Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania carmen, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania carmen, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 listopada 2022

"Carmen" Georgesa Bizeta w Operze Wrocławskiej: skazani na sukces 😀 /recenzja/

Najnowsza adaptacja sceniczna "Carmen" Georgesa Bizeta  w reżyserii Marii Sartovej to kolejny wielki sukces Opery Wrocławskiej. Znakomita inscenizacja, wspaniale zagrane i zaśpiewane role oraz piękna muzyka w świetnym wykonaniu Orkiestry Opery Wrocławskiej pod batutą Michała Klauzy przyciąga tłumy, a bilety znikają w zawrotnym tempie. Mimo że przedstawienie trwa bez mała trzy godziny, nie chce się z opery wychodzić, a później jeszcze długo muzyka rezonuje w nas...


Kontrowersyjny temat, spektakularna klęska i pośmiertny triumf

     Libretto "Carmen" powstało na podstawie noweli  Prospera Meriméego, jest to jednakże adaptacja twórcza i znacznie pogłębiająca charakterystykę postaci i problematykę utworu. Sprawili to nie tylko znakomici libreciści: Henri Meilhac i Ludovic Halévy, ale również sam Georges Bizet swoją wspaniałą muzyką. Jego ideałem był geniusz Mozarta, który jak nikt odmalowywał ludzkie namiętności za pomocą ścisłych form muzycznych. O tym, że potrafił zbliżyć się do tego ideału, świadczy poza wszystkim fakt, iż jego dzieło nie tylko przetrwało próbę czasu, ale jest dziś najczęściej graną operą. Nie od razu jednak poznano się na tym geniuszu. To, co zdecydowało o ponadczasowości dzieła: zniesienie granic między gatunkami (opera seria, a z drugiej strony  opéra-comique) sprawia, że  – podobnie  jak w dramatach Shakespeare`a  – postacie są skomplikowane i pełne życiowej prawdy. 

      Problemy z "Carmen" miał Bizet właściwie już od początku, bo dla dyrekcji Opéry-Comique już sam temat był mocno kontrowersyjny: środowisko Cyganów, robotnic, złodziei, a na dodatek  –  jakby tego było mało  – kochanek morduje na końcu tytułową bohaterkę... Buntowali się także podczas prób wykonawcy: chór i orkiestra. Na szczęście, soliści stali murem za kompozytorem i szczęśliwie udało się doprowadzić wszystko do premiery "Carmen" 3 marca 1875 roku. Obecność tak wybitnych postaci, jak: Charles Gounod, Jacques Offenbach czy Aleksander Dumas syn, uświetniła wprawdzie prapremierę "Carmen", ale opera poniosła legendarne fiasko, do czego przyczynił się walnie jej temat i  niedopuszczalne "mieszanie gatunków". Klęska zapewne stała się prawdopodobną przyczyną przedwczesnej, rychłej śmierci 36-letniego zaledwie kompozytora, taka przynajmniej powstała legenda. Cena nowatorstwa bywa nieraz bardzo wysoka... "Nie pierwszy to raz - zauważa kąśliwie Piotr Kamiński - Paryż najpóźniej uznał wielkość francuskiego dzieła". 

       Tymczasem dzieło Bizeta rozpoczęło swój triumfalny pochód przez sceny znanych teatrów Europy i świata. Trafiła także do Warszawy, gdzie "Carmen" zabrzmiała w Teatrze Letnim 5 lipca 1882 roku. Krótko mówiąc, opera wystawiana jest do dziś we wszystkich językach, grana i śpiewana przez najwybitniejszych wykonawców. Ba, stała się, by tak rzec, archetypem opery w ogóle. Nawet ci, których noga nie przestąpiła nigdy szacownych progów jej przybytku, potrafią zanucić "marsz torreadora". 

"Carmen" we Wrocławiu

         Skoro już mowa o spektakularnym triumfie opery Bizeta na scenach całego świata, warto wspomnieć, że we Wrocławiu inscenizowano ją wielokrotnie. Po raz pierwszy  12 stycznia 1949 r. w reżyserii i scenografii Stanisława Cegielskiego, z Bożeną Brun-Barańską w roli tytułowej. "Carmen" grano w latach 50., 60., a w 2002 – za dyrekcji Ewy Michnik – powstały aż trzy inscenizacje, których cechą wspólną były eksperymenty z przestrzenią. Pierwsza, w reżyserii Teresy Kujawy, miała miejsce w Atrium Hotelu Dorint. Scenografia, której autorką była Małgorzata Słoniowska, wykorzystywała istniejącą architekturę. Kolejna odbyła się w salonie samochodowym Mercedes-Benz Frączak, a  trzecia – w ciągle remontowanym gmachu Opery Wrocławskiej. W 2005 roku "Carmen" zaprezentowano jako superwidowisko (które stało się znakiem rozpoznawczym polityki programowej Ewy Michnik), które obejrzało ponad 30 tysięcy widzów (sic!). Zamysł inscenizacyjny reżysera Roberto Skolimowskiego był taki, że akcja rozgrywała się w bliżej nieokreślonym państwie rządzonym przez juntę wojskową. Autorką strojów i scenografii i tym razem była Małgorzata Słoniowska. Kolejna adaptacja opery Bizeta powstała w 2007 roku i była wystawiana w Operze Wrocławskiej przez dwanaście lat, co jest wynikiem imponującym i świadczącym o popularności przedstawienia. Nie na tym koniec! W 2016 roku opera ta uświetniła obchody Europejskiej Stolicy Kultury we Wrocławiu. Wystawiono wówczas superwidowisko "Hiszpańska noc z Carmen — Zarzuela show". Tym razem pomysłem Ewy Michnik było zmodyfikowanie libretta "Carmen" przez  wprowadzenie elementów zarzueli – tradycyjnej hiszpańskiej formy teatralnej łączącej recytację, śpiew i taniec. Widowisko wyreżyserował, a jakże, Hiszpan  Ignacio García (drugim reżyserem był Waldemar Zawodziński), choreografem zaś był jego rodak – Manuel Segovia. Ogromna scenografia na Stadionie Miejskim imitowała hiszpańskie miasteczko. Tytułową rolę zagrała i zaśpiewała Kate Aldrich, solistka Metropolitan Opera w Nowym Jorku, znana wykonawczyni postaci Carmen, a w rolę Don José wcielił się Arnold Rutkowski.

Skazani na sukces  – najnowsza adaptacja "Carmen"

    Mamy więc świadomość, że podejmując się wystawienia "Carmen" po raz kolejny dyrekcja Opery Wrocławskiej miała niełatwe zadanie. Zaproszeni do współpracy artyści sprostali jednak temu wyzwaniu znakomicie. Reżyserka Maria Sartova jak mało kto czuje materię opery, sama będąc z wykształcenia śpiewaczką – uczennicą Ady Sari. Odbyła też studia wokalne za granicą, a jej doświadczenie śpiewaczki (stworzyła główne role w wielu operach na scenach całego świata) zdaje się predestynować artystkę do do tego zadania w sposób szczególny. Od 2002 roku Maria Sartova reżyseruje przedstawienia operowe i musicale. W Teatrze Wielkim w Poznaniu zrealizowała „Poławiaczy pereł" i „Normę", a w szczecińskiej Operze na Zamku  „Bal maskowy" i „Księżniczkę czardasza". Krzysztof Korwin-Piotrowski powiada, że jest to artystka pełna oryginalnych pomysłów i świetnie pracująca ze śpiewakami od strony aktorskiej oraz doskonale znająca partytury. 

Podczas konferencji prasowej Maria Sartova podkreślała, że "Carmen" jest dla niej szczególną operą i reżyserując ją starała się odnaleźć w tekście to, co współczesne i uniwersalne. "Główni bohaterowie: Carmen i Don José  są bardzo bliscy współczesnemu światu  – twierdziła. Dla mnie Carmen jest prototypem feministki. Żyjąc w świecie macho, Cyganów, ludzi żyjących na marginesie społecznym, bohaterka walczy o swoją niezależność. Kocha być zakochana i sama wybiera sobie mężczyzn – to jej sposób na bycie wolną. Z kolei Don José jest prototypem współczesnego, zamkniętego w sobie człowieka, introwertyka, który nie potrafi wyrazić własnych emocji. Kiedy więc po raz pierwszy opanowuje go namiętność, skutkuje to autodestrukcją".

Interesujący jest także ramowy kształt przedstawienia, które rozpoczyna i kończy scena morderstwa, podczas gdy pomiędzy nimi rozgrywa się akcja sztuki. Dramatyczne wydarzenie na początku sprawia, że musimy zadać sobie pytanie, dlaczego do tego doszło.

Aplauz po premierze, w środku dyrygent Michał klauza,
fot. Enen Studio/Opera Wrocławska


       Nad muzyczną stroną spektaklu czuwał Michał Klauza, uznany dyrygent operowy, dyrektor artystyczny Orkiestry Polskiego Radia w Warszawie. Ten niezwykle utalentowany artysta jest bez wątpliwości współtwórcą sukcesu "Carmen" na deskach Opery Wrocławskiej. Posiada duże doświadczenie: współpracował z licznymi orkiestrami w kraju i za granicą, koncertował we Francji, Niemczech, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Włoszech, Brazylii, Armenii, Korei, w krajach Zatoki Perskiej. Współpracował z Operą Bałtycką, Operą Nova w Bydgoszczy, Teatrem Wielkim w Poznaniu. Teatrem Wielkim — Operą Narodową w Warszawie i wielu innymi. Podczas próby mogliśmy podziwiać, z jaką pieczołowitością osiąga zamierzone efekty, panując nie tylko nad orkiestrą, ale również nad wykonawcami, cyzelując akcenty...

       W operze istotną rolę odgrywa także koncepcja scenograficzna. Warto więc zauważyć, że choć scenografia "Carmen" nie jest może aż tak bogata jak w "Tosce" (Gary McCann) czy w "Cosi van tutte" (Renato Theobaldo), ale nie mniej interesująca. Autorem koncepcji scenograficznej wrocławskiej "Carmen" jest Damian Styrna -  grafik, ilustrator, autor scenografii i animacji licznych spektakli, koncertów i realizacji telewizyjnych. Jest uznanym scenografem, laureatem (m. in.) „Złotej Maski” za scenografię do spektaklu "Sześć wcieleń Jana Piszczyka" w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej. Pomysł polegający na połączeniu fukcjonalnej, realistycznej scenografii, znakomicie wprowadzającej widzów w realia, ze scenami nieco odrealnionymi, symbolicznymi (jak puste przestrzenie oświetlone zmiennym światłem księżyca), które dodają widowisku dodatkowych znaczeń  – pogłębiają znaczenia. Hiszpania – dla Bizeta również czarowny egzotyczny świat – została przez Styrnę "wyczarowana" przepięknie.

Scena zbiorowa, scenografia Damiana Styrny,
fot. Enen Studio/Opera Wrocławska

        Kostiumy Małgorzaty Żak  – malarki, scenografki i kostiumologa o dużym doświadczeniu scenicznym  – olśniewające, szczególnie w scenach w Sevilli. Dodajmy, że to nie przypadek, ponieważ autorka kustiumów przez rok przebywała na stypendium w Hiszpanii, gdzie też prezentowała swoje prace. Od 1996 r. jest profesorem tytularnym i kierownikiem katedry Projektowania Kostiumu na Wydziale Plastyki Teatralnej w Królewskiej Wyższej Szkole Sztuk Dramatycznych /RESAD/ w Madrycie. Chciałoby się zakrzyknąć: Olé!

       Istotną rolę, zwłaszcza w takim przedstawieniu jak "Carmen", odgrywa choreografia  – poprzez taniec i ruch sceniczny wiele się tu wyraża. Łatwo się o tym przekonać oglądając (i słuchając) wspaniałej wykonawczyni roli Carmen sprzed laty – Teresy Berganzy, znakomitej  hiszpańskiej śpiewaczki operowej (mezzosopran), która w przedstawieniu z 1980 roku tańczy i porusza się z wielką gracją  – jest wiarygodna, pomimo bliskiej wówczas pięćdziesiątki (sic!). We wrocławskim spektaklu choreografię przygotował hiszpański (a jakże!) baletmistrz – Alfonso Palencia. Artysta doświadczony – współpracował gościnnie jako baletmistrz, pedagog i choreograf z zespołami baletowymi, szkołami baletowymi oraz uczelniami artystycznymi na całym świecie: od Niemczech po Koreę Południową. A w 2017 r. został mianowany dyrektorem baletu Hagen Ballet. We wrocławskim spektaklu tańczą nie tylko tancerze w scenach zbiorowych, ale również główna bohaterka (scena z kastanietami i nie tylko)

Scena zbiorowa, fot. Enen Studio/Opera Wrocławska

        Wymieniłam tylko tych artystów spośród dużego grona współtwórców "Carmen", ale to tylko pokazuje, że w zasadzie ta nowa inscenizacja była "skazana na sukces" i nie musiała mieć kompleksów wobec poprzednich.  

        W operze najbardziej eksponowane miejsce zajmują jednak wykonawcy – to na nich spoczywa ciężar przedstawienia, oni też decydują ostatecznie, czy odniesie ono sukces. Miałam szczęście obejrzeć obie obsady (a w styczniu 2023 roku konsekwentnie wybieram się na trzecią 😁). W pierwszej w głównych rolach wystąpili zaproszeni artyści. W rolę Carmen wcieliła się Monika Ledzion-Porczyńska (mezzosopran)  –  artystka, która od kilku lat z powodzeniem kreuje tę rolę w Operze Krakowskiej, Operze Bydgoskiej, Operze Bałtyckiej, Teatrze Wielkim w Łodzi, Teatrze Wielkim w Poznaniu i Operze Podlaskiej oraz w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej. We Wrocławiu zagrała fantastycznie  – z wielką swobodą, bo zdążyła zrosnąć się niejako z tą rolą. Była porywająca: piękna, silna i uwodzicielska. To nie tylko piękny głos, ale także niepospolite zdolności aktorskie, temperament, ekspresja... Jest wkreowanej przez tę artystkę postaci Carmen wielkie pragnienie prawdziwej miłości odwzajemnionej, potrzeba całkowitego oddania  – aż po śmierć. Nie uznaje kompromisów. Jest radykalna we wszystkim i może to właśnie sprawia, że staje się przedmiotem pragnień i podziwu zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Carmen ma też silnie wpojone przekonanie o sile przeznaczenia, czego dowodzi aria z kartami w akcie III, którą Bizet zderza z kontrastowo i zabawnie brzmiącym duetem jej towarzyszek. Oczywiście, uwodzi wspaniała i doskonale znana aria Carmen, kiedy pojawia się w I akcie opery: "L'amour est un oiseau rebelle", ale już wtedy, choć jest taka zmysłowa i uwodzicielska, ma  świadomość przeznaczenia. 

Giorgi Storua (Don José) i Monika Ledzion-Porczyńska (Carmen),
fot. Enen Studio/Opera Wrocławska 

      Jej partner, grający rolę Don José, niezwykle utalentowany gruziński tenor Giorgi Sturua, nie miał łatwego zadania ze swoim wyglądem poczciwca, a jednak okazał się bardzo wiarygodny, kiedy zagrał i wyśpiewał całą skomplikowaną gamę uczuć: wrażenie, jakie zrobiła na nim Carmen, próbę jego stłamszenia, rozterki, które mu towarzyszą, gdy porzuca służbę, zdając się na łaskę i niełaskę kobiety i jej środowiska, tak mu obcego mentalnie. Wreszcie pojawia się rozpacz i przekonanie, że nie mogąc żyć bez Carmen, musi razem umrzeć wraz z nią. Sturua był przejmujący, porywający, dramatyczny. Wrocławska publiczność miała już okazję podziwiać artystę w roli Cavaradossiego w najnowszej inscenizacji opery "Tosca" G. Pucciniego i można bez przesady powiedzieć, że artysta rowija się ze spektaklu na spektakl. Kreacja Don José była doprawdy poruszająca.

       Trzecią postacią, która pozostaje na długo w pamięci, jest Micaëla, którą operowa publiczność pokochała od razu i nagradzała szczodrymi brawami w obu obsadach. Mnie najbardziej urzekła  Gabriela Legun (piękny, czysty sopran), w której interpretacji postać ma coś z dziecka i kobiety jednocześnie: czysta i niewinna, a zarazem silna i odważna. Jej styl przypomina Małgorzatę z "Fausta" Gounoda, wzbogacony jednakże lżejszą, oryginalną muzyczną myślą. Wszystkiego dopełnia delikatna uroda, no i ten warkocz... Dodajmy, że mimo młodego wieku  Gabriela Legun ma na swoim nie tylko wiele prestiżowych nagród, ale również znaczące role: jako solistka Opery Śląskiej występuje jako tytułowa Łucja z Lammermooru oraz Adina w "Napoju miłosnym" G. Donizettiego, a rola Micaëli nie jest jej pierwszą, ponieważ gra ją również w rodzimej operze 


Gabriela Legun jako Micaëla, fot. Enen Studio/Opera Wrocławska

     Porównując obydwie obsady można sobie jasno uzmysłowić, jak wiele możliwości dają artystom tak dobrze pomyślane role, ile mogą wnieść do nich własnych cech i kreatywności. Trzeba bowiem podkreślić, że każda z postaci wyposażona jest w sobie tylko właściwy język muzyczny. Druga obsada zabrzmiała w związku z tym nieco inaczej, bo pojawiły się na scenie nowe osobowości, z ich warunkami fizycznymi, głosowymi i doświadczeniem scenicznym. Jadwiga Postrożna jako tytułowa Carmen śpiewała wspaniale swoim mocnym mezzosopranem, ale nie miała już tej swobody, co Monika Ledzion-Porczyńska. Przypuszczam, że nastąpi to wraz z coraz głębszym oswajaniem się z postacią. Paradoksalnie, można by tego artystce pozazdrościć  – owego procesu zakorzeniania się w roli drogą twórczych poszukiwań. A wiemy, że stać ją na wiele, jeśli wspomnimy tylko rolę Cyganki Azuceny  w "Trubadurze" Verdiego, za którą otrzymała tytuł „Śpiewaczki Roku”. Jest bez wątpliwości jedną z gwiazd Opery Wrocławskiej, gdzie stworzyła wiele niezapomnianych ról. 

     Partnerujący artystce Paweł Skałuba (tenor) zagrał i wyśpiewał swoją rolę równie znakomicie, jak jego dubler. Podobał mi się zwłaszcza w końcowych scenach, w których pokazał całą skalę swojego talentu. To artysta wielostronny: wystąpił m.in. w roli Alfreda w "Traviacie" G. Verdiego, Cavaradossi w "Tosce" G. Pucciniego, Don Ottavia w "Don Giovannim" W.A. Mozarta, Pierre w "Madame Curie" Elżbiety Sikory , a rola Don José nie jest dla niego żadną nowością, bo śpiewał ją już wcześniej w Operze Bałtyckiej.

Jadwiga Postrożna (Carmen) i Paweł Skołuba (Don José),
 fot. Enen Studio/Opera Wrocławska

     Najnowsza adaptacja sceniczna "Carmen" Georgesa Bizeta  w reżyserii Marii Sartowej to kolejny wielki sukces Opery Wrocławskiej. Znakomita inscenizacja, wspaniale zagrane i zaśpiewane role oraz piękna muzyka w świetnym wykonaniu Orkiestry Opery Wrocławskiej pod batutą Michała Klauzy przyciąga tłumy, a bilety są rozchwytywane. Mimo że przedstawienie trwa bez mała trzy godziny, nie chce się z opery wychodzić, a później jeszcze długo muzyka brzmi rezonuje w nas...


wtorek, 29 stycznia 2019

"CARMEN" na żywo z The Metropolitan Opera z Aleksandrą Kurzak

2 lutego, w ramach cyklu "Na żywo w kinach", posłuchamy Aleksandry Kurzak w roli Micaëli w operze Bizeta "Carmen".

Aleksandra Kurzak i Roberto Alagna, materiały organizatorów
Przed nami kolejna, po brawurowej „Adrianie Lecouvreur” z Piotrem Beczałą (12.01.2019), transmisja do kin z udziałem polskiej śpiewaczki. Aleksandra Kurzak, która w najbliższej transmisji „Carmen” wcieli się w postać Micaëli, od lat śpiewa w The Metropolitan Opera. Zadebiutowała tam w 2004 roku w „Opowieściach Hoffmanna”, a do tej pory zaśpiewała na słynnej nowojorskiej scenie ponad 40 razy. Jednak polska sopranistka dopiero teraz po raz pierwszy wystąpi w transmisji z cyklu „The Metropolitan Opera: Live in HD” – właśnie 2 lutego 2019 w „Carmen”. Partnerować jej będzie jej mąż Roberto Alagna, który w tych transmisjach już występował, m.in. w „Carmen” w 2010 roku.

„Carmen” Georges’a Bizeta bywa nazywana najpopularniejszą operą świata. Tak wynika również z historii transmisji z Met, bo to właśnie to przedstawienie wciąż dzierży palmę pierwszeństwa jako najbardziej kasowa transmisja do kin w historii. Teraz powraca do cyklu już po raz trzeci. Na sukces oprócz przebojowej i bardzo znanej muzyki Bizeta oraz pełnego namiętności i dramatyzmu libretta składa się również przejrzysta i żywa reżyseria Sir Richarda Eyre (film „Notatki o skandalu” z Judi Dench).


Tytułową Cygankę Carmen zagra tym razem Clementine Margaine, a toreadorem Escamillem będzie Alexander Vinogradov. Spektaklem zadyryguje Louis Langree.

Aleksandra Kurzak zaprasza na transmisję

informacja prasowa

wtorek, 16 czerwca 2026

Święto Muzyki przed Operą Wrocławską

21 czerwca, w pierwszy dzień astronomicznego lata, Opera Wrocławska zaprasza mieszkańców i gości Wrocławia do wspólnego świętowania Święta Muzyki. Tego wieczoru muzyka wyjdzie poza mury teatru — na ulicę Świdnicką, przed gmach Opery Wrocławskiej — by stać się częścią miejskiego rytmu, spotkania i wspólnego przeżywania sztuki.

Opera Wrocławska, Święto Muzyki 2025

Święto Muzyki zostało zapoczątkowane we Francji w 1982 roku i szybko stało się wydarzeniem obchodzonym w wielu miastach Europy. Jego idea jest prosta i piękna: w pierwszy dzień astronomicznego lata artyści wychodzą z muzyką w przestrzeń publiczną, zapraszając przechodniów, mieszkańców i melomanów do spontanicznego udziału w koncertach.

Wrocławska odsłona wydarzenia po raz kolejny będzie miała operowy charakter. W ramach "VIVA OPERA #6" publiczność usłyszy fragmenty "Carmen" Georges’a Bizeta — jednej z najpopularniejszych i najbardziej rozpoznawalnych oper w historii. To muzyka pełna temperamentu, namiętności i dramatycznego napięcia, która od lat rozpala wyobraźnię publiczności na całym świecie.

W programie koncertu znajdą się m.in. "Prelude", "Habanera Carmen «L’amour est un oiseau rebelle»", "Seguidilla Carmen «Près des remparts de Séville»", pieśń cygańska "Les tringles des sistres tintaient", kuplety Escamilla "Votre toast, je peux vous le rendre", aria Don Joségo "La fleur que tu m’avais jetée" oraz finałowe sceny z kolejnych aktów opery.

Opera Wrocławska, Święto Muzyki 2025

Na scenie wystąpią soliści Opery Wrocławskiej: Aleksandra Opała jako Carmen, Oleg Lanovyi jako Don José, Jacek Jaskuła jako Escamillo, Kamila Dutkowska jako Micaëla, a także Grzegorz Szostak, Łukasz Rosiak, Aleksandra Malisz, Dorota Dutkowska, Tomasz Łykowski i Aleksander Zuchowicz. Artystom towarzyszyć będzie Orkiestra Opery Wrocławskiej pod dyrekcją Vladimira Kiradjieva. Koncert poprowadzą Jacek Jaskuła i Aleksander Zuchowicz.

Święto Muzyki to zaproszenie dla wszystkich — zarówno dla tych, którzy dobrze znają operę, jak i dla tych, którzy chcą spotkać się z nią po raz pierwszy w otwartej, miejskiej formule. Opera Wrocławska zachęca do wspólnego świętowania lata, muzyki i jednego z najbardziej ponadczasowych dzieł operowych.

Informacja organizacyjna dla mieszkańców

W związku z organizacją Święta Muzyki w niedzielę 21 czerwca 2026 roku, w godzinach 18.00–23.00, wystąpią utrudnienia komunikacyjne w centrum Wrocławia.

Dla ruchu kołowego zamknięte zostaną: ulica Świdnicka od strony ul. Bożego Ciała, plac Teatralny oraz ulica Heleny Modrzejewskiej. Zmiany obejmą nie tylko ruch samochodowy, ale również komunikację miejską — w szczególności tramwaje, które w tym czasie będą kursować zmienionymi trasami.

Organizatorzy proszą mieszkańców i widzów o uwzględnienie tych zmian przy planowaniu dojazdu oraz przepraszają za ewentualne utrudnienia.

Święto Muzyki – VIVA OPERA #6: Carmen
21 czerwca 2026 roku, godz. 21.00
przed Operą Wrocławską, ul. Świdnicka

Opera Wrocławska zaprasza do wspólnego świętowania — viva opera, viva muzyka, viva lato!

informacja prasowa



wtorek, 23 września 2025

Maciej Krzysztyniak – Wieczór wspomnień w Operze Wrocławskiej

 „Jest coś w głosie operowym, co dociera do duszy, jakby pochodziło z innego świata.” – Luciano Pavarotti

Opera Wrocławska i Stowarzyszenie Towarzystwo Teatralne zapraszają Państwa na wyjątkowy koncert poświęcony pamięci jednego z najwspanialszych artystów w historii sceny Opery Wrocławskiej – Macieja Krzysztyniaka, wybitnego barytona, który przez dekady poruszał serca publiczności swoją interpretacją, głosem i obecnością sceniczną. Zmarł 9 października 2023 roku, tuż przed jubileuszem 40-lecia swojej pracy artystycznej. Ten wieczór będzie hołdem złożonym jego talentowi, pasji i oddaniu muzyce.

Maciej Krzysztyniak jako Twvje Mleczarz w "Skrzypku na dachu",
fot. materiały prasowe

Maciej Krzysztyniak był nie tylko znakomitym śpiewakiem, ale również duszą Opery Wrocławskiej – artystą o wyjątkowej wrażliwości, charyzmie i głębokim człowieczeństwie. Absolwent Akademii Muzycznej im. Karola Lipińskiego we Wrocławiu (klasa śpiewu prof. Eugeniusza Sąsiadka i Macieja Witkiewicza), przez lata stworzył niezapomniane kreacje w operach Verdiego, Pucciniego, Bizeta, Wagnera, Moniuszki czy Donizettiego. Publiczność pokochała go jako Rigoletta, Nabucca, Germonta, Jagona, Barnabę, Tewjego Mleczarza, Angelottiego czy Marcella.

W swoim bogatym repertuarze miał blisko 30 głównych partii operowych, a jego występy zapisały się w pamięci zarówno polskich melomanów, jak i widzów z zagranicy – artysta występował gościnnie m.in. w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Holandii i Szwajcarii. Był również laureatem wielu prestiżowych nagród, m.in. „Złotej Iglicy”, Brązowego i Srebrnego Krzyża Zasługi, Medalu Gloria Artis oraz tytułu „Diamentu Wrocławia”.

Aria Tewjego „Gdybym był Bogaczem”

Podczas koncertu wspomnieniowego usłyszą Państwo arie i duety z oper, które stanowiły fundament jego artystycznego świata – wykonane przez przyjaciół, kolegów ze sceny, śpiewaków Opery Wrocławskiej oraz zaproszonych gości. 

Wystąpią:

Maria Rozynek

Barbara Bagińska

Dorota Dutkowska

Katarzyna Haras

Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak

Joanna Moskowicz

Jadwiga Postrożna

Zdzisław Madej

Aleksander Zuchowicz

Jacek Jaskuła

Tomasz Łykowski

Łukasz Motkowicz

Łukasz Rosiak

Tomasz Rudnicki

Katarzyna Neugebauer-Jastrzębska

Ivan Zhukov

Prowadzenie wieczoru:

Izabella Starzec i Jacek Jaskuła


Program koncertu:

Gaetano Donizetti (1797-1848)

Duet Adiny i Dulcamary Come s'en va contento... quanto amore! z opery Napój miłosny


Gaetano Donizetti (1797-1848)

Aria Malatesty Bella siccome un angelo z opery Don Pasquale


Wolfgang Amadeus Mozart (1756-1791)

Tercet Dorabelli, Fiordiligi i Don Alfonso Soave sia il vento z opery Così fan tutte


Richard Wagner (1813-1883)

Aria Erdy Weiche, Wotan, weiche! z opery Złoto Renu


Georges Bizet (1838-1875)

Habanera z opery Carmen


Georges Bizet (1838-1875)

Kuplety Torreadora z opery Carmen


Georges Bizet (1838-1875)

Duet Carmen i Escamilla Si tu m'aimes, Carmen z opery Carmen


Gioacchino Rossini (1792-1868)

Aria Izabeli Cruda sorte! z opery Włoszka w Algierze


Giuseppe Verdi (1813-1901)

Aria Germonta Di Provenza il mar, il suol z opery Traviata


Giuseppe Verdi (1813-1901)

Kwartet Gildy, Maddaleny, Księcia Mantui i Rigoletta Bella figlia dell amore z opery Rigoletto


Camille Saint-Saëns (1835-1921)

Aria Dalili Mon cœur s'ouvre à ta voix z opery Samson i Dalila


Giuseppe Verdi (1813-1901)

Aria Księżnej Eboli O don fatale z opery Don Carlo


Giuseppe Verdi (1813-1901)

Duet Don Carlosa i Rodriga Dio, che nell'alma infondere z opery Don Carlo


Giacomo Puccini (1858-1924)

Duet Zakrystiana i Cavaradossiego E Sempre Lava! z opery Tosca


Giuseppe Verdi (1813-1901)

Brindisi Libiamo ne’ lieti calici z opery Traviata

wszyscy wykonawcy

Maciej Krzysztyniak, "Cyganeria" wznowienie 2006 , fot. materiały prasowe

W programie znajdą się także fragmenty zarejestrowanych wykonań Macieja Krzysztyniaka – jego głos, choć już niestety tylko z nagrań, znów rozbrzmi w murach Opery.

Wieczór wzbogacą wspomnienia artystów, dyrygentów, pedagogów i przyjaciół, którzy podzielą się refleksją o człowieku, który przez całe życie służył sztuce. Ten koncert to nie tylko hołd, ale także wspólna chwila zatrzymania – czas dla pamięci, wdzięczności i muzyki, która – jak powiedział Luciano Pavarotti – „dociera do duszy, jakby pochodziła z innego świata”.

Koncert „Maciej Krzysztyniak – Wieczór Wspomnień” dofinansowany jest ze środków Urzędu Marszałkowskiego Województwa Dolnośląskiego oraz Gminy Wrocław. Organizatorami wydarzenia są: Stowarzyszenie Towarzystwo Teatralne oraz Opera Wrocławska.

Maciej Krzysztyniak – Wieczór Wspomnień
8 października 2025 | 19:00
Opera Wrocławska, ul. Świdnicka 35
Bilety w cenie 10-70 zł dostępne w Operze Wrocławskiej https://www.opera.wroclaw.pl/1/bilety.php

informacja prasowa

poniedziałek, 10 lutego 2020

Jadwiga Postrożna: Głęboko zrozumieć rolę /wywiad/

Rozmawiam z Jadwigą Postrożną - wspaniałym mezzosopranem Opery Wrocławskiej - o jej odkrywaniu swojego powołania, o tym,  jakie niespodzianki mogą się przytrafić z własnym głosem, a także jak powstaje sceniczna postać. 

Jadwiga Postrożna, fot. Małgorzata Chrastek

Jak wygląda dzień śpiewaczki operowej? Wstaje Pani rano i rozpoczyna dzień jakąś arią - pogodną lub smutną - w zależności od nastroju. Czy odnajduje się Pani w takim scenariuszu?

Jadwiga Postrożna: (śmiech) Żaden normalny śpiewak nie zaczyna dnia od śpiewania arii! Ale rzeczywiście muzyka ciągle mnie zaprząta. Teraz pracuję nad rolą Carmen, więc mam w głowie arie i duety z tej opery.

Celowo zadałam takie prowokacyjne pytanie, bo zapewne większość zwykłych zjadaczy chleba tak to sobie wyobraża. A tymczasem diva operowa zupełnie inaczej zaczyna dzień - jak?

Najzwyczajniej w świecie: parzę kawę, robię makijaż i wcale przy tym nie śpiewam, bo wiem, że sąsiedzi tego nie lubią. Zresztą wcześniej także tego nigdy nie robiłam. Rano daję mojemu organizmowi czas na to, aby się obudził w sposób naturalny.

A czy słucha Pani muzyki? Ja na przykład lubię mieć do wszystkiego "muzyczny podkład" - inny do śniadania, inny do domowych prac - lepiej mi wówczas wszystko przychodzi i wprawiam się w odpowiedni nastrój.

Słucham dużo muzyki operowej, ale przede wszystkim wtedy, kiedy uczę się jakiejś roli. W ten sposób, obcując z nagraniami dobrych śpiewaczek, przygotowuję się do występu. Dzięki temu także mój aparat dźwiękowy rozgrzewa się w prawidłowy sposób.

Jadwiga Postrożna w Kandydzie L. Bernsteina w Operze Wrocławskiej,
fot. Jacek Tyszkiewicz

Kiedy poczuła Pani, że ma piękny i mocny głos i że śpiewanie sprawia Pani radość?

Prawdę mówiąc, nie miałam świadomości swojego głosu. Odkryła go dopiero pani prof. Małgorzata Miecznikowska-Gurgul, do której pojechałam na konsultacje, zachęcona przez kolegę, który twierdził, że mam operowy głos. Zaśpiewałam wówczas Pieśń wieczorną Stanisława Moniuszki i okazało się, że potrafię w sposób naturalny zaśpiewać ją operowo. Trafiłam do szkoły muzycznej w Nowym Sączu, a potem dostałam się do Akademii Muzycznej we Wrocławiu, do klasy pana profesora Tadeusza Pszonki.

Mezzosopran, którym Pani dysponuje, to rodzaj głosu o dużej skali, znacznie większej niż np. sopran, a więc daje większe możliwości interpretacji. Jak Pani pracuje nad głosem i czy jego barwa jest czymś wrodzonym, czy też zmienia się z czasem?

Zanim ukończyłam trzydzieści lat, pani profesor Helena Łazarska powiedziała do mnie na jakimś kursie wokalnym: "Dziecko, dopiero po trzydziestce zobaczysz, jakim jesteś głosem". Na studiach uważano, że jestem sopranem, ale zawsze wolałam śpiewać niższą tessiturą i od czasu do czasu pójść w górne rejestry. Kiedy przekroczyłam trzydziestkę, zapadłam na poważną chorobę gardła i ważyły się losy nie  tylko mojej śpiewaczej kariery. Nie było wiadomo, czy w ogóle będę mówiła! Był to mój pierwszy rok pracy w Operze Wrocławskiej, więc spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba. Kiedy jednak zdystansowałam się do lekarskiej diagnozy i uznałam, że Pan Bóg nade mną czuwa i będzie jak ma być, wówczas po prostu znowu zaczęłam śpiewać. Mało tego, poczułam, że mój głos się zmienił – stał się wyższy i poczułam, że mam większe możliwości i większą łatwość śpiewania górnych partii. Widzę to po roli Santuzzy w Cavalleria Rusticana P. Mascagniego, którą śpiewam prawie od początku mojej pracy w Operze Wrocławskiej, a więc ok. siedem lat. Obecnie wykonuję tę rolę w Stadtheatre Bremerhaven i odkrywam ją ponownie – czuję, że jest dojrzalsza. Podobnie jest z głosem: przy odpowiednim doborze repertuaru rozwija się. Sprawia mi to wielką radość, że nie stoję w miejscu, ale cały czas odkrywam coś nowego.

Jadwiga Postroż jako Santuzza, Cavalleria Rusticana, Stadtheatre Bremerhaven,
fot. z archiwum Stadttheatre Bremerhaven

W filmie dokumentalnym Toma Volfa "Maria Callas" artystka twierdzi w jednym z wywiadów, że nigdy nie śpiewa tak samo, bo dojrzewa wraz z rolami i jej życiowe doświadczenia także odciskają swoje piętno na śpiewanych rolach. Muszę w tym miejscu podziękować Pani za to, że "oswoiła" mnie z operą, która długo wydawała mi się nieznośnie sztuczna. Dopiero po obejrzeniu i wysłuchaniu Trubadura przekonałam się, że najbardziej idiotyczne libretto przestaje być przeszkodą wobec pięknej i wiarygodnej interpretacji roli. A tak było w przypadku granej przez Panią Cyganki Azuceny. Zrozumiałam wtedy, jak ważny jest śpiew, który coś we mnie porusza i jestem Pani za to bardzo wdzięczna. Pani Azucena była prawdziwa i dojrzała, a jej rozpacz wiarygodna. Jak udało się Pani to osiągnąć?


Kiedy pracowałam nad rolą Azuceny, znałam ją tak dobrze, że mogłabym ją zaśpiewać nawet wówczas, gdyby mnie obudzono w środku nocy, mimo że nie jest łatwa. Łotewski reżyser Andrejs Žagars, niestety nieżyjący, pracował ze mną bardzo intensywnie. W jednej ze scen był ze mnie ciągle bardzo niezadowolony i ciągle powtarzał, że gram źle, niewiarygodnie, przedrzeźniał mnie nawet, abym zrozumiała, o co mu chodzi, ale w taki sposób doprowadzał mnie do rozpaczy. Byłam zła na siebie i na niego, bo nie potrafiłam stanąć na wysokości zadania. Poprosiłam o chwilę przerwy, dałam upust emocjom, a po chwili wróciłam i zaśpiewałam arię w taki sposób, że reżysera po prostu olśniło. Po tym doświadczeniu doszłam do wniosku, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Każdą kolejną rolę staram się głęboko zrozumieć, utożsamić się z postacią. To jest najważniejsza część pracy.

Są jednak postacie, z którymi niełatwo jest się utożsamić. Jak to jest w przypadku Carmen?

Staram się zawsze zrozumieć tekst roli. Na próbach z pianistą skupiam się najpierw nad recytatywami, starając się poznać, a potem oddać pewne emocje, które przeżywa postać. W zrozumieniu postaci Carmen bardzo pomogła mi także lektura noweli Mérimée pt. Carmen, na postawie której Georges Bizet stworzył swoją operę. Mamy wyobrażenie bohaterki jako postaci czystej i pięknej, a ona wcale taka nie jest! To sprytna osóbka o wielkim uroku, która potrafi tak manipulować uczuciami Don José, że zrobi dla niej wszystko. W noweli to on opowiada historię Carmen i swojego oczarowania nią, siedząc w więzieniu. Bardzo mi to wszystko pomogło przy tworzeniu charakteru postaci. Marzyłam o tej roli od czasu studiów i cieszę się, że wreszcie się ono spełniło. Bardzo skomplikowana rola – jak osobowość Carmen, ale i fascynująca. Kobieca, uwodzicielska, mogłaby mieć każdego mężczyznę, a ona wybrała sobie najtrudniejszego partnera. Taka rola daje wiele możliwości.


Jadwiga Postrożna w roli Marty, Faust Gounoda w Operze Wrocławskiej, fot. Marek Grotowski

Od premiery Fausta Gounoda odkryłam w Pani także talent do ról komicznych. Sąsiadka Małgorzaty – Marta, która gotowa jest poślubić nawet diabła, byle tylko nie być sama, jest nieodparcie komiczna.

Tak, grywałam już postacie dramatyczne, liryczne, komiczne, a ze względu na głos grywam także... duchy. Na przykład Fruma-Sara w Skrzypku na dachu czy Głos Matki w Opowieściach Hoffmanna, gdzie śpiewam w tercecie na wysokości pięciu metrów, a potem zjeżdżam do ziemię. Cieszę się, że mogę grać tak rozmaite role, w tym charakterystyczne!

Znakomity tenor Pavarotti w filmie dokumentalnym Rona Howarda opowiada dowcipnie, jak to po ukończeniu konserwatorium wiele nauczył się występując - od swoich scenicznych partnerek, np. umiejętności pracy przeponą podczas wykonywania duetów miłosnych. Mówił o tym, co prawda z humorem, ale przecież to ważne, z kim śpiewamy, kto nas prowadzi, kto wpływa na naszą praktykę wykonawczą, prawda?

Sama tego doświadczyłam, będąc na I roku studiów, kiedy śpiewałam w chórze Operetki Wrocławskiej. Pierwszym moim spektaklem był Skrzypek na dachu, następnie Księżniczka czardasza, Kraina uśmiechu... Śpiewałam przez cztery lata i kiedy wykonywałam swój ostatni spektakl – ponownie był to Skrzypek na dachu – w którym wykonywałam rolę Plotkary, to miałam sposobność zauważyć, jak wiele się w tym czasie zmieniło. Nie byłam już taka nieśmiała, stałam się swobodna, nauczyłam się nie tylko lepiej śpiewać, ale także poruszać, reagować na partnerów. Myślę, że każdy student wokalistyki powinien mieć możliwość pracy w zawodowym teatrze, bo wtedy uczy się w sposób naturalny od starszych i bardziej doświadczonych śpiewaków.


Jadwiga Postrożna jako Dorota w operze W. Bogusławskiego Krakowiacy i górale,
fot. Marek Grotowski

Jednak nie poprzestała Pani na praktyce wykonawczej, ale zrobiła studia doktoranckie, a także rozwijała swoje umiejętności kończąc studia podyplomowe w dziedzinie muzyki oratoryjnej... 

Bardzo lubię muzykę oratoryjną! Wykonywałam ją występując w chórze mieszanym Canticum Iubilaeum pod dyr. Marka Michalika. Zawsze, ilekroć powracam do rodzimej Limanowej, mam w sobie wielką radość, gdy idę na pasterkę, a pierwszą pieśnią jest zawsze Wśród nocnej ciszy. Grzmią organy, a ja z chóru widzę tłum ludzi śpiewających potężnym głosem tę piękną kolędę i wtedy czuję głębokie wzruszenie. Lubię także śpiewać pieśni. Miałam przyjemność współpracować ze świetną pianistką Anitą Tashkinovą nad dwoma cyklami pieśni: Kindertotenlieder Gustava Mahlera - mój ukochany cykl, który śpiewałam podczas studiów na dyplomie, oraz Wesendonck Lieder Wagnera, który na początku wydawał mi się nie do przejścia – mentalnie i pod kątem interpretacji. Ostatecznie jednak powstał wspaniały koncert – publiczność siedziała jak zaczarowana, a na koniec zgotowała nam gorący aplauz. Przy tym okazało się, że choć rzadko wykonuję pieśni, ich interpretowanie sprawia mi wielką satysfakcję.

Ten rodzaj wykonawstwa, kiedy muzyk pozostaje sam na scenie, jest zapewne ciekawym doświadczeniem... Wymaga od śpiewaka odwagi i dojrzałości. Słuchałam z przyjemnością wspaniałych pieśni Schuberta Winterreise w wykonaniu Christopha Prégardiena i Marka Padmore`a i doszłam do wniosku, że dopiero wtedy błyszczy ich prawdziwy kunszt.

Z pewnością. Moim marzeniem jest zaśpiewać ponownie Pieśni cygańskie Antonína Dvořáka, podobnie jak Miłość i życie kobiety Roberta Schumanna. Myślę, że do dobrych interpretacji dochodzi się przez praktykę i że jest to proces. 


Jadwiga Postrożna w Nabucco G. Verdiego w Operze Wrocławskiej,
fot. Łukasz Kurek

Wiadomo mi z Pani wypowiedzi, że dzieli się Pani swoim doświadczeniem z innymi – z chórem z Limanowej, a także z Chórem Ars Cantandi Uniwersytetu Ekonomicznego. 


Lubię uczyć, pracować z nieprofesjonalistami, którzy śpiewają realizując swoje pasje. Mam przy tym świadomość, że sama ciągle się uczę. Praca z chórem jest także możliwością zdobycia doświadczeń. Chór Ars Cantandi, z którym współpracuję od piętnastu lat z przerwami czy chór z Limanowej, z którym także od lat pracuję nad emisją głosu, są dla mnie nieocenionym źródłem doświadczeń. Cieszę się ich sukcesami, bo są one także moim udziałem.

To piękne, że podtrzymuje Pani kontakty z miejscem swoich początków! Nawet robiąc doktorat i nagrywając przy tej okazji płytę, przywróciła Pani szerszej publiczności postać pedagoga i kompozytora z okolic Starego Sącza - Jana Joachima Czecha. 

Zastanawiając się nad tematem pracy doktorskiej, skontaktowałam się z dyrektorem Domu Kultury "Sokół" w Nowym Sączu i to on podsunął mi pomysł. Chciałam, aby był to ktoś z moich rodzimych stron. I tak trafiłam na bardzo interesującego człowieka - Jana Joachima Czecha, nauczyciela i niezwykle płodnego kompozytora, tworzącego z myślą o swoich uczniach. Komponował na głosy, rozmaite instrumenty, tworzył też orkiestry i chóry. Opisałam każdą dziedzinę jego bogatej działalności. Był to prawdziwy pedagog i człowiek- orkiestra, któremu wielu ludzi z tamtego rejonu zawdzięcza umiejętności muzyczne. Moja płyta z jego utworami zawiera pieśni, także religijne, wodewilowe, napisane z myślą o jasełkach itd.

A jakie są Pani najbliższe plany?

Aktualnie – jak wspomniałam – przygotowuję się do roli Carmen w spektaklu Opery Wrocławskiej, który reżyseruje Marta Sartova. Dyrygentem jest Adam Banaszak – człowiek wielkiej pasji. Premiera jest przewidziana na marzec tego roku. W maju zadebiutuję rolą Feneny w Nabucco G. Verdiego w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej, spektaklu w reżyserii Marka Weissa i pod batutą Tadeusza Kozłowskiego, w świetnej międzynarodowej obsadzie.  Ponadto w maju i w czerwcu zagram rolę Czarownicy w przedstawieniu Engelberta Humperdincka Jaś i Małgosia, w reżyserii Pawła Szkotaka i pod dyrekcją Adama Banaszaka. W lutym kończę mój półroczny kontrakt ze Stadtheatre Bremerhaven, gdzie grałam Santuzzę w operze Cavalleria Rusticana P. Mascagniego pod batutą Marca Niemanna. Mam nadzieję, że współpraca z tym wspaniałym zespołem zaowocuje kolejnymi projektami.

Tego Pani życzę i bardzo dziękuję za rozmowę.

poniedziałek, 11 października 2021

Lithuanian Chamber Orchestra – Carmen /koncert w Narodowym Forum Muzyki/

13 października o godz. 19.00 w Narodowym Forum Muzyki wystąpi gościnnie Lithuanian Chamber Orchestra pod dyrekcją wybitnego dyrygenta i skrzypka Sergeya Krylova! W programie znalazło się dzieło oparte na melodiach zaczerpniętych z Carmen Georges'a Bizeta, czyli jednej z najbardziej znanych oper wszech czasów.

Lithuanian Chamber Orchestra / fot. D. Matveevas

Wieczór rozpocznie Symfonia A-dur Hob. I:59 „Ogień” Josepha Haydna. To dość zagadkowy utwór. Nie ma pewności, kiedy powstał i zabrzmiał po raz pierwszy ani skąd wziął się jego zwyczajowy podtytuł. Być może z tego, że pierwsza część utrzymana jest w bardzo szybkim tempie (nosi ona bowiem oznaczenie Presto zamiast zwyczajowego wolniejszego Allegro), a wrażenie rozgorączkowania wzmaga jeszcze rozdrobnienie rytmiczne i nagłe zmiany dynamiki. To wszystko sprawia, że kompozycja ta, pełna dramatyzmu i energii, jest niezwykle interesująca sama w sobie i jest w stanie zaangażować odbiorcę.

Następnie zabrzmi I Like Schubert zmarłego w zeszłym roku litewskiego kompozytora Vidmantasa Bartulisa. Był on jednym z najbardziej cenionych twórców swojego pokolenia. Jego przeznaczony na skrzypce i smyczki utwór oparty jest na melodii zaczerpniętej z Adagio z Kwintetu smyczkowego C-dur op. 163 Franza Schuberta.

Jako ostatnia zostanie zaprezentowana przeznaczona na smyczki i perkusję Suita Carmen autorstwa Rodiona Szczedrina, która oparta jest na materiale tematycznym opery Georges'a Bizeta. Rosyjski kompozytor napisał to dzieło dla swojej żony, primabaleriny Teatru Bolszoj, Mai Plisieckiej. Od dawna chciała ona zatańczyć do muzyki Bizeta, problemem pozostawało jednak zaaranżowanie na potrzeby ewentualnego widowiska muzyki francuskiego twórcy. Zadania nie chciał podjąć się ani Dymitr Szostakowicz, ani Aram Chaczaturian, zatem tancerce pomógł jej mąż. W rezultacie powstało dzieło niezwykle barwne i przystępne. Melodie Bizeta są w nim doskonale rozpoznawalne, ale też przekształcone w niezwykle pomysłowy sposób – dzięki intrygującej instrumentacji, zmianom rejestrów, zabawie barwami czy przesunięciom akcentów sprawiają wrażenie czegoś nowego. Pełna humoru i inwencji aranżacja Szczedrina szybko zyskała wielką popularność, a jedną z najbardziej znanych choreografii do tego dzieła stworzył sławny szwedzki artysta Mats Ek.

Wykonawcy:

Sergey Krylov – skrzypce, dyrygent

Giunter Percussion

Pavel Giunter – kierownictwo artystyczne Giunter Percussion

Lithuanian Chamber Orchestra


Program:

J. Haydn Symfonia A-dur Hob. I:59 „Ogień”

V. Bartulis I Like Schubert na skrzypce i smyczki

G. Bizet / R. Szczedrin Suita Carmen na perkusję i smyczki

informacja prasowa

 

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Gala noworoczna: czarodziejki i czarownice. 4 i 5 stycznia 2019 r. w Narodowym Forum Muzyki

Narodowe Forum Muzyki zaprasza na dwa koncerty "Gali noworoczna: czarownicy i czarodziejki" odbywające się w ramach 4. Festiwalu Noworocznego NFM. Na melomanów czekają wspaniali wykonawcy: Joanna Moskowicz, Ewa Majcherczyk i Anna Borucka oraz NFM Filharmonia Wrocławska pod dyrekcją Bassema Akiki.

Joanna Moskowicz, fot. Małgorzata Chrastek
Na początku nowego roku zastanawiamy się, co przyniesie przyszłość. Nie tylko my dalibyśmy sporo, aby dowiedzieć się, co nas czeka – wielu bohaterów oper uciekało się do różnych sposobów, by odkryć tajemnice jutra. Ich fascynujące historie przybliżą nam gwiazdy młodego pokolenia sceny operowej, wrocławscy filharmonicy oraz dyrektor Festiwalu Noworocznego NFM – brawurowy dyrygent Bassem Akiki.

Znana z doskonałych umiejętności aktorskich sopranistka Joanna Moskowicz dwa lata temu zdobyła Nagrodę im. Jana Kiepury dla najlepszej śpiewaczki. Ewa Majcherczyk (sopran liryczno-koloraturowy) partie bohaterek, w które wcieli się tego wieczoru, wykonywała nieraz w ojczyźnie opery – we włoskich teatrach. Anna Borucka wygrała III Międzynarodowy Konkurs Wokalny im. Andrzeja Hiolskiego w Kudowie Zdroju, a w 2017 roku zadebiutowała w prestiżowej Semperoper w Dreźnie. Wszystkie diwy błyszczą nie tylko talentem, lecz także urodą. Galę jak co roku poprowadzi Bassem Akiki.

Odczytywaniem przyszłości z kart parają się Cyganki w operowym superprzeboju Carmen. Koleżanki głównej bohaterki dowiadują się o czekających je miłości i bogactwie, ale Carmen przepowiadają dramatyczny los. Wiele operowych postaci udaje się po wróżby do czarownic, choćby starej Indianki w operze Bal maskowy, która rozgrywa się w Ameryce (choć została zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami ze Szwecji). Niektórym wiedźmy same wchodzą w drogę – zapowiedź przyszłych wydarzeń mąci spokój Makbeta, a charakter mrocznych osobistości oddaje muzyka baletowa Giuseppe Verdiego. Najsłynniejszy kompozytor operowy nieraz inspirował się twórczością Szekspira – w czasie gali usłyszymy także jego wzruszającą modlitwę Desdemony z Otella. Natomiast Tytania ze Snu nocy letniej i jej czarodziejski dwór elfów zostaną przywołane w arii z opery Mignon, dzieła Ambroise’a Thomasa.

Czarownice w operach świadczą różne usługi. Tytułowa Rusałka z utworu Antonína Dvořáka przychodzi do Baby Jagi po eliksir, dzięki któremu jej ogon zmieni się w nogi. Mimo że wyśpiewywana lista składników magicznego przepisu może przyprawić o dreszcze (lub nudności), a w warstwie muzycznej kompozytor sięgnął po typowe upiorne motywy, utwór brzmi komicznie i jeśli będziemy się trząść, słysząc Čury mury fuk, to ze śmiechu, nie ze strachu. Operą zanurzoną w nieprawdopodobnym świecie magii jest uwielbiany przez publiczność Czarodziejski flet. Partia złowrogiej, ale jakże pięknie śpiewającej Królowej Nocy jest popisową rolą Joanny Moskowicz. Groźnymi bohaterkami są też wiły – duchy kobiet, które porzucone przez swych wybranków, zmarły ze zgryzoty i mszczą się teraz na nich.

Dramatycznymi postaciami są także Azucena z Trubadura, której arię wykona Anna Borucka, księżniczka Eboli z Don Carlosa, która przeklina własną urodę, i niewolnica Liu z Turandot, baśniowej opery Giacoma Pucciniego. Bajkowy nastrój towarzyszy również Opowieściom Hoffmanowskim, z których pochodzi bardzo trudna i przezabawna aria lalki Olimpii: „artystkę” w trakcie występu trzeba nakręcać, żeby mogła śpiewać dalej.

Równie pogodne w charakterze są cztery musicalowe piosenki, które znalazły się w programie. Bohaterowie Facetów i laleczek wykorzystują wróżbiarskie rekwizyty – karty i kości – zgodnie z ich podstawowym przeznaczeniem: do hazardu. Bohaterki Calamity Jane wyśpiewują o czarodziejskim kobiecym dotyku, który więcej może niż zaklęcia i różdżki (ów szósty zmysł kobiety to w tej piosence po prostu umiejętność sprzątania). Natomiast rywalki z Pal Joey dochodzą w duecie do wniosku, że nie ma co walczyć o mężczyznę, który nie jest tego wart. Koncert zakończy trio sióstr ze Skrzypka na dachu: dzierlatki przedrzeźniają swatkę, postać podobną trochę do czarodziejek i czarownic – samotną, starszą kobietę, która nie wiadomo kiedy i skąd przyprowadza pannom mężów.

Niezależnie od tego, czy wierzymy w bajkowy świat czy stąpamy twardo po ziemi, czy chcielibyśmy poznać przyszłość, a może wolimy, by los robił nam (miłe) niespodzianki – wszyscy ulegniemy czarowi gali noworocznej.

4 i 5.01.2019, piątek i sobota, godz. 19:00
NFM, Sala Główna
Gala noworoczna: czarownicy i czarodziejki

Wykonawcy:
Bassem Akiki – dyrygent
Joanna Moskowicz – sopran
Ewa Majcherczyk – sopran
Anna Borucka – mezzosopran
NFM Filharmonia Wrocławska
Marcin Majchrowski – prowadzenie

Program:
G. Verdi Ave Maria z opery Otello
G. Verdi Re dell'Abisso, affrettati z opery Bal maskowy
W.A. Mozart O zittre nicht, mein lieber Sohn z opery Czarodziejski flet
G. Puccini Tu che di gel sei cinta z opery Turandot
G. Verdi O don fatale z opery Don Carlo
J. Offenbach Les oiseaux dans la charmille z opery Opowieści Hoffmana
G. Bizet Melons! Coupons! z opery Carmen
G. Verdi – muzyka baletowa z opery Makbet                                    
***
G. Puccini La tregenda z opery-baletu Wiły
G. Bizet Les tringles des sistres tintaient z opery Carmen
W.A. Mozart Der Hölle Rache z opery Czarodziejski flet
G. Verdi Stride la vampa z opery Trubadur
A. Thomas Ah, pour ce soir… Je suis Titania z opery Mignon
A. Dvořák Čury mury fuk z opery Rusałka
F. Loesser Marry the Man Today z musicalu Faceci i laleczki (sł. F. Loesser)
S. Fain  A Woman’s Touch z musicalu / from Calamity Jane (sł. P.F. Webster)
R. Rodgers Take Him z musicalu Pal Joey (sł. L. Hart)

J. Bock Oj swatko, swateńko męża mi znajdź z musicalu Skrzypek na dachu (sł. S. Harnick, libretto Joseph Stein)

informacja prasowa

niedziela, 16 lutego 2025

Agnieszka Rehlis: W śpiewaniu musi brzmieć prawda /wywiad/

Z Agnieszką Rehlis – mezzosopranistką o wyjątkowym głosie, śpiewaczką operową występująca na deskach najważniejszych scen operowych Europy i świata – o jej muzycznej drodze, ważnych rolach, najbliższych planach, a także o tym, jak jej głos ... unieruchomił scenę obrotową w Opernhaus w Zurichu 😊

Agnieszka Rehlis, fot. Karpati Zarewicz, TACT Artists Menagement

Barbara Lekarczyk-Cisek: To szczęśliwy traf, że występuje Pani we Wrocławiu, bo niezmiernie rzadko można Panią usłyszeć w Polsce. W dodatku usłyszymy Panią w repertuarze kameralnym i w towarzystwie znakomitego gitarzysty Krzysztofa Meisingera, z którym współpracuje Pani od lat. 

Agnieszka Rehlis: Nasza współpraca rozpoczęła się 10 lat temu, kiedy to zagraliśmy pierwszy koncert we wrocławskim Arsenale. Później mieliśmy wiele koncertów, aż w końcu nagraliśmy prywatnie kompozycje Bartka Marusika: „Pieśni nocą śpiewane”. Nie odbyliśmy wcześniej żadnej próby, a mimo to była pomiędzy nami niesamowita nić porozumienia. Wcześniej, oczywiście, przygotowywaliśmy się do tego nagrania indywidualnie, ale nigdy bym nie przypuszczała, że można z takim spokojem po prostu zrealizować nagranie. To był bardzo piękny, nastrojowy cykl, prawdziwe perełki! Kiedy śpiewaliśmy go trzy lata temu w Łazienkach na Festiwalu Mozartowskim, zgromadziła się tak liczna publiczność, że połowie nie udało się w ogóle wejść. Współpracujemy z Krzysztofem nieczęsto, ponieważ ciągle wyjeżdżam, ale zdarza się nam spotkać od czasu do czasu, czego przykładem jest koncert w ramach cyklu „Ars Cameralis”. 

Najczęściej można Panią usłyszeć na scenach operowych Europy i świata. Podobno niedawno, podczas spektaklu „Balu maskowego” G. Verdiego w Opernhaus w Zurichu, gdy wykonała Pani rolę Ulryki, scena obrotowa zatrzymała się, a organizatorzy poinformowali widownię, że to przez Pani czary 😊

To się wydarzyło naprawdę! Scena spowita piękną zielenią, także stół, przy którym siedzę z niemą postacią towarzyszącego mi służącego. Na koniec scena miała się obrócić, ale czekaliśmy na próżno. Trochę markowaliśmy, że tak ma być, ale w końcu nie wytrzymaliśmy i mój sceniczny partner zaproponował mi szeptem, abyśmy, nie czekając aż maszyneria ruszy, sami zeszli ze sceny. Najpierw udaliśmy się za zieloną kotarę, okazało się jednak, że natrafiliśmy na ścianę bez wyjścia. Nie straciłam zimnej krwi i ruszyliśmy w kierunku lewej kulisy, rejestrując po drodze Erikę Grimaldi, grającą rolę Amelii, która ciągle czekała na swoje wejście. Idąc coś improwizowaliśmy, żeby wyglądało naturalnie, a Gianandrea Noseda na szczęście zorientował się, że sytuacja jest trudna i powstrzymał się od dyrygowania. I poszło! Choć scena nadal się nie obracała i udało się ją uruchomić dopiero podczas II aktu. O tym, że poinformowano publiczność, iż unieruchomienie sceny obrotowej nastąpiło na skutek czarów Ulryki, dowiedziałam się później od osoby, która była na widowni. Widziałam wprawdzie na koniec znaczące uśmiechy artystów i garderobianej przesyłane w moim kierunku, ale dopiero post factum zrozumiałam ich znaczenie. (śmiech)

Agnieszka Rehlis w roli Ulriki w "Balu maskowym" G. Verdiego, Opernhaus Zurich,
fot. ze strony Opernhaus Zurich na FB

Wcale się temu nie dziwię, bo Pani czaruje słuchaczy nieomal na całym świecie, czego sama doświadczyłam podczas wrocławskiego koncertu. Przypuszczam, że Pani talent i głos dojrzewał do tego latami. Jakie były tego początki?

Śpiewałam „od zawsze” i pociągało mnie też pianino, ale czasy były zgrzebne i rodziców nie stać było na taki instrument. Mama jednak, zauważywszy moje muzyczne ciągoty, zaprowadziła mnie do pana Franciszka Koscha, wychowanka Stefana Stuligrosza. Prowadził popularny w Jeleniej Górze chór męski oraz Chór Kameralny Collegium Musicum, w którym śpiewały również dziewczęta i panie. Byłam w ósmej klasie szkoły podstawowej, kiedy to w grudniu, bardzo stremowana, stanęłam przed obliczem pana Koscha i zaśpiewałam. Stwierdził, że mam dużą skalę głosu i umieścił mnie w sopranach, choć czasami odczuwałam, że to nie do końca „mój głos”, czym podzieliłam się z dyrygentem, on zaś zaproponował mnie i paru innym osobom lekcje indywidualne, podczas których uczył nas śpiewu solowego. Po półtora roku takich ćwiczeń, tak się w nich rozsmakowałam, że będąc jeszcze w liceum, postanowiłam zdawać na studia wokalne. Pan Kosch tak znakomicie mnie przygotował, że mimo afonii, która mnie dopadła podczas egzaminów, zaśpiewałam na tyle dobrze, że pani profesor Barbara Ewa Werner, znakomita śpiewaczka i skrzypaczka, przyjęła mnie na Wydział Wokalny Państwowej Szkoły Muzycznej w Jeleniej Górze. Profesor Werner uczyła mnie potem śpiewu przez okres dwu lat, kiedy co sobotę przyjeżdżała do Jeleniej Góry. Nadal też udzielał mi lekcji pan Kosch. Kontynuowałam je także później, kiedy dostałam się do Akademii Muzycznej we Wrocławiu, pod opiekę pani prof. Werner. Muszę podkreślić, że Franciszkowi Koschowi ogromnie wiele zawdzięczam – gruntowne podstawy śpiewu i pasję do muzyki. Będąc na studiach nadal współpracowałam z jego chórem. Na IV roku Akademii śpiewałam już poważne i trudne utwory, jak „Missa solemis” L. Beethovena czy Mszę h-moll J. S. Bacha. Swoje umiejętności doskonaliłam także na kursach mistrzowskich, m.in. pod kierunkiem Krystyny Szostek-Radkowej, a także u niemieckich pedagogów: Adele Stolte, Christiana Elsnera i Gerharda Kahry'ego. 

W jakich okolicznościach trafiła Pani do Opery Wrocławskiej?

Och, to był pewien proces. Kończąc studia nie bardzo wiedziałam, co dalej, radziłam się więc zarówno pani prof. Werner, jak też pani Szostek-Radkowej i ta ostatnia poradziła mi, aby składać podania do różnych oper, a pani Werner poinformowała mnie, że Opera Wrocławska organizuje właśnie przesłuchania. Trwał strajk pracowników opery, więc pani Ewa Michnik wraz z komisją przesłuchiwała mnie w jakimś budynku na Krzykach. Pamiętam, że zaśpiewałam arię z „Orfeusza” Claudio Monteverdiego, którą przygotowałam wcześniej jako dyplom w Akademii Muzycznej. Realizując jako przedstawienie dyplomowe „Orfeusza”, pracowaliśmy też nad ruchem scenicznym ze wspaniałym tancerzem i choreografem Waldemarem Karstem – artystą związanym  przede wszystkim z Teatrem Dramatycznym w Wałbrzychu oraz z  Operą Wrocławską. 

Dodam, że kandydatów było ponad trzydziestu, a przyjęto czterech, w tym mnie, przy czym był to angaż do roli Doralby w operze Domenico Cimarosy: „Impresario w opałach”. Był luty roku 1996, pechowy, bo cała obsada się rozchorowała i ostatecznie nie zaśpiewałam tej roli. Wkrótce potem, w czerwcu, dostałam telefon z zapytaniem, czy nie wystąpiłabym w roli Jadwigi w „Strasznym dworze” Stanisława Moniuszki, w reżyserii i inscenizacji Adama Hanuszkiewicza i pod kierownictwem muzycznym Andrzeja Straszyńskiego. W roli Miecznika wystąpił wówczas sam Andrzej Hiolski! Tak więc kończąc studia zagrałam w tej sztuce, a od września otrzymałam angaż do opery. 

Trzeba przyznać, że zaczęła Pani swoją sceniczną karierę z wysokiego C!  O Adamie Hanuszkiewiczu krążą rozmaite opinie, głównie takie, że był w stosunku do aktorów surowy do bólu. A jakie są Pani doświadczenia z prób „Strasznego dworu”?

Już kiedy pani Krystyna Preis, nasz ówczesny koordynator pracy artystycznej, zapowiedziała scenicznym szeptem, że nadchodzi mistrz Hanuszkiewicz, zaniemówiłam z wrażenia (śmiech). No i zaczęły się próby. Śpiewałam w drugiej obsadzie z Ewą Czerniak, mogłam więc obserwować grę pierwszych solistów z wiodącej obsady. To było wielkie przeżycie! Pewnego dnia jednak „zaniemówiłam” na skutek jakiejś afonii, podeszłam do maestro Hanuszkiewicza i wyszeptałam, że dziś nie mogę śpiewać. Akurat była to próba sceniczna i śpiew nie był konieczny, a Adam Hanuszkiewicz nie tylko się nie zdenerwował, ale pragnąc mnie pocieszyć, zaprosił na ciastko do pobliskiej kawiarni. Kiedy ja zajadałam się pysznym ciastkiem od Bliklego, on opowiadał mi różne interesujące historie, które związane były z jego pracą w teatrze. Dziś już niewiele z tego pamiętam, ale byłam wzruszona jego ojcowską dobrocią.

Natomiast Andrzeja Hiolskiego najbardziej zapamiętałam z próby generalnej, kiedy to niespodziewanie dla nas pojawił się w loży na pierwszym balkonie i zaśpiewał swoją arię. Po czym zszedł do nas i przytulił… Taka to była reżyseria.

Agnieszka Rehlis w roli Azuceny w "Trubadurze" G. Verdiego, z Piotrem Beczałą (Manrico (2021, Opernhaus Zurich), trailer

Od początku swojej kariery scenicznej bardzo dobrze radziła Pani sobie także aktorsko. Czy to samorodny talent, czy też zasługa studiów na Akademii Muzycznej, gdzie były także zajęcia temu poświęcone?

Odbyłam studia wokalno-aktorskie, podczas których zajęcia prowadzili fantastyczni pedagodzy – aktorzy, pracujący równolegle w Szkole Teatralnej: Igor Przegrodzki, Zygmunt Bielawski, Miłogost Reczek. Program studiów obejmował wiele przedmiotów z dziedziny sztuki aktorskiej, miałam więc nawet możliwość pójścia na jeden rok do szkoły teatralnej, aby zrobić dyplom, ale zrezygnowałam. 

Opera Wrocławska była pierwszą sceną, na której zdobywała Pani zawodowe szlify i rozeznawała swoje możliwości. Jak Pani wspomina ten czas i które przedstawienia okazały się ważne w Pani karierze? 

Z pewnością do takich należy rola Jadwigi w „Strasznym dworze”, a po dwóch latach pracy, w 1997 roku, pojawiła się możliwość zaśpiewania w „Requiem” Verdiego w reżyserii Roberto Skolmowskiego. Zaśpiewałam całość, prócz jednej arii, bo takie były założenia reżyserii. Śpiewałam także inne, może mniej znaczące role, ale miło je wspominam: Florę w „Traviacie”, Magdalenę w „Rigoletto” Verdiego, Siebel w „Fauście” Gounoda, Cherubina w „Weselu Figara”, Mercedes w „Carmen” Bizeta, Eurydykę w „Antygonie” Zbigniewa Rudzińskiego. Ważna była także możliwość obserwacji innych śpiewaczek, od których również się uczyłam. 

Praktyka jest w każdym zawodzie bezcenna. Z pewnością widziała Pani film dokumentalny „Pavarotti”. Słynny tenor opowiada tam dowcipnie m. in. o początkach swojej kariery, kiedy to uczy się sztuki oddychania przeponą od swojej scenicznej partnerki, obejmując ją podczas wykonywania duetu. 

Ja z kolei na początku swojej kariery scenicznej śpiewałam rolę Mercedes w „Carmen”, a towarzyszyła mi pani Jola Żmurko jako Frascita i zachęcała mnie podczas prób, abym sprawdziła, jak pracuję przeponą, podobnie jak to robił Pavarotti. Korygowała mnie w sposób bardzo życzliwy. 

Kiedy była Pani solistką Opery Wrocławskiej, rozpoczął się także trwający wiele lat okres współpracy z Krzysztofem Pendereckim, z którym wykonywała Pani trudny repertuar oratoryjny. Jak doszło do tej współpracy? 

Pani Ewa Michnik, będąc dyrektorką Opery Wrocławskiej, sprawowała również w latach 1997-2002 funkcję dyrektora artystycznego Międzynarodowego Festiwalu Oratoryjno-Kantatowego "Wratislavia Cantans". Znając moje upodobanie do muzyki oratoryjnej, zapytała mnie, czy zaśpiewałabym Requiem Dvořáka, którym będzie dyrygował Krzysztof Penderecki. Warunkiem była akceptacja maestro, wobec czego pani Michnik zaaranżowała spotkanie. Zaproszono mnie do NOSPR-u, gdzie Profesor akurat miał próby. Podczas przesłuchania zauważyłam, że profesor Penderecki zaczął odruchowo dyrygować, a potem zapytał mnie, czy mogłabym się nauczyć jego Credo, co zapowiadało dalszą współpracę. Zamurowało mnie z wrażenia, ale oczywiście przytaknęłam, choć wtedy nie znałam tego utworu. To był luty 1999 (koncert miał być we wrześniu), a tu niespodziewanie dostaję w marcu telefon od Henryka Gizy – dyrektora Festiwalu Muzyki i Sztuki Krajów Bałtyckich, z pytaniem, czy znam „Polskie Requiem” K. Pendereckiego. Okazało się, że Profesor mnie zarekomendował w miejsce pani Jadwigi Rappé, która nie mogła wtedy wystąpić. Miałam kilka tygodni na przygotowanie, w czym wydatnie pomogła mi korepetytorka naszej opery, pani Maria Rzemieniecka. Próba odbyła się w Technikum Kolejowym w Warszawie i uczestniczył w niej prof. Penderecki. Byłam bardzo stremowana i niepewna, czy dobrze zaśpiewam. W pewnym momencie Profesor przestał nagle dyrygować, odwrócił się do mnie i po chwili (dla mnie to była wieczność) powiedział, że śpiewam bardzo dobrze, po czym dostałam oklaski od całej orkiestry. Ależ to było przeżycie! Zaczęłam swoją współpracę z Mistrzem od jednego z najtrudniejszych jego utworów, w porównaniu z którym Credo i Siedem bram Jerozolimy to była bułka z masłem. Mój ostatni koncert z Mistrzem Pendereckim odbył się w lutym 2017 roku na Festiwalu Pablo Casalsa w Puerto Rico. Współpraca z Maestro trwała więc osiemnaście lat! Przez długi czas kojarzono mnie w związku z tym raczej z muzyką współczesną. 

Agnieszka Rehlis w kompozycji K. Pendereckiego: "Dies illa" LACRIMOSA / wyk. NOSPR

W 2003 roku wypłynęła Pani na szerokie wody, zaproszona do Teatru Wielkiego – Opery Narodowej, gdzie debiutowała Pani rolą Feneny w „Nabucco” G. Verdiego i to pod batutą maestro Jacka Kaspszyka. Jak do tego doszło? 

Pracowałam wówczas w szkole muzycznej w rodzimej Jeleniej Górze, gdy nagle otrzymałam telefon z propozycją, abym natychmiast przyjechała do Warszawy i zagrała następnego dnia w „Nabucco”. Było to jakieś nagłe zastępstwo, ale ponieważ znałam reżyserię Marka Grzesińskiego, bo występowałam w tej sztuce wcześniej w Hali Ludowej [obecnie Hali Stulecia], przyjęłam propozycję z entuzjazmem. Nie zdążyłam wprawdzie dojechać na próbę, bo fizycznie nie było to możliwe, ale wszystko poszło dobrze. Maestro Kaspszyk wyraził po koncercie nadzieję, że jeszcze z nim wystąpię w kolejnej roli. Jakoś zaiskrzyło i w rezultacie śpiewałam z maestro wiele koncertów, m. in. VIII Symfonię Gustava Mahlera, a nawet miałam szczęście zaśpiewać tuż przed pandemią, w 2019 roku, „Requiem” Verdiego, obok takich wykonawców, jak Aleksandra Kurzak, Roberto Alagna i Paweł Siwek. To był koncert pożegnalny maestro Kaspszyka, który kończył wówczas swoją współpracę z Filharmonią Narodową w Warszawie.

G. Verdi: Messa da Requiem, Warsaw Philharmonic Orchestra and Choir / Orkiestra i Chór Filharmonii Narodowej pod dyr. Jacka Kaspszyka, wyk. Agnieszka Rehlis, Aleksandra Kurzak, Roberto Alagna i Rafał Siwek, Filharmonia Narodowa w Watszawie, 27 września 2019

 Ale Pani współpraca z Operą Narodową nabrała tempa… 

Tak, zagrałam m. in. Mafio Orsiniego w „Lukrecji Borgii” Donizettiego w 2009, rok później – Lisę w „Pasażerce” Wajnberga , a także Martę w „Jolancie” Czajkowskiego, Hagar w prawykonaniu opery Knapika „Moby Dick” w 2014 roku oraz Wróżkę w „Ognistym aniele” Prokofiewa w 2018. Zdarzało mi się występować także w spektaklach baletowych, np. w „Tristanie”, gdzie śpiewałam pieśni Wagnera, stojąc w orkiestronie. Wystąpiłam również w balecie „Chopin, artysta romantyczny”, gdzie wykonywałam pieśń do muzyki Hectora Berlioza. Poznałam wówczas dyrygenta Tadeusza Kozłowskiego, który potem zaprosił mnie na swój jubileusz w Filharmonii w Łodzi. W roku 2023 wystąpiłam w roli Amneris w „Aidzie” w Warszawie i okazało się, że był to mój setny spektakl. 

Współpracowała Pani także z innymi polskim operami... 

Rzeczywiście, kiedy w 2007 roku zostałam artystką freelance, zaczęłam dostawać propozycje z różnych teatrów operowych, m. in. z Opery Krakowskiej, gdzie zaśpiewałam m. in. rolę Kompozytora w „Ariadnie na Naxos” R. Straussa, w reżyserii Włodzimierza Nurkowskiego i pod kierownictwem muzycznym Tomasza Tokarczyka. To była dla mnie wspaniała możliwość zagrania roli przeznaczonej dla młodej jeszcze artystki, bo wiadomo, że głos z upływem czasu się zmienia. Udało mi się wówczas wystąpić w około trzydziestu spektaklach.

Agnieszka Rehlis w Prologu do "Ariadny na Naxos" R. Straussa

Zaśpiewałam także w 2013 roku rolę Azuceny w „Trubadurze” Verdiego w reżyserii Laco Adamika, ale zrozumiałam wtedy, że mój głos jeszcze do tej roli nie dojrzał. Dopiero cztery lata później, kiedy dzięki mojej fantastycznej agencji TACT weszłam na scenę z Azuceną, poczułam, że jest to rola dla mnie. Wystąpiłam też w 2011 roku w roli Judyty w „Zamku księcia Sinobrodego” Beli Bartóka w Teatrze Wielkim w Łodzi, gdzie kierownictwo muzyczne sprawował Łukasz Borowicz. Spektakl był grany wraz z "Dydoną i Eneaszem" Henry'ego Purcella. Dwa skrajne style, które dane mi było wykonać w jednym dniu, ponieważ zachorowała koleżanka, zaśpiewałam więc obie premiery. Dostałam potem entuzjastyczne recenzje, zwłaszcza za rolę Judyty. 

Muszę wspomnieć również Operę Podlaską w Białymstoku, gdzie w 2015 roku namówiono mnie do zagrania tytułowej roli w „Carmen” Bizeta w inscenizacji Beaty Redo-Dobber i gdzie wcześniej, w 2012 roku, wystąpiłam na otwarcie opery, wykonując Jadwigę w „Strasznym dworze” St. Moniuszki. Reżyserował Roberto Skolmowski, wówczas dyrektor opery, a kierownictw muzyczne sprawował Mieczysław Dondajewski. Z panią Redo-Dobber współpracowałam wcześniej przy „Pasażerce” w Teatrze Wielkim w Warszawie, toteż uznała, że dobrze zaśpiewam rolę Carmen. Zgodziłam się, bo nie jest to rola trudna i przyjemnie się ją śpiewa, natomiast aktorsko nie bardzo ją lubię, bo uważam, że to rodzaj kreacji obliczonej na aplauz publiczności. Lubię role, które są większym wyzwaniem. O przyjęciu roli Carmen zdecydował także fakt, że dyrygentem był Michał Klauza, o którym wiedziałam, że jest świetny i że współpraca z nim będzie owocna. Zaśpiewałam trzy premiery pod rząd, a potem chyba ze trzydzieści spektakli. 

Miałam także epizod z „Carmen” związany z Aalto-Musiktheater Essen, gdzie znano mnie z roli Amneris z „Aidy” i gdzie zaśpiewałam kilka spektakli „Carmen”. 

W którym momencie zaczęła się Pani światowa kariera? 

Wszystko zaczęło się od międzynarodowej agencji Tact Artists Management, której przedstawiciele byli w 2016 roku na spektaklu „Jolanty” Piotra Czajkowskiego w reżyserii Mariusza Trelińskiego, gdzie grałam rolę Marty. Nazajutrz umówili się ze mną na spotkanie. Nasłuchałam się najpierw komplementów na temat mojego występu, a następnie zaproponowali mi współpracę. Warunkiem było zaaranżowanie przesłuchań (tzw. audycji) na różnych scenach. Te audycje odbywały się jeszcze przez trzy lata, ale już po jednym przesłuchaniu w Teatrze Wielkim otrzymałam kilka propozycji ról. Jeździłam też do Zurichu, gdzie byłam przesłuchiwana do roli Wróżki i Matki Przełożonej w „Ognistym aniele” Siergieja Prokofiewa i od razu dostałam tę rolę. 

W 2016 roku zaśpiewałam rolę Amneris w Estońskiej Operze Narodowej w Tallinnie, co także było atutem dla mojej agencji. 

Agnieszka Rehlis jako Amneris w Estońskiej Operze Narodowej © Harri Rospu

Czy zechce Pani uchylić rąbka tajemnicy odnośnie swoich planów artystycznych? 

Za chwilę zaśpiewam w Royal Ballet and Opera w Londynie Azucenę w „Trubadurze”, w Statsooper Berlin tę samą rolę, w doborowym towarzystwie Anny Netrebko i Yusifa Eyvazova. Potem kolejno: w kwietniu tego roku zadebiutuję pod dyrekcją maestro Zubina Mehty – wykonam we Florencji Requiem G.Verdiego. Później wraca „Aida” (Amneris) we Florencji oraz w Arena di Verona, tym razem w reżyserii Stefano Poda. Kolejna „Aida” z tą samą rolą czeka mnie w Kennedy Center w Waszyngtonie, a za rok powrócę tam z „Tryptykiem” Giacoma Pucciniego. 

Co jest dla Pani najważniejsze w zawodzie, który wykonuje? 

Ważna jest znajomość historii muzyki oraz warsztat, ale – jak kiedyś powiedziała Ewa Podleś, śpiewanie to przede wszystkim wyobraźnia, która sprawia, że świadomie kształtujemy nasz głos. W śpiewaniu musi brzmieć prawda. 

Czy ma Pani jakieś pasje pozamuzyczne? 

Ważna jest dla mnie duchowość – dbam o swoje relacje z Panem Bogiem. Ponadto pasjonuje mnie matematyka, astronomia oraz astrofizyka, czyli czysta nauka. Od czasu do czasu śledzę życie gwiazd za pomocą odpowiedniego sprzętu. Ważne jest, aby mieć także zainteresowania pozamuzyczne, bo to także człowieka rozwija.

Bardzo dziękuję za spotkanie i rozmowę. Życzę, aby kolejne role operowe oraz udział w koncertach przyniosły Pani wiele satysfakcji i dały poczucie, że w Pani śpiewie brzmi prawda.

czwartek, 12 października 2023

Pokazy z nowojorskiej Met powracają do kin

Wielokrotnie nagradzany cykl pokazów na żywo z The Metropolitan Opera powraca po raz siedemnasty do kin! Na początek - "Dead Man Walking" Jake'a Heggiego w nowej inscenizacji Ivo van Hove'a, już 21 października w transmisji do kin, teatrów, oper i filharmonii w całej Polsce!

Nowy sezon rozpocznie się 21 października 2023 roku transmisją premierowej produkcji Dead Man Walking Jake’a Heggiego w reżyserii Ivo van Hove’a. W roli głównej, Siostry Helen Prejean, wystąpi uwielbiana przez widzów mezzosopranistka Joyce DiDonato. Na scenie partnerować będą jej bas-baryton Ryan McKinny, a także mezzosopranistka Susan Graham i sopranistka Latonia Moore. Mistrzowską orkiestrę Met poprowadzi Yannick Nézet-Séguin. Choć "Dead Man Walking" to opera współczesna, muzyka jest tonalna, przyjemna i wpadająca w ucho, a poprzez kontrast doskonale podkreśla mroczną tematykę dzieła. Zapowiada się mocne, zapadające w pamięć rozpoczęcie sezonu. Posłuchajcie sami!

Dead Man Walking | “Forgiveness is in our hearts and souls” (PL)

Ponadto w nadchodzącym sezonie 2023–24 nowojorska opera zaprezentuje kolejne dwa premierowe tytuły: Florencia en el Amazonas Daniela Catána, czyli pierwszą na przełomie prawie stu lat hiszpańskojęzyczną operę na scenie Met, oraz X: The Life and Times of Malcolm X Anthony’ego Davisa. Nie zabraknie znanych i uwielbianych przez widzów tytułów, takich jak: Romeo i Julia oraz Madama Butterfly. Met pokaże również nową wersję Carmen w reżyserii Carrie Cracknell. Operę Verdiego, Moc przeznaczenia, wyreżyseruje zaś Mariusz Treliński, dyrektor artystyczny Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie.

Widzowie w kinowej sali obejrzą na żywo debiutancki występ Jonathana Tetelmana na scenie Met (tenor wcieli się w postać Ruggero w Jaskółce), a także będą podziwiać głosy powracających do nowojorskiej opery gwiazd. Wśród nich znaleźli się m.in. tenor Piotr Beczała jako Don José w pełnej namiętności operze Carmen, sopranistka Lise Davidsen jako Leonora w nowej wersji Mocy przeznaczenia, sopranistka Angel Blue jako Magda w Jaskółce, sopranistka Aigul Akhmetshina jako tytułowa Carmen, a także sopranistka Nadine Sierra i tenor Benjamin Bernheim jako tragiczni kochankowie z opery Gounoda, Romeo i Julia. A to tylko część bogatej listy znanych operowych nazwisk, których niezwykłe głosy zachwycą nas w nadchodzących miesiącach!

Dead Man Walking, fot. materiały prasowe

Miejsca pokazów oraz linki do sprzedaży biletów sprawdzicie poniżej oraz na http://nazywowkinach.pl.

DATY I MIEJSCA POKAZÓW

21.10.2023, sobota, 18:55 | Białystok, Opera i Filharmonia Podlaska 

21.10.2023, sobota, 18:55 | Częstochowa, Kino Studyjne OKF Iluzja

21.10.2023, sobota, 18:55 | Dąbrowa Tarnowska, Kino Sokół Dąbrowski Dom Kultury

21.10.2023, sobota, 18:55 | Elbląg, Kino Światowid

21.10.2023, sobota, 18:55 | Gliwice, Kino Amok

21.10.2023, sobota, 18:55 | Nowa Sól, Kino Europa

05.11.2023, niedziela, 17:00 | Olsztyn, Warmińsko-Mazurska Filharmonia im. Feliksa Nowowiejskiego 

21.10.2023, sobota, 18:55 | Poznań, Kino Pałacowe

21.10.2023, sobota, 18:55 | Przemyśl, Kino Centrum

21.10.2023, sobota, 18:55 | Sztum, Kino-Teatr Powiśle przy Sztumskim Centrum Kultury

21.10.2023, sobota, 18:55 | Toruń, Kino 1410

21.10.2023, sobota, 18:55 | Warszawa, Teatr Studio

21.10.2023, sobota, 18:55 | Wrocław, Nowe Horyzonty

Miejsca pokazów oraz linki do sprzedaży biletów sprawdzicie poniżej oraz na http://nazywowkinach.pl.

informacja prasowa

"Herr Jesu" - koncert kantat J. S. Bacha w Narodowym Forum Muzyki /61. Wratislavia Cantans/

Dziś (12 września) o 19.00, w ramach Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans, zabrzmią w Narodowym Forum Muzyki kantaty Johanna Sebas...

Popularne posty