Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Mariusz Hermansdorfer, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Mariusz Hermansdorfer, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 grudnia 2017

Krzysztof M. Bednarski: Najistotniejsze jest to, co niewidzialne /wywiad/

O swoich związkach z Teatrem Laboratorium, przełomowej podróży do Afryki, inspiracjach poezją, filmem i wizerunkami Karola Marksa, a także operowaniu pustką i dźwiękami kosmosu opowiedział wybitny rzeźbiarz Krzysztof M. Bednarski.
Krzysztof Bednarski, selfie artysty
Barbara Lekarczyk-Cisek: Pańskie prace są obecnie prezentowane we Wrocławiu na trzech wystawach: w Pawilonie Czterech Kopuł, BWA, a także na otwartej niedawno w Galerii Art Main Station by mia ekspozycji ”Ubi sunt?”. Szczęśliwy zbieg okoliczności dla rzeźbiarza, który mieszka pomiędzy Warszawą a Rzymem?
Krzysztof M. Bednarski: We Wrocławiu wystawiałem wielokrotnie, m. in. w 2010 roku miałem w Muzeum Narodowym dużą wystawę, której kuratorem był Mariusz Hermansdorfer. Są też trwale ślady mojej tu obecności. Zaledwie przed rokiem, w 25. (sic!) rocznicę śmierci Ryszarda Cieślaka, został odsłonięty nagrobek  według mojego projektu, z moją rzeźbą (wcześniej był tam tylko drewniany krzyż z tabliczką zrobioną przez Geta-Stankiewicza). Mało kto wie również, że jestem autorem płaskorzeźby w Narodowym Forum Muzyki: portretu architekta Stefana Kuryłowicza, którego, tak jak Ryszarda, dobrze znałem… Kiedy zacząłem przyjeżdżać do Wrocławia w latach 70., było to wyjątkowe dla kultury miasto, o czym można było się przekonać niedawno oglądając wystawę ”Dzikie pola. Historia awangardy wrocławskiej”, prezentowanej w warszawskiej Zachęcie, gdzie pokazano również moje plakaty z tamtych lat. Do Instytutu Grotowskiego ściągały pielgrzymki młodych ludzi z całego świata, a Dworzec Główny był takim szczególnym miejscem, gdzie można było nocą spotkać Jerzego Grotowskiego i Ludwika Flaszena, dyskutujących przy mocnej herbacie w dworcowej restauracji.
Był Pan więc we Wrocławiu częstym gościem, szczególnie z powodu Teatru Laboratorium i tworzących go ludzi…
Tak, stąd pomysł tej wystawy, która ma upamiętniać ludzi uprawiających tak nietrwałą sztukę, jaką jest teatr. Dopiero po latach zdałem sobie sprawę, jaki to miało wpływ na mnie i na moją sztukę. Pierwsze plakaty zrobiłem dla Grotowskiego w 1976 roku, w okresie parateatralnym, można więc powiedzieć, że we Wrocławiu zaczynałem. Grot rozpoczął wówczas nowy okres działalności  i chciał to zaznaczyć również w materiałach graficznych. Powierzył ich wykonanie mnie – studentowi drugiego roku rzeźby, można powiedzieć: amatorowi, mimo iż wówczas we Wrocławiu działało wielu wybitnych plakacistów. Dał mi buty na wyrost.
Jednak nie był Pan kimś obcym, uczestnicząc w projektach parateatralnych i przyjaźniąc się z członkami zespołu Teatru Laboratorium.
Krzysztof M. Bednarski, Thanatos polski, 1984
Rzeczywiście, moimi najbliższymi przyjaciółmi byli Jackiem Zmysłowski i Leszek Kolankiewicz, którzy tworzyli nową generację tego zespołu, a Jacek miał być nawet następcą Grota, ale nie doszło do tego z powodu jego przedwczesnej śmierci.
Przy zastrzeżeniu, że po latach człowiek ma skłonność do mitologizowania pewnych przeżyć, uważam jednak, że tamte czasy były wspaniałe. Nie czuło się zniewolenia ani tego, że funkcjonujemy na jakimś marginesie, bo teatr był miejscem spotkań  ludzi otwartych i twórczych. Uczestniczyłem we wszystkich projektach parateatralnych, zobligowany do tego przez Jerzego Grotowskiego, choć nie do końca z tym się utożsamiałem. Nie naśladowałem Mistrza, ale chciałem być blisko niego. W sprawach projektów dawał mi całkowitą wolność. Aby uniezależnić się od ograniczeń biurokratycznych i wydłużonego w tamtych czasach procesu poligraficznego, przywiozłem z Paryża materiały do serigrafii, których nie udało mi się wykorzystać dla Grotowskiego, a to z powodu wprowadzenia stanu wojennego, a w konsekwencji - rozwiązania teatru. Posłużyły za to do druku "Tygodnika Wojennego".
Moje powroty do Wrocławia i fakt, że jestem tu znowu ze swoimi pracami, świadczy o pewnym domykaniu się czasu. Pozostaje jednak retoryczne pytanie: Gdzie oni są? 
Pamięć jest w Pańskiej sztuce bardzo mocno obecna, nie tylko w odniesieniu do tej wystawy. Mnie osobiście bardzo poruszyły Pańskie prace, które widziałam w Pawilonie Czterech Kopuł: ”Dom mojego ojca” i ”Walizka Schulza”.
Krzysztof M. Bednarsk, Dom mojego ojca
Każda z tych prac ma swoją historię. Walizka pochodzi ze Lwowa, skąd przywieźli ją moi rodzice. Natrafiłem na nią w stanie wojennym i odkryłem w niej zdjęcia dotyczące miejsc stanowiących historię mojej rodziny, których ja już nigdy nie zobaczę, m.in. domu rodzinnego mojego ojca.
W kolekcji MN we Wrocławiu jest tez mój ”Thanatos polski”, praca, którą zrobiłem w 1984 roku i poświęciłem pamięci przyjaciół z Teatru Laboratorium. „Thanatos polski” to był tytuł ostatniego wspólnego przedsięwzięcia zespołu – starszej i młodszej generacji, Jerzego Grotowskiego. Potem, w bardzo krótkim czasie, nastąpił tragiczny okres kolejnych śmierci jego członków.
Czy przełomowe dzieło Pańskiej twórczości - "Moby Dick" – ma również takie osobiste konotacje?
Moby Dick, jacht nad Wisłą
W 1986 roku odbyłem podróż do Afryki, do miejsca szczególnego: do Togo, aby zobaczyć się z synem, którego nie widziałem od paru lat.  Ta podróż zmieniła moje podejście do życia i do sztuki. Jak w chasydzkiej opowieści: trzeba odbyć daleką podroż, żeby znaleźć to, czego szukamy, w miejscu naszego zamieszkania. Kiedy wróciłem do Warszawy, zobaczyłem nad Wisłą łódź przysypaną śniegiem, stąd skojarzenie z białym wielorybem – Moby Dickiem, a zarazem z łodzią Ahaba ze znanej powieści Hermana Melville'a. To swoista hybryda - dwa w jednym, ścigający i ścigany… Dokonując aktu dekonstrukcji tego pięknego kształtu (pociąłem go na 16 części), a następnie rekonstruując go w różnych przestrzeniach galeryjnych, powtórzyłem dokradnie to, co działo się wtedy ze mną. Był to dla mnie czas bardzo trudny. Czas bardzo trudny dla wszystkich, dla całego kraju. Jednocześnie był to czas głębokiej transformacji, tuż po stanie wojennym i nie wiadomo było, gdzie nas to wszystko zaprowadzi.

Rzeźba z cyklu Moby Dick Czwórnia 2014, foto Leszek Fidusiewicz.
Jest Pan nietypowym rzeźbiarzem, bo często sięgającym po inspiracje literackie i filmowe…

Wielu poetów mnie inspirowało i to od wczesnej młodości. Lista jest bardzo długa, m. in. Dylan Thomas, którego poemat ”Vision and Prayer” dał początek dużemu cyklowi reliefów i rzeźb. Ale także  T.S. Eliot, R.M. Rilke, Józef Brodzki, Paul Celan, Miron Białoszewski, Zbigniew Herbert, Wisława Szymborska – im wszystkim poświęciłem moje prace. Jednak szczególne miejsce zajmują: Stanisław Barańczak, Ryszard Krynicki i Adam Zagajewski. Od czasów liceum fascynował mnie Tymoteusz Karpowicz, któremu dedykuję aktualną wystawę w Galerii Awangarda we Wrocławiu. Wszystkich tych poetów cechowała podejrzliwość wobec słowa i jego znaczeń. Podobnie jak oni,  pracuję w rzeźbie – nad jej językiem, próbując, jak Karpowicz, ”zamknąć wszystko w jednej księdze”.  To rodzaj obsesji, z której nie potrafię się wyzwolić.

Krzysztof M. Bednarski, Złodzieje rowerów (2003), archiwum artysty
Równocześnie jednak, od czasów pracy dyplomowej, eksperymentuje Pan z wizerunkiem Karola Marksa.

Tak, bo ten wizerunek dotyczy tego, co u poetów – lingwistów manifestowało się nieufnością wobec języka propagandy. W przypadku tego ambiwalentnego portretu-znaku wyrażam swoją podejrzliwość wobec rzeczywistości, w której żyjemy. Karol Marks stał się rodzajem papierka lakmusowego, reagującego na przemiany rzeczywistości i znaczy dziś zupełnie co innego, niż kiedy go po raz pierwszy użyłem (1978). Jest w pewnym sensie pustym znakiem, którym manipuluję i którego znaczenie ewoluuje w czasie. O ile jednak ”Portret Marksa” dotyczy rzeczywistości widzialnej, mówiąc w pewnym uproszczeniu, o tyle ”Moby Dick” dotyczy tego, co niewidzialne, co umyka naszemu bezpośredniemu poznaniu.

Krzysztof M. Bednarski z rzeźbą Marksa, fot. z archiwum artysty
Czym jest dla Pana tworzenie z rzeczy napotkanych, odnalezionych, wydrążonych przez czas, jak owa łódź, która zainspirowała do ”Moby Dicka”?

Każdy materiał, w którym pracuję, jest sam w sobie środkiem przekazu ważnych treści. Z reguły jednak operuję pustką, negatywem. A zaczęło się od znalezionej skorupy łodzi, która była pustym miejscem do wypełnienia. Podobnie jest po utracie kogoś bliskiego, kiedy jeszcze silniej odczuwamy jego brak, a przez to jest on bardziej obecny w naszym życiu.

Prosty gest destrukcji pięknego kształtu, a następnie jakiś wariacki upór w odbudowywaniu tego, co się wcześniej zniszczyło, stanowiło istotę tej pracy. ”Moby Dick” nie istnieje jako obiekt autonomiczny, każdorazowo wchodzi w relacje z przestrzenią, tworzy z nią integralną całość. Ponadto użyłem w tej pracy dźwięków planet i gwiazd, zarejestrowanych przez sondy NASA, a przywodzących na myśl ”Odyseję kosmiczną” Stanley`a Kubricka. Na wystawie w BWA jest wiele tropów filmowych, m.in. nawiązanie do ”Melancholii” Larsa von Triera czy ”Smugi cienia” J. Conrada/Wajdy…

Rzeźby z cyklu Moby Dick Czwórnia, 2014, warszawskie studio artysty,
foto Krzysztof M. Bednarski
Używam bardzo zróżnicowanych środków formalnych i technik do realizacji moich prac, co szczególnie widać na wystawie w galerii Awangarda. Natomiast wystawa w Galerii Main Station by mia jest zdecydowanie bardziej jednorodna. Pokazuję tu duży wybór rzeźb, w różnej skali, z cyklu ”Moby Dick”. Można na niej prześledzić proces mojej pracy: najpierw są zwarte ”Maski”, potem ”Sekcje”, a wreszcie „Powierzchnie całkowite”, będące otwarciem  Moby Dicka w przestrzeni. Wszystkie rzeźby są odlewami z brązu lub aluminium, a ich podstawy – z żeliwa, marmuru lub drewna. Jak wspominałem, użycie konkretnego materiału jest nieprzypadkowe. Jest tu np. rzeźba, do której podstawę zrobiłem z fragmentu drzewa, na które wspinałem się w dzieciństwie, a które przed kilku laty zostało ścięte. Fakt, że część mojej rzeźby stanowi drzewo, które znam z dzieciństwa, jest dla mnie istotny emocjonalnie.

Krzysztof M. Bednarski i jego rzeźby w Galerii Art Main Station by mia, fot. foto Leszek Fidusiewicz.
Myślę, że dla widza owa ”prawda materiału” jest także ważna, o czym mogłam się przekonać zatrzymując się nad Pańskim ”Domem mojego ojca”.

Emocje zawarte w moich pracach nie mają w sobie nic z ilustracyjności, lecz są głęboko przetransformowane. Podobnie jest w odniesieniu do inspiracji literackich. Moim językiem jest język materii i przestrzeni – to jest mój żywioł.
W sztuce najistotniejsze jest to, czego nie da się zwerbalizować, a czego szukał przez lata ze swoim zespołem Grotowski. Rilke określał to słowem “Niewidzialne” – “Unsichtbar”.

Dziękuję za rozmowę.

Wystawa “Gravity. Tymoteuszowi Karpowiczowi” w galerii Awangarda BWA potrwa do 31 lipca, podobnie jak ”Ubi sunt?” w Art Main Station by mia na Dworcu Głównym.

Wywiad ukazał się na portalu Kulturaonline w lipcu 2016 roku. 

sobota, 22 września 2018

Magdalena Abakanowicz | OBECNOŚĆ, ISTOTA, TOŻSAMOŚĆ| w Centrum Nauki i Sztuki Stara Kopalnia w Wałbrzychu

Centrum Nauki i Sztuki Stara Kopalnia w Wałbrzychu oraz Fundacja All That Art! z siedzibą we Wrocławiu mają przyjemność zaprezentować wystawę Magdalena Abakanowicz: Obecność, Istota, Tożsamość, która stanowi drugą wystawę retrospektywną zmarłej artystki opracowaną przez kuratorkę Marię Rus Bojan.


Wystawa, której wernisaż odbędzie się w niedzielę 30 września 2018 roku w Galerii Sztuki Współczesnej Centrum Nauki i Sztuki Stara Kopalnia, stanowi fascynujący zbiór rzeźb Magdaleny Abakanowicz, obejmujący okres od początku lat 70. XX wieku do końca pierwszej dekady XXI wieku, w skład którego wejdzie także bogata ekspozycja unikalnych dzieł
monumentalnych artystki pokazanych na wolnym powietrzu.

z archiwum Magdaleny Abakanowicz

Magdalena Abakanowicz, jedna z największych polskich gwiazd na światowej scenie artystycznej, zyskała międzynarodowy rozgłos w latach 60. w wyniku przedstawienia eksperymentalnych i niezwykle rzadkich w tamtym czasie rzeźb z tkaniny artystycznej nazwanych przez artystkę „Abakanami”. Płynne struktury tkane z materiałów organicznych znacznie rozszerzyły tradycyjne pojmowanie rzeźby, przekształcając płaską powierzchnię tkaniny w dynamiczną formę zorganizowaną przestrzennie wyzwalającą złożone wrażenia wizualne i dotykowe.

Backwards Standing Odwróceni (fragment), fot. Linda Parys

Przez całe swoje życie Magdalena Abakanowicz poświęcała całą twórczą energię nieustannemu zgłębianiu dialektycznej relacji, jaką człowiek dzieli z szeroko pojmowanym światem natury, przekładając swoją świadomość istoty rzeczy na unikalne rzeźbiarskie przedstawienia. Wymykające się wszelkim próbom kategoryzowania prace artystki stanowią inteligentne formy myślenia fizycznego stawiające wyzwanie konwencjonalnemu pojmowaniu sztuki i zadające pytania,
które są uniwersalne i kluczowe dla doświadczeń wszystkich ludzi.

Magdalena Abakanowicz, wystawa w Wenecji, archiwum Magdaleny Abakanowicz, 1980,
 fot. Jan Nordahl

Przedstawiona wystawa proponuje spójny przegląd twórczości artystki wyróżniający najważniejsze prace powstałe na wszystkich etapach jej kariery, skupione wokół kluczowych tematów, takich jak wolność i strata, zmartwychwstanie i zniszczenie, tożsamość i odmienność. Obejmująca ponad 100 rzeźb wystawa podejmuje próbę zrozumienia znaczenia kluczowych tematów i kwestii – Obecności, Istoty, Tożsamości – dla Magdaleny Abakanowicz, a także sposobu, w jaki artystka zrewolucjonizowała historię rzeźby dzięki trwającemu przez całe życie ciągłemu określaniu na nowo ram swojej twórczości.

La Robe Blanche (abakan Lady), sisal. 300 x 280cm, 1970-1980, fot. LInda Parys

Po sukcesie wrocławskiej wystawy Ślady istnienia, w hołdzie dla Magdaleny Abakanowicz, zaprezentowanej w 2017 roku, której kuratorami byli Mariusz Hermansdorfer wraz z Marią Rus Bojan, nowa prezentacja oferuje nowy wybór dzieł, które upamiętniają wieloletnią współpracę i przyjaźń między Magdaleną Abakanowicz (1930-2017) i Mariuszem Hermansdorferem (1940-2018) – wizjonerem, kuratorem i historykiem sztuki.
Zaprezentowane prace pochodzą z prywatnej kolekcji artystki, kolekcji Irminy Nazar i Artura Trawińskiego, kolekcji MARe, a także kolekcji NOWA 20_21.

Centrum Nauki i Sztuki Stara Kopalnia 

Wernisaż: niedziela, 30 września, godz. 15:00
Wystawa potrwa do 30 grudnia 2018 roku.
Kurator wystawy: Maria Rus Bojan (Holandia)
Wystawa została przygotowana przez Centrum Nauki i Sztuki Stara Kopalnia, Magdalenę Mielnicką oraz Fundację All That Art! we Wrocławiu we współpracy ze Studiem Magdalena Abakanowicz w Warszawie.

informacja prasowa

wtorek, 27 lutego 2018

Jan Lebenstein. Obrazy i gwasze z kolekcji Muzeum Narodowego we Wrocławiu /relacja z wystawy/

Od 2 kwietnia do 10 sierpnia 2014 roku Muzeum Narodowe we Wrocławiu prezentuje obrazy i gwasze Jana Lebensteina. 

Najbardziej reprezentatywna i bogata kolekcja dzieł wybitnego artysty zawiera jego prace debiutanckie („Pejzaże”), jak również późniejsze, wśród których znalazły się „Figury we wnętrzu”, „Figury kreślone” oraz „Figury osiowe”, jak również kompozycje inspirowane mitologią, literaturą (ilustracje do „Folwarku zwierzęcego” Orwella, „Doliny Issy” Czesława Miłosza) i Biblią („Księga Hioba”, „Apokalipsa św. Jana”) 

Jan Lebenstein, Pejzaże Rembertowa, fot. B. Lekarczyk-Cisek
.
Ekspozycję otwierają pejzaże z Rembertowa, utrzymane w baśniowym nostalgicznym klimacie, w tonacji bieli, szarości i zgaszonej zieleni. Obok nich ujrzymy przełomowy dla twórczości Lebensteina portret kobiety w oknie, przeciwstawiający piękno świata smutkowi człowieka. Obraz ten zapoczątkował serię figur ujętą w cykle.   Mariusz Hermansdorfer –  przyjaciel artysty,  któremu zawdzięczamy ten bogaty zbiór malarstwa i grafik, do niedawna dyrektor Muzeum Narodowego, twierdzi, że prace te są – w głębokim tego słowa znaczeniu - wyrazem światopoglądu autora:

Oś symetrii, która biegnie przez obrazy Lebensteina – pisze w katalogu wystawy – w cyklach figur, linia, która łączy i dzieli, nie jest bowiem tylko kształtem czysto plastycznym, abstrakcyjnym. Jest czymś zdecydowanie bardziej istotnym – wyrazem światopoglądu. (…) Łączy i dzieli: świat wewnętrzny i zewnętrzny, ducha i materię, wyobrażenie i konkret, życie i śmierć.

Jan Lebenstein, Budowa pierwszego wiatraka  świnie są wygodne, 1974,
fot. B. Lekarczyk-Cisek

O ile w tych cyklach ascetycznych, uproszczonych figur przypominających totemy, utrzymanych w szarościach, brązach i granatach, dominuje mistyczna aura, o tyle w kolejnych obrazach pojawiają się fantastyczne zwierzęta i potwory. Lebenstein tworzy, zda się, własną mitologię, nawiązującą wszakże do najstarszych starożytnych mitologii – osobistą wizualną wersję mitu o pochodzeniu i animalistycznej naturze człowieka. „Potworne zwierzęta” pojawiają się obok postaci zdemoralizowanych kobiet,  Wielka Matka staje się Wielką Nierządnicą, a sylwetki ludzkie zaczynają przybierać groteskowe zwierzęco-kobiece kształty. Co więcej, biblijne i mitologiczne postacie ukazuje Lebenstein w kontekście kultury masowej: bohaterowie westernu dosiadają centaurów, a biblijna Zuzanna jest podglądana przez starców w paryskim metrze.

Jan Lebenstein, Figury hieratyczne, 1955-56, fot. B. Lekarczyk-Cisek

Świat obrazów Lebensteina jest niezwykle pesymistyczny. W cyklu grafik inspirowanych „Folwarkiem zwierzęcym” Orwella widać triumf prymitywnej siły i służalczości („Sen starego Majora: Ziemia bez ludzi” czy „Nie można już było odróżnić, kto jest człowiekiem, a kto świnią”).

Jan Lebenstein, Gołębnik, 1955, fot. B. Lekarczyk-Cisek

Na wystawie możemy zobaczyć także prace inspirowane „Wyspą Umarłych” Arnolda Bőcklina. Obrazy te, utrzymane w manierze fin de siécle` u, obracają się wokół tematu śmierci.
Obejrzenie tak wielkiej liczby prac artysty w perspektywie chronologicznej pozwala skonstatować, że malarstwo było dla Lebensteina narzędziem refleksji nad naturą człowieka – refleksji tyleż fascynującej i oryginalnej w formie, co pesymistycznej w treści. Wyobraźnia i talent narracyjny, a także niezwykła forma jego prac stają się zarazem przyczyną, dla której nie można tej wystawy przeoczyć.

Jan Lebenstein, Trofea, 1967, fot. B. Lekarczyk-Cisek

Wernisaż wystawy, której kuratorką jest Magdalena Szafkowska, odbył się 2 kwietnia 2014 roku w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. 

Artykuł ukazał się na portalu Kulturaonline w kwietniu 2014 roku.

wtorek, 7 czerwca 2022

Spotkanie wokół książki: "Mira między A i Ż. Malarstwo (1966-2021)

Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu we współpracy z Instytutem im. Jerzego Grotowskiego zapraszają na spotkanie wokół monografii artystki Miry Żelechower-Aleksiun pt. „Mira między A i Ż. Malarstwo (1966-2021)”, w którym udział wezmą Mira Żelechower-Aleksiun oraz autorzy tekstów i goście artystki m.in. Waldemar Okoń, Zofia Gebhard, Alina Drapella-Hermansdorfer i Ewa Molenda-Pilecka.

Dyskusję moderował będzie Mariusz Szczygieł – dziennikarz, reportażysta, autor bestsellerowych książek.

Książka "Mira między A i Ż. Malarstwo (1966-2021)" jest prezentacją dzieł malarskich – z okazji jubileuszy 55-lecia pracy artystycznej (1966–2021) oraz 80-lecia urodzin (1941–2021) uznanej wrocławskiej artystki, malarki i scenografki teatralnej – Miry Żelechower-Aleksiun, pod redakcją Kazimiery Kuzborskiej. Zawiera, w układzie achronologicznym, wybrane dzieła głównych cykli malarskich, a także teksty poświęcone sztuce Artystki, m.in.: Małgorzaty Baranowskiej (1945-2012), Małgorzaty Kitowskiej-Łysiak (1953-2012), Zofii Gebhard, Waldemara Okonia, Piotra Jakuba Fereńskiego. Publikacja ma charakter monografii. Krytycy w sposób komplementarny przedstawiają zarówno malarstwo, jak i klimat, aurę i przesłania, które ono zawiera.

Bardzo istotnym tekstem jest "Autoportret w ruchu" Miry Żelechower-Aleksiun. Artystka wspomina ważne dla siebie wydarzenia artystyczne, które ją inspirowały, kształtowały i wzbogacały postawę twórczą. 

W trakcie wydarzenia będzie możliwość zakupu książki.

Spotkanie wokół książki: "Mira między A i Ż. Malarstwo (1966-2021)

środa, 15 czerwca 2022, godz. 18.00

Instytut im. Jerzego Grotowskiego, Sala Teatru Laboratorium (Wrocław, Rynek-Ratusz 27)

Wstęp tylko z wejściówkami, które można zarezerwować przez formularz

Liczba miejsc ograniczona.

informacja prasowa

piątek, 27 maja 2022

Program na czerwiec w Instytucie Grotowskiego

W czerwcu Instytut im. Jerzego Grotowskiego zaprasza m. in. na premierę spektaklu Rafała Gąsowskiego i Katarzyny Wolak-Gąsowskiej zatytułowaną "Panie Malczewski", wystawę prac wykonanych w ramach drugiej edycji warsztatów fotografii teatralnej prowadzonych przez Tobiasza Papuczysa, spotkanie z Mirą Żelechower-Aleksiun poświęcone książce „Mira między A i Ż. Malarstwo (1966-2021)” z udziałem artystki. 


Czerwcowe wydarzenia w Instytucie Grotowskiego

Teatr/Sztuka/Spotkanie. Twórcza aktywność z grupą w pracy społecznej, edukacyjnej, animacyjnej

sob.–niedz., 4–5.06, 17:00–20:00

Instytut Grotowskiego, Studio Na Grobli 

Warsztaty pilotażowe rocznego programu prowadzone przez Igę Załęczną

 

Panie Malczewski

czw. 9.06, 19:00

Instytut Grotowskiego, Sala Teatru Laboratorium 

Premiera spektaklu Rafała Gąsowskiego i Katarzyny Wolak-Gąsowskiej

Bilety: 10 PLN

Czas trwania: 80 min

 

Polska scenografia teatralna lat ostatnich i przyszłych

pt.–sob., 10–11.06 pt. 17:00–19:30, sob. 10:00–12:30

Instytut Grotowskiego, Czytelnia im. Ludwika Flaszena

Konferencja podsumowująca kurs wiodący Otwartego Uniwersytetu Poszukiwań 2021/2022 z udziałem grupy roboczej i zaproszonych gości

Wstęp wolny, wymagana rezerwacja bezpłatnej wejściówki

Program dostępny na stronie internetowej Instytutu Grotowskiego

 

Fotografia teatralna

pon. 13.06, 18.00 

Wystawa prac wykonanych w ramach drugiej edycji warsztatów fotografii teatralnej prowadzonych przez Tobiasza Papuczysa 

Wernisaż: pn. 13.06.2022, 18.00

Dzień otwarty: sb. 25/06/2022, 16.00–22.00

Oprowadzania kuratorskie: pt. 1.07, sb. 2.07, nd. 3.07.2022, 19.30 (zamknięcie wystawy)

Wstęp wolny

Mira między A i Ż

śr. 15.06, 18:00

Instytut Grotowskiego, Sala Teatru Laboratorium

Spotkanie z Mirą Żelechower-Aleksiun poświęcone książce „Mira między A i Ż. Malarstwo (1966-2021)” z udziałem artystki, Zofii Gebhard, Waldemara Okonia, Aliny Drapelli-Hermansdorfer i Ewy Molendy-Pileckiej

prowadzenie: Mariusz Szczygieł

Wstęp wolny, wymagana rezerwacja bezpłatnej wejściówki na stronie Ośrodka Kultury i Sztuki we Wrocławiu (od 1 czerwca)

 

Opowieść głosu

sob.–wt 18–21.06, 16:00–20:00

Instytut Grotowskiego, Studio Na Grobli

Warsztaty prowadzone przez Ditte Berkeley

Zapisy do 11 czerwca

Zajęcia prowadzone w języku angielskim z możliwością tłumaczenia na język polski

 

Utopia

pon. 20.06, 19:00

Instytut Grotowskiego, Studio Na Grobli

Dyptyk Moniki Wachowicz i Jarosława Freta

Bilety: 25/35 PLN

Czas trwania: 130 min (z przerwą)

 

Cambio dolor. Wyznanie wiary

pt., niedz. 24, 26.06, 19:00

Instytut Grotowskiego, Sala Teatru Laboratorium

Monodram dokumentalny Pawła Pacyny

W ramach „Teatru na faktach”

Bilety: 25/35 PLN

Czas trwania: 75 min

Po pokazie spektaklu 24 czerwca, ok. godz. 20.30, odbędzie się spotkanie „O niebinarności w Polsce” (wstęp wolny)

 Koniec świata już był

sob. 25.06, 16:00 – początek wydarzenia

Instytut Grotowskiego, Piekarnia

Półmaraton czytań performatywnych

W ramach „Teatru na faktach”

Wstęp wolny

Podczas wydarzenia prowadzona będzie zbiórka datków na rzecz Fundacji Ukraina

informacja prasowa

poniedziałek, 12 października 2020

Magdalena Abakanowicz – artystka osobna

 Autorka słynnych „Tłumów” mówiła o sobie, że jej dzieciństwo było samotne, że po raz pierwszy zobaczyła tłum w Warszawie, przed Powstaniem i że było to związane z poczuciem strachu. 

Magdalena Abakanowicz wśród swoich `Nierozpoznanych` w Poznaniu,
fot. Tomasz Kamiński


Taka się urodziłam…

Urodzona 20 czerwca 1930 r. w Falentach, koło Warszawy, spędziła na wsi, w domu, który był właściwie dworem, wiele lat. Wspomina, że zawsze była inna, osobna:

Taka się urodziłam – wyjaśniała Jakubowi Janiszewskiemu w wywiadzie radiowym udzielonym TOK FM. Zanim nauczyłam się posługiwać sprawnie palcami, brałam w dłonie jakieś przedmioty i wiązałam je ze sobą. Tylko ja wiedziałam, dlaczego ten patyk z tym kawałkiem gliny są jedną rzeczą. Bez przerwy grzebałam w ziemi, zajmowałam się lepieniem i tworzeniem przedmiotów o mnie tylko wiadomych znaczeniach. Robiłam w pokoju dziecinnym straszny bałagan, więc rodzice podczas porządków to wszystko wyrzucali, a ja wygrzebywałam ze śmietnika co ważniejsze rzeczy .

Była samotnym dzieckiem. Poszła do szkoły mając 14 lat i – jak wspomina – nie umiała grać w piłkę, była nieśmiała, płaczliwa i chorowita.

Powiedziano mi, że na rzeźbę się nie nadaję

W liceum plastycznym jakoś nie zauważono jej talentu, a kiedy na egzaminie wstępnym na studia ulepiła smoka z gliny, komisja oceniła ją surowo: Powiedziano mi, że na rzeźbę się nie nadaję, bo nie mam wyczucia formy. Od tej pory przyszła, bodaj najsłynniejsza, polska rzeźbiarka zajmowała się malarstwem. Chodziła nocą do pracowni i próbowała malować. Kiedyś zobaczył jej obrazy Jerzy Soltan i zachwyciło go jej surrealistyczne malarstwo. Sprawiło jej to niekłamaną przyjemność, ale w owym czasie nawet nie marzyła o rzeźbie. 


Biegnący, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek


Mieszkałam nigdzie, jadłam nic...

Nauka i studia były czasem niezwykle trudnym, nie tylko dlatego, że była osobna. Dokuczała również bieda. 

Mieszkałam nigdzie, jadłam nic – wspomina w przywołanym wywiadzie. Z koleżanką zbierałyśmy od kolegów jakieś grosze na bułkę. Potem sprzedawałam krew. Te wszystkie momenty były bardzo trudne . Jednakże rodzice wpoili jej rodzaj wewnętrznej dyscypliny – „trzeba się zachowywać” dawało siłę wtedy i na całe życie. 

To, co robiłam, nie pasowało do niczego

Dla niej sztuka była stanem ducha, psychiczną przypadłością, z którą trzeba było żyć.

Dla mnie sztuka jest stanem psychicznym – powie po latach. Przywarą, z którą trzeba sobie radzić. Może zmuszać do myślenia, ale nie może być użyteczna. Wszystko, co wprowadzam do rzeczywistości, pochodzi ze mnie, głęboko ze środka.

W „Myślach i słowach” napisała coś, co brzmi jak romantyczny manifest:

Sztuka pozostanie najbardziej zdumiewającą działalnością człowieka, zrodzoną z bezustannych zmagań rozumu z szaleństwem, marzenia z rzeczywistości...

Abakan, Nogi, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Przestrzeń kontemplacji - abakany

Będąc dzieckiem, wchodziłam do spróchniałego pnia i w nim zamierałam – opowiada we wspomnianym wywiadzie. Pragnęła być częścią czegoś większego, jakiegoś organizmu, toteż kiedy zamieszkała z mężem w małej kawalerce, zaczęła malować olbrzymie płótna, bo … mogła się wokół nich przechadzać. To dawało poczucie przestrzeni. Z czasem jednak płaskość zaczęła ją przygnębiać i zrodziła tęsknotę za trzecim wymiarem. Zaczęła więc tkać i zszywać kawałki tkaniny. W ten sposób powstawały wielkie, miękkie rzeźby, a raczej antyrzeźby, jak je nazwała. Nikt tego wtedy nie robił ani też nie uznano by tych reliefowych płócien za sztukę, ale można było przynajmniej, jak w dzieciństwie, wejść do środka rzeźby i stać się na chwilę jej częścią. Tak powstały abakany, określane przez artystkę jako przestrzeń kontemplacji. Były jej oryginalnym odkryciem, toteż przejęły od niej nazwę. 

Abakan jest wymagający. Potrzebuje szczególnej troskliwości i szczególnej ekspozycji. Nie nadaje się na ścianę, do dekoracji. Do niczego się nie nadaje.

W 1962 roku Abakanowicz uczestniczyła w Międzynarodowym Biennale Tkaniny w Lozannie. Zaprezentowała tam Kompozycję białych form, która wzbudziła zarówno zainteresowanie, jak i kontrowersje. Była to jeszcze tkanina płaska, ale zawierała już elementy reliefowe,  nowoczesną kompozycję form geometrycznych oraz wysmakowaną kolorystykę, łączącą odcienie beżu, bieli, szarości oraz sepii. Trzy lata później przestrzenne tkaniny artystki zostały zaprezentowane na Międzynarodowym Biennale w São Paulo, gdzie wzbudziły sensację, a Abakanowicz zdobyła Złoty Medal, który otworzył jej drogę do międzynarodowych wystaw i uczynił z niej artystkę znaną i rozpoznawalną.

To samoistne twory, zawieszone swobodnie w przestrzeni, bez ścian w roli tła bądź podpory, zapętlone w środku, a przy tym otwarte, dostępne zmysłom ze wszystkich stron, również od wewnątrz – pisała Ewa Hornowska o abakanach w katalogu jednej w wystaw artystki.

Postać stojąca w kształcie krzyża, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek


Odcisk człowieka

Nie poprzestała na tym. Kiedy otrzymała dodatkowy pokój na pracownię, odlała w gipsie ludzką sylwetkę, a potem z utwardzonego worka wykonała skorupowy pozytyw – odcisk człowieka. Bo poza ambicjami duchowymi, jest w każdym człowieku ta gigantyczna materialność. 

Międzynarodową pozycję artystki ugruntowały jej prace z lat 70., a mianowicie cykl "Alteracje" (obejmujący serie takie jak "Głowy", "Plecy", "Postaci siedzące") oraz "Embriologia" - formy organiczne przypominające jaja. Zwłaszcza ta ostatnia seria wzbudziła zachwyt na Biennale w Wenecji w 1980 roku.

Artystka komentowała swoje prace przy okazji różnych wystaw. O cyklu „Głowy” pisała:

Formy, które określam równie jako Głowy, odnoszą się do moich obaw, że przekraczając szybkość swojego biologicznego rytmu człowiek traci zdolność medytacji. Odczuwam lęk wobec cierpień spowodowanych sztucznym środowiskiem i nieustannym napięciem nerwów.

Mała embriologia, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

O „Embriologii”:

Embriologia.(…) Nałóg objaśniania wszystkiego jest katastrofą naszego czasu. Nie należy utożsamiać tajemnicy z problemem. Problem można podzielić na strefy poddające się analizie, tłumaczeniu, a tajemnica jest całością, która nas ogarnia, choć niechętnie się do tego przyznajemy.

O „Postaciach siedzących”:

Postacie siedzące, skorupowe negatywy obojętności ludzkiego ciała, są również problemem zawierania i obejmowania. Ten sykl dotyczy pustej przestrzeni, która może być wypełniona przez naszą wyobraźnię, oraz strefy dotykalnej, sztywnej, która jest niekompletnym śladem naszej przestrzennej przystawalności do materialnego otoczenia. 

Pracując nad „Katarsis” snuła jednocześnie takie refleksje:

Między mną a materiałem, z którego tworzę, nie ma pośrednictwa narzędzia. Wybieram go rękami. Rękami kształtuję. Ręce przekazują mu moją energię. Tłumacząc zamysł na kształt, zawsze przekażą one coś, co wymyka się konceptualizacji. Ujawnią nieuświadomione.


Siedząca postać, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

„Katarsis” to wielofiguralna kompozycja w plenerze, składająca się z 33 monumentalnych postaci, które stoją w pobliżu Pistoli we Włoszech. Brąz, z którego są wykonane, zapewnia im długie, chciałoby się powiedzieć: wieczne trwanie. Tworzą rodzaj przestrzeni kontemplacyjnej, w której człowiek, poruszając się, ma możliwość snucia refleksji na temat otoczenia i samego siebie. Sama artystka pragnęła, aby postacie wywoływały niepokój, a może także świadomość siły bezruchu. 

Tłum – refleksja o człowieku i jego kondycji we współczesnym świecie

Do najbardziej znanych i rozpoznawalnych prac artystki należy seria „Tłum”, wykonana z  brązu. Dla niej miarą pozostawał przede wszystkim człowiek, jego kondycja i pozycja we współczesnym świecie. W pracach Abakanowicz z tego cyklu człowiek jest zagubiony albo anonimowy w tłumie innych ludzi, a przy tym często pozbawiony indywidualnych cech. To ktoś o utraconej tożsamości, androgyniczny everyman  - pozbawiony niejako własnej istoty i treści. Interesowała ją, jak mówiła, straszliwa ludzka niemoc wobec własnej struktury biologicznej.

Stojący tłum, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Nowe wyzwania

Lata osiemdziesiąte przyniosły zainteresowanie nowymi materiałami rzeźbiarskimi: brązem, kamieniem i drewnem.  W kolejnym słynnym już cyklu "Gry wojenne" wykorzystała pnie i konary starych drzew ściętych przez drogowców. Z pni pozostawionych podczas wycinania lasów Magdalena Abakanowicz tworzy symbole życia i śmierci, łącząc ze sobą różne materiały (workowe płótna, metalowe obejmy) i personifikuje kompozycję. 

Zaczęła także tworzyć wielkie realizacje przestrzenne na wolnym powietrzu - we Włoszech, Izraelu, Niemczech, Stanach Zjednoczonych, Korei Południowej i na Litwie. Jedną z największych są "Nierozpoznani" - 112 postaci odlanych z żeliwa, które znajdują się w poznańskim parku na Cytadeli.

Będę zapewne zawsze porzucała jedne techniki i materiały na rzecz drugich (...) Najciekawiej jest posługiwać się techniką, której się jeszcze nie zna, i budować formy, których się jeszcze nie zna - deklarowała.

 I rzeczywiście, zaczęła tworzyć w obszarach dotąd przez siebie niepenetrowanych. W latach dziewięćdziesiątych, pod wpływem fascynacji japońskim tańcem butoh, tworzyła choreografie dla tancerzy polskich i japońskich.

Idący tłum, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Poza tym wzięła udział w konkursie władz Paryża na opracowanie planu dzielnicy, mającej stać się przedłużeniem osi stolicy Francji w kierunku zachodnim, poza dzielnicą La Defence. Zaproponowała wówczas nowatorską koncepcję stworzenia idealnej ekologicznej dzielnicy, która składałaby się z kilkudziesięciu budynków o wysokości ok. 25 pięter. Miały mieć organiczne kształty, nawiązujące do drzew, a od dołu do góry pokrywać je miała pnąca roślinność, wyrastającą na różnych poziomach fasad. Stąd wzięła się nazwa koncepcji: "Architektura arborealna". Projekt nie został wprawdzie wprowadzony w życie, bo zabrakło na jego realizację pieniędzy, ale trzeba przyznać, że był wizjonerski i prekursorski, jak niegdyś architektura Gaudiego. Był próbą zmierzenia się z problemem każdego wielkiego miasta, którego liczba mieszkańców ciągle rośnie i trzeba budować dla nich więcej mieszkań. Nie muszą one jednak być „blokowiskami”, przeciwnie – ma to być architektura zbliżająca człowieka do natury, właśnie za sprawą roślinności.

Magdalena Abakanowicz wykonywała również niezwykłe zlecenia. Jedno z nich na prośbę mieszkańców Hiroszimy, które miało być dziełem upamiętniającym ofiary wybuchu bomby jądrowej. Tak powstała grupa czterdziestu postaci z brązu, ustawiona na wzgórzu, gdzie ludzie usiłowali się schronić i gdzie umierali.

Mutanty stojące, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Po „Figurach siedzących” pojawiły się w twórczości Magdaleny Abakanowicz także postaci stojące, kroczące, potem tańczące… Do każdego cyklu dobierała odpowiednie surowce. Następnie przeszła od dzieł antropomorficznych do abstrakcji. Na pustyni Negev ustawiła siedem kamiennych kręgów. Na Litwie, w leśnym parowie, wzniosła dwadzieścia „pni” z betonu, zaś w Storm King Art Center w Nowym Jorku skonstruowała cztery „sakrofagi” z drewna w oszklonej konstrukcji. 

Ślady istnienia Magdaleny Abakanowicz we Wrocławiu – wystawa 

Prace MagdalenyAbakanowicz znajdują się w zbiorach ponad 70 muzeów i kolekcji publicznych na całym świecie, m.in. Muzeum Narodowego we Wrocławiu i w Warszawie, oraz w Poznaniu, w Muzeum Sztuki w Łodzi oraz Centre George Pompidou w Paryżu, Metropolitan Museum w Nowym Jorku i Museum of Modern Art w Kioto.

Pragnąc uczcić tę niezwykłą artystkę, zmarłą 20 kwietnia tego roku, wrocławska mia Art Gallery Magdaleny Mielnickiej przygotowała we współpracy z Fundacją All That Art!, Biurem Wrocław 2016 oraz European ArtEast Foundation wystawę retrospektywną: „Ślady istnienia. W hołdzie dla Magdaleny Abakanowicz (1930-2017)”. Jej kuratorami są Maria Rus Bojan z Tate Gallery w Londynie oraz Mariusz Hersmandorfer – wieloletni przyjaciel i współpracownik artystki, który będąc dyrektorem Muzeum Narodowego we Wrocławiu, zgromadził największy w Polsce zbiór prac tej artystki. Ekspozycja obejmuje nie tylko zamkniętą przestrzeń wystawienniczą sal Galerii Dworcowej na Dworcu Głównym we Wrocławiu, ale również inne przestrzenie miejskie: Przejście Świdnickie, Muzeum Współczesne, wirydarz Muzeum Architektury, Port Lotniczy, dziedziniec Synagogi pod Białym Bocianem oraz Bastion Ceglarski. Ślady obecności artystki można odkrywać we Wrocławiu do 25 sierpnia 2017 roku.

Bibliografia:

Ada Rottenberg, Samotne debiuty, (w:) Sztuka w Polsce 1945-2005, Warszawa 2005 r.

„Konteksty” 2006/3-4, numer monograficzny poświęcony Magdalenie Abakanowicz

Magdalena Abakanowicz,  katalog wystawy indywidualnej Magdaleny Abakanowicz w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski w 1995 r.

Magdalena Abakanowicz , Hermansdorfer Mariusz, katalog wystawy w Muzeum Narodowym we Wrocławiu, 1995 r.

Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu "Niezła Sztuka".





Film otwarcia 51. FPFF

21 września (poniedziałek) o godzinie 19:00 odbędzie się Uroczystość Otwarcia 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Teatrze Muzycznym ...

Popularne posty