajski tytuł brzmi Szir ha-Szirim, czyli „Pieśń najpiękniejsza”.
      W centrum symbolicznego ogrodu znajdują się Ona i On, Oblubieniec i Oblubienica, mężczyzna i kobieta, którym tu i ówdzie towarzyszy chór. Wyobrażają oni odwieczną parę, ogarniętą czułością i mocą Miłości. Ta ludzka miłość, zmysłowa, zawiera odblask miłości Bożej ("Kobietą i mężczyzną stworzył ich"). Ponadto w Starym Testamencie Bóg często zwraca się do narodu wybranego jako do oblubienicy, żony. Jak napisał Orygenes: "Szczęśliwy, kto rozumie i śpiewa kantyk świętych Pism, ale jeszcze bardziej szczęśliwy, kto śpiewa i rozumie Pieśń nad pieśniami".

Bez wątpienia zespół Pelegrina to właśnie ten przypadek: "śpiewa i rozumie". Na program koncertu "Veni in hortum meum" złożyły się zarówno utwory anonimowe: antyfona Vox dilecti, motet Tota pulchra czy cantilena Flos regalis, ale także kompozycje średniowiecznego filozofa, teologa i poety  Pierre Abélarda, mistyczki i kompozytorki św. Hildegardy z Bingen oraz włoskiego kardynała i biskupa, św. Bruno di Segni. 

Koncert "Veni in hortum meum, ensemble Peregrina Agnieszki Budzińskiej-Bennett, 
fot. Joanna Stoga

Pieśń nad pieśniami jest hymnem o miłości, ogród zaś –  ogrodem rajskim. Oblubieńcy poszukują się i odnajdują, a gdy brak ukochanego, rodzi się cierpienie, poczucie odrzucenia i wielka tęsknota, ale Oblubienica nie ustaje w poszukiwaniach nawet wówczas, gdy spotykają ją upokorzenia.. Pieśń ze swej natury kojarzy się z muzyką, nic zatem dziwnego, że stała się inspiracją dla wielu kompozytorów. Agnieszka Budzińska-Bennett sięga po utwory prezentujące rozmaite interpretacje Księgi: to pieśń o miłości ludzkiej, alegoria miłości pomiędzy Bogiem a Izraelem, Bogiem a ludzką duszą, artystka sięga także także po interpretację Maryjną, charakterystyczną dla wczesnego chrześcijaństwa („Wszystka piękna jesteś, Przyjaciółko moja, a skaza pierworodna nigdy w Tobie nie powstała”,. Pnp 4,7). Wybranym utworom towarzyszą różnorodne formy muzyczne: antyfony, motety, kantylena, responsorium, prosa, dramat liturgiczny (“Veni dilecte”). Nie tylko piękny śpiew, ale także gra na instrumentach historycznych: na harfie i fidelu, sprawiły, że doświadczyliśmy swego rodzaju kontemplacji, szczególnie że koncert zabrzmiał w szczególnym miejscu – w Kolegiacie  Świętego Krzyża na Ostrowie Tumskim, która na czas koncertu stała się naszym hortum...

Martha Argerich, koncert "Wiecznie kwitnące", fot. Sławek Przerwa



Wiecznie kwitnąca ... Martha Argerich


Niekiedy zdarzają się koncerty niezwykłe, podczas których doświadczamy czegoś, co nie da się określić w żaden racjonalny sposób. Najlepiej zatem nazwać to tajemnicą. .Takim był bez wątpienia koncert Marthy Argerich, który poruszył mnie dogłębnie. Charyzma ponad 80-letniej pianistki, jej "wieczna kobiecość" (by zacytować Goethego) albo raczej: "wieczna dziewczęcość", doskonała gra (nie tylko pod względem formalnym) składają się na Zjawisko, które pewien mój znajomy trafnie określił jako Pianista Assoluta –  Marią Callas fortepianu. A kiedy ma się do czynienia ze zjawiskiem tak rzadkim, by nie powiedzieć: niepowtarzalnym, trudno o jakieś racjonalne argumenty. Muzyka w jej wykonaniu zdaje się przenosić słuchacza w doskonały świat, w którym wszystko inne okazuje się nieistotne. Liczy się tylko Ona i Muzyka...

     Artystka zagrała tym razem II Suitę z baletu "Dafnis i Chloe" Maurice Ravela, a towarzyszył jej ("towarzyszył" jest w tym przypadku szczególnie trafnym określeniem) znany dyrygent Charles Dutoit  (prywatnie były mąż pianistki) wraz z Orchestre Philharmonique de Monte-Carlo. Ale szybko zapomnieliśmy o nich, gdy Argerich zaczęła grać. Grała znakomicie technicznie, a jednak nie czuło się tego, bo przede wszystkim – grała twórczo, grała również, kiedy nie grała, przebierając palcami w powietrzu lub na kolanach. Energia w niej kipiała i zaczarowała nas kompletnie. Aplauz był taki, że zdecydowała się zagrać na bis aż dwa utwory: Sonatę d-moll K. 141 Scarlattiego, a potem Sarabandę z Partity c-moll J. S. Bacha, a my nie mieliśmy poczucia winy, że męczymy "starszą panią", widzieliśmy bowiem, że cieszą Ją te bisy i że chętnie je gra. Wiem, że druga część koncertu była bardzo dobra, ale MUSIAŁAM wyjść na zewnątrz, bo udusiłabym się od nadmiaru wrażeń... Niosłam potem tę Marthę A. do samej Leśnicy i jeszcze dłużej...

Koncert "Zagłada bezbronnych", dyr. Jacek Kaspszyk, fot. Sławek Przerwa


Wstrząsająca "Zagłada bezbronnych", czyli piekło na ziemi


Kiedy wydawało mi się, że największe muzyczne emocje mam za sobą, okazało się, że dane mi będzie przeżyć jeszcze jeden, choć innego rodzaju wstrząs: "Children`s Requiem" – głęboko poruszającą kompozycję Zygmunta Krauzego, powstałą na zamówienie Narodowego Forum Muzyki. Utwór przypominający War Requiem Benjamina Brittena, którego miałam okazję wysłuchać na żywo i również w kościele podczas pobytu w Londynie w 2000 roku. O ile jednak tamten bazował na tekstach poetyckich Wilfreda Owena (który zmarł młodo tuż przed zakończeniem II wojny), o tyle polski kompozytor sięgnął po teksty rozmaite, począwszy od danych dramatycznych statycznych, mówiących o konkretnych liczbach, sięgających milionów, poprzez cytaty z Seneki, na indywidualnych losach i wypowiedziach samych ofiar kończąc. 

Koncert "Zagłada bezbronnych": Chór Polskiego Radia - Lusławice, Symfonia Varsovia,
fot. Sławek Przerwa
    Swoją formą kompozycja nawiązuje do mszy żałobnej i składa się z ośmiu części: Introitus, Kyrie, Sequentia, Offertorio, Sanctus, Agnus Dei, Lux aeterna, Responsorium, o wyrazistej dramaturgii opartej na kontrastach. Na koniec kompozytor oddaje głos okaleczonej dziewczynce, która pragnie spotkać kogoś potężnego, kto powstrzyma wojenne szaleństwo...

Potężny Chór Polskiego Radia - Lusławice nadawał całej historii majestat greckiej tragedii, co zostało skontrastowane z dziecięcymi głosami Chóru Dziewczęcego i Chłopięcego NFM. Na kontraście oparte były również głosy dwojga narratorów: barytona Michała Partyki oraz sopranu Marceliny Román. Szczególnie przejmująco prezentowała ową dramatyczną opowieść właśnie ona, co spotkało się z wielkim uznaniem słuchaczy. Maestro Jacek Kaspszyk okazał się, tradycyjnie już, znakomitym  interpretatorem całości – tak przecież niełatwego utworu.

Koncert Raj II, Msza h-moll J. S. Bacha, Freiburger Baroqueorchester, 
fot. Joanna Stoga


Chciała dusza do Raju, czyli Msza h-moll 


Wiele sobie obiecywałam po koncercie prezentującym Mszę h-moll Johanna Sebastiana Bacha pod kierownictwem Marca Minkowskiego. Wielką Mszę bowiem pokochałam od pierwszego "słyszenia"  w wersji wydanej przez Harmonia Mundi w 1998 roku, w opracowaniu Philippe Herreweghe i z takimi solistami, jak Christoph Pregardien, Andreas Scholl, Peter Kooy... Pojechałam też do Lipska na Bachfest, by móc posłuchać tej wersji na żywo. Słyszałam wiele interpretacji tej genialnej kompozycji, ale ta jest dla mnie zawsze punktem odniesienia. Dodam, że dzięki powstaniu Narodowego Forum Muzyki mogłam ponownie posłuchać Mszy h-moll pod batutą mistrza Herreweghe, który – jak się wielokrotnie przekonałam – nie poprzestaje na jednym odczytaniu arcydzieła, choćby było ono bliskie ideałowi. Wiele też sobie obiecywałam po innym znakomitym interpretatorze muzyki dawnej – Marcu Minkowskim, który w kwietniu tego roku zaprezentował w NFM Pasję według świętego Jana.  Tym razem dyrygent jednak nie dopisał i zastąpił go Lionel Meunier – dyrygent i kierownik artystyczny Vox Lumnis, skądinąd zasłużony w wykonawstwie muzyki wokalnej XVI-XVIII wieku, który pojawił się wcześniej na 51. edycji Wratislavia Cantans. I też mnie wówczas nie zachwycił. Freiburger Barockorchester nie dość, że zagłuszała solistów, to jeszcze grała niespójnie. No, powiedzmy, że w drugiej części było nieco lepiej... Właściwie należałoby wyróżnić tylko brytyjskiego kontratenora Williama Sheltona w pięknej arii Agnus Dei, za co zebrał na koniec zasłużone gromkie brawa. Na resztę miłosiernie spuszczam zasłonę milczenia... Myślę, że obecność Marca Minkowskiego gwarantowała inny wydźwięk tego koncertu. Chciała dusza do Raju ... 😇

William Shelton, fot. Joanna Stoga

Zapomniani bogowie i ... niezapomniany John Eliot Gardiner


Sir Johna Eliota Gardinera miałam szczęście spotkać w tym roku w Lipsku podczas tegorocznego Bachfest, gdzie zaprezentował kantaty Johanna Sebastiana Bacha  
          Bez większej przesady można powiedzieć, że właśnie dla Gardinera i owych kantat pojechaliśmy do Lipska. I nie pożałowaliśmy tej decyzji! Maestro wystąpił z nowym zespołem The Constellation Choir & Orchestra, z którym niejako zaczyna swoją karierę od nowa, co już samo w sobie zasługuje na podziw i szacunek. Po tylu koncertach i serii wydanych "kantat pielgrzymkowych" sir Gardiner stał się prawdziwym autorytetem, jeśli chodzi o interpretację kantat Johanna Sebastiana Bacha. 

Sir John Eliot Gardiner z zespołem The Constallation Orchestra podczas koncertu kantat w Kościele Świętego Mikołaja w Lipsku, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
         We Wrocławiu koncertował wielokrotnie, ale tym razem po raz pierwszy pojawił się z Mendelssohnem i przyznam, że takiego Gardinera –  teatralnego – nie znałam. Program wypełniła Uwertura do "Snu nocy letniej". Pamiętam, jak w filmie dokumentalnym poświęconym dyrygentowi Gardiner opowiadał, że w dzieciństwie matka zachęcała go do zabawy w teatr i że to rozbudziło jego wyobraźnię, po raz pierwszy jednak mogliśmy znaleźć tego potwierdzenie w przypadku utworu nie będącego operą, po który to gatunek maestro sięgał również wielokrotnie. W przypadku Mendelssohna, który skomponował uwerturę do "Snu nocy letniej" Shakespeare`a jako utwór koncertowy, nie było to takie oczywiste. Sir John Eliot Gardiner nie obawia się jednak takich wyzwań. Wyczarował z uwertury wersję sceniczną, a śpiewaków zamienił w aktorów. Wszystko to oszczędnymi środkami, jak w czasach Shakespeare1a – za pomocą kostiumu i ruchu scenicznego. I tak daliśmy się uwieść owej teatralnej zabawie, która niepostrzeżenie sprawiła, że klasyczna filharmonia przemieniła się w teatr. 

Sir John Eliot Gardiner i  The Constallation Orchestra podczas koncertu "Zapomniani bogowie",
fot. Sławek Przerwa
Po przerwie zaś usłyszeliśmy (i zobaczyli!) kantatę Felixa Mendelssohna-Bartholdiego ""Die erste Walpurgisnacht", nawiązującą tym razem do innego tekstu literackiego – do "Fausta" J. W. Goethego, a ściślej: do "Nocy Walpurgii". Goethe podjął wątek duchowości przedchrześcijańskiej, polegającej m. in. na jedności pomiędzy człowiekiem a przyrodą. Jednak ten pogański raj wraz z jego zapomnianymi dziś bogami należy już do przeszłości.

Sir John Eliot Gardiner konsekwentnie zaprezentował kantatę w konwencji, na którą przystaliśmy w pierwszej części koncertu. Bazował głównie na solistach i nie zawiódł się. Natomiast jego nowa orkiestra brzmi jednak gorzej niż Monteverdi, z którą latami dochodził do tak znakomitego brzmienia. The Constellation Choir & Orchestra jest co najwyżej poprawna i nie ma cudów, aby było inaczej. Nie mniej Mistrz nadal pozostaje Mistrzem.

"Kain i Abel" Alessandro Scarlattiego, fot. Sławek Przerwa


Wygnanie z Raju, czyli Kain i Abel

     
      Na koniec – koncert, który wprost nawiązywać do tegorocznego motta festiwalu: oratorium Alessandra Scarlattiego: "Cain overo il primo omicidio – Kain, czyli pierwsze zabójstwo”. Jego treść nawiązuje do historii znanej z Księgi Rodzaju, ale znacznie ją rozbudowuje. Adam i Ewa ubolewają nad tym, czego się dopuścili i pragną, aby synowie: Kain i Abel uzyskali u Boga łaskę i przebaczenie poprzez złożenie ofiar. Targany uczuciem nienawiści i zazdrości Kain, pragnie pozbyć się brata, gdyż ten – harmonijny i dobry – stoi, jego zdaniem, na przeszkodzie temu, aby Kain był równie szczęśliwy i kochany przez Boga oraz przez ojca. Miotają nim także niepokój i lęk, choć stara się nie okazywać bratu swojej nienawiści, aby w ten sposób zmylić go i unicestwić na odludziu, w nadziei, że nikt tego nie zauważy. Zbrodni jednak ukryć się nie da. Bóg skazuje Kaina na wygnanie, a rodzice pozostają sami i rozpaczają. Utwór niesie jednak pociechę – słyszymy głos zmarłego Abla, a także obietnicę zbawienia, którą przyrzeka Bóg. Oratorium kończy duet Adama i Ewy, którzy śpiewają Contenti presenti, radując się obietnicą zbawienia przez Krew Chrystusa.

Kristina Hammarström jako Kain i Clemens Flick (dyrygent), fot. Sławek Przerwa
Miałam szczęście wysłuchać na żywo tego oratorium po raz wtóry. Pierwszy – podczas Misteria Paschalia w 2016 roku pod Rinaldo Alessandrinim, ze świetnymi solistami, m. in. Sonią Priną w roli Kaina i Robertą Invenizzi jako Ewą. Wiele sobie obiecywałam po interpretacji Rene Jacobsa, który miał poprowadzić koncert wrocławski, ale nie pojawił się we Wrocławiu. Mimo to jednak oratorium wykonano wspaniale. W zastępstwie Jacobsa poprowadził je Clemens Flick –  niemiecki dyrygent, klawesynista i pianista. Wspaniale zagrała Wrocławska Orkiestra Barokowa, która stała się obecnie zespołem chętnie zapraszanym na europejskie wielkie sceny. Nie zawiedli także soliści, a nade wszystko szwedzka mezzosopranistka Kristina Hammarström w roli Kaina i  Holenderka Olivia Vermeulen w roli Abla, również mezzosopran, ale o "jasnej" słodkiej barwie. Obie mające w swojej karierze znaczące role operowe (m. in. u Rene Jacobsa), nic zatem dziwnego, że wypadły śpiewająco 😁 W ogóle dobór głosów i ich współbrzmienie było interesujące. Do dwójki solistek dodałabym jeszcze wykonawcę roli Lucyfera – Attu Kataja, fińskiego barytona o niepokojącej, głębokiej barwie głosu. 
Oratorium zabrzmiało zatem znakomicie.

Od lewej: Robin Johannsen (sopran) jako Ewa i Olivia Vermeulen (mezzosopran)
jako Abel, fot. Sławek Przerwa

Raj (nie całkiem) utracony


Nie sposób zrelacjonować cały festiwal, starałam się jednak opisać koncerty, które zrobiły ma mnie szczególne wrażenie. Po ich wysłuchaniu doszłam do wniosku, że znak zapytania dodany do motta tegorocznego festiwalu rymuje się nie tylko z przesłaniem poematu "Raj utracony" Johna Miltona, który wprawdzie kończy się wygnaniem z raju, ale poeta podkreśla, że Opatrzność nie opuściła ludzi, ale pozostała dla nich przewodnikiem. 
Można by też metaforycznie powiedzieć, że muzyka wiodła nas w tym roku do raju i do ziemskiego piekła, zapraszała do Ogrodu i pokazywała, dlaczego zostaliśmy z tego Ogrodu wygnani. Czasami zaś była też Rajem, a raczej jego obietnicą, której mogliśmy doświadczać obcując z piękną muzyką i przekonując się, że Raj został nie całkiem utracony. Do Raju można powrócić będąc zbawionym, ale jakaś jego namiastka jest nam dana już teraz, między innymi dzięki muzyce.

poniedziałek, 19 marca 2018

51. Festiwal Wratislavia Cantans zakończony! /relacja z festiwalu/

“Pasją wg św. Mateusza” J.S. Bacha zakończyła się kolejna edycja wrocławskiego święta melomanów Wratislavia Cantans. Zapraszam do lektury pofestiwalowych wrażeń.

51. edycji festiwalu  przyświecało optymistyczne motto ”Europa Cantans” – jakby na przekór temu, co obserwujemy na co dzień, przez kilkanaście dni Wrocław (i wybrane miejscowości Dolnego Śląska) stał się muzycznym sercem Europy. Wystąpili znakomici artyści, począwszy od Andrzeja Boreyko – rosyjskiego dyrygenta o polskich korzeniach, który obecnie jest dyrygentem międzynarodowym, a kończąc na Angliku sir Johnie Eliocie Gardinerze, który wraz z English Baroque Solist, Monteverdi Choir i Chórem Chłopięcym NFM zaprezentował na festiwalu najwybitniejszy utwór niemieckiego kantora: ”Pasję według św. Mateusza”. Jeśli dodamy do tego innych wybitnych wykonawców: z Włoch (Alessandro De Marchi , G. Antonini z Il Giardino Harmonico, Giovanni Solima), Czech (Václav Luks Collegium 1704),  Francji (Pilippe  Jaroussky z Ensemble Artaserse), Belgii (Vox Luminis), Hiszpanii (Jordi Savall z zespołem), że nie wspomnę o wykonawcach polskich, związanych z NFM, a także liczną międzynarodową publiczność – to nie ulega wątpliwości, iż owa przewodnia myśl o Europie różnorodnej i  śpiewającej nie była jedynie pustym hasłem.

Wysłuchałam większości koncertów, ale przypomnę te, które na dłużej pozostały w pamięci.



Bach i jeszcze raz Bach



Wśród kompozytorów najczęściej prezentowanych na festiwalu był Johann Sebastian Bachi jego muzykalna rodzina. Wysłuchaliśmy dwóch Pasji: Janowej i Mateuszowej, kantaty ”Selig ist der Mann” oraz ”Jesu, meine Freunde”, ponadto zaś kompozycji jego przodków (dziadka Johanna, braci: Johanna Michaela i Johanna Christopha) oraz synów (Wilhelma Friedemanna i Carla Philippa Emanuela Bacha). Dzięki takiemu zestawieniu można było zobaczyć w Janie Sebastianie najdoskonalszego kontynuatora pewnej tradycji, a zarazem niedoścignionego geniusza, którego pozycji nie zagroził żaden inny kompozytor, nawet tak utalentowany i doceniony jak Carl Philipp Emanuel czy inni mistrzowie: J. Haydn, C. Ph. Telemann, także obecni w programie festiwalu.

Koncert `Dynastia Bachów`, Vox Luminis
Słuchając nieco monotonnych i niezbyt błyskotliwych interpretacji utworów rodziny Bachów podczas koncertu ”Dynastia Bachów – 150 lat tradycji motetowej”, w wykonaniu zespołu Vox Lumnis pod kierownictwem Lionela Meuniera – skądinąd zasłużonego w wykonawstwie muzyki wokalnej XVI-XVIII wieku, ciągle miałam w pamięci inny koncert, z niedawnego festiwalu Forum Musicum. Doświadczyłam wtedy prawdziwej wirtuozerii śpiewu podczas występu niemieckiego zespołu Vox Nostra. Belgowie się do nich po prostu nie umywali, ale… Ale kiedy w pewnym momencie usłyszałam znajome ”Jesu, meine Freunde” lipskiego Kantora, oddałam się delektowaniu tej pięknej muzyki. Brzmienie tego chorałowego motetu, jego harmonia i ozdobny muzyczny kształt dały również muzykom jakiś rodzaj natchnienia, toteż pointa tego koncertu przyćmiła wszystko inne.

Koncert Synowie i ojcowie, dyr. Giovanni Antonini, Lydia Teusher/fot. S. Przerwa
O ile występ zespołu Vox Nostra nie dał mi pełnej satysfakcji, o tyle przyniosło ją wykonanie utworów synów Johanna Sebastiana: Wilhelma Friedemanna i Carla Philippa Emanuela oraz samego Jana Sebastiana, a to za sprawą wirtuozowskiej gry zespołu Giovanniego Antoniniego – Il Guardino Armonico, w szczególności skrzypka Stefano Barneschiego, no i samego Maestro, znakomicie i z wielkim temperamentem prawdziwego pasjonata oraz sobie tylko właściwym humorem, grającego na flecie. Jednak i podczas tego wieczoru koncert zatytułowany ”Ojcowie i synowie” miał swoją kulminację w kantacie Jana Sebastiana Bacha ”Selig ist der Mann” (”Błogosławiony mąż”). Dialog duszy (sopran) z Jezusem (bas), w którym mowa o tęsknocie i cierpieniu, przemienionym pod wpływem pocieszenia w radość bliskiego spotkania, został przepięknie zaśpiewany przez Lydię Teuscher i Benoita Arnoulda. Szczególnie poruszające były arie sopranu – niezwykle liryczne, oddające wszystkie niuanse uczuć – od skargi i prośby, po radość. Mistrzyni!

The-English-Baroque-Solists-The-Monteverdi-Choir-Sir-John-Eliot-Gardiner
Podczas 51. Wratislavii Cantans mieliśmy również okazję do wysłuchania obu Pasji Jana Sebastiana. Najpierw podczas koncertu ”I Ty musisz cierpieć”, kiedy to Andreas Spering – niemiecki dyrygent i cymbalista, specjalizujący się w wykonawstwie muzyki dawnej, poprowadził solistów, Chór NFM oraz orkiestrę B`Rock , wykonując ”Pasję wg św. Jana” oraz towarzyszące jej współczesne utwory: ”L`Apocalipse Arabe” Samira Odeh-Tamimi oraz ”Thou Must Suffer” (proloque-epiloque) Annalies Van Parys. Eksperyment zderzenia wielkiego dzieła religijnego, który stworzył głęboko wierzący kompozytor, z utworami pełnymi pytań i zwątpienia, z obrazami rozpadającego się świata – nie był, jak sądzę – szczęśliwy. Po pierwsze dlatego, że przy takim arcydziele każdy utwór wypada blado, po drugie zaś dodatkowe utwory dowodziły, że współczesny świat, pozbawiony Boga, zmierza donikąd. W takim razie po co wykonywać Bacha, jeśli uważa się jego przesłanie za anachroniczne… Poza wszystkim samo wykonawstwo także nie było porywające. Nie było też odpowiedniej atmosfery. Pozostaje otwartym pytanie, czy utwory religijne, takie jak Pasje J.S. Bacha, nie należałoby jednak wykonywać w kościołach. Dotyczy to obu Pasji. Tak się składa, że przed laty, w 2005 roku, słuchałam Pasji Mateuszowej w Kościele św. Tomasza w Lipsku. Wykonywał ją sir John Eliot Gardiner z zespołem English Baroque Soloists. Śpiewali zupełnie inni soliści, a Ewangelistę – tenor może nie tak wybitny jak Mark Padmore: Christoph Genz. A jednak było to niepowtarzalne przeżycie i myślę, że sam fakt, iż oto znajdujemy się w miejscu szczególnym – w kościele, w którym pracował sam Jan Sebastian, było zarówno dla wykonawców, ja i dla słuchaczy niezmiernie ważne. Mimo upływu lat i wielu różnych wykonań, tę Pasję zachowałam w pamięci jako piękne przeżycie nie tylko muzyczne, ale i duchowe. Na wrocławskim koncercie, mimo obecności tego samego dyrygenta, już tak nie było.

A jeżeli nie Bach, to kto?


Spośród koncertów 51. Wratislavii nie mogę jeszcze nie wspomnieć o trzech co najmniej, były to bowiem wykonania wybitne. Dodam, że nie był to Bach. Potrafię docenić także innych kompozytorów, bo dzięki częstej obecności w Narodowym Forum Muzyki rozwinęłam swoje muzyczne horyzonty.


G. Antonini i Kammerorchester Basel, Dziewiąta Beethovena
Do wydarzeń tegorocznego festiwalu zaliczyłabym z pewnością znakomite wykonanie IX Symfonii Ludwiga van Beethovena. I znowu nie zawiódł Maestro Antonini, który poprowadził Chór NFM (znakomity!) oraz Kammerorchester Basel. Mogłoby się wydawać, że utwór słyszany wielokrotnie nikogo nie porwie i będzie po prostu kolejnym poprawnym wykonaniem, a jednak ten, kto tak sądził, miał okazję szczęśliwie się rozczarować. Maestro wydobył z Dziewiątej jej niezwykłą urodę i nietypową kompozycję – od dynamicznego, ”gniewnego” początku, poprzez nieco taneczną część drugą, łagodną trzecią – do wspaniałego, porywającego finału, w którym dźwięki muzyki, potężny chór i pojedyncze ludzkie głosy splatają się ze sobą, zmierzając do apogeum. I jakie tempo, co za ekspresja! Owacja na stojąco wskazywała, że wszyscy zostali ”porwani lotem”.

Philippe Jaroussky  i Ensemble Artaserse, koncert `W królestwie Miłości i Duszy`
Cały amfiteatr porwał także występ francuskiego kontratenora Philippe`a Jaroussky`ego. Artyście towarzyszył Enseble Artaserse, z którym współpracuje od 2002 roku i który specjalizuje się w muzyce barokowej. Pod szyldem ”W królestwie Miłości i Duszy” muzycy zaprezentowali rozmaitych kompozytorów włoskich XVII wieku, m.in. Francesco Cavalli, Louigi Rossi, Claudio Monteverdiego. Jaroussky zdobył festiwalową publiczność przebojem, sam wyglądał na zaskoczonego, gdy zrobiono mu dziką owację. Bisował bodaj trzykrotnie. Zdecydowanie blado wypadł na początku – jego głos niknął ”przygnieciony” muzyką instrumentalną. Zdecydowanie najlepszy był w utworach lirycznych – to zawsze była jego mocna strona. ”Lament Orfeusza” Louigi Rossiego czy arie z opery  ”Ormindo” Cavallego były prawdziwie piękne: liryczne i dramatyczne zarazem. Wspaniały był także towarzyszący mu na cytrze Marco Horwat – prawdziwy wirtuoz i także gwiazda tego wieczoru. Koncert, mimo słabszych momentów, był ze wszech miar udany. Myślę, że po takim przyjęciu Jaroussky, który do pierwszej w nocy podpisywał po koncercie swoje płyty, wkrótce znowu nas odwiedzi, skoro ma tutaj tylu entuzjastycznych fanów.

V. Luks z zespołem podczas Wratislavia Cantans
Na koniec nie mogę nie wspomnieć występu znakomitego zespołu Václava Luksa Collegium Vocale 1704 i orkiestry barokowej Collegium 1704. W programie wieczoru znalazły się kompozycje Claudio Monteverdiego (m.in. Dixit Dominus, Beatus Vir, Gloria in excelsis Deo) oraz Missa Salsburgensis Heinricha Ignaza von Bibera. Po występie tego zespołu w 2014 roku, dzięki któremu odkryłam niezwykłe piękno kompozycji czeskiego Bacha – Jana Dismasa Zelenki, spodziewałam się czegoś równie znakomitego. I nie zawiodłam się. Kompozycje Monteverdiego zabrzmiały pięknie! Szczególnie pozostały w pamięci psalmy, w których pojedyncze głosy przeplatają się z partiami chóru i muzyką instrumentalną. Najpiękniej brzmiały podwójne soprany, z partią skrzypiec. Ale równie wspaniale zabrzmiał chór sześciu sopranów w „Nieszporach…”.

Msza Salsburska” Bibera - bardzo podniosła i patetyczna. Luks umieścił parzyście swoich trębaczy oraz kotły na balkonach, co sprawiło, że muzyka zabrzmiała tak, jak była prawdopodobnie wykonywana w czasach kompozytora. W pamięci pozostanie nietypowy, charakterystyczny dla Bibera końcowy ”Benedictus” oraz ”Agnus Dei”…


V. Luks z zespołem Collegium Vocale 1704

Tegoroczny festiwal Wratislavia Cantans trwał dłużej niż zazwyczaj, a to za sprawą Europejskiej stolicy Kultury i zgromadził ogromną publiczność. Bez wątpienia nadal się pięknie rozwija pod dyrekcją Giovanniego Antoniego.


John Eliot Gardiner przemawia przed NFM/fot. B. Lekarczyk-Cisek
Na koniec warto wspomnieć, iż przed Narodowym Forum Muzyki została wmurowana tablica, poświęcona sir Johnowi Eliotowi Gardinerowi. Przyjmując ten dar, Maestro żartobliwie wspomniał o problemach z aprowizacją podczas swojej pierwszej wizyty w Polsce (podobno w restauracji serwowano wówczas tylko świńskie nóżki, zachwalając je jako danie typowo polskie), o tym, że jego prababka była wrocławianką, a także w jakich okolicznościach stał się dysponentem portretu Jana Sebastiana Bacha, przywiezionego do Anglii z Dolnego Śląska. 


fot. Łukasz Rajchert

czwartek, 11 września 2025

60. Wratislavia Cantans: "Zapomniani bogowie", czyli F. Mendelssohn Bartholdy w interpretacji sir Johna Eliota Gardinera /zapowiedź/

12 września o 19.00 –  w ramach festiwalu Wratislavia Cantans –  sir John Eliot Gardiner wraz z nowym zespołem The Constellation Choir & Orchestra zaprezentuje utwory Felixa Mendelssohna Bartholdy’ego.

Uwertura do Snu nocy letniej powstała w sierpniu 1826 roku, kiedy jej autor liczył sobie zaledwie siedemnaście lat. Ze względu na mistrzostwo w opanowaniu orkiestry, inwencję melodyczną, indywidualizm i sugestywne oddanie nastroju komedii Williama Szekspira bardzo często przytacza się tytuł tego dzieła jako dowód geniuszu jego twórcy. Komentatorzy zwracali szczególną uwagę na fragmenty, które określano mianem „muzyki elfów”, czyli na odcinki utrzymane w cichej dynamice, szybkim tempie i drobnych wartościach rytmicznych, dające wrażenie roziskrzenia i rozbiegania. Zrazu Uwertura funkcjonowała jako cieszący się dużym powodzeniem samodzielny utwór koncertowy, a kompozytor nie miał zamiaru uzupełniać jej w żaden sposób. Jednak w 1842 roku król pruski Fryderyk Wilhelm IV zamówił u niego muzykę do całej sztuki. W rezultacie powstało trzynaście ogniw – niektóre przeznaczone są na orkiestrę, w innych pojawia się też chór i dwa żeńskie głosy solowe. Zdecydowanie największą popularnością cieszy się Marsz weselny. Wielka kariera tego utworu rozpoczęła się w 1858 roku, kiedy brytyjska królowa Wiktoria podjęła decyzję, aby wykonać go w czasie ślubu swojej najstarszej córki, także Wiktorii, z księciem Friedrichem Hohenzollernem, późniejszym cesarzem Niemiec Fryderykiem III.

Również kantata Die erste Walpurgisnacht zainspirowana została przez dzieło literackie. Był nim poemat Johanna Wolfganga Goethego, którego młody Mendelssohn znał i z którym przyjaźnił się, pomimo różnicy wieku wynoszącej sześć dekad. Rzeczony liryk powstał jeszcze przed narodzinami kompozytora. Poeta dwukrotnie próbował namówić na umuzycznienie tego tekstu swojego przyjaciela  Carla Friedricha Zeltera, jednak z tych starań nic nie wyszło. Poematem zainteresował się za to Mendelssohn, który stworzył pierwszą wersję kantaty w 1831 roku (ostateczny kształt przybrała w 1840 roku). Składa się ona z dziesięciu ogniw i przeznaczona jest na orkiestrę, chór mieszany i kwartet solistów. Tytuł tego barwnego i efektownego dzieła odnosi się do pogańskiego germańskiego święta – nocy zmarłych lub złych duchów. Powszechnie kojarzyło się ją z sabatem czarownic, odbywającym się w nocy z 30 kwietnia na 1 maja na górze Brocken, najwyższym szczycie gór Harzu. Do głosu dochodziły wówczas ciemne siły i starożytne upiory – na ziemię powracali zapomniani bogowie.

Program:

Felix Mendelssohn Bartholdy Uwertura do "Snu nocy letniej" op. 21; Sen nocy letniej op. 61 – muzyka do sztuki
***
Felix Mendelssohn Bartholdy Die erste Walpurgisnacht – kantata op. 60

Wykonawcy:

John Eliot Gardiner – dyrygent
Sam Cobb, Rebecca Hardwick – soprany 
Iris Korfker – alt 
Graham Neal, Jonathan Hanley – tenory 
Alex Ashworth, Jack Comerford – basy 
The Constellation Choir & Orchestra

czas trwania: 120 minut
Lokalizacja:
NFM, Sala Główna ORLEN
plac Wolności 1, Wrocław

informacja prasowa

czwartek, 12 października 2017

Krystian Adam Krzeszowiak: Kocham to, co robię /wywiad/

Mój drugi wywiad z Krystianem Adamem przeprowadziłam w 2013 roku, podczas jego wizyty we Wrocławiu na Wratislavia Cantans. Ukazał się na portalu Kulturaonline.

Krystian Adam Krzeszowiak, fot. ze strony artysty

Barbara Lekarczyk-Cisek: Zaśpiewał Pan po raz wtóry na festiwalu Wratislavia Cantans. Poprzednio wykonał Pan arię z wczesnego utworu J.S. Bacha, kantatę „Z głębokości…”, pod batutą Giovanni Antoniniego. W tym roku zaśpiewał Pan kompozycję Zelenki. Z tego, co mi wiadomo, poznał Pan Maestro Antoniniego już wcześniej…

Krystian Adam Krzeszowiak: Tak, z Giovannim Antoninim zetknąłem się na festiwalu w Insbruku, gdzie wystąpiłem w operze Vivaldiego ”Ottone in villa”. Było to dla mnie wówczas wielkie wydarzenie. Antonini i jego zespół Il Giardino Armonico są dla mnie do tej pory niedościgłym wzorem wykonawstwa muzyki barokowej. Później śpiewałem pod jego batutą Bacha, Händla… Jeździliśmy z tym programem po całej Europie i w końcu zaśpiewałem Bacha we Wrocławiu.

Proszę nam wobec tego zdradzić, jak się pracuje z Antoninim?

Początkowo wydawał mi się bardzo zdystansowany i miałem wrażenie, że nie dopuszcza zbyt blisko do siebie ludzi. Zwracałem się więc do niego z wielkim szacunkiem: ”Maestro”. Aż któregoś dnia, gdy wykonywałem arię z ”Il trionfo del Tempo” Händla, powiedział do mnie z bardzo poważną miną, że moja interpretacja nie jest dobra. Struchlałem i poczułem się już zwolniony. A wtedy Antonini zaczął się śmiać i zrozumiałem, że żartuje, abym nie czuł się tak spięty. Od tej pory traktuję go jak przyjaciela. Poza tym świetnie się z nim pracuje. To jest dyrygent, który wie, czego chce i jak to osiągnąć. Świetny muzyk, znakomity dyrygent – po prostu geniusz!

A jak wyglądają próby? Czy Antonini sugeruje pewne interpretacje, czy raczej akceptuje to, co proponuje wykonawca?

Na początku zawsze słucha, co mam do powiedzenia i albo się z tym zgadza, albo niekoniecznie. Robi jednak uwagi w sposób delikatny, sugerując raczej inną interpretację, niż ją narzucając. Nie jest typem dyktatora. Wie wprawdzie, czego oczekuje, ale pozwala też innym współtworzyć. Sądzę, że dobry dyrygent potrafi dostrzec, co jest mocną stroną śpiewaka czy muzyka i wykorzystać to. Jeżeli ktoś ma piękne legato, to nie przyśpiesza tempa, lecz próbuje je pokazać.

Miał Pan także okazję współpracować z czeskim dyrygentem Václavem Luksem, który zaprezentował na tegorocznym festiwalu Wratislavia Cantans dwie kompozycje Jana Dismasa Zelenki.

Krystian Adam (po prawej), koncert pod dyr. Václava Luksa, 2013 r.
Po raz pierwszy śpiewałem kompozycję Zelenki z Václavem w Pradze w 2013 roku. Była to ”Melodrama de Sancto Wenceslao”, dzięki której odkryłem geniusz tego kompozytora. Václav to kolejny dyrygent, z którym świetnie się czuję i porozumiewam. Jest bardzo słowiański. I jest pracoholikiem. Kiedy z nim pracowałem, był na każdej próbie, od rana do wieczora. A kiedy skończył się tydzień, zaproponował… próbę w niedzielę. Udałem entuzjazm. Później okazało się, że próba w warunkach domowych była wspaniałą przygodą i dała mi dużo energii. Zupełnie nie czułem zmęczenia, podobnie jak pozostali śpiewacy.

To jest możliwe chyba tylko wówczas, gdy się coś kocha…

Tak, to prawda. Nie traktuję tego jako żmudnej pracy, choć bywa, że jest to ciężki kawałek chleba. Najczęściej jednak nie czuję, żebym pracował, bo naprawdę kocham to, co robię.

Mimo ukończonych studiów w Polsce i we Włoszech, ciągle Pan pracuje nad swoim głosem. Sądzę też, że współpracując z wybitnymi dyrygentami i śpiewając różnorodny repertuar rozwija Pan ciągle swoje możliwości.

Rzeczywiście, miałem szczęście współpracować z najwybitniejszymi. Ze zmarłym niedawno Claudio Abbado miałem zaśpiewać niewielki utwór, a ostatecznie wykonałem wszystkie partie tenorowe w „Dixit Dominus” Pergolesiego. Przez wiele lat pracowałem w Lugano z Diego Fasolisem, który jest nie tylko tytanem pracy i dyrygentem, ale także wspaniałym… malarzem, artystą wielostronnie uzdolnionym. Współpracowałem również  z Fabio Biondi przy “Philemon und Baucis” Haydna oraz z Janem Adamusem i Capella Cracoviensis.

Ostatnio występowałem z sir Eliotem Gardinerem  w “Vespers of 1610” C. Monteverdiego w Cambridge, Barcelonie i na festiwalu w Salsburgu. Gardiner jest szalenie sympatyczny prywatnie, ale jednocześnie bardzo wymagający w pracy. Próby do Monteverdiego trwały po siedem godzin dziennie i pewne partie ćwiczono wielokrotnie. Później Gardiner zaproponował mi przesłuchanie do ”Orfeusza” Monteverdiego. Przygotowywałem się intensywnie przez miesiąc. Kiedy po przesłuchaniu wsiadłem ledwo żywy do samolotu, marząc tylko o tym, aby nieco odpocząć, ktoś dotknął mego ramienia. Okazało się, że był to Maestro, który oznajmił mi, że nad jedną z arii muszę jeszcze popracować, ale reszta jest dobra. I tak zostałem Orfeuszem. Ostatnim wielkim śpiewakiem, który wykonywał tę rolę, był zmarły przed kilku laty Anthony Rolfe Johnson…
Zanim jednak wyjadę na turnee z Eliotem Gardinerem Stanów, ruszam do Covent Garden w Londynie, gdzie zaśpiewam “Idomeneo” Mozarta pod batutą Marka Minkowskiego.

Wspaniałe plany! A jak postrzega Pan Wratislavia Cantans z punktu widzenia człowieka, który śpiewa na wielkich scenach całego świata?

Jeszcze niedawno wiele osób nie znało tego festiwalu. Od pewnego czasu jednak chętnie tu przyjeżdżają. I to wielkie nazwiska! Festiwal jest świetnie przygotowany. Jestem pełen uznania dla dyrektora Andrzeja Kosendiaka i dla obecnego dyrektora artystycznego – Giovanniego Antoniniego.

Dziękuję za rozmowę i – mam nadzieję – do zobaczenia na kolejnym, jubileuszowym festiwalu Wratislavia Cantans.



Krystian Krzeszowiak (ps. artystyczny Krystian Adam)
Urodzony w Jaworze, ukończył Akademię Muzyczną we Wrocławiu, w klasie prof. Bogdana
Makala. Studiował w Conservatorio „G. Verdi” w Mediolanie u prof. Rity Orlandi-Malaspiny oraz w Accademia Internazionale della Musica di Milano. Zadebiutował w partii Almavivy w „Cyruliku Sewilskim“ Rossiniego w Gliwickim Teatrze Muzycznym.
Występował w Teatro alla Scala w Mediolanie, Teatro La Fenice w Wenecji, Arena di Verona
Teatro Filarmonico w Weronie, Teatro Carlo Felice w Genui, Teatro Olimpico w Vicency, Teatro  G. Verdi w Pizie, Accademia Nazionale di Santa Cecilia w Rzymie, a także w Paryżu, Londynie, Stanach Zjednoczonych i Chinach.

Gala Baletowa na otwarcie nowego sezonu artystycznego w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej

Gale baletowe to stały punkt repertuaru teatrów na całym świecie. W Teatrze Wielkim - Operze Narodowej będzie to jednocześnie otwarcie sezon...

Popularne posty