Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania mira aleksiun, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania mira aleksiun, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 grudnia 2017

Mira Żelechower-Aleksiun: Tajemnicze zjawisko /o wystawie "Księga Ruth. Za zasłoną"/

Od 23 marca do 28 kwietnia 2016 roku możemy oglądać obrazy Miry Żelechower-Aleksiun na jubileuszowej wystawie "50+ czyli pół wieku twórczości Miry". Znajdziemy na niej nieliczne dawne prace malarki, przeważają jednak nowe, bo artystka ciągle tworzy i pozostaje nadal w pełni sił twórczych. 
Mira Żelechower-Aleksiun, Prawo do tajemnicy (1973), fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

W latach 60. - 80. uprawiała twórczość przez jednych zaliczaną do "nowej figuracji", przez drugich zaś nazywaną "realizmem magicznym". Przeważały portrety, bo artystkę zawsze interesował drugi człowiek, ale pojawiały się także autoportrety, świadczące o tym, że sztuka jest dla niej czymś osobistym: przyglądaniem się sobie, duchowym poszukiwaniem. Jeden z takich portretów - "Prawo do tajemnicy" (1973) również zobaczymy na tej wystawie.

Twórczość Miry Żelechower-Aleksiun wyróżnia spośród innych osobliwe współistnienie słowa i obrazu. Słowo pojawiało się w jej malarstwie na różne sposoby od początku: a to w postaci cytatów, a to poprzez oryginalne tytuły, którymi opatrywała swoje obrazy, np. "Katalog westchnień” (1978), "A tych, co kocham, przy tym sadzam stole”(przed 1077) albo „Sączy się przenika, przecieka, ucieka, umyka, ulata” (1980). Słowo rozgościło się na dobre w jej obrazach, kiedy przeżyła rodzaj duchowej przemiany i powróciła do swoich żydowskich korzeni. Powstał wtedy ogromny cykl obrazów z komentarzem do Tory: "Światło midraszy" (53 obrazy, bo tyle jest czytań paraszy w roku), a wkrótce po nim - kolejny cykl: 

Kalendarz Schulzowski



Mira Żelechower-Aleksiun, Kalendarz Schulzowski, 2005, 
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek


Na wystawie znajduje się większość obrazów z tego cyklu, który powstał z inspiracji niemieckiego badacza twórczości autora "Sklepów cynamonowych” – Jörga Schulte. W wykładzie "Wielka kronika kalendarza” dowodził on, iż istnieje związek między "Sklepami …” a żydowskim kalendarzem, który stanowi "klucz do ukrytych konstrukcji” zbiorów prozy Schulza.  W wywiadzie, którego udzieliła mi artystka w 2012 roku, tak wyjaśnia swoje intencje, które towarzyszyły powstaniu tego cyklu:

Intencją całej tej pracy była pamięć o Schulzu, z którym bardzo się w trakcie pracy zbliżyłam. Poczucie, że mogę przy nim trwać, to było …   Wprost nie mogłam się od niego oderwać! Dzieliłam z nim rozpacz niespełnionego życia,  wręcz identyfikowałam się z jego losem jako artysty. Tak bardzo było mi go żal, że zapragnęłam oddać mu hołd. W jakiś tajemniczy sposób zaczęłam wtedy myśleć również o moim ojcu, który zginął w tym samym czasie co Schulz, dwa miesiące po moim urodzeniu,  i któremu nie poświęciłam dotąd zbyt wiele uwagi, ponieważ nie był w nim obecny, a także  z powodu lojalności wobec mego ojczyma. To jest moje zapalenie świeczki za tych wszystkich … Więcej nawet – to jest akt wdzięczności, bo ja należę do tamtego pokolenia i wcale nie musiałam ocaleć, a jednak żyję … 

Obrazy tego cyklu stanowią intertekstualną zagadkę, artystka bowiem nie tylko "czyta" Schulza przez pryzmat odkryć Jörga Schulte, ale również okrywa na nowo jego prozę w osobistej lekturze, cytuje również grafiki z "Xięgi Bałwochwalczej", tworząc jednakże własną, autonomiczną, pełną ukrytych treści opowieść, w której czas obrazują schody, występujące na wszystkich trzynastu płótnach. 

Przypowieść o przezwyciężaniu śmierci


Mira Żelechower-Aleksiun, Księga Ruth, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek


Drugą dominującą część ekspozycji stanowią obrazy inspirowane Księgą Ruth: "Za zasłoną". Sądzę, że przypomnienie treści tej księgi pozwala lepiej zrozumieć przesłanie cyklu. Otóż główna bohaterka tej pięknej historii - Moabitka wyrusza wraz ze swoją teściową do kraju jej przodków, po tym, jak Noemi straciła w obcej ziemi wszystkich najbliższych, w tym obu synów. Oznaczało to obumarcie rodu, a jednak Bóg do tego nie dopuścił. Dzięki prawu lewiratu Ruth wychodzi za mąż za krewnego Noemi, rodzi mu syna i w ten sposób ród się odradza.

Dla artystki, która w Holocauście straciła ojca i - z trudem przetrwawszy wojnę - odbyła z matką wędrówkę na tzw. Ziemie Odzyskane - historia Ruth staje się w jakimś sensie jej historią. Wychowana bez świadomości tego, kim jest - bez wiary, języka, kultury żydowskiej, wszystko to jednak odzyskała jakimś cudem na nowo. Stało się to, co wydawało się niemożliwe. Tajemnicze postaci zaludniające obrazy z cyklu "Ruth, poza zasłoną" mają często rysy samej artystki.

Mira Żelechower-Aleksiun, Księga Ruth, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
Liczne wątki splecione w tej pięknej przypowieści – takie jak "obcy wśród wspólnoty”, "podnoszenie się z klęski i zagrożenia”, stały się dla mnie inspiracją do intensywnej i pełnej emocji pracy twórczej - zdradza autorka kulisy pracy na swojej stronie internetowej. Wiele jest dawnych i współczesnych komentarzy do tej Księgi, a te rozważania są dla mnie tak fascynujące, że chcę opowiadać o tym obrazami. W tej pozornie prostej historii zawarta jest przypowieść o przezwyciężaniu śmierci. Rut podobnie jak Gilgamesz poszukuje sposobu na życie wieczne i pokonanie nieodwracalności śmierci. Gilgameszowi nie udaje się to, tymczasem w Księdze Rut mamy opowieść o tym, jak cudzoziemska księżniczka zostaje pramatką królewskiego rodu Dawida, z którego wywodził się będzie Mesjasz.

Mira Żelechower-Aleksiun, Księga Ruth, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
Mira Żelechower-Aleksiun należy do tych rzadkich artystów i ludzi, których twórcza aktywność nie ustaje. Ekspozycja w Galerii Miejskiej podkreśla wprawdzie, że mamy do czynienia z ponad półwieczną działalnością artystyczną, ale Mira - fizycznie i artystycznie - zdaje się być poza czasem. To zjawisko tajemnicze i ewenement. 

Artykuł ukazał się na portalu Kulturaonline w kwietniu 2016 roku.

poniedziałek, 29 maja 2023

Spotkajmy się w NFM. Mira Żelechower-Aleksiun

2 czerwca o 18.00 gościem Agnieszki Ostapowicz w jej autorskim cyklu "Spotkajmy się" będzie Mira Żelechower-Aleksiun - malarka żydowskiego pochodzenia, przedstawicielka wrocławskiego środowiska artystycznego. Poza malarstwem zajmowała się również scenografią.  W swoim dorobku ma udział w ponad osiemdziesięciu wystawach zbiorowych i indywidualnych.

Mira Żelechower-Aleksiun, fot. materiały prasowe NFM

Kochasz muzykę i bywasz na koncertach? A może po prostu fascynuje Cię świat sztuki i lubisz słuchać ciekawych historii? Jeśli tak, to zapraszamy na specjalny cykl „Spotkajmy się w NFM”!

Codziennie mijamy się na ulicach, jeździmy razem tramwajem, stoimy w kolejce czy siedzimy w poczekalni. Niczego o sobie nie wiemy, a tak wiele nas łączy. Postanowiliśmy wyjść naprzeciw wszystkim, którzy pragną spotkań i dyskusji poświęconych muzyce oraz wydarzeniom organizowanym w Narodowym Forum Muzyki. Gościć będziemy osobistości życia publicznego i przedstawicieli różnych zawodów, m. in.: lekarzy, naukowców, biznesmenów, polityków, duchownych, artystów i wielu innych. Podzielą się z nami swoją pasją oraz opowiedzą o miłości do muzyki!

Mira Żelechower-Aleksiun podczas otwarcia wystawy,  5 czerwca 2013 r.
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Mira Żelechower-Aleksiun – urodzona 26 marca 1941 roku w Milerowie. W 1966 roku ukończyła dyplom w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych we Wrocławiu (obecnie Akademia Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta) w katedrze malarstwa architektonicznego u prof. Stanisława Dawskiego. Jej pierwsza wystawa miała miejsce w galerii Teatru Kalambur równocześnie z premierą sztuki Piotra Załuskiego "Mole" i "Odwiedziny" w reżyserii Bogusława Litwińca i z jej scenografią. Przez lata studiów była związana z tym teatrem (tworzyła scenografie we współpracy z reżyserem Włodzimierzem Hermanem). W latach siedemdziesiątych rozpoczęła współpracę z powstającym wtedy Ośrodkiem Praktyk Teatralnych Gardzienice stworzonym przez Włodzimierza Staniewskiego, a początkowo rozwijanym również przez Tomasza Rodowicza. W latach osiemdziesiątych współorganizowała wiele wydarzeń w Duszpasterstwie Środowisk Twórczych. Najważniejszym z nich była Wystawa Malarstwa Młodych  oraz towarzyszące jej sympozjum "Droga i prawda".

Pierwsza podróż do Izraela w 1987 zmieniła jej widzenie świata i podejście do obrazu . Owocem tej przemiany był cykl obrazów "Przez Ziemię Świętą do Ziemi Obiecanej" pokazany w Jerozolimie w prestiżowej galerii Bejt Omanim (dom artystów) w roku 1989, a potem w galerii ZPAP Na Solnym.

W roku 2001 pokazała wystawę pod nazwą "Dziedzictwo" we wrocławskim Ratuszu. Wystawa była połączona z sympozjum w Zakładzie Narodowym im. Ossolińskich pt. "Wkład Żydów w dziedzictwo kultury Rzeczpospolitej". Wystawa prezentowana była również w Konsulacie Generalnym RP w Nowym Jorku.

W latach 2004–2007 powstał cykl "Światło Midraszy", składający się z malowanych komentarzy do Tory, pokazany po raz pierwszy w Muzeum Miejskim w Pałacu Królewskim we Wrocławiu.

W 2016 roku ukazała się książka Moniki Braun "Mona. Opowieść o życiu malarki" i towarzyszyła wystawie w Galerii Miejskiej we Wrocławiu z okazji pięćdziesięciolecia pracy twórczej artystki.

W 2022 roku nakładem Ośrodka Kultury i Sztuki we Wrocławiu ukazał się album Mira między A i Ż  z tekstami Waldemara Okonia, Zofii Gebhart, Jana Jakuba Fereńskiego oraz Małgorzaty Kitowskiej i Małgorzaty Baranowskiej. Książka prezentowana była w tzw. Prawdziwym Domu Kultury w Warszawie przez Mariusza Szczygła. Cały nakład został wyprzedany. W książce poza tekstami i reprodukcjami dokumentującymi dzieło osiemdziesięciu lat życia malarki znajduje się pełne kalendarium jej twórczości. Obecnie Mira Żelechower-Aleksiun pracuje nad cyklem "Tu też jest Kotel – ściana płaczu".

Wywiad z Mirą Żelechower-Aleksiun znajduje się pod tym linkiem.

niedziela, 9 lipca 2023

"Spotkajmy się w NFM!" z Mirą Żelechower-Aleksiun /relacja?/

2 czerwca tego roku gościem Agnieszki Ostapowicz w jej autorskim cyklu "Spotkajmy się" była Mira Żelechower-Aleksiun - znana w środowisku wrocławskim (i nie tylko!) artystka. Mirę znam od lat i bardzo lubię jej niebanalne wernisaże, więc chętnie skorzystałam z okazji, aby znowu zobaczyć ją i posłuchać. Mira jest i pozostanie dla mnie swego rodzaju punktem odniesienia - pełna twórczej energii artystka, ciepły, serdeczny Człowiek... Znać ją jest przywilejem i zaszczytem.

Mira Żelechower-Aleksiun i Agnieszka Ostapowicz, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Minęło już trochę czasu od spotkania w Narodowym Forum Muzyki, więc moja relacja (?) z tego spotkania będzie raczej impresją :-) Myślę jednak, że ta forma bardziej pasuje do Miry i do naszych osobistych relacji aniżeli suchy sprawozdawczy ton.

Z Mirą poznałyśmy się przed laty w salonie prof. Józefa Dudka, a gościem specjalnym wieczoru był wówczas reżyser i scenarzysta Jan Jakub Kolski. Prowadziłam wówczas autorską klasę z edukacją filmową w liceum i w salonie znalazłam się dzięki śp. pani Ewie Deglerowej, z którą dzieliłyśmy pasję do kina. Chciałam zorganizować przegląd filmów twórcy "Jańcia Wodnika" i skwapliwie skorzystałam z zaproszenia. Miry wówczas nie znałam, ale siedziała blisko mnie i to ona nawiązała ze mną kontakt w  tak naturalny sposób, jakbyśmy się znały od dawna. Po upływie dłuższego czasu, próbując opisać ikonografię kaplicy św. Wawrzyńca na Bujwida, dowiedziałam się od ks. Stanisława Orzechowskiego vel Orzecha, że autorką Drogi Krzyżowej jest właśnie Mira Żelechower-Aleksiun. Spotkałyśmy się wówczas u niej w domu i usłyszałam pasjonującą historię jej nawrócenia (Droga Krzyżowa była rodzajem votum) na wiarę chrześcijańską, a następnie powrotu do żydowskich korzeni. Nigdy tego wywiadu nie opublikowałam, bo był zbyt osobisty, ale miałyśmy za to rozmowę o cyklu obrazów inspirowanych prozą Brunona Schulza. Zanim jednak do niej doszło, telefonowałam do Miry, która była akurat w ferworze malowania tych dużych formatowo płócien, które zostały potem po raz pierwszy zaprezentowane z Synagodze pod Białym Bocianem. Robiły wrażenie w tym - jeszcze wówczas surowym - wnętrzu. Otóż podczas owej rozmowy Mira, z właściwym sobie humorem, poinformowała mnie, że właśnie ze względu na format oraz na problemy z kręgosłupem, maluje leżąc na ... obrazie. Przytaczam tę anegdotę, bo dobrze obrazuje jej stosunek do własnej pracy: maluje dużo i z ciągle młodzieńczym entuzjazmem, pomimo nieuniknionych przeszkód. 

Wspomniałam też o wernisażach, w których uczestniczyłam. Otóż nigdy to nie były sztywne spotkania z lampką wina w ręce, podczas których przemawiają organizatorzy. Zawsze Mira była prawdziwą gospodynią spotkania i nawiązywała dialog z widzami, wśród których przeważali znajomi, więc atmosfera była nieomal familijna. Na przykład podczas wernisażu wystawy "Wszystko się łączy" (2013) Mira mówiła o swojej rodzinie: o matce, ojcu, który zmarł w obozie, gdy była dzieckiem, o wnuku...  Powiedziała wtedy m. in. „Chciałabym, aby mój wnuk był otwarty na swoją tradycję, na tradycję moich przodków - żeby  to była jego droga. To jest bardzo ważne wypełnienie przesłania „z pokolenia na pokolenie”.  Chciałabym, żeby Leon nie niósł traumy, ale żeby niósł pamięć. Żebyśmy wszyscy ją nieśli. Myślę, że  Tora jest również zapisem takich zdarzeń – straszliwych, ale zostały one przemienione, a życie trwa dalej. To światło – tak widoczne na wielu obrazach – ciągle niesione jest dalej.” A na koniec spotkania został odczytany Psalm 91 „Pod Bożymi skrzydłami” – w oryginale i w polskim tłumaczeniu. Przyznacie sami, że to nie był "zwykły" wernisaż...

Wydawnictwo OKiS-u

Takich spotkań z Mirą i jej obrazami miałam więcej, choć wcale nie było to takie częste, toteż z radością przyjęłam wiadomość, że będzie gościem Agnieszki Ostapowicz w Narodowym Forum Muzyki. Z uwagi na miejsce spotkania, była mowa o muzyce, a Mira - jak zwykle - była "u siebie". Dowiedziałam się m. in., że w dzieciństwie miała uczyć się gry na pianinie, ale choć ostatecznie nie muzyka zajęła pierwszoplanowe miejsce w jej artystycznym życiu, to jednak towarzyszyła jej ciągle. A to w postaci śpiewanej (przez siebie i koleżankę) "oprawy muzycznej" pierwszego wernisażu, a to w związku z przedstawieniami Teatru Gardzienice, z którym współpracowała przez lata, a to wreszcie przez udział w koncertach. 

Spotkanie w Narodowym Forum Muzyki pełne było wspomnień, anegdot i refleksji. Z okazji 80. rocznicy urodzin (ale to tylko cyfra, bo Mira jest tak pełna życia, młoda i urodziwa, że cyfry i jubileusze wywołują tylko rodzaj niedowierzania) została wydana przez OKiS książka poświęcona jej malarstwu, zatytułowana "Mira między A i Ż", w której zawarto reprodukcje jej obrazów, począwszy od roku 1966, na 2021 kończąc. Znajdziemy w niej także autobiograficzny szkic "Autoportret w ruchu", informacje o wystawach, a także artykuły o twórczości artystki pióra m. in. Zofii Gebhard i Waldemara Okonia. Wydawnictwo stało się rarytasem i niełatwo je zdobyć, ale jestem jego szczęśliwą posiadaczką, w dodatku z czułą dedykacją...


Mira jest i pozostanie dla mnie swego rodzaju punktem odniesienia - pełna twórczej energii artystka, ciepły, serdeczny Człowiek... Znać ją jest przywilejem i zaszczytem.

wtorek, 7 czerwca 2022

Spotkanie wokół książki: "Mira między A i Ż. Malarstwo (1966-2021)

Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu we współpracy z Instytutem im. Jerzego Grotowskiego zapraszają na spotkanie wokół monografii artystki Miry Żelechower-Aleksiun pt. „Mira między A i Ż. Malarstwo (1966-2021)”, w którym udział wezmą Mira Żelechower-Aleksiun oraz autorzy tekstów i goście artystki m.in. Waldemar Okoń, Zofia Gebhard, Alina Drapella-Hermansdorfer i Ewa Molenda-Pilecka.

Dyskusję moderował będzie Mariusz Szczygieł – dziennikarz, reportażysta, autor bestsellerowych książek.

Książka "Mira między A i Ż. Malarstwo (1966-2021)" jest prezentacją dzieł malarskich – z okazji jubileuszy 55-lecia pracy artystycznej (1966–2021) oraz 80-lecia urodzin (1941–2021) uznanej wrocławskiej artystki, malarki i scenografki teatralnej – Miry Żelechower-Aleksiun, pod redakcją Kazimiery Kuzborskiej. Zawiera, w układzie achronologicznym, wybrane dzieła głównych cykli malarskich, a także teksty poświęcone sztuce Artystki, m.in.: Małgorzaty Baranowskiej (1945-2012), Małgorzaty Kitowskiej-Łysiak (1953-2012), Zofii Gebhard, Waldemara Okonia, Piotra Jakuba Fereńskiego. Publikacja ma charakter monografii. Krytycy w sposób komplementarny przedstawiają zarówno malarstwo, jak i klimat, aurę i przesłania, które ono zawiera.

Bardzo istotnym tekstem jest "Autoportret w ruchu" Miry Żelechower-Aleksiun. Artystka wspomina ważne dla siebie wydarzenia artystyczne, które ją inspirowały, kształtowały i wzbogacały postawę twórczą. 

W trakcie wydarzenia będzie możliwość zakupu książki.

Spotkanie wokół książki: "Mira między A i Ż. Malarstwo (1966-2021)

środa, 15 czerwca 2022, godz. 18.00

Instytut im. Jerzego Grotowskiego, Sala Teatru Laboratorium (Wrocław, Rynek-Ratusz 27)

Wstęp tylko z wejściówkami, które można zarezerwować przez formularz

Liczba miejsc ograniczona.

informacja prasowa

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

"Wszystko się łączy". Rozmowy Miry z duchami /relacja z wystawy/

W środę, 5 czerwca 2013 r., w ramach Festiwalu Kultury Żydowskiej SIMCHA, odbył się wernisaż wystawy „Wszystko się łączy” Miry Żelechower – Aleksiun. W rozmowie z Karoliną Szykier – Koszucką malarka nawiązała do tematu dnia – Dybuka, wyjaśniając, że w jej malarstwie chodzi raczej o duchy przodków – o pamięć o nich i otwarcie na tradycję. Zarazem jest to wystawa bardzo osobista – najbardziej intymna wśród dotychczasowych prac autorki.

Mira Żelechower-Aleksiun podczas otwarcia wystawy, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

„Zaczęłam tę serię obrazów od dużych płócien, których na tej wystawie nie ma – mówiła o swojej wystawie Mira Żelechower – Aleksiun – a które są refleksją na temat mojej wczesnej twórczości. Później jednak pomysły zaczęły pojawiać się w takim tempie, że nie miałam już cierpliwości i czasu, aby utrwalać je na dużych obrazach. Właśnie kiedy malowałam małe obrazy, pojawiły się duchy. Nie były to jednak duchy w rodzaju Dybuka – stwierdziła malarka – ale duchy przodków – praojców”.

Wszystko się łączy/ze strony artystki
„Poczułam, że sama jestem pramatką – w stosunku do mego wnuka. W moich obrazach zawarłam przesłanie do niego. Chciałabym, żeby mój wnuk Leo pozostawał w łączności ze swoimi praojcami. Sama dość późno stałam się na to otwarta i czuła. Może trzeba mieć wiedzę, żeby móc się otwierać – dodała – albo być otwartym, żeby mieć wiedzę…”

Wszystko się łączy/ze strony artystki

Artystka opowiadała też o swoich rodzicach – matce, której obrazy zaczęła tak późno rozumieć, a także o ojcu, którego nie poznała, ponieważ został zabity przed jej urodzeniem, dlatego że był Żydem.  Jeden z obrazów na wystawie cytuje obraz mamy Miry, który namalowała mając zaledwie 17 lat. Jest na nim podwórko i okno jej dzieciństwa, a dla artystki jest to okno, którym wchodzą aniołowie. Jest też na tym obrazie stół sederowy, który nie ma końca – i to jest przesłanie obrazu matki, jak je rozumie artystka.
Również ojciec pojawia się na obrazach tego cyklu – duchowy, irracjonalny, jak w opowieściach tych, którzy go znali i potwierdzali ich – ojca i córki – wielkie podobieństwo.

Wszystko się łączy/ze strony artystki

„Chciałabym, aby mój wnuk – powiedziała artystka – był otwarty na swoją tradycję, na tradycję moich przodków - żeby  to była jego droga. To jest bardzo ważne wypełnienie przesłania „z pokolenia na pokolenie”.  Chciałabym, żeby Leon nie niósł traumy, ale żeby niósł pamięć. Żebyśmy wszyscy ją nieśli. Myślę, że  Tora jest również zapisem takich zdarzeń – straszliwych, ale zostały one przemienione, a życie trwa dalej. To światło – tak widoczne na wielu obrazach – ciągle niesione jest dalej.”

Na koniec spotkania został odczytany Psalm 91 „Pod Bożymi skrzydłami” – w oryginale i w polskim tłumaczeniu:

Kto przebywa w pieczy Najwyższego
i w cieniu Wszechmocnego mieszka,
mówi do Pana: «Ucieczko moja i Twierdzo,
mój Boże, któremu ufam».

piątek, 27 maja 2022

Program na czerwiec w Instytucie Grotowskiego

W czerwcu Instytut im. Jerzego Grotowskiego zaprasza m. in. na premierę spektaklu Rafała Gąsowskiego i Katarzyny Wolak-Gąsowskiej zatytułowaną "Panie Malczewski", wystawę prac wykonanych w ramach drugiej edycji warsztatów fotografii teatralnej prowadzonych przez Tobiasza Papuczysa, spotkanie z Mirą Żelechower-Aleksiun poświęcone książce „Mira między A i Ż. Malarstwo (1966-2021)” z udziałem artystki. 


Czerwcowe wydarzenia w Instytucie Grotowskiego

Teatr/Sztuka/Spotkanie. Twórcza aktywność z grupą w pracy społecznej, edukacyjnej, animacyjnej

sob.–niedz., 4–5.06, 17:00–20:00

Instytut Grotowskiego, Studio Na Grobli 

Warsztaty pilotażowe rocznego programu prowadzone przez Igę Załęczną

 

Panie Malczewski

czw. 9.06, 19:00

Instytut Grotowskiego, Sala Teatru Laboratorium 

Premiera spektaklu Rafała Gąsowskiego i Katarzyny Wolak-Gąsowskiej

Bilety: 10 PLN

Czas trwania: 80 min

 

Polska scenografia teatralna lat ostatnich i przyszłych

pt.–sob., 10–11.06 pt. 17:00–19:30, sob. 10:00–12:30

Instytut Grotowskiego, Czytelnia im. Ludwika Flaszena

Konferencja podsumowująca kurs wiodący Otwartego Uniwersytetu Poszukiwań 2021/2022 z udziałem grupy roboczej i zaproszonych gości

Wstęp wolny, wymagana rezerwacja bezpłatnej wejściówki

Program dostępny na stronie internetowej Instytutu Grotowskiego

 

Fotografia teatralna

pon. 13.06, 18.00 

Wystawa prac wykonanych w ramach drugiej edycji warsztatów fotografii teatralnej prowadzonych przez Tobiasza Papuczysa 

Wernisaż: pn. 13.06.2022, 18.00

Dzień otwarty: sb. 25/06/2022, 16.00–22.00

Oprowadzania kuratorskie: pt. 1.07, sb. 2.07, nd. 3.07.2022, 19.30 (zamknięcie wystawy)

Wstęp wolny

Mira między A i Ż

śr. 15.06, 18:00

Instytut Grotowskiego, Sala Teatru Laboratorium

Spotkanie z Mirą Żelechower-Aleksiun poświęcone książce „Mira między A i Ż. Malarstwo (1966-2021)” z udziałem artystki, Zofii Gebhard, Waldemara Okonia, Aliny Drapelli-Hermansdorfer i Ewy Molendy-Pileckiej

prowadzenie: Mariusz Szczygieł

Wstęp wolny, wymagana rezerwacja bezpłatnej wejściówki na stronie Ośrodka Kultury i Sztuki we Wrocławiu (od 1 czerwca)

 

Opowieść głosu

sob.–wt 18–21.06, 16:00–20:00

Instytut Grotowskiego, Studio Na Grobli

Warsztaty prowadzone przez Ditte Berkeley

Zapisy do 11 czerwca

Zajęcia prowadzone w języku angielskim z możliwością tłumaczenia na język polski

 

Utopia

pon. 20.06, 19:00

Instytut Grotowskiego, Studio Na Grobli

Dyptyk Moniki Wachowicz i Jarosława Freta

Bilety: 25/35 PLN

Czas trwania: 130 min (z przerwą)

 

Cambio dolor. Wyznanie wiary

pt., niedz. 24, 26.06, 19:00

Instytut Grotowskiego, Sala Teatru Laboratorium

Monodram dokumentalny Pawła Pacyny

W ramach „Teatru na faktach”

Bilety: 25/35 PLN

Czas trwania: 75 min

Po pokazie spektaklu 24 czerwca, ok. godz. 20.30, odbędzie się spotkanie „O niebinarności w Polsce” (wstęp wolny)

 Koniec świata już był

sob. 25.06, 16:00 – początek wydarzenia

Instytut Grotowskiego, Piekarnia

Półmaraton czytań performatywnych

W ramach „Teatru na faktach”

Wstęp wolny

Podczas wydarzenia prowadzona będzie zbiórka datków na rzecz Fundacji Ukraina

informacja prasowa

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Mira Żelechower-Aleksiun: Pragnę zbliżenia z drugim człowiekiem… /wywiad/

Z Mirą Aleksiun - o jej malarstwie, a szczególnie o "Kalendarzu pamięci" - cyklu obrazów inspirowanym twórczością Bruno Schulza.

Mira Żelechower-Aleksiun, z archiwum artystki

Poprzez malarstwo opowiada Pani o doświadczeniu świata, o własnej duchowości, o swoich korzeniach wreszcie. Czy z Brunonem Schulzem, z którego inspiracji powstał cykl zatytułowany „Kalendarz pamięci”,  łączy Panią wspólnota pochodzenia, czy coś więcej: rodzaj duchowości? wrażliwości? W jakich okolicznościach powstał ten niezwykły cykl?

Cykl „Kalendarz pamięci” powstał w 2007 roku w przeciągu paru miesięcy. Zanim jednak zostałam zaproszona przez Double Edge Theatre – amerykańską grupę teatralną, która zamówiła u mnie scenografię do spektaklu na podstawie prozy Brunona Schulza, miałam w 2002 roku dużą wystawę w Lublinie. Grupa ta gościła wówczas w Polsce i widziała moje obrazy. W tym czasie odbyła się na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim sesja poświęcona Schulzowi. Podczas niej niemiecki badacz twórczości autora „Sklepów cynamonowych” – Jörg Schulte wygłosił bardzo interesujący wykład: „Wielka kronika kalendarza”. Dowodził w nim, że istnieje związek między „Sklepami …” a żydowskim kalendarzem, który stanowi „klucz do ukrytych konstrukcji” zbiorów prozy Schulza.  Zaczęłam czytać opowiadania Schulza pod takim kątem i odkryłam wyraźne aluzje. Dodam, że Schulz drażnił mnie w młodości. Piękne teksty, ale obrazy mnie obrażały – ta kobieta jako upostaciowanie zła.

Kalendarz Schulzowski, z archiwum artystki
Na prośbę Stacy Klein – założycielki i dyrektorki artystycznej Double Edge Theatre, zdecydowałam się jednak opracować tę scenografię. Wymyśliłam że to się może dziać po prostu w przestrzeni synagogi. Pomysł się spodobał i pojechałam do Ashfield, w stanie Massachusetts. Jednocześnie powróciłam do Schulza i zaczęłam go na nowo czytać. Spektakl został zaproszony do Nowego Jorku, do La MaMa Experimental Theatre i okazało się, że mogę zaprezentować wystawę w Nowym Jorku.
Punktem wyjścia do namalowania „Kalendarza pamięci” był jednak nie tekst, ale obraz. Otóż w holu domu Stacy pozostał ślad schodów. Dzięki temu tajemniczemu zbiegowi okoliczności wróciłam do domu z gotowym pomysłem: w swoim „Kalendarzu …” użyłam schodów. Dawały mi możliwość pokazania czasu. Swój cykl obrazów zaczęłam od Jom Kipur, bo jest to czas rozliczenia i stawania przed Bogiem. Fragmenty tekstów wpisywałam w obraz, użyłam także fragmentów grafik Schulza – jako cytatów. Wplotłam je w tematy związane z czytaniami Tory przypadającymi na odpowiedni czas. To była ogromna praca – dwumetrowe obrazy! Ich malowanie – robiłam to równocześnie, zaczynając od tła – było dla mnie niezwykłą przygodą. Powstawały w takim tempie, że miałam poczucie, że życie ze mnie uchodzi… Pięć pierwszych płócien pokazałam w Nowym Jorku w Instytucie Kultury Polskiej. Kiedy wróciłam, Grzegorz Bral, dyrektor Teatru Pieśń Kozła, z którym współpracuję,  zaproponował mi, żebym wystawiła obrazy podczas Brave Festival. Powiedział mi wtedy: „Zapraszam artystów, którzy życie oddają za to, co robią”… Obrazy miały zostać wyeksponowane w Synagodze pod Białym Bocianem, gdzie jest tyle odstępów między oknami, ile jest obrazów, a więc trzynaście.

Kalendarz Schulzowski, z archiwum artystki

Czy Pani stosunek do Schulza zmienił się? Co odczuwała Pani malując „Kalendarz pamięci”?

Intencją całej tej pracy była pamięć o Schulzu, z którym bardzo się w trakcie pracy zbliżyłam. Poczucie, że mogę przy nim trwać, to było …   Wprost nie mogłam się od niego oderwać! Dzieliłam z nim rozpacz niespełnionego życia,  wręcz identyfikowałam się z jego losem jako artysty. Tak bardzo było mi go żal, że zapragnęłam oddać mu hołd. W jakiś tajemniczy sposób zaczęłam wtedy myśleć również o moim ojcu, który zginął w tym samym czasie co Schulz, dwa miesiące po moim urodzeniu,  i któremu nie poświęciłam dotąd zbyt wiele uwagi, ponieważ nie był w nim obecny, a także  z powodu lojalności wobec mego ojczyma. To jest moje zapalenie świeczki za tych wszystkich … Więcej nawet – to jest akt wdzięczności, bo ja należę do tamtego pokolenia i wcale nie musiałam ocaleć, a jednak żyję.

Kalendarz Schulzowski, z archiwum artystki

Słowo pojawiało się w Pani twórczości od początku – a to w postaci cytatów, a to poprzez oryginalne tytuły, którymi opatrywała Pani swoje obrazy, np. „Katalog westchnień” 1978), „A tych, co kocham, przy tym sadzam stole” albo „Sączy się przenika, przecieka, ucieka, umyka, ulata” (1980)…

Ciągle miałam tę potrzebę mówienia… Kiedyś, w latach 70. zaproponowano mi wystawę w Galerii Jednego Obrazu. Namalowałam wtedy obraz, który zastąpił mi film. Było to wyobrażenie zupełnie filmowe – rodzaj panoramy. Ale miałam też potrzebę wygłoszenia czegoś i po drugiej stronie tego obrazu napisałam słowa Simone Weil. Tytuły obrazów to jak postawienie kropki na „i”. Myślenie o znaczeniu wykluwa się w procesie powstawania obrazu. Kiedy już wiem, piszę tytuł i obraz jest skończony.
Kalendarz Schulzowski, z archiwum artystki

Pani malarstwo jest zapisem nie tylko stanu ducha i myśli, ale również rodzajem dialogu z drugim człowiekiem. Czy zgodzi się z tym Pani?

Ależ tak! Nie wyobrażam sobie  sztuki bez odbiorcy. Doświadczyłam tego podczas wystawy „Kalendarza pamięci” w synagodze. Po namalowaniu tego cyklu byłam kompletnie pozbawiona sił, kiedy jednak zaczęli przychodzić ludzie i oglądać moje obrazy, siły zaczęły mi wracać. W filmie „Marina Abramoviċ – artystka obecna” pokazana została taka właśnie levinasowska sytuacja – dialog odbywa się twarzą w twarz i nie potrzeba wtedy słów. W takim obrazie jak „Koronczarka” Vermeera, przed którą stałam oniemiała podczas pobytu w Paryżu,  zawiera się ludzka duchowość. Ludzie są na taką sztukę zawsze otwarci, czego dowodzą te tłumy pragnące spojrzeć w twarz Mariny Abramoviċ.  Ja także pragnę zbliżenia z drugim człowiekiem. Pragnę dać mu coś, dzięki czemu się spotkamy.

Kalendarz Schulzowski, z archiwum artystki
Dziękuję za spotkanie.

Wywiad ukazał się pierwotnie na stronie Konkursu Ojczyzny Polszczyzny.

niedziela, 25 listopada 2018

Małe Wielkie Kolekcje: Kolekcja Bogdana Góreckiego w mia Art Gallery

W mia ART GALLERY trzecia prezentacja prywatnej kolekcji i po raz trzeci wyjątkowa wystawa. Bohaterem najnowszej prezentacji dzieł jest  Bogdan Górecki - historyk sztuki zafascynowany sztuką naiwną, szkłem, ceramiką, malarstwem i grafiką. 



Niezwykle różnorodna, prawdziwa, zachwycająca w swojej szczerości. Kolekcja zwyczajna i niezwyczajna. Obejmuje zbiór przeszło trzystu obiektów, zarówno tych klasy muzealnej, co prywatnych dowodów przyjaźni – dla właściciela – równie cennych.

Eugeniusz Get Stankiewicz, bez tytułu, technika mieszana, 33 x 33 cm, 1994

Jak pisze we wstępie do katalogu opiekun merytoryczny programu Małe Wielkie Kolekcje, prof. Waldemar Okoń:
 „Niektóre kolekcje przypominają „silva rerum” - las rzeczy wypełniony tajemniczą treścią, na którą składają się przedmioty zebrane przypadkowo i pośpiesznie, dary artystów, pamiątki niespodziewanych spotkań i trudnych niekiedy pożegnań. (…) Kolekcja Bogdana Góreckiego zawiera w sobie ów „las rzeczy” przypominany teraz dzięki naszej wystawie. Liczne obrazy, grafiki, rysunki,  szkło i ceramika, sztuka ludowa i stare meble.

Pojawiają się w niej nazwiska tak znanych artystów jak Hanna Krzetuska, Mira Żelechower-Aleksiun, Eugeniusz Get- Stankiewicz, Zbigniew Karpiński, Alfons Mazurkiewicz, Konrad Jarodzki, Edward Dwurnik, Eugeniusz Geppert, Andrzej Klimczak-Dobrzaniecki, Krystyna Cybińska, Bronisław Wolanin, Henryk Albin Tomaszewski, ale też takie, o których historia sztuki zapomniała lub z jakichś nie do końca często jasnych powodów, nie chciała pamiętać…”

grafiki autorstw Eugeniusza Geta-Stankiewicza, fot. Linda Parys


Bogdan Górecki (1939-2018)

Urodził się 2 lutego 1939 r. w Mołodecznie na Białorusi. Ukończył średnią  szkołę w Zielonej Górze. W latach 1960 -  1965 studiował historię sztuki na Uniwersytecie we Wrocławiu. Równolegle z historią sztuki  rozpoczął studia na kierunku Archeologii Polski, które zakończył 1967 r. W czasie studiów ukończył także Zaoczne Studium Filmowe przy Wojewódzkim Domu Kultury we Wrocławiu (1963-1966).

Edward Dwurnik, Lament., olej na płótnie, 1986, 113 x 146 cm

Po ukończeniu studiów pracował jako kierownik w Klubie Robotniczym PKP we Wrocławiu na Gądowie (1966-1972), Wydziale Kultury dla m. Wrocławia i woj. Wrocławskiego, a także Biurze Wystaw Artystycznych. W latach 1973-1979 prowadził Galerię Pracowni Sztuk Plastycznych Jatki, w której odbyło się w tym czasie wiele interesujących wystaw (m.in. „Sztuka Kobiet”, wystawa malarstwa Hanny Krzetuskiej). W 1979 r. rozpoczął pracę w Biurze Wystaw Artystycznych jako specjalista do spraw programowych, pełniący obowiązki dyrektora. W 1983 r. po zorganizowaniu wystawy Edwarda Dwurnika, która poruszała tematykę Sierpnia 1980 oraz stanu wojennego, został zwolniony z pracy. W tym samym 1983 r. rozpoczął pracę w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. Od 1984 do 1995 w imieniu Muzeum organizował Dział Polski na Międzynarodowym Konkursie Ceramiki Artystycznej w Faenzie (Włochy).

Józef Hałas, Portret Hanny Krzetuskiej, tusz na papierze, 1983, 25 x 17 cm

W 1986 r. współdziałał z Mariuszem Hermansdorferem przy organizacji cyklu wystaw „Nasza Galeria”.   W 1987 r. Bogdan Górecki objął kierownictwo Działu Ceramiki i Szkła w Galerii Sztuki XX w., od 1990 r. na stanowisku kustosza. Oprócz malarstwa interesował się od dawna ceramiką i szkłem artystycznym, zwłaszcza twórczością plastyków związanych z wzornictwem przemysłowym. Przygotował  wiele ekspozycji popularyzujących kamionkę bolesławiecką i twórczość wybitnego projektanta Bronisława Wolanina.

Henryk Tomaszewski, szkło sodowe dymne, wolno kształtowane na gorąco, 1960-1970, wys. 50 cm

Posumowaniem jego studiów nad kamionką jest bogato ilustrowane opracowanie "Bolesławiecka Ceramika  Artystyczna 1950-2000, Bolesławiec 2000. Z wystaw z dziedziny szkła użytkowego wyróżnić należy ekspozycję Reginy i Aleksandra Puchałów, projektantów w hucie „Julia” w Szklarskiej Porębie, Eryki i Jana Drostów w hucie szkła gospodarczego „Ząbkowice” w Dąbrowie Górniczej czy Stefana Sadowskiego w hucie  „Sudety” w Szczytnej.  Podsumowaniem jego prac z zakresu szkła artystycznego jest katalog zbiorów "Ceramika i szkło polskie XX wieku", Muzeum Narodowe,  Wrocław 2004, w którym opracował część dotyczącą szkła.

zdjęcie z ekspozycji, praca Anny Malickiej Zamorskiej, Łysa Śpiewaczka, porcelana, lata 70-80te. ,
wys. 15 cm, fot. Linda Parys

W 2005 r. w ogólnopolskim Konkursie  MKiS w kategorii "Dokonania z zakresu działalności naukowej"| katalog otrzymał Główną Nagrodę – Sybillę. Katalogowi zbiorów towarzyszyła wystawa, której komisarzem był Bogdan Górecki. W 2004 r. przeszedł na emeryturę, ale przez wiele lat nadal współpracował z Muzeum. Zmarł 3 marca  2018 r. otoczony troskliwą opieką rodziny i przyjaciół.

zdjęcie z ekspozycji for. Linda Parys

Kolekcja Bogdana Góreckiego 
27 listopada – 14 grudnia 2018
mia ART GALLERY
ul. Św. Mikołaja 61-62
50-127 Wrocław
Autor ekspozycji: Bogusław Deptuła
Opiekun merytoryczny programu: prof. Waldemar Okoń
Godziny otwarcia galerii
wt. – pt. 12:00 – 18:00
sob.12:00 – 16:00

Organizator: mia ART GALLERY
Partnerzy: Fundacja All That Art, Sleepwalker.pl, fabrykasensu.pl

informacja prasowa

piątek, 17 maja 2019

Wystawa "Statek Robinsona" w klasztornych wnętrzach wrocławskiego Muzeum Architektury

Galeria Miejska zaprasza na wystawę "Statek Robinsona" prezentowaną w Muzeum Architektury we Wrocławiu. Idea przewodnia wystawy odwołuje się do przykładu Robinsona Crusoe, który po katastrofie statku z wraku wszelkie możliwe dobra. W klasztornych wnętrzach muzeum, zaaranżowanego na zdruzgotany żaglowiec, można zobaczyć prawie 190 dzieł 55 artystów z Polski, Czech, Słowacji i Węgier. Na ekspozycję składają się malarstwo, szkło, grafika, rzeźba i fotografia.


W swoim tekście pt. "Etyka krainy elfów" Gilbert Keith Chesterton porównuje naszą cywilizację do rozbitego żaglowca, z którego bohater słynnej książki Daniela Defoe, Robinson Cruzoe, wyławiał wszelkie przedmioty przydatne mu do życia na bezludnej wyspie. Jak zauważył brytyjski pisarz, nasza cywilizacja w pewien sposób przypomina statek po katastrofie, natomiast dzieła sztuki stanowią jeden z elementów umożliwiających nam ratunek wartości określających nasze człowieczeństwo, a więc Prawdy, Piękna oraz Dobra, które, abyśmy mogli przetrwać jako ludzkość, w każdej generacji powinny być ratowane.

Wobec tego główną ideą zorganizowanej w poklasztornych przestrzeniach Muzeum Architektury we Wrocławiu ekspozycji jest nawiązanie za pośrednictwem twórczości wizualnej współczesnych artystów do tradycyjnych europejskich wartości. Wartości, które jako korzenie naszej cywilizacji, wymagają ocalenia i troski – zwłaszcza w dzisiejszym świecie, w którym wiele spośród pielęgnowanych niegdyś idei i norm staje się odpowiednikiem pozostałości po rozbitym statku.

Na potrzeby ekspozycji "Statek Robinsona" sale wystawiennicze zaaranżowano scenograficznie jako wrak zdruzgotanego żaglowca z umiejscowionymi pomiędzy jego szczątkami pracami artystów.
Wystawa gromadząca około 190 prac stanowi jeden z największych pokazów sztuki figuratywnej Europy Środkowo-Wschodniej.
W ekspozycji bierze udział 55 zarówno młodych i obiecujących, jak i uznanych już artystów z Polski, Czech, Słowacji i Węgier. Wśród zaprezentowanych prac znajduje się zarówno malarstwo, grafika, fotografia, jak i rzeźba czy obiekty szklane.

Wystawa "Statek Robinsona" potrwa do 28 lipca 2019 roku. 

Kurator: Mirosław Jasiński
Współkuratorzy: Krisztina Jerger (Węgry), Ivana Moncolova (Słowacja) oraz Martin Mainer (Czechy)

Artyści prezentowani na wystawie:
Agata Agatowska (PL), Paweł Baśnik (PL), Zofia Błażko (PL), Imre Bukta (HU), Julia Curyło (PL), Małgorzata Dajewska (PL), Adam Dallos (HU), Andrzej Dudek-Dürer (PL), Jana Farmanova (SK), László Fehér (HU), Paweł Frąckiewicz (PL), Marcelina Groń (PL), Krzysztof Izdebski-Cruz (PL), Andrzej Jarodzki (PL), Adam Kaspar (CZ), Marcin Kołpanowicz (PL), Aleksander Kozera (PL), Silvia Krivošíková (SK), Tomasz Kucharski (PL), Jarosław Kukowski (PL), Henryk Laskowski (PL), Witold Liszkowski (PL), Ida Łotocka-Huelle (PL), Maciej Łubowski (PL), Mária Machatová (SK), Martin Mainer (CZ), Julita Malinowska (PL), Mariusz Mikołajek (PL), Miroir Noir (Miloš Kopták and Rai Escalé) (SK), Zdzisław Nitka (PL), Jacek Paluch (PL), Ryszard Paprocki (PL), Samuel Pauco (CZ), Kazimierz Pawlak (PL), Daniel Pawłowski (PL), Daniel Pielucha (PL), Rastislav Podoba (SK), Miro Polach (CZ), Tomasz Poznysz (PL), Olga Prokop-Miśniakiewicz (PL), Artur Przebindowski (PL), Judit Rita Rabóczky (HU), Zbynek Sedlecky (CZ), Krzysztof Skarbek (PL), Jan Szczepan Szczepkowski (PL), Anna Szpakowska-Kujawska (PL), Janusz Szpyt (PL), Adam Šakový (SK) , Pavel Šmid (CZ), Veronika Šramatyová (SK), Jan Triaska (SK), Przemysław Tyszkiewicz (PL), Péter Ujházi (HU), Tomasz Urbanowicz (PL), Anna Wypych (PL), Mira Żelechower-Aleksiun (PL).

informacja prasowa

"Statek Robinsona", zapowiedź wystawy

wtorek, 8 stycznia 2019

Justyny Kisielewicz American Dream /wywiad/

Rozmawiam z utalentowaną i docenianą w Stanach artystką Justyną Kisielewicz - o szlachetnych uzależnieniach, wymyślaniu kolorowych światów w miejsce szarych, ale także o trudach tworzenia i ... bycia sobą.

Justyna Kisielewicz, fotografia z archiwum artystki
Barbara Lekarczyk-Cisek: Rozmawiałam kiedyś z wiekowym profesorem, Konradem Jarodzkim, który był z zawodu architektem i dopiero na emeryturze mógł oddać się swojej prawdziwej pasji – malarstwu. Wygłosił wówczas charakterystyczne zdanie, które zabrzmiało jak credo: „Maluję, więc jestem”. A przy tym, zapytany o inspiracje, odpowiedział, że malowanie nie jest w jego przypadku pochodną natchnienia, lecz jest to codzienne zajęcie, które nadaje jego życiu sens. Twoja droga do zawodu artysty malarza także jest dość skomplikowana...

Justyna Kisielewicz: Mogłabym się pod tym podpisać, ale u mnie jest to coś bardziej integralnego, bo maluję nawet wtedy, gdy … śpię (śmiech). W związku z tym często nie mogę zasnąć. Wtedy mój Mózg mówi do mnie: „Hej, Justyna, dobrze, że się położyłaś, bo możemy teraz coś wymyślić”. Na co próbuję zaprotestować: „Nie, Mózgu, nie będziemy teraz bawić się w tę grę”, ale już wiem, że jestem na przegranej pozycji. I rzeczywiście, Mózg kontynuuje: „Mam fajny pomysł na obraz, a może nawet na całą serię obrazów. Co ty na to?  Zaraz ci pokażę”. I wtedy w mojej głowie pojawiają się obrazy. Spoglądam na zegarek i myślę sobie, że nie wstanę, że na pewno będę pamiętać je rano. Tymczasem Mózg jest nieustępliwy. „Nie będziesz pamiętać – przekonuje. Musisz wstać, wziąć zeszyt, przybory do rysowania – są w zasięgu ręki...”

Domyślam się, że wtedy wstajesz i nie kładziesz się już do rana…

Wstaję, robię zapiski, rysuję szkice, wymyślam też format, gamę kolorystyczną…, Ale zabawa dopiero się rozkręca, bo Pan Mózg podpowiada: „Słuchaj, ale od tego możemy pójść w tę stronę, a potem jeszcze w następne”. I tak to zaczyna się nakręcać. Faktem jest, że malować muszę codziennie. Gdy tego nie robię, zamieniam się w bestię.

Malowanie jest więc pozbywaniem się swojego potwora?

Kiedyś miałam operację i nie malowałam przez tydzień. Byłam bardzo nieszczęśliwa i w końcu doszłam nawet do wniosku, że moje życie nie ma sensu. Chirurg, który mnie operował, stwierdził wówczas, że jestem silnie uzależniona i że malowanie wyzwala endorfiny.

Czy tak było zawsze, czy też "uzależnienie" (może nie powinnam tego ujmować w cudzysłów?) przyszło z czasem?

Tak było od kiedy pamiętam. Stale coś bazgrałam. Mając trzy lata „ozdobiłam” Mamie pracę magisterską, a był to rękopis… Poza tym miałam mnóstwo zeszytów z rysunkami. Malowałam na lekcjach i po nich, a w wieku około siedmiu lat chodziłam także na zajęcia z malarstwa. Nie poszłam jednak studiować na Akademię Sztuk Pięknych, bo bardzo poważnie zachorowałam. Egzaminy na tę uczelnię trwają kilka miesięcy, począwszy od przygotowania tzw. teczki, poprzez egzaminy praktyczne, a skończywszy na teoretycznych. Wtedy był to dla mnie zbyt wielki wysiłek. Odłożyłam je więc na jakiś czas i zdałam egzamin na amerykanistykę w Wyższej Szkole Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki. Zrobiłam także dyplom magistra na Wydziale Nauk Politycznych UW. A w międzyczasie pracowałam w Luxmedzie, zaznałam więc trochę życia i posmakowałam pracy w korporacji. W pewnym momencie dopadła mnie jednak refleksja, że jestem w miejscu kompletnie sobie obcym. To było tak mocne wrażenie, jakbym się dusiła. I wtedy ruszyłam na akademię. I dostałam się!


A co malowałaś w tym czasie?

Malowałam bardzo różne obrazy, ale już wtedy pojawiły się moje „disnejowskie tematy”. Ich początki sięgają pierwszej klasy szkoły podstawowej. Wszystkie miałyśmy wtedy szare, jednakowe zeszyty, ale obok mnie siedziała dziewczynka, której mama była tłumaczką z języka niemieckiego i przywoziła jej z RFN kolorowe, błyszczące zeszyty, na których widniały Myszki Mickey, kucyki Pony. Miała także tornister z Myszką Mickey… Ponieważ nie chciała się dzielić swoimi skarbami, pozostało narysowanie sobie ich. W ten sposób mogłam nawet mieć więcej różnych postaci, a moje rysunki były bardziej różnorodne.
Nie ukrywam, że ciągle jest we mnie dziecko, które chodzi na filmy Disney`a.  Jak się dorasta w szarym blokowisku, w mieszkaniu o powierzchni 40 metrów kwadratowych, gdzie dzieli się pokój z bratem i donasza po nim ubrania, to marzy się o całkiem innym świecie. Na szczęście, miałam umiejętność znalezienia czegoś dla siebie i dążyłam do tego wytrwale. Dlatego znalazłam się w końcu w Ameryce, bo w Polsce także trudno mi było się przebić z tym, co robię.

Czy byli na ASP profesorowie, którzy wywarli na Ciebie wpływ, czy też byłaś już w jakimś sensie „gotowa”? 

Byłam gotowa, ale nie miałam świadomości, że właśnie to powinnam robić. Kiedy jesteśmy dziećmi, malujemy intuicyjnie - wybieramy kolory, które się nam podobają, ale później staramy się malować tak, jak oczekują tego inni albo sądzimy, że tego oczekują. Kiedy na II roku mogłam już wybrać profesora, u którego miałam robić dyplom, mój wybór padł na Leona Tarasewicza, który miał na Akademii złą sławę, bo jak wieść niosła, rzucał w studentów krzesłami i obrzucał ich wyzwiskami. Dla mnie było to swoiste wyzwanie, z którym chciałam się zmierzyć. Leon rozmawiał ze wszystkimi studentami, którzy wybrali jego pracownię, aby ich lepiej poznać i zorientować się, czy wytrwają z nim do końca. Na początku malowaliśmy to, co nam polecił i był w tym bezlitosny.

Justyna z prof. Leonem Tarasewiczem, zdjęcie z archiwum artystki
Jednym z pierwszych ćwiczeń było malowanie kaczek w stawie, ze sztuczną palmą, które ustawił w Akademii na Krakowskim Przedmieściu. Kaczki śmierdziały i miotały się, wszyscy byli „oburzeni” tym, co się dzieje, ale Leon nie przejmował się konwenansami. To było trudne zadanie - kaczek nie  można było namalować, ale w ten sposób otwierał nas na różne wyzwania. Na kolejnym roku nie mógł nam już ustawiać planu, bo był zajęty swoją wystawą i wtedy musieliśmy się szybko „usamodzielnić”, tzn. po prostu zacząć malować. Po dwóch latach prowadzenia wcale nie było to łatwe. Próbowałam różnych kierunków w sztuce, w tym hiperrealizmu i wtedy Leon powiedział, że maluję równie wspaniale jak … komputer. I że skoro pokazałam, że umiem malować w różnych stylach, to przyszedł czas, aby malować "po swojemu". Zapytał mnie, co lubiłam malować w dzieciństwie, jakich używałam kolorów, a potem polecił, abym powróciła do tego, co sprawiało mi frajdę i zastanowiła się, co też teraz mogłabym z tym zrobić.

Taki mądry pedagog to rzadkość…

Tak, Leon Tarasewicz był moim Sokratesem, który wydobył ze mnie to, co już posiadałam, ale nie miałam świadomości, że to istotne i dodał mi odwagi, aby to pokazać światu. To była najlepsza rzecz, jaka mogła mnie spotkać na Akademii. Leon swoim autorytetem sprawił, że zrozumiałam, że mogę robić to, co naprawdę należy do mnie. Z taką decyzją wiązały się także różne problemy, bo nie jest to estetyka lubiana przez Akademię. Skutek był taki, że na IV roku zostałam wyrzucona z Pracowni Rysunku, co mogłoby skutkować nieukończeniem ASP. Na szczęście, z pomocą znowu  przyszedł nieoceniony Leon, który przekonał profesora innej Pracowni Rysunku, że trzeba mi pomóc. Ten okazał się równie wspaniałym pedagogiem jak Leon i jestem mu za to bardzo wdzięczna.

Justyna podczas obrony dyplomu, 2011 r., zdjęcie z archiwum artystki

Jak wyglądała Twoja kariera artystyczna po skończeniu studiów?  Początki przeważnie są trudne…

W dniu ukończenia studiów jeden z profesorów „podbudował” mnie mówiąc, że gdyby wiedział, jak będę malować, to nie dopuściłby mnie do studiów na Akademii. I że z pewnością teraz zasilę grono bezrobotnych, Zupełnie inaczej wygląda to w Stanach, gdzie na koniec studiów wygłasza się do absolwentów mowę, w której zachęca się ich do działania i utwierdza, że świat stoi przed nimi otworem. Tak czy owak początki zawsze są trudne. Mnie Mama dała dwa lata na rozwój kariery. Potem miałam sobie poszukać pracy. To była bardzo komfortowa sytuacja. A ponieważ miałam odłożone pieniądze z korepetycji, których latami udzielałam, wykorzystałam je na rozsyłanie katalogów ze swoimi pracami do galerii na całym świecie. W masie negatywnych odpowiedzi znalazła się jedna pozytywna – z Berlina. I tak to się zaczęło. Katalog pochodził z mojej pierwszej wystawy w Galerii MiTo w 2011 roku. Widziało ją wiele osób, pojawiło się też wielu kolekcjonerów.

Brałam także udział w Targowiskach Sztuki, organizowanych przez studentów i absolwentów ASP. Wyglądało to tak, że raz w miesiącu prezentowało się i sprzedawało swoje obrazy. Za każdym razem udawało mi się coś sprzedać, a także poznać wiele osób. Dopiero potem pojawiły się Aukcje Młodej Sztuki i w ogóle nastąpił rozkwit rynku młodej sztuki. Kiedy oddałam swoje obrazy do DESA, gdzie bardzo dobrze się sprzedały, zostałam niejako zweryfikowana przez rynek.

Czy wystawa w Berlinie była Twoją pierwszą ekspozycją zagraniczną?

Najpierw nawiązałam współpracę z galerią, której właściciel kupował moje obrazy, a w 2016 roku zorganizował moją wystawę indywidualną.

Justyna Kisielewicz, Americana, zdjęcie ze strony internetowej artystki

Obecnie mieszkasz w Stanach Zjednoczonych – jak się tam znalazłaś?

Dość nieoczekiwanie! W 2014 roku pokazałam swoje obrazy na Instagramie.  Dostałam wówczas odpowiedź z San Francisco, a wkrótce potem z galerii w Sidney. Do San Francisco zostałam zaproszona w 2015 roku, podobnie do Sidney, gdzie miałam wystawę indywidualną.

I Ameryka  zdumiewająco szybko zaakceptowała Twoją poetykę. Jak sądzisz, dlaczego tam było Ci łatwiej zaistnieć?

Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że tak będzie. Uważałam, że prezentowanie w Ameryce prac w poetyce kolorowo-disneyowskiej jest wiezieniem drewna do lasu. Myliłam się! Jeden z krytyków napisał, że moje prace uświadamiają Amerykanom, mającym kompleks niższości wobec Europy, że ich kultura jest ważna. Okazuje się, że jest znana na całym świecie i że może się okazać dla kogoś takiego jak ja, artystka zza "żelaznej kurtyny", istotnym przeżyciem.

Jednak sporo Twoich prac nawiązuje do malarstwa europejskiego, cytując sceny a to z Jean Louisa Davida, a to z  Jean-Augusta-Dominika Ingresa…

To się zaczęło dopiero w Stanach. Kiedy się tam znalazłam, miałam okazję obcować z nadzwyczajnymi kolekcjami sztuki europejskiej, których jest mnóstwo w amerykańskich muzeach. Te moje obrazy-cytaty obrazują Europejczyka w Ameryce. Okazuje się, że z tej perspektywy one mówią o kondycji człowieka.
Justyna Kisielewicz, Salvator Mundi, zdj. ze strony internetowej artystki

Najczęściej powtarzającą się postacią na Twoich obrazach jesteś Ty sama. Czy właśnie Twoje autoportrety mówią o kondycji współczesnego człowieka? Czy może jest to taka prowokacja?

Wiele osób sądzi, że mam narcystyczną obsesję, a tymczasem wcale tak nie jest. To nie są pochlebne autoportrety, przeciwnie – pokazują negatywne strony życia. O wiele łatwiej byłoby ukazać w nich kogoś innego, nie siebie. W ten sposób biorę odpowiedzialność i nie czuję się lepsza od innych. Od dzieciństwa nie bałam się mówić tego, co myślę, a poza tym mam do siebie dystans. Ktoś mnie nawet porównał do Cindy Sherman, która również pokazuje siebie w różnych rolach, niekoniecznie pochlebnych.

W minionym roku miałaś w Stanach aż dwanaście wystaw. Czy przygotowując prace na wystawę dobierasz je tematycznie, czy też malujesz je dedykując każdej ekspozycji, jej tematowi, osobno? Co pragniesz ludziom powiedzieć przez swoją wystawę?

Bywa różnie. Przygotowując wystawę w Sidney dostosowałam się do sugestii właściciela galerii, który wymyślił tytuł wystawy: „Dorastanie jest przereklamowane”. W Stanach istnieje obyczaj, że najpierw należy zbudować relacje.  Przy tym obopólnym poznawaniu się jest też możliwość zaproponowania czegoś od siebie. Mam szczęście wystawiać swoje prace u ludzi, które mają podobny rodzaj wyobraźni i wrażliwości. Zdarzyło mi się też przekonać innych do tego, co robię. Tak czy owak najważniejsza w Stanach jest story. Ci, którzy traktowali wątki disnejowskie powierzchownie i komercyjnie, dowiadują się raptem, że stoi za tym cała opowieść. I to im się bardzo podoba!

wystawa
W przypadku wystaw indywidualnych, jak ta w San Francisco, chodziło o to, aby pokazać Amerykę z perspektywy przybysza z Europy. Z kolei tytuł mojej ostatniej wystawy w Oregonie brzmiał: „Ameryka jest cudownym miejscem do życia” i wiele osób sądziło, że jest ironiczny. Podczas wernisażu wystawy istnieje obyczaj zadawania pytań artyście. Moja rozmowa z publicznością trwała całą godzinę i udało mi się ich przekonać, że mają wspaniały kraj i kulturę (śmiech). Mało tego, wiele osób się popłakało. To było niesamowite przeżycie!

Twoje doświadczenie pokazuje, jak istotna jest rozmowa z artystą. Najczęściej na wernisażu artysta nie zabiera głosu, mówi kurator, a potem wszyscy krążą z kieliszkami wśród obrazów. Jedyny wyjątek we Wrocławiu stanowi Mira Żelechower-Aleksiun, która nawiązuje ze swoimi widzami dialog. Dla mnie te spotkania z Mirą i jej obrazami były przez to fascynujące.

Wernisaż wystawy „Ameryka jest cudownym miejscem do życia” także był dla mnie takim przeżyciem.  Chyba najważniejszym z dotychczasowych wystaw. Nie tylko ja mówiłam, ale miałam też niezwykłą okazję dowiedzenia się, co myślą widzowie. A następnego dnia prowadziłam warsztaty dla studentów i dla innych chętnych i okazało się, że uczestników jest bardzo wielu. Ponownie mogłam przekonać się, jak ważny i potrzebny jest bezpośredni kontakt. Studenci mieli na zaliczenie napisać analizę jednego z moich obrazów, co stało się kolejnym powodem do tego, aby się dowiedzieć, jak moje prace rezonują z uczuciami ludzi. To było dla mnie ważne doświadczenie, ponieważ maluję dla ludzi, a nie dla krytyków sztuki.

Wernisaż z wystawy w San Francisco, zdj. ze strony internetowej artystki
To, o czym mówisz, jest niezmiernie interesujące, bo dowodzi, że potrafisz nie tylko oddziaływać za pomocą swoich obrazów, ale również otwierać ludzi, słuchać ich, wchodzić z nimi w dialog.  Stwarzasz swoim widzom przestrzeń do osobistego przeżycia i wypowiedzi. 

Tak. Nawet głosy krytyki były po tej wystawie przychylne. Jeden z krytyków ocenił ją jako wydarzenie, a wernisaż - jako najlepszy, w jakim uczestniczył. Miałam potem wielkie uczucie spełnienia, bo że dotarłam ze swoją sztuką do tylu ludzi.

Wobec tego pozwól, że powrócę do początku naszej rozmowy i zapytam, jak tworzysz, bo domyślam się, że nie tylko wtedy, gdy śpisz :-)

To jest okropne, wierz mi! Ponieważ mam mnóstwo pomysłów, postanowiłam przejść na mniejszy format, łudząc się, że to przyśpieszy proces malowania. Jednak Pan Mózg oznajmił kategorycznie, że może być mniejszy format, ale muszę dodać więcej detali… Ciągle coś szkicuję, bo pomysły przychodzą nagle i lawinowo. Ostatnio szkicowałam w taksówce na chusteczce do nosa, którą dał mi litościwy kierowca, bo nic przy sobie nie miałam.  Chociaż malowanie czy rysowanie jest samotną pracą, to jednak istotną rolę odgrywają wcześniejsze spotkania z ludźmi, jakieś strzępki rozmów, filmów, książek, zapamiętane z ulicy pojedyncze obrazy…

Kiedy w takim razie żyjesz zwyczajnym życiem, skoro cały czas malujesz?

Ja żyję malowaniem! Muszę, bo inaczej zmieniam się w okropnego gremlina.  Dopóki maluję, jestem miła dla otoczenia, więc każdemu zależy na tym, abym jednak nie ustawała :-) Nawet teraz, kiedy rozmawiamy, musiałam zanotować kolejny pomysł Pana Mózgu. Uczucie niedosytu towarzyszy mi bez ustanku. Kiedy maluję obraz, przepełnia mnie uczucie podobne do zakochania. Codziennie muszę zasiąść do sztalugi – to imperatyw. Moje obrazy są tylko pozornie różne i jakby niespójne. Jednak są one wyrazem różnych doświadczeń i przeżyć. A przy tym nie lubię zamykać się w jednej formule, pragnę zaskakiwać moich widzów.

Nad czym pracujecie z Panem Mózgiem obecnie?

Przygotowuję wystawę w galerii w San Francisco. Chcę na niej zaprezentować cykl „Ikony”. Mam także plan na kolejne trzy wystawy w tym roku. Na razie. Muszę, bo to jest moje życie i staram się go nie zmarnować.

Kończmy wobec tego tę rozmowę, bo z punktu widzenia Pana M. to strata czasu :-) Powodzenia!


Justyna Kisielewicz, zdjęcie z archiwum artystki
Justyna Kisielewicz - polska artystka - malarka mieszkająca w Kalifornii. W 2011 roku otrzymała tytuł magistra sztuk pięknych z wyróżnieniem na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, w pracowni Leona Tarasewicza.  Jej obrazy były wystawiane w galeriach i muzeach w Warszawie, San Francisco, Teksasie, Oregonie, Sydney i Berlinie.
W 2017 obraz autorstwa Justyny Kisielewicz zostały zakupiony do stałej kolekcji Muzeum Narodowego w Gdańsku. W tym samym roku jej prace trafiły także do kolekcji amerykańskich gigantów technologicznych, wśród których znalazły się: Atrium i Rock Star Games.

Zainteresowanych twórczością Justyny Kisielewicz odsyłam do jej strony internetowej

🎶 Konkurs Szymanowskiego wraca do Katowic 🎻

NOSPR to nie tylko regularny sezon koncertowy. To także festiwale, projekty i wydarzenia specjalne, które na dłużej zostają w pamięci. Bez w...

Popularne posty