Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WROSTJA. monodram. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WROSTJA. monodram. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 czerwca 2026

”Żmija” – jubileuszowy monodram Doroty Stalińskiej (50. WROSTJA, recenzja)

”Żmija” to spektakl, który jest swoistym fenomenem. Powstał w 1978 roku (sic!), a więc blisko czterdzieści lat temu i najpierw otrzymał I Nagrodę na 13. OFTJA w Toruniu, a następnie Grand Prix na 11. WROSTJA w 1987 roku.  Jednakże prawdziwym zdumieniem napawa fakt, iż grany był przez wiele lat, a liczba przedstawień przekroczyła cztery tysiące!  Kiedy aktorka wznowiła go, prezentując ponownie podczas festiwalu ”W remizie” na Helu, w 2015 roku, nie mogła wejść do środka, tak wielu chętnych usiłowało bezskutecznie dostać się na widownię. To dowodzi, że są spektakle, które się nie starzeją. We Wrocławiu Stalińska zaprezentowała ”Żmiję” w ramach festiwalu po raz czwarty – przy wypełnionej sali. W ten sposób uczciła jubileusz WROSTJA, ale również własny jubileusz 40-lecia pracy artystycznej.

Dorota Stalińska w monodramie "Żmija", WROSTJA 2016

Monodram ten jest autorski w pełnym tego słowa znaczeniu – aktorka wybrała tekst, opracowała go, wyreżyserowała, stworzyła scenografię oraz kostium i własnoręcznie je wykonała (poza wojskowym płaszczem i butami). Jej bohaterka – Olga Wiaczesławowna Zołotowa jest rodzajem Kandyda w spódnicy (w spodniach także). Urodzona w inteligenckiej rodzinie, traci najbliższych w wyniku Rewolucji Październikowej, a sama – mimo ran i uwięzienia – przeżywa i próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Zakochana w poznanym podczas pobytu w szpitalu dowódcy o sokolich oczach, wstępuje do armii i robi wszystko, co on każe. Uczy się jeździć konno, strzelać, znosi wszelkie trudy, bo on jest teraz jej ”rodziną”. Dowódca jest  przy tym powściągliwy i traktuje ją początkowo po ojcowsku, by z czasem zauważyć w niej kobietę, ale nigdy tego nie wykorzystuje. Przed samobójczym, nakazanym przez dowództwo atakiem, wyznaje jej miłość, po czym... ginie. Dziewczyna niczego poza walką nie umie i kiedy nastaje czas pokoju, nie potrafi odnaleźć się w tzw. zwyczajnym życiu. Jest samotna, zamknięta w sobie i staje się łatwą ofiarą pomówień i intryg. Pełne determinacji próby zademonstrowania otoczeniu, że jest normalną kobietą, pragnącą kochać i być kochaną, kończą się tragicznie. 

Dorota Stalińska znakomicie pokazuje dramat swojej bohaterki, opowiadając jej historię w formie retrospekcji, od momentu, kiedy to kobieta znajduje się w więzieniu i jest przesłuchiwana, a jednocześnie przygląda się swojemu życiu, próbując zrozumieć, jak to się stało, że zabiła człowieka. Nawiązuje kontakt z publicznością, jakby w oczekiwaniu, że ktoś jednak zrozumie jej dramat. Gra zarówno naznaczoną dramatycznymi przejściami bohaterkę – doświadczoną i nieufną, by za chwilę zmienić się w młodą, niewinną dziewczynę, jaką była na początku. Czasami tragiczna, niekiedy tragikomiczna, zabawna – zawsze prawdziwa i wiarygodna. Taka jest Olga Doroty Stalińskiej: komiczna, gdy uczy się konnej jazdy (wszystko rozgrywa się na naszych oczach), liryczna i trochę zabawna, gdy jesteśmy świadkami jej pierwszej rozkwitającej miłości, tragiczna – gdy  rozpacza po śmierci ukochanego. Piękna jest scena, w której zakochani spędzają ostatnią noc przy ognisku, a mężczyzna śpiewa miłosną pieśń po ukraińsku. Stalińska wyczarowuje przed nami tę scenę tak znakomicie, że ”widzimy” dwoje zakochanych, czujemy atmosferę tej chwili… Prawdziwa mistrzyni! Pod koniec spektaklu, kiedy emocje sięgają zenitu, właściwie bez zastrzeżeń stajemy po stronie ”skrzywdzonej i poniżonej” bohaterki tej opowieści.

Sądzę, że ponadczasowość tego monodramu wynika nie tylko z przesłania utworu, w którym ukazano, jak historia i ludzka podłość mogą zniszczyć życie człowieka. To także, a może przede wszystkim zasługa aktorki, która potrafiła tę prawdę w sposób wiarygodny przekazać środkami scenicznymi, z upływem lat robiąc to coraz bardziej świadomie i dojrzale. 

Wywiad z Dorotą Stalińską - pod tym linkiem

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.pl w 2016 roku


poniedziałek, 30 października 2017

WROSTJA 2010: Od „Roku magicznego myślenia” do „Piaskownicy”

Zakończone 23 listopada 44. Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora dostarczyły widzom wielu niezapomnianych wrażeń. Ten rodzaj interakcji, jaką daje żywy spektakl, możliwość obcowania z różnymi tekstami, obserwowanie aktorskiego kunsztu, gdy twórca opowiada o świecie i o sobie – są to skarby nieprzeliczalne i niemożliwe do rzetelnego opisania. Ale spróbuję dokonać „niemożliwego”…

logo WROSTJA 2010

Jak w przypadku każdego festiwalu, mnogość propozycji staje się czasem udręką. Co wybrać, jeśli nie można obejrzeć wszystkiego… Przyznam, że wszystkie obejrzane przeze mnie spektakle były na swój sposób interesujące.

Podobał mi się  młody aktor słowacki Lukas Śeptak, który zmagał się  z tekstem „Listu do ojca” F. Kafki, wykorzystując na różne sposoby światło (inne, gdy grał Franza, inne, gdy wcielał się w postać Ojca), czarny kub, drabinę, gdy „ogrywał” te przedmioty na różne sposoby. Jednak ani ciało, ani twarz nie przekonały mnie, że to neurotyczny, rozdarty kompleksami i lękami Franz Kafka.

Uwiodła mnie egzotyczna Egipcjanka  Samaa Ibrahim historią sprzątaczki, która dzięki swojej wrażliwości i empatii, zamienia się każdego wieczoru w Carmen, bo tragiczny los zdaje się być jej własnym. Zupełnie dobrze zaśpiewane partie z „Carmen” Bizeta, brawurowe balansowanie między tragizmem a komizmem. Nie przeszkadzały mi nawet potoki słów, których nie rozumiałam (na tablicy ukazywał tzw. sens ogólny), a które pieściły ucho swoją melodią skargi. 

"Rok magicznego myślenia" Ewy Błaszczyk - katharsis w teatrze


Jeśli jednak miałabym odpowiedzieć, co poruszyło mnie i porwało na tyle, że nie myślałam o tym, że jestem na przedstawieniu, ale czułam, że aktor zagarnął mnie całą, to wymieniłabym dwie sztuki: „Rok magicznego myślenia” w interpretacji Ewy Błaszczyk oraz „Piaskownicę” w wykonaniu Rosjanina Wsiewołoda Czubenki. Skrajnie różne: począwszy od tego, że autorką pierwszego monodramu jest Joan Didion – dojrzała pisarka, która zawarła w swojej prozie dramat przeżywany po śmierci męża, a potem – córki.  „Piaskownicę” natomiast napisał zaledwie 22-letni wówczas (2001 rok!) Michał Walczak

Ewa Błaszczyk w Roku magicznego myślenia, fot. WROSTJA

Ewa Błaszczyk jest szczególnie predestynowana do tego, aby sięgnąć po pamiętnik Didion, ponieważ obie opowiadają tę samą, własną, historię… Spektakl staje się rodzajem psychodramy, jak pamiętnik stał się zapisem traumy pisarki, która przez nazwanie pewnych spraw i swoich stanów próbuje zapanować nad rzeczywistością, w której życie stało się niemożliwe, nie do udźwignięcia. Co więcej, płynące ze sceny słowa dobitnie uświadamiają nam, że „to” może zdarzyć się każdemu z nas, że zdarza się każdemu. Bo przecież nasi bliscy odchodzą, tracimy ich, czasami tak nagle, że nie jesteśmy na to przygotowani. Czy zresztą można być na to gotowym?  

Ewa Błaszczyk jest z pewnością znakomitą aktorką (niezapomniane role w filmach Saniewskiego), ale jednocześnie to osobowość, która JEST na scenie i ma się paradoksalne wrażenie (ale Wielki Teatr jest sztuką paradoksu), że mówi prawdę – o życiu, o człowieku, że dzieli się sobą… To jest tak, jak gdyby teatr ponownie stał się sztuką przynoszącą widzom/uczestnikom katharsis. Wtedy kostium, światło czy rekwizyt stają się w zasadzie „niewidoczne” – służą Wielkiej Sztuce.

Podwójna "Piaskownica" Michała Walczaka


A na antypodach tego przeżycia zupełnie inny spektakl – „Piaskownica”. Błyskotliwy, zabawny, a przecież wcale nie płytki. Dla mnie to rodzaj zapisu doświadczenia pokoleniowego. Michał Walczak portretuje w osobie głównego bohatera pokolenie mężczyzn (trzeba to wyraźnie podkreślić), dla których wzorcem osobowości nie jest ani żaden bohater narodowy, ani literacki, jest nim natomiast heros kultury masowej – Batman. Dawni bohaterowie byli jednak pełnowymiarowi i tragiczni. Jeśli Konrad Wallenrod zakładał maskę mściciela, to nie czuł się w niej komfortowo i był nieszczęśliwy. Dopiero w akcie samobójczym wyzwala się od supremacji maski i odzyskuje utraconą jedność życia. Batman tymczasem nie cierpi z tego powodu, że jest skazany na samotność i ukryty za maską nietoperza. Nie przeżywa też dylematów sumienia. 

Współczesne pokolenie mężczyzn – zdaje się mówić w swoim debiutanckim utworze Walczak – nigdy nie opuściło piaskownicy, żyje w świecie wykreowanym przez wytwory kultury masowej, gdzie nie ma miejsca na tragizm istnienia, na dylematy wyborów, dlatego nigdy nie dorasta. Co więcej, to świat singli, którzy w „swojej piaskownicy” goszczą niechętnie osoby płci odmiennej.

Należy dodać, że widzowie WROSTJA mieli okazję zobaczyć „Piaskownicę” w różnych interpretacjach, co samo w sobie jest ciekawym doświadczeniem. Najpierw obejrzeliśmy "Miłkę" według scenariusza i w reżyserii Krzysztofa Grabowskiego, również wykonawcy tego monodramu.

Krzysztof Grabowski w "Miłce", fot. WROSTJA

Mnie jednak porwała znakomita interpretacja "Piaskownicy" Wsiewołoda Czubenko, w reżyserii Stanisława Melskiego. 

Czubenko - na pierwszy rzut oka pozornie bez tzw. warunków – nieco podtatusiały aktor średniego pokolenia, ale już momencie, gdy prężąc pierś wskoczył na ławkę jako Batman, zaczął się prawdziwy koncert gry. Sceny, będące małymi miniaturowymi perełkami, oddzielone były za pomocą światła i muzyki. Zapasy Batmana ze światem ludzi złych lub nieudaczników były w interpretacji Czubenki zmaganiami z samym sobą. Ich komizm był powalający. Przede mną ryczał ze śmiechu młody człowiek z kucykiem. To, co Czubenko wyrażał mimiką, kiedy z Protazego stawał się Miłką w scenie palenia papierosa, kiedy był zwycięskim Batmanem albo Batmanem pokonanym, dziewczyną ratującą go na pustyni albo zakompleksionym pracownikiem NASA – tego opisać nie sposób… Wirtuoz po prostu! Kiedy wyszedł ukłonić się wiwatującej publiczności, która głośno skandowała: „autor!”, z krzesełka przede mną podniósł się ów głośno zaśmiewający się młody człowiek z kucykiem, którym okazał się sam Michał Walczak. Życie lubi takie pointy. Teatr także.

                                      Wsiewołod Czubenko w Piaskownicy, fot. WROSTJA

Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu PIK.

sobota, 14 października 2017

49. WROSTJA: Sztuka, która dotyka człowieka /relacja/

O monodramach bogatych inscenizacyjnie i ascetycznych - podsumowuję festiwal monodramów 49 WROSTJA.

Plakat WROSTJA 2015

Podczas tegorocznych Wrocławskich Spotkań Jednego Aktora mogliśmy obejrzeć zarówno monodramy w wykonaniu wytrawnych mistrzów, którzy zajmują się tą dziedziną od lat, jak też młodych adeptów sztuki. Zamysł organizatorów był taki, aby spektakle łączyła myśl przewodnia. W tym roku nawet dwie: pierwszą była próba refleksji nad postaciami wielkich polityków, drugą - twórczość Tadeusza Różewicza (upłynęła pierwsza rocznica śmierci Poety). 

Mnie jednak monodramy ułożyły się w dwa spolaryzowane ciągi. Pierwszym były spektakle z rozbudowaną inscenizacją, by tak rzec: kostiumowe. Drugi typ przedstawienia charakteryzował się natomiast ascetyczną formą - istotne było tu słowo i osobowość aktora. W swojej refleksji na temat obejrzanych monodramów będę odnosiła się do tych stylów inscenizacji, z takim jednakże zastrzeżeniem, że podział ów nie ma w sobie cech wartościujących, ponieważ przekonałam się wielokrotnie, iż znakomite spektakle są poza wszelkimi racjonalnymi uzasadnieniami. Nagle po prostu czuje się, że mamy do czynienia z wielką sztuką. 

Teatr kostiumu


Spośród monodramów, które wykorzystywały - w mniejszym lub większym stopniu - narzędzia sztuki scenicznej, które w pewnym myślowym skrócie nazwałam "teatrem kostiumu", chciałabym zwrócić uwagę na dwa, moim zdaniem, najbardziej interesujące.

Kamil Maćkowiak w monodramie DIVA Show, fot. Krzysztof Zatycki

Pierwszym z nich jest monodram "DIVA Show"- w pełnym tego słowa znaczeniu autorski.  Zarówno bowiem scenariusz, jak też reżyseria, choreografia i wreszcie samo wykonanie są dziełem jednego artysty - Kamila Maćkowiaka. Aktor gościł już z powodzeniem na WROSTJA w 2007 roku, z monodramem "Niżyński", wielokrotnie nagradzanym na różnych festiwalach (m.in. w Sankt Petersburgu i Kilonii). 

Spektakl "DIVA Show" realizowany został w konwencji stand-upu - komediowego monologu, który powstaje w dość ścisłym kontakcie z publicznością. Wykonawca co i rusz nawiązuje z nią dialog. Tak też było w przypadku Kamila Maćkowiaka. Kiedy pojawił się na scenie ubrany w kobiecy kostium, w peruce i makijażu, skojarzył mi się z postaciami z filmów Almodovara - z Agrado z "Wszystko o mojej matce" czy Letalem z "Wysokich obcasów". Bohater o skomplikowanej, neurotycznej osobowości, snuje przed nami monolog o swojej fascynacji Tiną Turner, dzieciństwie bez ojca, z oschłą i nieumiejącą okazać mu uczuć matką, o trudnym dorastaniu, wyobcowaniu i o potrzebie akceptacji... Jego problemy w taki czy inny sposób okazują się być naszymi - jakże dobrze rozumiemy jego uzależnienia, wątpliwości lęki. Czasami, jak u Almodovara, humor Maćkowiaka ociera się o granice dobrego smaku, innym razem prowokuje nas do współ-odczuwania, wzbudza empatię i zrozumienie... Przez dwie bite godziny aktor wydobywa z siebie tak wiele różnych emocji i tak jest w swojej grze prawdziwy, że momentami widz ma wrażenie, jakby odgrywał przed nim psychodramę. Jest zabawny, błyskotliwy, dowcipny, jest też smutny, wycofany, przestraszony...


Kamil Maćkowiak w monodramie DIVA Show, fot. Krzysztof Zatycki

A utrzymać uwagę widza przez tak długi czas nie jest bynajmniej łatwo! Aktor posiłkuje się wprawdzie kostiumem, scenografią, multimediami - tańczy, śpiewa, komentuje obraz, ale ustawicznie nawiązuje także kontakt z publicznością. Swój najbardziej osobisty monolog wypowiada do kamery, a my obserwujemy na ekranie jego zmienioną, jakby odkształconą traumatycznymi przeżyciami, twarz. Na koniec maski opadają i staje przed nami aktor pozbawiony charakteryzacji - człowiek jak każdy. 

Aleksander Rubinovas, Koba, fot. Krzysztof Zatycki

Drugim monodramem, o którym z pewnością warto napisać, jest "Koba" w wykonaniu i reżyserii litewskiego aktora Aleksandra Rubinovasa. Wyznam, że spośród obejrzanych przedstawień, to właśnie zrobiło na mnie największe wrażenie. 
Tytuł spektaklu nawiązuje do nieoficjalnego imienia Stalina, którego w młodości przyjaciele nazywali Kobą (w gruzińskim folklorze znana jest pod takim imieniem postać rozbójnika – w rodzaju Robin Hooda). Monodram jest opowieścią jednego z towarzyszy dyktatora, nazwanego przez niego pseudonimem Fudżi, z powodu skośnych oczu. Obaj byli Gruzinami i dzięki temu, że znali się "od zawsze". Możemy więc poprzez opowieść bohatera próbować zgłębić fenomen osobowości Stalina. Z jednej strony Fudżi dobrze wie, że Koba jest bezwzględny i okrutny. Jeśli miał jakieś złudzenia, pozbył się ich podczas śledztwa, kiedy to przesłuchujący go oficer uświadomił mu, że nikt nie śmiałby aresztować "przyjaciela Stalina", gdyby on sam sobie tego nie zażyczył. Z drugiej strony, po powrocie z katorgi, doświadcza "dobrodziejstw" od dyktatora, kiedy zdaje trudny egzamin z bezwarunkowego posłuszeństwa i miłości. Nigdy jednak nie przestaje się bać. Aktor umiejętnie doprowadza swoją opowieść do punktu kulminacyjnego, kiedy to Stalin zaprasza Fudżi do swojej daczy i tam podczas spaceru po ogrodzie wyznaje, że zabił wszystkich dawnych towarzyszy. Został tylko Fudżi. Dlaczego właśnie on? A może będzie kolejną, ostatnią ofiarą okrutnika? Taki scenariusz także bierze pod uwagę. A jednak Stalin zostawia go i już nigdy więcej się z nim nie spotyka.


Aleksander Rubinovas, Koba, fot. Krzysztof Zatycki

Rubinovas zagrał właściwie podwójną rolę - był Fudżi i Stalinem równocześnie; katem i ofiarą. To wszystko, zdaje się mówić artysta, może się mieścić w jednym człowieku. Rozpoczyna swoją opowieść nieśpiesznie - od parzenia herbaty, ale rozwija ją w taki sposób, że widz siedzi jak zahipnotyzowany. Używa nielicznych rekwizytów, ale wszystkie one są znaczące. Najbardziej sugestywna jest scena, w której aktor, owinięty pledem, staje na podwyższeniu - kiedy s t a j e  s i ę  Stalinem. Nie mamy wątpliwości, że człowiek ten zdolny jest do wszystkiego. Równocześnie zaś Rubinovas gra potulnego, choć pełnego dumy człowieka, który musiał zapomnieć o tym, kim jest, nie z tchórzostwa, ale ze względu na miłość do żony i córki. Aktor jest prawdziwy i przekonywujący w obu tych rolach w sposób wprost fenomenalny. Cechą wielkiego aktorstwa jest ta prawda o człowieku, którą wypowiada się poprzez sztukę. Podczas oglądania monodramu ani przez chwilę w nią nie wątpiłam...

Teatr słowa


Jest jeszcze taki rodzaj monodramu, który charakteryzuje niezwykła oszczędność środków scenicznych, a który koncentruje się na słowie. Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie przed paru laty monodram Ewy Błaszczyk "Rok magicznego życia". Aktorka olśniła mnie wtedy swoją - chciałoby się powiedzieć - grą, ja jednak twierdzę: prawdą o ludzkim losie i zrobiła to bez jednego rekwizytu (jeśli nie liczyć krzesła, na którym w pewnym momencie siadała).


Wiesław Komasa, Różewiczogranie, fot. Krzysztof Zatycki

Podobnie było w tym roku, w odniesieniu do monodramu Wiesława Komasy - "Różewiczogranie". Dodać trzeba, że aktor uczestniczy we WROSTJA od 1971 roku, a jego teatr zawsze był organicznie związany z poezją. Także z poezją Tadeusza Różewicza, po którą sięgał jeszcze podczas studiów. W Czarnej Książeczce z Hamletem, która ukazała się w 2014 roku i jest próbą opisania fenomenu aktorstwa Komasy, artysta tak to komentuje (także w odniesieniu do "Filozofii po góralsku" ks. Józefa Tischnera):

... nad którymi [Tischnerem i Różewiczem] pochylam się naprawdę od dawna, ale wciąż wydaje mi się, że przez zawiłość i porażającą prostotę Tadeusza Różewicza są dla mnie wciąż do odkrywania.

W istocie, Wiesław Komasa odkrył dla mnie Różewicza innego niż znany mi ze spektakli i własnych lektur. Jego Różewicz to ktoś doświadczony, a zarazem nieśmiały, ktoś, kto całe życie boi się przyznać do tego, że jest poetą, kto toczy nieustannie rozmowy z tymi, którzy odeszli i kto chciałby nawiązać więź z tymi, którzy dopiero nadchodzą - z młodymi. Poeta to ktoś, kto nie wyobraża sobie świata bez poezji, ktoś, komu dziennikarz zadaje banalne pytania, na które nie zna odpowiedzi...

Aktor wchodzi na scenę od widowni, która powoli się wycisza, rozmawia przez telefon komórkowy - jest jednym z nas. A jednocześnie wie i rozumie więcej... Komasa mówi tekstami wierszy Różewicza, jego "Kartoteki", "Matka odchodzi". Mówi także sobą - opowiada o spotkaniu z Poetą, dodaje teksty "zasłyszane", bo Komasa ma słuch do człowieka. Na scenie bardziej JEST niż gra i to jest chyba najlepszym określeniem jego stylu. JEST ze swoim doświadczeniem - ludzkim i teatralnym (tego oddzielić nie sposób), ze swoją wrażliwością na słowo, swoimi przeżyciami, odkryciami, przemyśleniami... Całe piękno jego teatru zawiera się właśnie w tej OBECNOŚCI. Bo Komasa zawsze jest d l a drugiego człowieka. Może jeszcze bardziej intensywnie niż przed czterdziestu paru laty, kiedy przedstawił swój pierwszy monodram.
49 edycja WROSTJA pozwoliła widzom przekonać się, że prawdziwa sztuka jest niezniszczalna i zawsze możemy z niej zaczerpnąć jak ze źródła.

49. WROSTJA odbyły się w dniach od 24 do 26 października 2015 roku. Na zakończenie przeglądu monodramów nagrodzono występujących aktorów. 
Relacja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.




Wiesław Komasa: Czujny na spotkanie z drugim człowiekiem /wywiad/

Rozmawiam z wybitnym aktorem teatralnym i filmowym o jego wędrowaniu przez monodramy: początkach WROSTJA, radości dzielenia się z publicznością oraz poetyckich pasjach i inspiracjach.

Wiesław Komasa, Różewiczogranie, WROSTJA 2015, fot. Krzysztof Zatycki

Barbara Lekarczyk-Cisek: Bywał Pan na Wrocławskich Spotkaniach Teatru Jednego Aktora począwszy od 1971 roku, kiedy to zaprezentował ”Wołającego”. Czym są dla Pana te Spotkania?

Wiesław Komasa: Byłem wychowany na Wrocławskich Spotkaniach Teatru Jednego Aktora. Zaczęło się od ”Wołającego”. Później poznałem wspaniałych ludzi, a wśród nich redaktora Tadeusza Burzyńskiego, który szczęśliwie się mną zaopiekował i zaczął ze mną rozmawiać i pewne rzeczy, które były we mnie, nazwał. I potem, taki ”ponazywany”, zacząłem dalej szukać. A ponieważ we Wrocławiu była grupa bliskich mi ludzi, zaprzyjaźniłem się z nimi i oni  pomogli mi szukać tekstów literackich. Na przykład Ireneusz Guszpit zwrócił moją uwagę na teksty Tagore i Hessego, a Jerzy Satanowski –  na Stachurę. Później pojawiła się Marianna Bocian – wrocławska poetka, która specjalnie dla mnie napisała monodram ”Odejście Kaina”… Tak się stało, że wręcz tęskniłem do tej atmosfery październikowo-listopadowej, kiedy to odbywały się spektakle festiwalowe.

Czym jest dla Pana monodram?

Monodram to jest taka dziwna spowiedź – spowiedź potrzeby. Człowiek z jakiegoś nadmiaru coś usiłuje powiedzieć. Miałem wielkie szczęście, bo oglądałem we Wrocławiu fenomenalne monodramy naszych wybitnych aktorów. Zarazem wiedziałem, że w monodramie trzeba jakoś inaczej… „kłamać”. Jednak kłamać, bo się występuje przed ludźmi. I dlatego zazwyczaj szybko swoje monodramy porzucałem, bo wydawało mi się, że problemy, które poruszałem niejednokrotnie, we mnie się już zestarzały.
 Po śmierci Marianny Bocian przygotowałem monodram specjalnie dla niej, bo chciałem jeszcze z nią porozmawiać tekstami „Odejścia Kaina”, który kiedyś napisała dla mnie. Sądzę, że monodram należy robić rzadko i niechętnie. Nie można się przecież swoimi przemyśleniami ciągle dzielić, a poza tym…… to naprawdę psychicznie kosztuje. A chodzi o to, aby nie zgubić w tym wszystkim siebie.
Ale to partnerstwo publiczności, ten odbiór… i to nieznane, które może człowieka spotkać w czasie spektaklu, to właśnie jest cudowne i za czymś takim bardzo się tęskni. Monodramy zmieniają się, bo to publiczność je współtworzy. Kiedy gram monodram, jestem czujnym na życie, na spotkanie z drugim człowiekiem.  Dla mnie sztuka jest dzieleniem się tęsknotą, smutkiem, radością; dzieleniem się i pomaganiem sobie. Wierzę w to, że są ludzie, którzy noszą w sobie taką samą łzę…

Swoje monodramy przygotowywał Pan po to, aby się wypowiedzieć. Z czasem zmieniał się Pana warsztat i Pan się zmieniał. Proszę powiedzieć, czego dowiadywał się Pan o sobie, robiąc kolejne monodramy?

Od dziecka była mi bliska wypowiedź poprzez poezję. Moją największą pasją jest poezja. I to zdanie Tadeusza Różewicza, w którym pada pytanie o to, jak będzie wyglądał pierwszy dzień na świecie bez poezji, jest pytaniem wręcz o Apokalipsę. Poeci jednak pozostawiają swoje pytania bez odpowiedzi, aby tylko dotknąć pewnych myśli, licząc na wrażliwość odbiorcy.  Bez poezji świat nie może istnieć.
Otóż mówiąc teksty poetyckie zrozumiałem, że jeżeli człowiek nie kłamie w relacji z widownią, to dotyka takiej przestrzeni, której, podejrzewam, dotyka sam poeta. Jest to przestrzeń powiększonej wrażliwości i wyjątkowego słowa. Poza tym przez poezję i monodramy uczyłem się mówić.
Na początku swojej pracy nie podejrzewałem, że słowo ma taką zaklętą moc. Zawsze zdawało mi się, że mogę pewne sprawy wypowiedzieć za pomocą ruchu, ekspresji. Musiałem dopiero nabrać odwagi na samego siebie, uwierzyć w siebie, aby poprzez bliskość kontaktu z widzem dać się oswoić. I to mi dał właśnie monodram.
Poprzez monodramy dzieliłem się tym, co mnie fascynowało. Robiąc ”Wołającego” chciałem powiedzieć to, co wyrazili poeci, których tekstami mówiłem.
Z kolei monodram ”Moja bajka” poświęciłem Mai Komorowskiej, ponieważ zainspirowała mnie ziemią w ”Antygonie” Sofoklesa w transkrypcji Helmuta Kajzara. Pojąłem dzięki niej, że można mówić o konkrecie i nim się dzielić. Ziemia stała się tym, skąd pochodzę ja, moi dziadkowie, rodzice… I rzeczywiście brałem do przedstawienia tę ziemię i ona zupełnie inaczej funkcjonowała. Dzieliłem się sobą, a jednocześnie dotykałem, szukałem swoich korzeni.
Później było ”Odejście Kaina” Marianny Bocian, napisane specjalnie dla mnie po obejrzeniu przez poetkę ”Mojej bajki”, a następnie ”Źródła” z Janem A.P. Kaczmarkiem. Dzieliliśmy się poezją i muzyką, a jedno drugie inspirowało.
O to, gdzie jest ta cienka granica między człowiekiem a błaznem, pytałem w sztuce ”Yorick, czyli spowiedź błazna” wg scenariusza Andrzeja Żurowskiego, bo przecież sam jej nieustannie dotykam. Ten balans może być artyzmem, za którym kryje się ciężka praca nad warsztatem zawodowym, który ułatwia wypowiedź o prawdzie życia i teatru.
Różewicza przygotowywałem bardzo długo, właściwie już w szkoły teatralnej w Krakowie. Ciągle go dla siebie odkrywam i coraz bardziej poraża mnie on swoim wyważonym słowem i ukrytą emocją  - emocją troski.

Czy nie jest tak, że z wiekiem człowiek się upraszcza, a jego środki wyrazu stają się coraz bardziej oszczędne?

Jako młody człowiek tego nie rozumiałem. Po obejrzeniu wielkiej kreacji wybitnej artystki Zofii Jaroszewskiej w ”Lesie” Aleksandra Ostrowskiego powiedziałem do niej, że to co zrobiła w roli, było dla mnie za proste. Ona mi wtedy powiedziała: Przekonasz się jeszcze, jakie to trudne…
I tak się stało. Mnie w tej prostocie fascynuje najbardziej pokora wykonawcy, muzykalność formy poezji i przekaz myśli, podczas którego następuje wymiana emocji z widzem. To się właśnie zawiera w tej prostocie.
Zdarzają się bardzo dobre monodramy, których cechą charakterystyczną jest teatralność. Ja jednak w swoim wędrowaniu nie potrafię powiedzieć, czy w ogóle lubię monodramy, nie wiem… Prawdziwie powalającym monodramem były dla mnie zawsze koncerty Ewy Demarczyk. Inne niezwykle cenię i pamiętam. Ja natomiast zawsze szukam formy poetyckiej w  wyrażaniu prawdy psychologicznej. I dlatego inspirujący jest dla mnie przede wszystkim tekst literacki.

Dziękuję za spotkanie i rozmowę.

Wywiad ukazał się pierwotnie na Kulturaonline.pl

50. WROSTJA – Jubileusz niezwykłego festiwalu monodramów (relacja)

O początkach festiwalu monodramów, ich charyzmatycznym pomysłodawcy i organizatorze – Wiesławie Gerasie, jubileuszowych publikacjach i najciekawszych monodramach tegorocznej edycji.

plakat ubiegłorocznych WROSTJA

W dniach od 17 do 24 października odbyły się Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora. Ten wyjątkowy w skali światowej festiwal monodramów święcił w tym roku swoje 50-lecie.

Na początku był … Geras


Jubileuszowe wydawnictwo, Klub Krytyki Teatralnej/ Polska Sekcja IATC : Wydawnictwo Skorpion


Nie byłoby to zapewne możliwe bez pomysłodawcy i niestrudzonego organizatora – dyrektora festiwalu, Wiesława Gerasa. Temu niezwykłemu człowiekowi, który nie tylko czuwał nad organizacją festiwali, ale także je programował, jeżdżąc po świecie i zapraszając do Wrocławia (i nie tylko) wybitnych artystów, wielokrotnie też inspirował wielu aktorów do zagrania monodramów, została poświęcona jubileuszowa książka o znamiennym tytule: ”50 lat WROSTJA. Po teatrze jednego aktora oprowadza Wiesław Geras”. Została wydana przez Klub Krytyki Teatralnej/Polska Sekcja IATC, pod redakcją Tomasza Miłkowskiego i zawiera – oprócz rozmowy z twórcą festiwalu – wspomnienia aktorów, teatrologów, dziennikarzy, którzy w kolejnych edycjach uczestniczyli ”od zawsze”. Dzięki temu historia tego niezwykłego festiwalu opowiedziana jest barwnie i polifonicznie.

Siemion ojcem założycielem


Początków trzeba szukać w połowie lat 60., które prof. Janusz Degler określa złotym okresem w kulturze Wrocławia. Jego zdaniem, ten rodzaj teatru stwarzał nie tylko szansę  na ujawnienie siebie – własnego warsztatu i sił twórczych. 17 października 1966 roku Danuta Michałowska zaprezentowała w Piwnicy Świdnickiej monodram na podstawie powieści ”Komu bije dzwon” Ernesta Hemnigwaya. Tak rozpoczął się trwający do 23 października Ogólnopolski Przegląd Teatrów Jednego Aktora. Jednakże za ”ojca założyciela” Tomasz Miłkowski uznał Wojciecha Siemiona, który wystąpił z monodramem ”Zdrada” według Izaaka Babla.

W ”Zdradzie” – twierdzi autor ”Impulsu, czyli jak to się zaczęło” – demonstrował Siemion swoje odkrycie estetyczne – wykazywał, że nie dość powołać na scenie postać, trzeba ją jeszcze skomentować, nie tyle być nią, ile być obok niej, opowiadać ją w taki sposób, jakby się nią było. Trudna to sztuka (…), jak zachować bliskość i dystans jednocześnie, ale aktor umiał odnaleźć ten właściwy ton. Stąd aplauz, z jakim spotkał się na festiwalu jego spektakl.

Poza spektaklami, w których wystąpili aktorzy tak znani i wybitni, jak Ryszarda Hanin, Kalina Jędrusik, Andrzej Łapicki i inni, odbywały się także spotkania z aktorami i gośćmi festiwalu, wśród których były takie nazwiska, jak Tadeusz Różewicz czy wspomniany Wojciech Siemion… Codziennie dyskutowano o obejrzanych monodramach, a na spektakle ”waliły tłumy”, jak pisał nieżyjący, znany wrocławski dziennikarz Tadeusz Burzyński. Kolejne przeglądy miały już charakter konkursu, a laureatem pierwszej nagrody – Nagrody Głównej Ministra Kultury i Sztuki – został Tadeusz Malak -  za monodram ”W środku życia” na podstawie tekstów Tadeusza Różewicza. On też otworzył tegoroczne jubileuszowe WROSTJA, odwołując się do tamtego przedstawienia: "Powrót do źródeł... od Różewicza... i dalej...”.

 Tadeusz Malak w monodramie "Powrót do źródeł...", Wrocław 2016

Hamlet Geta


W kolejnym roku Eugeniusz Get-Stankiewicz zaprojektował grafikę zatytułowaną ”Hamlet”, która stała się oficjalnym logo festiwalu, a także znalazła się na okładkach serii wydawniczej poświęconej monodramom – ”Czarnej książeczce z Hamletem”.  Serii, dodajmy, zupełnie unikalnej. Ukazało się w niej 17 publikacji, z czego trzy w tym roku: ”166 monodramów” Tomasza Miłkowskiego, ”Wypowiedzieć człowieka. Poezjoteatr Tadeusza Malaka” Katarzyny Flader-Rzeszowskiej oraz ”Lidii Danylczuk droga ku sobie” Iryny Wołyćka-Zubko. Dodajmy, że każda taka książeczka miała swoją promocję, podczas której nie tylko o niej dyskutowano. Zazwyczaj aktor, który był jej bohaterem, prezentował również swoje monodramy – we fragmentach i w całości.


Ukraińska aktorka Lidia Danylczuk – jedno  z wielu odkryć Wiesława Gerasa – gościła w Polsce wielokrotnie ze swoim ”Teatrem w Koszyku”, który charakteryzuje się nowatorską syntezą słowa, obrazu i dźwięku. W tym roku zaprezentowała monodram "Do źródeł. Głos cichego odmętu", na podstawie tekstu Nedy Neżdany, poruszającego historię głodu na Ukrainie w latach 30.

Geras znaczy dobry


Wielkim atutem jubileuszowego wydawnictwa ”50 lat WROSTJA” jest nie tylko zebranie i uporządkowanie informacji na temat wrocławskiego festiwalu monodramów, ale – a może dla czytelnika przede wszystkim – głosy aktorów, którzy bywali we Wrocławiu ze swoimi spektaklami, a także osób aktywnie uczestniczących w festiwalu w różnych rolach. Dzięki nim poznajemy też trochę ten festiwal od kulis.

Birutė Mar odkrywa dla nas, że słowo ”geras” znaczy po litewsku ”dobry”.
Teraz, po prawie dwudziestu latach  - wspomina aktorka – rozumiem, że Pan Wiesław Geras był wówczas tym dobrym człowiekiem, litewskim ”Gerasem” przysłanym mi przez los, który inspirował do tworzenia, rozwoju, doskonalenia się. (…) Wrocław stał się moim miastem rodzinnym tak jak WROSTJA moim rodzinnym festiwalem, gdzie zagrałam wszystkie swoje spektakle, gdzie chce się powrócić i spotkać starych dobrych przyjaciół, gdzie zawsze ktoś na mnie czeka.

Lidia Danylczuk nazywa Wiesława Gerasa żartobliwie ”rycerzem jednego aktora”, a Katarzyna Flader-Rzeszowska ”człowiekiem z pasją”. Z kolei Krzysztof Gordon podziwia jego świeżość patrzenia na teatr, na aktora, na spektakl, zaś  Krzysztof Grabowski – kompetencje  i szybkość działania: 

Byłem wielokrotnie świadkiem – pisze żartobliwie – jak Wiesław Geras, znany wszystkim służbom w Polsce jako szef mono mafii, zapytany, czy ma jakiś pomysł, kogo można by zaprosić ze spektaklem, odpowiadał, że zaraz coś napisze. Wracał po 30 minutach z pełnym programem na najbliższe dwie edycje festiwalu.

Bogusław Kierc określa Wiesława Gerasa mianem ”jasnoksiężnika”, a Wiesław Komasa nazywa ”Sir Wiesławem” i jedną z najbarwniejszych postaci w historii Teatru Jednego Aktora. Zaś Piotr Konrad, próbując odpowiedzieć na pytanie, czym jest teatr jednego aktora, dochodzi do wniosku, iż jest to ”teatr jednego Gerasa”.

Wiesław Geras, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Tych wypowiedzi i przemyśleń, nie stroniących od anegdoty i błyskotliwych bon motów, jest we wspomnianej  publikacji o wiele więcej. Zachęcam gorąco wszystkich, którzy lubią monodramy i są ciekawi takich charyzmatycznych postaci, jak pan Wiesław Geras, aby sięgnęli do niej. Osobiście zawdzięczam dyrektorowi festiwalu nie tylko możliwość obejrzenia wielu wspaniałych spektakli, których bez Niego nie miałabym szansy zobaczyć, a w konsekwencji – doznać  wielu niezapomnianych wrażeń. Chylę również czoła przed Jego pasją, determinacją i wrażliwością, dzięki którym stworzył zjawisko tak niebywałe, a zarazem tak trwałe.

WROSTJA A.D. 2016


W tym roku spektakle celowo były prezentowane w różnych miejscach, które przypominały historię festiwalu – począwszy od Piwnicy Świdnickiej, gdzie wszystko się zaczęło, poprzez scenę PWST, Teatru Lalek, Biura Festiwalowego IMPART, Teatr Polski, Teatr Muzyczny Capitol, po miejsca zupełnie nowe, ale znaczące,  jak nowo powstałe Muzeum Teatru im. Henryka Tomaszewskiego, gdzie odbyła się sesja o stanie i kondycji teatru jednego aktora, zaprezentowano wystawę fotografii oraz nowe publikacje.

Spośród wielu interesujących monodramów, obejrzanych podczas jubileuszowego festiwalu, chciałabym więcej miejsca poświęcić szczególnie dwóm. Pierwszym jest ”Żmija” - według prozy Aleksandra Tołstoja i w wykonaniu Doroty Stalińskiej, drugim zaś ”Anioły Dostojewskiego”, które zaprezentowała litewska aktorka Birutė Mar

”Żmija” – jubileuszowy monodram Doroty Stalińskiej


”Żmija” to spektakl, który jest swoistym fenomenem. Powstał w 1978 roku (sic!), a więc blisko czterdzieści lat temu i najpierw otrzymał I Nagrodę na 13. OFTJA w Toruniu, a następnie Grand Prix na 11. WROSTJA w 1987 roku.  Jednakże prawdziwym zdumieniem napawa fakt, iż grany był przez wiele lat, a liczba przedstawień przekroczyła cztery tysiące!  Kiedy aktorka wznowiła go, prezentując ponownie podczas festiwalu ”W remizie” na Helu, w 2015 roku, nie mogła wejść do środka, tak wielu chętnych usiłowało bezskutecznie dostać się na widownię. To dowodzi, że są spektakle, które się nie starzeją. We Wrocławiu Stalińska zaprezentowała ”Żmiję” w ramach festiwalu po raz czwarty – przy wypełnionej sali. W ten sposób uczciła jubileusz WROSTJA, ale również własny jubileusz 40-lecia pracy artystycznej.

Monodram ten jest autorski w pełnym tego słowa znaczeniu – aktorka wybrała tekst, opracowała go, wyreżyserowała, stworzyła scenografię oraz kostium i własnoręcznie je wykonała (poza wojskowym płaszczem i butami). Jej bohaterka – Olga Wiaczesławowna Zołotowa jest rodzajem Kandyda w spódnicy (w spodniach także). Urodzona w inteligenckiej rodzinie, traci najbliższych w wyniku Rewolucji Październikowej, a sama – mimo ran i uwięzienia – przeżywa i próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Zakochana w poznanym podczas pobytu w szpitalu dowódcy o sokolich oczach, wstępuje do armii i robi wszystko, co on każe. Uczy się jeździć konno, strzelać, znosi wszelkie trudy, bo on jest teraz jej ”rodziną”. Dowódca jest  przy tym powściągliwy i traktuje ją początkowo po ojcowsku, by z czasem zauważyć w niej kobietę, ale nigdy tego nie wykorzystuje. Przed samobójczym, nakazanym przez dowództwo atakiem, wyznaje jej miłość, po czym... ginie. Dziewczyna niczego poza walką nie umie i kiedy nastaje czas pokoju, nie potrafi odnaleźć się w tzw. zwyczajnym życiu. Jest samotna, zamknięta w sobie i staje się łatwą ofiarą pomówień i intryg. Pełne determinacji próby zademonstrowania otoczeniu, że jest normalną kobietą, pragnącą kochać i być kochaną, kończą się tragicznie.

Dorota Stalińska w monodramie "Żmija", WROSTJA 2016

Dorota Stalińska znakomicie pokazuje dramat swojej bohaterki, opowiadając jej historię w formie retrospekcji, od momentu, kiedy to kobieta znajduje się w więzieniu i jest przesłuchiwana, a jednocześnie przygląda się swojemu życiu, próbując zrozumieć, jak to się stało, że zabiła człowieka. Nawiązuje kontakt z publicznością, jakby w oczekiwaniu, że ktoś jednak zrozumie jej dramat. Gra zarówno naznaczoną dramatycznymi przejściami bohaterkę – doświadczoną i nieufną, by za chwilę zmienić się w młodą, niewinną dziewczynę, jaką była na początku. Czasami tragiczna, niekiedy tragikomiczna, zabawna – zawsze prawdziwa i wiarygodna. Taka jest Olga Doroty Stalińskiej: komiczna, gdy uczy się konnej jazdy (wszystko rozgrywa się na naszych oczach), liryczna i trochę zabawna, gdy jesteśmy świadkami jej pierwszej rozkwitającej miłości, tragiczna – gdy  rozpacza po śmierci ukochanego. Piękna jest scena, w której zakochani spędzają ostatnią noc przy ognisku, a mężczyzna śpiewa miłosną pieśń po ukraińsku. Stalińska wyczarowuje przed nami tę scenę tak znakomicie, że ”widzimy” dwoje zakochanych, czujemy atmosferę tej chwili… Prawdziwa mistrzyni! Pod koniec spektaklu, kiedy emocje sięgają zenitu, właściwie bez zastrzeżeń stajemy po stronie ”skrzywdzonej i poniżonej” bohaterki tej opowieści.

Sądzę, że ponadczasowość tego monodramu wynika nie tylko z przesłania utworu, w którym ukazano, jak historia i ludzka podłość mogą zniszczyć życie człowieka. To także, a może przede wszystkim zasługa aktorki, która potrafiła tę prawdę w sposób wiarygodny przekazać środkami scenicznymi, z upływem lat robiąc to coraz bardziej świadomie i dojrzale. 

Wywiad z Dorotą Stalińską - pod tym linkiem.


”Anioły  Dostojewskiego” i Birutė Mar


Prawdziwym brylantem 50. WROSTJA była litewska aktorka Birutė Mar, która tym razem zaprezentowała monodram na kanwie prozy Fiodora Dostojewskiego. Tytuł został zaczerpnięty z opowiadania "Chłopczyk na gwiazdce u Pana Jezusa", bo też dziecko – niewinne, skrzywdzone, poniżone, cierpiące biedę i głód – jest bohaterem tego spektaklu. Tacy ”niewinni aniołowie” pojawiają się w różnych tekstach Dostojewskiego.

Dziatki kochajcie szczególnie – naucza starzec Zosima w ”Braciach Karamazow – albowiem również i one są bezgrzeszne jako anioły i żyją ku rozrzewnieniu, ku oczyszczeniu serc naszych, niejako będąc dla nas wskazówką. Biada temu, kto skrzywdził dziecko.
Tymczasem dzieci są krzywdzone nieustannie: uwiedzione, naiwne nieletnie dziewczęta, marzące o miłości, które wykorzystano cynicznie, nigdy już nie będą potrafiły kochać, będą tylko ranić innych, jak Gruszeńka z ”Z braci Karamazow” czy naiwna dziewczyna z ”Białych nocy”. 
Birutė Mar wchodzi w rolę każdej z postaci w sposób tak naturalny, że to aż zdumiewające. Wkłada męski płaszcz i jest Stawroginem opowiadającym, jak doprowadził do samobójczej śmierci małą dziewczynkę Matrioszę, która nie umiała żyć po tym, jak ją skrzywdził. Cyniczny i mający niejedno na sumieniu, ciągle widzi jej postać wygrażającą mu maleńką piąstką.  Biada temu, kto skrzywdził dzieckoZa skrzywdzonym dzieckiem ujmuje się także inny bohater Dostojewskiego – książę Myszkin, który doskonale wie, że dzieci potrafią być także okrutne w stosunku do siebie, ale nigdy w takim stopniu jak dorośli. Zresztą sam Myszkin ma wrażliwość i ”anielskość” dziecka – i pozostaje bezbronny jak one.

Birute Mar w monodramie "Anioły Dostojewskiego", WROSTJA 2016

Birutė wchodzi także w rolę sześcioletniego chłopczyka i robi to jak nikt inny – wkłada rozczłapane buty, twarz jej się zmienia, oczy nabierają takiego wyrazu, że można o nic powiedzieć: ”oczy dziecka”… Przypomina mi w tym Giuliettę Masinę. Chłopczyk opuszcza suterenę, w której leży ciało zmarłej matki i usiłuje znaleźć coś do jedzenia. Jest mały, bezbronny, przemarznięty. Właśnie zbliża się Wigilia Bożego Narodzenia i za szybami sklepów i oknami widać stosy jedzenia, ale nikt nie chce chłopcu dać się pożywić. W końcu malec zamarza za stosem drewna i ktoś nazajutrz odnajduje jego zwłoki. Tymczasem – mówi Dostojewski, a za nim Birutė – chłopiec trafia na Wigilię do Pana Jezusa, bo u Niego  jest zawsze w Wigilię gwiazdka dla małych dzieci, które nie mają własnej gwiazdki. Ale pointa monodramu jest zupełnie inna niż w opowiadaniu. Narrator Dostojewskiego dystansuje się do tej historii, mówiąc, że jest zmyślona. Birutė zaś przytacza na koniec słowa starca Zosimy i to one stają się pointą spektaklu. Otóż w kontrze do myśli "jeśli Boga nie ma, wszystko wolno”, starzec Zosima uważa, że całe zło, a w szczególności cierpienie niewinnych, bierze się z faktu zerwania przez człowieka więzi z Bogiem.

Spektakl litewskiej mistrzyni monodramu to przykład coraz rzadszego we współczesnej sztuce zjawiska, kiedy to teatr przekracza swoje własne granice, stając się czymś więcej niż scenicznym działaniem. Jak w starożytnej Grecji, przynosi rodzaj katharsis i sprawia, że widz będący współuczestnikiem spektaklu (bo powiedzieć: widzem - to za mało), przeżywa rodzaj duchowego wstrząsu, po którym nic już nie jest takie samo.

Gdyby na WROSTJA  zaprezentowano tylko to przedstawienie, byłoby to i tak wielkim sukcesem tego zasłużonego festiwalu. Jednak takich przeżyć doświadczyłam w ciągu minionych lat więcej, toteż ogromnie żałuję, że 50. przegląd monodramów był zarazem ostatnim.

Wywiad aktorką - pod tym linkiem


Relacja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.

środa, 11 października 2017

50. WROSTJA - Dorota Stalińska: Monodram nie znosi pustki /wywiad/

Z wybitną aktorką teatralną i filmową – Dorotą Stalińską – rozmawiam o twórczym podejściu do sztuki, istocie monodramu oraz o jej najczęściej granym jednoosobowym spektaklu ”Żmija”.

Dorota Stalińska, fot. Tomasz Adamowicz

Barbara Lekarczyk-Cisek: Prezentowany przez Panią podczas jubileuszowych WROSTJA monodram jest związany z festiwalem nie tylko przez nagrody. Ten spektakl był grany podobno ponad cztery tysiące razy i jest swego rodzaju fenomenem. Powstał w 1978 roku w Teatrze Na Woli. Czy miał jakiś związek z repertuarem tej wspaniałej sceny?

Dorota Stalińska:  To nie było tak! Pracowałam wtedy w Teatrze Na Woli, pracowałam  bardzo dużo, codziennie grałam i miałam próby. Ale ja zawsze chciałam być twórcą, a nie tylko odtwórcą, chciałam ponosić pełną odpowiedzialność za to co dzieje się na scenie.      Stąd wziął się pomysł robienia monodramów. Sama adaptowałam teksty, reżyserowałam, projektowałam i szyłam kostiumy, bo tylko ja wiedziałam, co mi jest potrzebne. Ponieważ grałam codziennie, to po prostu między próbami a przedstawieniami zostawałam w teatrze i korzystając z jego warunków, pracowałam nad swoimi sztukami.  Ale robiłam to wszystko niezależnie od działań teatru. Natomiast Tadeusz Łomnicki, który był dyrektorem teatru, bardzo wspierał moje samodzielne działania i można  powiedzieć, że stał się ich orędownikiem. Pamiętam, że nawet po którejś z teatralnych premier bardzo krótko omówił premierowe przedstawienia i potem bardzo długo opowiadał o mojej ”Żmii”, którą parę dni wcześniej obejrzał.

A dlaczego wybrała Pani tekst Aleksieja Tołstoja?

Szukałam tematu, który byłby ciekawy i odmienny od mojego pierwszego monodramu zrobionego rok wcześniej. To było ”Tabu”  według opowiadania Jacka Bocheńskiego – opowieść  o pierwszej, naiwnej miłości zamkniętej w klasztorze młodziutkiej dziewczyny Dolores do pełnego życia i wolnego jak wiatr poety Diego. Do kolejnego przedstawienia szukałam więc materiału, który byłby przeciwwagą dla tamtego. Trafiłam na ”Żmiję”… I wiedziałam od razu, że to jest to…, że ten materiał da mi szansę zbudowania ”pełnokrwistego” przedstawienia. To, co wtedy czułam intuicyjnie, a dziś wiem na pewno –  to fakt, że monodram jest tak specyficzną formą teatru, która nie znosi pustki.

Co to oznacza?

Często ludzie mylą monodram ze słuchowiskiem. Tymczasem nie wystarczy nauczyć się tekstu, wejść na scenę i go powiedzieć. To jest teatr, więc musi być działanie. Widz, wychodząc z teatru, musi być przekonany, że poznał całą historię i wszystkie osoby, które w niej się  pojawiały, ….  choć na scenie był tylko jeden aktor.  A aktor musi  wiedzieć, jak przenieść widza w inną rzeczywistość, w inną przestrzeń i w inny czas…, jak pokazać mu tych wszystkich ludzi, którzy doprowadzili do poszczególnych działań postaci głównej. To jest fascynujące zadanie, najciekawsze w tym zawodzie. Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: kim jesteś wchodząc na scenę, kim jest dla ciebie widownia, co chcesz jej powiedzieć i dlaczego. Inaczej gramy, gdy zakładamy istnienie ”czwartej ściany”, a inaczej – gdy gramy bezpośrednio do widowni. Jeśli gramy do widowni, musimy wiedzieć, jaką rolę odgrywa w stosunku do naszej postaci: przyjazną, obojętną, a może wrogą… Przecież zupełnie inaczej wtedy się zachowujemy!

Ilość przedstawień świadczy o tym, że ”Żmija” jest w Pani dorobku monodramem szczególnym. A sądząc po reakcji widowni – ciągle mocno oddziałującym.

Żmija” jest mi szczególnie bliska. Po niej przygotowałam jeszcze niezwykle prostą   formalnie  ”Katarzynę Blum” wg Heinricha Böla.  Późniejsze sztuki już mocno rozbudowałam . Kiedy na przykład gram ”Zgagę” – a gram ją już 20 lat – jedzie ze mną ciężarówka dekoracji i parę osób ekipy. A ”Żmija” jest klasycznym monodramem – to prawdziwy ”teatr w walizce”:  jeden rekwizyt, dwa stare krzesła i kostium. Dużą rolę odgrywa w nim światło, choć przez lata obywałam się bez świateł w ogóle, bo nie było na to warunków. Dzisiaj – tam, gdzie jest to możliwe – wykorzystuję światło, bo ono wiele do przedstawienia może dodać. Pozwala widzowi lepiej skupić się na poszczególnych scenach, pomaga przenieść go w inną przestrzeń i buduje odpowiedni do danej sceny nastrój. 

A czy pamięta Pani swój pierwszy występ we Wrocławiu?

Oczywiście, na pewno grałam wtedy inaczej… pewnie mniej dojrzale…, ale też byłam bardzo młoda i zapewne mniej dojrzała niż dzisiaj. Tego szczególnego rodzaju kontaktu z widzem, prawdziwego do bólu, nabywa się z wiekiem, z obyciem ze sceną, a nawet z pewną rutyną. Przestajemy się trzymać pewnych schematów i coraz więcej czerpiemy od widzów – lepiej ich czujemy i widzimy. Uczymy się wpływać na emocje widza. Aktor to taki człowiekiem, który ma bawić i wzruszać. Dlatego też kiedy tytułowa bohaterka ”Żmii” opowiada o czymś tragicznym, to za chwilę ”przełamuje” to czymś, co – mimo  swego tragizmu – poprzez  formę opowieści, staje się zabawne. Ten spektakl dotyka ciągle zdarzeń aktualnych, bo i dziś ludzie znajdują się w sytuacji, w której zostaje im odebrana możliwość dokonywania wyborów. To jest monodram o człowieku zmiecionym przez historię. I dlatego się  nie starzeje.

Wielki szacunek dla Wiesia Gerasa, który od tylu lat daje tylu aktorom możliwość wypowiedzenia poprzez formę monodramu.  Myślę, że bardzo wiele osób dzięki temu      mogło w ogóle zaistnieć.  Druga część mojego występu – recital – był zatem ukłonem  i prezentem  dla Wiesia za to, że oddał swoje życie i serce tej formie teatru.. Daj Boże, aby to mogło dalej istnieć.

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad ukazał się na Kulturaonline w 2016 r.

Wrzesień w Muzeum Architektury: dla dorosłych, dzieci i ciekawych miasta

 Muzeum Architektury we Wrocławiu zaprasza na spotkanie warsztatowe w ramach Akademii Architektury, warsztaty dla dorosłych: "Śląski de...

Popularne posty