Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania iwaszkiewicz, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania iwaszkiewicz, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 listopada 2019

Tadeusz Konwicki: "Iwan Konwicki, z domu Iwaszkiewicz"/recenzja książki/

Biografia kota Iwana Konwickiego z domu Iwaszkiewicz jest uroczą, niezwykle mądrą opowieścią o relacji człowieka z kotem, relacji niełatwej, a przecież głębokiej i trwałej. Pięknie ilustrowana i starannie wydana stanowi przy tym przyjemną dla oka i ducha edytorską całość. Cieszy, że Konwicki wciąż do nas mówi i to o sprawach najbardziej istotnych: o miłości i o przyjaźni - ich blaskach i cieniach.


Kiedy recenzowałam wspomnieniową książkę Marii Konwickiej "Byli sobie raz", sporych rozmiarów akapit poświęciłam wspomnieniom córki pisarza dotyczącym kota Iwana. Pisząc nie miałam pojęcia, że niebawem ukaże się poświęcona kotu swoista biografia, której autorem jest Tadeusz Konwicki, zmagający się ze swoim kotem przez całe jego długie życie, dając wyraz owym zmaganiom w literaturze: w "Kompleksie polskim", "Kalendarzu i klepsydrze", "Wschodach i zachodach księżyca", "Nowym Świecie i okolicach oraz w "Pamflecie na samego siebie", nie wspominając już o wywiadach. O tym, że Iwan zajmował w rodzinie Konwickich ważne miejsce (co tu dużo mówić: trzymał ich krótko i był przez nich kochany), świadczą również ilustracje żony pisarza - Danuty oraz samego Konwickiego.

Biografia została wydana przez Znak bardzo starannie, o czym świadczy już zdominowana przez kociego bohatera okładka. A to dopiero preludium. Iwana w rozmaitych "odsłonach" odnajdziemy wewnątrz owego smakowitego wydawnictwa w różnych życiowych pozach, z których każda wiele o nim mówi, odsłaniając wielorakie aspekty skomplikowanej kociej natury. Ale także natury ludzkiej - jego najbliższego otoczenia. Tutaj wszystko ma swoje znaczenie, bo charakter kota - podobnie jak człowieka - jest w dużej mierze uwarunkowany genetycznie. Z czasem podlega zmianom: pod wpływem otoczenia, starzenia się, rozmaitych doświadczeń. Istnieje także sfera tajemnicy - coś, co moglibyśmy określić jako metafizykę, a co w sposób istotny wpływa na życie ludzi.

Kocie rodowody


Biografię Iwana Konwickiego otwierają rozważania na temat pochodzenia kota. Wiadomo wprawdzie, że kot został podarowany państwu Konwickim przez Marię Iwaszkiewicz. Jednakże autorka wstępu, Ludwika Włodek, jej wnuczka, wprowadza nas głębiej w to zagadnienie. Opowiada  taką oto smakowitą anegdotę, w której praprababcia, po przeprowadzce z Podola do Warszawy, została zapytana przez urzędnika wypełniającego dokument, na mocy którego miała uiścić podatek za psa. Otóż na pytanie o otczestwo odparła z naiwnych zdziwieniem:

- Kak mogu ja znat` otczestwo sobaki?

Anegdota uzmysławia, że zwierzęta były traktowane w rodzinie jako pełnoprawni jej członkowie. Kiedy czytam, że krążyły o nich takie same anegdoty jak o ciotkach i kuzynach, wcale mnie to nie dziwi. Sama doświadczyłam czegoś podobnego, bo w moim otoczeniu zawsze były psy, koty, kury, króliki, z którymi byłam zaprzyjaźniona i które stały się bohaterami licznych historii opowiadanych przeze mnie własnym dzieciom. One z kolei doświadczały podobnych przypadków z naszymi psami i kotami, z których każdy był niepowtarzalną indywidualnością. Kłopoty wynikające z braku znajomości otczestwa także są mi znane. Szczególnie kocie genealogie okazały się mocno skomplikowane. Z jednym wyjątkiem - main coona Tamili Black Cadillack, której drzewo genealogiczne otrzymałam wraz z kocicą. Otóż ta rodowodowa dama w naszej rodzinie nazywana została po prostu Kiciunią. Obciążona genetycznie plejadą zabawnie nazwanych przodków, z ulgą przyjęła nowe, nieskomplikowane imię i pokochała nas z wzajemnością, podczas gdy w poprzednim miejscu uchodziła za agresywną i trudną w kontaktach.

W przypadku Iwana Konwickiego z domu Iwaszkiewicz było to jednak bardziej skomplikowane. Istniało nawet szeptane przypuszczenie, że jego łagodna matka Jagusia poczęła go z dziką bestią - kocurem sąsiadów, ale pewności nie ma... :-)
Wszystkie te rozważania służą refleksji na temat "złego" lub "dobrego" dziedziczenia i czyż nie dotyczą one również ludzi?

Iwan Groźny


Iwan na ilustracji Danuty Konwickiej

Imię kota jest, jako się rzekło, częścią jego natury. Iwan Konwicki był na początku Wanią, ale po jakimś czasie okazało się, że bardziej adekwatne jest dla niego imię groźnego cara. Przede wszystkim z powodu "wyrazu twarzy", którą Tadeusz Konwicki opisuje tak:

"Nad tą twarzą bardzo męską, bardzo surową, zupełnie wyzutą z kociej dobroci i wręcz okrutna, sterczą do góry uszy dość długie, szpiczasto zakończone, bez mała z pędzelkami, co to sami wiecie, a ja rozumiem. Oczy ma Wańka jaskrawoseledynowe, może raczej jak siarka, i w tych oczach nie uświadczysz współczucia ani serdeczności. Cała postać jest dość olbrzymia, raczej przerażająca, nogi jego są tak grube jak moje ręce w przegubach. W każdym razie kot Iwan najczęściej budzi podziw i grozę".

Rysunek Tadeusza Konwickiego

Trzeba też dodać, że wygląd nie myli. Kot Iwan rodzinę trzymał krótko - gryzł, drapał terroryzował, a miłą panią, która od czasu do czasu przychodziła posprzątać, gotów był pożreć. Początkowo państwo Konwiccy trochę się buntowali, odgrażali, szczególnie pani Danuta, ale kot rządził się w domu bezceremonialnie, nic sobie z tego nie robiąc, toteż z czasem bunt ustąpił miejsca postawie, którą można by określić jako pogodzenie się z losem. Co więcej - jak to z autoironią opisuje Konwicki - wszystko to można by jeszcze znieść, ale najbardziej dręcząca okazała się kocia obojętność na gesty miłości: głaskanie, przytulanie, pocałunki. I jak tu żyć z członkiem rodziny, który - jak pisze autor "Małej apokalipsy" - "Jest nieskończenie piękny i nieskończenie głupi. Jego głupota jest naszym wspólnym upośledzeniem".

Czy to jest miłość?



Ilustracja Danuty Konwickiej

W końcu jednak kot Iwan okazuje swoją słabość. Ten zimny, obojętny osobnik zakochuje się w ... starszej córce pisarza - Marysi. Czeka na nią godzinami, zostawia miłosne bileciki w jej pokoju, pozwala się dręczyć - jednym słowem szaleje na jej punkcie. Dramat miłosno-sadystyczny dobiega jednak końca, kiedy Marysia przeprowadza się do pracowni. Ale i wtedy pozostaje między nimi ta tajemnicza więź 😀

Dorastanie i starość


Ostatecznie z czasem Iwan łagodnieje. Najmocniejsza okazuje się jego więź z pisarzem, który dla niego rezygnuje z wyjazdów, aby nie czuł się samotnie, a także służy mu jako poduszka, kiedy Iwan ma ochotę położyć się na czymś miękkim i ciepłym. W zamian za to, zauważywszy, że jego przyjaciel ma mocno przerzedzoną "sierść na głowie", wylizuje mu ją swoim szorstkim językiem, nie zważając na nieśmiałe protesty i ignorując pozostałych domowników, gdy ci podsuwają mu swoje dobrze owłosione głowy 😀  Zażyłość staje się jeszcze większa, kiedy córki dorastają, a żona umiera. Obaj starzejący się przyjaciele wspierają się wówczas nawzajem. Tadeusz Konwicki broni Iwana przed agresją wróbli, które odbijają sobie na kocie-staruszku dawne zbrodnie. Aż wreszcie przychodzi ten moment, kiedy stworzenie nieodwołalnie odchodzi. Następują wówczas nieuniknione podsumowania:

"Czule i dramatycznie opisuję przenosiny kota Iwana na tamten świat. Ale przecież były i złe chwile w naszym życiu - pisze Konwicki. Nieraz sprawiałem mu lanie, a raz nawet omal go nie udusiłem z wściekłości. On też był gagatek. Ale czy ja w sumie byłem w porządku. Czy spełniłem tę przyjaźń jak należy. Czy czegoś nie przeoczyłem albo zapomniałem. Czy dałem mu pełną kocią szansę w życiu".

Ilustracja Danuty Konwickiej
Tę uroczą refleksyjną opowieść o trudnej przyjaźni, miłości i o życiu kończy zgrabnym esejem córka pisarza Maria Konwicka. Zadając pytanie "Dlaczego kot Iwan chce być celebrytą?", opowiada o "życiu po życiu" kota Iwana. O tym, jak wpłynął na losy mieszkania, w którym przeżył 18 lat w rodzinie Konwickich i jak się o tę rodzinę nadal stara "z zaświatów". Dowodzi jak ważne jest, aby współcześni ludzie pojęli, że zwierzęta też mają swoją wrażliwość, osobowość, że cierpią, kiedy traktuje się je źle i przedmiotowo. Choć nie ma wielkich złudzeń, pragnęłaby, aby książka o Iwanie miała w tym swój udział.

Biografia kota Iwana Konwickiego z domu Iwaszkiewicz jest uroczą, niezwykle mądrą opowieścią o relacji człowieka z kotem, relacji niełatwej, a przecież głębokiej i trwałej. Pięknie ilustrowana i starannie wydana stanowi przy tym przyjemną dla oka i ducha edytorską całość. Cieszy, że Konwicki wciąż do nas mówi i to o sprawach najbardziej istotnych: o miłości, przyjaźni - ich blaskach i cieniach.

Książka Tadeusza Konwickiego z ilustracjami Danuty Konwickiej: "Iwan Konwicki, z domu Iwaszkiewicz" ukazała się w Wydawnictwie Znak.

sobota, 30 czerwca 2018

Radosław Romaniuk: "Inne życie Jarosława Iwaszkiewicza" T.2 /recenzja książki/

Radosław Romaniuk napisał monumentalną biografię Jarosława Iwaszkiewicza. Choć autor "Panien z Wilka" doczekał się już kilku opracowań, ta publikacja wydaje się być najpełniejsza i najbardziej rzetelna. Co więcej, Romaniuk dysponuje nie tylko ogromną wiedzą, ale posiada przy tym obrazowy, interesujący talent narracyjny - książkę znakomicie się czyta. 

okładka biografii Radosława Romaniuka: Inne życie, Wyd. Iskry
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
Taki zmysłowy sposób opowiadania zdaje się być bliski samemu Iwaszkiewiczowi, którego proza, mimo upływu czasu, osadza się w pamięci właśnie w postaci zmysłowych obrazów. W pamięci pozostaje scena nad rzeką, w której starzejąca się bohaterka "Tataraku" podziwia młode, muskularne ciało chłopca, który za chwilę utonie... Albo podobna, z opowiadania "Psyche", w której bohaterka pochyla się  nad doskonale pięknym, śpiącym Erosem... No i ten lasek brzozowy, który odegra swoją rolę w "Brzezinie"...

Otóż od takiej właśnie literacko plastycznej sceny rozpoczyna się drugi tom biografii Iwaszkiewicza. Pierwszy dzień wojny. Córki Iwaszkiewiczów wybrały się na grzyby. Pisarz jedzie pociągiem, ale na wieść o wybuchu wojny wraca do domu, do Stawiska. Tymczasem Niemcy bombardują Podkowę Leśną. Strach o dzieci, a jednocześnie pisarz notuje w dzienniku:
"I jeszcze nawet teraz, kiedy wszystko się wali: zbawienie tylko w sztuce!"

Jarosław Iwaszkiewicz w w swoim mieszkaniu w Stawisku, fot. Janusz Sobolewski  Forum
Romaniuk szczegółowo opisuje ucieczkę na Wschód, a potem powrót do Stawiska i okupacyjną egzystencję pod bokiem Niemców. A jednak mimo tego dom Iwaszkiewiczów stał się, paradoksalnie, dla wielu schronieniem, więcej nawet - wysepką wolności. Skromne posiłki - wspólnie i przy pięknie nakrytym stole.

W Stawisku przyjęto wówczas zasadę, która panować będzie do końca wojny, a którą zamknąć można w formule: "wszystko zwyczajnie". Oaza normalności. Arka nad otchłanią. (...) Wieczorami czytano i dyskutowano, odbywały się kameralne koncerty. najczęściej po prostu grano w brydża, niekiedy - z przerwą na kolację - do późnych godzin nocnych - czytamy.

Przez Stawisko przewinęło się mnóstwo ludzi: Zofia Nałkowska, Wanda Wertenstein, Karol Małcużyński, Andrzej Panufnik, Witold Lutosławski, Krzysztof Kamil Baczyński, Jerzy Andrzejewski i wielu innych.

Breza ma słuszność, że jest w tym dużym, jasnym, ciepłym domu coś z Nohant, coś z Jasnej Polany - zanotowała Zofia Nałkowska.

Jarosław i Anna Iwaszkiewiczowie w 75. rocznicę urodzin pisarza 1969 r.
Foto PAP CAF Rago
A oprócz tego Jarosław Iwaszkiewicz mnóstwo czytał i oczywiście pisał. Romaniuk odkrywa przed nami kulisy powstania różnych utworów (np. związek "Matki Joanny od Aniołów" z chorobą psychiczną żony pisarza, Anny), homoseksualne związki i jednocześnie wielką miłość i przywiązanie do żony i córek. Z wielkim poświęceniem opiekował się Anną w chorobie, a podczas uroczystości złotych godów, kiedy w kościele św. Floriana w Brwinowie odprawiono uroczystą Mszę św. w intencji jubilatów, na jej prośbę przystąpił do Sakramentu Pokuty i przyjął komunię.
     Poznajemy okoliczności, w których podjął współpracę z komunistycznym rządem i stanął na czele Związku Literatów Polskich. Wreszcie - podróżujemy z Iwaszkiewiczem na Wschód i na Zachód Europy. 
Bez wątpienia był człowiekiem wielkiego formatu, światłym erudytą, choć także człowiekiem pełnym sprzeczności i konformistą.

Jarosław Iwaszkiewicz z psem Tropkiem, 1963, Stawisko - fot. z archiwum Muzeum w Stawisku
Fotonova  East News

     Starzał się u boku żony, ale czuł się samotny. Emocjonalny chłód rekompensowały mu ukochane psy, których pamięć utrwalił także w swojej prozie i w wierszach. Z końcem lat 70., po śmierci swojej wiekowej siostry, przeprowadził się do jej pokoju, zwanego umieralnią, by tam zmierzyć się samotnie z ostatnim etapem życia. Pragnął uczynić to tak jak żył - w swoim stylu, tak jak przeżywał tragedie bliskich mu osób. Nie przestawał jednak pisać. Jego starość była twórcza, aktywna i wypełniona nowymi doświadczeniami, a także pamięcią starych. Umierał w szpitalu, po operacji, otoczony bliskimi i miał jeszcze czas na pożegnania i dyspozycje. "Inne życie" Jarosława Iwaszkiewicza to życie nieprzeciętne, piękne i spełnione.

     Radosław Romaniuk napisał monumentalną biografię Jarosława Iwaszkiewicza. Prezentuje w niej szeroki, panoramiczny obraz, w którego centrum znajduje się autor "Panien z Wilka". Takiego Iwaszkiewicza znamy dość słabo. Choć pisarz doczekał się już kilku opracowań, to właśnie wydawnictwo wydaje się być najpełniejsze i najbardziej rzetelne. Co więcej, Romaniuk dysponuje nie tylko ogromną wiedzą, ale posiada przy tym obrazowy, interesujący talent narracyjny - książkę się znakomicie czyta. Polecam gorąco - ja się rozsmakowałam i nawet te 600 stron z okładem mnie nie powstrzymały :-)   Gdybyż jeszcze była nieco lżejsza... :-)

Biografia Radosława Romaniuk: "Inne życie Jarosława Iwaszkiewicza" ukazała się w Wydawnictwie Iskry.

środa, 18 września 2019

54. MF Wratislavia Cantans /relacja z festiwalu/

Tegoroczny 54. Międzynarodowy Festiwal Wratislavia Cantans zabrał nas w muzyczną podróż na Południe. Okazało się, że znaczenie i barwy tej nazwy są zmienne i różnorodne, ale zawsze kojarzą się z piękną muzyką. Największe wrażenie wywarły na mnie trzy koncerty: "Judyta triumfująca" A. Vivaldiego, III Symfonia G. Mahlera oraz "Sud , sud" G. Solimy. Oto dlaczego:


54. edycja Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans, podobnie jak poprzednie, utwierdziła nas w przeświadczeniu, że wiek nie ma tu nic do rzeczy, ba, w przypadku muzyki dawnej jest to wręcz zaleta :-) Najważniejszy jednak jest fakt, iż od kilku lat festiwal prowadzi Giovanni Antonini, który łączy w sobie pasję, pracowitość i odpowiednie kompetencje. Każda kolejna odsłona festiwalu jest dla nas swoistym muzycznym objawieniem - spaja bowiem jedną przewodnią myślą rozmaite, często niezwykłe wydarzenia muzyczne. W tym roku inspiracją stało się Południe.

Konferencja prasowa 44. MF Wratislavia Cantans, drugi od lewej dyr. Andrzej Kosendiak, obok niego: Giovanni Antonini, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Romantycy, którym patronował J. W. Goethe jako autor "Podróży włoskiej", traktowali Południe jak mekkę albo słoneczną krainę przypominającą Arkadię. Jeszcze większe bodaj znaczenie miało dla naszej kultury słynne dzieło Pawła Muratowa: "Obrazy Włoch", które odcisnęło swoje piętno zarówno na polskiej literaturze (Jarosław Iwaszkiewicz, Zbigniew Herbert), jak i na muzyce. Karol Szymanowski, rówieśnik Muratowa, w latach poprzedzających wybuch I wojny światowej także podróżował do Włoch. Prawdziwą rewelacją był dla niego zwłaszcza pobyt na Sycylii. Wrażenia te znalazły odbicie w znakomitych dziełach tworzonych już w czasie wojny, w rodzinnej Tymoszówce. Powstały wtedy Maski, Metopy, Mity, III Symfonia, I Koncert skrzypcowy. Napisał także powieść "Efebos", w której chciał zawrzeć swoje marzenia o lepszym świecie. Miała ona za tło włoskie pejzaże i włoską sztukę i stanowiła apologię piękna, miłości, swobody. W tym samym czasie — i czerpiąc z podobnych inspiracji — rozpoczynał Szymanowski pracę nad "Królem Rogerem". Opera dotykała podobnej problematyki, co Efebos: związków i napięć między dionizyjską i apolińską wizją życia i twórczości. Scenerią były znów Włochy. Libretto pisał młody kuzyn Szymanowskiego Jarosław Iwaszkiewicz, który wypełniał jedynie zalecenia wielkiego kompozytora. Jednak później sam stał się autorem takich utworów, jak "Śpiewnik włoski", "Kochankowie z Werony" czy "Podróże do Włoch". Całe Włochy bowiem, nie tylko ich południe, są dla Polaków Południem - ową wymarzoną krainą. Przede wszystkim jako miejsce najpiękniejszej, najstarszej kultury, w której wciąż czujemy się jak "barbarzyńcy w ogrodzie". Mit Południa trwa, choć - jak mogliśmy się przekonać podczas tegorocznej Wratislavii - różne są jego oblicza.

Program dowiódł niezbicie, że istnieje wiele rytów religijnych, które miały swój początek na południu: chorał bizantyjski, śpiew mozarabski, muzyka etniczna z okolic Neapolu i afrykańska, a wreszcie wykroczyliśmy poza teren Europy doświadczając muzyki Południa Stanów, przetworzonej przez Georga Gershwina w operze "Porgy i Bess". Niektóre rodzaje muzyki były nam doskonale znane, jak choćby muzyka Gershwina czy nasza własna twórczość w postaci polskiej muzyki ludowej. Jak się podczas festiwalu osobiście przekonaliśmy, "Południe" oznacza szerokie spectrum i różne perspektywy, o czym zresztą uprzedzał nas maestro Giovanni Antonini na konferencji prasowej:

"Południe ma zawsze w sobie coś względnego, nie jest niczym absolutnym, i to zarówno geograficznie, jak i kulturowo. Jest to temat bardzo szeroki, ale o tych trudnych relacjach między Północą a Południem chcieliśmy w naszym programie także powiedzieć".

Bóg - uosobienie miłości, do której wszystko podąża: III Symfonia 

Gustawa Mahlera


Oficjalne rozpoczęcie festiwalu zainaugurował niezwykły koncert: III Symfonia Gustawa Mahlera w wykonaniu Israel Philharmonic Orchestra i pod dyrekcją Zubina Mehty. Maestro i jego muzycy wystąpili już podczas 50. odsłony Wratislavia Cantans. Zagrali wówczas IX Symfonię - uznaną za ostatnią symfonię romantyczną. Zasłużony dyrygent został także upamiętniony w Alei Gwiazd przed Narodowym Forum Muzyki.

O swoim utworze napisał Mahler w jednym z listów:

"Moja symfonia będzie czymś takim, czego jeszcze świat nigdy nie słyszał. Cała Natura dochodzi tutaj do głosu i wyjawia tajemnicę tak głęboką, jaką jedynie we śnie można przeczuć".

Maestro Zubin Mehta i Israel Philharmonic Orchestra, fot. Sławek Przerwa

Jest to zatem w założeniu symfonia-misterium, którą cechuje maksymalizm i poczucie nieograniczonej mocy twórczej. W płaszczyźnie symboliki symfonia tak rozumiana pragnie wyrazić kosmos i miejsce człowieka w nim z perspektywy nadziei, zgodnie z chrześcijańską koncepcją ludzkiej kondycji. To najbardziej rozbudowana, najbogatsza formalnie symfonia Mahlera - prawdziwe wyzwanie dla wykonawców. Maestro Mehta wraz z Israel Philharmonic Orchestra, a także solistką Gerhild Romberger i Chórem Chłopięcym NFM wspaniale ją zinterpretował. Całość ma charakter narracyjny, polifoniczny jak w powieściach Dostojewskiego, do których porównał ten utwór Bohdan Pociej. Na ten trop wskazują także tytuły poszczególnych części, które kompozytor usunął przed publikacją w 1898 roku.


Gerhild Romberger i Chór NFM, Chór Chłopięcy NFM, fot. Sawek Przerwa

Część I, zatytułowana pierwotnie "Pan budzi się, nastaje lato" (dosł. "nadciąga w rytmie marsza"), utrzymana w tonacji F-dur (jak zwykło się czynić od czasów "Pastoralnej"), zawiera bogactwo dźwięków natury, oddanych za pomocą oboju, skrzypiec, puzonu, trąbki, rogu i klarnetu. Kolejne części III Symfonii także nosiły pierwotnie znaczące tytuły: „Co mi mówią kwiaty na łące” (forma menueta), „Co mówią mi zwierzęta w lesie” (odgłosy zwierząt i ptaków), „Co mówi do mnie człowiek”. W tej części dopiero pojawia się partia wokalna, którą na wrocławskim koncercie wykonała Gerhild Romberger (cudowny mezzosopran!) w towarzystwie jednolitego akompaniamentu. Istotną rolę odgrywa w tej partii sam tekst, będący fragmentem dzieła Friedricha Nietzschego "Tako rzecze Zaratustra":

O Mensch! Gib Acht! (O człowieku! Uważaj!), mówiący o nieuniknionym cierpieniu, ale także o tym, że "Cała radość poszukuje wieczności" i nie pozwala człowiekowi się poddać.

Niezwykły, tajemniczy fragment, splatający się z chórem chłopięcym, śpiewającym o miłości Boga:

 „Co mówią mi anioły”oraz "Co mówi Miłość". W muzycznej wizji Mahlera świat ma charakter hierarchiczny - prowadzi człowieka w rejony wyższe, zamieszkałe przez doskonalsze formy bytu: aniołów i Boga pojmowanego jako uosobienie miłości, do której wszystko podąża. Oto przesłanie III Symfonii:

Niebiańska radość jest błogosławionym miastem,
niebiańska radość, która nie ma końca!
Niebiańska radość została udzielona Piotrowi
przez Jezusa i dla całej ludzkości na wieczne szczęście.

Toteż ostatnia część utworu została nasycona pełnią brzmienia orkiestry smyczkowej i częstą obecnością figur gruppetto - romantycznego symbolu miłości. Fragment ten zagrany został w tonacji D-dur Langsam — Ruhevoll — Empfunden (powoli, spokojnie, głęboko odczuwany) i na długo pozostanie w sercu...

Mohiko Fujimura i Israel Philharmonic Orchestra, fot. Sławek Przerwa

Trzeba było dyrygenta tak znakomitego i dojrzałego jak Zubin Mehta, aby wszystkie te niuanse Mahlerowej kompozycji oddać w sposób świadczący o głębokim zrozumieniu intencji kompozytora. To był tak wspaniały koncert, że wystarczyłby za wszystkie.A jednak maestro Antonini zadbał o to, abyśmy wysłuchali jeszcze innych, nie mniej pięknych, ba, olśniewających. Z pewnością należało do nich oratorium Antonia Vivaldiego "Judyta triumfująca"


Triumf Judyty i ... Julii


"Edyta Triumphans", 1. wydanie dzieła/ fot. Wikipedia


"Judyta triumfująca" Antonia Vivaldiego zawiodła nas na południe Włoch - do Wenecji, tam bowiem powstało to piękne, a jedyne zachowane oratorium tego kompozytora, tzw. "oratorium wojenne" (sacrum militare oratorium), które opisuje historię spotkania dzielnej izraelskiej wdowy Judyty z asyryjskim wodzem Holofernesem, którego skutki okazały się dla tego ostatniego tragiczne - stracił głowę w przenośni i dosłownie. Vivaldi podjął tę historię na nowo, mając własny zamysł. Oto bowiem w 1716 roku nastąpił zwrot w wojnie peloponeskiej. Turcy odstąpili od oblężenia twierdzy Korfu. Otóż Cassetti, librecista oratoriów Vivaldiego, użył biblijnej historii oblężenia Betulii w wojnie między Żydami a Asyryjczykami jako alegorii konfliktu Wenecji z Imperium Osmańskim. Oratorium miało zatem dawać nadzieję na zwycięstwo. A ponieważ kompozycja powstała z myślą o uczennicach szkoły, w której Rudy Ksiądz, jak go nazywano, pracował, toteż ów thriller rozpisany został na głosy wyłącznie żeńskie i z barokową przekorą podany w dość lirycznym sosie.


Sonia Prina jako Judyta e oratorium "Judyta triumfująca", NFM, fot. Sławek Przerwa

Na plan pierwszy wysuwa się motyw uwiedzenia ciemiężyciela przez naszą bohaterkę i dwuznaczne gry między parą protagonistów. Holofernes Vivaldiego zaś, jak zauważa Michael Talbot, to wprawdzie łajdak, ale czarujący, trochę jak Don Giovanni. Po wysłuchaniu cudownej arii "Sede, o cara" słuchacz jest wręcz przekonany o tym, że najgroźniejszy generał Nabuchodonozora wcale nie jest jakimś krwiożerczym potworem, ale czułym na niewieście wdzięki wrażliwym mężczyzną :-)  A gdybyśmy jeszcze mieli wątpliwości, wystarczy posłuchać arii "Nox obscura tenebrosa" oraz kolejnych recitatiwów, aby docenić, jak bardzo mu na Judycie zależy. W rezultacie odczuwamy dyskomfort, kiedy Judyta ostatecznie pozbawia go życia. Skłonni jednak jesteśmy wybaczyć Vivaldiemu brak dramatyzmu, który w tej sytuacji aż się prosi, a wszystko dlatego, że arie, które napisał, są niewyobrażalnie piękne. W "Judycie" nie ma duetów, dwukrotnie pojawia się chór reprezentujący kolejno wojowników asyryjskich oraz dziewczęta z Betulii. Mimo to jednak nie czujemy monotonii, ponieważ każdy z tych kobiecych głosów ma inne brzmienie, a ponadto charakterystyki dopełnia instrumentacja utworu.

Mary-Ellen Nesi jako Holofernes (mezzosopran)
NFM, fot. Sławek Przerwa

Judyta we wrocławskiej wersji oratorium dysponowała niskim kontraltem Soni Priny. Dawało to wrażenie godności i dystansu, który bohaterka przejawia w stosunku do Holofernesa. Ponadto Judyta ma do dyspozycji kobiece brzmienia violi d`amore, szałamaję i mandolinę. Przykładowo, po recitatiwach z Holofernesem, na koniec części II oratorium, zaśpiewała piękną liryczną arię z towarzyszeniem mandoliny: "Transic aetas", w której mówi o przemijaniu wszystkiego, także miłości, podczas gdy tylko dusza pozostaje nieśmiertelna.

Julia Lehzneva jako Vagaus (sopran), NFM, fot. Sławek Przerwa

Paradoksalnie, Holofernes w wykonaniu Mary-Ellen Nesi (mezzosporan) był bardziej liryczny od Judyty, szczególnie w ariach miłosnych, np. "Noli, o cara", gdzie towarzyszą mu oboje i organy obligato. Najczęściej jednak śpiewał w towarzystwie smyczków. Tak czy owak po tylu pięknych ariach każda kobieta by mu uległa :-) Ale nie Judyta!

Rolę sługi Holofernesa, Vagausa, zaśpiewała we Wrocławiu znana tu i kochana Julia Lehzneva (sopran), przydając blasku tej nieco marginesowej postaci. Wydaje się, że nie bez przyczyny była najgoręcej oklaskiwana po każdym swoim występie, począwszy od "Volate servi" ("Pośpieszcie słudzy"), a na dramatycznym "Armate di fuoko e di serpi", z przywoływaniem furii, ognistych smoków i węży, które miałyby pomścić pana. Jeśli ktoś triumfował w tym oratorium, to ośmielę się powiedzieć, że była to właśnie Julia.

Francesca Ascioti (kontralt) jako Ozjasz, NFM, fot. Sławek Przerwa

Godny zapamiętania był także kapłan Ozjasz w wykonaniu Francesci Ascioti (kontralt), śpiewającej szczególnie pięknie majestatyczny "Gaude felix". Poruszył mnie ponadto chór dziewic modlących się w Betulii: "Mundi Rector de Caelo micanti" w  niezwykle subtelnym wykonaniu Chóru NFM. Pojedyncze arie, oprawne we wciąż zmieniające się instrumentarium w wykonaniu fantastycznego Il Giardino Armonico, były w tym oratorium prawdziwym crème de la crème, czyniąc ten wieczór prawdziwym i niezapomnianym muzycznym przeżyciem.

Mary-Ellen Nesi jako Holofernes (mezzosopran) i Raffaella Milanesi jako Abra (sopran), w tle Chór NFM,
fot. Sławek Przerwa

Giovanniego Solimy podróże w czasie i przestrzeni


O tegorocznym Festiwalu Wratislavia Cantans mogłabym pisać bez końca, ale rozsądek nakazuje mi skupić się na tych koncertach, które szczególnie mnie poruszyły. Należał do nich z pewnością występ wybitnego włoskiego kompozytora i wiolonczelisty Giovanniego Sollimy, który pojawił się na festiwalu dwukrotnie: podczas 48. jego odsłony, a także rok później. Od początku wziął szturmem festiwalową publiczność i nic się pod tym względem nie zmieniło w tym roku. Muzyk to absolutnie niezwykły, oryginalny – i jako kompozytor, i jako wykonawca. Kogoś tak grającego tematy klasyczne, etniczne i współczesne nigdy wcześniej nie słyszałam. Niezwykła wyobraźnia muzyczna i wirtuozeria połączone z nieudawaną radością tworzenia.

Giovanni Solima (wiolonczela) i Michele Pasotti (teorba), Synagoga pod Białym Bocianem,
fot. Joanna Stoga

Koncert w Synagodze pod Białym Bocianem, zatytułowany "Sud, sud - a Musical Journey from Rome Beyond the Mediterranean Sea", rzeczywiście okazał się muzyczną podróżą z Rzymu na południe, sięgającą aż za Morze Śródziemne. Była to także podróż w czasie - od utworów z przełomu XVI i XVII wieku włoskiego kompozytora Giulio de Ruvo, hiszpańskiego twórcy Bartolome de Seima y Salaverde, poprzez  utwory XVIII-wiecznego kompozytora włoskiego Giovanni Batista Costanzi, po kompozycje współczesne Eliodoro Solimy oraz własne.  Artysta  grający na wiolonczeli wystąpił tym razem w towarzystwie Michele Pasotti - na teorbie, ale wykonał także wiele utworów solo.

Giovanni Solima (wiolonczela), Synagoga pod Białym Bocianem, fot. J. Stoga

Nie sposób opisać jego gry, bo jest to muzyk, który potrafi cudownie zagrać utwory klasyczne z niesłychaną wprost lekkością. Z drugiej zaś strony ciągle eksperymentuje z instrumentem, wydobywając z niego dźwięki skrzypiec, elektrycznej gitary, perkusji, a nawet ... całej orkiestry symfonicznej. Pomaga sobie głosem - własnym i publiczności. Solima to prawdziwy człowiek-orkiestra, w dodatku z taką ekspresją, że czasami nie sposób oddzielić człowieka od instrumentu. Mnie się nie bez przyczyny skojarzył z Mickiewiczowskim Wojskim:

Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało,
Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało.
(...)
Z oczyma wzniesionymi, stał jakby natchniony,
Łowiąc uchem ostatnie znikające tony.
A tymczasem zagrzmiało tysiące oklasków,

Tysiące powinszowań i wiwatnych wrzasków.

Zapewniam, że Solima grał w podobnym natchnieniu, a po jego koncercie zagrzmiały oklaski i głośny aplauz.

Sądzę, że dotyczy to całego Festiwalu Wratislavia Cantans - niby skończył się, a jednak w uszach brzmią ciągle jego dźwięki, zaś pod powieką zatrzymały się obrazy śpiewaków i instrumentalistów... Dziękuję!

Barbara Lekarczyk-Cisek

sobota, 17 marca 2018

Forum Musicum 2014: Dla ducha i dla ciała /zapowiedź/

Musica pro tabula - muzyka towarzysząca arystokratycznym  ucztom, spotkaniom przy winie i muzyce, zaślubinom – zabrzmi  podczas 11 festiwalu Forum Musicum we Wrocławiu.


Poświęcony muzyce dawnej festiwal Forum Musicum odbywa się we Wrocławiu już po raz jedenasty. Zawsze w sierpniu, przed Wratislavia Cantans, można cieszyć ucho muzyką wykonywaną na starych instrumentach i według dawnych praktyk wykonawczych.

W tym roku cofniemy się do czasów średniowiecza,  aby zakończyć na XIX – wiecznym salonie, kiedy to muzyka towarzyszyła różnym wydarzeniom społecznym: biesiadom, zaślubinom, a także spotkaniom towarzyskim przy stole. Stąd też tytuł tegorocznego festiwalu: ”Musica pro tabuka – muzyka i rozkosze stołu”.

Podczas konferencji dyrektor artystyczny Forum Musicum – Tomasz Dobrzański – zapoznał  dziennikarzy z  ideą tegorocznego festiwalu i jego programem.

Podkreślił fakt, że – przyzwyczajeni do sal koncertowych – przestaliśmy słuchać pewnych odmian muzyki w jej naturalnym kontekście. W dawnych czasach – twierdził – muzyka wiązała się ściślej z życiem o wiele bardziej niż dzisiaj. Pomyślałem więc o stworzeniu takich okoliczności, w których mogłaby zafunkcjonować w sposób bardziej naturalny, autentyczny. Połączenie muzyki z odpowiednim wnętrzem i aranżacją sprawi, że stanie się ona bardziej zrozumiała.

Dawniej muzyka tego rodzaju związana była z arystokratycznymi dworami, na które zapraszano najlepszych muzyków. Była to więc muzyka najwyższej próby.
Ponadto dyrektor Dobrzański podkreślał, że sama sytuacja gromadzenia się wokół stołu, słuchania muzyki, a także jej uprawiania, była kulturalną formą spędzania czasu.  Dyletant – od włoskiego słowa dilenttante oznaczał miłośnika sztuki, jej amatora, który wykonywał ją na naprawdę wysokim poziomie.
Festiwal rozpocznie 16 sierpnia ”Medieval Banquet”, XIV – wieczna atca capella – koncert we wrocławskim Ratuszu. Muzyka na instrumenty dęte miała podkreślać ważniejsze momenty uczty, szczególnie wnoszenie dań. Wykonają ją muzycy z zespołu Les Haulz et Les Bas. Para długich prostych trąbek, szałamaje, dudy i perkusja składają się na zespół atca capella, przedstawiany przez liczne dzieła sztuki europejskiej XIV i XV w.  Francuski zespół rekonstruuje tę muzykę w jej oryginalnych obsadach.
    Kolejny koncert: ”The Perfect Gentelman`s Evening” zabrzmi 17 sierpnia w Klubokawiarni Mleczarnia. Nawiązuje do tradycji spotkań przy winie i muzyce. Wieczór wypełni angielska muzyka instrumentalna końca XVII i początku XVIII stulecia: sonaty, aranżacje popularnych ówcześnie pieśni ludowych, a także improwizacje. Wykonawcy: Marek Nahajowski i Paweł Iwaszkiewicz –flety podłużne oraz Mateusz Kowalski – viola da gamba.
    20 sierpnia w Sali Wielkiej wrocławskiego Ratusza  zostanie wykonany ”Koncert Młodych Wykonawców”. Wystąpią w nim laureaci konkursu Schola Cantorum (Kalisz 2014): Zespół Muzyki Dawnej Carmen Alacre z Dobroszyc, który zaprezentuje m.in. Kwartet d-moll TWV 43d1 Georga Philippa Telemanna. Kompozytor ten znajdzie się również w repertuarze drugiego zespołu: Juvenales Anime z Międzyrzecza, który był już gościem poprzednich edycji Forum Musicum.
    21 sierpnia w Auli Leopoldina Uniwersytetu Wrocławskiego posłuchamy, jaką muzykę wykonywano na XVIII – wiecznym party w Wiedniu i w Bratysławie. Muzykę Juraja Družeckiego i Wolfganga Amadeusza Mozarta zagra Lotz Trio: Robert Šebesta, Ronald Šebesta, Andres Fink, grający na basethornach (rodzaj altowego klarnetu), kopiach instrumentów wykonanych przez genialnego budowniczego Theodora Lotza, którego imię przybrał zespół.
    22 sierpnia koncert ”Pieśni, jadło i napitek” zostanie zaprezentowany w Klubokawiarni Mleczarnia. Usłyszymy poezję wieków średnich: trubadurów, truwerów i stare ballady francuskie w przekładzie i wykonaniu Jacka Kowalskiego oraz jego autorskie pieśni. Towarzyszyć mu będzie zespół Klub Świętego Ludwika. Ponadto zaś będzie można degustować różne średniowieczne dania.
     23 sierpnia Aula Ossolineum  udawać będzie XIX – wieczny café – salon, w którym Duo Sirocco: Nathalie Houtman (scacan) i Rafaël Collignon (fortepian stołowy) zaprezentuje utwory Ernsta Krähmera, Franza Schuberta i Michela-Josepha Gebauera. Niektóre z nich będą poprzedzone swobodnymi improwizacjami na fortepianie.
     Festiwal zakończy 24 sierpnia ”Uczta w Ratuszu” – muzyka na uroczystości ślubne, zrekonstruowana na podstawie wrocławskich druków z XVI i XVII w. Wykonają ją zespoły: Ars Cantus oraz Serenissima Wratislavia. Muzyka tworzona na okoliczność zaślubin związana była z ceremonią kościelną i domową. Celem jej było przede wszystkim zaprezentowanie okazałości domu państwa młodych, stąd bogata obsada instrumentalna i dbałość o znakomite partie wokalne. Ze względu na to, że tego rodzaju muzyka stanowi dziś unikatowe zjawisko, będzie to zapewne uczta szczególnie wyrafinowana.
Tak więc melomani, którzy wezmą udział w rozkoszach duchowych, łącząc je tym razem z rozkoszami stołu, z pewnością ucztować będą z wielkim pożytkiem i dla ducha, i dla ciała.

Artykuł ukazał się na portalu Kulturaonline 14 sierpnia 2014 roku.

środa, 19 września 2018

53. Międzynarodowy Festiwal Wratislavia Cantans: Wyzwolenie /relacja/

Od 7. do 16. września Wrocław żył piękną muzyką - w tym czasie trwał 53. Międzynarodowy Festiwal Wratislavia Cantans. Tematem przewodnim było WYZWOLENIE. 



Metaforyczny, wieloznaczny sens tego słowa pozwolił zaprezentować różne oblicza wyzwolenia - począwszy od wyzwolenia z niewoli narodowej, osobistej, na uwolnieniu od trudów egzystencji kończąc.

Program tegorocznego festiwalu przywołuje wiele wydarzeń historycznych, które przypominają nam, jak blisko jest od chwały do hańby, od swobody do zniewolenia - napisał o programie festiwalu Andrzej Kosendiak, jego Dyrektor Generalny. Świętujmy zatem polski jubileusz w poczuciu nie tylko wdzięczności, ale i odpowiedzialności za dziedzictwo, które pozostawili po sobie nasi przodkowie.

Z kolei Giovanni Antonini, Dyrektor Artystyczny festiwalu, zwracał uwagę na rozmaite aspekty wyzwolenia, w tym na wyzwolenie od norm moralnych, społecznych i obyczajowych, które nakłada na nas kultura. Zaprosił także słuchaczy do refleksji nad tym, czy naprawdę chcemy być wolni:

Od czego pragniemy się wyzwolić? - pytał. Ile wysiłku jesteśmy w stanie włożyć w wywalczenie niezależności? Niech do refleksji natchnie nas muzyka będąca zawsze przestrzenią wolności.

Obecność na koncertach była zatem nie tylko wypełniona słuchaniem muzyki, lecz miała charakter aktywnego uczestnictwa w  tym, co proponowali wykonawcy, kompozytorzy, dyrygenci, a co przekładało się w jakimś sensie na własne doświadczenia.


Król Roger": Czy można wyzwolić się od Natury?


Festiwal rozpoczęła opera Karola Szymanowskiego: "Król Roger". Choć rzadko wystawiana, we Wrocławiu znana jest dobrze dzięki Mariuszowi Trelińskiemu, który w roku 2011 wyreżyserował ją na deskach Opery Wrocławskiej. Jak pisał o tym spektaklu Tomasz Cyz:

"Reżyser rezygnuje z historycznych wątków Króla Rogera. Odchodząc od jednoznacznego określenia czasu i miejsca akcji, stara się wydobyć realistyczny wymiar dzieła, pokazuje świat władzy – nie zhierarchizowanej jak w średniowieczu, lecz równie autorytarnej. Koncentruje się na współczesnym człowieku, atrybutami Rogera (Andrzej Dobber), władcy surowego, ale sprawiedliwego, czyni garnitur i ciemne okulary. Roksana (Aleksandra Buczek) zachowuje się uwodzicielsko i wyzywająco.  W tak skonstruowany świat wkracza Pasterz, który porywa tłumy… Wrocławska inscenizacja Króla Rogera razem z La Bohème, przynależy do drugiego okresu – „realizmu magicznego” – w którym świat przedstawiony nie przestaje nasycać się symbolami i archetypami, ale w którym człowiek przestaje być tylko figurą, alegorią, maską, zyskuje ciało zanurzone w realnym dzisiaj".

Dodajmy, że tamten spektakl wydobywa ukryty, homoseksualny podtekst dzieła (spokrewnieni ze sobą obaj autorzy libretta: Jarosław Iwaszkiewicz i Karol Szymanowski) byli homoseksualni), szczególnie w scenie dionizyjskiej orgii.

W przypadku opery zaprezentowanej na Festiwalu Wratislavia Cantans mieliśmy do czynienia z wersją koncertową, ale także - co należałoby podkreślić - główny konflikt pomiędzy Kulturą a  Naturą odnosi się do nietscheańskiej opozycji pomiędzy tym, co platońskie, a tym, co dionizyjskie.

Roger II, mozaika, La Partorama, Palermo, Wikipedia

Opera "Król Roger" powstała pod wpływem fascynacji Karola Szymanowskiego antykiem i orientem, a także filozofią Wschodu, które przejawiały się nie tylko w jego twórczości kompozytorskiej, ale również pisarskiej. Kompozycje muzyczne: Mity, III Symfonia, Maski i Metopy sąsiadują w jego dorobku z powieścią Efebos. Niepoślednią rolę w powstaniu opery odegrała ujrzana w Palermo średniowieczna mozaika przedstawiająca króla Rogera II. Ten istotny impuls oraz spotkanie z piszącym kuzynem, Jarosławem Iwaszkiewiczem, zdecydowało, że powstało libretto, z którego jednak kompozytor był niezbyt zadowolony i dokonał w nim licznych poprawek. Opera miała swoją prapremierę 19 czerwca 1926 roku. Rolę tytułową kreował Eugeniusz Mossakowski, partię królowej Roksany zaśpiewała siostra kompozytora, Stanisława Korwin-Szymanowska, a orkiestrą dyrygował Emil Młynarski. Recenzje były bardzo pochlebne, pomimo że opera nie zachwyciła słuchaczy.


Mariusz Kwiecień (tenor), tytułowy Król Roger pod batutą maestro Jacka Kaspszyka,
podczas 53. MF Wratislavia Cantans, fot. Łukasz Rajchert

Akcja "Króla Rogera" rozgrywa się na Sycylii około 1150 roku. W I akcie (tzw. bizantyjskim) podczas nabożeństwa w katedrze król Roger wraz z żoną Roksaną i doradcą Edrisim dowiadują się, że Kościołowi zagraża założyciel nowej religii, młody piękny Pasterz. Na życzenie króla młodzieniec zostaje przyprowadzony do świątyni i oskarżony o obrazę boską. Tłum żąda osądzenia i skazania go na śmierć, ale król, Roksana i Edrisi są pod wielkim wrażeniem jego łagodności i pokory. W rezultacie Roger daruje mu wolność, ale nakazuje stawić się na sąd.

W akcie II (tzw. orientalnym) król wyznaje Edrisiemu swoje obawy o uczucia Roksany, która wstawiła się za Pasterzem. Tymczasem Pasterz rzuca czar na Roksanę i na dworzan, którzy dołączają się do upojnego tańca miłości. Król zachowuje jednak spokój i rozkazuje uwięzić Pasterza. Ten z łatwością zrywa ciężkie łańcuchy i wzywa ludzi, aby udali się z nim do kraju wiecznej wolności. Wszyscy, w tym Roksana, podążają za nim. Tylko Roger i Edrisi pozostają w pałacu. Król rezygnuje z tronu i jako pielgrzym udaje się na poszukiwanie żony i Pasterza.

Joanna Zawartko jako Roksana (sopran) i Arnold Rutkowski jako Pasterz (tenor),
fot. Łukasz Rajchert 
Akt III (tzw. helleński) rozgrywa się w ruinach antycznego teatru w Syrakuzach. Po długiej wędrówce dotarli tu Roger i Edrisi. Król wzywa Roksanę, a ona odpowiada mu najpierw z daleka, by wreszcie pojawić się przed nim i sławić kult Pasterza. Wkrótce Pasterz w swej prawdziwej postaci - Dionizosa - wkracza do amfiteatru. Pełen zachwytu Roger wznosi hymn na cześć wschodzącego słońca. To rodzaj credo wyzwolonego człowieka, który znalazł odpowiedź i któremu udało się uwolnić od dramatycznego rozdarcia..


od lewej: Mariusz Kwiecień (król Roger), Joanna Zawartko (Roksana), Arnold
Rutkowski (Pasterz), Jacek Kaspszyk (dyr.), fot. Łukasz Rajchert

Poprowadzić tak skomplikowaną materię: solistów, orkiestrę, liczne chóry  - było z pewnością wyzwaniem nie lada, ale maestro Jacek Kaspszyk poradził z tym sobie znakomicie. Z pewnością pomogło mu w tym doświadczenie - w 2003 roku nagrał tę operę dla wytwórni Accord, a towarzyszyli mu wtedy równie wspaniali wykonawcy, m.in. Wojciech Drabowicz (baryton) jako król Roger, Olga Pasiecznik (sopran) jako Roksana i Piotr Beczała (tenor) jako Pasterz. Lata pracy z Filharmonią Wrocławską także wydały swoje owoce. Dość wspomnieć pamiętny koncert IV Symfonii A. Brucknera czy porywającą "Symfonię Tysiąca" G. Mahlera.

Także i tym razem całość wypadła znakomicie. Można bez większej przesady powiedzieć, że tegoroczna Wratislavia zaczęła się od wysokiego C. Wybitny baryton Mariusz Kwiecień w roli króla Rogera był przejmujący, namiętny, pełen niepokoju, bynajmniej nie apolliński. Można by powiedzieć, że śpiewając tę rolę wielokrotnie (m.in. londyńskim Covent Garden, pod batutą sir Antonio Pappano), miał szansę i czas, aby do niej dojrzeć i to było słychać we wrocławskiej interpretacji. Arnold Rutkowski (tenor) w roli Pasterza miał również możliwość zaprezentowania swoich wielkich możliwości. Taka wspaniała rola! Mnie najbardziej ujął śpiew Joanny Zawartko - cudownie brzmiący sopran, który zauroczyłby każdego. I choć partie były do zaśpiewania i interpretacji niełatwe, to jednak w jej wykonawstwie znalazły prawdziwą, pełną uczuć i namiętności Roksanę. Mnie w każdym razie ten "Król Roger" wyzwolił od obaw, że jestem głucha na kompozycje Karola Szymanowskiego. :-)

"Madame Curie" - wyzwolenie od dominacji mężczyzn, wolność wewnętrzna 


Madame Curie, fot. Karol Sokołowski, NFM

Opera została skomponowana przez Elżbietę Sikorę na zamówienie Państwowej Opery Bałtyckiej w 2011 roku, Roku Chemii, którego patronką była wybitna polska uczona, Maria Curie-Skłodowska. Autorką libretta jest Agata Miklaszewska (ta od "Metro"), której udało się uniknąć publicystyki, ponieważ pokazała Marię jako pełnowymiarowego człowieka, targanego uczuciami oraz wątpliwościami co do tego, czy jej odkrycia nie staną się zagrożeniem, zamiast, jak tego pragnęła, służyć dobru ludzkości. Całość została pomyślana jako sen bohaterki, w którym przeszłość, teraźniejszość i przyszłość wzajemnie się przenikają.

"Piękna, dramatyczna postać z krwi i kości. Taką chcemy ją pokazać i taką kochać" - powiedział o bohaterce opery jej reżyser Marek Weiss.

"Madame Curie" miała premierę 15 listopada 2011 roku w sali UNESCO w Paryżu. Blisko siedem lat po premierze mogliśmy ją zobaczyć w tym kształcie i z tą samą wykonawczynią w roli Marii - Anną Mikołajczyk (sopran). Również pozostali wykonawcy, podobnie jak dyrygent - Wojciech Michniewski, byli ci sami. We wrocławskiej wersji opery wzięła także udział NFM Filharmonia Wrocławska, co wydaje się być oczywiste. 

Madame Curie, fot. Karol Sokołowski, NFM

To był niezwykły wieczór i niezwykłe wykonawstwo. Największe wrażenie robiła jednak muzyka Elżbiety Sikory - takiej skali uczuć, bogactwa emocji dawno we współczesnej muzyce nie słyszałam. A przy tym cienia banału. Gwałtowne dysonanse i rozwibrowane recytatywy wywoływały skojarzenia z ekspresjonizmem, a jednocześnie nie brakowało przynoszących ulgę partii lirycznych. Psychologiczna, by tak rzec, strona tej muzyki pozwalała zaprezentować całą skalę odczuć Marii przed przeczuwaną śmiercią Piotra (znakomity tenor Paweł Skałuba), poprzez rozpacz z powodu utraty ukochanego, pożegnanie z nim, po wyciszenie i powrót do przepełnionego pracą życia. Maria ciągle się krząta w swoim szarym fartuchu, a jednak nie jest pozbawiona kobiecości. Wspomnienie pierwszej balowej sukni, kolejna namiętność, zmaganie się ze społecznym potępieniem, pogardą mężczyzn-naukowców - wszystko to znajduje swoje odzwierciedlenie w muzyce. Ogromnie podobało mi się także wprowadzenie scen symbolicznych: taniec pięknego białego motyla (Elżbieta Czajkowska-Kłos), który przekształca się w rodzaj ćmy, wreszcie w martwą istotę - sprawia, że utwór zyskuje dodatkowe znaczenia, łącząc harmonijnie muzykę z wieloznacznym, symbolicznym, a przy tym pięknym obrazem, które wzajemnie się dopełniają.

Magdalena Dobosz, fot. Karol Sokołowski, NFM
Owo przenikanie się muzyki - partii solowych i chóralnych - z dźwiękami orkiestry, a także z obrazem scenicznym porwało festiwalową publiczność, która urządziła kompozytorce i wykonawcom owację na stojąco. 

Jasna Góra - duchowa stolica Polaków

O wolności rozumianej w kategoriach wyzwolenia z niewoli można mówić w kontekście niezwykle pięknego koncertu muzyki dawnej: "Duchowa stolica Polski", pod dyrekcją Andrzeja Kosendiaka. Koncert, na który złożyły się kompozycje mało dziś znanego, a przecież wybitnego polskiego kompozytora XVIII wieku, Marcina Józefa Żebrowskiego. To właśnie w klasztorze jasnogórskim zachowały się manuskrypty, w tym autografy jego dzieł. Koncert był szczególny także dlatego, że Magnificat, Rorate coelli i Missa Pastoricia wykonano tak, jak były prawdopodobnie prezentowane w czasach kompozytora - na historycznych instrumentach zagrała Wrocławska Orkiestra Barokowa, a partie solowe sopranu wykonywał chłopiec - Jian Hui Mo, z towarzyszeniem Chóru Chłopięcego NFM oraz Chóru NFM.

Koncert Duchowa stolica Polski, pod dyr. Andrzeja Kosendiaka, fot. A. Sokołowski
8 września 1717 roku obraz Matki Boskiej Jasnogórskiej został uroczyście uhonorowany mocą dekretu papieża Klemensa XI, ale już wcześniej Jasna Góra wraz z cudownym Obrazem była dla Polaków miejscem szczególnie ważnym - właśnie ową duchową stolicą. Klasztor posiadał własną kapelę, a jednym z jej członków był wspomniany Marcin Józef Żebrowski - śpiewak, skrzypek, kompozytor i nauczyciel muzyki. Wiadomości na jego temat są nader skąpe, wiadomo jednak, że kształcił się za granicą (o czym świadczy odnaleziony w Londynie autograf Concerto grosso), a zachowane dokumenty wskazują, że w latach 1748–1765 był zatrudniony w kapeli jasnogórskiej jako świecki muzyk i nauczyciel. Z ksiąg rachunkowych wynika, że jego pensja należała do najwyższych wśród muzyków kapeli, co świadczyłoby o dużym uznaniu, którym się cieszył, a także o wszechstronnym wykorzystaniu jego umiejętności. Wiemy także, że wystąpił wraz z żoną, śpiewaczką Marią Elżbietą, na koncercie z okazji imienin króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, 8 maja 1768 roku w Warszawie.

Koncert Duchowa stolica Polski, pod dyr. Andrzeja Kosendiaka, fot. A. Sokołowski
Był czołowym kompozytorem tamtych czasów, przedstawicielem stylu galant w muzyce sakralnej, co jest najbardziej widoczne w ornamentyce jego linii melodycznych. Jednak w niektórych jego kompozycjach można zauważyć cechy typowe dla późnego baroku, takie jak użycie polifonii (w tym podwójnego kontrapunktu) czy techniki koncertującej. Nawiązywał ponadto do polskiego folkloru muzycznego, np. wykorzystując cechy krakowiaka lub cytując polskie pieśni religijne. W zbiorach Biblioteki Jasnogórskiej przechowywanych jest 31 jego utworów.

Koncert wrocławski miał niezwykły klimat, także za sprawą miejsca, w którym go zaprezentowano - barokowego wnętrza Kościoła im. Najświętszego Imienia Jezus, zwanego powszechnie Kościołem Uniwersyteckim, z racji jego sąsiedztwa. Najpierw wysłuchaliśmy przepięknego Magnificat, które swoją urodą doprawdy nie ustępowało kompozycji Jana Sebastiana Bacha. Szczególnie piękne były arie, zwłaszcza Quia recet nihil magna oraz Fecit potentiam z towarzyszeniem koncertującej trąbki, mówiąca o Bogu Izraela, który "okazał moc Swego ramienia". Pięknie zabrzmiał także duet sopranu i altu: Deposuit patentes, wraz z koncertującymi obojami. Zresztą posłuchajcie fragmentu:


Marcin J. Żebrowski (1702-1770), Magnificat (cz. 2). Wrocław Vocal Consort 

Wprawdzie to inni wykonawcy, ale daje wyobrażenie, jak piękna jest ta muzyka i moje skojarzenie z Bachem wcale nie jest przesadą.

Po cudownym Magnificat wysłuchaliśmy rorat poświęconych Najświętszej Marii Pannie, by na koniec dać się oczarować Missa Pastoritia - uroczystej mszy na cztery głosy: sopran, alt, tenor i bas, dwoje skrzypiec, dwie trąbki, kotły i basso continuo.


Missa Pastoritia powstała najprawdopodobniej w latach 1763-1765 i reprezentuje popularny w XVIII w. gatunek mszy pastoralnych, stanowiąc zarazem najwybitniejszy jej przykład z kręgu kultury polskiej. Na szczególną uwagę zasługuje przede wszystkim inwencja i pomysłowość w kształtowaniu linii melodycznej, widoczna szczególnie w częściach solowych" Domino Deus, Qoniam czy Benedictus, a także nawiązujące do barokowej tradycji części polifoniczne Qui tollis i Cum Sancto Spiritu. 
Cała  Missa Pastoritia była olśniewająca, a w sercu na dłużej pozostał końcowy Agnus Dei połączony z Dona nobis pacem...

Różne oblicza wyzwolenia w koncercie  In tempore belli


Wyznam na początku, że ten właśnie koncert szczególnie głęboko zapadł mi w pamięć. Był czymś więcej niż "tylko" koncertem. Była w nim jakaś metafizyka, którą trudno opisać słowem, ale wrażenia owej niezwykłości stało się nie tylko moim udziałem, bo doświadczyło jej więcej osób. 

Koncert In tempore belli, fot. Sławek Przerwa
Koncert rozpoczęła uwertura do opery L`isola dosabitata (Wyspa bezludna), z librettem Metastasia, której pierwsze przedstawienie odbyło się dla uczczenia imienin księcia Mikołaja. Uwertura utrzymana w tonie tragicznym, przeznaczona na sopran dramatyczny. Pod wpływem wiadomości, że jej ukochany chce popełnić samobójstwo, Demetria również pragnie śmierci. Tylko ona może przynieść wyzwolenie z sytuacji, w której dobrego wyjścia nie ma. Aria bohaterki tego dramatu pełna jest gwałtownych uczuć, świadczących o tym, że Haydn był mistrzem w odmalowywaniu psychiki postaci.

Druga część koncertu miała dla odmiany lekki, żartobliwy charakter. Zaprezentowano Symfonię fis-moll "Pożegnanie", mającą związek z pewnym zabawnym epizodem w biografii kompozytora. Otóż książę Mikołaj przedłużył pobyt Haydna i orkiestry w pałacu Esterháza, co muzykom nie bardzo przypadło do gustu. Postanowili więc w sposób kulturalny dać temu wyraz. W finale tej kompozycji kolejno kończyli swoje partie, gasili świece i wychodzili. W efekcie dwaj ostatni skrzypkowie z trudem dokończyli utwór. Książę miał na szczęście poczucie humoru i pojął tę aluzję, skutkiem czego nie tylko muzycy, ale cały dwór powrócił do Eisenach. Bywa więc, że można się wyzwolić z opresji uciekając się do mniej drastycznych metod, ba, do metod pokojowych: aluzji i żartu, o ile tylko osoba, do której je adresujemy posiada poczucie humoru. 

 Giuseppina Bridelli (mezzosopran), koncert In tempore belli, fot. Sławek Przerwa

Wrocławska Orkiestra Barokowa pod batutą Giovanniego Antoniniego odtworzyła tamten epizod ku uciesze publiczności. Na szczęście opuścili nas na krótko, byśmy mogli cieszyć serca przepięknym wykonaniem tytułowego utworu tego koncertu: Missa in tempore belli, zwanej "Paukenmesse" (Msza o błogosławionym Bernardzie z Offidy). 
Po raz pierwszy zabrzmiała 25 grudnia 1796 roku w wiedeńskim kościele pijarów, podczas prymicji Josepha Franza von Hoffmanna, którego ojciec pełnił funkcję cesarskiego skarbnika wojennego. Fakt ten, a przede wszystkim okoliczności historyczne (wojna austriacko-francuska) wpłynęły na nietypowe wykonanie mszy, w której Haydn powiększył liczbę instrumentów dętych, a także dodał kotły, tak iż wydaje się, że wojna "przeniknęła" do tego liturgicznego utworu. Znalazło to odzwierciedlenie nie tylko w doborze instrumentów, ale również tonacji (C-dur) oraz w budowie utworu, nawiązującego do formy sonatowej. Do historii przeszło brzmienie Agnus Dei, wielokrotnie "zakłócane" przez tremola kotłów. Jakby kompozytorowi zależało na podkreśleniu, że trwa wojna i wzbudza niepokój wiernych. W tym kontekście finałowe Dona nobis pacem powraca wielokrotnie, brzmiąc szczególnie znacząco i dobitnie. 

Koncert In tempore belli, fot. Sławek Przerwa

Partie solowe są mocno zintegrowane z chórem, jakby kompozytor chciał podkreślić zależność jednostkowych losów od losów całej ludzkości. Na tym tle szczególnie pięknie brzmi solo basu w Qui tollis.W interpretacji Fulio Bettini zabrzmiało szczególnie pięknie i lirycznie. W muzyce sakralnej  bardzo lubię śpiew solowy, jednakże w Missa in tempore belli przeważał śpiew chóralny i to on nadawał tej kompozycji niezwykłą moc. Chór NMF zabrzmiał tego wieczora szczególnie pięknie... Tak pięknie, że fragment utworu ponownie wykonano na bis, co się raczej w przypadku tego rodzaju kompozycji nie zdarza. To był taki szczególny wieczór, kiedy wszyscy artyści oraz panujący nad całością Giovanni Antonini, zabrzmieli jak doskonale harmonijna całość. To się czuło - tę jakąś mistykę chwili, którą nie sposób oddać słowem, ale która pozostanie w uczestnikach na zawsze. Od niej uwolnić się nie można... I chyba nikt by tego nie chciał.

Messa da Requiem Giuseppe Verdiego, czyli wyzwolenie od ziemskiego padołu


53. Międzynarodowy Festiwal Wratislavia Cantans rozpoczął się od wysokiego C i na nim zakończył - na Requiem Verdiego. Pracę nad tym dziełem rozpoczął kompozytor po śmierci Gioacchino Rossiniego w 1868 roku. Miał to być zbiorowy hołd kilku kompozytorów tamtych czasów złożony wybitnemu twórcy. Verdi napisał wtedy końcowe Libera me (Wybaw mnie, Panie), jednakże wówczas nie udało się doprowadzić dzieło do premiery. Dopiero nagła śmierć poety Alessandra Manzoniego w 1873 roku sprawiła, że Verdi rok później poprowadził premierę swego najnowszego dzieła w mediolańskim Kościele św. Marka. Najsłynniejsza powieść Manzoniego: Narzeczeni, z którą Verdi zapoznał się we wczesnej młodości, wywarta na nim, jak sam wyznał, ogromne wrażenie i wpłynęła na jego twórczość. Uwielbienie dla wielkiego pisarza towarzyszyło kompozytorowi przez całe życie.  Ponieważ Verdi był kompozytorem operowym, dysponował charakterystyczną dla tego gatunku stylistyką, co wywołało liczne kontrowersje. Z operą wiążą Requiem również cechy indywidualnego stylu kompozytorskiego Verdiego. Przede wszystkim typ melodyki: bujnej, żywiołowej, śpiewnej. To, co dla współczesnych stanowiło rażące odstępstwo od religijnego wzorca, dziś - w czasach swobodnego przenikania się różnych gatunków i poetyk - wydaje się być zaletą dzieła, dzięki temu brzmi ono oryginalne.

Sir John Eliot Gardiner z Orchestre Révolutionnaire et Romantique, fot.
Łukasz Rajchert
Utwór rozpoczyna żarliwa, błagalna modlitwa, obejmująca Requiem i Kyrie. Po nich następuje Dies Irae - Dzień Gniewu Pańskiego, ewokujący Sąd Ostateczny. Scena ta jest najbardziej rozbudowana i obejmuje dramatyczne partie chóru oraz fragmenty śpiewane solo. Część III, Ofertorium, służy refleksji, wyróżniając się nastrojem skupienia i pięknem pełnych natchnienia melodii. Po niej następuje Sanctus, w formie podwójnej fugi, eksponujący chór. Część V to Agnus Dei, w klimacie spokojnej modlitwy, w którym arie śpiewają sopran i mezzosopran, po nich dołącza chór. Następuje Lux aeterna - część o niezwykle lirycznym, błagalnym charakterze, w wykonaniu mezzosopranu, tenoru i basu. Ostatnia, VII część utworu, to Libera me, również bardzo rozbudowana. Rozpoczyna się dramatycznym recytatywem, po którym powracają poprzednie obrazy dźwiękowe: chóralny Dies irae oraz Requiem, śpiewane tym razem przez sopran z chórem. Powtarza się następnie dramatyczny temat Libera me, przybierając formę monumentalnej fugi . Zakończenie ma jednak nastrój błagalno-modlitewny, nawiązujący do początkowych partii utworu, który w ten sposób zostaje jakby spięty muzyczną klamrą.

Ann Hallenberg (mezzosopran) i Corinne Winters (sopran), fot. Ł. Rajchert

Wykonanie takiego utworu wymaga wyobraźni, muzycznej wrażliwości i doświadczenia. Sir John Eliot Gardiner szczęśliwie wszystko to posiada. W 1995 roku nagrał dla Wytwórni Philips płytę z nagraniem Requiem Verdiego. Towarzyszyła mu wówczas Orchestre Révolutionnaire et Romantique, założona przez niego w 1989 roku. Ci sami wykonawcy zaprezentowali Requiem podczas tegorocznego festiwalu. Czyż mogliśmy marzyć o doskonalszym wykonaniu..? Mamy niezwykłe szczęście, że sir John Eliot Gardiner pojawia się we Wrocławiu coraz częściej i za każdym razem przywozi prawdziwe skarby: dwa lata temu była to Pasja według św. Mateusza, rok temu Powrót Ulissesa do ojczyzny Claudia Monteverdiego.

Sir John Eliot Gardiner i Edgaras Montvidas (tenor), fot. Ł. Rajchert

Pozostaje mieć nadzieję, że kolejny rok i kolejny festiwal Wratislavia Cantans przyniosą uczestnikom równie wiele wrażeń, wzruszeń i refleksji.

Mozart – "Requiem" w Narodowym Forum Muzyki /zapowiedź/

6 listopada o 19.00 w Narodowym Forum Muzyki angielski dyrygent Jonathan Nott, uznawany za wybitnego interpretatora muzyki współczesnej, pod...

Popularne posty