Tytuł bloga powstał z inspiracji prozą Brunona Schulza, w której wielokrotnie, w różnych kontekstach, pada to tajemniczo brzmiące słowo, znaczące o wiele więcej niż „składniki”, bo mające rangę metafory, symbolu…
Kulturalne Ingrediencje nie jest blogiem monotematycznym, np. książkowym czy filmowym. Łączę w nim wszystkie moje pasje w jedną całość. Znajdują się tu teksty dotyczące literatury, filmu, muzyki i sztuk plastycznych. Ponadto rozmowy z artystami i własne zapiski.To także moje archiwum.
9 stycznia 2018 r. Wrocławski Teatr
Pantomimy zaprezentował nowy spektakl według scenariusza i w reżyserii Joanny
Gerigk. „Café Panique” to tytuł zbioru opowiadań Rolanda Topora, z którego prozy powstała tragikomiczna, pantomimiczna opowieść o różnych obliczach samotności w rytmie jazzu i bluesa.
Świat jest teatrem
Na spektakl
składa się kilka etiud, połączonych w całość miejscem akcji – tytułową Café
Panique, będącą czymś w rodzaju teatrum
mundi. Stoliki z lampkami i pojawiający się w tej przestrzeni ludzie są w
istocie znakami pewnych sytuacji egzystencjalnych i wynikających z nich
wewnętrznych problemów. To odrealnienie podkreśla dodatkowo panujący półmrok.
fot. Natalia Kabanow/Wrocławski Teatr Pantomimy
Od początku
siedzącemu przy stoliku samotnemu Mężczyźnie, opróżniającemu kolejne kieliszki,
towarzyszy jazzowy band, grający najpierw smętnego bluesa, a potem utwory
jazzowe. Na podeście Piosenkarka Cleo śpiewa bezsłowne wokalizy. Ubrana w
długą, połyskliwą czerwoną suknię, miewa problemy z nagabującymi ją mężczyznami,
głównie ze względu na imponujących rozmiarów biust, co ją wyraźnie deprymuje.
Przez
kawiarenkę przewijają się także inni goście.
Wszyscy oni z jakichś powodów są
samotni: porzucony przez ukochaną narzeczony, który nagle wydał się jej zbyt
pospolity, bezręki mężczyzna – z powodu swego kalectwa. Bywają też ludzie
samotni z wyboru, jak Poeta Coco Paco, którego prześladuje Muza
negatywna. Jakby tego było mało, na dalszym planie miotają się wdzięcznie
Łososie, stanowiąc dla niektórych bohaterów zabawny kontrapunkt, ale przede
wszystkim wprowadzające do opowieści surrealistyczny ton. Akcja rozwija się
dynamicznie: smutny Mężczyzna pragnie zbliżyć się do Piosenkarki, ale
przeszkadza mu w tym nieśmiałość oraz … inni mężczyźni. W końcu jednak, z
pomocą opłaconego Kelnera, udaje mu się przeżyć z nią (wbrew jej woli) krótki
romans, którego pointa jest dość zaskakująca i osobliwa, mieści się jednak w
groteskowej poetyce opowieści.
Julien - meloman (Krzysztof Szczepańczyk) oraz
Orkiestra jazzowa, fot. B. Sowa/WTP
Gdy marzenia się spełniają
Pozostali
bohaterowie, także z lepszym lub gorszym skutkiem, radzą sobie ze swoimi
problemami i kompleksami. Dość zaskakujący finał okazuje się być tylko grą
znaczeń, bo w tym lekkim jak pianka spektaklu wszystko jest tragikomiczne,
groteskowe, a niekiedy wręcz absurdalne. Możemy ponadto snuć rozważania, co by
było, gdyby spełniały się skryte ludzkie pragnienia, skoro bezręki człowiek po
otrzymaniu protez tak skutecznie dyryguje nie tylko orkiestrą, ale i całym
otoczeniem, że z ulgą pozbywa się tej władzy, gdy tylko nadarzy się okazja. Strach
pomyśleć, co by było, gdyby marzenia literalnie się spełniały, zdaje się mówić
Topor. I nie można odmówić mu racji. Skazani na brak albo nadmiar, na tragizm
albo śmieszność, na siebie albo na
innych – musimy się chyba z tym pogodzić…
Jan Kochanowski (Poeta) i Anna Nabiałkowska (Muza negatywna),
fot. Bartek Sowa/WTP
Postać jako stan umysłu
Spektakl
prezentuje nie tyle postaci, co raczej stan umysłu. Mnie widocznie najbliżej
było do Poety, bo kompletnie zawojował mnie tą rolą Jan
Kochanowski. Poeta stworzył sobie samotnię, aby móc bez przeszkód pisać. Dodam,
że ja takiej samotni nie mam i tylko o niej czasem marzę J, a dzięki spektaklowi mogłam
doświadczenie „samotni spełnionej” dogłębnie zbadać J Otóż na początku pisarz doznaje radości tworzenia, ale ta nie trwa długo. Przerywa ją osobliwa Muza negatywna,
która robi wszystko, aby mu tę „osobność” zakłócić i ostatecznie doprowadza go
do... szaleństwa. Anna Nabiałkowska w
roli owej anty-muzysugestywnie
towarzyszyła w tej historii fantastycznemu Janowi Kochanowskiemu, co i rusz wyjmując
zza obfitego stanika różne akcesoria, ostentacyjnie pożerając pieczywo i z
premedytacją pastwiąc się nad Poetą. Okazuje się, że samotnia może się okazać
pułapką, a przed muzą można uciec tylko w szaleństwo. Z prawdziwą przyjemnością
i szczerze rozbawiona przyglądałam się, jak Poeta stopniowo się przepoczwarza, coraz bardziej rozpaczliwe są jego gesty i próby pozbycia się nieznośnej Muzy, na koniec - z uśmiechem szczęśliwego idioty poddaje się zabiegom Lekarza (Artur Borkowski, cudownie grający również bezrękiego Dyrygenta). Na koniec, zawinięty w kaftan bezpieczeństwa udaje się w siną dal z Łososiami... Taką rolę długo się pamięta!
Poeta i Łosoś, fot. Natalia Kabanow
Muszę przy
tym podkreślić, że wszyscy mimowie grający (przeważnie podwójne) role byli fantastyczni. Monika Rostecka
stworzyła dwie tak skrajnie różne postaci, jak seksowna Piosenkarka i
eteryczna, drobna dziewczyna, pewna siebie i swoich walorów, że przez jakiś
czas sądziłam, że to dwie różne aktorki. Co za mimika, jaka mowa ciała! Tej pierwszej
nie powstydziłaby się Giulietta Masina, drugiej - wczesna Ewa Bem.
Monika Rostecka jako Piosenkarka, fot. Natalia Kabanow
Na uwagę zasługuje także postać
Mężczyzny, którego znakomicie zagrał Mariusz
Sikorski: nieruchoma twarz, ekspresja „tępego” spojrzenia, wyrazisty gest…
Wzrusza, odpycha, bawi – to rola, którą także długo się pamięta. Podobnie jak
dwuznaczny – uprzejmy i bezwzględny zarazem Kelner Zbigniewa Szymczyka, sprzyjający zwłaszcza tym, którzy mają pieniądze. A także cudownie wprawiający w ruch stare
analogowe płyty J
Pozostaną
także w pamięci sceny zbiorowe – Orkiestra jazzowa, ubrana w peleryny, jakby
rodem z „Deszczowej piosenki”, tworząca rozmaite układy muzyczno-taneczne,
służąca jako „przerywnik” i „leitmotiv”, a także tło dla przeżyć bohaterów i
ich obsesja (uciekający bezskutecznie Meloman). Łososie w wykonaniu Agnieszki
Dziewy, Pauliny Jóźwin i Mateusza Kowalskiego wprowadzały do spektaklu niezbędną
szczyptę surrealizmu i subtelny humor.
Dyrygent (Artur Borkowski) i Orkiestra jazzowa, fot. Natalia Kabanow
Słowa
uznania należą się autorce scenariusza i reżyserce spektaklu – Joannie Gerigk, która znakomicie
poradziła sobie z materią pantomimy, a nawet wprowadziła do niej nowy, ożywczy
ton – atmosferę groteski i niedopowiedzenia z ducha prozy Rolanda Topora, który
okazał się dobrym materiałem na spektakl bez słów, co nie jest takie oczywiste
ani też proste, jeśli się zważy, jaki to język.
Na koniec
trzeba dodać, że spektakl niosła świetna muzyka, składająca się nie tylko z
jazzowych standardów, ale również oryginalnych kompozycji Sebastiana Ładyżyńskiego i jego zespołu. Dzięki temu był to
spektakl o samotności, z jej wadami i zaletami, w rytmie jazzu i bluesa – w atmosferze
retro jazzowych klubów lat 30.(?). Interesująca scenografia Michała Dracza dopełnia całości obrazu.
„Café
Panique” to spektakl, którego nie można przeoczyć!
materiał filmowy Radia Wrocław/YouTube
„Café Panique”, premiera 9 lutego
2018 r.
scenariusz i reżyseria: JOANNA GERIGK
scenografia: MICHAŁ DRACZ
wykonanie rekwizytów: ALEKSANDRA
STAWIK
muzyka: SEBASTIAN ŁADYŻYŃSKI
OBSADA:
Mężczyzna I – MARIUSZ SIKORSKI
Piosenkarka, Cleo – MONIKA ROSTECKA
Muza negatywna, Kobieta – ANNA NABIAŁKOWSKA
Julien – KRZYSZTOF SZCZEPAŃCZYK
Dyrygent, Lekarz – ARTUR BORKOWSKI
Poeta Coco Paco – JAN KOCHANOWSKI
Mężczyzna II, Artysta malarz – MATEUSZ KOWALSKI
Kelner – ZBIGNIEW SZYMCZYK
Orkiestra jazzowa – ARTUR BORKOWSKI, PAULINA JÓŹWIN, JAN KOCHANOWSKI, ANNA NABIAŁOWSKA, KRZYSZTOF SZCZEPAŃCZYK
Goście z nosami – ARTUR BOROWSKI, AGNIESZKA DZIEWA, JAN KOCHANOWSKI,
ANNA NABIAŁKOWSKA
Celebryci – ARTUR BORKOWSKI, JAN KOCHANOWSKI, MATEUSZ KOWALSKI,
ANNA NABIAŁOWSKA, MONIA ROSTECKA, KRZYSZTOF SZCZEPAŃCZYK
25 lutego o 18:00 na teatralnym podwórku Wrocławskiego Teatru Pantomimy odbędzie się premiera spektaklu „Królowa. Baśń podwórkowa”. Przedstawienie, wyreżyserowane przez Artura Borkowskiego, powstało na motywach „Królowej Śniegu” H. Ch. Andersena i jest propozycją familijną.
„Królowa. Baśń podwórkowa” to historia o przyjaźni trwalszej niż najstarsze lodowce świata, o przyjaźni cieplejszej niż Słońce.
Klasyczny motyw podróży, realizujący się w podążaniu Gerdy za porwanym przez Królową Śniegu Kajem, jest pretekstem do ukazania ciepłego i walecznego serca głównej bohaterki.
Siła Gerdy, jej samozaparcie, narastająca z każdym krokiem odwaga, pokazują, że każdy z nas – mały, czy duży – ma w sobie niezwykłe pokłady siły umożliwiające podjęcie walki o to, na czym nam naprawdę zależy.
5 czerwca 2021 r. w Centrum Sztuk Performatywnych Piekarnia będzie miała miejsce premiera nowego spektaklu Wrocławskiego Teatru Pantomimy: „Tiki i inne zabawy” w reż. Dominiki Knapik. Terapii zostaną poddani bohaterowie różnych sztuk Antoniego Czechowa 😀
Twórczość dramatyczna Antona Czechowa oraz wzięta w cudzysłów sytuacja psychoterapii grupowej stają się dla twórców pretekstem do eksplorowania ich teatralnej formy.
Grupę terapeutyczną tworzą różni bohaterowie z dramatów Czechowa – dochodzi do spotkania niemożliwego: Płatonow zafunkcjonuje w jednej przestrzeni zarówno z Iwanowem, jak i Raniewską (“Wiśniowy sad”). Trzy siostry skonfrontują się z Borkinem (“Iwanow”), a Szarlotta (“Wiśniowy sad”) zestawiona będzie z Trigorinem (“Mewa”).
Te Czechowowskie typy zostają zderzone ze sobą wraz z ich wadami i trudnościami, z jakimi zostali „zdiagnozowani” przez twórców przedstawienia: depresją, chorobą dwubiegunową czy histerią, a sytuacja terapii grupowej jest środkiem do zbudowania relacji między bohaterami:
"Tiki i inne zabawy" w reż. Dominiki Knapik, fot. materiały prasowe
Jest to delikatny temat i nie chcemy w żaden sposób go ironizować (…). To również tabu społeczne – na szczęście ono powoli pęka i ludzie przestają się wstydzić tego, że chodzą na terapię. W spektaklu staramy się badać ramy i konwencje teatralne, a temat traktujemy poważnie i z szacunkiem, choć jest tu też trochę dowcipu - mówi Dominika Knapik.
Premiera „Tików i innych zabaw” – 5 czerwca o godz. 19:00 w Centrum Sztuk Performatywnych Piekarnia (ul. Księcia Witolda 62). Kolejne przedstawienia 6 i 7 czerwca br.
Bilety kupić można na stronie www.bilety.pantomima.wroc.pl
"Tiki i inne zabawy" w reż. Dominiki Knapik, fot. materiały prasowe
Tiki i inne zabawy
na podstawie wybranych fragmentów z dramatów A. Czechowa: „Mewa”, „Wujaszek Wania”, „Wiśniowy sad”, „Trzy siostry”, „Iwanow” w tłumaczeniu Agnieszki Lubomiry-Piotrowskiej
reżyseria i choreografia: Dominika Knapik
scenariusz i dramaturgia: Patrycja Kowańska
scenografia: Bartholomӓus M. Kleppek
muzyka: Łukasz Jędrzejczak
kostiumy: Karolina Mazur
reżyseria światła i video: Wolfgang Macher
harfa live: Malwina Lipiec-Rozmysłowicz
asystenci reżyserki: Blanka Starzycka, Damian Zieleziński
„Szatnia” w reżyserii Zbigniewa
Szymczyka w sposób fenomenalny cytuje sceny z przedstawień Henryka Tomaszewskiego,
tworząc jednocześnie oryginalny,
autorski spektakl – parabolę ludzkiego
życia, od narodzin aż po śmierć.
plakat przedstawienia
Tytułowa szatnia urasta więc do rangi metafory miejsca, skąd czerpie się mity, obrazy, wzory, symbole,
tworząc z nich nowe konfiguracje,
budując współczesne i zarazem ponadczasowe przesłanie.
Szatnia, reż. Zbigniew Szymczyk
Na pierwszym planie: Krzysztof Roszko, na drugim - Izabela Cześniewicz, foto. B. Sowa
Najnowszy
spektakl Wrocławskiego Teatru Pantomimy, skromnie zatytułowany „Szatnia”, jakby reżyser chciał uniknąć
skojarzeń z prawdziwą sceną, zatrzymując się w miejscu będącym jej
przedsionkiem, okazuje się jednakbardzo
nośną metaforą. Nawiązuje do przedstawień i metod Mistrza, będąc świadectwem
ich żywotności. Stylizację sygnalizuje już plakat przedstawienia, utrzymany w
konwencji retro: grupa osób niosąca jakąś postać, jakby w żałobnym kondukcie.
Jednakże to, co ujrzymy, zaprzecza, jakoby sztuka Mistrza pantomimy umarła.
Przeciwnie, ożywa na scenie pełnią swoich możliwości.
Szatnia
Ramy
spektaklu tworzy scena, w której młody człowiek – mim (Artur Borkowski) pozostaje po próbie samotnie w garderobie
teatralnej, w której rozegra się spektakl zwany życiem. W takiej właśnie
przestrzeni pojawi się postać ubranego w czerwony strój mężczyzny z minionej
epoki, która jak Mefisto albo Dante poprowadzi bohatera przez różne odsłony
historii – historii Teatru Tomaszewskiego i jednocześnie historii kultury,
wreszcie historii człowieka – od narodzin aż po śmierć.
Przestrzeń
sceniczną „Szatni” wypełniają ruchome szafki teatralne, które spełniają
niezwykle funkcjonalne i różnorodne role.
Przechodzą przez nie - niby przez tajemne drzwi z innego czasu i przestrzeni – postacie-cytaty,
postacie-symbole, tworząc za pomocą kostiumu i ruchu wieloznaczne obrazy. Zmieniają się też konwencje gry i stylistyka
muzyczna. Muzyka jest zresztą w tym spektaklu znakomita i starannie dobrana. Jest
też w pantomimie Zbigniewa Szymczyka scena pozbawiona muzyki, w której aktorzy,
ubrani w jednakowe kostiumy, tworzą niezwykle plastyczne widowisko z własnych
ciał, będące pokazem zarówno gry zespołowej, jak też indywidualnej, co jako
żywo skojarzyć się może z „Labiryntem” Henryka Tomaszewskiego.
Zasadnicza opowieść
rozpoczyna się od sceny narodzin, będących nawiązaniem do etiudy „Ziarno i
skorupa”. Ta z kolei zostanie rozwinięta w dwóch odsłonach – pierwszej,
ukazującej Pigmaliona stwarzającego Galateę, będącą
cytatem pantomimy Tomaszewskiego
zatytułowanej „Kobieta” oraz drugiej, która jest fragmentem „Akcji – Sen nocy letniej”, z Markiem Oleksym
jako Oberonem. Za pomocą czarodziejskiego kwiatu dotyka on leżącego na plecach
klęczących mimów człowieka, jakby powołując go do życia, co jako żywo
przypomina znaną z Biblii historię stworzenia człowieka, po czym łączy go z
kobietą.
Kolejne
etiudy prezentują etap samopoznania – kobieta przeglądająca się w tafli wody, w
oczach mężczyzny, a także innej kobiety.
Wspaniałe są etiudy pantomimiczne, w których poprzez subtelny żart pokazuje się
typowo kobiece i typowo męskie zachowania. Następująca po nich scena
„małżeńska” zdaje się być zarazem nawiązaniem do „Detektywa” H. Tomaszewskiego,
ale nie tylko. Została bowiem wykonana w
konwencji komedii slapstickowej, ale jej puenta jest zaskakująco współczesna. Odbywają
się zaślubiny, po nich scena konsumowania tortu, która przeradza się w scenę
konsumpcji seksualnej, tyle że … to dama konsumuje dżentelmena. Cóż jednak pozostaje
kobiecie, kiedy skonsumuje mężczyznę, panie feministki? Można się domyślić.
Szatnia, fot. B. Sowa
Kolejne
sceny cytują „Menażerię cesarzowej Filissy”, „Hamleta…” oraz „Rycerzy króla
Artura”, a jednocześnie wprowadzają tematykę zdrady, dojrzewania starzenia się,
cierpienia i śmierci. Tę ostatnią zagrał – jak na początku swojej pracy w
teatrze Mistrza – Zbigniew Szymczyk. Zarazem jednak kostium Śmierci nawiązuje
do postaci, jaką stworzył w „Strzelnicy” sam Henryk Tomaszewski. Oto bowiem za
sprawą scenografii i kostiumów współpracującej z Henrykiem Tomaszewskim Zofii de Ines – Lewczuk, możemy
posmakować, czym ten teatr był i jest nadal. Także dzięki kolejnym pokoleniom
artystów Pantomimy, których talent i umiejętności sprawiają, że ich przedstawienia
są dla widzów nadal atrakcyjne.
Zbigniewowi Szymczykowi udała się rzecz niebywała. Nie tylko przywołał teatr swego Mistrza,
pokazując jak był on znakomity, skoro jego wielowarstwowe i wieloznaczne obrazy
nie należą do lamusa, lecz ciągle uskrzydlają wyobraźnię widza. Zasług reżysera
jest znacznie więcej. Cytując Tomaszewskiego zbudował bowiem własny spektakl,
całkowicie współczesny, będący refleksją na temat kondycji teatru i aktora, a
także spektakl, w którym widzowie mogą się przejrzeć jak w lustrze, bo „świat
jest teatrem, aktorami ludzie”.