Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Swinarski, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Swinarski, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty

środa, 5 sierpnia 2026

Piotr Tomaszuk – cicerone teatralnych podróży /wywiad/

„W teatrze najpiękniejsze jest to, że czasem zabiera nas w podróż z takim cicerone, bez którego nigdy byśmy sami tej podróży nie odbyli. A ponadto nie miałaby ona takiego charakteru”. Rozmawiam z Piotrem Tomaszukiem – reżyserem i dramaturgiem teatralnym, scenarzystą, współzałożycielem działającego już 35 lat unikalnego autorskiego Teatru Wierszalin w Supraślu, wielokrotnie nagradzanym w Polsce i na świecie.

Piotr Tomaszuk, fot. Magdalena Rybij

Barbara Lekarczyk-Cisek: Podziwiam Pańskie dokonania od dawna, nigdy jednak nie miałam okazji porozmawiać o Pańskim niezwykłym teatrze. Uznałam, że jest teraz dobra do tego okazja: Teatr Wierszalin świętuje w tym roku 35-lecie istnienia, Pana zaś uhonorowano tytułem doktora honoris causa Uniwersytetu w Białymstoku. Wszystko to skłania do rozmaitych refleksji, przede wszystkim nad tym, jak te lata poświęcone intensywnej pracy nad spektaklami wpłynęły na Pańskie postrzeganie teatru i życia. Bo w Pańskim przypadku są to sfery nierozłączne…

Piotr Tomaszuk: Teatrem zacząłem się interesować ponad pięćdziesiąt lat temu. W czasach mojej młodości, chłonnej i kształtującej, miałem okazję zetknąć się w Teatrze Dramatycznym im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku z interesującymi reżyserami, począwszy od Jerzego Zegalskiego, a skończywszy na Andrzeju Witkowskim czy Wojciechu Pisarku. To była ekipa, która przyjechała do Białegostoku w latach 70. I realizowała ambitny repertuar. Działał też znakomity Białostocki Teatr Lalek, który prowadził od końca lat 60. Krzysztof Rau i gdzie ciekawe przedstawienia reżyserował również Jan Wilkowski. Wtedy właśnie zaczęła się moja fascynacja teatrem, dzięki której zdecydowałem się na studia na Wydziale Wiedzy o Teatrze w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie. Erudycję zawdzięczam znakomitym wykładowcom, począwszy od prof. Zbigniewa Raszewskiego, poprzez Stefana Mellera, Martę Fik, Zbigniewa Wilskiego, Andrzeja Wanata, po Jerzego Koeniga i Aleksandrę Okopień-Sławińską. To byli wspaniali pedagodzy, którzy potrafili rozżarzyć moją fascynację teatrem w sposób sensowny i wzbogacający. Cała moja młodość była fascynacją teatrem kogoś, kto ogląda i opisuje, ale potem zacząłem się nim zajmować praktycznie. Zdałem egzaminy na reżyserię teatru lalek w Białymstoku i właściwie jej nie ukończyłem, bo wcześniej zacząłem reżyserować. W tamtym czasie klasyka miała jeszcze mocną pozycję i był to okres, który nie pozwalał zwątpić w teatr. A 35 lat tworzenia teatru na scenie zmienił mój ogląd: zacząłem patrzeć na teatr od środka, a to zupełnie co innego. 

Różnic jest wiele, ale na szczęście początek z końcem się spotykają: ciągle uważam, że teatr jest czymś fascynującym – oddałem mu całe swoje życie. 

Zanim znalazł się Pan w teatrze i pojął, że jest to dziedzina sztuki, w której najpełniej się odnajduje, to „na początku było słowo”. Pan nie tylko adaptuje teksty, które potem stają się osobistymi wypowiedziami, ale również sam pisze, czego przykładem może być „Traktat o manekinach” Bruno Schulza. Chciałabym zapytać o Pańskie inspiracje literackie. Co sprawia, że przemawia do Pana taki, a nie inny tekst?

Inspiracje są bardzo różne. Do Mickiewicza doszedłem bardzo późno. Na początku swojej działalności reżyserskiej nie śmiałem po niego sięgnąć – uważałem, że jest to literatura, do której nie dorosłem. I chyba dobrze się stało. Mickiewicza warto tworzyć z aktorami na scenie wówczas, kiedy człowiek pozbył się tych ambicji, które każą mu myśleć, że wie więcej niż autor. Bardzo wielu młodych reżyserów wychodzi z tego właśnie założenia. Próbują więc autora zmienić i niejako „przerobić pod siebie”. Powstają dzieła często nawet interesujące formalnie, ale nie przyczyniają się do zrozumienia tekstu. A ja jestem jednak wychowany w tradycji reżyserii interpretującej. Sztuka interpretacji jest jedną z podstawowych umiejętności reżyserskich, ale ta umiejętność obecnie zanika. Pojawiła się za to tendencja do narzucania autorom myśli zupełnie im obcych, aberracyjnych w stosunku do nich. Rodzaj lektury, by tak rzec, skromnej i ostrożnej wypadł z mody. Tymczasem po Mickiewicza warto sięgnąć, gdy człowiek się pozbył tych nadmiernych ambicji osobistych i szuka prawdy w autorze.

Inspiracje literackie były dla mnie zawsze punktem wyjścia, bo teatr jest domem literatury. Nie wierzę w teatr, który powstaje z pominięciem tekstu. Oczywiście, teatr może sięgać po takie środki wyrazu, upodobnić się do pantomimy czy do moving theatre, gdzie ważny jest głównie wyraźny i plastyczny ruch, ale wszystko, co dotyczy literatury, znika przygniecione tą wizją. Taki teatr nigdy mnie nie pociągał. Uważałem go zawsze za miejsce, gdzie literatura obleka się w ciało. I fascynujące jest, że teatr pozwala zmaterializować to, co na poziomie tekstu jest tylko „marą bladą”, jakby powiedział Mickiewicz. Zawsze fascynowało mnie odkrywanie tego backgroundu, który drzemie w dobrym tekście dramatycznym napisanym przez Ibsena czy Czechowa. Wszędzie tam są pewne okoliczności i elementy rzeczywistości obiektywnej otaczającej bohaterów. I ta rzeczywistość musi zaistnieć, aby tekst miał sens. Odkrywanie świata, który stoi za słowami, zawsze mi się szalenie podobało jako działalność poniekąd detektywistyczna. Kiedy wraz z aktorami zaczynamy się zastanawiać, co jest podstawą takiego, a nie innego zdania, takiej, a nie innej uwagi odautorskiej zawartej w didaskaliach. To praca analityczna, pozwalająca zrekonstruować wizję autora. Ten rodzaj reżyserii zawsze był mi bliski. Oczywiście, nie rezygnowałem też z wymogu wyrazistości formalnej. Teatr Wierszalin od początku różnił się od innych także tym, że myśmy zawsze wykorzystywali fizyczność aktora, wprowadzając m. in. doświadczenia i metodę ćwiczeń Jerzego Grotowskiego czy też po prostu dbając o pewną wyrazistość, którą do teatru polskiego wprowadził swoimi spektaklami Tadeusz Kantor. Podzielam założenie kantorowskie, że teatr opracowuje zasady istnienia sam dla siebie, na rzecz jednego przedstawienia i że ten świat od początku do końca jest spójny albo rozlatuje się w odbiorze widza i nie zostaje z niego nic. Pierwsze przedstawienia Kantora zobaczyłem będąc na studiach w Warszawie i od tego momentu wiedziałem, że to jest dla mnie niedościgły wzór. Natomiast przedstawień Grotowskiego nie widziałem na żywo. Jednak dużo na ten temat czytałem i sam praktykowałem wiele ćwiczeń, które Grotowski i jemu podobni proponowali aktorom. Myślę, że ten rodzaj treningu aktorskiego dał mi bardzo dużo w sensie rozumienia tego, o co chodzi na scenie i czego potrzebuje aktor, aby wiarygodnie zaistnieć. 

Miałam szczęście zobaczyć wszystkie przedstawienia Tadeusza Kantora w ramach Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych, odbywającego się przez wiele lat w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Spektakle Cricot 2 były zachwycające i niepowtarzalne, niepodobne do żadnych innych i bardzo poruszające, np. „Wielopole, Wielopole”… Natomiast Grotowskiego widziałam na żywo kilkakrotnie „Apocalypsis cum figuris” i było to także szczególne doświadczenie. Kantor jednak poruszał mnie bardziej, zarówno podejmowanymi tematami, jak i formą.


Z perspektywy czasu uważam, że Kantor był artystą znacznie istotniejszym dla polskiego teatru niż Grotowski, który był przede wszystkim bardzo interesującym eksperymentatorem poszukującym środków wyrazu aktorskiego. Jeśli jednak chodzi o całościową wizję i dzieło teatralne, sądzę, że Kantor go przewyższa. 

Do tych niewątpliwie wybitnych artystów teatru dodałabym jeszcze Jerzego Grzegorzewskiego, którego przedstawienia miałam okazję oglądać  w z końcem lat 70. podczas jego pracy we wrocławskim Teatrze Polskim, m.in. niezwykle piękny poetycki „Sen nocy letniej” Szekspira i inspirującą inscenizację opowiadania Tadeusza Różewicza: „Śmierć w starych dekoracjach”, dzięki której przekonałam się, że nie istnieją tzw. dzieła niesceniczne. Od tamtej pory w Grzegorzewskim widziałam również wizjonera teatru.

W tamtym czasie Grzegorzewski wydawał mi się reżyserem bardzo hermetycznym i właściwie unikałem jego przedstawień. Miałem do niego „pretensję”, że za bardzo skupia się na sobie i niszczy materię tekstu. Ale po latach chyba zmieniłbym swoją ocenę. Z wiekiem uświadomiłem sobie, że Grzegorzewski był reżyserem bardzo indywidualnym, osobnym, a w związku z tym autorzy, po których sięgał, zyskiwali jakiś odrębny znaczeniowy odcień. Ten rodzaj zanurzenia w literaturze, który cechował Grzegorzewskiego, jest mi obecnie coraz bliższy. To jest rodzaj „błądzenia” po tekstach i wewnątrz tekstu zgodnie ze swoimi przeczuciami, marzeniami, wizjami. Grzegorzewski przeniósł potem do Teatru Narodowego w Warszawie ten rodzaj opowiadania własnego świata wyobraźni, który uruchamia się na styku indywidualności i wielkiej literatury. To jest właśnie najciekawsze w teatrze, kiedy możemy podążać za autorem, ale mając takiego przewodnika, jak interesujący reżyser. W teatrze najpiękniejsze jest to, że czasem zabiera nas w podróż taki cicerone, bez którego nigdy byśmy sami tej podróży nie odbyli. A ponadto nie miałaby ona takiego charakteru, gdybyśmy podróżowali sami. 

Rafał Gąsowski w spektaklu Piotra Tomaszuka: "Bóg Niżyński"
fot. Bartek Siejwa
W moim odczuciu Pan także jest takim cicerone, dzięki któremu przeżyłam pasjonujące teatralne przygody i dotyczy to wszystkich bez wyjątku spektakli, które mogłam obejrzeć na żywo. Dla mnie ważne jest, że swoim teatrem dotyka Pan spraw istotnych. Od dłuższego czasu tkwię po uszy w prozie Sandora Marai`ego, o którym można by powiedzieć (on sam to zresztą tak określał), że w swoich powieściach i dziennikach dotykał spraw fundamentalnych: badał mianowicie ludzką duszę, ale także dusze poszczególnych narodów: Francuzów, Niemców… Pan poprzez teatr robi w gruncie rzeczy coś podobnego, bada duszę człowieka poddanego ekstremalnym doświadczeniom. Taką tendencję dostrzegłam w „Bogu Niżyńskim”, „Reportażu o końcu świata” czy w „Traktacie o manekinach”. A człowiekiem nie można zajmować się w sposób płaski, pozbawiony sfery transcendencji, tajemnicy… 

Rzeczywistość, którą pokazujemy widzom, musi być bogata, a jej bogactwo zależy od tego, jak głęboko sami jesteśmy w stanie zrozumieć rzeczywistość. Człowieka łatwo jest sprowadzić do jednego wymiaru, ale cała sztuka polega na tym, aby przy pomocy wehikułu, jakim jest teatr, ukazywała całe bogactwo człowieka, jego wielowymiarowość. Ważny jest także wybór tematów. „Reportaż o końcu świata” adaptowałem właśnie dlatego, że wydawał mi się bogaty wewnętrznie. Temat poruszony przez Włodzimierza Pawluczuka w jego książce był wielokrotnie podejmowany przez różnych autorów. Tadeusz Słobodzianek napisał aż trzy sztuki poświęcone sekcie grzybowskiej, której przewodził prorok Ilja, ale żadna z tych sztuk nie jest bogata i do pięt nie dorasta książce Pawluczuka. Ludzie, którzy zaludniają świat dramatów Słobodzianka, są prymitywni, jednowymiarowi w taki sposób, jak on sam rozumie człowieka. Ja natomiast zawsze wolałem zakładać istnienie w człowieku jakiejś tajemnicy, która ujawnia się, gdy bohater nie jest tylko poważny, ale potrafi być czasem śmieszny, ma swoje małości, ale one nie przeszkadzają temu, aby mógł istnieć także w swoich wielkościach. Może nie jest to tak widoczne w przedstawieniach mickiewiczowskich, bo tam człowiek funkcjonuje w zupełnie innej perspektywie.

Ale u Szekspira także współistnieją te dwie rzeczywistości…

Tak, u Szekspira to jest. W wielkiej literaturze dramatycznej zawsze jest to podejrzenie wielkości człowieka.

Czy temat szaleństwa w spektaklu „Bóg Niżyński” nie służy także odsłonięciu tajemnicy człowieka? Tam z kolei punktem wyjścia stał się dziennik słynnego tancerza.

Inspiracją była dla mnie sama postać Niżyńskiego, ale także jego dziennik, który ukazał się w języku polskim, bez cenzury, na początku lat 2000. Dla mnie to było olśnienie, bo zrozumiałem, że ten zapis, będący na pozór dokumentem, jest z drugiej strony rodzajem pułapki. Traktując tekst jako coś, czemu mielibyśmy uwierzyć do końca, zrobilibyśmy krzywdę jego autorowi. Widziałem w Łodzi realistyczne przedstawienie Kamila Maćkowiaka na podstawie „Dziennika” Wacława Niżyńskiego i zobaczyłem klęskę tego aktora. Zrozumiałem wtedy, że muszę to zrobić inaczej, niż adaptując sam tekst. Dochodzenie do świadomości, jak uczynić bohatera prawdziwie pojemnym w teatrze, było procesem, który najlepiej zaowocował „Bogiem Niżyńskim” i „Ofiarą Wilgefortis”. Spektakle te są najlepszym przykładem na to, że to, co jest pierwowzorem, pozwala zbudować tę głębię w odbiorze widza, której ja sam bym oczekiwał. Nigdy nie zadawalałem się powierzchowną, najłatwiej dostępną warstewką. Sam tytuł „Bóg Niżyński” pokazuje z jednej strony skalę wzniosłości, a z drugiej – skalę upadku. To jest najlepszy przykład na to, czego oczekuję od swoich bohaterów. Muszą streścić także kawałek naszego życia – nas samych. Niżyński był z jednej strony bożyszczem tysięcy, z drugiej – został skazany na dobrą lub złą wolę swoich opiekunów, kiedy popadł w obłęd. Sens teatru polega m. in. na przypomnieniu takich ludzi, pokazaniu ich wielkości i upadku. Ku przestrodze, do przemyślenia, wejścia w samych siebie. Pokazujemy w naszym teatrze historię, która jest ciekawsza i bogatsza niż świat na zewnątrz, bardziej symboliczna, otwierająca. 
Wspaniałym tego przykładem są przedstawienia mickiewiczowskie, bo jego słowa – te światy, które otwiera przed nami swoją poezją, są oczyszczające – to prawdziwa katharsis. W teatrze zawsze poszukiwałem takiego oddziaływania. Wzruszenie było dla mnie podstawą relacji z widzem. Widz, którego nie udało mi się wzruszyć, był dla mnie stracony przez mój nieumiejętny wysiłek.

Teatr to nie tylko reżyser, ale także aktorzy, którzy go współtworzą. Czy zrobiłby Pan „Boga Niżyńskiego” bez tak utalentowanego aktora jak Rafał Gąsowski?

Oczywiście, że nie! Całe to myślenie o bohaterze wynikało też stąd, że moim aktorem i przyjacielem zarazem jest wspaniały artysta Rafał Gąsowski, który był w stanie udźwignąć tę postać, m. in. dlatego, że nie jest tancerzem. Gdyby, jak Maćkowiak, miał za sobą szkołę baletową, być może ta cała praca by nam nie wyszła. Myśmy poszli w kierunku dramatu człowieka, który nie jest już w stanie tańczyć, a jednak buduje „taneczną mszę”. Rozwijaliśmy tę postać w rozmowach, pokazywałem Rafałowi napisane wcześniej fragmenty scenariusza, bo było dla mnie istotne, czy odnajduje się w tych tekstach. „Bóg Niżyński” jest pisany dwoma językami: językiem dokumentu, a także językiem poematu. Dialogi mają charakter utworu poetyckiego. To, że mogłem konfrontować swój tekst z wykonawcą, było szalenie ważne. 

Rafał Gąsowski w spektaklu Piotra Tomaszuka: "Bóg Niżyński",
fot. Bartek Siejwa
Czy tego rodzaju praca z aktorem jest w Pana wypadku regułą?

Nie zawsze, bo nie każdy artysta jest gotowy na taką współpracę. Jeśli wyczuwam w aktorze coś w rodzaju wulkanu, który nie musi dymić, ale jest, to tak z nim pracuję. Często jednak mamy do czynienia z artystami, którzy tylko udają, że coś się w nich gotuje, ale kiedy dochodzi do konieczności pokazania emocji czy zbudowania relacji, to się okazuje, że w środku mają wystygłą lawę i nic z tego nie wynika. Nie ma gotowości stawania się. W przypadku aktorów, a także reżyserów, najbardziej twórcza jest gotowość do zdrady samego siebie, porzucenia wszystkiego, co się wie. Jeżeli w aktorze nie ma gotowości, żeby spróbować od początku, wejść w coś, co pociąga, a czego jeszcze nie zna, bo można w teatrze dowiedzieć się czegoś o sobie samym, to taki aktor jest jak wypalona świeca. Często używam takiego porównania, że jeśli reżyser jest jak słońce, to aktor musi być jak księżyc – odbić światło słoneczne i świecić tam, gdzie słońce nie dosięga. To odbite światło jest często jeszcze wzmacniane przez aktora. Ta zdolność soczewkowania, przez osobowość aktora skumulowana, zwielokrotniona – to jest w aktorze najcenniejsze. Do tego trzeba gotowości, słuchania, setek godzin rozmów, a także rozeznania samego siebie, swoich pragnień, oczekiwań… Jeżeli tego nie ma, to nie ma współpracy ani twórczości. Jeśli jednak udaje się zgrać potencjał aktora z potencjałem reżysera,  jest szansa na prawdziwy wielki teatr. 

Przywiódł mi Pan na myśl Konrada Swinarskiego, który taki właśnie teatr uprawiał i przebywał stale ze swoimi aktorami, aby ich lepiej poznać.

Tak, to jest dobry przykład na to, że ten rodzaj bliskości, nieustannego dialogu, który prowadził Swinarski ze swoimi aktorami, są drogą do prawdziwego teatru. Gdyby tego nie było, nie byłoby też Teatru Starego. Teatr rodzi się z przecięcia osobowości reżysera, który jest pierwszym widzem i który bierze odpowiedzialność za całość. 

Piotr Tomaszuk w "Dziadach" we własnej reżyserii,
fot. Magdalena Rybij
Pan przekroczył jednak tę barierę, w „Dziadach” zaczął Pan także grać...

Chciałem po prostu spróbować tej sfery teatru, która była wyzwaniem, ale bałem się tam wkroczyć. Kierowała mną ciekawość, ale także śmiałość wynikająca z tego, że Guślarz, który jest reżyserem obrzędu, jest w moim przypadku wiarygodny. Bardzo dobrze wspominam ten moment, bo dzięki temu zrozumiałem do końca, czego potrzebuje aktor w teatrze. Myślę, że dzięki temu doświadczeniu więcej się dowiedziałem o aktorstwie wchodząc na scenę, niż reżyserując aktorów przez kilkadziesiąt lat. W każdym razie już nie próbuję dorównać Gąsowskiemu, co najwyżej mogę mu udatnie partnerować, kiedy potrzebuje jakiegoś starszego kolegi (śmiech). 

Nawiązując do etymologii nazwy Teatru Wierszalin, mogę wprost powiedzieć, że osiągnęliście szczyty tego, co można zdobyć w teatrze, realizując przez lata znakomite spektakle, doceniane nie tylko w Polsce, ale i na świecie, o czym świadczą liczne znaczące nagrody. Jak Pan sobie radzi z tyloma sukcesami?
 
Odpowiem na to trochę przewrotnie: ja mam na ten temat wiedzę wynikającą z długiego zawodowego życia. Wkraczam w ostatni etap ze świadomością tego, co mi się udało zrobić. Otóż ten sukces, który przychodzi z jednym przedstawieniem, potem z drugim, trzecim, jest jak cukier – uzależnia. Ten rodzaj uzależnienia od sukcesu, chęć powtórzenia go, doznania tych samych emocji, tej słodyczy – jest oczywiście przemożny. Powstaje pytanie, jak go powtórzyć, jak przebiec sto metrów szybciej. Problem polega na tym, że coraz szybciej się nie da. W pewnym momencie człowiek orientuje się, że szybciej już było i teraz jest coraz wolniej. Jak sobie z tym poradzić? Ja znalazłem taką receptę: od kilku lat sięgamy po przedstawienia, które już zaistniały na naszej scenie i były wielkimi wydarzeniami. W ubiegłym roku wróciłem do „Turlajgroszka”, w tym – do „Ofiary Wilgefortis” i mam zamiar robić to nadal. Można by nieco żartobliwie powiedzieć, że jest to lista przebojów Teatru Wierszalin, przedstawień, które chciałbym zawsze mieć w naszym teatrze. „Reportaż o końcu świata”, „Bóg Niżyński”, „Turlajgroszek”, „Ofiara Wilgefortis”, „Święty Edyp”, „Dziady”… Okazuje się, że jest to taki zbiór tytułów, które podobały się ludziom 25-30 lat temu i nadal bardzo się podobają, mimo że widownia się zmieniła. Mam do Teatru Wierszalin taki sam stosunek jak do zespołu rockowego: jak się już zaśpiewało kiedyś przebój stulecia, to warto go nadal mieć w repertuarze i wykonywać. Póki starczy życia. To nie byłoby możliwe w tradycyjnym teatrze repertuarowym, ale my w naszym Królestwie Wierszalin możemy sobie na ten luksus pozwolić. Dzięki temu nasze hity będą wiecznie żywe. I to jest, myślę, odpowiedź na pytanie, jak być na fali. Nie obawiałem się sprawdzić, czy to, co zrobiłem kiedyś wartościowego, zachowało coś ważnego do dziś. Polecałbym również innym reżyserom ten rodzaj wędrówki ku własnym nieprzemijającym hitom, bo zamiast robić, pardon, nowe shity, lepiej sięgnąć po stare hity.

Bardzo Panu dziękuję za interesującą refleksję dotyczącą teatru, pracy z aktorem, a także za poradę, jak sobie radzić z sukcesem. Życzę kolejnych pięknych powrotów do zrealizowanych w przeszłości przedstawień. Mam nadzieję, że będzie mi jeszcze dane uczestniczyć w prezentacji hitów Teatru Wierszalin.



Piotr Tomaszuk
urodził się 17 czerwca 1961 roku w Białymstoku. Jest reżyserem teatralnym, dramatopisarzem i scenarzystą, założycielem oraz dyrektorem Teatru Wierszalin w Supraślu.

Ukończył Wydział Wiedzy o Teatrze w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie (1984) oraz reżyserię teatru lalek w Białymstoku. Swoją karierę rozpoczął w 1986 roku w Białostockim Teatrze Lalek spektaklem "O medyku Feliksie". Kolejny spektakl, "Turlajgroszek", przyniósł mu ogólnopolskie uznanie i doprowadził do założenia w 1991 roku — wspólnie z Tadeuszem Słobodziankiem — istniejącego do dziś Teatru Wierszalin w Supraślu.

Prowadzony przez Tomaszuka teatr stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych i uznanych polskich teatrów alternatywnych, zdobywając trzykrotnie nagrodę Fringe First na Festiwalu w Edynburgu za spektakle: "Turlajgroszek" (1993), "Merlin" (1994) oraz "Medyk" (1997). Tomaszuk wypracował unikalny styl, łączący wybitne aktorstwo z perfekcyjnym wykorzystaniem lalek oraz form plastycznych. Przez polską krytykę Teatr Wierszalin uznawany jest za kontynuatora tradycji Teatru Reduta Juliusza Osterwy, Teatru Laboratorium Jerzego Grotowskiego oraz Teatru Cricot 2 Tadeusza Kantora.

Tomaszuk jest laureatem licznych nagród, w tym Nagrody im. Konrada Swinarskiego (1993), Nagrody im. Leona Schillera (1995) oraz Srebrnego (2006) i Złotego Medalu „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2023). Za swoją działalność został również odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2023).

Do najważniejszych spektakli autorskich należą: "Turlajgroszek", "Głup", "Ofiara Wilgefortis", "Święty Edyp", "Bóg Niżyński", "Wierszalin. Reportaż o końcu świata" oraz komedia "Wziołowstąpienie". Do najważniejszych realizacji innych autorów należą: "Merlin" Tadeusza Słobodzianka, "Klątwa" oraz "Wyzwolenie" Stanisława Wyspiańskiego, a także inscenizacje tekstów Adama Mickiewicza: "Dziady", "Ballady i romanse", "Liryki lozańskie".

Teatr Wierszalin w swojej historii występował kilkakrotnie w Tokio (Japonia), Stanach Zjednoczonych, Indiach, Meksyku oraz w większości krajów europejskich, w tym na Wystawie Światowej w Hanowerze (Niemcy) w 2000 roku.
(biogram ze strony internetowej Teatru Wierszalin)



wtorek, 26 września 2023

Nowości wydawnicze Instytutu Grotowskiego – spotkania z Józefem Kelerą i Marią Shevtsovą

Nowy sezon Instytut im. Jerzego Grotowskiego otwiera nie tylko premierami teatralnymi, ale i premierami wydawniczymi. W październiku ukażą się aż dwie publikacje: drugi tom „Krótkiej historii teatru w Europie” Józefa Kelery oraz „Stanisławski na nowo” Marii Shevtsovej. Obydwie pozycje zostaną zaprezentowane podczas spotkań autorskich 11 i 23 października 2023.

Już 11 października odbędzie się spotkanie z prof. Józefem Kelerą poświęcone długo wyczekiwanemu drugiemu tomowi „Krótkiej historii teatru w Europie”. Bogato ilustrowana publikacja Instytutu Grotowskiego i Wydawnictwa Uniwersytetu Wrocławskiego stanowi kompendium wiedzy na temat teatru europejskiego ze szczególnym uwzględnieniem teatru polskiego. Otwiera ją rozdział poświęcony Wielkiej Reformie Teatru, a zamyka rozdział na temat polskiego teatru lat osiemdziesiątych XX wieku. Józef Kelera opisuje najważniejsze zjawiska, tendencje oraz zespoły teatralne, m.in. niemiecki naturalizm, francuski symbolizm, rosyjską awangardę czy MChAT. Krytyk teatralny i literacki, historyk teatru i literatury, tłumacz, emerytowany profesor Uniwersytetu Wrocławskiego i Akademii Sztuk Teatralnych Filii we Wrocławiu, z perspektywy świadka omawia twórczość takich reżyserów jak: Peter Brook, Giorgio Strehler, Peter Schumann, Henryk Tomaszewski, Tadeusz Kantor, Jerzy Grotowski, Konrad Swinarski czy Jerzy Jarocki. 

Tytuł stanowi 36 tom serii Dramat – Teatr. Spotkanie poprowadzi redaktor serii – prof. Janusz Degler.

Jozef Kelera, Janusz Degler, fot Tobiasz Papuczys

23 października gościem Instytutu będzie prof. Maria Shevtsova, autorka książki „Stanisławski na nowo”. W swym kompleksowym studium wybitna znawczyni teatru rosyjskiego odkrywa na nowo mało znane aspekty nowatorskiego teatru Konstantina Stanisławskiego i jego ścisłe zespolenie ze sztukami wizualnymi, tańcem i operą. Prezentując rosyjskie źródła archiwalne, zapisy prób, partytury i szkice, rzuca nowe światło na niezwykłe życie Stanisławskiego. Jak pisze w przedmowie Tomasz Kubikowski (współtłumacz książki wraz z Edytą Kubikowską i redaktor wydania polskiego) autorka „odrzuca zwały wiedzy pozornej, pochopnych sądów, wynikających z uprzedzeń czy nieświadomości; […] rzuca trochę światła na te strony życia i dorobku Konstantina Siergiejewicza, które do tej pory z różnych przyczyn zostawiano w cieniu – i o niczym nie przesądza; raczej pokazuje, jak wiele jeszcze nie wiemy”.  

Maria Shevtsova jest uznaną na świecie badaczką teatru i pedagogiem, emerytowaną profesorką londyńskiego Goldsmiths College. Autorka wielu książek i ponad 150 artykułów publikowanych w czasopismach i pracach zbiorowych.

Maria Shevtsova, ze zbiorow prywatnych

Obydwa spotkania odbędą się o godz. 18.00 w Czytelni im. Ludwika Flaszena. Wstęp wolny, ale z uwagi na ograniczoną liczbę miejsc, wymagana jest rezerwacja bezpłatnej wejściówki: www.bilety.grotowski-institute.pl/.

Działalność wydawnicza Instytutu Grotowskiego skupia się na tematach związanych z poszukiwaniami kulturowymi i teatralnymi, obejmując dokumentowanie i interpretowanie dokonań twórczych Jerzego Grotowskiego i Teatru Laboratorium. Wśród autorów znaleźć można zarówno praktyków, aktorów i reżyserów, jak i badaczy teatru z Polski i zagranicy. Od 2005 roku nakładem Ośrodka i Instytutu ukazało się ponad czterdzieści tytułów.

informacja prasowa

piątek, 2 września 2022

Aldona Struzik: Najważniejsza jest wyobraźnia /wywiad/

"Właściwie wszystko, co nam się przydarza i czego się nauczymy w życiu, może się okazać przydatne w pracy nad rolą" –  z okazji jubileuszu 35-lecia pracy artystycznej rozmawiam z Aldoną Struzik, popularną wrocławską aktorką Teatru Polskiego. Artystka opowiada o swoich mistrzach, pracy nad rolą, o zamiłowaniu i pasji, a także o trudach zawodu aktora.

Aldona Struzik, fot. z archiwum aktorki

Barbara Lekarczyk-Cisek: Jubileusz 35-lecia pracy artystycznej to dobry moment na to, aby poddać refleksji swoje doświadczenia i przeżycia związane z zagranymi rolami, spotkanymi ludźmi, którzy wpłynęli na ich kształt, a niekiedy również na nas samych. Jest to wreszcie dobry czas na to, aby sobie odpowiedzieć na pytanie, czy wybór zawodu aktora okazał się trafny i jak za jego sprawą potoczyło się życie… W ogóle pasjonuje mnie fenomen tego zawodu, który Pani z takim powodzeniem i entuzjazmem uprawia od tylu lat. Czy marzyła Pani w dzieciństwie, aby zostać aktorką?

Aldona Struzik: Sądzę że tak!… Podobnie jak wiele innych małych dziewczynek.  Powiem więcej. Kiedy byłam w pierwszej klasie szkoły podstawowej, na pytanie: „Kim chcesz zostać w przyszłości”, odpowiedziałam, że – właśnie! – aktorką. Ale tak naprawdę nie wszystko na tej mojej drodze było takie oczywiste jak wówczas, kiedy byłam mała. To marzenie, nawet jeśli kiedyś zakiełkowało we mnie, to jednak zrealizowało się przede wszystkim dzięki niezwykle ciekawym i nietuzinkowym ludziom, których w życiu spotykałam. Najpierw byli to rodzice, którzy wiedząc, że jestem śpiewającą, tańczącą i pełną pomysłów dziewczynką, postanowili zapisać mnie do szkoły muzycznej w moim rodzinnym mieście Namysłowie. Miałam jednocześnie wielkie szczęście spotkać panią Wiolettę Trelińską – polonistkę i moją wychowawczynię, która zachęciła mnie do aktywności w ramach koła teatralnego, tanecznego i folklorystycznego. Jakby tego było mało, śpiewałam także w chórze  i grałam w szkolnej kapeli. Występów zatem było co niemiara! To wszystko miało ogromny wpływ na rozwój mojej wyobraźni.                                                                                                     

A tę bez wątpienia miałam, skoro w szóstej czy może siódmej klasie napisałam opowiadanie pt. „Moja przyszła rodzina”. Wygrało ono pierwszą nagrodę w ogólnopolskim konkursie, czytano je w radio, drukowano nawet w prasie. Niedługo potem wygrałam kolejny konkurs, tym razem „Świata Młodych”, w którym nagrodą był rejs żaglowcem  „Zawiszą Czarnym”. Proszę sobie wyobrazić trójkę nagrodzonych 13-latków w gronie marynarzy i to przez całe pięć dni! Teraz patrzę na to z wielkim rozrzewnieniem, choć wtedy było to niezłe wyzwanie i momentami nawet się trochę bałam, choć za żadne skarby świata bym się do tej „duszy na ramieniu” nie przyznała. Wszystkie te i wiele innych zdarzeń z mojego dziecięcego życia uważam za wspaniałe przygody, które uruchamiały moją wyobraźnię i kształtowały charakter. A kto wie, czy właśnie wyobraźnia nie jest najważniejszym bodźcem w życiu każdego z nas.

Aldona Struzik, fot. Mariusz Olszewski

Przypomina to czas, kiedy będąc dziećmi, bawimy się stwarzając różne światy, nie z doświadczeń, bo tych niewiele wówczas mamy, ale właśnie z wyobraźni. Aktor, podobnie jak poeta, zachowuje ten rodzaj fantazjowania, które ma dziecko, prawda? Jednak nie wszystkie dzieci wyrastają na artystów. Nie wszystkie zostają poetami albo aktorami. Jak to się stało, że Pani jednak się to udało?

 Oczywiście, że nie wszystko w moim dorosłym życiu przebiegało tak jak  to sobie w dzieciństwie wyobrażałam.  Ale przecież pewne życiowe sukcesy, a zwłaszcza trudności, które mogą nas budować, a gdy są przepracowane, mogą stać się źródłem przemyśleń wzbogacających naszą wyobraźnię, a co za tym idzie – pozwalają głębiej pojmować i konstruować postaci, które gramy. Właściwie wszystko, co nam się przydarza i czego się nauczymy w życiu, może się okazać przydatne w pracy nad rolą.                Ale wracając do Pani pytania o to, jak zostałam aktorką. Droga do tej decyzji była długa i raczej nieoczywista. Najpierw, kiedy zdałam egzaminy do PSM II stopnia w Opolu, sądziłam, że zostanę nauczycielką muzyki. Jednocześnie decyzja o wyborze tej szkoły oznaczała dość wczesne oderwanie od rodzicielskiego domu i zamieszkanie w internacie (Bursie Szkół Artystycznych), a co za tym idzie – nowe  doświadczenia, które ukształtowały moje poczucie odpowiedzialności. Dla mnie był to bardzo trudny czas z powodu tęsknoty za domem. Poza tym uczęszczałam jednocześnie do dwóch szkół średnich i właśnie w Liceum Ogólnokształcącym znowu miałam szczęście trafić na kogoś niezwykłego, kogo Opatrzność postawiła na mojej drodze. Andrzej Pałosz – poeta, polonista, który nie był wprawdzie moim nauczycielem, ale zwrócił uwagę na moje zdolności recytatorskie i starał się uświadomić mi, co znaczy rzemiosło w tym zawodzie. Sądzę, że w zawodzie artystycznym  wyobraźnia jest czymś niezbywalnym, a uruchomiona, podparta solidną pracą i olbrzymim poświęceniem, czyni z rzemieślnika artystę. Ale do tego potrzeba jeszcze odrobiny szczęścia.

Pani miała szczęście, bo dostała się do szkoły teatralnej już za pierwszym razem.

Tak! Udało mi się to, co dla mnie samej było niezwykłym zaskoczeniem. Oczywiście, rok przed egzaminami byłam pełna obaw. Niezbyt często miałam okazję bywać w teatrach, po trosze dlatego, że uczęszczałam jednocześnie na wszystkie zajęcia w dwóch szkołach dziennych, a do tego angażowałam się w wiele przedsięwzięć poza nimi, choćby w wolontariat (działałam m. in. na rzecz niewidomych). Wolnego czasu niewiele mi pozostawało, ale wszystkie te doświadczenia ubogacały moją osobowość i moje myślenie o świecie. A pewne umiejętności (gra na pianinie, poczucie rytmu, taniec ) bardzo się w  naszym zawodzie przydały.  Teraz, po latach, przypuszczam, że dostałam się do PWST za pierwszym razem dlatego, że byłam niezbyt świadoma tego, jak trudny do pokonania był ten próg i że to moja świeżość i dziecięcość spodobała się komisji, bo była po prostu nieudawana. Nikt mnie do egzaminów nie przygotowywał, sama wybrałam teksty i zdecydowałam o ich interpretacji. Była to również niespodzianka dla moich rodziców.  Ukrywałam fakt, że zdaję do szkoły teatralnej. Kiedy prawda wyszła na jaw, mama była bardzo zadowolona i dumna, a mój tata był tym mocno zaniepokojony, choć i w jego oczach widziałam radość. Szczęśliwie okazało się, że dość szybko się w tym nowym świecie odnalazłam. A mając już wcześniej ogrom zajęć,  byłam przygotowana na wielką ilość obowiązków i samodzielną pracę, która jest charakterystyczną cechą uczelni artystycznej. Bardzo dobrze wspominam te lata, choć czasami nie była to „bułka z masłem”. Musiałam wiele zmienić w swoim myśleniu, bo byłam tzw. „grzeczną dziewczynką” i nie potrafiłam jeszcze spontanicznie otwierać się na różne wyzwania stawiane przede mną przez profesorów. Ale pokonałam wszelkie trudności i studia ukończyłam z bardzo dobrymi dyplomami. Sadzę, że duża w tym zasługa moich profesorów z Wydziału Aktorskiego PWST, bo wykładowców miałam rzeczywiście wspaniałych. 

Aldona Struzik (Anna) z Bolesławem Abartem w spektaklu "Panny z Acheronu"
w reż. G. Sobocińskiego, źródło: Wrocławski Teatr Współczesny

Wspominam z wielką sympatią i wdzięcznością mojego dziekana Igora Przegrodzkiego, Jadwigę Skupnik- Kurowską, Igę Mayr – cudownych, niezwykłych ludzi, którzy zawsze we mnie wierzyli, a także w sposób szczególny – wspaniałego Bogusia Kierca od scen klasycznych, nie tylko aktora, ale także poetę. Zwłaszcza, że sama po latach zostałam wykładowczynią wiersza i kocham to robić! Pierwszą moją panią profesor tego przedmiotu była śp. Majka Zbyszewska – aktorka Teatru Współczesnego. Odeszła przedwcześnie, ale noszę Ją w sercu do dziś… Jej też zawdzięczam swoją pierwszą rolę teatralną – debiut w „Pannach z Acheronu” Joe Alexa w reż. Grzegorza Sobocińskiego, gdzie zagrałam Annę, córkę Ministra, w którego rolę wcielił się Bolesław Abart.

Przyznam, że byłam zdumiona, gdy przygotowując się do wywiadu zobaczyłam, że zagrała Pani już jako młoda dziewczyna tyle ról i to tak znaczących, jak choćby Irinę Wsiewołodownę w „Szewcach” Witkacego czy Sonię Marmieładową w „Zbrodni i karze”, że nie wspomnę o kultowym „Sztukmistrzu z Lublina|” w reżyserii Jana Szurmieja… Jak u Hitchcocka – zaczęło się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rosło… Irina jakoś mi nie pasuje do Pani emploi, więc to były interesujące wyzwania.

Miło, że Pani tak patrzy na moją pracę zawodową! Rzeczywiście, już na studiach dostawałam od reżyserów różne ciekawe propozycje, Zaczęłam przecież grać we Wrocławskim Teatrze Współczesnym będąc na drugim roku. Na studiach dostajemy bardzo duże i wymagające role, jak wspomniana  przez panią Irina u profesora A. Makowieckiego czy wcześniej – Stella w spektaklu „Przy drzwiach zamkniętych” Sartre`a.  Ale schody zaczynają się dopiero w zawodowym teatrze. Role, które mi powierzano, były różnego kalibru: większe, mniejsze, ale zawsze podchodziłam do nich z takim samym zapałem. Mam na swoim koncie Nagrodę dla Młodego Aktora z 1997 roku (do dziś wisi w moim domu dzieło Geta-Stankiewicza, które otrzymałam w dowód uznania). Otrzymałam też nagrodę za najciekawszy epizod teatralny – rolę Ekspedientki w „Leworęcznej kobiecie” P. Handke`go, wyreżyserowanej przez Monikę Pęcikiewicz, co dowodzi, że nawet najmniejszą dobrze zagraną rolą można widzowi zapaść w pamięć.

Jako Ekspedientka w spektaklu "Leworęczna kobieta"
w reż. Moniki Pęcikiewicz, 3 lutego 2001, fot. Anna Łoś, źródło: Instytut Teatralny
Aby jednak tak się stało,  trzeba intensywnie pracować, kształcić technikę aktorską i wzbogacać swoją wyobraźnię. Wiele zawdzięczam współpracy z wielkimi reżyserami i aktorami, jakich miałam szansę spotkać na swojej drodze. Dość wspomnieć takie nazwiska, jak: Krystian Lupa, Jerzy Jarocki, Andrzej Wajda, Maciej Englert, Maciej Wojtyszko, Kazimierz Kutz, Krzysztof Babicki, Jan Klata, Krzysztof Zaleski, Mikołaj Grabowski czy Jan Szurmiej, w którego spektaklach gram do dziś. Po raz pierwszy spotkaliśmy się podczas pracy nad wspomnianym przez Panią  „Sztukmistrzem z Lublina” – moim drugim dyplomem na PWST.

Doskonale pamiętam to znakomite przedstawienie i przypuszczam, że bycie jego częścią musiało być dla Pani wielkim przeżyciem formacyjnym dla młodej aktorki…

Tak! To było takie przeżycie...  Bycie częścią zespołu, tworzenie wspólnie czegoś wyjątkowego i to przez wiele lat z rzędu...Czuliśmy się teatralną rodziną. Tak to pamiętam. W dodatku graliśmy to przedstawienie z wielkimi sukcesami, jeżdżąc po wielu festiwalach, również zagranicznych.  Udział w tym spektaklu przywodzi mi na myśl pewne zdarzenie, tak charakterystyczne dla tamtych doświadczeń. Otóż, ze względu na moją ciążę i przejście do Teatru Polskiego rolę Halinki przejęła po mnie koleżanka Marzena Obernkorn. Zatem ostatnie, tzw. „zielone przedstawienie”, oglądałam z widowni. Jednak w przerwie spektaklu, kierowana emocjami, poprosiłam koleżankę i reżysera żeby pozwolili mi zagrać w drugim akcie. Przekonałam ich chyba swoją desperacją (śmiech). Nie obyło się bez wzruszeń i radości, bo koledzy na scenie byli ogromnie zaskoczeni tą sytuacją. Fajnie, że Marzenka się zgodziła wymienić kostiumem, a na samym końcu wyszłyśmy obie, tworząc krąg kobiet zakochanych w Jaszy. Zostaliśmy nagrodzeni wspaniałymi brawami, a ja byłam szczęśliwa, że znowu jestem w tym świecie, bo dla mnie był to świat początków mojej drogi w zawodzie aktora. Przyznaję, że trafiłam  w tym teatrze na świetnych kolegów i serdecznego dyrektora, jakim był dla mnie Jan Prochyra, którego bardzo szanowałam i który otaczał mnie swoją wręcz ojcowską opieką. Tak to czułam. W tym miejscu nadmienię, że jeżdżąc po Polsce ze „Sztukmistrzem...” odmówiłam (ze względu na sprawy życiowe i rodzinne) angażu Zbigniewowi Zapasiewiczowi – dyrektorowi  Teatru Dramatycznego w Warszawie! A Janek Prochyra do końca swojego życia nie mógł mi wybaczyć tej mojej decyzji (śmiech). Kto wie? Być może to jakaś moja utracona szansa...

"Sztukmistrz z Lublina" w reż. Jana Szurmieja, Aldona Struzik w białej sukience pośrodku,
źródło: Instytut Teatralny
Uczyłam się tego zawodu nie tylko wychodząc na scenę, ale także oglądając spektakle, w których nie grałam (mieszkałam wówczas w służbowym mieszkaniu w teatrze). Wyznam, że do dziś chętnie chodzę do różnych teatrów, aby zobaczyć, co grają moi koledzy, jak się rozwijają i w jakim kierunku są prowadzeni przez reżyserów.

Bardzo wiele zależy od reżysera i jego pomysłów inscenizacyjnych. Miałam szczęście oglądać znakomite przedstawienia Jerzego Grzegorzewskiego, m. in. niezwykle piękną plastycznie „Nie-Boską komedię”, a także „Śmierć w starych dekoracjach”. To ostatnie przedstawienie uświadomiło mi, że nie ma sztuk "niescenicznych", bo to, co zrobił Grzegorzewski z przestrzenią teatralną, jak prowadził aktorów – było genialne! Pamiętam Erwina Nowiaszaka przebranego w kobiecy strój i śpiewającego altem na trzecim balkonie – był kwintesencją sztuczności, z którą reżyser w taki sposób rozprawił się w swoim przedstawieniu. To był prawdziwy mistrz, który wyczarowywał teatralne światy bardzo sugestywnie, a zarazem mówił o sprawach istotnych dla każdego. Pani się z nim wprawdzie nie zetknęła, ale spotkała na swojej drodze wielu twórczych i inspirujących reżyserów.

Tak jak Pani powiedziała, nie spotkałam się osobiście z Jerzym Grzegorzewskim w mojej pracy zawodowej, ale pamiętam jeszcze Jego przedstawienia ze wspaniałymi aktorami, jak: Jadwiga Skupnik,  Igor Przegrodzki, Andrzej Mrozek, Piotr Kurowski czy Erwin Nowiaszak. Znakomite spektakle! Zresztą nie bez powodu od 2005 roku nasza duża scena przy ul. Gabrieli Zapolskiej  nosi imię Jerzego Grzegorzewskiego.  Niemal całe swoje zawodowe życie przepracowałam w Teatrze Polskim we Wrocławiu i tu właśnie miałam przyjemność zagrać u takich reżyserów – inscenizatorów „niezwykłych światów”, jak np. Krystian Lupa czy Jerzy Jarocki. To były niezapomniane spotkania! Ale chłonęłam również wiele od aktorów i reżyserów w innych miejscach, choćby przy realizacjach Teatrów TV,  podczas pracy z Kazimierzem Kutzem, Laco Adamikiem czy Krzysztofem Babickim.

Zanim to jednak nastąpiło, zagrała Pani kilka ról w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu – w interesujących przedstawieniach, u boku znanych reżyserów, m. in. w „Kotce na rozgrzanym od słońca blaszanym dachu”  – słynnej sztuce Tennessee Williamsa, w reżyserii Janusza Kijowskiego czy  w „Zbrodni i karze” Fiodora Dostojewskiego w reż. Krzysztofa Rościszewskiego.

Aldona Struzik jako Sonia w spektaklu "Zbrodnia i kara"
w reż. Krzysztofa Rościszewskiego, źródło: Wrocławski Teatr Współczesny
W tym pierwszym przedstawieniu miałam akurat dosyć proste dla mnie zadanie aktorskie. Polegało na przerywaniu poważnych, niemal filozoficznych dysput, zabawami dziecięcymi i innymi szalonymi działaniami. W zamyśle reżysera tej swoistej psychodramy nasze role (grałam w parze z Elą Golińską) miały stworzyć kontrapunkt do psychologicznej akcji sztuki. Wiele się tam nauczyłam, obserwując reżysera i kolegów. Patrząc z perspektywy lat, bardzo dobrze pracowało mi się w Teatrze Współczesnym. Wspaniale się tam czułam i szybko się  zaadaptowałam, a co więcej – już  na IV roku dostałam angaż, mimo że nie miałam jeszcze magisterium. Dlatego też obchodzę jubileusz 35-lecia pracy właśnie w tym roku. Do Teatru Polskiego zaś przeszłam na prośbę dyrektora Jacka Wekslera i od razu zagrałam Checcę w przedstawieniu „Awantura w Chioggi” C. Goldoniego  w reżyserii 
Macieja Wojtyszki, a wkrótce potem – Dianę w „Ani z Zielonego Wzgórza”, w reż. Jana Szurmieja.

Wróćmy jednak do roli Soni w „Zbrodni i karze”, którą powierzył Pani Krzysztof Rościszewski – niezwykła szansa dla młodej aktorki…

To była wymarzona rola i odnalazłam się w niej od samego początku. Cieszyłam się, że jestem blisko widza, bo graliśmy w niekonwencjonalnym układzie sceny – na planie krzyża, a pomiędzy jego ramionami siedzieli widzowie. Bywało, że dostrzegałam, jak reagowali. Czasem nawet ktoś płakał. Uskrzydlało mnie to, że jesteśmy w stanie wzbudzić w widzach takie emocje. Przyznam też, że praca nad tą rolą na wielu płaszczyznach była niełatwa, choć niezwykle fascynująca. Odrobinę trudności, ale i wiele wartości wnosili do mojej interpretacji roli Soni również partnerzy  – dwaj dublujący się koledzy, grający rolę Raskolnikowa. Trzeba mieć świadomość, że sceniczny partner może mocno pomóc lub utrudnić budowanie postaci.  Moim zdaniem, udało mi się znaleźć w sobie tę Sonię, która potrafiła pokochać Raskolnikowa bezwarunkowo i zrobić dla niego wszystko. Ta postać przez długi czas była ze mną. I to właśnie uwielbiam. Tak! Najpiękniejsza w tym zawodzie jest możliwość bycia w danej roli kimś innym, niż jesteśmy na co dzień.

To jakby się żyło wielokrotnie…

Tak, to prawda. I to jest jedna z wielu rzeczy, która tak bardzo fascynuje mnie w tej profesji.                    Przypomina mi się rola Rozalii z „Damy z jednorożcem” H. Brocha w reżyserii Krystiana Lupy. Postać tragiczna kobiety poniewieranej, zgwałconej, pełnej lęków, której budowanie nie należało do najłatwiejszych. Praca nad tą rolą wymagała głębokiego skupienia i wejścia w najtajniejsze zakamarki ludzkiej duszy. Myślę, ze dzięki Krystianowi Lupie, jego wrażliwości i przenikliwości w pracy z aktorem, osiągnęłam grając tę postać coś nieuchwytnego, co dostrzegali widzowie.

A jakie jeszcze trudności nastręcza praca nad rolą?

O! Jest ich wiele. Na przykład – tekst.  Często widzowie pytają nas: „Jak mogli państwo nauczyć się tak dużej ilości tekstu?”. Tymczasem pamięciowe opanowanie tekstu, nawet obszernego, nie jest problemem. Istotne jest natomiast, aby go w sobie poczuć – niejako przełożyć go na własne myślenie i emocje. Przy czym środki wyrazu powinny być adekwatne do roli, nie przesadne ani nazbyt dosłowne. O problemach współpracy z aktorami już trochę powiedziałam. A im większa ilość kolegów  na scenie, tym te trudności się multiplikują. Co więcej: kostiumy, muzyka, choreografia, ruch sceniczny, piosenki – czyli składowe części spektaklu mają także ogromny wpływ na konstruowanie postaci, którą gramy. Mogą zarówno wspomagać, jak i utrudniać tworzenie roli. Ostatecznie teatr to przede wszystkim aktor i widz! Już od premiery widz ma ogromny wpływ na to, jak spektakl jest przez nas grany w danym dniu. Swoimi reakcjami wymusza na nas niejako trochę inny sposób interpretacji. Najlepiej widać to w komedii, gdzie śmiech widowni potrafi nieprawdopodobnie ponieść aktora, podczas gdy brak reakcji zmusza go do większego skupienia i zupełnie innej gry. Pandemia uświadomiła nam z całą wyrazistością, jak bardzo ważną częścią spektaklu jest widz i jego energia.

Sądzę, że dotyczy to także koncertu, literatury… Wiesław Myśliwski twierdzi, że dopiero czytelnik współtworzy jego powieść i każdy robi to w inny sposób, ponieważ ludzie są niepowtarzalni. A zawód aktora jest szczególną profesją.

Każdy zawód ma swoje szczególne potrzeby. Zawód aktora wymaga specyficznego rodzaju poświęcenia, zabiera nam dużą część naszego życia, także prywatnego. Bywa okupiony dużymi wyrzeczeniami, bo choć zdarzają się w nim piękne chwile, to jednak trzeba za nie płacić jakąś cenę. Ktoś, kto nie jest aktorem, raczej tego nie zrozumie. Czasem statyści, gdy sami doświadczają nawet tak błahych niedogodności, jak wielogodzinne oczekiwanie na planie zdjęciowym, wyznają, że nie zdawali sobie sprawy, jak trudna to praca. Bywa, że aktor musi, mimo zmęczenia i niesprzyjających okoliczności, zagrać w pełnym skupieniu kilka trudnych psychologicznie scen albo narażać swoje zdrowie dokonując niemalże kaskaderskich wyczynów. Tak, ten zawód wymaga wiele cierpliwości i samozaparcia, a także poczucia odpowiedzialności. Bywa nawet, że staje się niebezpieczny. Sama przeżyłam kilka zdarzeń, które skończyły się wezwaniem karetki pogotowia. Ostatnim z nich była sytuacja, kiedy kolega upuścił mnie na scenę niczym worek ziemniaków. Poobijałam się, uszkodziłam kręgosłup,  czego skutki odczuwam do dziś, mimo kilkumiesięcznej rehabilitacji. A przecież zawód aktora wymaga fizycznej i psychicznej sprawności.

Dziewica Maryja, "Prezydentki" w reż. Krystiana Lupy, 
fot. z archiwum aktorki
Mam nadzieję, że nie udało się Pani odstraszyć nowych adeptów tego pięknego jednak zawodu (śmiech). Sama Pani postawa – ten nieustający apetyt na granie – są bodaj najlepszym dowodem na to, że zawód aktora przynosi więcej satysfakcji niż zawodów, choć wiadomo, że łatwy nie jest. Przede wszystkim stwarza możliwość zetknięcia się z wybitnymi osobowościami, dającymi impuls do rozwoju. Wspomniała Pani m. in. o Krystianie Lupie i Jerzym Jarockim, należącym do panteonu sztuki teatru.

Tak. Jednym z moich mistrzów jest Krystian Lupa. Wystąpiłam wprawdzie tylko w dwóch jego spektaklach: w  „Damie z jednorożcem” (oraz w „Hannie Wendling”, który był telewizyjną realizacją tego pierwszego) oraz w „Prezydentkach” wg Wernera Schwaba. W pierwszym z nich zagrałam Rozalię, o której już wcześniej wspominałam. Krystian widział ją jako postać bardzo dziwną, wsobną, zagadkową i tajemniczą. Ten reżyser pracuje z aktorem opowiadając wiele o danej postaci, a aktor  przepuszczając tę opowieść przez swoją wrażliwości i doświadczenie buduje rolę.

Czy tak jak Swinarski – jego mistrz – „dopisywał” biografie postaciom scenicznym?

Tak!  Tworzył wokół postaci rozmaite historie. Moja bohaterka miała być w jego zamyśle osobą nieszczęśliwą, głęboko skrzywdzoną. Pracując ze mną nad rolą, poruszał we mnie ukryte struny, oddziaływał na wyobraźnię  i potrafił mnie nawet doprowadzić do płaczu, jeśli była taka potrzeba. Dzięki niemu poszukiwałam emocji mojej bohaterki w sobie samej, ale także w otaczającym mnie świecie. Do tego miałam znakomitych partnerów, m. in. Krzesisławę Dubielównę jako Kucharkę oraz Mariusza Kiliana jako Ogrodnika, podczas gdy ja grałam Służącą Rozalię. Żyłam tą rolą! Miałam czas na to, aby zbudować tę postać w najmniejszych szczegółach. Nie było żadnej przypadkowości. I było to w dużej mierze zasługą Krystiana. Mam nadzieję, że teatr jeszcze powróci do tego rodzaju tworzenia, gdzie każdy detal, każde słowo  jest ważne. Krystian nauczył mnie tego, że muszę sobie stworzyć cały świat postaci, aby dotrzeć do widza po to, aby jej współczuł, a może nawet nią gardził, ale aby nie pozostał obojętny. Z kolei w „Prezydentkach” miałam niewielkie zadanie  – byłam Dziewicą Maryją, która przychodzi i pochyla się nad pogubionymi, zrozpaczonymi bohaterkami. Jednak i ta epizodyczna postać miała ogromne znaczenie – jej wygląd, specyficzna tandeta pochodziły z wyobraźni trzech głównych postaci, ich brudnego, okropnego świata. Mogłam także obserwować, jak Krystian Lupa pracował z moimi koleżankami nad ich dużymi rolami. To było wspaniałe doświadczenie!

Zagrała Pani także u innego wybitnego twórcy teatru (bo powiedzieć „reżyser” to za mało) – u Jerzego Jarockiego, który zrealizował we Wrocławiu kilka znakomitych przedstawień. Jaki był Jarocki jako reżyser?

Zagrałam u Jerzego Jarockiego w „Pułapce” Tadeusza Różewicza jedną z małych dziewczynek - Elli. Wyznam, że to, co działo się na próbach, było godne zapamiętania. Ułożenie w szafie ludzi, którzy ukrywali się przed gestapo, trwało godzinami! Ważne było tempo, kolejność, układ postaci, najmniejsze spojrzenie … Pamiętam, jak Edwin Petrykat (Herman, ojciec) godzinami uczył się, jak wielkimi sztućcami pokroić indyka (zawsze ptak był prawdziwy), a potem komu z nas i jaki kawałek przydzielić – to miało istotne znaczenie! Jerzy Jarocki był w swoich wymaganiach bardzo precyzyjny, nadawał tempo naszej grze, czasami pracował z aktorem nad jednym zdaniem godzinami. Był reżyserem, który dążył do osiągnięcia prawdy w teatrze – Jego prawdy.

Aldona Struzik, Włodzimierz Press, i Magdalena Mokrzycka. "Pułapka" w reż. Jerzego Jarockiego,
30 maja 1992  Teatr Polski (Wrocław), fot. Stefan Okołowicz, źródło: Instytut Teatralny

Podobnie jak Tadeusz Kantor, który zawsze miał precyzyjną wizję swojego spektaklu.

Dokładnie tak. Myśmy często tego nie rozumieli, dlaczego tak ma być, ale efekty tej pracy były olśniewające. W „Pułapce” bliskość widzów pozwalała im poczuć np. nasz strach lub inne emocje.
Podobnie pracującym reżyserem jest także Rudolf Zioło. Zagrałam u niego Justysię w spektaklu „Kubuś Fatalista i jego pan” Diderota, a kilka lat później postanowił mnie obsadzić w kolejnej roli. Pracowaliśmy wówczas nad „Mizantropem”, w którym zagrałam Eliantę – postać dla mnie trudną, bo wsobną i hieratyczną, a do tego niezwykle dystyngowaną, czyli taką, jaką nie jestem (śmiech). Rudek mnie bardzo pięknie prowadził, bo cierpliwie osadzał w tej roli, polecił mi nawet obniżyć głos i ograniczyć ruch. Rezultat był taki, że jeden z moich kolegów, zdumiony moją nową odsłoną, gratulował mi po spektaklu, twierdząc, że wykonałam ogromny skok, czym sprawił mi wielką przyjemność.

Zdarzyło się też Pani współpracować z kobietami – reżyserkami, np. z Ulą Kijak – jakie to doświadczenie?

Zagrałam gościnnie w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu – w „Sztandarze ze spódnicy” – spektaklu na podstawie tekstów Gabrieli Zapolskiej. Reżyserka celowo dobrała aktorki różnych pokoleń. Byłam zdumiona, kiedy Ula obsadziła mnie w roli Kokoty, co było dla mnie kolejnym wyzwaniem. Była bezkompromisowa w dochodzeniu do prawdy o postaci i bardzo lubiłam z nią pracować, a poza tym jestem jej wdzięczna, bo i ona stworzyła mnie „od nowa”. Otrzymałam nie tylko rudą perukę, ale także polecenie, aby zagrać osobę czującą wyższość w stosunku do całego świata. Z tą rolą wiąże się też pewna anegdota. Otóż na premierę przyszła moja koleżanka wraz z mamą i przez długi czas trwania spektaklu kompletnie mnie nie rozpoznała. Podobnie twierdzili moi studenci – że byłam kimś kompletnie innym, a to była najlepsza recenzja tej roli!

Jako Adela w "Xięgach Schulza" w reż. Jana Szurmieja,
z Dariuszem Bereskim w roli Józefa, fot. Jan Oborski, Jarek Kuśmierski
Aktualnie gra Pani znaczącą rolę kobiecą – Adelę w „Xięgach Schulza” w reżyserii Jana Szurmieja. Trudno oprzeć się wrażeniu, że koło się zamyka: kiedyś ”Sztukmistrz z Lublina”, a dziś… Jaka jest Pani Adela – dojrzała, a zarazem bardzo kobieca?

Adela jest symbolem matki, opiekunki, będąc zarazem znakiem kobiecości. Dla mnie jest to postać niejednoznaczna: z jednej strony kusi młodego bohatera, ale też roztacza nad nim opiekę. To piękny poetycki spektakl.
Lubię także rolę Jewtuszenki – matki Marusi w przedstawieniu „Zmierzch świtem” w reżyserii, inscenizacji i choreografii Jana Szurmieja, bo jest zupełnie inną postacią niż te dotychczas przeze mnie grane. Aby stworzyć tę postać, powróciłam do lektury dramatu i „Opowiadań odeskich” Babla. Pijana, prostacka, pazerna, a zarazem głęboko nieszczęśliwa, szukająca za wszelką cenę polepszenia swojej egzystencji – Jewtuszenko jest postacią, jakiej do tej pory nie grałam.  

Ma Pani za sobą również doświadczenie pracy w Teatrze Telewizji oraz w filmie. Kilkakrotnie zagrała Pani u Waldemara Krzystka, Kazimierza Kutza… Na czym w Pani przypadku polega bycie aktorem filmowym?

Zaczynałam swoją przygodę z kinem jeszcze jako studentka – od debiutanckiego filmu Waldemara Krzystka: „W zawieszeniu”, gdzie zagrałam epizodyczną rolę, ale było to dla mnie prawdziwe wydarzenie, bo po raz pierwszy zetknęłam się z kamerą i pracą na planie filmowym. Potem był Teatr Telewizji, gdzie wystąpiłam jako Irena Goldfarb w sztuce „Dobry adres”, również w reżyserii Waldemara Krzystka. To był bardzo dobry spektakl, a Krzystek okazał się niezwykle utalentowanym wnikliwym reżyserem.

Z Krzysztofem Globiszem w "Kartotece rozrzuconej" w reż. Kazimierza Kutza
Natomiast z Kazimierzem Kutzem miałam szczęście pracować przy „Kartotece rozrzuconej” Tadeusza Różewicza. Przy tej okazji miałam szczęście grać razem z Krzysztofem Globiszem i Jerzym Trelą. Mnie przypadła w udziale rola Sekretarki Bohatera, którego grał Krzysztof Globisz. Przez wiele godzin dziennie leżałam w łóżku wraz z nim, a wokół nas toczyła się akcja. Na koniec kamera jednym ujęciem filmuje wszystkie postacie, które pojawiają się w życiu Bohatera. Kazimierz Kutz to jeden z najwspanialszych polskich reżyserów, mający swój charakterystyczny styl i sposób bycia na planie filmowym. Czasami mówił bardzo dużo, stosując swoje słynne „przerywniki”, które jednak nikogo nie raziły, a niekiedy popadał w milczenie, a aktorzy grali swoje role. To był dla mnie bardzo dobry czas. Polubiliśmy się z Krzysztofem Globiszem, wiodąc po pracy długie rozmowy. A Jerzy Trela z wielką atencją odnosił się do mojej pracy. Muszę przy tej okazji stwierdzić, że im większy aktor czy reżyser, tym prezentuje większy szacunek do zawodu i do ludzi.

Wystąpiła Pani także w filmie Antoniego Krauzego „Smoleńsk”, co zresztą przysporzyło Pani kłopotów i nie podobało się w tzw. środowisku. Jak się współpracowało z tym wielce skądinąd zasłużonym reżyserem?

Wielkie wrażenie zrobił na mnie „Czarny czwartek” i od tego czasu bardzo chciałam zagrać u Krauzego. Wprawdzie „Smoleńsk” okazał się nie tak wybitny, ale bardzo dobrze się nam współpracowało, bo to był bardzo  mądry, oczytany człowiek. Kiedy się spotkaliśmy, był już nieco zmęczony, czuł mocną presję i chyba sobie z tym nie poradził…

Współpracowała Pani także z Agnieszką Holland przy „Pokocie” – jakie wrażenia?

Zagrałam tam wprawdzie niewielką rólkę, ale miałam szansę obserwować panią Holland przy pracy. Doskonale wie, czego chce od aktora, jest konkretna, opanowana i szalenie precyzyjna – to była prawdziwa lekcja! Agnieszka Holland swoim sposobem reżyserowania przypomina mi Jerzego Jarockiego, a przy tym jest sympatyczna, uśmiechnięta, kobieca, ciekawa ludzi. Przy okazji grania w filmach mam taką refleksję, że o ile w teatrze można mieć wpływ na budowanie roli, o tyle w filmie zawsze ostatnie słowo ma reżyser i montażysta.

Tak, film ostatecznie powstaje w montażu, podczas gdy sztuka teatralna rodzi się z próby na próbę. Jest to chyba jednak ryzyko, które aktor musi zaakceptować, jeśli uczestniczy w takich projektach… W swojej karierze zawodowej była Pani nie tylko aktorką teatralną i filmową, ale również wykładowczynią w PWST – jak się Pani spełniała w tej dziedzinie? Podobno studenci Panią kochali.

Pracowałam w PWST przez dziesięć lat i uwielbiałam to robić! Zaproponowała mi tę pracę Jadwiga Skupnik, moja przyjaciółka, pokazując najpierw, jak pracuje ze studentami, a później coraz bardziej się usamodzielniałam, sama prowadząc zajęcia z wiersza. Swoją pracę wykonywałam z wielkim zapałem, bo bardzo lubię młodzież i w ogóle ludzi. Poświęcałam wiele czasu na to, aby każdy mógł znaleźć własną interpretację. Z pewnością jest to trudniejsza droga, nie od razu przynosząca efekty. Te pojawiają się czasem po wielu latach, ale taki jest los nauczyciela – to, co robi, jest niemierzalne. Ponieważ ciągle brakowało mi czasu, toteż zabierałam dodatkowo swoich studentów na warsztaty z młodzieżą i seniorami, gdzie również mogli się czegoś nauczyć. Przygotowywałam także ze studentami spektakl „Baśń o Kluskowej Bramie”, który wielokrotnie zagrali w Sali Koncertowej Radia Wrocław. Główną postać – narratora, opowiadacza, dziadka, uwielbianego przez dzieci – grał nieżyjący już, niestety, Stasio Wolski, a pozostałe postaci grali moi studenci. Muzykę do tego spektaklu napisał mój brat Tomek, który jest kompozytorem. Dla mnie było to bardzo interesujące doświadczenie, bo nie tylko reżyserowałam i przygotowałam choreografię, ale musiałam też zapanować nad całą masą spraw organizacyjnych. 

Aldona Struzik w wyreżyserowanym przez siebie monodramie 
"Daisy - błękitna tożsamość", fot. Piotr Dziedziul
Przydały się więc doświadczenia z okresu, kiedy przygotowywałam monodram „Daisy”, który był dla mnie lekcją pokory i wytężonej pracy. Chciałam pokazać bohaterkę nie tyle jako arystokratkę, ale przede wszystkim jako kobietę, w której mogłaby się zobaczyć każda z nas. Koncepcja przedstawienia przypominała trochę "Ostatnią taśmę Krappa" S. Becketta: stara kobieta wspomina swoje życie (ta część została wcześniej nagrana na taśmie filmowej), a ja grałam na żywo młodszą bohaterkę. Premiera w Teatrze Zdrojowym w Szczawnie Zdroju zaowocowała sukcesem u publiczności, a ja poczułam ulgę i radość, że się udało. Praca nad monodramem i w szkole teatralnej była rodzajem rekompensaty za trudny czas w teatrze, kiedy grałam niewiele.

Od paru lat znowu gra Pani częściej w spektaklach Teatru Polskiego.

Tak, rzeczywiście gram więcej, z czego się bardzo cieszę. Ale najbardziej życzyłabym sobie, aby po trudnym okresie pandemii widzowie znowu wrócili  w komplecie na widownię naszych scen i by wychodzili z teatru zawsze zadowoleni, zainspirowani i usatysfakcjonowani.

Życzę więc, aby te marzenia się spełniły. Dziękuję za rozmowę.


niedziela, 17 listopada 2019

"Jeszcze o Swinarskim" - wystawa w Muzeum Historii Katowic

Szkice do „Woyzecka” G. Büchnera, starannie opracowane i rozrysowane sceny z „Opery za 3 grosze” B. Brechta i przejmujące, wczesne projekty scen z „Dziadów”... Tylko do 24 listopada 2019 roku można oglądać w Muzeum Historii Katowic, w Dziale Teatralno-Filmowym, wystawę poświęconą wybitnemu inscenizatorowi Konradowi Swinarskiemu. 




W mojej rodzinie mawiano: „Jeśli się z kimś żegnasz, zrób to starannie. Bo nigdy nie wiesz, kiedy widzisz tą osobę po raz ostatni”...

Z profesorem spotkaliśmy się na pogrzebie Ewy Starowieyskiej. W zimowy, mglisty dzień odprowadzaliśmy ją na Cmentarzu Powązkowskim. Szliśmy nieskończenie długo błotnistymi alejkami, padał deszcz ze śniegiem, było przenikliwie zimno.

Po uroczystości profesor zaprosił mnie do kawiarni przy uniwersytecie. Piliśmy gorącą herbatę, próbując się rozgrzać i rozmawialiśmy, rozmawialiśmy... Zamarznięty śnieg i błoto na naszych butach powoli tajały i spływały na podłogę, tworząc wielką, burą kałużę. Nagle zrobiło się bardzo późno i musiałam iść na dworzec, bo bałam się, że nie zdążę na ostatni pociąg. Wybiegłam w pośpiechu.
To było nasze ostatnie spotkanie.

Wiele razy potem rozmawialiśmy jeszcze przez telefon. Miałam tyle pomysłów i planów, a profesor wspierał mnie, dodawał odwagi, doradzał, inspirował. Jednak to właśnie owa długa i ważna rozmowa w kawiarni najbardziej utkwiła mi w pamięci. Wracam do niej w myślach wielokrotnie, najczęściej – gdy przychodzi mi po raz kolejny zajmować się Konradem Swinarskim. Nie czuję potrzeby tworzenia naukowych dysertacji na temat tego niezwykłego reżysera. Wiele mądrych słów już o nim napisano, ma swoje miejsce w historii teatru. Chcę jedynie przypomnieć o nim w roku jego 90. urodzin. Postanowiłam więc, że właśnie Zbigniew Osiński będzie przewodnikiem po tej małej, okolicznościowej ekspozycji. Ze znajdującej się w zbiorach MHK niedużej, lecz bardzo ciekawej spuścizny po Swinarskim wybrałam to, co najbardziej się profesorowi podobało, co go specjalnie zainteresowało i dodałam kilka ciekawostek, których nie zdążyłam mu pokazać. Będą zatem pełne emocji szkice do „Woyzecka” G. Büchnera, starannie opracowane i rozrysowane sceny z „Opery za 3 grosze” B. Brechta i przejmujące, wczesne projekty scen z „Dziadów”. Oprócz tego wczesne obrazy olejne i śliczny pastelowy projekt scenografii do „Fantazja” Musseta z dobitnym rysunkowym komentarzem Strzemińskiego na odwrocie. Nie zabraknie też kilku niespodzianek, trochę może zabawnych. Dodałam je bo nie chciałam mitologizować zbytnio obu panów. Nie darowaliby mi tego przecież...

M. Katarzyna Gliwa

Profesor Zbigniew Osiński w 1973 roku został kierownikiem literackim w Starym. Przyjął tę pracę z jednego powodu – chciał zbliżyć się do warsztatu Swinarskiego, miał zamiar napisać o nim książkę. Opowiada: „Po każdym jego przedstawieniu ja się czegoś o sobie i świecie dowiadywałem. Że życie jest walką o jakąś prawdę; o siebie samego – wbrew okolicznościom. Że w brudzie życia dąży się do jakiegoś rodzaju czystości. Co to jest czystość i brud? On to pokazywał językiem poetyckim. Stawiał pytania podstawowe: Po co ja jestem na tym świecie? Jakie są moje relacje z ludźmi? Pytał o sens miłości i śmierci. Jego teatr był niesłychanie humanistyczny. To zabrzmi dziś głupio i patetycznie – był wielkim obrońcą godności ludzkiej – przy całej naszej skłonności do czynów podłych. Jasna strona od ciemnej jest nieoddzielna. On był dla mnie pięknym człowiekiem”. Magdalena Grochowska, Coraz wyżej i wyżej „Gazeta Wyborcza” z 16.08.2003.

Wydarzenia towarzyszące:

7 listopada godz. 17.00 – oprowadzanie kuratorskie po wystawie Jeszcze o Swinarskim…

12 listopada godz. 13.00 – O Zbigniewie Osińskim wspomnienia prywatne – oprowadzanie kuratorskie po wystawie Jeszcze o Swinarskim…

19 listopada godz. 17.00 – wykład dr Zbigniewa Feliszewskiego Artystyczne przyjaźnie i korelacje K. Swinarski – B. Brecht.

21 listopada godz. 17.00 – wykład dr Ewy Dąbek-Derdy Kilka słów o Konradzie Swinarskim – scenografie mimo woli.

informacja prasowa

środa, 8 maja 2019

St-53. Artyści kręgu awangardy – wystawa w Salonie Domu Aukcyjnego Artissima

Wystawa w DA Artissima pokazuje najciekawsze prace artystów z grupy St-53 pozostające w rękach prywatnych. Zafascynowani teoriami Władysława Strzemińskiego młodzi artyści utworzyli w pierwszej połowie lat 50-tych pierwsze w powojennej Polsce ugrupowanie artystyczne. W czasach, kiedy królował socrealizm, oni odważyli się przekroczyć granice abstrakcji.

ech. Kunka, Nike, 1953

Powołana we wrześniu 1953 roku w Katowicach grupa St-53, „wyprzedziła” warszawską Grupę 55 oraz poznańską Grupę R-55. Założyli ją młodzi artyści, zbuntowani wobec socrealizmu i panującego na akademiach postkoloryzmu. Działalność St-53 odbywała się w artystycznym i politycznym podziemiu, nielegalnie, pod groźbą stalinowskich represji. Podczas konspiracyjnych spotkań artyści wspólnie ćwiczyli – rysowali i malowali w różnych stylach i konwencjach, dyskutowali oraz studiowali historię sztuki. Niejaki podręcznik w ich poszukiwaniach stanowiła będąca wtedy na indeksie „Teoria widzenia” Władysława Strzemińskiego.

Urszula Broll, Pejzaż, 1957-59

W skład grupy weszli Urszula Broll, Krystyna Broll, Irena Bąk, Zdzisław Biliński, Stefan Gaida, Klaudiusz Jędrusik, Hilary Krzysztofiak, Mara Obrembianka, Zdzisław Stanek, Tadeusz Ślimakowski oraz Konrad Swinarski, który to wśród katowickich twórców rozpropagował idee Strzemińskiego. Ważną rolę odegrali także łodzianie:  Lech Kunka, Stefan Krygier i Stanisław Fijałkowski, uczniowie Strzemińskiego. W roku 1955 dołączył do nich Andrzej Wydrzyński, który stał się teoretykiem grupy.

Urszula Broll, z cyklu "Powidoki", 1955

Dwie pierwsze wystawy grupy odbyły się w prywatnych mieszkaniach i miały charakter konspiracyjny. Pierwsza oficjalna wystawa miała miejsce w roku 1956 w Klubie Pracy Twórczej w Instytucje Śląskim w Katowicach. Wydarzenie to okazała się ogromnym sukcesem. Artyści od razu zyskali sobie uznanie krytyki, a także miejsce w kręgach neoawangardy. Spotkania St-53 ustały z rokiem 1958, kiedy to młodzi artyści nawiązali nowe artystyczne kontakty.


St-53 dziś stanowi historię sztuki polskiej. Niemniej znajomość dokonań grupy nie wykracza daleko poza Śląsk. Stąd chcąc zapoznać warszawską publiczność z twórczością katowickiej awangardy DA Artissima prezentuje kolekcjonerską wystawę, na której obejrzeć można dzieła Urszuli Broll i Zdzisława Stanka, a także Lecha Kunki, Hilarego Krzysztofiaka, Stefana Krygiera oraz Andrzeja Urbanowicza. Eksponowane prace pochodzą zarówno z okresu działalności St-53, jak i lat późniejszych, obrazując w pełni dojrzałe dokonania ich twórców. Wszystkie prezentowane prace pochodzą z kolekcji prywatnych, stąd wystawa stanowi unikalną okazję, aby obejrzeć dzieła niedostępne na co dzień dla szerokiej publiczności.

Zdzisaw Stanek, Planety, 1955

Wystawa połączona jest ze sprzedażą dzieł. Prace można nabyć podczas trwania wystawy.
Jedno dzieło nabyło Museum Jerke, pierwsze prywatne muzeum sztuki polskiej w Niemczech.

Miejsce:
Salon DA Artissima
ul. Zielna 39, budynek PAST, I piętro
00-108 Warszawa
Termin:
26.04.2019–31.05.2019

wystawa, fot. organizatorów
informacja prasowa

piątek, 4 maja 2018

"Krystyna Zachwatowicz-Wajda. Scenografie teatralne" w Muzeum Manggha

Muzeum Śląskie zaprasza na spotkanie promujące wydaną przez instytucję książkę „Krystyna Zachwatowicz-Wajda. Scenografie teatralne” Jadwigi Rożek-Sieraczyńskiej, które odbędzie się 15 maja w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie.



Postać Krystyny Zachwatowicz-Wajdy, artystki wybitnej, przedstawicielki tzw. Krakowskiej szkoły scenografii, autorki oprawy do najważniejszych przedstawień w historii polskiego teatru, ujęta jest w książce Rożek-Sieraczyńskiej zarówno w aspekcie twórczości scenograficznej, jak również dydaktycznej czy kabaretowej. Punktem przewodnim jest ukazanie współpracy artystki z wybitnymi indywidualnościami reżyserskimi, takimi jak Jerzy Jarocki, Krystyna Skuszanka, Jerzy Krassowski, Konrad Swinarski czy Andrzej Wajda. W ten sposób publikacja podzielona jest na rozdziały przypisane poszczególnym etapom twórczej kooperacji. Monografia zawiera liczne fotografie z przedstawień teatralnych, planów filmowych czy też z albumu rodzinnego pani Krystyny. Publikacja zawiera również sporo niezmiernie ciekawych dla czytelnika szkiców projektów artystki.

projekt kostiumu do Biesów w reż. A. Wajdy

 „Krystyna Zachwatowicz-Wajda. Scenografie teatralne” to praca doktorska Jadwigi Rożek-Sieraczyńskiej, która została nagrodzona w organizowanym w 2014 roku przez Centrum Scenografii Polskiej konkursie na najlepszą pracę doktorską w dziedzinie scenografii i przestrzeni teatralnej.

W spotkaniu wokół publikacji udział wezmą prof. Krystyna Zachwatowicz-Wajda, dr Jadwiga Rożek-Sieraczyńskia, prof. Joanna Wałaszek, prof. Adam Wsiołkowski, prof. Małgorzata Komorowska oraz Roman Łodziński. 

Wydarzenie odbędzie się 15 maja o godz. 18.00 w siedzibie Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha przy ul. M. Konopnickiej 26 w Krakowie. Wstęp wolny.

projekt kostiumu do Nocy listopadowej w reż. A. Wajdy
informacja prasowa

Mozart – "Requiem" w Narodowym Forum Muzyki /zapowiedź/

6 listopada o 19.00 w Narodowym Forum Muzyki angielski dyrygent Jonathan Nott, uznawany za wybitnego interpretatora muzyki współczesnej, pod...

Popularne posty