Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Iskry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Iskry. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 sierpnia 2022

Upadek w codzienność. Roch Sulima: "Powidoki codzienności" /recenzja kaiążki/

"Powidoki codzienności" Rocha Sulimy jest nadzwyczaj udaną próbą opisania codzienności  Polaków żyjących na progu XXI wieku - błyskotliwym dyskursem, w którym autor mierzy się ze współczesnością, mając solidne zaplecze badawcze, nie kategoryzując swoich sądów i niejako zapraszając czytelników do osobistej refleksji. Znakomita narracja oraz twórcze podejście do opisywanych zjawisk są dodatkowymi atutami, dla których warto sięgnąć po tę książkę.

Roch Sulima, Powidiki codzienności, Wydawnictwo Iskry


Od "Historii ciała na plaży" do "<Upadku> w codzienność"

Po książkę Rocha Sulimy sięgnęłam z dwóch co najmniej powodów. Po pierwsze, powodowała mną potrzeba usystematyzowania własnych doświadczeń i przemyśleń związanych ze zmieniającą się codziennością życia, po wtóre zaś autor był mi znany z innych publikacji (m. in. zbiorowego tomu "Antropologia słowa" oraz "Głosów tradycji"), miałam więc pewność, że czeka mnie intelektualna przygoda. I nie myliłam się! Książka "Powidoki codzienności" jest co prawda zbiorem rozmaitych publikacji, ale łączy je wspólny temat i w takim zestawieniu wzajemnie się oświetlają i dopełniają. Kiedy już przebrniemy przez "stan badań", co dla zwykłego czytelnika, nie piszącego akurat pracy magisterskiej, jest mniej interesujące, będziemy z przyjemnością uczestniczyć w rozważaniach na temat obyczajowości Polaków na progu XXI  wieku, dopełniając je własnymi spostrzeżeniami i doświadczeniami. A jeśli ich nawet nie mamy albo są one skąpe, uwiodą nas z pewnością smakowite opisy plażowania dawniej i dziś, pracy i pracowitości, śmieci i sprzątania, a nawet powitań i rytuałów dotyczących gości i ... złodziei (tak, tak, to nie pomyłka!). Oczywiście tematów jest znacznie więcej. Zamiast wstępu znajdziemy w książce wywiad z autorem, który przygotowuje w jakimś sensie czytelników do lektury. Rozważania wieńczy refleksja nad upadkiem współczesnego człowieka w codzienność. 

Singer, czyli codzienność Babci Walerii

Tam też natrafimy na próbę wyjaśnienia tytułu, będącego nawiązaniem do "Teorii widzenia" Władysława Strzemińskiego. Otóż zdaniem malarza, oko ludzkie widzi przenosząc kontury kształtów z jednego przedmiotu na drugi. Poruszając się, syntezuje kolejne widoki przedmiotu w jeden obraz. Z tzw. codziennością jest podobnie. Jak pisze Profesor Sulima, "Codzienność jest zawsze "czyjaś" lub przez "coś" się uobecnia. Jako osobna kategoria, wyodrębniony obraz czy idea rzadko daje się werbalizować, pojawia się natomiast w świadomości dyskursywnej na obszarze nauki, daje o sobie znać w sztuce, a dziś również na obszarze polityki społecznej". Codzienność jest ponadto zróżnicowana społecznie i historycznie. Szczególnie dom jest modelem i centrum kosmosu. Opowieści o przedmiotach należących do rodziny wskazują na trwałość pewnych wzorów. Jestem tego w pełni świadoma, kiedy opowiadam swoim dorosłym już dzieciom o maszynie do szycia marki Singer, należącej niegdyś do mojej Babci Walerii (pomogła jej przetrwać trudny powojenny czas), a z zachowanego aktu sprzedaży (w dużych partiach odręczne pismo) wynika, że kupując ją przed wojną na raty wraz z Dziadkiem Ignacym, Babcia nieco się odmłodziła 😀  Tak oto przedmiot stał się nośnikiem rodzinnej narracji. Codzienność bowiem - nawet jeśli w pierwszym momencie kojarzy się nam z czymś zwyczajnym i potocznym - posiada jednak swoją dramaturgię i bywa naznaczona zaangażowaniem, a nawet spontanicznością (nie sądzę, aby Babcia planowała to niewinne oszustwo - być może sprzedawca był przystojnym mężczyzną i zrobił na niej piorunujące wrażenie). Pointa tej historii jest taka, że maszyna zmieniła swoją funkcję - obecnie współtworzy mój kącik muzyczny, z wieżą i płytami, tym samym więc "Singer" odzyskał swoje pierwotne znaczenie (niemieckie słowo "singer" oznacza "śpiewaka"). Czy to nie daje do myślenia?


Od telefonu stacjonarnego do codzienności w sieci

"Powidoki codzienności" Rocha Sulimy ukazują także zjawiska najnowsze, których związek z codziennością obserwujemy niekiedy z niepokojem, dotyczy to bowiem naszej "cyfrowej cielesności". Należę do pokolenia, które pamięta tradycyjną funkcję telefonu. Jego posiadanie dawało poczucie elitarności. Pamiętam także stare hollywoodzkie filmy, w których gwiazdy w rodzaju Glorii Swanson prowadziły rozmowy telefoniczne przez luksusowe aparaty o tak długich kablach, że można było swobodnie spacerować ze słuchawką, dzięki czemu scena stawała się dynamiczna. Kiedy jednak w połowie lat 90. pojawiła się telefonia komórkowa, aparat telefoniczny przestał być przedmiotem pożądania.  Obecnie telefon komórkowy stał się urządzeniem wielofunkcyjnym - "wyposażony w aparat fotograficzny lub kamerę, jak chyba żadne inne medium umożliwia transmisje online z naszej prywatności, staje się elektronicznym okiem i uchem, konstruując naszą cyfrową cielesność" - czytamy w rozdziale "Telefon komórkowy - busola codzienności (polskie początki)". Roch Sulima zwraca uwagę, w jaki sposób "komórka" wpłynęła na przemiany rytuałów konwersacyjnych. Częściej rozmawiamy przez telefon niż na żywo. Bywa, że komunikujemy sobie pewne rzeczy korzystając z sms-ów lub - coraz częściej - Messengera albo WhatsApp-a, bo nie chce się nam wyjść z pokoju, gdzie tkwimy przed ekranem, aby zakomunikować to bezpośrednio. 

Pewnym jest wszakże, że dziś Babci nie udałoby się odmłodzić o rok, bo sprzedawca sporządziłby umowę w oparciu o dokumenty elektroniczne, np. znajdujące się w komórce, w aplikacji mObywatel 😀

"Być może - powiada Profesor z pewną dozą czarnego humoru - wkrótce nieodłączne komórki wkładane będą do trumny ich właściciela, by tak jak na początku kulturowej kariery telefonu, móc dzięki niemu rozmawiać z zaświatami".

Codzienna niecodzienność


Konkludując swoje rozważania, Roch Sulima powiada, że "<Codzienność> dziś to mitopodobna, totalizująca praktyka społeczna. (...) nadaje hybrydyczną formę tradycyjnym dziedzinom kultury". I powołując się na słowa Zygmunta Baumana, mówiące o tym, ze "Niecodzienność jest dziś codziennością" (w tym znaczeniu, że codzienność kojarzy się dziś z niespodzianką, przygodą, zaskoczeniem), powiada, iż "k o n d y c j a  w s p ó ł c z e s n e g o  c z ł o w i e k a   n a z n a c z o n a  j e s t  "u pa d k i e m"   w  c o d z i e n n o ś ć". 

"Powidoki codzienności" Rocha Sulimy jest nadzwyczaj udaną próbą opisania codzienności Polaków żyjących na progu XXI wieku - błyskotliwym dyskursem, w którym autor mierzy się ze współczesnością, mając w ręku solidne zaplecze badawcze, nie kategoryzując swoich sądów i niejako zapraszając czytelników do osobistej refleksji. Znakomita narracja oraz twórcze podejście do opisywanych zjawisk są dodatkowymi atutami, dla których warto sięgnąć po tę książkę.

Książka Rocha Sulimy "Powodoki codzienności" ukazała się w tym roku w Wydawnictwie Iskry.

piątek, 29 stycznia 2021

Zofia Wojtkowska: "Saga rodu Czartoryskich" - historyczny spacer przez dzieje Polski i Europy /recenzja książki/

Zachęcam do udania się na pięćsetletni (!) historycznoliteracki spacer z Zofią Wojtkowską w roli przewodnika oraz w doborowym towarzystwie przedstawicieli rodziny Czartoryskich. 



Zofia Wojtkowska dała się poznać jako autorka znakomitej biografii ambasadora i prezydenta Rzeczypospolitej na uchodźstwie, Edwarda Raczyńskiego. Tym chętniej sięgnęłam po jej kolejną książkę, która z pewnością była o wiele większym wyzwaniem, choćby ze względu na ramy czasowe (pięćset lat!) i liczbę bohaterów. Spośród kilkuset przedstawicieli rodu Czartoryskich autorka monografii wybrała 34 osoby, których losy stanowią zasadniczą oś opowieści (w istocie jest ich więcej). Wszystkie są postaciami wyjątkowymi, jak twierdzi we wstępie Wojtkowska, odwołując się zarazem do cytatu z wykładu literatury słowiańskiej Adama Mickiewicza, który - słusznie! - twierdził, że "Familia książąt Czartoryskich (...) to familia najwybitniejsza i zasługuje zapewne na osobną historię". Wyzwanie to śmiało i z sukcesem podejmuje Zofia Wojtkowska i chwała jej za to.

Zabawa w historyczne puzzle

Swoją opowieść zaczyna Wojkowska ab ovo - od początków rodu (XV wiek), na poły legendarnych, toteż  zastrzega, iż będzie to zabawa w historyczne puzzle, złożone z kawałków legend, podań, fragmentów zdarzeń i opowieści wokół tych zdarzeń budowanych. 

Dodajmy, że narracja czerpie także z Hitchcockowskiej zasady suspensu, czyli zaczyna się od trzęsienia ziemi, po którym napięcie jeszcze bardziej rośnie :-) W rozdziale I jest to morderstwo na księciu Zygmuncie Kiejstutowiczu, którego dokonują w Niedzielę Palmową (sic!) 1440 roku bracia Iwan i Aleksander Czartoryscy. Dwa lata później Władysław Jagiellończyk (dzięki zasługom trzeciego z braci, Michała) potwierdza prawo Czartoryskich do pieczętowania się herbem Pogoń Litewska. Dokument ten przechowywany jest przez rodzinę jako najważniejszy dokument rodowy.

Herb Czartoryskich - Pogoń Litewska (Wikimedia Commons)

Dzięki protekcji Olbrychta Stanisława Radziwiłła młodzi, wykształceni Czartoryscy: Kazimierz Florian, Michał Jerzy i Jan Karol zaczynają robić wielkie kariery, przez co rodzina coraz bardziej zyskuje na znaczeniu. Jednak nie tylko o przeszłości pisze Zofia Wojtkowska. Jej opowieść co i rusz dotyka współczesności. Znaną nam doskonale Kalwarię Zebrzydowską szczególną troską otacza Jan Karol, który otrzymuje majątek w posagu żony, Anny Zebrzydowskiej. Jego ostatnia żona, Magdalena z Konopackich, stanie się największą fundatorką sanktuarium, nadając kościołowi ostateczny kształt, jaki znamy dzisiaj. W ogóle trzeba podkreślić, że w opowieści Wojtkowskiej to właśnie kobiety odgrywają wiodącą rolę. Najważniejszą z nich jest Izabela z Morsztynów Czartoryska, nazwana nie bez kozery przez autorkę książki Matką Rodu. 

Twóczyni Familii Czartoryskich


Hrabia Jan Andrzej Morsztyn i jego córka Izabela, portret pędzla Hyacinte`a Rigouda z 1693 roku


Była córką poety i tłumacza z literatury francuskiej, znanego doskonale autora sonetów, m. in. Do trupa. Dom Morsztynów (naprawdę nazwisko brzmiało "Morstin") stanowił centrum kulturalne stolicy. Matka Izabeli była Szkotką, dwórką królowej Marii Ludwiki Gonzagi, Morsztyn zaś był nadwornym artystą królowej i obu jej mężów. Państwo Morsztynowie wychowywali swoje dzieci nowocześnie, pozwalając im uczestniczyć w kulturalnych spotkaniach, jeżdżąc z nimi za granicę, a przede wszystkim - kształcąc córki w pierwszej w Polsce szkole dla dziewcząt, którą założyła królowa, sprowadzając do jej prowadzenia Zakon Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny, czyli siostry szarytki. Uczyły się w niej zarówno dziewczęta z najbogatszych rodzin, jak też ubogie, których naukę opłacała królowa. Poza tym, że panienki uczyły się pisania i czytania (po polsku i po francusku), zdobywały także podstawy łaciny, religii, śpiewu, haftu i kaligrafii. Co jednak najistotniejsze, siostry nie tylko nie stosowały tak powszechnych kar cielesnych, ale miały zupełnie odmienną, by tak rzec, filozofię wychowania. Uważały (i wprowadzały to w życie), że wszystkie uczennice, niezależnie od stanu majątkowego, powinny być traktowane jednakowo i że uczniów trudnych nie należy karać, lecz poświęcić im więcej uwagi. Izabela będzie potem podobnie traktowała swoje dzieci i wnuki, obserwując je uważnie i rozeznając ich predyspozycje, ucząc i wykazując przy tym wiele cierpliwości i mądrości. Ten sposób wychowywania dzieci oraz dbałość o właściwe koligacje małżeńskie dla nich zaowocują w przyszłości powstaniem najpotężniejszego, niezwykle wpływowego rodu zwanego Familią, której wpływ na rozwój kultury w naszym kraju jest niewątpliwy i nie do przecenienia. To właśnie w pałacu Izabeli dorastać będzie osierocona przez matkę najbardziej bodaj znana Izabela - pani na Puławach. I nie tylko ona...

Czy możliwa jest Polska bez Familii?


Portret księcia Augusta Aleksandra Czartoryskiego, wojewody ruskiego, malarz
nieznany, ok. 1731-1750


To jakby zapytać: "Czy możliwy jest uśmiech bez kota" :-) Portrety kolejnych przedstawicieli rodu uświadamiają nam dobitnie, jak imponujący i trwały jest udział Familii w tworzeniu polskiej kultury. Bez niej nie byłoby Puław, Powązek i Mokotowa, wspaniałego zamku w Łańcucie, Słownika Lindego, a także jednej z najstarszych polskich bibliotek. Nie byłoby też pierwszej szkoły publicznej (Akademii Szlacheckiego Korpusu Kadetów), a co za tym idzie, nie byłoby Tadeusza Kościuszki, bo szkoła ta wychowywała w duchu patriotycznym oraz uczyła ... języka polskiego, co w tamtych czasach było novum. Bez Czartoryskich Rzeczpospolita byłaby zupełnie inna, chyba bardziej prowincjonalna, mniej światła. Swoją opowieść o Czartoryskich kończy autorka opowieścią o Annie Czartoryskiej - siostrze Marii Weronice, matce przełożonej klasztoru wizytek - tego samego, który ukończyła niegdyś Izabela z Morsztynów Czartoryska. Pointuje zaś beatyfikacją Michała Czartoryskiego, którego św. Jan Paweł II wynosi w czerwcu 1999 roku na ołtarze wraz ze 107 nowymi błogosławionymi męczennikami II wojny światowej.

Barwna opowieść 


Nie sposób nie podkreślić, że arcyciekawe i złożone losy Familii zostały przez Zofię Wojtkowską opowiedziane w sposób barwny, ze swadą i poczuciem humoru. Autorka nie ucieka bynajmniej od anegdoty, co sprawia, iż przed oczami czytelnika defiluje korowód ludzi nietuzinkowych, a przy tym z krwi i kości. O stylu narracji niech zaświadczą wybrane tytuły rozdziałów: O człowieku, który nie chciał być królem, Zamilczana, Wnuczka Chopina po tonie, Zmierzch bogów, czyli między Polską a Rodziną... 
Książkę, za którą stoi tytaniczna praca: poszukiwania w archiwach nie tylko polskich, ale i w Paryżu, a także rozmowy z żyjącymi przedstawicielami rodziny, czyta się znakomicie!

Starannie wydaną przez Iskry "Sagę rodu Czartoryskich" wzbogacają liczne reprodukcje obrazów, fotografie, a także aneks zawierający drzewo genealogiczne do poszczególnych rozdziałów książki.

Zapraszam zatem do udania się na pięćsetletni (!) historycznoliteracki spacer z Zofią Wojkowską w roli przewodniczki oraz w doborowym towarzystwie przedstawicieli rodziny Czartoryskich. 



wtorek, 15 września 2020

Leonor Fini życie jako teatr /recenzja książki "Gattora" D. Hartwich/

Wielką zaletą autorki obszernej biografii Leonor Fini jest barwny język, dzięki któremu lektura tego obszernego tomu staje się lekka i przyjemna. Jednakże najistotniejsza wydaje się być zebrana przez Dorotę Hartwich faktografia (listy, wspomnienia) oraz rozmach towarzyszący portretowaniu tła obyczajowego epoki, w której żyła bohaterka.



Spore fragmenty biografii Kota Jeleńskiego poświęcone zostały jego związkowi z Leonor Fini, ponieważ życie tych dwojga splotło się w pewnym momencie nierozłącznie aż do przedwczesnej śmierci młodszego o piętnaście lat eseisty i tłumacza. Jednak dopiero książka Doroty Hartwich pozwala w pełni poznać życiorys Gattory. Ów przydomek Leonor Fini, będący grą słów między włoskim „gatto”, czyli „kot”, a „signora”, czyli „pani” dobrze oddaje usposobienie artystki - kobiety niezależnej i tajemniczej, fascynującej.
Leonor Fini, Max Ernst, Enrico Colombotto Rosso, klasztor w Nonzy, Korsyka 1964/skan

Autorka biografii rzetelnie i szczegółowo opisuje żywot artystki, począwszy od jej narodzin w Argentynie i dzieciństwa spędzonego w Trieście, w otoczeniu rodziny matki (ojciec okazał się despotą, od którego ta uciekła), poprzez studia malarskie, pierwsze sukcesy artystyczne, związki z kolejnymi partnerami - aż po jej śmierć w 1996 roku. Dowiadujemy się także, co się stało ze spuścizną artystki i jej dobytkiem. Jednak najważniejsza jest opowieść o niej samej - jej życiu w otoczeniu ówczesnej bohemy, błyskotliwej karierze.

Leonor Fini na wernisażu w galerii Isi Brachot w Brukseli, 12 stycznia 1970/skan
Sprzyjała temu z pewnością nietuzinkowa uroda Leonor, ale także jej cechy charakteru. Dorota Hartwich nie poprzestaje na obiegowych opiniach czy plotkach na temat Gattory, ale obficie cytuje korespondencję artystki do przyjaciół, dzięki czemu poznajemy ją znacznie lepiej. Była czuła i pielęgnowała swoje przyjaźnie zarówno z mężczyznami, jak i z kobietami. Nie przeszkadzały temu bynajmniej jej kolejne związki. Trudno to zapewne zrozumieć, kiedy oceniamy to "zewnętrznym okiem", ale dzięki korespondencji zaczynamy pojmować, dlaczego jej pierwsza wielka miłość - André Pieyre de Mandiargues, jak też kolejni życiowi partnerzy, z Kotem Jeleńskim na czele, kochają się w niej całe życie, godząc się na kolejne związki. Była z pewnością fascynującą kobietą, wokół której trwał wieczny karnawał, a życie z nią było ekscytujące. Potrafiła być wielkoduszna, bywała kontrowersyjna i celowo prowokowała. Egocentryczna, ale i to właśnie fascynowało. Oto, co pisze Leonor w jednym z listów do André o swoim wyglądzie na przedstawieniu operowym:

"Byłam piękna, fantastyczna, piękniejsza niż sam spektakl. (...) Wyglądałam jak szalony król pokryty potężnymi liśćmi (zielona peleryna). Pod spodem miałam czarną suknię bardzo opinającą ciało, tak jak lubisz, tak bardzo, że wyglądałam, jakbym była naga, przykryta jedynie czarnymi płatkami. Trochę przypominałam posągi z Krety. Moja twarz była piękna i - jak to nazywasz - "nerwowa", chciałabym, zebyś mnie taką widział, mój drogi Mouni".

Leonor Fini, Paryż, ok. 1950
Była inspirująca. Potrafiła zachęcić do malowania zarówno Stanislao Lepri - włoskiego konsula, z którym pozostała w związku do końca jego życia, jak i Kota Jeleńskiego (tworzyli barwny "trójkąt"). Obaj mężczyźni (charakterystyczne, że przyjaźniła się głównie z homoseksualistami) kochali ją bezwarunkową miłością do końca swoich dni.

"Oni są, tak jak ja, Twoimi pórami - pisał André o mężczyznach Leonor. Kiedy pozwalasz nam rosnąć, jesteśmy dumni i piękni, kiedy o nas zapominasz, stajemy się zmokłymi piórami, smutnymi i brzydkimi, miotanymi przez wiatr".

Bez wątpienia była niepowtarzalnym, fascynującym zjawiskiem, jakie zdarzają się rzadko .

Opowieść o Leonor Fini to także historia ówczesnej bohemy artystycznej. Dzięki jej bliskim kontaktom z surrealistami, poznajemy bliżej wielu artystów i celebrytów, m. in.  Salvadora Dalego i jego żonę Galę, Maxa Ernsta (z którym była w związku), Jeana Geneta...

Wielką zaletą autorki obszernej biografii Leonor Fini jest zarówno barwny język, dzięki któremu lektura tego obszernego tomu staje się lekka i przyjemna. Jednak najistotniejsza wydaje się być zebrana przez Dorotę Hartwich faktografia (listy, wspomnienia) oraz rozmach towarzyszący portretowaniu tła obyczajowego epoki, w której żyła bohaterka.

Biografia Doroty Hartwich: "Gattora. Życie Leonor Fini" ukazała się w Wydawnictwie Iskry w 2018 roku.

poniedziałek, 29 czerwca 2020

Anna Arno: "Kot. Opowieść o Konstantym A. Jeleńskim" /recenzja książki/

Biografia Anny Arno pokazuje Konstantego Jeleńskiego jako człowieka wielu talentów, postać fascynującą i pełną sprzeczności. Niewątpliwą zasługą autorki jest dotarcie do wielu osób, które znały go osobiście, a także do ogromnej ilości źródeł. Na naszych oczach powstaje portret, który pociąga swoim bogactwem, a także skłania do refleksji nad tym, czym jest życie, co jest w nim najistotniejsze i co po człowieku zostaje w sercach i pamięci innych ludzi.


Urok otaczał go jak powłoka


             Swoją opowieść o Konstantym Jeleńskim, zwanym przez rodzinę i przyjaciół Kotem, Anna Arno rozpoczyna od... opisu jego wyglądu, od stwierdzenia, że był pięknym mężczyzną. Pozornie nieoczywisty początek ma jednak swoje życiowe uzasadnienie: zazwyczaj tak właśnie poznajemy ludzi, dopisując im cechy charakteru na podstawie ich wyglądu i sposobu bycia. Bywa to niekiedy bardzo mylące, jak wiadomo. Jednak autorka zmierza dalej, pragnąc odkryć to, co skrywa wygląd zewnętrzny. Trudno to ocenić komuś, kto go bezpośrednio nie poznał, a tak jest w przypadki autorki biografii, a także większości jej czytelników Rodzi to zrozumiały dystans - Arno ogląda zdjęcia z różnych lat i porównując je rozmyśla. Na jednych jest szczęśliwy, zadowolony z życia, na innych zmęczony i przedwcześnie postarzały. Jako dziecko - cherubin o jasnych włosach, pod koniec życia zaś jego rysy nabierają swego rodzaju patyny, a twarz szlachetnieje. 
           Dywagacje o tym, jak wyglądał,  przechodzą w głębsze rozważania - padają pytania, jaki był Kot Jeleński. I tak, niemal niepostrzeżenie, zaczynamy się przyglądać człowiekowi pełnemu sprzeczności, lubianemu przez większość ludzi, którzy się z nim zetknęli, choć każdy z nich postrzegał go - co zrozumiałe - na swój sposób. Wszyscy jednak są zgodni co do tego, że miał nienaganny sposób mówienia, pełną dystynkcji pozę oraz przedwojenną elegancję. W filmie dokumentalnym Agnieszki Holland i Andrzeja Wolskiego, poświęconemu Józefowi Czapskiemu, Jeleński jest właśnie taki, a  przy tym skromny,. Mówi niewiele (miłym dla ucha ciepłym barytonem) i umie słuchać. Rozmówcy Anny Arno podkreślają, że miał dar uwagi, talent do bycia "tu i teraz", przenikliwą inteligencję, swobodnie mówił kilkoma językami. Przy tych wszystkich swoich zaletach był skromny i przystępny. Miał też wielki urok osobisty i lubił ludzi. "Urok otaczał go jak powłoka" - pisze autorka biografii - był czymś od niego nieodłącznym.

Konstanty A. Jeleński, lata 50.,  fot. Muzeum Literatury

Człowiek wielu sprzeczności


             Jednak ten pełen uroku osobistego mężczyzna był też człowiekiem wielu sprzeczności. Salonowiec, zaprzyjaźniony z wieloma znanymi ludźmi, czuł się jednocześnie wolny od snobizmów i miał dystans do tego, być może dlatego, że od dzieciństwa stykał się z pisarzami, artystami, politykami (ojciec, również Konstanty, był ambasadorem w II RP). Homoseksualista, mający ciągle nowe przygody i romanse, a przecież prawdziwie zakochany w malarce Leonor Fini, spędził z nią dużą część swego życia - od poznania aż do śmierci. Jak tłumaczył swemu bliskiemu przyjacielowi Józefowi Czapskiemu, związek ten, "to może jedyna rzecz, którą w życiu osiągnąłem, jedyna, która mi zostawia jakieś otwarte drzwi, które czuję. przyszłość (w sensie przyszłości psychicznej) związana jest dla mnie tylko z Leonor, dlatego, że ją kocham".
Dodajmy, że dla niej Jeleński wyprowadził się od matki, z którą całe życie łączyła go bardzo silna więź. Można by zaryzykować stwierdzenie, że nigdy nie oderwał się od pępowiny. Być może dlatego, że do 12 roku życia wychowywał się u babci i zawsze mu matki brakowało. Związawszy się z Leonor, której pani Jeleńska nie znosiła, ciągle tłumaczył jej, dlaczego tak postąpił i jak ważna w jego życiu jest ta kobieta.

            Kot był  jedynakiem z bogatej szlacheckiej rodziny, a przecież musiał na skutek wybuchu II wojny szybko dorosnąć - walczył, a potem całe życie opiekował się matką i ojcem (choć jego biologicznym rodzicem był hrabia Carlo Sforza) i już od 19 roku życia to on dbał o rodziców. Mieszkali już wówczas osobno (ojciec był alkoholikiem i miewał napady furii), co nie ułatwiało sprawy. Kilka lat spędził z matką we Włoszech, ale po poznaniu argentyńskiej malarki Leonor Fini, zamieszkał z nią  w Paryżu. W pewnym momencie sprowadził matkę, którą zapraszał codziennie na śniadania i obiady, a ona mimo to ciągle do niego wydzwaniała, bo czuła się nieszczęśliwa i samotna. Ciągle się kłócili. Kiedy się postarzała, zapewnił jej (na próbę) prywatny dom opieki, z którego pani Rena (jak nazywano Teresę Jeleńską) uciekła, pociągając za sobą innych pensjonariuszy. Była bowiem, podobnie jak jej syn, wolnym duchem. Ostatecznie została we własnym domu, gdzie Kot, na zmianę z pielęgniarką, opiekował się nią.

Konstanty A. Jeleński z Leonor Fini, Muzeum Literatury/skan
         Jeleński potrafił być ofiarny również w stosunku do swojej partnerki życiowej, malarki Leonor Fini. Znosił cierpliwie  jej kaprysy, wybuchy złości, zmiany nastrojów. Nikt nie rozumiał siły tego związku i mało kto akceptował egocentryczną i ekscentryczną Fini. Żyli we troje z dawnym kochankiem malarki, arystokratą i malarzem Stanislao Leprim, stanowiąc egzotyczną "rodzinę", w której każdy prowadził swoje odrębne życie intymne. Również Leonor, która swoich nowych kochanków mianowała asystentami i tym samym stawali się częścią "rodziny" :-)  Mimo to (a może właśnie dlatego) Kot był nią zafascynowany. Zachowały się czułe, pełne miłości listy do niej, a jeden z nich zawiera obszerną charakterystykę jej osoby (pamiątki ich związku trafiły po śmierci Leonor Fini do warszawskiego Muzeum Literatury). Jeleński cenił stałość związku, który wymagał dbałości o drugą osobę. Sam niczego nie oczekiwał. Troska o Leonor - jej karierę, dobre samopoczucie - była dla niego najważniejsza. Pisał:

"Jestem Ci bardziej wdzięczny za to, że Cię kocham (bowiem w ten sposób dziękuję Ci za to, że jesteś, jaka jesteś), jeszcze bardziej niż za to, że jestem przez Ciebie <<kochany>>".

Przyjaciel w drodze


Z Witoldem Gombrowiczem, Vence, 15 sierpnia 1967, fot. Bohdan Paczowski/FOTONOVA
               Ta piękna i rzadka cecha, polegająca na służeniu bliskim, przekładała się również na relacje z innymi ludźmi, głównie z literatami. Można by bez większej przesady powiedzieć, że to Kot Jeleński wylansował Witolda Gombrowicza i zrobił to wyłącznie ze szlachetnych pobudek. Zafascynowany "Ferdydurke", którą czytał przed wojną jako 15-latek, odbierający rzeczywistość podobnie jak autor "Iwony, księżniczki Burgunda", pragnął zaprezentować go światu.

"Jeleński był wyznawcą dzieł Gombrowicza - twierdzi Anna Arno - ale polubił też schowanego za nim chorego, kalekiego emocjonalnie człowieka."

Od pisarza - podobnie jak od Leonor Fini - nie oczekiwał wdzięczności, znosił jego humory, a jednocześnie czuł z nim głębszą, ojcowsko-synowską więź. Tak, potrafił być szlachetny i bezinteresowny.

Poszczególne rozdziały biografii poświęcono relacjom Kota z innymi osobami, które były dla niego szczególnie ważne. Oświetlają one w jakiś sposób nie tylko bohatera książki, ale pozwalają poznać bliżej także owe postaci. Poza już wymienionymi, są to: Jarosław Iwaszkiewicz, Czesław Miłosz i Józef Czapski. Każda z tych relacji ma inne korzenie i dopełnia w jakiś sposób biografię Konstantego Jeleńskiego. O tym, jak ważny był Kot w biografiach owych pisarzy, niech zaświadczy prywatny  nekrolog napisany przez Zbigniewa Herberta:

"Mój najserdeczniejszy, najczulszy, zawsze gotowy do pomocy przyjaciel w drodze. Dzięki niemu przeżyłem mój pierwszy sezon paryski w latach 1958-1960, wspomagał finansowo z zasobów Kongresu Wolności Kultury, który potem okazał się jaczejką CIA. Kotowi odpłacałem się czarną niewdzięcznością".

Biografia Anny Arno pokazuje Konstantego Jeleńskiego jako człowieka wielu talentów, jako postać fascynującą i pełną sprzeczności. Niewątpliwą zasługą autorki jest dotarcie do wielu osób, które znały go osobiście, a także do ogromnej ilości źródeł. Mimo to nie odczuwamy nadmiaru informacji. Na naszych oczach powstaje portret, który pociąga swoim bogactwem, a także skłania do refleksji nad tym, czym jest życie, co jest w nim najistotniejsze i co po człowieku zostaje w sercach i pamięci innych ludzi.

Książka Anny Arno "Kot. Opowieść o Konstantym A. Jeleńskim" ukazała się w Wydawnictwie Iskry 17 czerwca 2020 roku. 

sobota, 30 czerwca 2018

Radosław Romaniuk: "Inne życie Jarosława Iwaszkiewicza" T.2 /recenzja książki/

Radosław Romaniuk napisał monumentalną biografię Jarosława Iwaszkiewicza. Choć autor "Panien z Wilka" doczekał się już kilku opracowań, ta publikacja wydaje się być najpełniejsza i najbardziej rzetelna. Co więcej, Romaniuk dysponuje nie tylko ogromną wiedzą, ale posiada przy tym obrazowy, interesujący talent narracyjny - książkę znakomicie się czyta. 

okładka biografii Radosława Romaniuka: Inne życie, Wyd. Iskry
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
Taki zmysłowy sposób opowiadania zdaje się być bliski samemu Iwaszkiewiczowi, którego proza, mimo upływu czasu, osadza się w pamięci właśnie w postaci zmysłowych obrazów. W pamięci pozostaje scena nad rzeką, w której starzejąca się bohaterka "Tataraku" podziwia młode, muskularne ciało chłopca, który za chwilę utonie... Albo podobna, z opowiadania "Psyche", w której bohaterka pochyla się  nad doskonale pięknym, śpiącym Erosem... No i ten lasek brzozowy, który odegra swoją rolę w "Brzezinie"...

Otóż od takiej właśnie literacko plastycznej sceny rozpoczyna się drugi tom biografii Iwaszkiewicza. Pierwszy dzień wojny. Córki Iwaszkiewiczów wybrały się na grzyby. Pisarz jedzie pociągiem, ale na wieść o wybuchu wojny wraca do domu, do Stawiska. Tymczasem Niemcy bombardują Podkowę Leśną. Strach o dzieci, a jednocześnie pisarz notuje w dzienniku:
"I jeszcze nawet teraz, kiedy wszystko się wali: zbawienie tylko w sztuce!"

Jarosław Iwaszkiewicz w w swoim mieszkaniu w Stawisku, fot. Janusz Sobolewski  Forum
Romaniuk szczegółowo opisuje ucieczkę na Wschód, a potem powrót do Stawiska i okupacyjną egzystencję pod bokiem Niemców. A jednak mimo tego dom Iwaszkiewiczów stał się, paradoksalnie, dla wielu schronieniem, więcej nawet - wysepką wolności. Skromne posiłki - wspólnie i przy pięknie nakrytym stole.

W Stawisku przyjęto wówczas zasadę, która panować będzie do końca wojny, a którą zamknąć można w formule: "wszystko zwyczajnie". Oaza normalności. Arka nad otchłanią. (...) Wieczorami czytano i dyskutowano, odbywały się kameralne koncerty. najczęściej po prostu grano w brydża, niekiedy - z przerwą na kolację - do późnych godzin nocnych - czytamy.

Przez Stawisko przewinęło się mnóstwo ludzi: Zofia Nałkowska, Wanda Wertenstein, Karol Małcużyński, Andrzej Panufnik, Witold Lutosławski, Krzysztof Kamil Baczyński, Jerzy Andrzejewski i wielu innych.

Breza ma słuszność, że jest w tym dużym, jasnym, ciepłym domu coś z Nohant, coś z Jasnej Polany - zanotowała Zofia Nałkowska.

Jarosław i Anna Iwaszkiewiczowie w 75. rocznicę urodzin pisarza 1969 r.
Foto PAP CAF Rago
A oprócz tego Jarosław Iwaszkiewicz mnóstwo czytał i oczywiście pisał. Romaniuk odkrywa przed nami kulisy powstania różnych utworów (np. związek "Matki Joanny od Aniołów" z chorobą psychiczną żony pisarza, Anny), homoseksualne związki i jednocześnie wielką miłość i przywiązanie do żony i córek. Z wielkim poświęceniem opiekował się Anną w chorobie, a podczas uroczystości złotych godów, kiedy w kościele św. Floriana w Brwinowie odprawiono uroczystą Mszę św. w intencji jubilatów, na jej prośbę przystąpił do Sakramentu Pokuty i przyjął komunię.
     Poznajemy okoliczności, w których podjął współpracę z komunistycznym rządem i stanął na czele Związku Literatów Polskich. Wreszcie - podróżujemy z Iwaszkiewiczem na Wschód i na Zachód Europy. 
Bez wątpienia był człowiekiem wielkiego formatu, światłym erudytą, choć także człowiekiem pełnym sprzeczności i konformistą.

Jarosław Iwaszkiewicz z psem Tropkiem, 1963, Stawisko - fot. z archiwum Muzeum w Stawisku
Fotonova  East News

     Starzał się u boku żony, ale czuł się samotny. Emocjonalny chłód rekompensowały mu ukochane psy, których pamięć utrwalił także w swojej prozie i w wierszach. Z końcem lat 70., po śmierci swojej wiekowej siostry, przeprowadził się do jej pokoju, zwanego umieralnią, by tam zmierzyć się samotnie z ostatnim etapem życia. Pragnął uczynić to tak jak żył - w swoim stylu, tak jak przeżywał tragedie bliskich mu osób. Nie przestawał jednak pisać. Jego starość była twórcza, aktywna i wypełniona nowymi doświadczeniami, a także pamięcią starych. Umierał w szpitalu, po operacji, otoczony bliskimi i miał jeszcze czas na pożegnania i dyspozycje. "Inne życie" Jarosława Iwaszkiewicza to życie nieprzeciętne, piękne i spełnione.

     Radosław Romaniuk napisał monumentalną biografię Jarosława Iwaszkiewicza. Prezentuje w niej szeroki, panoramiczny obraz, w którego centrum znajduje się autor "Panien z Wilka". Takiego Iwaszkiewicza znamy dość słabo. Choć pisarz doczekał się już kilku opracowań, to właśnie wydawnictwo wydaje się być najpełniejsze i najbardziej rzetelne. Co więcej, Romaniuk dysponuje nie tylko ogromną wiedzą, ale posiada przy tym obrazowy, interesujący talent narracyjny - książkę się znakomicie czyta. Polecam gorąco - ja się rozsmakowałam i nawet te 600 stron z okładem mnie nie powstrzymały :-)   Gdybyż jeszcze była nieco lżejsza... :-)

Biografia Radosława Romaniuk: "Inne życie Jarosława Iwaszkiewicza" ukazała się w Wydawnictwie Iskry.

piątek, 24 listopada 2017

Monika Śliwińska: „Wyspiański. Dopóki starczy życia” /recenzja książki/

Autorka biografii tworzy portret człowieka niezwykle złożonego, fascynującego, a przy tym niezmiernie trudnego do opisania. Pełne cierpienia życie, wypełnione twórczością, miłością, przyjaźniami… Krótkie, a przecież spełnione.

Monika Śliwińska, Wyspiański. Dopóki starczy życia, Wydawnictwo Iskry

Najnowsza biografia Stanisława Wyspiańskiego jest pasjonującą lekturą, której czytaniu towarzyszą ponadto doznania estetyczne. Jakże by mogło być inaczej, skoro jej bohaterem jest taki artysta! Książka została starannie zaprojektowana: na obwolucie widnieje ostatni autoportret malarza, naszkicowany na miesiąc przed śmiercią. Przenikliwe spojrzenie – kwintesencja jego osobowości. Kiedy uchylimy obwolutę, znajdziemy na okładce Planty o świcie, utrzymany w zimnych kolorach krajobraz, charakterystyczny dla malarza, którego życie pozostało tak nierozłącznie związane z Krakowem.
Uwagę przykuwa także struktura samej biografii, którą rozpoczyna uroczysty pogrzeb malarza, odbywający się w mroźny grudniowy poranek 1907 roku. W tej perspektywie rozwija się opowieść o genialnym artyście, ujęta w symboliczne ramy czterech rozdziałów: Barwa, Światło, Mrok, Wdowa. Dzięki takiemu ujęciu, a także za sprawą rzetelnej faktografii, Śliwińska tworzy portret człowieka niezwykle złożonego, fascynującego, a przy tym niezmiernie trudnego do opisania. Pełne cierpienia życie, wypełnione twórczością, miłością, przyjaźniami… Krótkie, a przecież spełnione, o wiele bardziej spełnione, niż niejeden długi żywot.


A tu pospolitość skrzeczy


Orszak pogrzebowy na Rynku, MN Kraków

Umieszczona na początku czarno-biała fotografia przedstawia orszak pogrzebowy na Rynku Krakowa. W tle widać Sukiennice, a trumnę otaczają nieprzebrane tłumy, około czterdzieści tysięcy osób. Są wszyscy: posłowie, władze miasta, delegacje z trzech zaborów, profesorowie Akademii Umiejętności i Uniwersytetu Jagiellońskiego, uczniowie. Bliscy przyjaciele: Lucjan Rydel i Adam Chmiel prowadzą za trumną żonę Teosię. Zaledwie 38-letni Zmarły żegnany jest bardzo uroczyście i pochowany w Krypcie Zasłużonych na Skałce.
Śliwińska cytuje okolicznościowe artykuły, po czym pozwala nam zajrzeć niejako pod podszewkę zdarzeń. Kiedy czytamy uwagi do rachunków wystawionych przez krakowskich przedsiębiorców za pogrzeb Wyspiańskiego, rzeczywistość zaczyna skrzeczeć. Oto bowiem okazuje się, że Wielki Człowiek spoczął w trumnie najskromniejszej, ale za to za wygórowaną sumę. Nieuczciwi i chciwi ludzie zarobili także na lichtarzach, materiałach pokrywających podłogę w krypcie, na tapicerce itd. Na szczęście, wiele ozdób wykonali bezpłatnie artyści i uczniowie Akademii.

Miłość, nienawiść i pożądanie


Stanisław Wyspiański, zdj. MN Kraków

W kolejnych rozdziałach, w których poznajemy życie artysty, wielokrotnie będziemy zaglądać pod podszewkę pewnych zdarzeń i faktów, a to za sprawą dociekliwości autorki biografii, która „odczarowuje” wiele mitów narosłych wokół Wyspiańskiego. Ukazuje człowieka z krwi i kości, pełnego sprzeczności, niejednowymiarowego.

Z jednej strony dramatyczne przeżycia: przedwczesna śmierć brata i matki, pijaństwo ojca, który nie jest zdolny zająć się synem. Z drugiej – miłość i oddanie ciotki Joanny Stankiewiczowej, która wraz z mężem otoczy go troską i miłością. Miłość ta jednak okaże się zaborcza, więc Wyspiański wyprowadzi się w pewnym momencie i zamieszka sam. Ta sama ciotka będzie mu towarzyszyła w ostatnich dniach życia, jej dyktował będzie korekty dramatów (pisał niemal do końca, szczególnie, że nie mógł już malować). Ona także przyczyni się do odebrania znienawidzonej byłej służącej, a potem żonie Stasia, Teosi, opieki nad dziećmi. Oczywiście, robi to w trosce o właściwe ich wychowanie, ale nie bierze pod uwagę, że rozstanie z matką i utrata domu rodzinnego będzie dla nich wielką traumą, kładącą się cieniem na ich życiu…


Teosia i Stanisław Wyspiańscy

Monice Śliwińskiej udaje się ukazać i udokumentować te skomplikowane więzi miłości/nienawiści.
Podobnie rzecz ma się ze sprawą Teosi, jak ją czule nazywa Wyspiański. Nikt z najbliższego otoczenia artysty nie mógł zrozumieć i zaakceptować tego związku. Brzydka i prosta dziewczyna spod tarnowskiej wsi, służąca ciotki Stankiewiczowej, w dodatku z nieślubnym dzieckiem, i utalentowany artysta, obdarzony wieloma zaletami, geniusz właściwie. To i dziś wielu nie mieści się w głowie. Nie był nawet w niej zakochany. Kochał się w innych (ale bez wzajemności), a poza tym od czasu wyjazdów do Paryża prowadził bujne życie erotyczne. O swoim pożądaniu pisze w liście do Lucjana Rydla:

I ta pewność, że wszystkie te Venery można by mieć tylko trochę fatygi – kilkanaście słów, komplementów żywo mówionych, nagłość rozmowy, szybkość idei podsuwanych osobie, którą się chce posiadać, środki niezawodne miłości, po prostu nawet miłości…

Ma również romans z Teosią, w rezultacie którego zostaje ojcem Helenki. Upłynie sporo czasu, zanim Wyspiański zdecyduje się ją poślubić, ona zresztą niczego takiego nie oczekuje i bez skargi wychowuje samotnie swoje dzieci po powrocie na wieś. W tym czasie Wyspiański maluje, projektuje polichromię do kościołów i …zmaga się z biedą. Jego prace znacznie się różnią od oczekiwań zleceniodawców, którzy nie są przyzwyczajeni do tak oryginalnego potraktowania tematów. Kazimierz Wielki przedstawiony jako szkielet musiał wzbudzać kontrowersje.

Tołstoj i pokrewieństwo dusz


Stanisław Wyspiański, Autoportret z żoną, 1904

Ostatecznie również związek z Teosią nie należy do konwencjonalnych. Podobno Wyspiański postanowił ją poślubić pod wpływem lektury „Zmartwychwstania” Tołstoja. Próbowano go od tego odwieść, ale bezskutecznie. Pobrali się 18 września 1900 roku w kościele św. Floriana. O tym, że Wyspiański darzył Teosię miłością, świadczy nie tylko fakt, że wytrwał przy postanowieniu poślubienia jej, a trzeba dodać, że nie robił tego „z obowiązku”. Autorka biografii przytacza wspomnienia świadków, z których wynika, że był tego dnia prawdziwie poruszony i szczęśliwy:

Skończył się obrzęd – wspomina Adam Grzymała-Siedlecki – i oczom naszym ukazała się jego twarz – twarz rozpromieniona naprawdę nieziemskim uniesieniem.

Teosię kochał do końca życia, co potwierdzają, czasami niechętnie, bywalcy ich domu. Antoni Waśkowski:

Bardzo kochał swoją żonę, rozmiłowany był w jej prymitywizmie i śpiewkach pełnych prostoty ludowej, godzinami przesiadywał w kuchni i rysował ją.

Kiedy poprawiła się sytuacja materialna, starał się wynagrodzić jej czasy biedy i kupował  prezenty: stroje, korale, pierścionki… Wierzył w pokrewieństwo dusz złączonych wspólnym losem i nie tylko ją malował, ale również pisał o niej w strofach swoich wierszy. Utwory poetyckie pisał również dla dzieci, które także często rysował.


Stanisław Wyspiański, Studium dziecka - Mietek, 1904, Muzeum Narodowe w Krakowie

Michalina Janoszanka wspomina, że nie przeszedł obok żony, aby jej nie pogłaskać po głowie. On, tak bezkompromisowy i nieustępliwy w sprawach twórczości, jej ustępował we wszystkim. Helena Wyspiańska wspomina, że czuły był również dla dzieci. To matka była surowa i pilnowała dyscypliny. Ojciec natomiast był niezwykle serdeczny wobec dzieci i często je rozpieszczał. Teosia zaś dbała o niego i o jego spokój. Pilnowała, aby dzieci nie przeszkadzały mu w pracy, chroniła przed natrętami. W rozmowie z Ludwikiem Tomankiem, z 1932 roku, Teosia przyznaje:

Syćko było na mojej głowie. Nieraz to bez surduta by wyleciał i musiałam dopiero za nim zanieść (…) Do fryzjera toby za nic nie posedł… Goliłam go, stygłam go… Ale jak ja tam umiałam… w schodki.

Ta prosta i niemal niepiśmienna kobieta znała i recytowała z pamięci obszerne fragmenty „Wesela” do końca swego długiego żywota.

Dopóki starczy życia


Stanisław Wyspiański przeżył – w wielkim cierpieniu – zaledwie 38 lat, a jednak pomimo niszczącej go nieuleczalnej choroby, zachował jasność umysłu i zdolność tworzenia "dopóki starczy życia". Pozostawił bogaty i różnorodny dorobek artystyczny, którym można by obdzielić wielu. Kiedy ręka stawała się bezwładna, przywiązywał do niej deseczkę i tak malował… Kiedy malować już nie mógł, dyktował  swoje utwory i kazał zniszczyć wszystko, co wydawało mu się mniej wartościowe: sceny dramatyczne, notatki, szkice, listy…Umierając dziękował, żegnał się, prosił o opiekę nad rodziną. Nie mógł przewidzieć, jaki los ją spotka.


Stanisław Wyspiański, Autoportret, 1903, Muzeum Narodowe w Krakowie

Epilog


Po śmierci Wyspiańskiego zarzucano wdowie, że nie dba o dom, że zaniedbała męża i przyczyniła się do jego przedwczesnej śmierci. Artysta przez wiele lat zmagał się ze złośliwą odmianą syfilisu, na który nie było wówczas lekarstwa. Oskarżano także nieszczęsną wdowę, że nie dba o wykształcenie dzieci, że jest agresywna i często popija. W rezultacie odebrano jej prawa rodzicielskie. Bezskutecznie walczyła o przywrócenie opieki nad dziećmi, których losy stały się na skutek tych niefortunnych decyzji niezwykle dramatyczne. Pozbawione opieki matki, którą bardzo kochały, znalazły się w różnych internatach, a potem także w szpitalach. 

Najstarszy, adoptowany syn Teodor, zostanie najpierw umieszczony na oddziale nerwowo chorych, a wkrótce potem umrze na gruźlicę płuc. Mietek Wyspiański weźmie udział w wojnie polsko-bolszewickiej, zostanie wzięty do niewoli i ślad o nim zaginie. Staś, najmłodszy syn Wyspiańskiego, będzie się tułał i leczył w zakładach psychiatrycznych do końca życia. Helenka zostanie umieszczona w szkole klasztornej w Szwajcarii, skąd wróci do Krakowa po trzech latach, wyjdzie za mąż i urodzi dwoje dzieci. O śmierci ojca powie po latach:

Cały świat po prostu przestał dla mnie istnieć.

Tragiczny los… Smutne dziedzictwo.

Przeczytałam tę blisko 500-stronicową biografię jednym tchem. Pomijam w recenzji wątki związane z twórczością Wyspiańskiego, jego pasję tworzenia i geniusz, z którym niełatwo mu było żyć. Sądzę jednak, że są one równie pasjonujące, jak wątki osobiste. Warto samemu się o tym przekonać.

Biografia Moniki Śliwińskiej: „Wyspiański. Dopóki starczy życia” ukazała się w Wydawnictwie Iskry.


piątek, 6 października 2017

Żywot burzliwy i spełniony. Zofia Wojtkowska: „Wiek ambasadora. Opowieść o życiu Edwarda Raczyńskiego” /recenzja książki/

„Wiek ambasadora” Zofii Wojtkowskiej to biografia ambasadora i prezydenta Rzeczypospolitej na uchodźstwie, ukazana w kontekście burzliwych czasów, w jakich przyszło mu żyć. Edward hrabia Raczyński mógłby powtórzyć na świętym Pawłem: W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem. 

Wydawnictwo Iskry

Gdy w dziecięcym pokoju wisi „Melancholia”…



Jacek Malczewski, Melancholia

Swoją opowieść (bo nie jest to bynajmniej sucha biografia) Wojtkowska rozpoczyna niebanalnie - od … „Melancholii” Jacka Malczewskiego. Trzeba przyznać, że powieszenie tego obrazu przez matkę w sypialni synów: Rogera i Edzia pozostaje zagadką. Trudno jednak odmówić Róży Raczyńskiej tego, że matką była niekonwencjonalną i że ona właśnie najmocniej odcisnęła piętno na ich życiu. Po latach Edward Raczyński poświęcił jej obszerne wspomnienie, które zatytułował: „Pani Róża z domu Potocka, synowa Zygmunta Krasińskiego, potem Edwardowa Raczyńska”.
Pochodziła z patriotycznej rodziny, a w swoim czasie była jedną z najlepiej urodzonych panien w Europie, w dodatku o ambicjach intelektualnych. Wydana za mąż w wieku lat osiemnastu za syna Zygmunta Krasińskiego, szybko zostaje wdową z trójką maleńkich dzieci, Władysław bowiem cierpi na nieuleczalną wówczas gruźlicę. Odziedziczyły ją po nim dzieci, toteż wdowa poświęca całą swoją energię, aby je ratować i w tym celu wyjeżdża z nimi do Zakopanego. 

Róża z Potockich Raczyńska, Muzeum Kórnickie

W tamtym czasie jest nieszczęśliwie zakochana w Edwardzie Raczyńskim – poznańskim magnacie, którego nosi po świecie. Najpierw walczy „za wolność waszą i naszą”, a potem, w aurze bohatera, prowadzi światowe życie. W rezultacie różnych szalonych pomysłów (m.in. wyprawia się do Chile w poszukiwaniu złota), traci niemal cały majątek. A kiedy powraca do Krakowa, rozkochuje w sobie m.in. Różę Krasińską, po czym… oświadcza się jej szwagierce Marii Beatrix, która – jak się wkrótce okazuje – cierpi na zaburzenia psychiczne i jest narkomanką. Kiedy umrze, Edward nie wie, co począć z ich dzieckiem, małym Karolem, i … zawozi go do Zakopanego, pod opiekę Róży, która wszystko mu wybacza, pomaga wyjść z długów i w końcu wychodzi za niego za mąż. Ich pierwszy syn otrzymuje imię Roger – na cześć dziadka Raczyńskiego. Drugi – Edward otrzyma imię po ojcu.
Czy syn takiego ojca może mieć spokojną, niedramatyczną biografię? A mając taką matkę – czyż nie miałby mieć głębokiego poczucia życiowej misji?

Pałac w Rogalinie – genius loci


Pałac w Rogalinie

Należący do rodziny Raczyńskich pałac i park pozostanie dla Edwarda miejscem, które go ukształtowało i gdzie chciałby spocząć po śmierci. Mimo różnych historycznych zawirowań, Rogalin zawsze był oazą polskiej myśli i polskiej sztuki, a dzięki kolekcjonerskiej pasji ojca, powstała tam najwspanialsza kolekcja sztuki, licząca czterysta sześćdziesiąt sześć obrazów. I to jakich! Rembrandt, Tycjan, Van Gogh, Matisse… Stałym gościem Rogalina był Jacek Malczewski, bywała tam także Olga Boznańska. Tak powstawały portrety domowników, a także rogalińskie pejzaże.
Ojciec czytał dzieciom wieczorami polską literaturę: Kochanowskiego, Mickiewicza, Sienkiewicza, Fredrę, a także klasyków literatury światowej. Poznany podczas wakacji w Londynie Paul Cazin, stał się nie tylko kolejnym „honorowym domownikiem”, ale także przyjacielem i mentorem młodego Edwarda, który nie tylko pochłania dobrą literaturę, ale również sam pisze. 
Tak ukształtowany przyszły ambasador i prezydent do końca swego długiego i burzliwego życia zachował intelektualne i moralne priorytety.

Miłości i żony


Kto lubi zobaczyć w biografii człowieka z krwi i kości, ten się nie zawiedzie. Zofia Wojtkowska pilnie śledzi życie miłosne Edwarda i relacjonuje także i te jego aspekty, które były przez rodzinę wstydliwie skrywane. Chodzi mianowicie o wieloletni romans młodego Raczyńskiego ze starszą od niego mężatką, Katarzyną Baworowską, która – znudzona w małżeństwie – uwiodła niedoświadczonego młodzieńca. Śmiertelnie się w niej zakochał i przez wiele lat żywił nadzieję, że ukochana rozwiedzie się z mężem i wyjdzie za niego, ale nigdy do tego nie doszło.
Tymczasem studiował, a potem robił karierę w dyplomacji. A że poważny dyplomata powinien mieć rodzinę, próbowano go ożenić. O mały włos nie został mężem znanej historyk sztuki, Karoliny Lanckorońskiej, którą porzucił niefrasobliwie jego starszy brat Roger, toteż Edward „poczuł się w obowiązku”. Nic z tego nie wyszło, ale przyjaźnili się przez całe życie. Ostatecznie Edward ożenił się z nieprawdopodobnie bogatą Angielką, lady Joy Markham, ale nie był to szczęśliwy związek. Joy była chorowita i straciła pierwsze dziecko, co jeszcze bardziej odbiło się na jej zdrowiu. Edward zaś nie umiał okazać jej serdeczności, bo o wiele bardziej zajmowała go kariera dyplomatyczna. Poza tym denerwowało go, kiedy żona próbowała stworzyć sobie w majątku koło Dębicy pole do aktywności, przebudowując dom i ucząc wiejskie dzieci oraz kobiety. Nie umiał docenić jej szlachetności, kiedy w swoim sklepie wyrobów artystycznych w Warszawie zatrudniała młode, ubogie dziewczyny, pomagając im wyjść z nędzy. Ich jedyne wspólne zdjęcia, które się zachowały, pochodzą z podróży na Bliski Wschód w 1930 roku. Po powrocie Joy znowu zaszła w ciążę i robiła wszystko, aby ją donosić. Nie pozwalała się nawet leczyć, aby nie zaszkodzić dziecku, ale i tak nie udało się go uratować i wkrótce potem umarła również Joy, prosząc przed śmiercią Edwarda, aby ponownie się ożenił...


Cecylia i Edward Raczyńscy, Muzeum Rogalin

Tak też się stało. Związek z Joy nie był co prawda udany, ale Edwardowi Raczyńskiemu udało się chyba dzięki niemu dojrzeć i rok po jej śmierci poślubił Cecylię z Jaroszyńskich. Rodzą się im dzieci, a Edward już nie tylko poświęca się karierze dyplomaty, ale nareszcie staje się szczęśliwym mężem i ojcem. W swoim dzienniku zanotuje:
Jestem niezasłużenie szczęśliwy i mam kochaną, najukochańszą żonę – i córeczkę imieniem Wanda. Blondynkę.  
Cecylia Raczyńska jest wzorową żoną, matką i ambasadorową, także w trudnych czasach II wojny, kiedy Edward staje się człowiekiem – instytucją, a jego dom w Londynie – azylem dla polskich emigrantów. A mimo to, kiedy wyjeżdża do Nowego Jorku na operację oka i poznaje tam Anielę Mieczysławską (z domu Lilpop), zakochuje się w niej bez pamięci. Po powrocie informuje o tym … żonę. Sądzi, że tak jest uczciwie, nie myśli, że ją zrani. Nie zostawia jednak Cecylii i trwa w tym związku do końca, szczególnie, że jest ciężko chora na serce. Z Mieczysławską się nie spotyka, ale co roku, w rocznicę spotkania, wysyła jej jedną różę. Romantycznie… 
Kiedy Cecylia umiera, zamieszkują razem. Wszyscy są skonsternowani, zwłaszcza, że nie biorą ze sobą ślubu, bo Aniela jest rozwódką i nie ma co liczyć na kościelną dyspensę. Formalnościom staje się zadość dopiero po śmierci jej męża. Nie mniej związek Edwarda Raczyńskiego z Anielą Mieczysławską jest chyba najbardziej harmonijny. Mają wspólne zainteresowania, jeżdżą po świecie, fotografują się często. Aniela staje się jego oczami i w ogóle całym światem. Na zdjęciach wyglądają jak.. zakochani. I tak już będzie do końca. 

Dyplomata z klasą


Do końca też zachował Edward Raczyński niezwykłą klasę i w jakimś sensie pozostał apolityczny. Miał chłodny analityczny umysł i poczucie służby. Po wojnie jego świat zniknął bezpowrotnie – Polska dostała się pod wpływy ZSRR, a rząd na uchodźstwie przestał być traktowany poważnie. Raczyński nie przestaje jednak walczyć o pozostających na emigracji Polaków. Pisze dziesiątki memorandów i apeli, by przeciwstawić się żądaniom Moskwy, zmierzającym do tego, aby emigrantów przymusowo odsyłać do kraju. Ponadto zakłada polskie instytucje, m.in. Instytut Polski i Muzeum imienia generała Sikorskiego, nadzoruje powstawanie polskich szkół, uruchamia programy stypendialne. Sprowadza polskie sieroty z Bliskiego Wschodu…
Pozbawiony aparatu urzędniczego, załatwia niewyobrażalną ilość spraw. Sam wiedzie skromne życie, często brakuje mu pieniędzy. W dodatku cierpi na postępującą ślepotę, a przeprowadzone operacje się nie udają. Dopiero w 1951 roku pomyślnie zoperowano mu w Nowym Jorku jedno oko – dzięki finansowej pomocy rodaków. Mimo tych problemów, działa nadal. To dzięki niemu w 1976 roku zostaje odsłonięty w Londynie pierwszy w Europie pomnik katyński.
Raczyński dba o kontakty z rodakami, przede wszystkim z polskimi księżmi. W 1971 roku, podczas beatyfikacji o. Maksymiliana Kolbego przez papieża Pawła VI, na specjalnej Mszy św. dla Polaków, zostaje posadzony pomiędzy dwoma kardynałami: Stefanem Wyszyński a Karolem Wojtyłą…


W bazie Royal Navy w Rosyth, drugi od lewej: książę Kentu, trzeci ambasador Edward Raczyński, 
czwarty Naczelny Wódz Władysław Sikorski, 17 listopada 1939 r.

Sprawy krajowe także bardzo leżą mu na sercu. Podczas Wydarzeń Czerwcowych 1976 roku staje na czele Komitetu Pomocy dla Ofiar Wypadków Czerwcowych. Tworzy ponadto Fundusz Pomocy Krajowi oraz naciska znajomych polityków, aby interweniowali w obronie Polaków. W kwietniu 1979 roku zostaje prezydentem na uchodźstwie. Mimo podeszłego wieku (ma w tym czasie osiemdziesiąt osiem lat!) i choroby, podejmuje się tej misji, co jest prawdziwym szczytem odwagi z jego strony. Odwagi i poczucia obowiązku. Czyni wszelkie wysiłki, aby pomóc rodakom uciekającym z Polski w stanie wojennym. Największą nadzieję pokłada jednak w papieżu Polaku – Janie Pawle II, którego podziwia bezgranicznie.
Ostatecznie, wyrzucony z polskiej historii na pięćdziesiąt lat, powraca na jej karty. Otrzymuje doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, na którym ongiś studiował, a jego nazwisko trafia do encyklopedii i podręczników akademickich. Nagrywa także audycje dla RWE.
Swoje burzliwe i spełnione życie kończy 30 lipca 1993 roku, a już 9 sierpnia wraca na zawsze do kraju, gdzie zostaje uroczyście pochowany w rodzinnej krypcie.

Zofii Wojtkowskiej zawdzięczamy opowieść niezwykle wartką i żywą, a przy tym rzetelną i dobrze zakorzenioną w źródłach. Takiej historii niezwykłego człowieka – Edwarda Raczyńskiego – oczekiwaliśmy od dawna. Starannie wydana – w twardej oprawie z obwolutą. Szkoda tylko, że zdobiące ją liczne fotografie zostały opublikowane na kiepskiej jakości papierze…

„Wiek ambasadora. Opowieść o życiu Edwarda Raczyńskiego” Zofii Wojtkowskiej okazała się nakładem Wydawnictwa Iskry w 2017 roku.

NFM zaprasza na koncerty w sezonie 2026/2027

 Dwunasty sezon artystyczny Narodowego Forum Muzyki im. Witolda Lutosławskiego zaskakuje różnorodnością propozycji i skalą możliwości oddzia...

Popularne posty