Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Leon Tarasewicz, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Leon Tarasewicz, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 kwietnia 2018

Leon Tarasewicz w Muzeum Architektury we Wrocławiu

W dniach od 10 maja do 25 sierpnia 2018 roku w Muzeum Architektury we Wrocławiu zostaną zaprezentowane prace Leona Tarasewicza - jednego z najbardziej intrygujących artystów współczesnych.




Wystawa ukaże ewolucję twórczości Leona Tarasewicza od ukończenia studiów w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych w 1984 roku, przez prezentację wielkoformatowych obrazów z lat 80. i 90. XX w., po przykłady kompozycji przestrzennych ostatnich lat.

Leon Tarasewicz, "Bez tytułu", 1985, gwasz na papierze 210x300 cm,
Scaler Collection, fot. Tadeusz Rolke
"Bez tytułu", 1984 olej na płótnie 130x170 cm,  fot. Jacek Gładykowski 
Leon Tarasewicz od ponad trzech dekad konsekwentnie przekracza granice obrazu. Zagarnia dla malarstwa coraz większe przestrzenie – wybiera wielkie formaty płócien, anektuje kolejno ściany, podłogi i elementy zastanej architektury, przekształca strukturalne płaszczyzny w niezależne instalacje malarskie konstruowane z rusztowań, drewna i farby we wnętrzach i na zewnątrz budynków, każe widzom deptać po obrazach i gubić się w labiryntach malarskich instalacji. Wkracza w przestrzeń publiczną, oszukuje zmysły i buduje iluzje, multiplikując malowane konstrukcje i naturalne otoczenie w lustrzanych odbiciach. W ostatnich działaniach coraz częściej wyznacza rytm rzeczywistości samym światłem, wykorzystując świecące plastikowe formy wypełniane czystym kolorem.
Leon Tarasewicz podczas przygotowywania wystawy w Centrum Sztuki Współczesnej, Warszawa, 2003, fot. Jan Rolke / Forum


"Instalacja malarska" Leona Tarasewicza, Muzeum Narodowego w Krakowie i Fundacji Nowa
Na wystawie znajdą się prace ze zbiorów Muzeum Narodowego we Wrocławiu, warszawskiej Zachęty, Galerii Arsenał w Białymstoku, Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu a także z kolekcji prywatnych i zbiorów własnych Leona Tarasewicza. Zestawione z realizacjami site specific, w kontekście miejsca pozwalają przyjrzeć się dialogowi malarstwa z architekturą składając się na polisensoryczny obraz działań jednego z najciekawszych współczesnych artystów.

Kuratorka: Małgorzata Devosges-Cuber

Organizatorzy: Muzeum Architektury we Wrocławiu i Akademia Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta we Wrocławiu.


informacja prasowa

czwartek, 10 maja 2018

Leona Tarasewicza przekraczanie granic obrazu /relacja z wystawy w Muzeum Architektury we Wrocławiu/

 Od 10 maja 2018 r. Muzeum Architektury we Wrocławiu prezentuje prace wybitnego współczesnego malarza Leona Tarasewicza. Podczas wernisażu artysta, którego największy zbiór prac posiada wrocławskie Muzeum Narodowe, otrzyma medal "Merito de Wratislavia" - "Zasłużony dla Wrocławia", a także tytuł honorowego profesora Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu.

Wystawa Leona Tarasewicza w Muzeum Architektury we Wrocławiu, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
Pierwotnie zakładano, że wystawa będzie miała charakter retrospektywy, prezentując prace artysty od najwcześniejszych po powstałe współcześnie. Kiedy jednak zmierzył się z przestrzenią Muzeum Architektury we Wrocławiu, koncepcja ta ewoluowała w kierunku dla Tarasewicza charakterystycznym - gry czy też raczej swoistego dialogu z przestrzenią.

Kontekst przestrzeni, historii jest dla niego bardzo ważny  – wyjaśniała podczas  konferencji prasowej kuratorka wystawy, Małgorzata Devosges-Cuber. 

Leon Tarasewicz, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek


Ekspozycja obejmuje trzy wzajemnie uzupełniające się przestrzenie, nawiązujące do etapów twórczości malarza, obejmujące tradycyjne prace artysty od 1974 roku, wśród których znajduje się także praca dyplomowa. Drugą stanowią obrazy "wychodzące z ram", trzecią zaś realizacje powstałe ze swoistego dyskursu z przestrzenią Muzeum Architektury. Wszystkie te części płynnie się ze sobą łączą, tworząc integralną całość.

fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
Leon Tarasewicz od ponad trzech dekad przekracza granice obrazu - dowodzi kuratorka wystawy. Zagarnia dla malarstwa coraz większe przestrzenie - wybiera wielkie formaty płócien, anektuje kolejno ściany, podłogi i elementy zastanej architektury, przekształca strukturalne płaszczyzny w niezależne instalacje malarskie konstruowane z rusztowań, drewna i farby we wnętrzach i na zewnątrz budynków, każe widzom deptać po obrazach i gubić się w labiryntach malarskich instalacji. W ostatnich działaniach coraz częściej wyznacza rytm rzeczywistości samym światłem, wykorzystując świecące plastikowe formy wypełniane czystym kolorem.

fot. B. Lekarczyk-Cisek
Podczas oprowadzania po wystawie Profesor mówił m.in. o tym, że postanowił wykorzystać przestrzeń byłego klasztoru po to, aby przypomnieć jej dawny, sakralny charakter:

Zawsze mnie interesowało przemijanie cywilizacji i to co po nich pozostaje. Biorąc pod uwagę złożoną historię tego miejsca, chciałem nadać swoim pracom uniwersalny sens, nie ograniczony do prostej symboliki.

A zatem możemy zaobserwować na wystawie instalacje malarskie będące nie tylko obrazem - miejscem, ale pozostające w dialogu z przeszłością - nie tylko tego konkretnego miejsca, ale w jakimś sensie również całej cywilizacji, sfery sacrum.

fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Wystawa prac Leona Tarasewicza potrwa do 26 sierpnia 2018 r.
..................................................................................................................................................

Leon Tarasewicz urodził się w  1957 w Waliłach na Podlasiu. Studiował w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych; dyplom otrzymał w pracowni Tadeusza Dominika w roku 1984, a od 1996 r. prowadzi na macierzystej uczelni Gościnną Pracownię Malarstwa.
Najważniejszym punktem odniesienia są dla niego rodzinne Waliły. Podkreśla ciągle swoje białoruskie korzenie i identyfikuje się z mniejszością białoruską w Polsce.
Wielokrotnie prezentował swoje prace, także we Wrocławiu, gdzie w Muzeum Narodowym znajduje się ich najobszerniejszy zbiór. W 2013 roku przygotował nawet wystawę malarstwa… bez obrazów, pokrywając podłogę lubelskiej Galerii Białej różnobarwnymi kwadratami, podobnie jak wcześniej posadzkę miejscowej Kaplicy św. Trójcy.

Malowanie to nie jest tylko pędzelek i farba. To jest jakiś kolorowy element, którym stwarzamy iluzje. Tak było w przeszłości i tak jest dziś – mówił.

Wystawiał również wielokrotnie za granicą: w Berlinie (1998, 2001) i we Frankfurcie nad Menem (1992, 1996), w Galerie Nordenhake w Sztokholmie (1989, 1991, 1993, 2001), w Galleria del Cavallino w Wenecji (1986, 1989, 2001).

Otrzymał Paszport "Polityki" (2000), Nagrodę im. Jana Cybisa (2000) oraz Nagrodę Fundacji Zofii i Jerzego Nowosielskich.W 2011 roku został Kawalerem Orderu Odrodzenia Polski.

Tarasewicz ma również pasję pozaartystyczną - jest prezesem Związku Hodowców Kur Ozdobnych i posiadaczem przedstawicieli rzadkich gatunków tegoż ptactwa.

Korzystałam z  biogramu na portalu Culture.pl

fot. Barbara Lekarczyk-Cisek


wtorek, 7 grudnia 2021

Nie opuszczam rąk. Spotkanie z Leonem Tarasewiczem i Małgorzatą Czyńską

MOCAK i Fundacja Villa Sokrates zapraszają we wtorek, 14 grudnia, o godzinie 18 na spotkanie poświęcone książce Nie opuszczam rąk z udziałem autorów: Leona Tarasewicza i Małgorzaty Czyńskiej. Rozmowę poprowadzi Paweł Kowal.


Podczas wydarzenia publikację będzie można kupić w promocyjnej cenie w MOCAK Bookstore.

Uznawany za jednego z najważniejszych polskich artystów współczesnych [Leon Tarasewicz] zdobył sławę w kraju i za granicą. W swojej twórczości wychodzi poza blejtram, dosłownie i w przenośni – maluje światłem i betonem, przełamuje schematy, przekłada rzeczywistość na język obrazu i przestrzeni.

Leon Tarasewicz w rozmowie z Małgorzatą Czyńską opowiada o swojej białoruskiej tożsamości i skomplikowanych stosunkach Białorusinów z Polakami, o fascynacji naturą i zwierzętami, zwłaszcza kurami, które z pasją hoduje, wspomina czasy studenckie, ale przede wszystkim mówi o sztuce, której podporządkował całe swoje życie.

„Sztuka to jest poczucie niemożliwości. Twórca każdą kolejną pracą przekracza granice, o których sam jeszcze nie wie. I trzeba mocno wierzyć w to, że ma się przed sobą drzwi do otwarcia, drogi, którymi jeszcze nie szedłeś, ani ty, ani inni”.

Leon Tarasewicz (ur. 1957) – malarz, profesor Akademii Sztuk Pięknych, wiceprezes Związku Hodowców Drobiu Rasowego „Gallus” w Polsce. Mieszka i tworzy we wsi Waliły. Laureat wielu nagród, między innymi Nagrody im. Jana Cybisa, Nagrody Fundacji Zofii i Jerzego Nowosielskich, Paszportu „Polityki", Nagrody im. Jerzego Giedroycia, Nagrody im. prof. A. Gieysztora, Nagrody im. Cypriana Kamila Norwida, Nagrody Stulecia ZAiKS-u. Współpracuje z warszawską Galerią Monopol, Galerią Foksal, rzeszowską Galerią Tabot, poznańską Galerią Ego, a także lubelską Galerią Białą.

Małgorzata Czyńska (ur. 1975) – pisarka, dziennikarka, historyczka sztuki. Autorka tekstów o sztuce, wywiadów z artystami, reporterskich portretów, specjalistka od historii mody i dizajnu, kuratorka wystaw. Stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Autorka książek: Kobiety z obrazów, Kobro. Skok w przestrzeń, Harem metafizyczny. Kobiety Witkacego, Dom polski. Meblościanka z pikasami, Berezowska. Nagość dla wszystkich, Łempicka. Tryumf życia oraz dwóch wywiadów rzek – z Edwardem Dwurnikiem (Moje królestwo) i z Leonem Tarasewiczem (Nie opuszczam rąk). Laureatka Nagrody Literackiej Juliusz za książkę Kobro. Skok w przestrzeń. Za biografię Mai Berezowskiej została nominowana do Nagrody im. prof. Jerzego Skowronka.

(materiały wydawcy)


Rozmowa odbędzie się w sali audiowizualnej MOCAK-u. Wstęp 2 zł, liczba miejsc ograniczona.

W związku z obowiązującymi obostrzeniami pandemicznymi prosimy posiadaczy zanonimizowanych paszportów covidowych o ich przygotowanie przed wejściem do sali. Usprawni to przebieg wydarzenia.

informacja prasowa

wtorek, 8 stycznia 2019

Justyny Kisielewicz American Dream /wywiad/

Rozmawiam z utalentowaną i docenianą w Stanach artystką Justyną Kisielewicz - o szlachetnych uzależnieniach, wymyślaniu kolorowych światów w miejsce szarych, ale także o trudach tworzenia i ... bycia sobą.

Justyna Kisielewicz, fotografia z archiwum artystki
Barbara Lekarczyk-Cisek: Rozmawiałam kiedyś z wiekowym profesorem, Konradem Jarodzkim, który był z zawodu architektem i dopiero na emeryturze mógł oddać się swojej prawdziwej pasji – malarstwu. Wygłosił wówczas charakterystyczne zdanie, które zabrzmiało jak credo: „Maluję, więc jestem”. A przy tym, zapytany o inspiracje, odpowiedział, że malowanie nie jest w jego przypadku pochodną natchnienia, lecz jest to codzienne zajęcie, które nadaje jego życiu sens. Twoja droga do zawodu artysty malarza także jest dość skomplikowana...

Justyna Kisielewicz: Mogłabym się pod tym podpisać, ale u mnie jest to coś bardziej integralnego, bo maluję nawet wtedy, gdy … śpię (śmiech). W związku z tym często nie mogę zasnąć. Wtedy mój Mózg mówi do mnie: „Hej, Justyna, dobrze, że się położyłaś, bo możemy teraz coś wymyślić”. Na co próbuję zaprotestować: „Nie, Mózgu, nie będziemy teraz bawić się w tę grę”, ale już wiem, że jestem na przegranej pozycji. I rzeczywiście, Mózg kontynuuje: „Mam fajny pomysł na obraz, a może nawet na całą serię obrazów. Co ty na to?  Zaraz ci pokażę”. I wtedy w mojej głowie pojawiają się obrazy. Spoglądam na zegarek i myślę sobie, że nie wstanę, że na pewno będę pamiętać je rano. Tymczasem Mózg jest nieustępliwy. „Nie będziesz pamiętać – przekonuje. Musisz wstać, wziąć zeszyt, przybory do rysowania – są w zasięgu ręki...”

Domyślam się, że wtedy wstajesz i nie kładziesz się już do rana…

Wstaję, robię zapiski, rysuję szkice, wymyślam też format, gamę kolorystyczną…, Ale zabawa dopiero się rozkręca, bo Pan Mózg podpowiada: „Słuchaj, ale od tego możemy pójść w tę stronę, a potem jeszcze w następne”. I tak to zaczyna się nakręcać. Faktem jest, że malować muszę codziennie. Gdy tego nie robię, zamieniam się w bestię.

Malowanie jest więc pozbywaniem się swojego potwora?

Kiedyś miałam operację i nie malowałam przez tydzień. Byłam bardzo nieszczęśliwa i w końcu doszłam nawet do wniosku, że moje życie nie ma sensu. Chirurg, który mnie operował, stwierdził wówczas, że jestem silnie uzależniona i że malowanie wyzwala endorfiny.

Czy tak było zawsze, czy też "uzależnienie" (może nie powinnam tego ujmować w cudzysłów?) przyszło z czasem?

Tak było od kiedy pamiętam. Stale coś bazgrałam. Mając trzy lata „ozdobiłam” Mamie pracę magisterską, a był to rękopis… Poza tym miałam mnóstwo zeszytów z rysunkami. Malowałam na lekcjach i po nich, a w wieku około siedmiu lat chodziłam także na zajęcia z malarstwa. Nie poszłam jednak studiować na Akademię Sztuk Pięknych, bo bardzo poważnie zachorowałam. Egzaminy na tę uczelnię trwają kilka miesięcy, począwszy od przygotowania tzw. teczki, poprzez egzaminy praktyczne, a skończywszy na teoretycznych. Wtedy był to dla mnie zbyt wielki wysiłek. Odłożyłam je więc na jakiś czas i zdałam egzamin na amerykanistykę w Wyższej Szkole Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki. Zrobiłam także dyplom magistra na Wydziale Nauk Politycznych UW. A w międzyczasie pracowałam w Luxmedzie, zaznałam więc trochę życia i posmakowałam pracy w korporacji. W pewnym momencie dopadła mnie jednak refleksja, że jestem w miejscu kompletnie sobie obcym. To było tak mocne wrażenie, jakbym się dusiła. I wtedy ruszyłam na akademię. I dostałam się!


A co malowałaś w tym czasie?

Malowałam bardzo różne obrazy, ale już wtedy pojawiły się moje „disnejowskie tematy”. Ich początki sięgają pierwszej klasy szkoły podstawowej. Wszystkie miałyśmy wtedy szare, jednakowe zeszyty, ale obok mnie siedziała dziewczynka, której mama była tłumaczką z języka niemieckiego i przywoziła jej z RFN kolorowe, błyszczące zeszyty, na których widniały Myszki Mickey, kucyki Pony. Miała także tornister z Myszką Mickey… Ponieważ nie chciała się dzielić swoimi skarbami, pozostało narysowanie sobie ich. W ten sposób mogłam nawet mieć więcej różnych postaci, a moje rysunki były bardziej różnorodne.
Nie ukrywam, że ciągle jest we mnie dziecko, które chodzi na filmy Disney`a.  Jak się dorasta w szarym blokowisku, w mieszkaniu o powierzchni 40 metrów kwadratowych, gdzie dzieli się pokój z bratem i donasza po nim ubrania, to marzy się o całkiem innym świecie. Na szczęście, miałam umiejętność znalezienia czegoś dla siebie i dążyłam do tego wytrwale. Dlatego znalazłam się w końcu w Ameryce, bo w Polsce także trudno mi było się przebić z tym, co robię.

Czy byli na ASP profesorowie, którzy wywarli na Ciebie wpływ, czy też byłaś już w jakimś sensie „gotowa”? 

Byłam gotowa, ale nie miałam świadomości, że właśnie to powinnam robić. Kiedy jesteśmy dziećmi, malujemy intuicyjnie - wybieramy kolory, które się nam podobają, ale później staramy się malować tak, jak oczekują tego inni albo sądzimy, że tego oczekują. Kiedy na II roku mogłam już wybrać profesora, u którego miałam robić dyplom, mój wybór padł na Leona Tarasewicza, który miał na Akademii złą sławę, bo jak wieść niosła, rzucał w studentów krzesłami i obrzucał ich wyzwiskami. Dla mnie było to swoiste wyzwanie, z którym chciałam się zmierzyć. Leon rozmawiał ze wszystkimi studentami, którzy wybrali jego pracownię, aby ich lepiej poznać i zorientować się, czy wytrwają z nim do końca. Na początku malowaliśmy to, co nam polecił i był w tym bezlitosny.

Justyna z prof. Leonem Tarasewiczem, zdjęcie z archiwum artystki
Jednym z pierwszych ćwiczeń było malowanie kaczek w stawie, ze sztuczną palmą, które ustawił w Akademii na Krakowskim Przedmieściu. Kaczki śmierdziały i miotały się, wszyscy byli „oburzeni” tym, co się dzieje, ale Leon nie przejmował się konwenansami. To było trudne zadanie - kaczek nie  można było namalować, ale w ten sposób otwierał nas na różne wyzwania. Na kolejnym roku nie mógł nam już ustawiać planu, bo był zajęty swoją wystawą i wtedy musieliśmy się szybko „usamodzielnić”, tzn. po prostu zacząć malować. Po dwóch latach prowadzenia wcale nie było to łatwe. Próbowałam różnych kierunków w sztuce, w tym hiperrealizmu i wtedy Leon powiedział, że maluję równie wspaniale jak … komputer. I że skoro pokazałam, że umiem malować w różnych stylach, to przyszedł czas, aby malować "po swojemu". Zapytał mnie, co lubiłam malować w dzieciństwie, jakich używałam kolorów, a potem polecił, abym powróciła do tego, co sprawiało mi frajdę i zastanowiła się, co też teraz mogłabym z tym zrobić.

Taki mądry pedagog to rzadkość…

Tak, Leon Tarasewicz był moim Sokratesem, który wydobył ze mnie to, co już posiadałam, ale nie miałam świadomości, że to istotne i dodał mi odwagi, aby to pokazać światu. To była najlepsza rzecz, jaka mogła mnie spotkać na Akademii. Leon swoim autorytetem sprawił, że zrozumiałam, że mogę robić to, co naprawdę należy do mnie. Z taką decyzją wiązały się także różne problemy, bo nie jest to estetyka lubiana przez Akademię. Skutek był taki, że na IV roku zostałam wyrzucona z Pracowni Rysunku, co mogłoby skutkować nieukończeniem ASP. Na szczęście, z pomocą znowu  przyszedł nieoceniony Leon, który przekonał profesora innej Pracowni Rysunku, że trzeba mi pomóc. Ten okazał się równie wspaniałym pedagogiem jak Leon i jestem mu za to bardzo wdzięczna.

Justyna podczas obrony dyplomu, 2011 r., zdjęcie z archiwum artystki

Jak wyglądała Twoja kariera artystyczna po skończeniu studiów?  Początki przeważnie są trudne…

W dniu ukończenia studiów jeden z profesorów „podbudował” mnie mówiąc, że gdyby wiedział, jak będę malować, to nie dopuściłby mnie do studiów na Akademii. I że z pewnością teraz zasilę grono bezrobotnych, Zupełnie inaczej wygląda to w Stanach, gdzie na koniec studiów wygłasza się do absolwentów mowę, w której zachęca się ich do działania i utwierdza, że świat stoi przed nimi otworem. Tak czy owak początki zawsze są trudne. Mnie Mama dała dwa lata na rozwój kariery. Potem miałam sobie poszukać pracy. To była bardzo komfortowa sytuacja. A ponieważ miałam odłożone pieniądze z korepetycji, których latami udzielałam, wykorzystałam je na rozsyłanie katalogów ze swoimi pracami do galerii na całym świecie. W masie negatywnych odpowiedzi znalazła się jedna pozytywna – z Berlina. I tak to się zaczęło. Katalog pochodził z mojej pierwszej wystawy w Galerii MiTo w 2011 roku. Widziało ją wiele osób, pojawiło się też wielu kolekcjonerów.

Brałam także udział w Targowiskach Sztuki, organizowanych przez studentów i absolwentów ASP. Wyglądało to tak, że raz w miesiącu prezentowało się i sprzedawało swoje obrazy. Za każdym razem udawało mi się coś sprzedać, a także poznać wiele osób. Dopiero potem pojawiły się Aukcje Młodej Sztuki i w ogóle nastąpił rozkwit rynku młodej sztuki. Kiedy oddałam swoje obrazy do DESA, gdzie bardzo dobrze się sprzedały, zostałam niejako zweryfikowana przez rynek.

Czy wystawa w Berlinie była Twoją pierwszą ekspozycją zagraniczną?

Najpierw nawiązałam współpracę z galerią, której właściciel kupował moje obrazy, a w 2016 roku zorganizował moją wystawę indywidualną.

Justyna Kisielewicz, Americana, zdjęcie ze strony internetowej artystki

Obecnie mieszkasz w Stanach Zjednoczonych – jak się tam znalazłaś?

Dość nieoczekiwanie! W 2014 roku pokazałam swoje obrazy na Instagramie.  Dostałam wówczas odpowiedź z San Francisco, a wkrótce potem z galerii w Sidney. Do San Francisco zostałam zaproszona w 2015 roku, podobnie do Sidney, gdzie miałam wystawę indywidualną.

I Ameryka  zdumiewająco szybko zaakceptowała Twoją poetykę. Jak sądzisz, dlaczego tam było Ci łatwiej zaistnieć?

Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że tak będzie. Uważałam, że prezentowanie w Ameryce prac w poetyce kolorowo-disneyowskiej jest wiezieniem drewna do lasu. Myliłam się! Jeden z krytyków napisał, że moje prace uświadamiają Amerykanom, mającym kompleks niższości wobec Europy, że ich kultura jest ważna. Okazuje się, że jest znana na całym świecie i że może się okazać dla kogoś takiego jak ja, artystka zza "żelaznej kurtyny", istotnym przeżyciem.

Jednak sporo Twoich prac nawiązuje do malarstwa europejskiego, cytując sceny a to z Jean Louisa Davida, a to z  Jean-Augusta-Dominika Ingresa…

To się zaczęło dopiero w Stanach. Kiedy się tam znalazłam, miałam okazję obcować z nadzwyczajnymi kolekcjami sztuki europejskiej, których jest mnóstwo w amerykańskich muzeach. Te moje obrazy-cytaty obrazują Europejczyka w Ameryce. Okazuje się, że z tej perspektywy one mówią o kondycji człowieka.
Justyna Kisielewicz, Salvator Mundi, zdj. ze strony internetowej artystki

Najczęściej powtarzającą się postacią na Twoich obrazach jesteś Ty sama. Czy właśnie Twoje autoportrety mówią o kondycji współczesnego człowieka? Czy może jest to taka prowokacja?

Wiele osób sądzi, że mam narcystyczną obsesję, a tymczasem wcale tak nie jest. To nie są pochlebne autoportrety, przeciwnie – pokazują negatywne strony życia. O wiele łatwiej byłoby ukazać w nich kogoś innego, nie siebie. W ten sposób biorę odpowiedzialność i nie czuję się lepsza od innych. Od dzieciństwa nie bałam się mówić tego, co myślę, a poza tym mam do siebie dystans. Ktoś mnie nawet porównał do Cindy Sherman, która również pokazuje siebie w różnych rolach, niekoniecznie pochlebnych.

W minionym roku miałaś w Stanach aż dwanaście wystaw. Czy przygotowując prace na wystawę dobierasz je tematycznie, czy też malujesz je dedykując każdej ekspozycji, jej tematowi, osobno? Co pragniesz ludziom powiedzieć przez swoją wystawę?

Bywa różnie. Przygotowując wystawę w Sidney dostosowałam się do sugestii właściciela galerii, który wymyślił tytuł wystawy: „Dorastanie jest przereklamowane”. W Stanach istnieje obyczaj, że najpierw należy zbudować relacje.  Przy tym obopólnym poznawaniu się jest też możliwość zaproponowania czegoś od siebie. Mam szczęście wystawiać swoje prace u ludzi, które mają podobny rodzaj wyobraźni i wrażliwości. Zdarzyło mi się też przekonać innych do tego, co robię. Tak czy owak najważniejsza w Stanach jest story. Ci, którzy traktowali wątki disnejowskie powierzchownie i komercyjnie, dowiadują się raptem, że stoi za tym cała opowieść. I to im się bardzo podoba!

wystawa
W przypadku wystaw indywidualnych, jak ta w San Francisco, chodziło o to, aby pokazać Amerykę z perspektywy przybysza z Europy. Z kolei tytuł mojej ostatniej wystawy w Oregonie brzmiał: „Ameryka jest cudownym miejscem do życia” i wiele osób sądziło, że jest ironiczny. Podczas wernisażu wystawy istnieje obyczaj zadawania pytań artyście. Moja rozmowa z publicznością trwała całą godzinę i udało mi się ich przekonać, że mają wspaniały kraj i kulturę (śmiech). Mało tego, wiele osób się popłakało. To było niesamowite przeżycie!

Twoje doświadczenie pokazuje, jak istotna jest rozmowa z artystą. Najczęściej na wernisażu artysta nie zabiera głosu, mówi kurator, a potem wszyscy krążą z kieliszkami wśród obrazów. Jedyny wyjątek we Wrocławiu stanowi Mira Żelechower-Aleksiun, która nawiązuje ze swoimi widzami dialog. Dla mnie te spotkania z Mirą i jej obrazami były przez to fascynujące.

Wernisaż wystawy „Ameryka jest cudownym miejscem do życia” także był dla mnie takim przeżyciem.  Chyba najważniejszym z dotychczasowych wystaw. Nie tylko ja mówiłam, ale miałam też niezwykłą okazję dowiedzenia się, co myślą widzowie. A następnego dnia prowadziłam warsztaty dla studentów i dla innych chętnych i okazało się, że uczestników jest bardzo wielu. Ponownie mogłam przekonać się, jak ważny i potrzebny jest bezpośredni kontakt. Studenci mieli na zaliczenie napisać analizę jednego z moich obrazów, co stało się kolejnym powodem do tego, aby się dowiedzieć, jak moje prace rezonują z uczuciami ludzi. To było dla mnie ważne doświadczenie, ponieważ maluję dla ludzi, a nie dla krytyków sztuki.

Wernisaż z wystawy w San Francisco, zdj. ze strony internetowej artystki
To, o czym mówisz, jest niezmiernie interesujące, bo dowodzi, że potrafisz nie tylko oddziaływać za pomocą swoich obrazów, ale również otwierać ludzi, słuchać ich, wchodzić z nimi w dialog.  Stwarzasz swoim widzom przestrzeń do osobistego przeżycia i wypowiedzi. 

Tak. Nawet głosy krytyki były po tej wystawie przychylne. Jeden z krytyków ocenił ją jako wydarzenie, a wernisaż - jako najlepszy, w jakim uczestniczył. Miałam potem wielkie uczucie spełnienia, bo że dotarłam ze swoją sztuką do tylu ludzi.

Wobec tego pozwól, że powrócę do początku naszej rozmowy i zapytam, jak tworzysz, bo domyślam się, że nie tylko wtedy, gdy śpisz :-)

To jest okropne, wierz mi! Ponieważ mam mnóstwo pomysłów, postanowiłam przejść na mniejszy format, łudząc się, że to przyśpieszy proces malowania. Jednak Pan Mózg oznajmił kategorycznie, że może być mniejszy format, ale muszę dodać więcej detali… Ciągle coś szkicuję, bo pomysły przychodzą nagle i lawinowo. Ostatnio szkicowałam w taksówce na chusteczce do nosa, którą dał mi litościwy kierowca, bo nic przy sobie nie miałam.  Chociaż malowanie czy rysowanie jest samotną pracą, to jednak istotną rolę odgrywają wcześniejsze spotkania z ludźmi, jakieś strzępki rozmów, filmów, książek, zapamiętane z ulicy pojedyncze obrazy…

Kiedy w takim razie żyjesz zwyczajnym życiem, skoro cały czas malujesz?

Ja żyję malowaniem! Muszę, bo inaczej zmieniam się w okropnego gremlina.  Dopóki maluję, jestem miła dla otoczenia, więc każdemu zależy na tym, abym jednak nie ustawała :-) Nawet teraz, kiedy rozmawiamy, musiałam zanotować kolejny pomysł Pana Mózgu. Uczucie niedosytu towarzyszy mi bez ustanku. Kiedy maluję obraz, przepełnia mnie uczucie podobne do zakochania. Codziennie muszę zasiąść do sztalugi – to imperatyw. Moje obrazy są tylko pozornie różne i jakby niespójne. Jednak są one wyrazem różnych doświadczeń i przeżyć. A przy tym nie lubię zamykać się w jednej formule, pragnę zaskakiwać moich widzów.

Nad czym pracujecie z Panem Mózgiem obecnie?

Przygotowuję wystawę w galerii w San Francisco. Chcę na niej zaprezentować cykl „Ikony”. Mam także plan na kolejne trzy wystawy w tym roku. Na razie. Muszę, bo to jest moje życie i staram się go nie zmarnować.

Kończmy wobec tego tę rozmowę, bo z punktu widzenia Pana M. to strata czasu :-) Powodzenia!


Justyna Kisielewicz, zdjęcie z archiwum artystki
Justyna Kisielewicz - polska artystka - malarka mieszkająca w Kalifornii. W 2011 roku otrzymała tytuł magistra sztuk pięknych z wyróżnieniem na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, w pracowni Leona Tarasewicza.  Jej obrazy były wystawiane w galeriach i muzeach w Warszawie, San Francisco, Teksasie, Oregonie, Sydney i Berlinie.
W 2017 obraz autorstwa Justyny Kisielewicz zostały zakupiony do stałej kolekcji Muzeum Narodowego w Gdańsku. W tym samym roku jej prace trafiły także do kolekcji amerykańskich gigantów technologicznych, wśród których znalazły się: Atrium i Rock Star Games.

Zainteresowanych twórczością Justyny Kisielewicz odsyłam do jej strony internetowej. 

piątek, 31 maja 2019

Unikat na rynku sztuki. Dyplomowy obraz Wilhelma Sasnala do zobaczenia na wystawie "Nowe Pokolenie po 1989"

Prawdziwy unikat na polskim rynku sztuki. Dyplomowy obraz Wilhelma Sasnala Koszulki z 1999 r. pochodzi z tego samego roku co rekordowe dzieło artysty „Samoloty”, sprzedane w nowojorskim Christie’s za ponad milion złotych. Autoportret Sasnala zobaczyć będzie można na wystawie "Sztuka Współczesna. Nowe pokolenie po 1989" już 5 czerwca w DESA Unicum. 

Wilhelm Sasnal, "Koszulki", wystawa "Sztuka współczesna"

Pojawią się również prace takich twórców jak Rafał Bujnowski, Marcin Maciejowski, Piotr Uklański, Paweł Althamer czy Jadwiga Sawicka.

Sasnal to artysta wszechstronny, zajmujący się zarówno klasycznym malarstwem, jak i filmem czy komiksem. Był współzałożycielem kultowej, krakowskiej grupy Ładnie. Jego prace można było zobaczyć m.in. w MoMA czy Centre Pompidou. Koszulki to wyjątkowy obraz Sasnala. Jest to autoportret artysty, który przedstawił siebie w t-shirtach z nazwami swoich ulubionych zespołów muzycznych, takich jak The Beatles, Stereolab czy Izrael. Prace Sasnala z tego okresu są niezwykle popularne poza granicami kraju. Wspomniane „Samoloty” uczyniły malarza najdroższym polskim żyjącym artystą. Z kolei obraz „Gym Lesson at School”, również z tego samego okresu, sprzedał się w Nowym Jorku za ponad 150 tys. dolarów.

Malarstwo Sasnala można określić terminem „pop-banalizmu”. Artysta odnosi się do powszechnie rozpoznawalnych przedmiotów i motywów prostej codzienności, ale również do ważnych wydarzeń politycznych. Tworząc kronikę współczesnego życia, korzysta z symboli epoki: okładek płyt, komiksowych bohaterów, popularnych nadruków na koszulkach czy nazw ulubionych zespołów. Źródłem inspiracji jest dla Sasnala pop kultura czy media, ale również zwykłe, codzienne życie – spacer po parku czy widok partnerki z papierosem w ustach.

Anna Okrasko, "Mój profesor maluje w paski, a ja w groszki, bo to jest bardziej dziewczęce",
wystawa "Sztuka współczesna"

Prezentowana na wystawie dyplomowa pracy Anny Okrasko, „Mój profesor maluje w paski, a ja w groszki, bo to jest bardziej dziewczęce” stanowi drwinę ze sztampowych stereotypów na temat różnic między sztuką kobiet i sztuką mężczyzn. Okrasko w żartobliwy sposób odnosi się w niej również do relacji mistrz – uczennica. Cztery lata po zaprezentowaniu przez artystkę pracy dyplomowej historia zatoczyła koło. Uczelniany profesor artystki – Leon Tarasewicz zaprezentował na wystawie obrazy, na których pojawił się wzór regularnych kropek. Obrazy Anny Okrasko w większości przypominają malarskie notatniki. Często wykorzystuje w nich tekst lub znaki graficzne nanoszone na płótno za pomocą szablonu. W jej twórczości dają się wyodrębnić dwa wiodące wątki: feminizm oraz kwestia funkcjonowania w ramach środowiska artystycznego.

Bartosz Kokosiński, "Obraz pożerający scenę domową", wystawa "Sztuka współczesna"

Niezwykle intrygujące są prace urodzonego w 1984 roku malarza i twórcy instalacji artystycznych Bartosza Kokosińskiego z cyklu „Obrazy pożerające rzeczywistość”. Prezentowany na wystawie „Obraz pożerający scenę domową” z 2011 roku to instalacja przestrzenna, w której „giną” przedmioty codziennego użytku, jak m.in. aparat telefoniczny, nóż czy kawałki tkaniny. Jak opowiada sam artysta, wkomponowuje w obrazy rzeczy używane, z którymi nie potrafi się rozstać. Kokosiński od 2014 r. zajmuje I miejsce w rankingu młodych artystów „Kompas Młodej Sztuki". Jego prace znajdują się w kolekcjach m.in. Galerii Bielskiej BWA czy Bunkra Sztuki w Krakowie.

Na wystawie "Sztuka Współczesna. Nowe Pokolenie po 1989" zaprezentowanych zostanie 65 prac. 13 czerwca wszystkie dzieła zostaną zlicytowane.

Wystawa Sztuka Współczesna. Nowe Pokolenie po 1989: 5– 13 czerwca 2019, godz. 11-19 (poniedziałek-piątek) i godz. 11-16 (sobota), Dom Aukcyjny DESA Unicum, ul. Piękna 1A, Warszawa, wstęp wolny.

informacja prasowa

środa, 10 stycznia 2018

PASZPORTY POLITYKI WRĘCZONE PO RAZ 25!

9 stycznia 2018 roku w Teatrze Wielkim Operze Narodowej w Warszawie po raz 25. wręczono młodym twórcom PASZPORTY POLITYKI.

logotyp
To już 25 lat

Inicjatorem nagrody był ZDZISŁAW PIETRASIK - wybitny dziennikarz, publicysta, krytyk filmowy i teatralny, wieloletni szef redakcji kulturalnej w tygodniku POLITYKA. Idea wykreowania nowej nagrody była prosta:
„nieuleganie modom i środowiskowym naciskom, uważnego wysupływania najbardziej wartościowych dokonań, ale i z przekonania, że młoda kultura jest dobrem, które należy wspierać i promować”. 

Autor pomysłu zaprosił do współpracy całe środowisko krytyki polskiej sztuki. Zaproponował także dwuetapowy wybór wyróżniających się artystów i kategorie, do których byli zgłaszani nominowani. Przez ćwierć wieku wprowadzono kilka zmian proceduralnych oraz dostosowano nazwy kategorii do nowych, dynamicznie rozwijających się kierunków i trendów w sztuce. Aby podkreślić kreatywność twórców i tendencje zmian w sztuce zastąpiono kategorie PLASTYKA - SZTUKAMI WIZUALNYMI (2003 r.), ROCK-POP-ESTRADA - MUZYKĄ POPULARNĄ, a MUZYKĘ przypisano do kategorii MUZYKA POWAŻNA (2006 r.). Powołano też nową kategorię KULTURA CYFROWA (2016), która obejmuje wszelkie formy kultury, gdzie wyjściową formą jest kod programowania, ze szczególnym uwzględnieniem gier wideo na komputery, konsole i urządzenia przenośne, różnego rodzaju aplikacji, różnorodnych form internetowych, VR i filmów interaktywnych. Od 2002 roku wręczany jest KREATOR KULTURY – nagroda ta nie podlega nominacjom i jest przyznawana wybitnym osobistościom polskiej kultury, których praca miała wpływ na rozwój i popularyzację polskiej kultury. W 2014 roku wręczono nagrodą wyjątkową i jak dotąd przyznaną tylko raz, była to NAGRODA SPECJALNA, którą kapituła uhonorowała Stowarzyszenie Żydowski Instytut Historyczny w Polsce. Przez 25 lat istnienia nagrody Kapituła PASZPORTÓW POLITYKI nagrodziła 147 laureatów w tym 187 artystów i twórców (licząc zespoły) oraz wyróżniła 20 Kreatorów Kultury. Dwa razy przyznano nagrody ex aequo – w 2009 r. w kategorii film PASZPORTY otrzymali Xawery Żuławski i Borys Lankosz, a w 2011 w kategorii muzyka popularna nagroda przypadła Julii Marcell i Maciejowi Szajkowskiemu. Ćwierć wieku to również obraz pokoleniowy artystów i twórców. Wielu nagrodzonych w latach 90-tych są dzisiaj uznanymi twórcami, którzy wychowali nowe pokolenie artystów nagrodzonych PASZPORTAMI POLITYKI już w XXI wieku. I tak w 1995 roku w kategorii muzyka wyróżniono Wojciecha Waglewskiego, a w 2006 nagrodę przyznano Bartoszowi i Piotrowi Waglewskim – Fisz i Emade, kolejny laureat z 95-ego w kategorii film to Marcel Łoziński, którego syn Mikołaj Łoziński otrzymał PASZPORT POLITYKI w 2011 roku, w 1999 r. w kategorii plastyka laureatem był Leon Tarasewicz, a w 2015 tę prestiżową nagrodę w kategorii sztuki wizualne dostał jego uczeń Tymek Borowski. PASZPORTY POLITYKI są dzisiaj jedną z najważniejszych nagród w świecie kultury i cieszy się ogromnym prestiżem w środowiskach twórczych. Nikt z dziennikarzy POLITYKI nie spodziewał się 25 lat temu, że „luźno rzucony pomysł w korytarzu redakcyjnym” przemieni się w tak ważne i znaczące wydarzenie dla polskiej kultury. Pierwsze PASZPORTY POLITYKI wręczano w skromnej sali konferencyjnej, w kameralnym gronie dziennikarzy tygodnika i laureatów. Co zostało udokumentowane na czarno-białych jeszcze fotografiach. 25. edycja wręczenia PASZPORTÓW POLITYKI odbyła się na scenie Teatru Wielkiego Opery Narodowej.
PASZPORTY 2018
W 2018 roku na 25. Gali wręczenia PASZPORTÓW POLITYKI nagrody zostaną przyznane w następujących kategoriach: FILM, TEATR, SZTUKI WIZUALNE, LITERATURA, MUZYKA POWAŻNA, MUZYKA POPULARNA, KULTURA CYFROWA. Laureat w poszczególnych kategoriach będzie wybrany spośród trzech nominacji.
FILM - JAGODA SZELC
W kategorii FILM nagrodę odebrała Jagoda Szelc - za niezależność, świeżość spojrzenia, artystyczną konsekwencję i wyjątkowo oryginalny sposób ukazania świata na krawędzi w filmie „Wieża. Jasny dzień”.

Jagoda Szelc, foto © POLITYKA / Leszek Zych
Reżyserka i scenarzystka (ur. 1984 r.). Ukończyła grafikę na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu i Wydział Reżyserii Filmowej i Telewizyjnej PWSFTviT w Łodzi. Jest autorką 10 krótkometrażowych etiud fabularnych i dokumentalnych, m.in. o imigrantkach, żałobie po stracie bliskiej osoby czy dorastaniu, w których dała się poznać jako dojrzała artystka. Lubi eksperymentować, ma też świadomość tego, co dzieje się we współczesnym kinie światowym. Widać, że uczy się od najlepszych: Lanthimosa, Polańskiego, von Triera. Kręcona w Bystrzycy Kłodzkiej na Dolnym Śląsku „Wieża. Jasny dzień”, jej pełnometrażowy debiut fabularny, wyrasta z kina gatunkowego. Szelc ma już pomysł na kolejny autorski film, także z pogranicza gatunków, o intrygującym tytule „Delikatny balans terroru”. Scenariusz do niego otrzymał II Nagrodę Mazowieckiego Konkursu Scenariuszowego „Script Wars”.

LITERATURA - MARCIN WICHA
Laureatem w dziedzinie literatury został Marcin Wicha - za oszczędność języka i bogactwo książki, która mówi o rzeczach najważniejszych: o żałobie, rodzinie, o Polsce, i przede wszystkim o słowach i milczeniu.

Marcin Wicha, foto © POLITYKA / Leszek Zych
Urodził się w 1972 r. w Warszawie, jest grafikiem, współwłaścicielem firmy projektowej Frycz i Wicha. Projektuje okładki książek i czasopism (np. „Literatury na Świecie”), plakaty, znaki graficzne. Przez kilka lat publikował cotygodniowe komentarze rysunkowe w „Tygodniku Powszechnym”. Pisuje artykuły i współpracuje z czasopismami, a dzieci i rodzice mogą go znać jako autora słynnej Klary z książek „Klara. Proszę tego nie czytać” i „Klara. Słowo na Szy”. W tej ostatniej książce pada fundamentalna kwestia: „Czwarta klasa. Żarty się skończyły”. Dla dzieci napisał jeszcze książkę „Łysol i strusia” i kontynuację przygód Bolka i Lolka. Pierwsza jego książka dla dorosłych to „Jak przestałem kochać design” (2015 r.) , w której połączył opowieść autobiograficzną o dorastaniu w domu architekta, w którym toczy się wojna z PRL-owską brzydotą, z opowieścią o estetycznym przemianach w Polsce ostatnich 40 lat. Za napisaną w 2017 książka „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” (Wydawnictwo Karakter) otrzymał nominację do PASZPORTÓW POLITYKI.

TEATR - MICHAŁ BORCZUCH
Michał Borczuch otrzymał nagrodę w dziedzinie TEATRU - za teatr oryginalny i poruszający. Pełen empatii, a jednocześnie uważnie i nie bez ironii analizujący tworzenie się i działanie naszego ego, mechanizmy pracy pamięci oraz rolę sztuki w życiu.

Michał Borczuch, foto © POLITYKA / Leszek Zych
Urodził się w 1979 r. w Krakowie, reżyser, absolwent Wydziału Grafiki ASP w Krakowie i Wydziału Reżyserii krakowskiej PWST. Wyróżniany jako nominowany do Paszportów Polityki w latach 2009, 2012, 2013 i 2017. W tworzonych spektaklach przygląda się swojemu pokoleniu, bierze pod lupę okres dzieciństwa, zgłębia temat niedojrzałości, bada moment kształtowania się tożsamości. O jednym z jego pierwszych przedstawień, „Wielkim człowieku do małych interesów” Fredry (Stary Teatr w Krakowie, 2005 r.), Łukasz Drewniak pisał, że to „jam” na temat prowincjonalnej nudy dorastania”. Jego teatr ewoluuje, ale wciąż, jak pisał Grzegorz Niziołek, „broni pozycji słabych bohaterów, niepokoi podskórną emocjonalnością przekazu. Efekt wieloznaczności, jaki uzyskuje w pracy z aktorami i obrazem scenicznym, nie ma sobie równych (...)”. Najnowsze realizacje Borczucha „Wszystko o mojej matce” (Łaźnia Nowa w Krakowie) był wielokrotnie nagradzany na festiwalach teatralnych. Inne cenione obrazy sceniczne Michała Borczucha to: „Zew Cthulhu” z Nowego Teatru w Warszawie oparty na motywach prozy Lovecrafta i aktorskich improwizacjach oraz „Moja walka” z TR Warszawa - adaptacja sześciotomowej powieści autobiograficznej Karla Ove Knausgårda.

SZTUKI WIZUALNE - NORMAN LETO
W dziedzinie SZTUK WIZUALNYCH - Norman Leto - za konsekwentne i oryginalne budowanie pomostów między sztuką a nauką. Także w ostatnim imponującym rozmachem intelektualnym i realizacyjnym dziele – filmie „Photon”.

Norman Leto,  foto © POLITYKA / Leszek Zych
Pod tym pseudonimem artystycznym ukrywa się (od 2006 r.) Łukasz Banach – 37-latek urodzony w Bochni. Jest samoukiem. W 1999 r. zrezygnował z formalnej edukacji i zajął się sztuką. W 2007 r. rozpoczął współpracę z reżyserem Krystianem Lupą przy spektaklu „Factory 2”, miał też pierwszą indywidualną wystawę w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie. W 2010 r. wydał powieść „Sailor” oraz nakręcił na jej podstawie pełnometrażowy film, doskonale przyjęty na festiwalu Nowe Horyzonty. W ubiegłym roku w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie zorganizowano przegląd jego dorobku malarskiego. Od 2012 r. pracował nad filmem „Photon”, który swą premierę kinową miał w tym roku. Obraz otrzymał Nagrodę Publiczności na MFF T-Mobile Nowe Horyzonty oraz Złotego Pazura na Festiwalu Filmowym w Gdyni. Od wielu lat Leto zaliczany jest do czołówki polskich artystów młodszego pokolenia. W styczniu 2018 r. ukaże się książka „Detoks” będąca zapisem niezwykłej i wielkiej przyjaźni młodego wówczas Normana Leto ze starszym od niego o dwa pokolenia Zdzisławem Beksińskim.

MUZYKA POWAŻNA - JOANNA FRESZEL
Laureatką MUZYKI POWAŻNEJ została Joanna Freszel - za wszechstronność, kreatywność, precyzję, sceniczny wdzięk i swobodę śpiewania w najrozmaitszych estetykach muzycznych.

Joanna Freszel,  foto © POLITYKA / Leszek Zych
Sopran. Urodzona w 1983 r. w Warszawie, absolwentka z wyróżnieniem, a obecnie doktorantka tutejszego Uniwersytetu Muzycznego. Ukończyła też studia ochrony środowiska na SGGW. Stypendystka Ministra Kultury (2010 i 2011 r.), programów Pro Polonia (2011 r.) i Młoda Polska (2014 r.). Otrzymała Les Orphées d'Or – Prix de la SACD od Académie du Disque Lyrique za najlepszą interpretację muzyki współczesnej na debiutanckiej płycie „Real Life Song” (DUX, 2016 r.), a także m.in. II nagrodę i nagrodę specjalną na I Ogólnopolskim Konkursie Wokalnym im. Mieczysława Karłowicza w Krakowie (2006 r.), I nagrodę i nagrodę dla najlepszego sopranu na I Ogólnopolskim Konkursie Wokalnym im. Haliny Słonickiej w Suwałkach (2008 r.), I nagrodę na II Letniej Akademii Śpiewu w Sopocie (2010 r.), I nagrodę i trzy nagrody specjalne na II Konkursie im. Jana i Edwarda Reszków (Częstochowa, Polska, 2011), nagrodę specjalną na konkursie Belvedere w Wiedniu (2011 r.) oraz I nagrodę (Giuseppe Sinopoli Award) wraz z nagrodą specjalną Opery we Frankfurcie na J:opera Voice Competition isa12 (2012 r.). Śpiewa na scenach największych teatrów operowych w kraju i Europie. Dokonała prawykonań m.in. utworów Uriego Caine’a, Aleksandra Kościówa, Krzysztofa Wołka, Adama Falkiewicza. Uczestniczyła w pierwszym polskim wykonaniu „Stabat Mater” Arvo Pärta.

MUZYKA POPULARNA - ZESPÓŁ HAŃBA!

W tej dziedzinie wyróżniony został zespół HAŃBA! - za muzyczno-literacko-polityczną rekonstrukcję, która daje efekt zaskakujący: twórczo odświeża formułę folku i punka, a przy tym celnie opisuje dzisiejsze polskie konflikty i zagrożenia.

Hańba! foto © POLITYKA / Leszek Zych
Pierwotnie: Zbuntowana Orkiestra Podwórkowa Hańba! Uformowała się w Krakowie w 2011 r. Formacja zadebiutowała w 2013 r. Gra w składzie: Michał Radmacher – akordeon, klarnet, Andrzej Zagajewski – banjo, śpiew, Mateusz Nowicki – bęben, grzebień, śpiew, Jakub Lewicki – tuba, śpiew (pseudonimy sceniczne, kolejno: Wiesław Król, Andrzej Zamenhof i Adam Sobolewski, Ignacy Woland). Muzyka Hańby to połączenie miejskiego folku z punkiem, stąd pewnie częste porównania z Irlandczykami z The Pogues. Inspiracją podstawową jest Polska przedwojenna z jej rewolucyjną i antysanacyjną poezją, kabaretami, kulturą robotniczą, folklorem politycznym i ludycznym. Muzycy z Hańby! korzystają z wierszy Tuwima, Brzechwy, Broniewskiego, piszą też sami, zaś na ostatniej płycie wśród klasyków z II RP znalazła się piosenka „Polak zbrojny” autorstwa laureata Paszportów „Polityki” Ziemowita Szczerka. W 2014 r. nagrodzeni na Festiwalu Nowa Tradycja. W 2015 r. wydali pierwszy album. Koncertują Europie i Stanach Zjednoczonych. W 2017 r. nagrali płytę „Będą bić!” (Antena Krzyku).

KULTURA CYFOWA - MATEUSZ LENART, ANDRZEJ MĄDRZAK, WOJCIECHh PIEJKO 
(Bloober Team)

W kategorii KULTURA CYFROWA nagrodę otrzymał zespół BLOOBER TEAM - za konsekwentne podążanie własną drogą i rzadką umiejętność godzenia twórczych ambicji z realiami trudnego dla wymagających produkcji rynku. Za imponującą, śmiałą artystyczną wizję i jej efektowną realizację w grze „Observer”.

Bloober Team, foto © POLITYKA / Leszek Zych
Mateusz Lenart, Andrzej Mądrzak, Wojciech Piejko (Bloober Team) Bloober Team, krakowskie studio założone w 2008 r. przez Piotra Babieno i Piotra Bielatowicza, to przykład sukcesu, który powinien dać do myślenia każdemu początkującemu twórcy gier w Polsce. Najważniejsze w przypadku tej firmy, która długo nie potrafiła znaleźć optymalnej dla siebie strategii rynkowej, okazało się zajęcie atrakcyjnej, niewyeksploatowanej niszy i odtąd już konsekwentne budowanie wizerunku studia, które, jak samo się dziś definiuje, tworzy psychologiczne horrory o mrocznej atmosferze, z akcentem na intrygującą narrację. Taka była pierwsza znacząca gra Bloober Team „Layers of Fear” (2016 r.), taki też jest „Observer” – najnowsze, wydane w tym roku dzieło krakowskich twórców, bardzo życzliwie przyjęte zarówno przez krytyków, jak i odbiorców. Atutem obu tych tytułów jest odwaga wizji artystycznej wspartej wysokim poziomem rzemiosła.

Oprac. na podst. informacji prasowych na stronie POLITYKI.

Wydarzenia w MNWr i Oddziałach /3–4 października 2026 oraz Weekend Seniora z Kulturą

Wykład „Jak dawniej dbano o zdrowie?”, warsztaty graficzne, hafciarskie i złotnicze, a także oprowadzania po wystawach – śladem miłości w ma...

Popularne posty