Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Uwikłani, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Uwikłani, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 listopada 2017

Lidia Duda: Robię filmy, kiedy chcę zrozumieć… /wywiad/

Podczas wrocławskiej premiery „Uwikłanych” rozmawiałam z dokumentalistką Lidią Dudą o jej filmach.

Lidia Duda, z archiwum reżyserki

Barbara Lekarczyk-Cisek: Bohaterowie Pani najnowszego filmu są beznadziejnie uwikłani w swoją przeszłość, niezdolni do jej zaakceptowania, do wybaczenia sobie. To jest sytuacja egzystencjalna, której wszyscy w mniejszym lub większym stopniu doświadczamy. Czy właśnie dlatego zafrapowała Panią ta historia?

Lidia Duda: Ciągle marzę, aby robić kino radosne i ciągle napotykam ludzi, którzy nie są ani pogodni, ani radośni, którzy przeżywają jakąś traumę. Czuję się wówczas w obowiązku pochylić nad ich historią i w konsekwencji powstaje film, który nie jest ani pogodny, ani radosny, często też nie daje nadziei. Nie można jednak przejść obojętnie obok człowieka, ponieważ ma smutną historię. Przeciwnie – właśnie dlatego trzeba się przy nim zatrzymać i wysłuchać go. Zazwyczaj robię filmy, kiedy czegoś nie rozumiem. W przypadku filmu Uwikłani zaintrygowało mnie, co też się takiego stało, że czternastoletni chłopiec próbuje zabić. Chciałam zrobić film o winie i o karze, o wybaczaniu, o pamięci zła i o tym, jak przypadek może dramatycznie wpłynąć na ludzkie losy. Jest to także film o granicy między dobrem a złem, ponieważ stawia pytania o to, czy dobre intencje i okoliczności człowieka usprawiedliwiają… Chłopiec miał dobre intencje: nie chciał, aby pedofil dalej krzywdził. Z kolei kiedy pedofil opowiada swoją historię, jemu także współczujemy. Obaj są uwikłani w historię z przeszłości, od której nie potrafią się uwolnić. Takie doświadczenie jest uniwersalne.

kadr z filmu Uwikłani, reż. Lidia Duda

Bohaterzy filmu Uwikłani zostali niezwykle dyskretnie sfotografowani. Czy był to Pani pomysł, czy też wkład znakomitego operatora i dokumentalisty – Wojciecha Staronia?

Świadomie nie pokazywałam twarzy, chroniąc w ten sposób moich bohaterów. Szukałam raczej obrazów, które by ich charakteryzowały. Pokój chłopca, który jest anonimowy, niezamieszkały, ponieważ jego właściciel spędził wiele lat w poprawczaku, kontrastuje z mieszkaniem pedofila – pełnym pamiątek i wspomnień z jego życia. Miałam więc własną koncepcję, jednak to Wojtek sprawił, że zdjęcia nie są „płaskie”. Wzbogacił film o szczególny klimat, potrafił w jakiś sposób „dotknąć” mojego bohatera… Wojtek jest nie tylko wielkim operatorem, ale przede wszystkim wspaniałym człowiekiem, który lubi ludzi i nie jest skłonny zbyt pochopnie ich oceniać. Jeżeli operator jest empatyczny i nie ma w nim agresji, to jego zdjęcia mają w sobie tę delikatność.

Marcel Łoziński zrobił kiedyś film dokumentalny pod znaczącym tytułem Żeby nie bolało. Jaki jest Pani stosunek swoich bohaterów? To jest zawsze tajemnica, którą trudno zracjonalizować, ale z pewnością nie jest łatwo dotrzeć do człowieka, żeby się aż tak otworzył i żeby go przy tej okazji nie zranić.

Ludzie chętnie za mną rozmawiają. Przyjmuję też pewne zasady. Po pierwsze, nie skrzywdzić, po drugie, gdy kończę film, pokazuję go najpierw mojemu bohaterowi. Jego zaufanie mnie zobowiązuje. Ze wszystkimi moimi bohaterami latami utrzymuję kontakty. Mój dom jest nimi wypełniony. Mam kontakt z Herkulesem, jego ojcem, byłam też na pogrzebie jego matki… Większość z moich bohaterów jest głęboko zraniona przez życie, nie mogę ich więc tak po prostu zostawić.
Istnieje pokusa, że można by zrobić lepszy, mocniejszy film, bo producenci nie lubią takiego kina. Uważa się powszechnie, że widz tego nie zrozumie, że oczekuje bardziej dosadnych środków…


Lidia Duda na planie filmu Herkules

Ależ Pani mnie ujęła właśnie swoją delikatnością i tą wewnętrzną niezależnością! Teraz wszyscy robią takie „mocne’, dosłowne kino, jakby nie wierzyli, że widz ma też jakąś wrażliwość i wyobraźnię.

Robię swoje malutkie kino, ale nie chcę innego.

Współczesny dokument odbiega od klasycznego, czystego gatunkowo kina. Coraz częściej mamy do czynienia z daleko idącą kreacją, jak choćby w filmie Michała Marczaka Koniec Rosji! Gdzie sytuują się Pani filmy – czy bliżej im do „cierpliwego oka”, jak zalecał klasyk dokumentu, Kazimierz Karabasz,  czy też zmierza Pani w stronę dokumentu kreacyjnego?

Moje filmy są klasyczną obserwacją. Znam swoich bohaterów i wiem, czego mogę się po nich spodziewać. Jeśli reżyseruję scenę, to w tym sensie, że prowokuję jakąś sytuację, o której wiem, że odda prawdę o życiu bohaterów. Tak było np. ze sceną wybicia szyby w Uwikłanych. Uprzedziłam bohatera, że jeden z członków mojej ekipy wybije szybę, nie zdradziłam tego jednak jego ciotce. W rezultacie, kiedy to się stało, oboje zareagowali bardzo naturalnie, jak zwykle, gdy się to działo wcześniej. A my zdążyliśmy tę scenę sfilmować. Ta stworzona przeze mnie sytuacja miała po prostu sprawdzić, czy moi bohaterowie nie kłamią opowiadając o wielokrotnym wybijaniu szyb w ich domu przez chłopca. Reakcja ciotki potwierdziła ich  wersję. W taki oto sposób „kreacyjna” scena pozwoliła mi pokazać  dokumentalna prawdę.

Pani filmy mają swój „charakter pisma”, jak filmy Macieja J. Drygasa czy Wojciecha Staronia. Jak to się stało, że absolwentka wrocławskiego kulturoznawstwa zaczęła robić filmy?

Rzeczywiście, skończyłam we Wrocławiu kulturoznawstwo i nie miałam z branżą filmową do czynienia. Przypadkiem trafiłam do telewizji, do działu reklamy i zafascynowało mnie to. Potem rozpoczęłam pracę w dziale informacji, gdzie zaczęłam się specjalizować w krótkich felietonikach o ludziach. Z czasem powstały reportaże i filmy dokumentalne. Jestem samoukiem. Wypracowałam sobie metodę pracy na planie, z bohaterami i z ekipą. Mam więc swój własny styl pracy, ale przede wszystkim uwielbiam to robić! To, że mogę zrobić coś dobrego, daje mi wiele satysfakcji. Gdy zrobiłam film o bezdomnych dzieciach [Bracia, 2007], w Sejmie odbyło się posiedzenie komisji ds. dzieci i młodzieży. Mam świadomość, że nie zbawię świata, ale jeśli pomogę choć jednemu człowiekowi, to warto było zrobić film.  

I nie ciągnie Pani do fabuły?

I tu się Pani myli! Bardzo lubię wyzwania, a ponieważ mam temat, którego nie mogłam zrealizować jako film dokumentalny, rozważam, czy by nie zrealizować go w formie dokumentu fabularyzowanego… Myślę jednak o kinie kameralnym, które pozwoliłoby zachować prawdę dokumentu.

Nad czym Pani pracuje obecnie?

Wszystko jest możliwe

Zrealizowałam właśnie film Wszystko jest możliwe. Bohaterka, osiemdziesięcioletnia kobieta, przeszła w swoim życiu bardzo wiele dramatycznych doświadczeń. Oboje z mężem w wieku pięćdziesięciu pięciu lat stracili pracę, wpadli w nędzę, stracili też najmłodsze dziecko. Przeprowadzili się na wieś, gdzie musieli zacząć życie od nowa. Kobieta popadła w depresję, leczyła się bezskutecznie, aż w pewnym momencie zbuntowała się: odbiła się mianowicie od dna, na którym się znalazła i nie mając pieniędzy ani nie znając języków obcych, ruszyła autostopem przez świat. Od tej pory zwiedziła ponad sześćdziesiąt krajów! Obecnie 2 – 3 miesiące w roku spędza jeżdżąc po świecie. Jest niezwykła! Jej historia daje wiarę, że można się odbić od dna, zmienić swoje życie i cieszyć się nim nawet w późnej starości. Zresztą, moja bohaterka mówi, że choć ma osiemdziesiąt lat, jej serce jest sercem młodej kobiety. Bo ciało się starzeje, ale nie dusza. Rzeczywiście, potrafi być bardzo kobieca. To mój najbardziej optymistyczny film!

Oczekujemy go z niecierpliwością. Dziękuję za rozmowę.


Lidia Duda,  fot. Maciej Biedrzycki/ Forum
– 
Lidia Duda (ur. 30 czerwca 1958 w Tychach) – autorka reportaży i filmów dokumentalnych. jedna z najczęściej nagradzanych polskich dokumentalistek współczesnych. W swoich filmach wchodzi z kamerą do miejsc, o których najchętniej byłoby milczeć: odwiedza śląskie familoki zamieszkiwane przez rodzinę alkoholików, towarzyszy chłopcu, który mimo kalectwa zdobywa pieniądze dla swoich uzależnionych rodziców, opowiada o bliźniakach -narkomanach dorastających w świecie biedy i przemocy, towarzyszy cygańskiej rodzinie. W swoim najnowszym filmie Uwikłani opowiada historię pedofila i jego ofiary w taki sposób, jakby to była opowieść z ducha Dostojewskiego. Obydwaj bohaterowie są tak mocno uwikłani w swoją traumatyczną przeszłość, że nie umieją się od niej w żaden sposób uwolnić. W pewnym momencie kat staje się ofiarą, a ofiara katem. 
Dokumenty Lidii Dudy, od lat współpracującej z Telewizją Polską, obejrzały miliony polskich widzów, a podczas zagranicznych festiwali reżyserka zdobyła wiele indywidualnych nagród. Jest m.in. laureatką Grand Prix festiwalu w Kantonie, Nagrody Specjalnej Jury na Banff World Television Festiwal w Kanadzie, dziennikarskiego Grand Press oraz nagrody na festiwalu filmowym w Moskwie. Za film Uwikłani zdobyła Złotego Lajkonika na 53 Krakowskim festiwalu Filmowym, nagrodę dla najlepszego reżysera na festiwalu Praw Człowieka „One World” w Pradze  oraz srebrny medal za dokument społeczny na 52 Nowojorskim Festiwalu Filmowym. Film będzie pokazywany także na Hot Docs w Toronto.

Wybrana filmografia:

Pisklaki – 2022 (reżyseria, scenariusz, montaż, współpraca produkcyjna)
Wszystko jest możliwe – 2013 (reżyseria, scenariusz, dokumentacja)
Uwikłani - 2012 (reżyseria, scenariusz)
Życie w cieniu radia -2009 (reżyseria, scenariusz)
Co widzisz jak zamkniesz oczy – 2006 (reżyseria, scenariusz, dokumentacja)
Herkules wyrusza w świat – 2005 (reżyseria, scenariusz)
Młode rekiny – 2004-2005 (telenowela dokumentalna - reżyseria, scenariusz, dokumentacja, komentarz)
Herkules – 2004 (reżyseria)
Witaj bracie w cygańskim taborze – 2003 (reżyseria, scenariusz)
Tylko tato – 2003 (telenowela dokumentalna - reżyseria)
Akwarium – 2003 (reżyseria, scenariusz)
U nas w Pietraszach – 2002 (reżyseria)
Nie zgadzam się na świat, w którym żyją moi bohaterowie – 2002 (reżyseria, scenariusz)
Tu wódka jest Bogiem, a wiara nałogiem – 2001 (reżyseria)
Ciemna strona miasta – 2001 (realizacja)

„Uwikłani” Lidii Dudy na AFD MovieWro

14 marca 2013 roku Akademia Filmu Dokumentalnego MovieWro zainaugurowała nowy sezon swojej działalności filmem Lidii Dudy „Uwikłani”. Dokument ten został nagrodzony m.in. Grand Prix „Złoty Lajkonik”, Nagrodą "Cierpliwe oko" im. Kazimierza Karabasza, a także za reżyserię na International Human Rights Documentary Film Festival "One World" w Pradze  Po seansie widzowie mogli porozmawiać z reżyserką.

plakat filmu Uwikłani

Wrażliwa na problemy społeczne autorka takich filmów dokumentalnych, jak „Herkules” czy „U nas w Pietraszach”, przedstawiła tym razem historię pedofila i jego ofiary. Nie jest to jednak dokument li tylko socjologiczny. Sposób opowiedzenia tej historii jest jakby z ducha Dostojewskiego – obydwaj bohaterowie są tak mocno uwikłani w swoją traumatyczną przeszłość, że nie umieją się od niej w żaden sposób uwolnić. W pewnym momencie kat staje się ofiarą, a ofiara katem.

Lidia Duda udziela głosu obu mężczyznom. Okazuje się, że w jakimś sensie są one podobne: obaj zostali skrzywdzeni w dzieciństwie i pozostawieni samym sobie. Jedynie młodszy z bohaterów dramatu ujawnia na koniec swoją twarz i daje widzom jakąś nadzieję na to, że przemiana jest możliwa – przez miłość.
Kiedy słuchamy ich opowieści i obserwujemy zachowania, a także ich otoczenie - przestajemy jednoznacznie oceniać, nie potępiamy. Pozostajemy wobec tak opowiedzianej historii równie bezradni, za to bardziej współczujący.

Niezdolni do wybaczenia i do zaakceptowania swojej przeszłości bohaterowie stają się znakiem sytuacji egzystencjalnej, w której wszyscy w mniejszym lub większym stopniu doświadczamy w życiu.
Bohaterzy filmu „Uwikłani” zostali niezwykle dyskretnie sfotografowani przez innego wybitnego polskiego dokumentalistę - Wojciecha Staronia, nagrodzonego zresztą za zdjęcia przez Stowarzyszenie Twórców Obrazu Filmu Fabularnego na Krakowskim FF. 

Wywiad z reżyserką o tym filmie (i nie tylko) - pod tym linkiem.



czwartek, 20 listopada 2025

Wystartowała akcja PISF x MDAG: "Kino dokumentalne - nasza miłość"!

Uroczystym otwarciem w warszawskim Kinie Iluzjon rozpoczęła się akcja Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej i festiwalu Millennium Docs Against Gravity „Kino dokumentalne - nasza miłość!”. Już w tym momencie w planie jest ponad 100 pokazów w kinach w całym kraju, które potrwają do końca stycznia 2026 roku.


Na duży ekran powraca 20 najlepszych filmów współfinansowanych przez PISF w ciągu ostatnich dwóch dekad. Projekcje ruszają 21 listopada i do końca miesiąca publiczność w Warszawie, Krakowie, Bytomiu, Gdyni, Rzeszowie, Łodzi, Toruniu, Opolu, Jarocinie i Wrocławiu będzie miała okazję wziąć udział w akcji. Odbędą się także pierwsze spotkania z reżyserami i reżyserkami. 

Podczas uroczystego otwarcia zaprezentowane zostało „Pianoforte” Jakuba Piątka, a po seansie odbył się koncert jednego z bohaterów filmu - Marcina Wieczorka. „Pianoforte”, czyli intymne, pełne napięcia spojrzenie na młodych pianistów oraz pianistki, którzy biorą udział w słynnym Konkursie Chopinowskim, wkrótce na dużym ekranie zobaczą widzowie  w Bytomiu, Rzeszowie, Toruniu, Jarocinie i Opolu.

W Kinotece oraz Kinie Paradox w Krakowie odbędą się z kolei pokazy nominowanego do Oscara® „Królika po berlińsku” Bartosza Konopki. To przewrotna opowieść o dzikich królikach, które przez dekady żyły w pasie ziemi niczyjej pomiędzy Murem Berlińskim. Metaforyczna historia o zwierzętach pokazuje tak naprawdę losy podzielonej Europy, obnażając absurdy życia w komunistycznym kraju.

Film balkonowy” Pawła Łozińskiego, czyli pełen czułości portret współczesnych Polaków uchwycony z balkonu reżysera na Saskiej Kępie, pojawi się we Wrocławiu oraz Łodzi. Spontaniczne rozmowy z przechodniami układają się u Łozińskiego w niezwykłą opowieść o bliskości, samotności, poszukiwaniu szczęścia oraz sensu życia, ale też ogromnej potrzebie bycia wysłuchanym. W ramach akcji w najbliższych dniach w Gdyni zostanie zaprezentowany film „Uwikłani” Lidii Dudy. To wstrząsająca opowieść o konsekwencjach traumy. Pedofil i chłopak, który doznał przemocy, po latach zamieniają się rolami.

O ambicji, kontroli i cenie dążenia do perfekcji opowiada Marta Prus w filmie „Over the Limit”, które zobaczy publiczność w Opolu. To historia młodej gimnastyczki, morderczego treningu i oczekiwań ludzi wokół. Ze stereotypami i zdominowanym przez mężczyzn światem sportu musiała walczyć także bohaterka filmu Elizy Kubarskiej.Wanda Rutkiewicz. Ostatnia wyprawa” próbuje odpowiedzieć na pytanie, co pchnęło wybitną polską himalaistkę do jej ostatniej, tajemniczej wyprawy, z której nigdy nie wróciła? Film zostanie zaprezentowany we Wrocławiu.

W ostatnich dniach listopada publiczność w Bytomiu będzie miała okazję zobaczyć dwa wybitne filmy eksperymentujące z formą. Pierwszym z nich jest „Symfonia Fabryki UrsusJaśminy Wójcik, czyli poetycki hołd dla pracowników słynnej fabryki traktorów, którzy próbują odnaleźć się po jej upadku. Film łączy formę dokumentalną z elementami performansu. Z kolei „Pociągi” Macieja Drygasa, czyli wielki zwycięzca zeszłorocznej edycji festiwalu IDFA w Amsterdamie, to wciągający esej filmowy o zachłyśnięciu się technologią przez Europejczyków na początku XX wieku, co miało swoje tragiczne (i wciąż aktualne) konsekwencje.

Dokładna lista listopadowych seansów w ramach akcji „PISF x MDAG: kino dokumentalne - nasza miłość!”:


21.11.2025

Królik po berlińsku – Kino Paradox, Kraków

22.11.2025

Pianoforte – BC Kino, Bytom

23.11.2025

Królik po berlińsku – Kinoteka, Warszawa + spotkanie

24.11.2025

Uwikłani – GCF, Gdynia + spotkanie

27.11.2025

• Pianoforte – Kino za Rogiem Cafe, Rzeszów

• Film balkonowy – Kino Charlie, Łódź

• Pianoforte – Kino 1410, Toruń

28.11.2025

• Over the Limit –Kino  Meduza, Opole + spotkanie

29.11.2025

Symfonia Fabryki Ursus – BC Kino, Bytom

• Pianoforte – Kino Echo, Jarocin

• Pianoforte – Kino Meduza, Opole

Wanda Rutkiewicz. Ostatnia wyprawa – Kino Nowe Horyzonty, Wrocław + spotkanie

30.11.2025

Pociągi – BC Kino, Bytom

Film balkonowy – Kino Nowe Horyzonty, Wrocław

PEŁNA LISTA FILMÓW ORAZ KIN

INFORMACJA PRASOWA

wtorek, 1 września 2020

"Los Mimos" otworzy nowy sezon we Wrocławskim Teatrze Pantomimy

W najbliższy piątek i sobotę (4. i 5. września) w Ogrodzie - scenie letniej Wrocławskiego Teatru Pantomimy odbędzie się premiera przedstawienia „Los Mimos” w reżyserii Leszka Bzdyla.

Monika Rostecka i Zbigniew Koźmiński w scenie z próby spektaklu Los Mimos, reż. Leszek Bzdyl,
fot. Natalia Kabanow

Nowy sezon teatralny we Wrocławskim Teatrze Pantomimy otworzy przedstawienie „Los Mimos”, które jest zbiorową kreacją zespołu aktorskiego pod opieką artystyczną Leszka Bzdyla, dyrektora artystycznego wrocławskiej Pantomimy. Twórcy „Los Mimos” przygotowali widowisko na wskroś współczesne, nawiązujące do tradycji barokowego teatru popularnego, z którego wywodzi się europejska pantomima. Przywołując klasyczne rozwiązania mimicznej improwizacji z ducha dell’arte i arlekinady, mimowie pragną bawić, zaskakiwać, wywracać do góry nogami realistyczne pojmowanie rzeczywistości.

Agnieszka Charkot i Artur Borkowski w scenie z próby spektaklu Los Mimos, reż. Leszek Bzdylfot. Natalia Kabanow

Roślinność ogrodu wrocławskiej pantomimy i fasada budynku - siedziby WTP tworzą w „Los Mimos” naturalną scenografią. Ogród staje się dla mieszkańców przestrzenią spełnienia, udręki, dojrzewania i odchodzenia. Z domu, otwartego w końcu po zakończeniu epidemii, wychodzą jego mieszkańcy. Rodzina Barona i Baronowej, ich goście oraz służba uwikłani są w szereg intryg i nie do końca oczywistych relacji.

Proces powstawania „Los Mimos” można było obserwować w mediach społecznościowych teatru. Cotygodniowe relacje z prób dostępne są również na stronie teatru www.pantomima.wroc.pl.

Agnieszka Kulińska i Jan Kochanowski w scenie z próby spektaklu Los Mimos, reż. Leszek Bzdylfot. Natalia Kabanow

Premiera – 4. i 5. września 2020 r. w Ogrodzie - scenie letniej przy siedzibie Wrocławskiego Teatru Pantomimy na alei Dębowej 16. Bilety online (30 zł/ normalny, 20 zł/ulgowy) dostępne na stronie teatru w zakładce „repertuar”.


Premierę przedstawienia „Los Mimos” dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu „Kultura - Interwencje 2020”.

informacja prasowa

wtorek, 15 września 2026

„Cudze rzeczy” prosto z Wenecji na Spektrum: znamy skład Konkursu 1,2

Znamy filmy zakwalifikowane do Konkursu 1,2 tegorocznego Festiwalu Filmowego Spektrum. W selekcji znalazło się sześć tytułów, a pośród nich „Cudze rzeczy” w reżyserii Grzegorza Dębowskiego, które 20 października otworzą dwunastą edycję festiwalu. Film miał światową premierę niecały tydzień temu w Wenecji, gdzie został uhonorowany nagrodą Bisato d’Oro za najlepszy scenariusz.

"Cudze rzeczy" w reż. Grzegorza Dębowskiego

Konkurs 1,2 to międzynarodowy konkurs pierwszych i drugich pełnometrażowych filmów fabularnych. Tym samym jest to sekcja dedykowana twórczyniom i twórcom, którzy na początku swojej filmowej drogi szukają własnego języka, podejmując ryzyko formalne, tematyczne i narracyjne. O tym, kto wyjedzie ze Świdnicy z nagrodą, zdecyduje festiwalowa publiczność. 

Jakie filmy znalazły się w selekcji?


Festiwal otworzą wspomniane już „Cudze rzeczy” Grzegorza Dębowskiego, które po światowej premierze w Wenecji i nagrodzie Bisato d’Oro za najlepszy scenariusz znalazły się w Konkursie 1,2. Film opowiada o Kasi, która "zarabia na życie" okradając mieszkania. Kiedy trafia do domu zmarłego mężczyzny, zaczyna podszywać się pod jego partnerkę. To, co początkowo jest sposobem na przetrwanie, przeradza się w podróż przez cudze wspomnienia i relacje. Film jest opowieścią o samotności, potrzebie bliskości i kłamstwie, które może czasem zrobić coś dobrego.

W selekcji konkursowej znalazło się również jedno z objawień tegorocznego Cannes, czyli „Gradiva” Marine Atlan, która zachwyciła krytyków nie tylko znakomitą obsadą i pięknymi zdjęciami, ale też niezwykle trafnym portretem młodych bohaterów. Grupa nastolatków wraz z nauczycielką łaciny wyjeżdża pociągiem do Pompejów. W oczekiwaniu na decyzje dotyczące swojej przyszłości młodzi bohaterowie zostają uwikłani w rywalizację, tłumione emocje i pierwsze doświadczenia miłosne. „Gradiva” przypomina, że intensywność przeżyć z czasów dorastania nie znika wraz z dorosłością, nawet jeśli z czasem próbuje się patrzeć na nie z dystansem.

"Grandiva" w reż. Marine Atlan

Kolejny konkursowy film prezentowany i nagrodzony w Cannes (Queer Palm) to „Flesh & Fuel” w reżyserii Pierre’a Le Galla. To niezwykle ciepła i przywracająca wiarę w miłość historia rozgrywająca się w świecie kierowców ciężarówek przemierzających europejskie autostrady. Francuz Étienne i Polak Bartosz spotykają się podczas jednej z tras. Ich miłosna relacja rozwija się pomiędzy kolejnymi przejazdami, pracą i tymczasowymi miejscami, w których zatrzymują się kierowcy.

Z Cannes Konkurs 1,2 przenosi się na Sundance, podczas którego nagrodę za najlepszy film fabularny otrzymał „Hold onto Me” wyreżyserowany przez Myrsini Aristidou. Jedenastoletnia bohaterka filmu, Iris, dowiaduje się, że jej dawno niewidziany ojciec wrócił do miasta. Dziewczynka postanawia go odnaleźć i trafia do podupadłej stoczni, gdzie mężczyzna pracuje. Jej uparta próba zbliżenia się do ojca przeradza się w kruchą i nieoczywistą więź. To kameralna historia o potrzebie bliskości i próbie odbudowania relacji, która przez lata właściwie nie istniała.

"Czas, który nie nadszedł" w reż. Julii Rogowskiej
W konkursie znalazły się również debiut w reżyserii Julii Rogowskiej. „Czas, który nie nadszedł” przenosi widzów do wyobrażonej przyszłości, w której starość stała się największym tabu. Sara wybiera naturalny bieg życia, podczas gdy jej partner Oskar decyduje się na kurację antygeriatryczną zapewniającą młodość. Kiedy po latach spotykają się ponownie, muszą zmierzyć się z pytaniami o miłość, przemijanie i wolność. To przewrotna opowieść o konsekwencjach próby zatrzymania czasu.

Selekcję zamyka film „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” Emi Buchwald. To jeden z hitów ostatniego sezonu polskiego kina. Czworo rodzeństwa próbuje budować własne drogi życiowe, nie tracąc łączącej ich więzi. Najmłodszy Benek zmaga się z odrzuceniem przez starszego brata Franka, który był dotąd jego najlepszym przyjacielem. Na dodatek nawiedza go tajemniczy Dusiołek, który nie pozwala mu zasnąć. Buchwald łączy historię rodzinnych relacji z komedią i elementami metafizyki, tworząc opowieść o dorastaniu, bliskości i próbie pozostania razem mimo różnic.

Kolejne informacje dotyczące programu 12. Festiwalu Filmowego Spektrum już niebawem! Sprzedaż karnetów i biletów rozpocznie się 23 września, a festiwal odbędzie się w Świdnicy między 20 a 25 października.

informacja prasowa

piątek, 26 września 2025

Sambor Dudziński:”Król Dawid live!”. Opowieść o Każdym /recenzja teatralna/

 Sambor Dudziński brawurowo i niekonwencjonalnie przedstawia historię króla Dawida – jako opowieść o współczesnym człowieku. Każdym z nas. Monodram artysty na temat życia i wiary, które są od siebie nieodłączne, jest zaiste brawurowo zagrana i zaśpiewana.

Sambor Dudziński w spektaklu "Król Dawid live", fot. Marek Grotowski

"Król Dawid live!” w reżyserii i według scenariusza Jacka Bały miał swoją premierę podczas tegorocznego Przeglądu Piosenki Aktorskiej i został entuzjastycznie przyjęty przez festiwalową publiczność. W rezultacie wszedł na stałe do repertuaru Teatru Muzycznego Capitol i nadal święci triumfy, o czym mogłam się przekonać oglądając to przedstawienie na początek sezonu.

Król jak każdy z nas...

I nic w tym dziwnego, bo też jest to spektakl pod wieloma względami niezwykły. Jacek Bała, młody reżyser, którego mogliśmy docenić przy okazji spektaklu ”Fragment nieistniejącego świata”  we Wrocławskim Teatrze Współczesnym, inspiracji szukał tym razem w … Starym Testamencie, a konkretnie - w postaci Króla Dawida, autora wielu pięknych psalmów. Opowieść o królu Dawidzie nie ogranicza się jednak do przedstawienia fragmentów Księgi Królewskiej i Psalmów (te ostatnie w pięknych staropolskim języku Jana Kochanowskiego), a także Ewangelii.

Postać Dawida, najmłodszego syna Jessego, który pokonał Goliata oraz pięknie grał i śpiewał, stała się w tym przedstawieniu punktem wyjścia do twórczej refleksji na temat tego, w co wierzymy i jak wygląda nasze życie, z jego uwikłaniami i schematami, nad tym, czym jest zniewolenie.

Dawid był nie tylko królem, ale i artystą, twórcą kilkudziesięciu psalmów, w których wyrażał swoją radość, a także niepokoje i troski, które towarzyszą każdemu człowiekowi. Toteż główna postać, grana przez Sambora Dudzińskiego, staje się nim, Dawidem, będąc równocześnie Każdym. Każdym z nas. Everymanem. 

Sambor Dudziński w spektaklu "Król Dawid live", fot. Marek Grotowski


Opowieść na instrumenty i ludzki głos


Oddziaływanie tej sztuki jest tak silne przez to właśnie, że odnosi się do każdego człowieka – do naszych ludzkich zniewoleń, zdrad, lenistwa, pustki, naszych klęsk i zwycięstw.

Sambor Dudziński - poprzez swoją fenomenalną obecność na scenie, a także wiarygodność tego, o czym mówi – panuje niepodzielnie nad widzami od początku do końca. Za pomocą różnych instrumentów: dętych, klawiszowych, perkusyjnych, a także modulując głos, śpiewając,  wreszcie opowiadając – uzmysławia  widzom, że historia Dawida, twórczo opowiedziana, może stać się źródłem refleksji na temat własnego życia, a w konsekwencji – impulsem  do tego, aby to życie przemieniać. Warunkiem jest uwolnienie się od schematów umysłowych i życiowych, bo to pozwala stać się wolnym człowiekiem, który nie ulega pokusom, ale ma jasno określone wartości i priorytety. Tą wartością jest przede wszystkim on sam.

Dawid był prawy, otwarty i spontaniczny. Kiedy został królem i zdobył "wszystko” i stało się to, paradoksalnie,  źródłem jego klęski. Podobnie jest z nami – zdaje się mówić w swoim spektaklu Dudziński. Uwikłani w zawodowe i rodzinne schematy, pędzimy w "wyścigu szczurów” i żyjemy pod dyktando pracodawców i banków, które decydują o tym, jak mamy żyć. Uwolnienie się od tego sprawia, że życie nabiera blasku i sensu.

Wypowiedź ta – wypowiedź artysty na temat życia i wiary, które są od siebie nieodłączne, jest zaiste brawurowo zagrana i zaśpiewana. Ludzki głos, szept, śmiech, dźwięki różnych instrumentów, wydobywane na różne sposoby przy okazji opowiadania/śpiewania scenicznej historii króla Dawida, a także współgrający z nimi ruch sceniczny i światło – stanowią pełną wdzięku sceniczną całość, która zagarnia widzów bez reszty. Tytułowe zawołanie "Król Dawid live!" staje się rzeczywistością.

Premiera: 25 marca 2014 w ramach 35. Przeglądu Piosenki Aktorskiej.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.pl

środa, 28 listopada 2018

Grupa Krakowska - wystawa w Pawilonie Czterech Kopuł we Wrocławiu

Od 2 grudnia 2018 do 31 marca 2019 roku Pawilon Czterech Kopuł zaprasza na wystawę prezentującą artystów Grupy Krakowskiej. 

Maria Jarema, Kompozycja z klatką, ok. 1930

Grupa Krakowska to jedno z najciekawszych polskich ugrupowań artystycznych XX w. Formalnie zawiązała się w 1933 r., a jej członkami byli studenci krakowskiej ASP. Połączyły ich wspólne przekonania, krytyka akademickich metod nauczania, zainteresowanie europejską i polską sztuką awangardową, a także zaangażowanie polityczne. Trzon grupy tworzyli: Aleksander Sasza Blonder, Berta Grünberg, Franciszek Jaźwiecki, Maria Jarema, Leopold Lewicki, Adam Marczyński, Stanisław Osostowicz, Bolesław Stawiński, Jonasz Stern, Eugeniusz Waniek, Henryk Wiciński i Aleksander Radziewicz-Winnicki.

Stanisław Osostowicz, Scena uliczna z Krzemieńca, ok. 1936

Na wystawie można zobaczyć prawie 300 prac: rysunki, grafiki, a także obrazy i rzeźby – tradycyjne gatunki malarstwa, jak pejzaż i martwa natura, oraz prace o charakterze abstrakcyjnym. Pojawia się też tematyka społeczna oraz projekty scenografii i kostiumów teatralnych. Prace te ilustrują wielotorową twórczość Grupy Krakowskiej. Ujawnia ona nie tylko piętno sztuki mistrzów akademickich i wpływ malarstwa artystów z kręgu Komitetu Paryskiego, ale przede wszystkim recepcję sztuki awangardowej.

Sasza Blonder, Podwórko w Czortkowie, 1932

Członkowie grupy uwikłani w politykę utożsamiali swą twórczość z pojęciem „sztuki rewolucyjnej” i utopijną ideą przekształcania życia poprzez sztukę. Istotnym aspektem w ich twórczości były motywy lokalnej kultury. Wychowani na Kresach poznali klimat rodzimych miasteczek i życia ich mieszkańców. Inspirowane nimi prace ilustrują byłą wielokulturową tradycję tych ziem. Istotną rolę w działalności grupy odegrały zażyłe kontakty członków grupy z Leonem Chwistkiem, który zaszczepił im zainteresowanie odkrywaną w tym czasie sztuką naiwną i prymitywną. Artyści współpracowali też z Władysławem Strzemińskim, grupą
a.r. (artyści rewolucyjni) z Łodzi i lwowskim stowarzyszeniem artes. Odrębnym rozdziałem ich aktywności artystycznej była współpraca z krakowskim Teatrem Artystów Cricot, dla którego projektowali oprawę plastyczną realizowanych w nim sztuk teatralnych.

Stanisław Osostowicz, Moi widzowie, 1931–1932


Jak podkreśla Piotr Oszczanowski, Dyrektor Muzeum Narodowego we Wrocławiu:
„Cieszy mnie, że po raz pierwszy prezentujemy tak atrakcyjny epizod polskiej awangardy
okresu dwudziestolecia międzywojennego”.

informacja prasowa

Relację z wystawy można znaleźć pod tym linkiem.

piątek, 1 września 2017

Anna Jadowska: Czerpię ze spotkań z niezwykłymi ludźmi /wywiad/

Film jest takim medium, które potrafi rezonować z rzeczywistością w najszybszy sposób, odpowiada też percepcji współczesnego człowieka – opowiadała mi w wywiadzie o swojej pasji filmowania i reżyserowania Anna Jadowska. W nim najpełniej można wyrazić emocje, zapisać wrażenia. I na wszystkich tych etapach doświadczam głębokich spotkań z niezwykłymi ludźmi, z których wiele czerpię.

Anna Jadowska w obiektywie Rafała Placka

Barbara Lekarczyk-Cisek: Jest Pani autorką kilku dokumentów, filmów fabularnych, reżyserowała również seriale. Skąd wzięło się u polonistki zainteresowanie filmem? Dlaczego tę właśnie formę wypowiedzi uznała Pani za odpowiednią dla siebie?

Anna Jadowska: Był czas, kiedy poszukiwałam swojej drogi. Po polonistyce pracowałam w Polskim Radiu, potem zdawałam do szkoły filmowej, nie mając do końca świadomości, dlaczego. Pisałam natomiast opowiadania i bardzo to lubiłam, sądziłam więc, że literatura będzie tym, czym będę się w przyszłości zajmować. Kiedy jednak poczułam, że zaczynam się stabilizować, zaczęłam czegoś poszukiwać, aby od tego uciec. Do PWSFTviT w Łodzi dostałam się za pierwszym razem i mam wrażenie, że czegoś się tam nauczyłam. Sądzę, że film jest takim medium, które potrafi rezonować z rzeczywistością w najszybszy sposób, odpowiada też percepcji współczesnego człowieka. W nim najpełniej można wyrazić emocje, zapisać wrażenia. Lubię także wieloetapowy proces pracy nad filmem – to, że najpierw powstaje scenariusz, potem się go realizuje, wreszcie montuje. I na wszystkich tych etapach doświadczam głębokich spotkań z niezwykłymi ludźmi, z których wiele czerpię.

Z pewnością takie spotkania zaczęły się już na studiach. Kogo wspomina Pani w sposób szczególny?

A.J.: Ze szkoły filmowej najwięcej zawdzięczam Wojciechowi Marczewskiemu, u którego robiłam film dyplomowy. Natomiast w przypadku mojego ostatniego filmu: „Dzikich róż” wiele zawdzięczam Agnieszce Holland – konsultowałam z nią scenariusz, oglądała także film na różnych etapach jego powstawania. To ogromnie ważne, aby film mogli zobaczyć ludzie o takim doświadczeniu, jak ona i skierować go na odpowiednie tory.

Pani już na studiach zrobiła pierwszy niezależny film wraz z Ewą Stankiewicz. „Dotknij mnie” podejmował bardzo trudne tematy. Czy ten temat pojawił się dzięki temu, co zobaczyłyście w Łodzi – mieście biednym, pełnym bezrobotnych ludzi?

Anna Jadowska (L) na planie filmu `Z miłości` z aktorką Anną Ilczuk  fot. R. Pałka

A.J.: Tak właśnie było! Kiedy trafia się do Łodzi, szkoła filmowa jest rodzajem wyspy, na której się przebywa. Natomiast kiedy zaczyna się rozumieć to miasto, widzieć je i być naprawdę pośród tych ludzi, to jest to doświadczenie dojmujące i nie można pozostać obojętnym. „Dotknij mnie” wziął się z takiej obserwacji. Teraz, kiedy mieszkam w Warszawie, mam wrażenie, że życie w Łodzi bardziej wychodzi na ulicę. Trochę jak na wsi – bramy wypełnione ludźmi, którzy się spotykają, długo ze sobą rozmawiają, czasami awantury przenoszą się na zewnątrz... Robiąc „Dotknij mnie” wiele wzięłyśmy z tej ulicy. Bohaterka tego filmu,  grana przez Ewę Szykulską, jest odbiciem łódzkich kobiet, które po przekroczeniu pewnego wieku coś tracą – nie ma w ich wyglądzie różnicy między trzydziestym a pięćdziesiątych rokiem życia. Kiedy oddają się rodzinie, sprawiają wrażenie, jakby traciły własną indywidualność – szarzeją, jak gdyby pozbawiono je wewnętrznej energii.

Jest Pani również autorką filmów dokumentalnych. Czy praca nad dokumentem wpływa w jakiś sposób na sposób Pani podejścia do fabuły?

A.J.: Lubię dokument i robiąc filmy dokumentalne odnoszę wrażenie, że dużo się uczę o fabule. Fascynuje mnie zapis dokumentalny prawdziwego życia, bo ma naturalną, niewymuszoną dramaturgię i skupia się mocno na bohaterze. To jest sposób narracji, który mi odpowiada. Po zrealizowaniu „Trzech kobiet” z operatorką Małgorzatą Szyłak, kiedy cierpliwie obserwowałyśmy przez dwa lata nasze bohaterki, doszłam do wniosku, że życie pisze najlepsze scenariusze. To była prawdziwa lekcja pokory. Uświadomiłam sobie, jak niewiele można sobie wyobrazić, choćby to, jak niekiedy małe elementy ludzkiego życia mogą stać się przyczyną wielkich zmian i odwrotnie. Dzięki tej pracy zaczęłam inaczej pracować nad scenariuszem.

Czyli można zaryzykować stwierdzenie, że narracja dokumentalna wpłynęła na Pani sposób opowiadania fabuł? Oglądając Dzikie róże” miałam takie wrażenie, jakby Pani bohaterowie byli jakby wyjęci z życia, prawdziwi.

Tak, trochę tak się stało.

Czy ma Pani wpływ na kształt filmu na wszystkich jego etapach?

A.J.: Tak rzeczywiście jest. Moje kino ma charakter autorski. Oczywiście, muszę liczyć się ze zdaniem producenta, konsultuję scenariusz itd., ale wybory należą do mnie. Każda opinia może być cenna i ważna. 

A jak to jest z tematami – same przychodzą czy niekoniecznie?

A.J.: Na pewno nie jest to rodzaj kalkulacji, ale coś musi mnie poruszyć. Czasami pojawia się jakaś scena, która staje się impulsem i ją rozwijam. Z drugiej strony, mam mnóstwo scenariuszy, których nie zrealizowałam. Ale na tym to polega, żeby tworzyć i wybierać.

W „Dzikich różach” podejmuje Pani problem trudnych relacji w rodzinie, a także dojrzewania poprzez macierzyństwo. Jest to właściwie film o trzech kobietach, których portrety przedstawia Pani bardzo wyraziście. Jak Pani pracuje z aktorami i z amatorami, aby takie wspaniałe efekty osiągnąć?

A.J.: Nie mam żadnych magicznych metod (śmiech). Pracuję bardzo długo, cierpliwie tłumacząc. Mam zazwyczaj jasną wizję tego, co chcę osiągnąć. Preferuję rodzaj aktorstwa bardzo oszczędny, nieomal dokumentalny. W osiągnięciu prawdy pomaga mi zmieszanie aktorów z naturszczykami, ponieważ aktorzy czerpią tę prawdę na przykład z dzieci. Moja praca z aktorami jest raczej rodzajem spotkaniem, wymianą energii. Kiedy ludzie dają przyzwolenie i otwierają się, powstaje wrażenie, że są na ekranie prawdziwi.

Czy udało się Pani uwolnić od tego filmu, któremu poświęciła Pani aż cztery lata życia?

A.J.: Dzisiaj rano obudziłam się bardzo szczęśliwa, że to już poszło w świat! Dopiero teraz poczułam, że skończyłam ten film.

Czy pracuje Pani już nad czymś nowym?

A.J.: Piszę kolejny scenariusz. Mogę zdradzić jedynie to, że bohaterką będzie również kobieta w dramatycznej sytuacji, ale z odrobiną czarnego humoru.

Dziękuję za rozmowę.

Anna Jadowska, z archiwum artystki

Anna Jadowska (ur. 15 czerwca 1973 w Oleśnicy) – polska reżyser, scenarzystka i scenografka. Jest absolwentką Filologii Polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim oraz Wydziału Reżyserii PWSFTviT w Łodzi. Zrealizowała m.in. nast. filmy fabularne: „Generał – zamach na Gibraltarze”, „Z miłości”, „Dotknij mnie”, „Teraz ja”, dokument „Trzy kobiety” oraz dokument fabularyzowany „Generał” (o gen. Władysławie Sikorskim). Ponadto reżyserowała wiele seriali, m.in. „Na dobre i na złe”, „Uwikłani”, „Niania w wielkim mieście”.


wtorek, 9 października 2018

Ucieleśnione. Dzieła z kolekcji DTZSP w Muzeum Współczesnym Wrocław

Muzeum Współczesne Wrocław i Dolnośląskie Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych zapraszają na wystawę „Ucieleśnione”. Prace wybrane na wystawę odnoszą się do wielu zagadnień: miejsca ciała we współczesnym świecie, sposobów funkcjonowania ciała w kulturze konsumpcyjnej, manipulowania ciałem, ujarzmiania cielesności, a nawet włączania ciała w dyskurs toczący się w kontekście zagadnień z zakresu estetyki.



Nie jest ono bowiem obiektem „wiecznym” wpisanym na zawsze w naturę; w istocie ciało było opanowane i formowane przez historię, przez społeczeństwa, ustroje i ideologie, a w konsekwencji jesteśmy skazani na pytania, czym jest nasze własne ciało, nasze ‒ ludzi współczesnych, tkwiących w społeczeństwie.
                           Roland Barthes

Czym jest nasze ciało: bytem biologicznym czy produktem kultury? Podlega definiowaniu czy samo jest nośnikiem znaczeń? Stanowi przedmiot manipulacji czy przeciwnie ‒ determinuje nas? Jak ważne dla współczesnych twórców są te pytania, świadczyć może chociażby ilość dzieł, jakie znajdują się w zbiorach Dolnośląskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, będących próbą odpowiedzi na nie. Prace wybrane na wystawę odnoszą się do wielu zagadnień: miejsca ciała we współczesnym świecie, sposobów funkcjonowania ciała w kulturze konsumpcyjnej, manipulowania ciałem, ujarzmiania cielesności, a nawet włączania ciała w dyskurs toczący się w kontekście zagadnień z zakresu estetyki.

Pawła Kaczmarczyka  Ja i obrazy mojej jaźni

Ciało należy niewątpliwie do podstawowych płaszczyzn definiowania tożsamości jednostki. W oparciu o jego cechy dokonuje się zaszeregowań według płci, rasy, podziałów seksualnych. Oceny te mają dalsze konsekwencje społeczne i kulturowe, m.in. w postaci przypisywania „ciału” określonych ról. Problemem tym zajmuje się Ewa Partum w pracy Samoidentyfikacja, powstałej w 1980 roku. W serii fotomontaży artystka zestawiła własny akt, zdefiniowany jako „kobieta”, m.in. z grupą przechodniów na ulicy, tłumem zebranym na chodniku, kolejką ludzi oczekujących na otwarcie sklepu oraz policjantką kierującą ruchem drogowym. Tym sposobem artystka chciała pokazać, że „model wytwarzany przez tradycję (…) ‒ wzór osobowy kobiety ‒ wytwór kultury patriarchalnej, funkcjonujący w postaci norm życia społecznego w skuteczny sposób upośledza kobietę przy pozorach respektu dla niej”. Viola Kuś, poruszająca się w obrębie tej samej problematyki ‒ funkcjonowania wzorów zachowań i ról przypisanych kobiecie w konkretnym momencie historycznym ‒ zdecydowała się na inną strategię. Stojąc przed obiektywem aparatu, wcielała się w postaci wiejskich kobiet żyjących w Polsce na przełomie XIX i XX wieku. W zainscenizowanym w skansenach i muzeach świecie wykonywała codzienne lub odświętne czynności im przypisane. Starała się przy tym, poprzez założenie ubrań, jakie nosiły jej bohaterki oraz przejęcie ich gestów i póz, sprawdzić, czy możliwe jest wniknięcie w ich mentalność, zrozumienie sposobu myślenia. A jeśli się to uda ‒ doświadczyć, w jakim stopniu, w momencie „wcielania się”, zachowa swą własną tożsamość (Top-model made in Poland, 2007).

Ewa Partum, Samoidentyfikacja

Interesujące obie artystki rozważania nad ciałem jako konstrukcją kulturową podejmuje także Małgorzata ET BER Warlikowska. W prezentowanej na wystawie pracy Trofeum z 2013 roku artystka zawęża pole artystycznej eksploracji do zagadnienia ciała jako produktu kultury popularnej. Sięga po jej symbol ‒ Marilyn Monroe ‒ i, by ujawnić typowy dla tej kultury mechanizm zawłaszczania ciała (w celu jego umasowienia i utowarowienia), zamienia popiersie aktorki w tytułowe trofeum ‒ będące zarazem symbolem ofiary, jaka się dokonała, jak i dumy jego posiadacza.

Zawłaszczanie ciała, a także sprawowanie władzy nad ciałem i ujarzmianie cielesności ‒ znalazły się w obszarze zainteresowań kolejnych obecnych na wystawie artystów. Marta Deskur analizuje je w kontekście religii. Realizując film wideo zatytułowany Fanshon Radio (2003) skierowała obiektyw kamery na muzułmańskie kobiety, wyróżniające się w tłumie berlińczyków charakterystycznym ubiorem związanym z kulturą islamu. Zbigniew Libera w „zabawkowym” zestawie Eroica z 1997 roku, na który składają się figurki nagich kobiet biegnących z podniesionymi rękoma, odwołuje się, jak zauważa Izabela Kowalczyk, „do najbardziej okrutnych kodów »męsko-wojennej« kultury (…) gwałtów masowo dokonywanych na kobietach”, wskazując dalej, że „przemoc wobec kobiet i płynąca z niej przyjemność wpisana jest w wojenny mit”.

Małgorzata ET BER Warlikowska, Trofeum

Ujarzmianie ciała odbywać się może oczywiście także za aprobatą, a nawet z woli jego posiadacza. Jednym z przykładów na to jest dyscyplinowanie ciała, mające na celu dostosowanie go do wzorców lansowanych przez media i reklamę. Powszechny we współczesnym świecie kult piękna obliguje do indywidualnych prób „manipulowania” własnym wyglądem, za pomocą mniej lub bardziej inwazyjnych metod. Do tych pierwszych należy niewątpliwie osiąganie pożądanego wizerunku w efekcie zabiegów kosmetycznych: te posłużyły Maciejowi Osice za wstęp do osiągnięcia ideału ponadczasowego, kobiecego piękna. Artysta prezentuje go w serii Autoportretów z lat 2002‒2006,inspirowanych czarno-białymi fotografiami gwiazd przedwojennego kina.

Alicja Żebrowska, cykl Onone

Do bardziej drastycznych praktyk odwołuje się Alicja Żebrowska w pracy z cyklu Onone — świat po świecie (1998), osadzając wymyślone przez siebie androgynicznepostaci w szpitalnych scenografiach (wnętrza nie kojarzą się jednak ze sterylnym chłodem, ponieważ „ocieplone” zostały dzięki takim rekwizytom jak baldachim, zasłony czy falbana pościeli). Tu androgynicznaONONE „poddawana jest (poddaje się) procesowi transfuzji (…), który ma jednak bardziej charakter intymnej praktyki, niż zabiegu medycznego”, jak zauważa Krzysztof Dobrowolski. „Jest raczej przyjemnością niż koniecznością. To świat lub wizja rzeczywistości (…) stanowiąca odniesienie i pożywkę dla wyobraźni oglądającego”. To „realność istoty obupłciowej, funkcjonującej na innych zasadach, poza naszą etyką i moralnością. Stąd nie ma tu choroby, lęku, a raczej pewien, niedostępny dla zwyczajnych, jednopłciowych stworzeń, stan istnienia”.

Joanna Nowek, Sleeping Beauty

Rozważania nad zagadnieniem piękna i kreacji idealnego ciała prowadzić mogą także w obszar sztuki dawnej. To tutaj znalazła inspirację dla serii prac Sleeping Beauty Joanna Nowek. Artystka wykorzystała klasyczny motyw leżącego kobiecego aktu, znanego choćby z prac Giorgione, Nicolasa Poussina, Francisca Goi, Edouarda Maneta, czy współcześnie ‒ Luciana Freuda. Na jej fotografiach kobietom towarzyszą martwe natury: dorodne owoce i warzywa, kwiaty w pełnym rozkwicie, ptasie pióra czy futra upolowanych zwierząt. Nie można ich jednak traktować wyłącznie jako uzupełnienia kompozycji „obrazów”. Zdaniem Joanny Stembalskiej „mimo pozornej bliskości i współistnienia tych wątków [aktów i martwych natur] zakłócona zostaje estetyczna kontemplacja dzieła (…). Ciało trupio zastygłe, posiniaczone oraz zakrwawione staje się emblematem toczonej przez Joannę Nowek dyskusji z narzuconym i powielanym stereotypem modelowego kobiecego piękna”.

Oczywiście, zawłaszczenie przez sztukę ciała nie zawsze ma w podtekście jego uprzedmiotowienie. W prezentowanych na wystawie pracach Radka Ślanego i Grzegorza Sztwiertni ciało stało się punktem wyjścia dla szeregu permutacji, które ostatecznie doprowadziły do powstania form abstrakcyjnych. W przypadku pierwszego artysty rysunkowy „obrys” postaci ludzkiej, wyraźny jeszcze w realizacjach z końca lat 90., obecnie wyzwolony z jarzma „obrazowania” przeobraził się w czysto abstrakcyjną grę linii. Tarczyce Sztwiertni z 2016 roku są dalekim echem obrazu wewnętrznych narządów człowieka. Uwikłanie w kontekst cielesności i jej konsekwencji (do których zaliczyć można choroby) stanowi także pośrednie źródło dla pracy Zapis ‒ Liber Manu Scriptus ‒ Praeceptum Medici Marka Kuliga, powstałej w 2011 roku, na którą złożyły się zebrane, jak w podręcznym archiwum, pliki recept i innych lekarskich zapisów.

Marek Kulig, Zapis

Warto jeszcze powrócić na chwilę do podjętego wcześniej wątku ujarzmiania ciała. Powodem może być praca Violi Tycz zatytułowana Anorexis. To seria grafik inspirowanych przeznaczoną dla dziewczynek zabawką, na którą składają się wycięte z kartonu figurki kobiet i ubrania, które można zakładać na nie za pomocą zaginanych, papierowych zakładek. W pracy Tycz sens zabawy został zmieniony poprzez przeniesienie uwagi z ubierania, na ujawnianie tego, co pod odzieżą ‒ wychudzonego, anorektycznego ciała. Jego trupiość, wyrażająca się nie tylko w zewnętrznym wyglądzie, ale także inercji (z taką samą osoby zapada się na anoreksję, podążając za pop-kulturowym ideałem ciała w rozmiarze „0”), stoi w uderzającym kontraście do zmysłowego głosu Amandy Lear, odtwarzanego w tle pracy.

Viola Tycz, Anorexis


Odrzucenie ciała niedoskonałego jest niemal tak samo zatrważające w konsekwencjach, jak odrzucenie ciała w ogóle, z czym mamy do czynienia w przestrzeni wirtualnej. Sugestywnie pokazuje to w swojej pracy z 2004 roku Laura Pawela. Artystka reprodukowała na płótnie obraz monitora z widocznym w prawym górnym rogu oknem programu Windows, zminimalizowanym do małego prostokąta. Wyziera z niego, widoczna tylko częściowo, twarz zbudowana z pikseli. Potencjalnie możemy ujawnić jej resztę, a nawet większy fragment postaci, rozciągając obraz widocznym obok niego kursorem ze strzałką. Jednak równie łatwo możemy ją unicestwić.

Z przestrzenią wirtualną związana jest także praca Pawła Kaczmarczyka (którą można by uznać jednocześnie za eksperyment socjologiczny). Tworzy ją cykl rysunków powstałych w latach 2014‒2017, ujętych wspólnym tytułem Ja i obrazy mojej jaźni. Pracę nad nim artysta rozpoczął od autoportretu, w który wiernie oddał swój rzeczywisty wygląd. Kolejne rysunki były fantazjami wykonanymi na jego podstawie lub próbami odtworzenia stanów psychicznych autora. W takiej postaci artysta, a właściwie jego wizerunek ‒ zniekształcony przez formalne eksperymenty lub ewokację uczuć lub emocji ‒ zaistniał pod pseudonimem na jednym z portali społecznościowych. Kaczmarczyk założył na nim konto pod hasłem Akcja: Dodaj mnie do znajomych ‒ obserwując następnie nie tylko reakcje innych użytkowników portalu na jego kolejne wcielenia (a tym samym zmiany związanych z nimi znaczeń), ale także wirtualne życie stworzonej przez siebie, a zarazem częściowo tożsamej z nim postaci. Starał się również zrozumieć własną z nią relację.

Prace Violi Tycz i dwójki kolejnych artystów dotykają problemu wypierania ciała, jakie ma miejsce zarówno w realnym, jak i wirtualnym świecie. Owo wyparcie bywa często rezultatem defektu, jaki posiada ciało. Takim defektem może być oczywiście odbieganie od powszechnie akceptowanych kanonów urody. Dużo bardziej „niewygodne” problemy, związane z biologicznym bytem ciała, będące w kulturze masowej niekiedy wręcz obszarami tabu, znalazły się w polu zainteresowań Haliny Treli, Łukasza Gierlaka i Pawła Baśnika.

Halina Trela

Halina Trela zdecydowała się pokazać na swoich rysunkach twarze starych ludzi, „oszpeconych” przez upływający czas. Można je uznać za ucieleśnienia naszych własnych obaw związanych z procesami związanymi ze starzeniem się ciała. Są one jednak także próbą poszukiwania estetyki obrazu, a także wzbogacenia go o intelektualne treści związane z bytem dzieła sztuki. Jak bowiem zauważa Andrzej Saj „Można powiedzieć, że w rysunkach zachodzą takie same procesy, jak w życiu: są one nietrwałe, osypują się i można je łatwo zniszczyć. Trela wykorzystuje ten fakt w swoich pracach, celowo pokazując kruchość i wrażliwość na przemijanie samej materii rysunku”. Warto zauważyć, iż „twarzy” do swoich prac artystka szukała w internecie. „Zestetyzowane” poprzez akt twórczy powracają do Internetu, gdzie można je oglądać. I gdzie jako dzieła sztuki stają się ponadczasowe.

Łukasz Gierlak, Agnozja twarzy

Łukasz Gierlak za pomocą swojej pracy zatytułowanej Agnozja twarzy (2013) pozwala nam zmierzyć się osobiście z ułomnością, jaka dotyka ludzi chorujących na tytułową agnozję, zaburzającą zdolność rozpoznawania znanych elementów otoczenia. Paweł Baśnik nie pozostawia wątpliwości co do tego, co widzimy. Obraz, jaki odmalowuje przed naszymi oczami, jest bardzo sugestywny. Posiłkując się przykładami XIX-wiecznego malarstwa portretowego i ówczesnej fotografii, artysta wykonał serię wizerunków twarzy post mortem (tak zresztą zatytułował ten cykl, powstały w 2017 roku). Każda twarz naznaczona jest innymi zmianami: niektóre są rozmyte, inne zdekonstruowane w efekcie postępującego rozkładu. Podlega mu także materia malarska, która zdaje się ulegać powolnej destrukcji w efekcie działania światła, wilgoci, temperatury i reakcji chemicznych zachodzących w użytych do malowania pigmentach i werniksach. Wydaje się, iż wszystko to ma uzmysłowić nam nieuchronność procesów, którym podlegamy, uwikłani w biologiczną egzystencję. Udowadnia nam także, że niezależnie od naszych prób zapanowania nad ciałem, ostatecznie to my podlegamy jego władzy.

Paweł Baśnik, Post mortem

artystki i artyści: Paweł Baśnik / Marta Deskur / Łukasz Gierlak / Izabella Gustowska / Paweł Jarodzki / Paweł Kaczmarczyk / Marek Kulig / Viola Kuś / Zbigniew Libera / Joanna Nowek / Maciej Osika / Ewa Partum / Laura Pawela / Radek Ślany / Grzegorz Sztwiertnia / Halina Trela / Viola Tycz / Małgorzata ETBER Warlikowska / Alicja Żebrowska

czas: 12.10—12.11.2018
wernisaż: 12.10.2018 (piątek), godz. 18.00, poziom 5
miejsce: Muzeum Współczesne Wrocław, pl. Strzegomski 2, Wrocław

kuratorka: Dorota Miłkowska
oprowadzanie kuratorskie: 14.10.2018 (niedziela), godz. 15.00

informacja prasowa, zdjęcia organizatorów

Spektrum – znamy pełny program festiwalu

12. edycja Festiwalu Filmowego Spektrum zbliża się wielkimi krokami. Na festiwalową publiczność w Świdnicy czeka mnóstwo dobrego kina, spotk...

Popularne posty