Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akademia Filmu Dokumentalnego MovieWro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akademia Filmu Dokumentalnego MovieWro. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 stycznia 2018

Janusz Dąbkiewicz, Lech Moliński: Kino dokumentalne jest naszą pasją /wywiad/

Rozmawiam z twórcami Akademii Filmu Dokumentalnego "Movie-Wro" we Wrocławiu: Januszem Dąbkiewiczem i Lechem Molińskim o ich pasji do kina dokumentalnego.


Lech Moliński i Janusz Dąbkiewicz, fot. Marcin Maziej
Barbara Lekarczyk-Cisek: Jesteście, mimo młodego wieku, rozpoznawalnymi i zasłużonymi propagatorami filmu dokumentalnego. Przede wszystkim jako twórcy i animatorzy popularnej Akademii Filmu Dokumentalnego „MovieWro”, która na stałe wpisała się już w pejzaż projekcji i spotkań filmowych. Zaangażowani jesteście również w inne projekty: Festiwal Filmów Dokumentalnych „Okiem Młodych” w Świdnicy, KinoNiedziele, że już nie wspomnę o wrocławskim portalu kulturalnym G-punkt. Może więc podzielilibyście się refleksją na temat, jaki jest Wasz klucz do sukcesu.

Studenckie początki…

Janusz Dąbkiewicz: Zaczęło się zupełnie przypadkowo. Również na dziennikarstwo trafiłem trochę przez przypadek [Dziennikarstwo i Komunikacja Społeczna przy Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Wrocławskiego – przypisek B.L.C.]. Studia wyposażyły nas w pewien zasób narzędzi i często stwarzały przestrzeń do tego, aby robić coś interesującego. Intensywnie działało wtedy dziennikarskie Koło Naukowe „Lapidarium”, które zajmowało się wieloma dziedzinami kultury. Kiedy więc ogłoszono spotkanie sekcji filmowej, zainteresowało mnie to, ponieważ pasjonowałem się kinem już od dłuższego czasu. Poszedłem więc na spotkanie wraz z koleżanką i tak oto znaleźliśmy się w szczupłym, zaledwie pięcioosobowym gronie, w którym był również Lech [Moliński]. Chcieliśmy coś zrobić i każdy miał jakiś pomysł na to, ale nie znaliśmy się i nie było żadnego planu…

Lech Moliński: Tak. Jedyna osoba, która miała większe doświadczenie niż my, Asia Śmietanka, zaproponowała, żeby robić warsztaty dla dokumentalistów. Było to jednak bardzo skomplikowane i rozbudowane działanie. W tym czasie pisałem już trochę o filmie, m.in. dla Internetowego serwisu filmowego Stopklatka.pl. był to moment, w którym czułem, że trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Dziennikarstwo bowiem jest kierunkiem, który uruchamia taką potrzebę. Kiedy więc kiedy zaproponowano nam, aby robić coś ambitnego, myśmy się – każdy na swój sposób – w to zaangażowali. Postanowiliśmy, że zaczniemy robić nieduże pokazy. To dzięki nim doszliśmy do konstatacji, że interesuje nas kino dokumentalne, ponieważ bardzo dobrze sprawdza się w dyskusji. Mieliśmy taką koncepcję, aby zapraszać na uczelnię różnych twórców. Zrobiliśmy np. pokaz „Spływu” Janka Komasy, po którym odbyła się dyskusja z przedstawicielem „Monaru”. Następnym filmem był dokument Cezarego Ciszewskiego „Wolność jest darem Boga”, a gościem spotkania był również Piotr Załuski. Zauważyliśmy wówczas, że film dokumentalny wymaga dopowiedzenia, że ludzie są głodni takiego spotkania z bohaterem czy reżyserem.

Janusz Dąbkiewicz: Ja to pamiętam nieco inaczej… W pierwotnym założeniu spotkania miały być rodzajem przeglądu osiągnięć młodych twórców. Podczas pierwszego pokazu zaprezentowaliśmy filmy eksperymentalne znajomych i zorganizowaliśmy dyskusję. Dopiero dzięki Lechowi i jego rozeznaniu i kontaktom z pracy dziennikarskiej zaczęliśmy prezentować filmy dokumentalne znanych twórców. Na początek był „Spływ” Janka Komasy – wówczas świeżo upieczonego absolwenta Łódzkiej Szkoły Filmowej. Był to mocny dokument, który zrobił duże wrażenie na nas i na widzach. Wtedy pomyśleliśmy, że to jest właściwa droga.

Lech Moliński: Rzeczywiście tak było. Robiąc pokazy i zgłębiając wiedzę na temat kina, doszliśmy do przekonania, że przede wszystkim należy promować filmy dokumentalne. Zacząłem coraz więcej tych filmów oglądać, gdy jeździłem na festiwale w ramach współpracy ze Stopklatką. Ponadto robiąc wywiady kierowałem się coraz częściej w stronę dokumentalistów. Szczególnie wiele możliwości dawał mi Krakowski Festiwal Filmowy. Tam właśnie pojawiła się refleksja, że twórcy dokumentów są wspaniałymi, otwartymi ludźmi, chętnymi do rozmów. W kawiarni kina „Kijów” wystarczyło podejść do artysty i natychmiast nawiązywała się więź. Miałem też dodatkowy atut w postaci kamery Stopklatki, więc wszyscy – z Marcinem Koszałką na czele – chcieli z nami rozmawiać. Dzięki tym wywiadom mogłem zweryfikować, kto potrafi porwać publiczność, kto pięknie i interesująco opowiada. Poznałem m.in. Tomka Wolskiego i zacząłem jego prace prezentować i pisać o nich.

Lech Moliński, Janusz Dąbkiewicz, fot. Marcin Maziej

Barbara Lekarczyk-Cisek: Czy wówczas właśnie zrodził się pomysł zorganizowania Akademii  Filmu Dokumentalnego?

Janusz Dąbkiewicz: Początkowo był pomysł na festiwal, ale stwierdziliśmy, że brak nam zaplecza finansowego, kontaktów i doświadczenia. Trzeba wspomnieć, że wcześniej współpracowaliśmy z portalem G-Punkt.pl, gdzie Lech był najpierw redaktorem działu filmowego, a później naczelnym portalu. Pisywałem o filmie i ja, skutkiem czego zostałem zaproszony do projektu, który w założeniu miał być dużym festiwalem filmu dokumentalnego. Wtedy też zrodził się pomysł, żeby robić cykliczne prezentacje i o takim rozmachu organizacyjnym, na który jesteśmy sobie w stanie pozwolić.

Barbara Lekarczyk-Cisek: Czy było trudno pozyskać fundusze?

Lech Moliński: Jeszcze podczas studiów założyliśmy fundację, aby realizować projekty. Mnie zaproszono do grona fundatorów. Uczyliśmy się wszystkiego od początku. Fascynujące odkrycia

Barbara Lekarczyk-Cisek: A w jaki sposób – mając za sobą jedynie doświadczenie studenckich przeglądów - przygotowywaliście program pierwszych spotkań z filmem dokumentalnym?

Janusz Dąbkiewicz: Zaczęliśmy od filmów nieznanych szerszej publiczności, ale bardzo interesujących, także zagranicznych. Chcieliśmy nie tylko pokazywać niezwykłe filmy, ale też "poubierać” je w cykle tematyczne. Nasze poszukiwania miały więc związek z pewnymi kategoriami tematycznymi. Początkowo przeglądałem strony internetowe znanych festiwali, oglądałem trailery, czytałem opisy i recenzje.

Lech Moliński: Te poszukiwania dały nam jakieś rozeznanie, m.in. co do profilu poszczególnych festiwali. Poza tym jako studenci mieliśmy mnóstwo czasu i energii.

Janusz Dąbkiewicz: Wprawdzie wielu młodych ludzi przychodziło na nasze pokazy na dziennikarstwie, nie wiedzieliśmy jednak jak to będzie wyglądało, gdy wyjdziemy spod parasola uczelni. Z drugiej strony, chcieliśmy doświadczyć, jak to będzie wyglądać w prawdziwym obiegu kinowym. Dużo pomogła nam Beata Marciniak z Odra-Film, która udzielała nam porad i konsultacji, a także ułatwiła kontakty z organizatorami Planete Doc Film Festival. Obdarzyła nas kredytem zaufania, za co jesteśmy jej wdzięczni.

Akademia Filmu Dokumentalnego „MovieWro”

Lech Moliński: Zaczęliśmy w marcu 2010 roku cyklem „Dokument.pl”. Spośród sal kinowych wybraliśmy na nasze spotkania „Kino Warszawa – salę NOT”, czyli dawne kino „Atom” – ze względu na dobrą lokalizację.

Janusz Dąbkiewicz: Warto też wspomnieć, że skład naszej grupy zmieniał się parokrotnie. Poza mną i Lechem, tworzyły ją Agnieszka Gawlik i Emilia Figiel. Kiedy skończyliśmy nasze studenckie pokazy i zaczęliśmy rozmawiać o festiwalu, współpracowaliśmy również z Olą Maślanką i Kasią Matz. Razem robiliśmy wszystko. Trzeba było zadbać o każdy aspekt - o program, promocję i logistykę.

Lech Moliński: Ponieważ wszyscy chcieli programować, uznaliśmy, że każdy z nas będzie się
angażował po trosze we wszystko. Przez dwa kolejne lata realizowaliśmy program Akademii we
czwórkę: Janusz, Lech, Agnieszka Gawlik i Katarzyna Matz. Dzięki pokazom i spotkaniom poznaliśmy mnóstwo osób i nawiązaliśmy wiele więzi. Do tradycji należy już, że nasze dyskusje trwają do 3-4 nad ranem. Niektórzy poznani w ten sposób ludzie współpracują teraz z nami w Fundacji.

Janusz Dąbkiewicz: W pewnym momencie staliśmy się rozpoznawalni. Twórcy zaczęli nas sobie
polecać i coraz łatwiej było zapraszać znane postaci. Mogliśmy też odwołać się do tego, co już zrobiliśmy. Dokument jest taką formą artystycznego wyrazu, że należy o nim rozmawiać, wymaga dopowiedzenia. Staje się często punktem wyjścia do dialogu na temat problemów, które wykraczają poza ramy filmu. Właśnie dlatego kino dokumentalne jest naszą pasją.

Lech Moliński: Akademia Filmu Dokumentalnego jest projektem edukacyjnym. Jej celem jest nie tylko poznanie filmu dokumentalnego, ale również dostrzeżenie różnych kierunków jego rozwoju. Planujemy w tym roku pokazać dokumenty biograficzne, a także organizujemy 3-dniowy przegląd filmów o sztuce współczesnej. Towarzyszyć mu będzie taniec, performance oraz wystawa zdjęć. Chcemy, aby widzowie weszli w dialog ze sztuką. Wśród konkretnych propozycji programowych znalazły się m.in. „Gnarr na prezydenta”, laureat nagrody publiczności 9. PLANETE+ DOC, nieprezentowany we Wrocławiu, a także film „Tonia i jej dzieci” w reżyserii Marcela Łozińskiego, kameralna historia dwójki rodzeństwa, rozdzielonego w następstwie ideowych wyborów ich matki. Po tym filmie chcemy wywołać dyskusję o polskiej szkole dokumentu i o tym, dlaczego nasi dokumentaliści nie są zainteresowani realizacją zaangażowanych filmów politycznych. Jesienne spotkania zaczynamy już 11 października, wrocławską premierą „I Want (no) Reality” Any Brzezińskiej. Dokument przybliża międzynarodową grupę teatralną Needcompany. To świetny film otwarcia, ponieważ jest połączeniem biograficznego portretu z obserwacją środowiska artystycznego, spajając w ten sposób dwa motywy przewodnie naszych jesiennych pokazów.

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad ukazał się 3 października 2012 roku na portalu PIK Wrocław

niedziela, 19 listopada 2017

„Koniec Rosji!” Michała Marczaka – metafora o końcu pewnego świata /recenzja filmowa/

23 lutego 2012 r. odbyła się w ramach Akademii Filmu Dokumentalnego „MovieWro” wrocławska premiera filmu Michała Marczaka „Koniec Rosji!”.

plakat filmu

Do położonej nad Oceanem Arktycznym strażnicy przybywa młody rekrut, aby odbyć tam służbę wojskową. Wraz z nim wchodzimy w świat, który początkowo wydaje się absurdalny. Samo istnienie strażnicy w miejscu, gdzie i tak nie postała ludzka stopa, wydaje się być niezrozumiałe, a jednak takich posterunków było w Rosji kilkadziesiąt. Było, bo to już przeszłość. Reżyserowi udało się zrekonstruować taki posterunek, aby pokazać bohaterów, którzy latami pełnili służbę w takich właśnie miejscach.

Początkowo, wraz z przybyłym żołnierzem, Aleksiejem, mamy wrażenie, że uczestniczymy w skostniałych i nic nie znaczących rytuałach: kopanie tuneli w śniegu, obchód, wydobywanie zamarzniętych kłód drzewa czy zwierząt, hartowanie ciała przy ponad czterdziestostopniowym mrozie. Z czasem jednak, kiedy bliżej poznajemy bohaterów, okazuje się, że wszystko to ma głęboki sens. Aby przetrwać w tych warunkach, trzeba wiedzieć, jak należy oddychać, chodzić, biegać czy ćwiczyć odporność. 

Kadr z filmu Koniec Rosji w reż. Michała Marczaka

Zgromadzeni w niewielkim pomieszczeniu mężczyźni wspólnie jedzą posiłki, obchodzą święta – zarówno świeckie, jak i religijne (nota bene, zachował się tam zwyczaj znany nam z lektury „Pana Tadeusza”, kiedy to na Wielkanoc stukano się jajkami na twardo). Twardzi mężczyźni, z czasem odsłaniają swoje powikłane historie. Jeden z nich, ogorzały, brodaty pięćdziesięciolatek, pracując jako inżynier, stracił palce u rąk podczas wybuchu w  hucie i trafił do tej specyficznej jednostki, aby w ten sposób nie obciążać rodziny i spłacić długi. Inny, około czterdziestoletni mężczyzna, ma wprawdzie rodzinę, ale obawia się wrócić do niej, bo podejrzewa, że druga żona znalazła sobie innego partnera. Często gra na gitarze i śpiewa songi w stylu Wysockiego, ale ich treść… Dowiadujemy się np. że w życiu można liczyć tylko na mamę… Taki refren w ustach dojrzałego mężczyzny brzmi osobliwie. Poza tym bohaterowie mówią wiersze romantycznego poety rosyjskiego Fiodora Tiutczewa, czego byśmy się nie spodziewali patrząc na ich pozornie proste i pozbawione emocji oblicza.

Koniec Rosji

Film nie jest właściwie klasycznym dokumentem, jak wyznał podczas spotkania z publicznością reżyser. Placówka została „zainscenizowana”, a bohaterowie wybrani w castingu. Jednakże grają oni samych siebie. A film – wskutek specyficznej scenerii – zyskuje wymiar  uniwersalny

Oto grupka ludzi pilnuje granic rozpadającego się państwa, a jednocześnie toczy się zwykłe życie – z jego rytuałami, obowiązkami i spoczynkiem. Mężczyźni ze sobą rozmawiają o różnych problemach, niekiedy filozofują o samotności, a jednocześnie ciesząc się życiem, mimo wszystko. Wyizolowani z cywilizacji konsumpcyjnej, żyją życiem bardziej autentycznym niż my, którzy początkowo uśmiechamy się na ich temat.
Realizatorzy filmują  bohaterów stosując duże zbliżenia twarzy, dzięki którym widz ma wrażenie, że jest tuż obok albo „twarzą w twarz”, co wywołuje momentami psychiczny dyskomfort, ale też sprawia, że ludzie ci stają się nam na swój sposób bliscy. W plenerach jest to niekiedy kamera „z ręki”, ale przeważają plany statyczne, ustawiające widza w roli obserwatora.

„Koniec Rosji!” jest zupełnie odmienny od – porównywalnej - „Lekcji syberyjskiej” Wojciecha Staronia, w której  realizator nie ukrywa się za kamerą, ale staje się ważną częścią opisywanego świata. Michał Marczak pozostaje niewidoczny, gdy – stworzywszy dla swoich bohaterów odpowiednie warunki – obserwuje ich z dystansu, mimo bliskich planów. Niemniej, „Koniec Rosji!” jest próbą „innego spojrzenia” – bardziej parabolicznego czy metaforycznego, z pewnością również wartego uwagi.

"Koniec Rosji", Polska 2010.
scenariusz i reżyseria: Michał Marczak, współpraca reżyserska: Maciej Cuske, zdjęcia: Radosław Ładczuk, montaż: Dorota Wardęszkiewicz, dźwięk: Mariusz Bielecki, udźwiękowienie: Radosław Ochnio, kierownictwo produkcji: Mikołaj Pokromski, producet: Marianna Rowińska, koproducent: Piotr Adamczyk, Dariusz Miłek. Produkcja: Ozumi Films, TVN, Aperto Films. Kolor, 72 min.

Nagrody:
·         Nagroda Magicznej Godziny na 7. Festiwalu Filmowym Planete Doc Review w Warszawie, 2010;
·         Wyróżnienie FIPRESCI na 10. Międzynarodowym Festiwalu Filmu Dokumentalnego "Flahertiana" w Perm, 2010;
·         Silver Eye dla najlepszego filmu pełnometrażowego na 13. Międzynarodowym Festiwalu Filmów Dokumentalnych w Jihlavie, 2010;
·         Wyróżnienie Specjalne na 17. Międzynarodowym Festiwalu Filmów Dokumentalnych "Visions du Réel" w Nyon, 2011;
·         HBO Documentary Films Emerging Artist Award na 13. Międzynarodowym Festiwalu Filmów Dokumentalnych "Hot Docs" w Toronto, 2011;
·         Nagroda Główna w konkursie filmów dokumentalnych na 9. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Zagrzebiu, 2011;

·         Nagroda Młodego Kina na 23. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce w Chicago, 2011.

„Uwikłani” Lidii Dudy na AFD MovieWro

14 marca 2013 roku Akademia Filmu Dokumentalnego MovieWro zainaugurowała nowy sezon swojej działalności filmem Lidii Dudy „Uwikłani”. Dokument ten został nagrodzony m.in. Grand Prix „Złoty Lajkonik”, Nagrodą "Cierpliwe oko" im. Kazimierza Karabasza, a także za reżyserię na International Human Rights Documentary Film Festival "One World" w Pradze  Po seansie widzowie mogli porozmawiać z reżyserką.

plakat filmu Uwikłani

Wrażliwa na problemy społeczne autorka takich filmów dokumentalnych, jak „Herkules” czy „U nas w Pietraszach”, przedstawiła tym razem historię pedofila i jego ofiary. Nie jest to jednak dokument li tylko socjologiczny. Sposób opowiedzenia tej historii jest jakby z ducha Dostojewskiego – obydwaj bohaterowie są tak mocno uwikłani w swoją traumatyczną przeszłość, że nie umieją się od niej w żaden sposób uwolnić. W pewnym momencie kat staje się ofiarą, a ofiara katem.

Lidia Duda udziela głosu obu mężczyznom. Okazuje się, że w jakimś sensie są one podobne: obaj zostali skrzywdzeni w dzieciństwie i pozostawieni samym sobie. Jedynie młodszy z bohaterów dramatu ujawnia na koniec swoją twarz i daje widzom jakąś nadzieję na to, że przemiana jest możliwa – przez miłość.
Kiedy słuchamy ich opowieści i obserwujemy zachowania, a także ich otoczenie - przestajemy jednoznacznie oceniać, nie potępiamy. Pozostajemy wobec tak opowiedzianej historii równie bezradni, za to bardziej współczujący.

Niezdolni do wybaczenia i do zaakceptowania swojej przeszłości bohaterowie stają się znakiem sytuacji egzystencjalnej, w której wszyscy w mniejszym lub większym stopniu doświadczamy w życiu.
Bohaterzy filmu „Uwikłani” zostali niezwykle dyskretnie sfotografowani przez innego wybitnego polskiego dokumentalistę - Wojciecha Staronia, nagrodzonego zresztą za zdjęcia przez Stowarzyszenie Twórców Obrazu Filmu Fabularnego na Krakowskim FF. 

Wywiad z reżyserką o tym filmie (i nie tylko) - pod tym linkiem.



Turniej Poetycki „O Różę Różewicza”

Instytut im. Jerzego Grotowskiego zaprasza do udziału w Turnieju Poetyckim „O Różę Różewicza”, organizowanym w roku 105-lecia urodzin i 12. ...

Popularne posty