Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Swietłana Wasilenko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Swietłana Wasilenko. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 sierpnia 2018

"Głuptaska" w reżyserii Jerzego Bielunasa. Pobawmy się w apokalipsę! /recenzja/

W swoim spektaklu "Głuptaska" Jerzy Bielunas snuje gorzkie refleksje na temat współczesnego świata, którego cechą charakterystyczną jest "ucieczka w zabawę". Znakomita inscenizacja, aktorstwo i muzyka tworzą oryginalną formę dla tego przesłania.

Kinga Preis w roli tytułowej Głuptaski, reż. Jerzy Bielunas, fot. Łukasz Giza

Zaprezentowany podczas 36. PPA autorski spektakl Jerzego Bielunasa, zatytułowany "Głuptaska", powstał z fascynacji powieścią Swietłany Wasilenko. Z pierwowzoru reżyser zaczerpnął wątek współczesny, odnoszący się do wydarzenia związanego z konfliktem kubańskim. Poza tym spektakl czerpie z różnorodnych źródeł - od gry komputerowej po wpisy internautów, tworząc własną narrację i oryginalne przesłanie.

Czas Apokalipsy w Kapustinym Jarze


W 1962 roku dzieci wojskowych z miasteczka Kapustiny Jar zostały wywiezione w step, ponieważ spodziewano się uderzenia jądrowego ze strony Amerykanów. Panowała atmosfera strachu. Dzieciom nie oszczędzono bynajmniej informacji, że zostaną unicestwione. Usłyszały propagandowe słowa, że zginą bohatersko jak prawdziwi pionierzy Związku Radzieckiego. Historię tę opowiada w przedstawieniu postać będąca samą pisarką, są to bowiem jej autobiograficzne wspomnienia. Wydarzenia te, stanowiące w powieści rodzaj klamry dla części środkowej, realistyczno-baśniowej, rozgrywającej się w latach 30. ubiegłego wieku - zostały w spektaklu częściowo pominięte. W ich miejsce - jako rodzaj kontrapunktu - wprowadzono wątki współczesne.

Głuptaska w reż. Jerzego Bielunasa, fot. Łukasz Giza


Pobawmy się w apokalipsę!


Przede wszystkim wykorzystano fragmenty gry komputerowej S.T.A.L.K.E.R., której akcja rozgrywa się w Czarnobylu i okolicach po wybuchu elektrowni atomowej. Ponadto widzowie dowiadują się o istnieniu oferty turystycznej obejmującej obszary skażone wybuchem, w tym - samą elektrownię. W narrację spektaklu wpleciono także teksty internautów komentujących entuzjastycznie owe wycieczki. Nie mniej szokujące są także wspomnienia tych, którzy przeżyli wybuch bomby atomowej w Hiroszimie, dominuje w nich bowiem ton zachwytu nad pięknem obrazów towarzyszących eksplozji.

Takie odważne i niekonwencjonalne zestawienie niesie zgoła inne, nowe treści, których w oryginale nie było. Jerzy Bielunas snuje mianowicie gorzkie refleksje na temat współczesnego świata, którego cechą charakterystyczną jest "ucieczka w zabawę". Choć nie zabliźniły się rany Czarnobyla, urządzono sobie z niego grę i ktoś zarabia na ludzkim cierpieniu. Podobnie rzecz ma się z biurem turystycznym. Okazuje się, że nieszczęście - gdy się je odpowiednio zaprezentuje - można dobrze sprzedać...

Bogactwo środków teatralnych 


Ciekawa, funkcjonalna scenografia Honoraty Mochalskiej-Błachut i Barbary Wojtas, przedstawiająca zniszczone miasto, stanowi sugestywne tło dla rozgrywających się wydarzeń. Środkowa część sceny podlega zmianom w trakcie przedstawienia. Staje się "domem", kiedy aktorka grająca Swietłanę Wasilenko, opowiada swoją historię, siedząc na tle dużego gobelinu symbolizującego wschodnią kulturę. Kiedy indziej ta sama przestrzeń staje się zoną, którą zabezpiecza się taśmami, tworząc teren zamknięty. Innym razem jest to step, na który wywieziono dzieci.

W głębi sceny natomiast, na tle tylnych projekcji, umiejscowiono chór cerkiewny Oktoich. Szczególnie zapada w pamięć ostatnia projekcja, przedstawiająca krwawe słońce. To jakby sfera sacrum zwiastująca Apokalipsę.

Projekcje filmowe pełnią w spektaklu  istotne role. Poza prezentacją gry komputerowej, pokazano także zdjęcia przedstawiające Czarnobyl, fragmenty filmu dokumentalnego Swietłany Wasilenko (pisarka jest równocześnie scenarzystką), zawierającego m.in. moment wytaczania z hangaru potężnej rakiety. Na końcu zaś pojawiają się zabawne animacje z udziałem obu aktorek, ukazujące - zgodnie z duchem epoki - "zabawowy" wymiar tego, co groźne i tragiczne.

Głuptaska w reż. Jerzego Bielunasa, fot. Łukasz Giza

Różnorodna muzyka

W przepięknych, wielogłosowych pieśniach chóru Oktoich zawiera się cała metafizyka spektaklu. Chór jest zresztą nie tylko znakiem transcendencji. Słyszymy go również w kompozycjach w stylu techno, którym nadaje zaskakujący, nowy wymiar.

Z kolei śpiew rodziny Pospieszalskich, która wykonywała w spektaklu kompozycje swego lidera - Mateusza, pełnił funkcję komentarza do rozgrywających się scen. Towarzyszył także śpiewającym aktorkom. Choć inny stylistycznie, jest na scenie czymś w rodzaju greckiego chóru i śpiewa znakomicie. Tak dobrze, że Mateusz Pospieszalski  otrzymał za swoje kompozycje tegoroczną nagrodę Tukana Kapituły i Dyplom Mistrzowski.

Aktorstwo

W pamięci pozostają piękne, głęboko poruszające songi głównej bohaterki, którą wspaniale zagrała Kinga Preis. Bo też aktorstwo jest równie mocną stroną tego przedstawienia. Głuptaska Kingi Preis nie jest głuchoniema, jak w powieści, lecz  jest delikatną, nadwrażliwą dziewczynką, opóźnioną w rozwoju umysłowym, co czyni ją różną od pozostałych - jurodiwą. Jej emocje wahają się od radości życia, poprzez smutek, aż po graniczącą z histerią rozpacz. Aktorka chodzi i zachowuje się jak dziecko w sposób niezwykle wiarygodny. Jeszcze mocniej oddziałuje na widzów jej śpiew, momentami przyprawiający o metafizyczny dreszcz.

Kinga Preis jako Głuptaska/fot. Łukasz Giza

Bardzo interesującą rolę stworzyła również Małgorzata Hajewska - Krzysztofik. Miała bardzo trudne zadanie wcielenia się w postać funkcjonariuszki systemu - Traktoriny, grając jednocześnie pisarkę, która tę historię przeżyła i opisała. Rola doprawdy znakomita i mocna, a także - mimo wrodzonej kruchości i delikatności aktorki - wiarygodna.

Małgorzata Hajewska-Krzysztofik jako Swietłana Wasilenko, fot. Ł. Giza

i jako Traktorina/fot. Ł. Giza

Sądzę, że spektakl Jerzego Bielunasa należy do najbardziej interesujących propozycji tegorocznego PPA. Refleksja na temat współczesnego świata, wsparta znakomitym aktorstwem, piękną muzyką i pomysłową scenografią, przemawia za wysoką rangą tego wydarzenia.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.

Wywiad ze Swietłaną Wasilenko, autorką "Głuptaski", znajdziecie TUTAJ.

wtorek, 12 grudnia 2017

Jerzy Bielunas: Robić coś, co będzie wyzwaniem /wywiad/

Rozmawiam z  Jerzym Bielunasem – reżyserem teatralnym, profesorem PWST – o apokalipsie, grach komputerowych, o powstawaniu przedstawienia ”Głuptaski”, a także o dawnym i współczesnym PPA.
  
Jerzy Bielunas, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Barbara Lekarczyk-Cisek: Przygotowuje Pan nowe przedstawienie na tegoroczny Przegląd Piosenki Aktorskiej. Jakie były okoliczności powstania ”Głuptaski” i dlaczego sięgnął Pan po tekst Swietłany Wasilenko?

Jerzy Bielunas: Tekst ”Głuptaski” przeczytałem kilka lat temu. W 2008 roku książka była nominowana do Nagrody Angelusa. A ponieważ reżyserowałem koncert, podczas którego miały zostać wręczone nagrody, toteż przeczytałem wszystkie nominowane powieści. ”Głuptaska” mnie zachwyciła i już wówczas rozmawiałem z autorką – Swietłaną Wasilenko na temat adaptacji jej prozy. Wprawdzie zgodziła się, ale musiało upłynąć trochę czasu, ponieważ nie jest rzeczą prostą zainteresowanie teatrów czy sponsorów tego typu literaturą. Ponadto w owych latach książka robiła wrażenie pięknego, poetyckiego wspomnienia. Nikt nie przewidział, że nabierze nieprawdopodobnej aktualności.

Głuptaska w reż. Jerzego Bielunasa, fot. Łukasz Giza
Co Pana w tej powieści najbardziej poruszyło?

Moim zdaniem jest to przede wszystkim wysokiej klasy literatura. Urzekł mnie sposób, w jaki to napisała: pozbawiony histerii, poetycki i z pięknym przesłaniem. Ponadto autorka opisuje swoje przeżycia z dzieciństwa, które w jakiś sposób są mi osobiście bliskie. Mając około sześciu lat została wraz z innymi dziećmi wywieziona poza miasteczko atomowe i tam kazano im czekać na wybuch jądrowy. To doświadczenie zostało przez nią bardzo precyzyjnie opisane. Kluczem do tej historii jest stwierdzenie, że dla niej to miasteczko jest wciąż miejscem apokalipsy, ponieważ tam zobaczyła jak nadciąga koniec świata.
Ja także pamiętam ten dzień. Miałem wtedy dwanaście lat i zapadł mi w pamięć nastrój tego dnia, kiedy trwał kryzys kubański. Pamiętam bardzo dobrze moją mamę wpatrującą się w ekran telewizora do późnej w nocy. Pamiętam także lęk. Po latach przeczytałem na forum internetowym, gdzie wypowiadali się moi rówieśnicy, że ich dzieciństwu towarzyszył zawsze lęk, który zdawał się być wpisany w tę szarą rzeczywistość… W związku z tym doświadczenie Swietłany  Wasilenko nie jest mi obce.
Przy tym wszystkim miałem świadomość, że nie mogę tej książki adaptować w sposób literalny, ponieważ jest to opowieść bardzo przesiąknięta rosyjską kulturą, a także okrucieństwem i terrorem. Dla polskiego widza nie do przyjęcia.

Do jakiego odbiorcy zatem adresuje Pan tę sztukę?

Aby sztuka była nie tylko wspominaniem 1962 roku, chciałem zrobić coś także dla młodego odbiorcy. Podobnie było przy realizowaniu ”Pamiętnika z powstania warszawskiego” Mirona Białoszewskiego, kiedy to starałem się, aby ten spektakl nie był klasycznie historyczny, ale mówił o traumie i szaleństwie wojny. Chodziło mi też o to, aby zawierał odniesienia do współczesnych wojen i kataklizmów.
Tak więc w przypadku prozy Swietłany Wasilenko również zastanawiałem się, jak to zrobić, aby jej doświadczenie przybliżyć współczesnym odbiorcom.  Z drugiej strony należało stworzyć pomost pomiędzy jej przeżyciami a tym, czego doświadczamy dzisiaj. W konsekwencji, wykorzystując pewne wątki tej historii, starałem się powiązać je z innymi opowieściami o apokalipsie atomowej.

Kinga_Preis_Głuptaska, fot. Łukasz Giza

Z jakich źródeł czerpał Pan te opowieści?

Ogromnie wstrząsające było dla mnie to, że miliony ludzi na świecie, a w szczególności na Wschodzie, gra w komputerową grę, której akcja rozgrywa się po wybuchu w Czarnobylu i okolicach. Kiedy zobaczyłem tę grę, zorientowałem się, że ktoś zarabia miliony uprawiając ten oburzający proceder.  Świadomość, że gra, której akcja toczy się w miejscach, gdzie do dziś cierpią ludzie, które ciągle są żywym cmentarzyskiem, gdzie kolejne pokolenia są dotknięte skutkami tamtej eksplozji – jest dla mnie zjawiskiem szokującym. Zaskakujące jest, jak szybko takie miejsca mogą stać się przedmiotem rozrywki i zabawy. A także fakt, iż ktoś czerpie z tego krociowe zyski. Wydaje się, że cechą współczesnej kultury jest tendencja do zamieniania cierpienia w zabawę…
Mnie to wprawdzie boli, ale rozmawiałem z młodymi ludźmi, którzy twierdzili, że  nie ma w tym nic złego. Toteż realizując przedstawienie, nie próbuję  wprowadzać do niego dydaktyki, ale po prostu zestawiam doświadczenie różnych pokoleń: Swietłany, ofiar Hiroszimy, a ponadto wykorzystałem wypowiedzi ludzi, którzy widzieli wybuch elektrowni w Czarnobylu.   Zestawiłem je z grą komputerową i z wycieczkami do Czarnobyla. Cytuję także listy internautów: ”Dziękuję za wspomnień czar. Mam komplet wrażeń, których nie dostarczą mi piramidy i inne atrakcje. Wróciłam i nie świecę”…  Tego typu skondensowana wypowiedź ma w sobie porażającą moc, której nie rozumiem i nie jestem w stanie zaakceptować. Jednocześnie jednak muszę ją traktować jako znak czasu.

Przedstawienie ”Głuptaski” jest zatem nie tyle adaptacją, co impresją o różnych sposobach patrzenia na apokalipsę i w jakimś sensie także o tym, że odpychamy ten problem, a próbując go oswoić, zamieniamy go w zabawę. A przecież to rodzaj ucieczki od problemu. Ostatnio temat ten zyskał bardzo na aktualności, czego nie byłem w stanie przewidzieć rok temu, kiedy kończyłem pisać scenariusz.

Czy  zapraszając do współpracy dwie wybitne aktorki:  Kingę Preis i Małgorzatę Majewską – Krzysztofik,  miał Pan gotową wizję ról, które miały zagrać, czy też współtworzyły swoje postacie?

Małgorzata Hajewska_Traktorina_Zdjęcia Łukasz Giza

Przy pracy z aktorkami tej klasy  nie może być mowy o gotowych rolach. Spektakl powstaje we współpracy z nimi. To są pytania, które sobie ciągle zadajemy. Małgorzata Majewska – Krzysztofik gra i Swietłanę Wasilenko, i postać z jej książki  - Traktorinę Pietrowną, komunistkę, drużynową, wychowawczynię pionierów, oszalałą na punkcie idei. Natomiast Kinga Preis gra Głuptaskę – dziewczynkę chorą, nawiedzoną, która próbuje ratować świat przed obłędem.
Praca nad tymi rolami jest niezwykle kreatywna i w żaden sposób nie przypomina przeciętnych prób. Obie aktorki są zawsze znakomicie przygotowane. Większość partii wokalnych przypadła  Kindze, która ma do zaśpiewania kilka niezwykle trudnych utworów, napisanych przez Mateusza Pospieszalskiego. Robi to w taki sposób, że głęboko wnika w sferę przeżyć i autentycznie, boleśnie ożywia je na scenie.
Także Małgorzata Hajewska, choć znam ją z wielu ról, jest  aktorką, w której zawarta jest jakaś tajemnica…

Z Mateuszem Pospieszalskim realizował Pan „Pamiętnik z powstania warszawskiego” i „Wrońca”. Jak  się układa ta współpraca?

Mateusz potrafi zmierzyć się z najtrudniejszymi tekstami, ma bowiem znakomitą intuicję i niezwykły talent. Do ”Głuptaski” napisał kilka utworów, z czego dwa w estetyce gier komputerowych, techno, co w połączeniu z tekstami internautów daje świetny groteskowy efekt. Napisał też songi o porażającej wręcz sile lirycznej. W moim odczuciu jest to artysta obdarzony nieprawdopodobnym talentem. Wprawia nas w nieustanny podziw. Śpiewa we wszystkich rejestrach, ma słuch absolutny, a ponadto jest niezwykle  twórczy. Lubię, kiedy tworzy muzykę do tekstów pozornie niemuzycznych. Choć ustalamy pewne sprawy wspólnie, nasza współpraca dla nas obu ma pewne znamiona niespodzianki. Tak było np. w wypadku tekstów o Hiroszimie, które były dla niego wyzwaniem, a jednak kiedy usłyszeliśmy je w wykonaniu Kingi, obaj byliśmy bardzo zadowoleni z efektu. Ufam Mateuszowi i jestem mu wdzięczny, ponieważ mam świadomość, że uskrzydla moje projekty, dając im taką wspaniałą oprawę muzyczną.

Oprócz  Pospieszalskich w przedstawieniu wystąpi chór cerkiewny Oktoich  pod kierownictwem Grzegorza Cebulskiego. Niebywałe zjawisko na Przeglądzie piosenki Aktorskiej…

chór cerkiewny, fot. Łukasz Giza

Sam pomysł chóru cerkiewnego wziąłem z książki Swietłany Wasilenko. Bohaterka wychowywana jest przez babkę w duchu głęboko religijnym, pięknie śpiewa stare cerkiewne pieśni. Połączyliśmy muzykę cerkiewną w przepięknym wykonaniu chóru Oktoich w kontrapunkcie do muzyki współczesnej. Mateusz Pospieszalski poprosił naszych przyjaciół z chóru, aby zaśpiewali również w utworach techno. W ten sposób śpiewają oni w estetyce śpiewu cerkiewnego razem z Kingą i Mateuszem, tworząc przedziwny mariaż stylów, który jest artystycznie bardzo ciekawy i zaskakująco bogaty w rozmaite treści. Można go interpretować jako rodzaj przekładańca  kultur i systemów etycznych,  a także różnych światów wokół nas. Kiedy chór śpiewa z Kingą o Czarnobylu, nabiera to charakteru zaśpiewu kościelnego i robi piorunujące wrażenie.

Na koniec naszej rozmowy chciałabym jeszcze zapytać o Pańską współpracę z PPA w szerszej perspektywie. Jakie spektakle przygotował Pan w przeszłości? Co je łączy, a co stanowi o ich odrębności?

Było ich bardzo wiele, około trzydziestu różnych konceptów. Na początku były to spektakle, które przygotowywałem ze studentami: ”Piosenki spod wieży Eiffla” z Agnieszką Matysiak i Jackiem Bończykiem, potem był Brassens… Cieszyłem się bardzo, gdy niektórzy z moich studentów ten festiwal wygrali. Była wśród nich także Kinga Preis, która otrzymała nagrodę dzięki ”Balladom morderców”.
Potem interesującym dla mnie okresem był czas, kiedy dyrektorem PPA był Roman Kołakowski. Dał mi szansę pracy przy realizacji dużych koncertów. Po ”Balladach morderców” był ”Nick Cave i przyjaciele”, w którym wystąpił sam Nick Cave, a obok niego Anna Jopek, Maciek Maleńczuk, Kinga Preis, Staszek Sojka i inni. Koncert ten, obok występu Wojtka Kościelniaka, zupełnie zmienił estetykę PPA. Warszawski model kabaretowy, kiedy to przyjeżdżali najwięksi i pokazywali, jak się śpiewa piosenkę aktorską, został wzbogacony inną muzyką. Odtąd zaczęto mówić o przeglądzie aktorskiej interpretacji piosenki. Obok aktorów zaczęli się pojawiać także piosenkarze, zmieniła się formuła. Miałem także okres fascynacji piosenką francuską.

Kinga Preis w Balladach morderców, prasowe
Kolejnym etapem było dla mnie odejście od  formuły związanej ściśle z piosenką.  Bardzo długo, bo aż osiem lat,  starałem się o to, aby wystawić prozę Białoszewskiego. Dopiero kiedy zrealizowałem ten spektakl, dostrzeżono jego wartość. „Pamiętnik…” robiłem zresztą kilkakrotnie, w różnych składach wykonawczych.

Kiedy teraz realizuję ”Głuptaskę”, wykorzystując muzykę do mówienia o sprawach trudnych, patrzę na to wszystko i z dystansem, ale i z radością, bo była to wspaniała przygoda. Obecnie niszowa, studyjna praca jest dla mnie bardziej fascynująca. Ważne, abym mógł robić coś, co będzie dla mnie wyzwaniem.

Życzę, aby nowe wyzwania dawały Panu radość tworzenia i satysfakcję. Dziękuję za rozmowę.

Wywiad okazał się na portalu Kulturaonline w marcu 2015 r. 




środa, 4 października 2017

Swietłana Wasilenko: Jestem jak pszczoła produkująca miód /wywiad/

Rozmawiam z rosyjską pisarką Swietłaną Wasilenko, autorką "Głuptaski" - o scenicznej adaptacji powieści, źródłach natchnienia, procesie twórczym i planach pisarskich.

Swietłana Wasilenko w Salonie Śląskim we Wrocławiu,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Barbara Lekarczyk-Cisek: Spotykamy się z okazji teatralnej inscenizacji Pani powieści "Głuptaska". Zacznę więc od pytania, jakie wrażenie zrobił na Pani spektakl? I jak to jest, kiedy się widzi stworzone przez siebie postacie żyjące swoim drugim, teatralnym życiem?

Swietłana Wasilenko: Nie spodziewałam się takiego znakomitego przedstawienia! Sądziłam, że będzie to zwykły spektakl psychologiczno-obyczajowy i że tekst zostanie pokazany w całości. A tymczasem scenariusz Jerzego Bielunasa  liczył raptem dwanaście stron! Jak powstała z tego sztuka, trudno zrozumieć (śmiech). W ogóle niezbyt pojmuję, jak się robi teatr. Studiowałam scenariuszopisarstwo i moja proza ma więcej wspólnego z kinem. Tymczasem w spektaklu połączyły się różne rodzaje sztuk i powstało coś, czego po polsku nie rozumiałam. Ale to działało! Kiedy stanęłam na scenie, aby ukłonić się publiczności, odczułam tak intensywny rodzaj emocji, jakich dotąd nie udało mi się doświadczyć. Wiedziałam, że pisarzowi zdarza się to niezmiernie rzadko, a mnie się przytrafiło się dzięki Jerzemu Bielunasowi. 

Co do samego przedstawienia, bardzo mi się podobało, że występują tylko dwie osoby, które grają różne role. Gra Małgosi [Hajewskiej-Krzysztofik] wydała mi się bardzo dobra przez to, że wyraża w postaci Traktoriny zło nie tylko komunistyczne, ale wszelkie zło. Interesujące jest także to, że ta sama aktorka gra narratora (śmiech). Zauważyłam też, że występuje na tle gobelinu bardzo podobnego do tego, który znajduje się u mnie w domu, co musiał zauważyć Jerzy Bielunas, kiedy rozmawiał ze mną na skype. Taki dywan jest cechą małomiasteczkowej prowincji, ale w przedstawieniu był również ikoną Wschodu.

Bardzo interesująco grała także Kinga [Preis] - kiedy śpiewała albo gdy od histerii przechodziła nagle do spokoju i skupienia. Było widoczne, że wczuła się w rolę i trudno jej było potem nabrać do niej dystansu. Podobnie jak Małgosi, która płakała na scenie. Obie były tak zanurzone w tym spektaklu, że nawet nie uczestniczyły w spotkaniu po premierze. Myślę, że koncepcja przedstawienia była bardzo interesująca i stanowiła wyzwanie dla aktorek. 
Bardzo podobał mi się także chór cerkiewny oraz muzyka Mateusza Pospieszalskiego - brzmiąca jak rock-opera. Interesujące były także fragmenty filmowe oraz scenografia przypominająca zburzone wesołe miasteczko, trochę jak z mojego dzieciństwa.

Ten spektakl jest także okazją do refleksji na temat książki, która - jak policzyłam - ukazała się siedemnaście lat temu. Dla mnie lektura tej powieści była głębokim przeżyciem. Wydaje mi się, że w jakimś sensie jest Pani kontynuatorką Fiodora Dostojewskiego. Opisuje Pani świat, przed którym pisarz przestrzegał - świat w którym "Boga nie ma, a więc wszystko wolno".  Czy zgodzi się z tym Pani?

Tak. Muszę w związku z tym opowiedzieć, jakie były okoliczności powstania tej powieści. Otóż najpierw, będąc w Ameryce, pisałam pewną mistyczną historię. Mieszkałam wówczas w domu Edgara Alana Poe i przychodziły mi do głowy różne fantazje. Potem wróciłam do Moskwy i kiedy pewnego dnia jechałam trolejbusem, usłyszałam jakby głos z nieba: "Pisz powieść" - powiedział głos. Kiedy zapytałam, kto ze mną mówi, powiedział, że jest głosem Boga. Usłyszałam też, że jestem Jego ukochaną córką. Pomyślałam wtedy, że zwariowałam, ale potem zastanowiłam się nad sobą - dlaczego jestem taka sceptyczna. Może rzeczywiście Bóg do mnie przemówił, a ja nie chcę z Nim rozmawiać...  Jeszcze raz polecił mi, abym napisała inną powieść. Kiedy przyszłam do domu, zaczęłam rozmyślać nad tym, co w takim razie powinnam napisać. Odłożyłam na bok tę historię, którą do tej pory pisałam. Tamtej nocy narodziła się "Głuptaska".

Skąd wziął się pomysł na tytułową bohaterkę?

Na naszej ulicy mieszkała taka dziewczynka imieniem Nadia, którą lubiłam od dzieciństwa. Wydawało mi się niesprawiedliwe, że wszyscy ją znieważają i nazywają głuptaską. Miała pięknego brata - Aloszę, który bardzo ją kochał, z wzajemnością. Postanowiłam przez tych dwoje dzieci pokazać radzieckie stulecie. Było to państwo kompletnie nierealne, prawdziwa utopia. Tego wszystkiego nie wiedziałam, kiedy zaczynałam pisać. Myślałam, że przede wszystkim mam pisać prawdę o tym świecie. A potem nagle zobaczyłam, że jestem jak pszczoła, która produkuje miód. 

W tej części powieści, która rozgrywa się w latach 30. ta sama bohaterka jest Hanną. Dlaczego? Co to oznacza?

Jeśli chodzi o drugą bohaterkę - Hannę, to w rosyjskim takiego imienia nie ma. Jest Anna, Galina, ale Hanny nie ma. Nie ma również imienia Charyta. Tak nazywała się moja babunia. Mam ukraińskie korzenie po matce, a po ojcu - rosyjskie. Babcie opowiadały, jak emigrowały z Ukrainy do Rosji podczas wielkiego głodu. Panował nie tylko na Ukrainie, ale także w Kazachstanie, gdzie umarło ok. 3 miliony ludzi. I w innych miejscach też. Tamten czas wszyscy pamiętali. Kiedy przesiedlili się do obwodu rostowskiego, sytuacja była lepsza, ale Ukraińcy musieli skrywać swoje pochodzenie, bo traktowano ich jako kułaków. Byli bardzo religijni, często chodzili do cerkwi i gorąco się modlili. Widać było, że władza radziecka ich nie zmieniła. Dlatego w mojej powieści Hanna i Charyta przynoszą wiarę pomiędzy tych, którzy ją utracili.  

Hanna wędrując przez Rosję uzdrawia, stając się świętą...

Patronką Rosji jest Matka Boża i na swoje święto, 14 października,  które nazywa się Pokrowa (Pokrow, 'ochrona', ros. Покров) zdejmuje Ona szal i osłania nim świat. Ziemię pokrywa wówczas często śnieg i mówi się, że to Matka Boska okryła ziemię. 
W "Głuptasce" Bóg przez dwie ubogie kobiety: kalekę i upośledzoną, starą i młodą, przemienia ludzkie dusze. Hanna nie może mówić, a więc także osądzać ludzi, a oni czują, że to ona jest prawdziwa, podczas gdy oni żyją nienormalnie. Pod jej wpływem ludzie się przemieniają, stają się lepsi.

W Rosji ubodzy duchem stają się świętymi. Czczona jest m.in. Matrona Moskiewska, która zmarła w 1952 roku. Jej biografie mówią, że posiadała dar przepowiadania przyszłości i uzdrawiania, a także czytania w myślach. Jako dziewczynka miała również przewidzieć przyszłość kraju, w tym rewolucję październikową i jej następstwa, wybuch II wojny światowej i straty w ludziach poniesione przez Związek Radziecki, a także końcowe zwycięstwo Armii Czerwonej. Wiedziała, kto zginie w łagrach. Mężczyźni bali się pytać, a kobiety - przeciwnie. Dowiadywały się o losy najbliższych. Kiedy pisałam książkę, nie znałam jej historii, ale gdy powieść już była ukończona, usłyszałam o jej istnieniu. W "Głuptasce" jest w zakończeniu scena, kiedy Nadźka unosi się do nieba. Ma od chodzenia stwardniałą skórę na bosych nogach. Tę scenę zapożyczyłam ze średniowiecznego obrazu, który widziałam w nowojorskim muzeum. Przedstawia on scenę Wniebowzięcia Chrystusa, który ma tak samo zgrubiałe podeszwy u stóp... A potem przeczytałam, że Matrona Moskiewska również chodziła boso i prosiła kobiety, że gdy umrze, chciałaby, aby dotknęły jej stóp - zostanie wówczas zbawiona. Pomyślałam wówczas, że jestem na właściwej drodze...

Czy to znaczy, że proces pisania jest u Pani wynikiem religijnego, mistycznego natchnienia?

Nie, nie sądzę. Staram się tak opisywać rzeczywistość, aby była ona widoczna, namacalna. Moja twórczość nie jest oderwana od realiów. Chciałam raczej powiedzieć, że na proces pisania składają się różne inspiracje, także prawdziwe ludzkie historie. Np. postać ojca Wasilija ma swój realny pierwowzór. 

Mimo swojej rosyjskości, tzn. zanurzenia w kulturze rosyjskiej, "Głuptaska" jest także uniwersalną opowieścią o wędrówce w świat i powrocie do domu. Bohaterka nabiera doświadczeń i poprzez cierpienie, którego doznaje, może wrócić i zbawić świat i dom. Jest ponadto w powieści motyw apokalipsy, bliski Objawieniu św. Jana, ponieważ kończy się dobrą nowiną o nadejściu świata, w którym cierpienia i śmierci już nie będzie. Czy pisała Pani swoją powieść z taką intencją, czy też był to proces częściowo "pozarozumowy"?

Bardzo dobre pytanie. Kiedy oglądałam przedstawienie, uderzyła mnie pewna myśl, że każdy czytelnik jest kimś więcej niż pisarz. Widzi bowiem taki obraz, którego ja nie dostrzegam pisząc. Każdy czytelnik jest jakby osobnym światem. Pani dostrzegła optymistyczny aspekt tej opowieści, a pan Jerzy zobaczył pesymistyczny. Moja powieść kończy się niejednoznacznie. Pojawiają się dwa słońca i jest to być może ostatnie widzenie bohatera. Wiemy co prawda, że wszystko dobrze się skończyło, ale obserwując to, co się dzieje w świecie, wiemy, że są miejsca, gdzie dzieją się rzeczy groźne, które mogą przybrać zupełnie inny obrót. Ciągle czekamy i nie wiemy, czym to się zakończy. Moja historia mogła skończyć się zupełnie inaczej, a jednak tak się nie stało. Dlaczego? To już chyba sprawa mistyki. Kiedy człowiek czegoś nie jest w stanie pojąć, nazywa to cudem... Dlatego pokazuję obraz Nadźki wznoszącej się do nieba.

Pani powieść jest bardzo obrazowa, a jednocześnie jej język ma wszelkie walory poetyckie. Czy wynika to z faktu, że debiutowała Pani jako poetka i nadal pisze wiersze?

Długo pisałam wyłącznie wiersze. Nie potrafiłam pisać prozą. Kiedyś jedna z krytyczek napisała, że stworzyłam powieść w wierszach i od tego czasu zaczęłam pisać prozą. 
"Głuptaskę" pisałam językiem Tołstoja, stosując takie długie frazy. Jeśli chodzi o psychologiczne niuanse, inspirował mnie Marcel Proust. Tworząc postać głównej bohaterki, w zamierzeniu osoby ślepej i głuchoniemej, starałam się oddać jej odczucia. Współcześnie okazuje się, że ludzie dotąd uznawani za niedorozwiniętych, kiedy mogą, dzięki współczesnym narzędziom, porozumieć się ze światem, okazują się bardzo utalentowani. Ostatecznie, zauroczona Astrachaniem, który dla mnie jest rajem, pomyślałam, że nie mogę nie pokazać obrazów tego świata, toteż dziewczyna nie jest ociemniała. W tym czasie uczyłam się pisać scenariusze i wydawało mi się, że kino jest rodzajem poezji. Może się obyć bez dramaturgii i stać impresją. A kiedy zderzają się dwa rodzaje sztuki, pojawia się nowa wartość. Tak powstał język, który mi najbardziej odpowiadał. To trochę jak malowanie obrazu - mieszasz  ze sobą różne kolory i powstaje nowy, niespotykany odcień, właściwy dla ciebie. Powieść zaczyna się od "skryp, skryp" (nie ma takiego słowa w rosyjskim, to jakieś dziwactwo) i za chwilę już patrzysz na świat oczami Głuptaski. To jakby inne spojrzenie, o wiele bardziej wrażliwe, uważne.

Josif Brodski mówił o języku Andrzeja Płatonowa, że  kiedy tworzył, zdarzało mu się żyć życiem swoich postaci, jakby cierpiał na rozdwojenie jaźni.

Czy z Panią jest podobnie?

Tak, tak... Nie widziałam siebie wprawdzie, kiedy piszę, ale kiedy przeczytałam te słowa o Płatonowie, poczułam, że i mnie dotyczą. (śmiech)

Jaką reakcję wywołała Pani powieść w Rosji?

Dałam ją do przeczytania Sołżenicynowi. Na początku powiedział, że ma zbyt mało czasu, aby zajmować się czytaniem cudzych powieści. Jednak kiedy rok później byłam obecna podczas wręczania Nagrody im. Sołżenicyna, pisarz wezwał mnie do siebie i powiedział, że przeczytał moją powieść i było mu niezręcznie, że początkowo mnie zignorował. Napisał nawet, co o tym myśli. Nie zaakceptował części historycznej, ponieważ zupełnie inaczej pamiętał lata 30. Natomiast bardzo podobała się baśniowa, mitologiczna warstwa powieści. Jego opinia nie przypadła mi do gustu, więc "zgubiłam" otrzymane od niego kartki. (śmiech)  

Co Pani pisze obecnie, jeśli to nie tajemnica?

Przez dwa lata mieszkałam w Kapustinym Jarze, ponieważ opiekowałam się chorą matką. Pod koniec życia straciła pamięć, więc musiałam z nią bez przerwy być. Zapisywałam wtedy każdy dzień: kogo widziałam, co słyszałam. Teraz staram się to wszystko zebrać w rodzaj mozaiki, gdzie będzie dzieciństwo, historia mojej mamy, potem jej choroby... W jakimś sensie jestem jej pamięcią. 

Dziękuję za rozmowę. Czekamy z niecierpliwością na Pani kolejną książkę.

Wywiad został opublikowany w Kulturaonline w 2015 r.

Recenzję "Głuptaski" znajdziecie TUTAJ.

Recenzję przedstawienia na podstawie "Głuptaski" - TUTAJ.

Swietłana Wasilenko: "Głuptaska". Opowieść o końcu świata /recenzja książki/

"Głuptaska"Swietłany Wasilenko jest niezwykłą przypowieścią o świętości zbawiającej świat. Obrazowość języka oraz religijna i baśniowa symbolika mieszają się w niej z rzeczywistością państwa totalitarnego.


Wydawnictwo Czarne

Lektura powieści Swietłany Wasilenko "Głuptaska" przypomina oglądanie filmu. To ten typ narracji, który sprawia, że "wyświetlają się" w naszej wyobraźni obrazy - słyszymy i widzimy. Jest to z pewnością cecha wielkiej literatury, choć rozmiarami powieść ta jest bardzo skromna. 

Słyszymy więc na początku skrzypienie huśtawki, na której kołysze się bohaterka. Kołysze się tak, że zdawać by się mogło, że uleci w niebo. Następuje zbliżenie twarzy:

... jej pąsowa ze szczęścia twarz o szalonych wypukłych oczach wzlatuje ponad ziemię i leci ku mnie okropnie prędko (...) Patrzę w jej źrenice, blisko, bliziutko.

Dziewczynka nie jest już Nadźką, staje się Hanną, tą samą, która przybywa do Kapustinego Jaru podczas upalnego lata 193.... roku. Tak oto przenosimy się w inny czas - czas obozów i totalitarnego reżimu. A to znaczy - w czas wielkiego cierpienia. 


Kapustin Jar - miejsce realistyczne i mityczne


Akcja opowieści rozgrywa się bowiem na dwóch płaszczyznach czasowych: podczas tzw. konfliktu kubańskiego, który miał miejsce w 1962 roku oraz w latach 30. ubiegłego wieku. Miejscem akcji jest astrachański Kapustin Jar. W czasach komunizmu było to miasteczko wojskowe, którego celowo nie zaznaczono na mapie. Zarazem jest to "mała ojczyzna" autorki powieści - Swietłany Wasilenko. Kraina doświadczona cierpieniem, a zarazem mająca bogatą historię.

Święta "głuptaska" w totalitarnym piekle


Główna bohaterka nosi znaczące imię - Nadźka (Nadieżda oznacza Nadzieję), a w części powieści, która rozgrywa się w latach 30. występuje jako Hanna. Ponieważ takiego imienia w ogóle w języku rosyjskim nie ma, podkreśla ono jej odmienność i obcość. I w pierwszym, i w drugim przypadku jest to ta sama  osoba - niema, "słaba na umyśle" dziewczynka, jurodiwa - święta. Żyje niejako na pograniczu dwóch światów: wewnętrznego, pełnego dobroci, wrażliwości i współczucia oraz zewnętrznego - z którym komunikuje się śpiewem i krzykiem. Uchodzi za miejscową głuptaskę.

Historia z lat 30. zaczyna się od przybycia dziewczynki do domu dziecka wraz z opiekującą się nią do tej pory ułomną kobietą o niespotykanym imieniu Charyta. Astrachańską wioskę Kapustin Jar zamieszkują wówczas zesłańcy, "wrogowie ludu", którzy w proteście udają, że nie słyszą i nie mówią, a co za tym idzie - nie rozumieją rozkazów.

Narracja powieści jest nie tylko obrazowa, jest także pełna ukrytej symboliki. Dziewczynka i jej opiekunka przybywają podczas burzy piaskowej i nie mogą znaleźć nikogo, kto by wskazał im drogę. Widzą z daleka postać jakby oczekującą, aby im pomóc. Udają się więc w jej kierunku, ale postać okazuje się kamiennym pomnikiem Lenina, którego stopy zanurzone są w klombie pełnym czerwonych tulipanów - niczym we krwi... Potem słyszą dzwonek wędkarski i napotykają miłego chłopca, który niesie srebrne rybki. Uśmiecha się i wskazuje Charycie drogę do domu dziecka, z którego wymknął się w poszukiwaniu pożywienia. Kiedy jednak odwraca się i zdejmuje czapkę, aby obetrzeć spoconą od upału twarz, okazuje się, że ma na głowie wygolony krzyż. W ten sposób strzyże się dzieci w domu dziecka, aby je naznaczyć. Jadą więc za nim - Za żywym krzyżem.... 

Dom dziecka znajduje się w budynku po starej cerkwi i zarządza nim zapiekła komunistka Traktorina Pietrowna, wraz ze stróżem Jegoryczem, którego rolą jest "wychowywanie"... poprzez bicie.

My dla nich z Jegoryczem jesteśmy jak matka i ojciec. I karmimy, i poimy, i bijemy; wszystko jak w rodzinie - rzekła uroczyście Traktorina Pietrowna. W naszej zgodnej radzieckiej, robotniczo - chłopskiej rodzinie!

Ciotka Charyta zaczyna rozumieć, że ratując Hannę przed głodem, naraziła ją na cierpienie i złe traktowanie, ale nie ma już odwrotu. Choć kaleka, jest to jednak osoba silna wiarą, nie boi się konsekwencji swoich czynów. Okazuje serdeczność i dobroć również innym dzieciom, biorąc je w obronę, czym naraża się Traktorinie.

Jest czas wielkanocny. Pragnąc nakarmić wiecznie głodne sieroty, ciotka Charyta udaje się z nimi na bazar i oznajmia ludziom, że Chrystus Zmartwychwstał!  Wówczas wszyscy - niemi i zastraszeni zesłańcy - zaczynają składać sobie życzenia oraz obdarowywać głodne dzieci czym kto może. Mało tego, Charyta swoim zachowaniem przywraca także godność rozpitemu ojcu Wasilijowi uświadamiając mu jego posłannictwo w tych tak trudnych okolicznościach. Drobna, stara i ułomna - przywraca niejako dawny, bosko-ludzki porządek. Chrzci także umierające dzieci, które zapewnia przy tym, że ich życie jest wieczne, bo mają nieśmiertelną duszę. Kończy się to aresztowaniem kobiety, która w tym dramatycznym momencie mówi do Traktoriny, będącej uosobieniem zbrodniczego systemu:

Myśmy ci wszystko oddali: i nasze ciała, i nasze mienie, nasze sprawy i myśli; ojczyznę ci, szatanie, oddaliśmy. Ale duszy nam nie zabierzesz. Odejdź!


Po aresztowaniu Charyty przez NKWD główna bohaterka, Hanna, będzie ciągle uciekać, a jej wędrówka przez kraj ukaże czytelnikowi rzeczywistość, w której pleni się podłość, donosicielstwo, strach i okrucieństwo. Realistyczny obraz przenikają staroruskie baśnie oraz legendy o skarbach i rzecznych księżniczkach. Rzeczywistość historyczna i mityczna splatają się w jedną nierozerwalną całość. Opowieść o astrachańskim wolnym królestwie przeplata się z ewangelicznymi scenami,  w których bohaterka uzdrawia wszystkich chorych i cierpiących.

Stiepan Razin - czytamy - zebrał wszystkich skrzywdzonych ludzi z całej ziemi rosyjskiej i postanowił: Tutaj, w Astrachaniu, będzie cesarstwo nie Zła, ale Dobra. Niewolnym dał wolność, biednym rozdał cały majątek, jaki zdobył, z więzień wypuścił niesprawiedliwie zasądzonych, domom Bogarodzicy - cerkwiom - się pokłonił.

Ta sama postać - już jako Nadźka, głuchoniema, niedorozwinięta dziewczynka - ratuje Kapustin Jar przed zagładą atomową podczas konfliktu kubańskiego. Ona jedna jest do tego zdolna, aby ocalić świat...

Znowu jesteśmy świadkami cudu. Ciężarna Nadźka wznosi się ku niebu, a po chwili rodzi słońce - olbrzymie, czerwone, nowe słońce. Jest ono jak zapowiedź Nowego Jeruzalem w Apokalipsie św. Jana:

Nagle zrozumiałem, że dzisiaj wojny nie będzie, że Nadźka nas uratowała, że nie będzie ataku jądrowego, rakiet... Nie będzie śmierci...!

Rosyjskość i uniwersalizm opowieści


Swietłana Wasilenko zdaje się być kontynuatorką twórczości Fiodora Dostojewskiego. Hanna/Nadźka mogłaby być przecież Sonią Marmieładową w świecie, przed którym pisarz ostrzegał: Jeżeli Boga nie ma, wszystko jest dozwolone... Zarazem jednak powieść ma uniwersalny wymiar, zrozumiały pod każdą szerokością geograficzną, ukazuje bowiem wędrówkę bohaterki z Domu w Świat i jej powrót, aby ocalić Dom przed zagładą.

Poetycki język narracji


Powieść, choć skromna rozmiarami, zawiera nie tylko istotne i głęboko poruszające treści. Trafia do wyobraźni i wrażliwości czytelnika również dzięki obrazowemu, poetyckiemu językowi. Pisarka snuje opowieść o sprawach tragicznych i smutnych z perspektywy dziecka, trochę tak, jak opowiada się baśń (a czyż baśnie Braci Grimm nie są okrutne?). Posługuje się przy tym językiem filmowym, obrazowym, tak bliskim współczesnemu człowiekowi. Jeśli ktoś pamięta "Labirynt fauna" (a tego filmu nie da się zapomnieć), z pewnością zrozumie, co mam na myśli. Jednocześnie pozostaje wrażliwą na słowo poetką. 
Książka Swietłany Wasilenko to wspaniała opowieść, do której można i trzeba powracać, jak do każdej wielkiej literatury.

"Głuptaska" Swietłany Wasilenko ukazała się w Wydawnictwie Czarne, w tłumaczeniu Jerzego Czecha.

Recenzja ukazała się na portalu Kulturaonline w 2015 r. w związku ze sceniczną wersją "Głuptaski" w reż. Jerzego Bielunasa.

Urodziny Zofii Kossak w Górkach Wielkich

9 i 10 sierpnia w ruinach Dworu Kossaków znów będzie gwarno, jak dawniej, kiedy do Górek Wielkich zjeżdżali się m.in.: Maria Dąbrowska, Wańk...

Popularne posty