Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja książki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 maja 2026

Tajemnicze światy Jorie Graham – o tomiku wierszy "Prześwity" /recenzja/

Biuro Literackie we Wrocławiu wydało reprezentatywny wybór wierszy Jorie Graham Prześwity. Znalazły się w nim zarówno wczesne wiersze poetki, jak też utwory najnowsze, pochodzące z wydanego w 2012 roku tomu Plac. Poezje Graham ujmują swoją dojrzałą refleksją i niebanalnymi skojarzeniami.

Biuro Literackie we Wrocławiu wydało reprezentatywny wybór wierszy Jorie Graham, zatytułowany Prześwity. Czytelnicy mogą poznać zarówno wczesne wiersze  poetki, napisane w latach osiemdziesiątych minionego stulecia, jak też utwory najnowsze, pochodzące z wydanego w 2012 roku tomu Plac. Autorami przekładów – znakomitych! – są Ewa Chruściel i Miłosz Biedrzycki. Wiersze Graham ujmują swoją dojrzałą refleksją i niebanalnymi skojarzeniami. Są nieprzewidywalne i niezwykle pociągające. Już niebawem, bo 21 kwietnia tego roku, będziemy mogli zobaczyć i usłyszeć poetkę, która została zaproszona przez Biuro Literackie na 18. edycję Europejskiego Portu Literackiego (18 – 21 kwietnia).

Myli się, kto sądzi, że napotka poezję zanurzoną w odmiennej kulturze i mentalności. Autorka spędziła wczesne dzieciństwo i młodość we Włoszech, gdzie odebrała tradycyjne europejskie wykształcenie, by po maturze kontynuować naukę na Sorbonie w Paryżu, skąd po strajkach studenckich w 1968 roku wyjechała na studia do Nowego Jorku, miasta swoich narodzin.

Tomik rozpoczynają wiersze, w których zawarta jest bliska platońskiej myśli refleksja na temat otaczającego nas świata – dociekanie tego, jak działa, jakie są jego ukryte mechanizmy:

„Rzeczy działają przez / naszą, w końcu wiarę, / w to, że są obecne, / powszechne i zdolne / do unaocznienia się”. Ostatecznie każda racjonalizacja „praw przyrody” traci sens, ponieważ „Rzeczy działają przez / to, że w końcu / coś zaskakuje”.  (Jak rzeczy działają).

To zdziwienie światem – świeże i odkrywcze - przypominać może wiersze Szymborskiej, ale Graham obywa się bez charakterystycznej dla naszej poetki ironii. Towarzyszy jej raczej subtelne poczucie humoru.

W wierszu Ambra człowiek jest przedstawiony jako mikrokosmos: „… nasza skóra jest kompletnym krajobrazem, oceanem”, wobec tego nasze dusze są jak kałamarnice – „nieznane ludzkim oczom”, a jednak można je rozpoznać, kiedy – pośmiertnie – „wydziela swoje mocne wonie, / swojego ducha – Joy, Fly By Night, Green / Paradise, zawsze dążąc do niego”.

Obserwując tulipany, mówi o upływającym czasie („tulipany zmieniają czas zbyt szybko”- Obcy), obserwując siebie, mówi o poczuciu obcości: „oddzielność /nieskończoność / czująca się nieswojo /pośród wielu.”

Przedmiotem refleksji staje się też ludzka mowa. Punktem wyjścia jest nasze podobieństwo do ptactwa (sic!): „przelatują szpaki, / skrzydlata regularna składnia” (Składnia), „Ptak powracający do krzewu, / jak idea powracająca do / intencji (…) Tak jak my / od czasu do czasu / musimy złapać / całość języka / w poszukiwaniu / lepszych pragnień”.

Niektóre wiersze powstały z inspiracji naturą (Mój ogród, mój świt), inne – jak Przy zmartwychwstaniu ciał Luki Signorellego – sztuką włoskiego renesansu. O ile dla Zbigniewa Herberta freski Signorellego, znajdujące się w katedrze  w Orvieto, stały się źródłem do rozważań nad „fizycznymi i metafizycznymi konsekwencjami ruchu”, o tyle dla Jorie Graham fresk przedstawiający Sąd Ostateczny stanowi pretekst do przemyśleń na temat tajemnicy ludzkich ciał, które „Bez przerwy / przybywają, / pragnąc imion, / chcąc / szczęścia”. Studiując to „przybywanie ciał” Luca Signorelli „włamał się do ciała”. Co więcej, pasja poszukiwania odpowiedzi na tę zagadkę sprawiła, że nie cofnął się, kiedy przyniesiono mu ciało jego "jedynego syna". To porównanie aktu tworzenia do Ofiarowania Syna jest najbardziej zaskakującym przesłaniem tego wiersza.

Utkwił mi też w pamięci przejmujący wiersz, zatytułowany znacząco: Bo jedno musi chcieć drugiemu/zamknąć oczy. Nie jest to bynajmniej prosty sentymentalny tekst, o, nie! Trwa rozmowa z „tym drugim”, gdy się znalazło „na dnie” i wypatruje wyjścia, jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości. Kiedy trudno pojąc takie słowa, jak to zdanie z Hymnu o miłości św. Pawła: „we wszystkim pokłada nadzieję”. Padają prośby: „Nie opuszczaj mnie”, „Wyjaśnij”, aby na końcu zapytać bezradnie: „O czym myślisz?”

Tak, lektura wierszy  Jorie Graham jest zaproszeniem do pełnego tajemnic, migotliwego świata, który wabi swoją niezwykłością i nieprzewidywalnością.


Jorie Graham, Prześwity
Wyd. Biuro Literackie
Wrocław 10.01.2013

Przełożyli: Ewa chruściel i Miłosz Biedrzycki


Jorie Graham
- amerykańska poetka. Urodziła się w 1950 w Nowym Jorku. Opublikowała następujące tomy wierszy: Hybrids of Plants and of Ghosts (1980), Erosion (1983), The End of Beauty (1987), Region of Unlikeness (1991), Materialism (1993), The Dream of The Unified Field: Selected Poems (1997), The Errancy (1997), Swarm (2001), Never (2002), Overlord (2005), Sea Change (2008), Place (2012).

Jej tomiki ukazały się we Włoszech, Hiszpanii, Niemczech, oraz Wielkiej Brytanii.

W 1996 roku otrzymała nagrodę Pulitzera, a w latach 1997-2003 pełniła funkcję rektora Akademii Amerykańskich Poetów. Pośród innych nagród i wyróżnień otrzymała także MacArthur Genius Award.

Obecnie pracuje na Harvardzie.

Recenzja ukazała się na portalu Wywrota 14 kwietnia 2013 roku. 

sobota, 25 października 2025

Jedyna (taka) /recenzja biografii Karoliny Lanckorońskiej Marcina Wilka/

W sierpniu tego roku ukazała się w Wydawnictwie ZNAK najpełniejsza biografia Karoliny Lanckorońskiej: "Jedyna", której autorem jest Marcin Wilk. Rzetelnie opracowana, opisuje życie znanej historyk i mecenaski sztuki od narodzin aż po śmierć, a także jej liczne zasługi i heroiczną postawę w czasie II wojny. Najbardziej poruszył mnie opis ostatnich lat Karoliny Lanckorońskiej i wspomnienia osób, które ją otaczały, szczególnie opowieść pielęgniarki Alicji Lesisz, zwanej przez nią żartobliwie Kotem. Zachęcam do lektury.

Mój egzemplarz biografii, "zaczytany" i jak zwykle pełen zakładek :-)
Życie Karoliny Lanckorońskiej było długie i obfitowało w tak liczne, a zarazem dramatyczne wydarzenia historyczne, że opisanie go jest z pewnością dużym wyzwaniem. Sądzę przy tym, że  najlepiej udało się to samej Lanckorońskiej, która była nie tylko wybitnym historykiem sztuki, ale miała też bez wątpienia talent literacki, dysponując charakterystycznym dla siebie stylem, który sprawia, że od jej "Wspomnień wojennych" czy "Notatek z podróży do Grecji" nie sposób nie oderwać. Mnie osobiście najbardziej odpowiada biografistyka mająca charakter osobisty, taka, z którą zetknęłam się w pisarstwie Renaty Lis. W rozmowie ze mną na temat biografii Bunina ("W lodach Prowansji") autorka powiedziała wręcz:

"Każda taka opowieść jest kreacją – nawet w opowieści o własnym życiu, nawet przeznaczonej na użytek prywatny, jedne "fakty" wybieramy, inne pomijamy, wymyślamy albo przekręcamy (często bezwiednie), o jeszcze innych w ogóle nie pamiętamy, pełnymi garściami czerpiemy za to z cudzych wspomnień, coś nam się śni i marzy, dwoi się i troi, a twarze ze zdjęć plenią się w naszej pamięci, podając się za twarze z rzeczywistości. Z takiego szemranego materiału lepimy swoją opowieść o "prawdziwym" życiu,  odpowiednio je naświetlając, wydobywając lub naddając znaczenia. W swoich książkach nie udaję, że jest inaczej. Nie proponuję czytelnikom obiektywnej biografii Bunina, ponieważ taka biografia jest niemożliwa. Opowiadam o tym, jak ta biografia złożyła się we mnie tu i teraz. Myślę, że to uczciwe".

Najnowsza i zarazem najpełniejsza biografia Karoliny Lanckorońskiej: "Jedyna", której autorem jest Marcin Wilk, z pewnością taka nie jest, choć jej początek jest interesujący. W I rozdziale, zatytułowanym "Wniebowzięta", autor przypomina historię, która rozegrała się w latach 30. ubiegłego wieku, kiedy to docent Lancokorońska, rozmiłowana w twórczości Michała Anioła (szczególnie ceniła jego posąg Dawida), skorzystała z trwających podówczas prac konserwatorskich mających miejsce w Kaplicy Sykstyńskiej i wspięła się po rusztowaniach, aby zobaczyć freski Michelangelo z bliska. Po raz drugi uczyniła to w latach 90., podczas pontyfikatu Jana Pawła II, wówczas jednak wjechała tam windą. Prawda, że brzmi obiecująco? Jednak autor porzuca ten trop i rozpoczyna tradycyjną opowieść od rodu Lancorońskich, a w szczególności od jego patriarchy Karola, ojca Karoliny. Narodziny, dzieciństwo, młodość... Tak toczy się ta historia, w której najciekawsze są cytaty z pism samej Lanckorońskiej oraz obfitość unikalnych fotografii. Autor rzetelnie przytacza rozmaite źródła i ... tchnie nudą. Jego stosunek do bohaterki biografii pozostaje nieznany. Po prostu "odrobił lekcję", którą mu zadano.

Najbardziej poruszył mnie opis ostatnich lat Karoliny Lanckorońskiej i wspomnienia osób, które ją otaczały, szczególnie opowieść pielęgniarki Alicji Lesisz:

"Myślę, że dopiero przy mnie stała się dzieckiem. Nie zasnęła bez przytulenia. Okazało się, że wcześniej tego nie znała. Nie miała też dotyku. (...) Ona mnie wtedy tak polubiła bardzo, że dzisiaj często myślę, że nigdy bym takiego przyjaciela w życiu nie miała. (...) Zawsze mnie wybroniła z każdej opresji".

I właśnie mniej znane albo nieznane wcale oblicze tej posągowej damy, przed którą wszyscy czuli respekt, najbardziej mnie poruszyło podczas lektury biografii. 


Książka "Jedyna. Biografia Karoliny Lanckorońskiej" Marcina Wilka ukazała się w sierpniu tego roku w Wydawnictwie ZNAK

sobota, 18 stycznia 2025

"Gawędy o sztuce sakralnej" Bożeny Fabiani: Twórczo i z pasją /recenzja książki/

Popularna autorka radiowych gawęd o sztuce - Bożena Fabiani popularyzuje tym razem malarstwo w formie książkowej, równie barwnie i twórczo.


Wyznam, że zanim sięgnęłam po drukowane "Gawędy o sztuce", przez wiele lat słuchałam Bożeny Fabiani w Programie II PR. Było to dla mnie objawienie, że można w taki właśnie, pełen nieskrywanych pasji, sposób uprzystępniać dzieła sztuki. Gawędy pokochali liczni radiosłuchacze, więc przetrwały do dziś. Jednakże Bożena Fabiani na tym nie poprzestała - zaczęła popularyzować sztukę także w postaci książkowej. I tak ukazywały się kolejno gawędy o sztuce, począwszy od XIII do XX wieku. Gwoli ścisłości trzeba dodać, że autorka pisała o sztuce jeszcze w latach 70. i późniejszych, zanim stała się popularna dzięki audycjom radiowym. Obecny rok zaowocował wydawnictwem szczególnym, a mianowicie "Gawędami o sztuce sakralnej". Fabiani opatrzyła go mottem... prof. Andrzeja Szczeklika, lekarza humanisty:

"Każdy z nas tego potrzebuje; uniesień poza rzeczywistość".

Taka oto myśl przewodnia towarzyszy temu tomowi, którego celem było - jak pisze we wstępie autorka - uzupełnienie edukacji humanistycznej młodego pokolenia, żeby umiało dostrzec skarby kultury przeszłości. Aby docenić malarstwo sakralne, które stanowi ogromną większość dzieł sztuki, trzeba je umieć odczytać. Jeśli sztuka stanie się niezrozumiała, przestanie stanowić wartość i łącznik z przeszłością - stanie się muzealnym przeżytkiem. 

"...aby dzieło sztuki ilustrujące jakiś temat mogło właściwie przemówić, musi trafić na odbiorcę przygotowanego, znającego zagadnienie" - twierdzi autorka gawęd. I przytacza własną historię, kiedy to - jak określa - "doznała przebudzenia". Z wykształcenia historyk, nie miała żadnej wiedzy na temat malarstwa. Kiedyś jednak znalazła się w kościele San Clemente w Rzymie i stała się mimowolnym uczestnikiem wykładu, który wygłosił jakiś ksiądz prowadzący grupę pielgrzymów. 

Mówił tak żywo i ciekawie, że oczarowana zamieniłam się w słuch - wspomina. Niema dotąd sceneria przemówiła językiem znaków, symboli, scen. (...) Nigdy więcej nie spotkałam tego wspaniałego księdza, ale dzięki niemu sama zaczęłam nawiedzać wszystkie kościoły, studiując odtąd pilnie przewodniki.

Potem były kolejne inspiracje i odkrycia, a także osobiste studia opracowań i monografii, by potem dzielić się ze studentami swoimi odkryciami. Ci zaś podsycali tę pasję, która po latach przerodziła się w gawędy.

Teksty składające się na tom zatytułowany "Gawędy o sztuce sakralnej" podzieliła autorka tematycznie - są to chronologicznie przedstawione narodziny, życie i śmierć Jezusa Chrystusa. Każda gawęda zawiera cytat z Ewangelii, krótki komentarz historyczny oraz opis i interpretację wybranego obrazu, który został zainspirowany wydarzeniami opisanymi w tekście biblijnym. Znajdziemy tam również informacje o samym malarzu. Wybór dzieł sztuki został podyktowany osobistymi upodobaniami autorki i obejmuje przede wszystkim malarstwo włoskie, flamandzkie i holenderskie. Wszystkie przywołane w tekście obrazy mają swoje (znakomite!) reprodukcje na końcu książki.

Giotto, Pojmanie Jezusa /skan książki/


 Temat Pojmania

Aby przybliżyć sposób pisania Bożeny Fabiani, wybrałam dwa tematy: Pojmanie i Zmartwychwstanie. Na początku znajdziemy cytat z Ewangelii wg św. Jana, po nim - komentarz historyczny dotyczący obyczaju powitania (uczeń całował nauczyciela w rękę, a nie w twarz), a także badań archeologicznych, z których wynika, że w Grocie Pojmania istniał kult chrześcijański już od IV w. Historyk bada także prawne okoliczności aresztowania Jezusa. Zasadniczą część gawędy stanowi opis i interpretacja dwóch obrazów: "Pocałunku Judasza" Giotta, należącego do padewskiego cyklu malarza. Ukazuje on scenę zbiorową, w której centrum znajdują się główne postaci dramatu: 

Judasz podszedł i stanął twarzą do Jezusa, tyłem do nas. Grubawy i pucułowaty zarzuca swój żółty płaszcz na Jezusa, jakby chciał Go nim otulić, i stara się ustami dosięgnąć policzka Nauczyciela. A Jezus, wyższy i szczuplejszy, z aureolą wokół pięknej głowy, stoi nieporuszony i tylko mierzy wzrokiem zdrajcę. Judasz bezczelnie spogląda Mu w oczy i to właśnie spojrzenie ich obu, nazwane przez historyków sztuki "spięciem wzroku", jest powodem sławy Giotta. 

Nicholas Gay, Skrucha /skan/

Autorka przywołuje także mniej znane przedstawienie tego tematu - obraz Nikolaja Gaya - znakomitego portrecisty i przyjaciela Lwa Tołstoja - "Skrucha" (1891). I znów posłużę się cytatem, który pozwoli posmakować języka tych gawęd:

Jest to chwila po aresztowaniu Jezusa. Nokturn. Nocny surowy pejzaż oświetla tylko pełna tarcza księżyca. Na drodze stoi bokiem do nas mężczyzna okutany w jakąś obszerną chustę, na którą pada poświata księżyca, oświetlając plecy mężczyzny. Wokół pustka. Jest całkiem sam. (...) Znieruchomiały Judasz spogląda w ciemną dal, bo tam daleko, daleko, widać maleńkie postacie w odblasku pochodni, jakąś gromadę ludzką; to oddalający się oddział tych, którzy przyszli po Jezusa. Aresztant odwraca głowę, spoglądając na Judasza...

Matthias Grünewald, Zmartwychwstanie (prawe skrzydło 
Ołtarza z Isenheim, 1512-1515

 Zmartwychwstanie

"Przytoczę jeszcze temat Zmartwychwstania w malarstwie, ponieważ - jak pisze Fabiani - taki obraz był najtrudniejszy ze wszystkich. Jak namalować coś, czego się nie widziało, co się sprzeciwia rozumowi, w co samemu malarzowi z pewnością trudno uwierzyć?"

Omawiając ten temat w malarstwie autorka odnosi się do dwóch znanych płócien Grünewalda oraz Rembrandta.  Z tekstu dowiadujemy się tym razem nie tylko o samym obrazie, będącym częścią tzw. ołtarza z Issenheim, ale również o technice malarskiej niemieckiego wizjonera, który sam preparował swoje barwniki i narzędzia oraz stworzył własny, niepowtarzalny styl - niezwykle ekspresyjny i rozpoznawalny. Jego Chrystus Ukrzyżowany został oddany w sposób wstrząsająco naturalistyczny, natomiast Zmartwychwstały jest jakby "utkany" ze światła:

Nad pustym grobem zawisł w powietrzu wielki krąg trójkolorowego światła, kojarzący się raczej z kulą, jakimś jaśniejącym globem. W ten krąg wpisał artysta zawieszoną w powietrzu eteryczną postać Chrystusa (...). Za nim jarzy się na czerwono potężny głaz, ten, który barykadował grób. A Jezus lewituje z lekko rozsuniętymi nogami, i ze światła, które Go otoczyło potrójnym pierścieniem kolorów, wyłaniają się Jego twarz i włosy "utkane" właśnie z tego blasku, twarz bezcielesna, świetlista. W tej właśnie chwili światło zamienia się w ciało.

Jak widzimy, mimo formy pisanej, nadal mamy do czynienia z żywym językiem, charakterystycznym dla tej wspaniałej popularyzatorki sztuki, z jej charakterystycznymi określeniami, a nawet kolokwializmami, z jej oryginalnością i świeżością w spojrzeniu na malarstwo, jaką ma tylko człowiek twórczy i pasjonat.

Książka Bożeny Fabiani „Gawędy o sztuce sakralnej” ukazała się w Wydawnictwie Naukowym PWN.

Recenzja ukazała się 23 lutego 2016 roku na portalu Kulturaonline.


środa, 26 lipca 2023

Magdalena Abakanowicz (prawie) bez tajemnic /recenzja biografii Pawła Kowala: "Abakanowicz. Trauma i sława"/

Liczącą blisko pięćset stron biografię Magdaleny Abakanowicz przeczytałam od deski do deski, niczego nie pomijając, począwszy od zachęty do czytania autorstwa innego wybitnego artysty, Leona Tarasewicza, a na Posłowiu kończąc.  Jej autor, Paweł Kowal, nakreślił portret artystki nie tylko rzetelnie, odwołując się do licznych źródeł (w tym do niepublikowanych dzienników), ale nadał swojej pracy osobisty ton. To jest w jakimś sensie JEGO Abakanowicz, w takim znaczeniu, jaki ma tytuł filmu Joanny i Krzysztofa Krauze "Mój Nikifor". Czy bowiem w ogóle możliwa jest biografia obiektywna?

Mój egzemplarz biografii, Wyd. Agora

Dotknęłam kiedyś tego tematu w rozmowie z Renatą Lis, w związku z jej biografią "W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu". Powiedziała wówczas coś, co znakomicie przystaje także do książki Pawła Kowala:

"Nie proponuję czytelnikom obiektywnej biografii Bunina, ponieważ taka biografia jest niemożliwa. Opowiadam o tym, jak ta biografia złożyła się we mnie tu i teraz. Przecież każda taka opowieść jest kreacją - nawet w opowieści o własnym życiu, nawet przeznaczonej na użytek prywatny, jedne "fakty" wybieramy, inne pomijamy, wymyślamy albo przekręcamy (często bezwiednie), o jeszcze innych w ogóle nie pamiętamy, pełnymi garściami czerpiemy za to z cudzych wspomnień, coś nam się śni i marzy, dwoi się i troi, a twarze ze zdjęć plenią się w naszej pamięci, podając się za twarze z rzeczywistości. Z takiego szemranego materiału lepimy swoją opowieść o "prawdziwym" życiu,  odpowiednio je naświetlając, wydobywając lub naddając znaczenia".

Celowo przytoczyłam obszerny fragment tej wypowiedzi na temat pisania biografii, ponieważ to, o czym mówiła Renata Lis, oświetla w jakiś sposób metodę tworzenia biografii Abakanowicz. Również Paweł Kowal nie ukrywa swojego osobistego stosunku do artystki, rozpoczynając swoją opowieść dedykacją poświęconą żonie i przywołując dzień oraz miejsce ich wesela, które odbyło się w Falentach, gdzie Magdalena przyszła na świat 20 czerwca 1930 roku i gdzie spędziła pierwsze lata życia. Ale to nie wszystko! Autor deklaruje wprawdzie, że patrzy na życie artystki z punktu widzenia historyka czasów współczesnych oraz politologa, ale - podobnie jak Renata Lis - próbuje też spojrzeć na bohaterkę swojej biografii przez jej tajemnicę. W pewnym momencie swego życia Bunin doświadczył głębokiego rozdwojenia - kochał dwie kobiety jednocześnie i z żadnej nie umiał zrezygnować. Podobnie było z Magdaleną Abakanowicz, która będąc zamężna z Janem Kosmowskim, miała jednocześnie głęboką relację z Arturem Starewiczem - partyjnym notablem (poznali się, gdy artystka wystawiała swoje prace w Londynie, gdzie był ambasadorem), a jednocześnie człowiekiem nietuzinkowym, erudytą o szerokich horyzontach. Przy czym obaj mężczyźni byli jej absolutnie podporządkowani i jakoś znosili siebie wzajemnie. Jak pisze Paweł Kowal:

"Po pewnym czasie ich wspólne w dużej mierze życie znalazło ustalone formy. W Warszawie - wspólne obiady, święta. Każdego roku artystka spędzała część wakacji z Janem, część z Arturem, część spędzali we troje. I tak przez lata".

Jak wyglądały te wspólne wakacje, dowiadujemy się z dowcipnej relacji jednego z pasierbów Starewicza, Gabriela Michalika. Otóż będąc ok. ośmioletnim chłopcem był świadkiem przywiezienia przez Artura tkaniny wartej podobno 20 tysięcy dolarów.

"Wyobrażałem sobie, że to jest na przykład latający dywan - wspomina. (...) Tkaninę zobaczyłem bodaj dopiero następnego dnia. Pani Magda rozpostarła ją na stole. Przypominała duży dziurawy worek na ziemniaki (...). Potem przed domem powstała "polowa" pracownia rzeźbiarska Magdaleny Abakanowicz". Opisuje też artystkę przy pracy, kiedy to znalazła właściwy pień drzewa i wobec bezradnego traktorzysty ("Nie puszcza, jeszcze ten skurwysyn nie puszcza, pani profesor!") osobiście odrąbała go siekierą, aby przez następne dni pieczołowi obrabiać. Tak powstawały "Gry wojenne"... Ze wspomnień małoletniego wówczas Gabriela wyłania się portret kobiety zdecydowanej, silnej, chciałoby się rzec: męskiej.

Magdalena Abakanowicz, Lipsis z cyklu "Gry wojenne",
wystawa "Abakanowicz.Totalma" w Muzeum Narodowym we Wrocławiu,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Paweł Kowal przygląda się nie tylko samej artystce, widzianej oczami wielu osób, które się z nią zetknęły, ale bada również genealogię rodzinną, odwołując się zarówno do wspomnień Abakanowicz, jak też do własnych ustaleń co do jej tatarskich korzeni. Opisuje zjawisko osadnictwa tatarskiego na przełomie XIV i XV wieku, a także przygląda się dziejom rodu żyjącego na Kresach i niejako "wrośniętego" już w polską historię (przejście na katolicyzm, szlachectwo, udział w powstaniach itd.). Niektórym członkom rodu, np. Brunonowi Abakanowiczowi - wynalazcy i matematykowi czy też Konstantemu i Piotrowi, czyli ojcu i stryjowi ("skrzydlatym braciom", jak ich nazywa) poświęca więcej uwagi. Interesująca jest także opowieść o rodzinie matki Magdaleny - bogatego ziemiaństwa o niemieckich korzeniach. 

Powojenne dzieje braci i ich rodzin tworzą symboliczny obraz polskiego społeczeństwa, które różnie sobie radziło w zniewolonym przez komunistów kraju. A jednak, mimo "niewłaściwego" pochodzenia, artystka odniosła spektakularny sukces. Oczywiście, był to proces, u początków którego znajduje się "apolityczna" tkanina, a także kreatywność, która nierzadko bierze się z rozmaitych braków, ale również niezwykła pracowitość i ambicja artystki oraz splot rozmaitych okoliczności. 

Magdalena Abakanowicz, Abakan żółty, 1970-75, wystawa "Abakanowicz.Totalna",
Muzeum Narodowe we Wrocławiu, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Autor prezentuje Magdalenę Abakanowicz jako piękną kobietę, świadomą swoich walorów, a przy tym artystkę osobną, postać nieco tajemniczą. Widzimy ją w całym tym skomplikowaniu: z jednej strony władcza i jakby wycofana z codziennego życia, z drugiej - dobrze w tym życiu zakorzeniona, niebojąca się wyzwań. Zachowująca dystans do otoczenia, a zarazem serdeczna i charyzmatyczna dla swoich studentów. Pozornie krucha i delikatna, a jednak silna i władcza. Słowem - złożona, intrygująca osobowość. 

Oczywiście, pisząc o artystce, autor nie pomija jej dzieł, które interpretuje odwołując się zarówno do jej doświadczeń związanych z historią (owe tytułowe traumy), innym razem próbuje odnaleźć ich genezę zarówno w sferze osobistej (abakany będące symbolem kobiecości, erotyzmu), jak też historycznej i społecznej ("Plecy" zaprojektowane i wykonane dla Japończyków, a kojarzące się z bezradnością i strachem, których sama doznała podczas wojny). Przywołuje także wypowiedzi kuratorów wystaw, osób zawodowo zajmujących się sztuką, m. in. Ady Rottenberg czy Iwony Bigos, nie pomijając też deklaracji samej artystki. 

Dzięki tej znakomicie napisanej biografii możemy wreszcie zobaczyć artystyczny rozwój Magdaleny Abakanowicz jako pewien proces, którego początkiem jest tkanina, po niej rzeźba, wreszcie formy architektoniczne, a nawet... choreografia, którą zaprojektowała do własnej wystawy. To artystka, która w jakiś tajemniczy sposób ciągle zmienia się, poszukuje nowych form ekspresji. Jej monumentalne dzieła są eksponowane nie tylko w muzeach całego świata, ale także w przestrzeniach publicznych. Ich wymowa również się zmienia - żyją swoim życiem i nabierają nowych znaczeń pod każdą szerokością geograficzną. 

Magdalena Abakanowicz, "Plecy", 1976, wystawa "Abakanowicz. Totalna"
Muzeum Narodowe we Wrocławiu, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Kiedy czytałam Posłowie, uświadomiłam sobie z całą mocą, ile pracy i wysiłku włożył autor w jej napisanie, a zarazem, jak wspaniałą  przeżył przygodę, spotykając na swojej drodze tylu wspaniałych rozmówców, którzy wpłynęli na kształt tej biograficznej opowieści. Poruszyło mnie także końcowe wyznanie, w którym Paweł Kowal zwierza się z wątpliwości  przeżywanych w związku z podjęciem się tak monumentalnego wyzwania, a także snuje refleksje na temat pisania biografii w ogóle:

"Pisanie biografii - powiada - jest szczególnym zajęciem: prawie zawsze - okazją do przefiltrowania czyichś losów przez doświadczenia własne i przyjaciół. Wątki życia, które się opisuje, choć czasami dotyczą zgoła innej epoki, skłaniają nieraz do refleksji nad własnymi wyborami, motywacjami i decyzjami".

Zawsze jednak, gdy rodzą się wątpliwości i pojawiają kryzysy, można się udać z pielgrzymką do Santiago de Composteli, jak to w pewnym momencie uczynił autor i co sprawiło, że zdecydował się jednak pisać.

Z pewnością warto sięgnąć po tę znakomitą opowieść o życiu Magdaleny Abakanowicz, wejść w jej świat, po którym oprowadzi nas tak znakomity cicerone. Można także na jej kanwie snuć własne refleksje, jak czyni to autor.

"Książka Pawła Kowala "Magdalena Abakanowicz. trauma i sława" ukazała się w 2023 roku w Wydawnictwie Agora.

piątek, 26 sierpnia 2022

Joanna Stoga: "Słoń z Étretat", czyli podróż w głąb siebie /recenzja książki/

Powieść Joanny Stogi posiada wiele tajemniczych skojarzeń, począwszy od tytułu i imion głównych bohaterów, poprzez przewijające się w lekturze kultowe książki i muzykę jazzową, a na fotografiach i filmach kończąc. Całe to bogactwo odniesień sprawia, że portret głównej bohaterki zyskuje psychologiczną głębię i wieloznaczność. Narracja jest wartka, a częste zaskakujące zwroty akcji, sąsiadujące w lirycznymi, poetyckimi albo realistycznymi opisami, sprawiają, że lektura "przykleja się" do czytelnika. Wiem o tym dobrze, bo sama utknęłam w powieści do tego stopnia, że ocknęłam się po trzeciej nad ranem 😄.

Tytuł debiutanckiej powieści Joanny Stogi jest obrazowy i zagadkowy - odsyła do niewielkiej miejscowości w Normandii, gdzie wśród alabastrowych klifów znajduje się tajemnicza skała, która kształtem przypomina słonia moczącego trąbę w wodach kanału La Manche. Wąskie, strome i wybrakowane schodki, które prowadzą do podnóży kamiennego giganta, opatrzone zostały tabliczką z napisem: „DANGER”. Główna bohaterka powieści, Kassi, której imię jest skrótem pochodzącym od Kasandry, greckiej księżniczki posiadającej przeklęty dar przepowiadania przyszłości, odbędzie podróż do tego właśnie miejsca. Dla niej jest to w gruncie rzeczy podróż w głąb siebie, którą nazywa "rytuałem przejścia". Jest trudna i niebezpieczna, ale bez niej nigdy nie uwolni się od upiorów przeszłości i nie będzie sobą. Szkoda więc, że na zakończenie tak istotnego wątku autorka posłużyła się deus ex machina, zamiast pozwolić bohaterce uporać się ze sobą.

Powieść Joanny Stogi posiada więcej takich tajemniczych skojarzeń, począwszy od imion głównych bohaterów, poprzez kultowe książki i muzykę jazzową, na fotografiach i filmach kończąc. Całe to bogactwo odniesień sprawia, że portret głównej bohaterki zyskuje psychologiczną głębię i wieloznaczność. "Słoń..." jest powieścią psychologiczno-obyczajową, nasyconą realiami codzienności. Bohaterowie żyją i pracują "tu i teraz", mają problemy z chorymi i starzejącymi się rodzicami, szefami w pracy, z relacjami z ludźmi. Zarazem jednak pozostają tajemnicą - mają swoje historie, o których nie od razu się dowiadujemy, ale dzięki temu pozostają dla nas interesujący. Chociaż pisarce zależało na tym, aby jej bohaterka miała konkretne rysy, charakter, taki, a nie inny życiorys, to jednak jest to zarazem postać, z którą - przy bliższym poznaniu - utożsami się wrażliwy czytelnik (czytelniczka), bo i on ma podobne problemy z rodzicami, rodzeństwem, życiowymi partnerami czy szefami w pracy. Ten uniwersalizm jest bez wątpienia atutem powieści.

A przy tym rysunek psychologiczny głównej postaci, z jej przeżyciami, lękami, rozterkami, jej wybuchy agresji, a zarazem szlachetność i wielka potrzeba miłości oraz akceptacji, świadczą o dobrej znajomości ludzkiej duszy. Podobało mi się także towarzyszące bohaterce nieco sarkastyczne poczucie humoru, rozładowujące emocje nie tylko jej samej, ale również czytelnika. Poczucia humoru bowiem nie brakuje także samej autorce. Potrafi wzruszyć, ale też rozbawić zabawnymi opisami i sytuacjami. Takich zabawnych, najczęściej obyczajowych scen, jak choćby zachowanie cielęco zakochanego w przyjaciółce bohaterki sąsiada Zdzicha - postawnego chłopa, którego nie posądzilibyśmy o sentymentalizm, jest w powieści niemało. Dzięki temu tzw. traumy i trudne tematy zostają umiejętnie rozładowane. Jak u Szekspira.

Trzeba też przyznać, że autorka nie boi się wyzwań, jakie stawia przed pisarzem forma powieściowa. Narracja jest wartka, częste - bywa, że zaskakujące - zwroty akcji, sąsiadujące w lirycznymi, poetyckimi obrazami (np. snów, przyrody) albo realistycznymi opisami, sprawiają, że lektura "przykleja się" do czytelnika. Wiem o tym dobrze, bo sama utknęłam w powieści do tego stopnia, że ocknęłam się po trzeciej nad ranem 😄.

Nie będę streszczać opisanej historii, aby nie odbierać czytelnikom przyjemności osobistego towarzyszenia bohaterom powieści Joanny Stogi, do czego zachęcam.

P.S. Książka zawiera także piękne, wysmakowane zakładki, przedstawiające wybrzeże  Étretat, autorstwa samej pisarki, wraz z co smaczniejszymi cytatami z powieści. Dodam też, że mój egzemplarz powieści opatrzony został pamiątkową dedykacją (dziękuję!).

Książka Joanny Stogi "Słoń z Étretat" ukaże się we wrześniu w Wydawnictwie SEQOJA.

Wywiad z Joanną Stogą można znaleźć pod tym linkiem.




sobota, 13 sierpnia 2022

Upadek w codzienność. Roch Sulima: "Powidoki codzienności" /recenzja kaiążki/

"Powidoki codzienności" Rocha Sulimy jest nadzwyczaj udaną próbą opisania codzienności  Polaków żyjących na progu XXI wieku - błyskotliwym dyskursem, w którym autor mierzy się ze współczesnością, mając solidne zaplecze badawcze, nie kategoryzując swoich sądów i niejako zapraszając czytelników do osobistej refleksji. Znakomita narracja oraz twórcze podejście do opisywanych zjawisk są dodatkowymi atutami, dla których warto sięgnąć po tę książkę.

Roch Sulima, Powidiki codzienności, Wydawnictwo Iskry


Od "Historii ciała na plaży" do "<Upadku> w codzienność"

Po książkę Rocha Sulimy sięgnęłam z dwóch co najmniej powodów. Po pierwsze, powodowała mną potrzeba usystematyzowania własnych doświadczeń i przemyśleń związanych ze zmieniającą się codziennością życia, po wtóre zaś autor był mi znany z innych publikacji (m. in. zbiorowego tomu "Antropologia słowa" oraz "Głosów tradycji"), miałam więc pewność, że czeka mnie intelektualna przygoda. I nie myliłam się! Książka "Powidoki codzienności" jest co prawda zbiorem rozmaitych publikacji, ale łączy je wspólny temat i w takim zestawieniu wzajemnie się oświetlają i dopełniają. Kiedy już przebrniemy przez "stan badań", co dla zwykłego czytelnika, nie piszącego akurat pracy magisterskiej, jest mniej interesujące, będziemy z przyjemnością uczestniczyć w rozważaniach na temat obyczajowości Polaków na progu XXI  wieku, dopełniając je własnymi spostrzeżeniami i doświadczeniami. A jeśli ich nawet nie mamy albo są one skąpe, uwiodą nas z pewnością smakowite opisy plażowania dawniej i dziś, pracy i pracowitości, śmieci i sprzątania, a nawet powitań i rytuałów dotyczących gości i ... złodziei (tak, tak, to nie pomyłka!). Oczywiście tematów jest znacznie więcej. Zamiast wstępu znajdziemy w książce wywiad z autorem, który przygotowuje w jakimś sensie czytelników do lektury. Rozważania wieńczy refleksja nad upadkiem współczesnego człowieka w codzienność. 

Singer, czyli codzienność Babci Walerii

Tam też natrafimy na próbę wyjaśnienia tytułu, będącego nawiązaniem do "Teorii widzenia" Władysława Strzemińskiego. Otóż zdaniem malarza oko ludzkie widzi przenosząc kontury kształtów z jednego przedmiotu na drugi. Poruszając się, syntezuje kolejne widoki przedmiotu w jeden obraz. Z tzw. codziennością jest podobnie. Jak pisze Profesor Sulima, "Codzienność jest zawsze "czyjaś" lub przez "coś" się uobecnia. Jako osobna kategoria, wyodrębniony obraz czy idea, rzadko daje się werbalizować, pojawia się natomiast w świadomości dyskursywnej na obszarze nauki, daje o sobie znać w sztuce, a dziś również na obszarze polityki społecznej". Codzienność jest ponadto zróżnicowana społecznie i historycznie. Szczególnie dom jest modelem i centrum kosmosu. Opowieści o przedmiotach należących do rodziny wskazują na trwałość pewnych wzorów. Jestem tego w pełni świadoma, kiedy opowiadam swoim dorosłym już dzieciom o maszynie do szycia marki Singer, należącej niegdyś do mojej Babci Walerii (pomogła jej przetrwać trudny powojenny czas), a z zachowanego aktu sprzedaży (w dużych partiach odręczne pismo) wynika, że kupując ją przed wojną na raty wraz z Dziadkiem Ignacym Babcia nieco się odmłodziła 😀  Tak oto przedmiot stał się nośnikiem rodzinnej narracji. Codzienność bowiem - nawet jeśli w pierwszym momencie kojarzy się nam z czymś zwyczajnym i potocznym - posiada jednak swoją dramaturgię i bywa naznaczona zaangażowaniem, a nawet spontanicznością (nie sądzę, aby Babcia planowała to niewinne oszustwo - być może sprzedawca był przystojnym mężczyzną i zrobił na niej piorunujące wrażenie). Pointa tej historii jest taka, że maszyna zmieniła swoją funkcję - współtworzy mój kącik muzyczny, z wieżą i płytami, tym samym więc "Singer" odzyskał swoje pierwotne znaczenie (niemieckie słowo "singer" oznacza "śpiewaka"). Czy to nie daje do myślenia?



Od telefonu stacjonarnego do codzienności w sieci

"Powidoki codzienności" Rocha Sulimy ukazują także zjawiska najnowsze, których związek z codziennością obserwujemy niekiedy z niepokojem, dotyczy to bowiem naszej "cyfrowej cielesności". Należę do pokolenia, które pamięta tradycyjną funkcję telefonu. Jego posiadanie dawało poczucie elitarności. Pamiętam także stare hollywoodzkie filmy, w których gwiazdy w rodzaju Glorii Swanson prowadziły rozmowy telefoniczne przez luksusowe aparaty o tak długich kablach, że można było swobodnie spacerować ze słuchawką, dzięki czemu scena stawała się dynamiczna. Kiedy jednak w połowie lat 90. pojawiła się telefonia komórkowa, aparat telefoniczny przestał być przedmiotem pożądania.  Obecnie telefon komórkowy stał się urządzeniem wielofunkcyjnym - "wyposażony w aparat fotograficzny lub kamerę, jak chyba żadne inne medium umożliwia transmisje online z naszej prywatności, staje się elektronicznym okiem i uchem, konstruując naszą cyfrową cielesność" - czytamy w rozdziale "Telefon komórkowy - busola codzienności (polskie początki)". Roch Sulima zwraca uwagę, w jaki sposób "komórka" wpłynęła na przemiany rytuałów konwersacyjnych. Częściej rozmawiamy przez telefon niż na żywo. Bywa, że komunikujemy sobie pewne rzeczy korzystając z sms-ów lub - coraz częściej - Messengera albo WhatsApp-a, bo nie chce się nam wyjść z pokoju, gdzie tkwimy przed ekranem, aby zakomunikować to bezpośrednio. 

Pewnym jest wszakże, że dziś Babci nie udałoby się odmłodzić o rok, bo sprzedawca sporządziłby umowę w oparciu o dokumenty elektroniczne, np. znajdujące się w komórce, w aplikacji mObywatel 😀

"Być może - powiada Profesor z pewną dozą czarnego humoru - wkrótce nieodłączne komórki wkładane będą do trumny ich właściciela, by tak jak na początku kulturowej kariery telefonu, móc dzięki niemu rozmawiać z zaświatami".

Codzienna niecodzienność


Konkludując swoje rozważania, Roch Sulima powiada, że "<Codzienność> dziś to mitopodobna, totalizująca praktyka społeczna. (...) nadaje hybrydyczną formę tradycyjnym dziedzinom kultury". I powołując się na słowa Zygmunta Baumana, mówiące o tym, ze "Niecodzienność jest dziś codziennością" (w tym znaczeniu, że codzienność kojarzy się dziś z niespodzianką, przygodą, zaskoczeniem), powiada, iż "k o n d y c j a  w s p ó ł c z e s n e g o  c z ł o w i e k a   n a z n a c z o n a  j e s t  "u pa d k i e m"   w  c o d z i e n n o ś ć". 

"Powidoki codzienności" Rocha Sulimy jest nadzwyczaj udaną próbą opisania codzienności Polaków żyjących na progu XXI wieku - błyskotliwym dyskursem, w którym autor mierzy się ze współczesnością, mając w ręku solidne zaplecze badawcze, nie kategoryzując swoich sądów i niejako zapraszając czytelników do osobistej refleksji. Znakomita narracja oraz twórcze podejście do opisywanych zjawisk są dodatkowymi atutami, dla których warto sięgnąć po tę książkę.

Książka Rocha Sulimy "Powodoki codzienności" ukazała się w tym roku w Wydawnictwie Iskry.

poniedziałek, 1 sierpnia 2022

Bogini bez tajemnic? Anthony Summers: "Bogini. Tajemnice życia i śmierci Marylin Monroe" /recenzja książki/

Biografia Marylin Monroe, mająca rzekomo ujawnić tajemnice jej życia i śmierci, jest nie tylko książką pełną przekłamań, manipulującą wypowiedziami różnych osób, ale także napisaną bez talentu narracyjnego. Kiedyś mówiło się, że to poziom magla. Dziś nazwalibyśmy to raczej poziomem plotkarskich portali, które żerują na niesprawdzonych, często wyssanych z palca informacjach. Poziom to żenujący, niestety...




Kiedy dotarła do mnie informacja, że z okazji 60. rocznicy śmierci Marylin Monroe ukaże się jej biografia, rzucająca nowe światło na okoliczności jej śmierci, rekomendowana przez Wydawnictwo Znak jako "najlepsza biografia ikony kina", oczywiście postanowiłam ją przeczytać. Otrzymany od Wydawnictwa egzemplarz recenzencki sprawił mi wiele radości... do czasu, dopóki nie pogrążyłam się w lekturze. Pierwsze, co mnie uderzyło, to fatalna, plotkarska narracja tej opowieści, której niechlujny język z pewnością nie jest winą tłumaczy. Mimo wszystko zadałam sobie gwałt, aby książkę przeczytać, poddałam się jednak już pod koniec I części. W biografii roi się od szczegółów, które są często sprzeczne ze sobą, a kiedy już mamy nadzieję, że autor ma jakąś refleksję na ten temat, okazuje się, że zamiast tego przedstawia jakąś gotową tezę (najczęściej powołując się na jej psychiatrę). Pisze np. tak:

"Jej życiową pasją był okultyzm i chętnie odwiedzała astrologów i spirytystów. (...) Ludzi spod znaku bliźniąt charakteryzuje wysoka inteligencja, twierdziła Marylin. Zdobywanie wiedzy stanie się jej życiową pasją, którą wiele osób z otoczenia aktorki uzna za pretensjonalną pozę. Niesłusznie. Pochłaniała książki Thpmasa Wolfe`a, Jamesa Joyce`a, poezje (przede wszystkim romantyczne), biografie i opracowania historyczne.  Abraham Lincoln stał się jej ulubionym bohaterem. Przez całe życie portret prezydenta (...) będzie wędrował z nią od mieszkania do mieszkania. Był to pierwszy romans Marylin Monroe z prezydentem Stanów Zjednoczonych". (podkreśl. moje)

Takiego steku bzdur, za którymi nie stoi żadna treść, jest w tej książce bez liku. Trudno się oprzeć wrażeniu, że autor pisał, co mu ślina na język przyniosła. To już "Trędowata" jest bardziej spójną książką...

Głównym źródłem informacji jest dla Summersa nieautoryzowany wywiad z Marylin Monroe z niejakim Benem Hechtem. Aby uzasadnić wybór tego źródła, autor "Bogini" przytacza wypowiedź wdowy po Hechcie, z której wynika, że aktorka "Nigdy nie sądziła, że można napisać o niej tak wspaniałą książkę". Dlaczego więc nie autoryzowała wywiadu?

Wiedziona jakimś impulsem, zajrzałam do przeczytanej przed laty bardzo dobrej biografii Marylin Monroe (tak to zapamiętałam) autorstwa Donalda Spoto. Wydana w 1993 roku, przetłumaczona na język polski zaledwie cztery lata później, okazała się także cennym źródłem informacji o biografii Summersa. Po pierwsze, ta fatalnie napisana książka ukazała się w Stanach już w 1985 roku! W rozdziale pod znaczącym tytułem "Oszustwo" Spoto napisał m. in.:

"W "Bogini" Summers zlekceważył lub często fałszywie przedstawił tych, z którymi, jak twierdzi, rozmawiał. Na przykład w sprawie rzekomego przygnębienia Marylin po zakończeniu romansu z Robertem Kennedym cytuje Natalie Trundy Jakobs, wdowę po agencie aktorki (...). Lecz Jacobs konsekwentnie zaprzeczała, iżby kiedykolwiek powiedziała coś takiego Summersowi, wręcz przeciwnie. Podobnie Ralph Roberts i Ruppert Allan (nie mówiąc już o innych) byli oburzeni na Summersa za manipulowanie faktami i przeinaczanie ich komentarzy".

Biografia Marylin Monroe, mająca rzekomo ujawnić tajemnice jej życia i śmierci, jest więc nie tylko książką pełną przekłamań, manipulującą wypowiedziami różnych osób, ale także napisaną bez talentu narracyjnego. Kiedyś mówiło się, że to poziom magla. Dziś nazwalibyśmy to raczej poziomem plotkarskich portali, które żerują na niesprawdzonych, często wyssanych z palca informacjach. Poziom to żenujący, niestety...

Książka Anthony Summersa: "Bogini. Tajemnice życia i śmierci Marylin Monroe" w tłumaczeniu Grażyny Jagielskiej i Henryka Ziętka (nota bene z 1993 roku!) ukaże się w sierpniu 2022 r. w okolicach 60. rocznicy śmierci aktorski (4 sierpnia 1962).


poniedziałek, 4 kwietnia 2022

Wiesław Myśliwski w kopcu narracji: "W środku jesteśmy baśnią" /recenzja książki/

Książka Wiesława Myśliwskiego "W środku jesteśmy baśnią. Mowy i rozmowy" ukazała się w kwietniu z okazji 90 urodzin pisarza. Dobór tekstów, zdjęcia, a także oryginalny portret pisarza autorstwa Stanisława Baja, pozwalają lepiej poznać przemyślenia i sylwetkę Jubilata. To książka, do której można powracać wielokrotnie. Mój zaczytany egzemplarz z wypisami interesujących refleksji, które nierzadko przybierają postać aforyzmów, świadczy o tym najlepiej.

Mój egzemplarz książki Wiesława Myśliwskiego: "Wszyscy jesteśmy baśnią", Wyd. Znak

Jest taki wiersz Zbigniewa Herberta, zatytułowany "Język snu", z którego zaczerpnęłam metaforę "kopca narracji", kojarzy mi się bowiem z wypowiedziami Wiesława Myśliwskiego na temat czerpania inspiracji z kultury chłopskiej. I tu, i tam mamy do czynienia z tajemnicą twórczości i uwolnieniem słowa od stereotypowych kontekstów. 

"Każde słowo - twierdził Myśliwski podczas uroczystości wręczenia mu Nagrody Klubu Kultury Chłopskiej za Kamień na kamieniu w grudniu 1985 roku - jest wydarciem z siebie cząstki tajemnicy, każde zdanie poszerzeniem granic swojej wyobraźni, swojej wrażliwości". Dla pisarza literatura jest poszukiwaniem prawdy o sobie i o świecie. 

25 marca tego roku Wiesław Myśliwski ukończył 90. rok życia. Z tej okazji Jerzy Illg - redaktor naczelny Społecznego Instytutu Wydawniczego „Znak” wraz z Wojciechem Bonowiczem - poetą i publicystą, przygotowali tom zawierający mowy autora "Widnokręgu" oraz wywiady z Jubilatem. 

"Może w środku jesteśmy kipiącą baśnią, bo jak inaczej wytłumaczyć nasze pragnienie nieustającego mówienia i kreacji?" - pyta retorycznie autor Ucha Igielnego w rozmowie z Andrzejem Franaszkiem i Janem Strzałką. Pytanie to posłużyło autorom wydawnictwa jako wiele mówiący tytuł. 

Wyznam, że rozważania Myśliwskiego na temat języka, a w szczególności języka kultury chłopskiej, są dla mnie szczególnie ważne. Otóż w dzieciństwie każde wakacje spędzałam u Dziadków na wsi pod Tarnowem i zafascynowana byłam opowieściami mojego Dziadka Stanisława. Chodziłam za nim wszędzie, a on snuł rozmaite historie - głównie o ziemi, o ptakach, o drzewach, a w jego opowieściach wszystko żyło i stanowiło harmonijną całość. Babcia i ciotka, mimo że dużo czytały, takiego talentu narracyjnego nie posiadały. Dopiero po latach to właśnie Wiesław Myśliwski uświadomił mi, że Dziadek był twórczy i utalentowany właśnie dlatego, że ukształtowała go kultura chłopska, w której słowo, pamięć i wyobraźnia odgrywały rolę najistotniejszą. Niestety, nie ma już ani Dziadka, ani tamtej wsi... W tomie W środku jesteśmy baśnią  przeczytałam znamienne słowa, że: "był to świat afirmacji ludzkiego losu, jakikolwiek ten los był. (...) Bramą do tego świata stał się twórczy duch mowy żywej. Mowy żywej, a więc prawdziwie wolnego języka". To był także język mojego Dziadka...

Wiesław Myśliwski, fot. archiwum prywatne Pisarza

Nie istnieje już tamta kultura, która ukształtowała Dziadka Stanisława, szczęśliwie jednak można sięgnąć po książki Myśliwskiego - pisarza, a także myśliciela, który tę kulturę uczynił swoim źródłem inspiracji. Wszystkie one niezwykle silnie we mnie rezonują. Ucho Igielne zachwyciło mnie na wielu poziomach. To wspaniały zbiór rozmaitych narracji, równorzędnych wobec siebie, a zarazem tworzących spójną całość. Opowieść mężczyzny piszącego mowy pogrzebowe jest nie tylko refleksją nad językiem, ale także demonstracją rozmaitych stylów. Uważa, że spełnia szczególną misję, ponieważ "większość ludzkich głów jest zachwaszczona przez gazety, radio, telewizję, internet. I słów jest coraz mniej w ludziach. (...) To i słowom ktoś musi przyjść z pomocą". Dręczą go jednak wyrzuty sumienia, "bo każde życie niby inne, a każdego muszę zmieścić w jakimś wzorze". 

Interesujące i tajemnicze jest czerpanie opowieści od innych (fryzjer), a także "bycie w czyjejś opowieści". Myślę, że wszystkie te refleksje można odnieść do całości pisarstwa Myśliwskiego. A przy tym zawierają one głębokie przemyślenia autora na temat różnych aspektów ludzkiego życia, będąc - by użyć określenia jednego z bohaterów - "wielobarwnym malowidłem", w którym dostrzega się także i własną historię. Po latach powróciłam też do powieści Kamień na kamieniu, którą tym razem czytałam na głos, odkrywając ją na nowo i skłonna jestem uznać ją za ulubioną powieść tego pisarza. Tę z kolei zapamiętałam obrazami: główny bohater Szymek ukrywający się przed Niemcami w pustym grobowcu podczas wojny, niszczący w rozpaczy chmary ptactwa po powrocie ze szpitala, wygłaszający poruszające mowy ślubne jako "świecki ksiądz", a wszystko to zaczyna się od "Zbudować grób", jakby autor zamierzał już na początku nadać życiu bohatera eschatologiczny sens, ustawić jego (i każde) życie w takiej perspektywie, bo to daje przestrzeń do rozważań na temat ludzkiego losu... To taka książka, która pozostaje z człowiekiem na zawsze.

Z przemówień i wywiadów autora Ostatniego rozdania wyłania się portret Pisarza przez duże P, mówiącego, że pisze, aby poznać siebie i świat, że powołaniem literatury jest dążenie do zrozumienia człowieka, który jednak zawsze pozostanie tajemnicą. Myśliwski - pisarz niechętnie bierze udział w życiu publicznym, nie bywa, nie zabiega o popularność - jego książki bronią się same: są niezwykle popularne zarówno wśród młodych, jak i starszych czytelników. 

Zamieszczone w tomie wywiady uświadamiają, że Myśliwskiemu nie jest łatwo sprostać. Najlepiej wypadają ci rozmówcy, którzy są z pisarzem zaprzyjaźnieni, dobrze znają jego twórczość i mówią "swoim głosem", np. Barbara Kazimierczyk. Jednak i w tych rozmowach, w których padają pytania sztampowe i odsłaniające schematyzm myślenia zarówno o tym, jak powinna wyglądać rozmowa, jak też świadczące o słabej znajomości lub wręcz niezrozumieniu tej literatury, otóż i w takich rozmowach autor cierpliwie wyjaśnia, naprowadza, nie mówi niczego uszczypliwego. Hojnie obdarza każdego swoimi bezcennymi refleksjami. Dzięki temu i my, czytelnicy, czujemy się obdzieleni.

Dobór tekstów, zdjęć, a także oryginalny portret pisarza autorstwa Stanisława Baja któremu Myśliwski poświęca jeden z rozdziałów książki), pozwalają lepiej poznać przemyślenia i sylwetkę Jubilata. To książka, do której można - a nawet należy - powracać wielokrotnie. Mój "zaczytany" egzemplarz z podkreśleniami i wypisami interesujących refleksji, które nierzadko przybierają postać aforyzmów, świadczy o tym najlepiej. 

Premiera Ucha igielnego, z Wojciechem Bonowiczem w Sandomierzu 2019,
 fot. Archiwum prywatne WM

Książka Wiesława Myśliwskiego "W środku jesteśmy baśnią. Mowy i rozmowy" ukazała się w kwietniu 2022 roku w Wydawnictwie Znak z okazji 90 urodzin Pisarza.

Wywiad o Wiesławie Myśliwskim z jednym z redaktorów tomu - Wojciechem Bonowiczem znajdziecie pod tym linkiem.

piątek, 15 października 2021

Yusef Komunyakaa: "Niebieska godzina. Wersze wybrane" /recenzja książki/

W tym roku laureatem Nagrody im. Zbigniewa Herberta został Yusef Komunyakaa - autor około dwudziestu tomów poetyckich, w tym wyróżnionego Nagrodą Pulitzera "Neon Vernacular" (1993). Wydawnictwo Znak opublikowało wybór jego wierszy, zatytułowany "Niebieska godzina", dzięki czemu możemy się przyjrzeć twórczości Komunyakaa w pewnej perspektywie - od roku 1979 do 2020. Dodajmy, że jego  twórczość przekracza granice poezji - ogłosił kilka dramatów poetyckich, pisał libretta do oper, współpracował z plastykami i muzykami jazzowymi, był koedytorem trzytomowej The Jazz Poetry Anthology (1991). 


Utrzymaną w odcieniach niebieskiego okładkę tomu "Niebieska godzina" zdobi instalacja Władysława Hasiora "Ogniste ptaki" - surrealistyczna, jakby inspirowana "Płonącą żyrafą" Dalego. Dodajmy, że niebieski - blue - jest w kulturze Afroamerykanów kolorem smutku i żałoby. Okładka wyraża najważniejsze cechy twórczości Yusefa Komunyakaa: jej surrealistyczną wyobraźnię oraz związki z muzyką Południa, gdzie w 1947 roku urodził się poeta. To Południe go ukształtowało, stąd też wywodzą się jego związki z muzyką, a mianowicie z bluesem i jazzem.  Autor wzrastał w miejscu, w którym przemoc i segregacja rasowa były zjawiskiem codziennym, powszechnym. Jeśli ktoś zna powieści Jamesa Baldwina albo biografie takich artystów, jak Bessie Smith czy Billie Holiday, ten wie o czym mowa. A są to jednocześnie ważne inspiracje przyszłego poety. Było jednak znacznie więcej - przyniosło je samo życie. Po maturze Komunyakaa zaciągnął się do wojska i został korespondentem wojennym. Właśnie w Wietnamie zaczął pisać na dobre: reportaże, wiersze i opowiadania. Zadebiutował jeszcze podczas studiów (zrobił najpierw licencjat z socjologii i anglistyki, a następnie dyplom magisterski z creative writting), wydając w 1977 roku własnym sumptem książkę "Dedications and Other Darkhorses". Od tej pory opublikował siedemnaście zbiorów poezji. Pisze bardzo dużo - potrafi (co może przyprawić o zawrót głowy) pisać jednocześnie trzy książki! 

W latach 70. interesowałam się bluesem i jazzem, czytałam powieści Jamesa Baldwina, słuchałam (i nagrywałam) audycje Marii Jurkowskiej "Blues wczoraj i dziś". Kiedy dowiedziałam się, że laureat Nagrody im. Zbigniewa Herberta inspiruje się tymi gatunkami muzyki, pomyślałam, że to pokrewna dusza. Wprawdzie okazało się, że nie do końca tak jest, ale mimo to odkryłam dzięki niemu inny sposób patrzenia na świat i opowiadania o tym. Zapewne bez pośrednictwa tłumacza doświadczenie to byłoby bardziej autentyczne, poezji bowiem przełożyć się nie da, ale...

Inspiracje bluesem

Ponieważ "Niebieska godzina" jest antologią, ograniczę się do omówienia trzech wątków: inspiracji bluesem, jazzem oraz kulturą i historią europejską, uzupełniając w ten sposób wątki amerykańskie polskimi. 

Teksty i melodie tradycyjnych bluesów są bardzo proste - zawierają zawołanie i odpowiedź (call and response), dwie odrębne frazy muzyczne, z których druga stanowi odpowiedź na pytanie zawarte w pierwszej, a którą zazwyczaj bluesmen dwukrotnie powtarza. Charakterystyczny jest rytm i ta powtarzalność właśnie. Teksty bluesów zawierają ponadto ukryte treści i aluzje, których nie zrozumiemy, jeśli nie znamy kontekstu kulturowego i językowego. Jako przykład posłuży mi blues z repertuaru Muddy Watersa: "(I'm Your) Hoochie Coochie Man". 



Tajemnicze określenie "Hoochie Coochie Man" jest właściwie nieprzetłumaczalne. Pod koniec XIX w. pojawił się na Południu Stanów prowokujący seksowny taniec brzucha, który tak właśnie nazwano i od którego pochodzi określenie mężczyzny w tekście tego bluesa. "I'm the hoochie coochie man". Tłumaczone na język polski jako "Jestem rozpustnym mężczyzną" w ogóle nie oddaje istoty tego tekstu, trochę filuternego, w którym bohater z przyjemnością uwodzi kobiety, "bo tak mu wywróżyła Cyganka". 
Podobna jest atmosfera wiersza "Ta jędza blues". Przytoczmy fragment tego pięcioczęściowego utworu:

1.

Próbuję ukryć się w Prouście

w Mallarmém & w Camus,

ale znajduje mnie tutaj

ta jędza blues. Tak,

wślizguje się jak dobra miłość

na tłustym języczku kłamstw.

Dawniej myślałem, że wszystkiemu poradzi

osiem biegów w superwozie, że

w garniturze za pięć stów

nie zajmę miejsca

Roberta Johnsona. Rymuję Baudelaire`a

& Appolinaire`a, tak bardzo chcę

uniknąć rozdrozy & magicznych

proszków, prześcignąć dwanaście

taktów tętna. Ale tuż przed Jackson

zabieram autostopowiczkę.

Ma kozaki z frędzlami & obcisłe

dżinsy. Wiecie, co było dalej.

("Ta jędza blues")

Podmiot mówiący próbuje - jak widać - ukryć się przed swoim prawdziwym "ja", a to uciekając w literaturę, a to ubierając się elegancko i szpanując drogim samochodem, aby nie poddać się "jędzy blues", chce bowiem uniknąć problemów, które się z nią łączą, ale kiedy zabiera do samochodu seksowną autostopowiczkę, wiadomo, czym to się skończy 😀.Ostatecznie jednak godzi się z cierpieniami, które niesie wraz sobą "jędza blues" i deklaruje:

pójdę z tobą,
jeśli mnie zaprowadzisz 
do domu - do Łaski

Ucieczka przed smutkiem i cierpieniem nie ma sensu, bo są one naturalną częścią życia, a ostatecznie stają się także drogą do zbawienia. Tak oto autoironiczny, nieco frywolny tekst zamienia się w filozoficzne rozważanie. 

Inspiracje jazzem


Innym stałym źródłem inspiracji jest dla Yusefa Komunyakaa jazz. Spośród wierszy zamieszczonych w antologii wybrałam "Elegię dla Theloniusa" - utwór poświęcony zmarłemu w 1982 roku znanemu pianiście jazzowemu - Theloniousowi Monkowi. Był genialnym muzykiem, często improwizował i do dziś słucha się go z prawdziwą przyjemnością. Ostatnie sześć lat swego życia Monk spędził jako gość w domu swojej kochanki i przyjaciółki – Pannoniki de Koenigswarter w New Jersey. Historię ich związku, a także portret środowiska jazzowego znajdziemy w arcyciekawej książce Hannah Rothschild:Baronowa jazzu”. Monk zmarł w wyniku wylewu 17 lutego 1982 roku, co jest o tyle istotną informacją, że znajdzie swoje odzwierciedlenie w wierszu Komunyakaa. Ale zanim przyjrzymy się elegii, posłuchajmy samego Monka, przyjrzyjmy się jego dłoniom przebiegającym po białych klawiszach, przekonajmy się, jaką miał muzyczną wyobraźnię:

Thelonious Monk - Live At Berliner Jazztage (1969)

A tak postrzega jego odejście poeta:

Przeklęty śnieg.
Jego obce piękno
płynie ostrym światłem
przez gałęzie choiny. 
Thelonious nie żyje. Zima
sypie w klepsydrze;

Czerń i biel, krótka fraza wiersza i powtarzający się jak refren "Theonious nie żyje", a mimo to słyszymy wciąż dźwięki: "Coming on the Hudson", "Monk`s Dream"... A u Mintona 

siedzi Thelonious,
w odjechanej starej czapce
zaciągniętej na oczy

Pomordowanym profesorom Uniwersytetu Jagiellońskiego - według Hasiora

Czytając wiersze Yusef Komunyakaa nie można pominąć polskich wątków, a do takich należy wiersz poświęcony pomordowanym podczas II wojny profesorom Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ten barbarzyński akt przedstawia poeta jako próbę zabicia prawdy, dyskusji nad światem, który miał stać się światem niewolników. 

Strzelali kulą w łeb
każdego pytania, by zabić nieskończone
spory Kanta z Heglem.
Palili prawa, kodeksy moralne

Ów barbarzyński akt "zabijania pytań" (rozumu, myślenia) uzupełnia opis miejsca, gdzie żył i tworzył Władysław Hasior.

Mały wieżowiec ze szklanych pudełek
słońce oświetla o tej samej porze dnia
pod pewnym katem koło Zakopanego, 
wygląda jak mieszkania, w których bystre duchy
wciąż stawiają czoła mrocznym odpowiedziom.

Właśnie sztuka, w tym przypadku Hasiora, jest odpowiedzią na akt barbarzyństwa. Instalację "Ogniste ptaki" wykonał artysta z blaszanych ptaków pędzących na wielkich kołach. Była ona podpalana podczas odsłonięcia. Obecnie, w nieco zmienionej formie, znajduje się ona w szczecińskim parku imienia Jana Kasprowicza. Podobna rzeźba stanęła także w Koszalinie - jako pomnik dla walczących o wolność ziem Pomorza. We wszystkich przypadkach ptak jest symbolem wolności, dla której czasem warto (i należy) spłonąć. 

Zaledwie trzy wiersze, a ileż wątków i treści...Ufam, że każdy, kto weźmie do ręki tom "Niebieska godzina", odkryje w nim coś dla siebie. 

poniedziałek, 5 lipca 2021

Danuta Gwizdalanka: "Lutosławski" - rówieśnik nowoczesności i dobry człowiek /recenzja książki/

Biografia Witolda Lutosławskiego to znakomity przykład, w jaki sposób można popularyzować muzykę i jej twórców: interesująca narracja, humor, trafny dobór cytatów są walorami, które towarzyszą rzetelnemu warsztatowi muzykologa. Dzięki pasjonującej narracji czytelnik nagle znajduje się w zupełnie innym świecie. To doprawdy sztuka pomieścić tyle treści w tak zwięzłych ramach i na dodatek zachować swobodę stylu, nie stroniąc od anegdot i własnych przemyśleń.


Wkrótce po lekturze biografii Karola Szymanowskiego, która wyszła spod znakomitego pióra Danuty Gwizdalanki, miałam przyjemność sięgnąć po raz wtóry do książki tej autorki, tym razem do skromnej rozmiarami, ale nie mniej wspaniałej biografii Witolda Lutosławskiego. Książeczka ukazała się w serii "Małe monografie", poświęconej znanym kompozytorom, która od pewnego czasu ukazuje się w Polskim Wydawnictwie Muzycznym. Już sama forma sprawia, że z przyjemnością sięga się po tę pozycję: przyjazny, nieduży format, zmieści się do torebki i można ją podczytywać wszędzie - w tramwaju, pociągu, autobusie. Dzięki pasjonującej narracji czytelnik nagle znajduje się w zupełnie innym świecie. To doprawdy sztuka pomieścić tyle treści w tak zwięzłych ramach i na dodatek zachować swobodę stylu, nie stroniąc od anegdot i własnych przemyśleń.

Taka refleksja pojawia się już na wstępie, kiedy autorka stwierdza, że w Polsce z edukacją muzyczną i zainteresowaniem muzyką tzw. poważną jest krucho, to jednak istnieje jakaś tajemnicza tendencja do nazywania lotnisk nazwiskami znanych kompozytorów. Widocznie mają oni - - jak stwierdza nieco żartobliwie Gwizdalanka - "skuteczne lobby - i to nie tylko w gremiach decydujących o patronatach węzłów komunikacyjnych". Otóż większości Polaków Witold Lutosławski kojarzy się z nazwą Studia Koncertowego Polskiego Radia. Dla wrocławian natomiast jest przede wszystkim patronem Narodowego Forum Muzyki. Jaki portret  kompozytora wyłania się z lektury książki Danuty Gwizdalanki?

Rówieśnik nowoczesności i ... dobry człowiek

Autorka nazywa Lutosławskiego "rówieśnikiem nowoczesności", ponieważ rok jego urodzenia (1903) zbiega się z symbolicznym rokiem narodzin nowoczesnej muzyki (Schönberg, Strawiński, Prokofiew). Symboliczne jest również miejsce narodzin przyszłego kompozytora: warszawski szpital przy ulicy Stanisława Moniuszki, do którego przez całe swoje życie nie był przekonany (wcale się temu nie dziwię). Jeśli dodamy, że obok szpitala mieścił się gmach filharmonii, gdzie prezentowano koncerty symfoniczne - ulubiony gatunek Lutosławskiego - to nic dziwnego, że było mu pisane zostać twórcą muzyki. 

Poznajemy dramatyczne losy rodziny Lutosławskich, którzy - podobnie jak Szymanowscy - pochodzili z kresowego ziemiaństwa. Jednakże Witold diametralnie różnił się od twórcy Króla Rogera: powściągliwy, zdystansowany, dla niektórych "zimny", był w gruncie rzeczy człowiekiem niezwykle szlachetnym i dobrym. Takim go wspomina Ryszard Kapuściński ("Dobre serce, ogromna życzliwość"... Ktoś taki, kto wnosił dobry nastrój, sympatyczne odnoszenie się do siebie. Bardzo pozytywna postać"). "Nie było ludzi bardziej gościnnych i serdecznych niż tych dwoje" - ocenia małżonków Lutosławskich poetka Julia Hartwig, zaś dyrygent Simon Rattle, który pod wpływem Lutosławskiego postanowił zostać muzykiem, twierdzi: "Niewielu mógłbym wymienić kompozytorów, którzy byliby bardziej przyjacielscy, bardziej ciepli dla ludzi, a w swoim stylu bycia mniej egocentryczni". Był też człowiekiem bardzo opanowanym, precyzyjnym, pedantem. 

Był zatem człowiekiem sprzeczności. Bardzo trafnie oddaje to Jan Ekiert, twierdząc, że "niesamowita naturalność i prostolinijność mieszały się z kolosalną komplikacją". Cenił fundamentalne wartości i nie wstydził się o tym mówić. W wywiadzie udzielonym Irinie Nikolskiej nie krył swego chrześcijańskiego światopoglądu: " Wpływ Kościoła odczuwałem dosyć długo, a i obecnie nie mogę powiedzieć, bym oddalił się od katolickiego światopoglądu. [...] Bazuję na tym fundamencie do dzisiaj, wierząc w to, że najważniejsze w życiu człowieka jest czynienie dobra". I nie są to bynajmniej czcze słowa. Lutosławski wspomagał potrzebujących, zafundował wielu dzieciom kuracje zagraniczne, udzielał pomocy finansowej warszawskiej Klinice Otolaryngologicznej, której sam był pacjentem. Wspomagał także Fundację Jacka Kuronia na rzecz najuboższych. 

Artysta i ... pedant

Witold Lutosławski bardzo wcześnie odkrył swoje powołanie: kiedy zaczął improwizować, mając dziewięć lat. Ułożył wówczas Preludium na fortepian. W Warszawie szybko poznano się na jego talencie. Kiedy Witold Maliszewski, dyrektor szkoły muzycznej, kompozytor i postać bardzo znana i szanowana w środowisku muzycznym przedwojennej Warszawy, poznał talent swego 14-letnie ucznia, zaczął uczyć go kompozycji. Ponieważ rodziny nie było stać na opłacanie lekcji, uczył bez wynagrodzenia, pokonując opór ambitnego podopiecznego stwierdzeniem, że to rodzaj "długu", który spłaci w przyszłości wobec młodszych od siebie. I tak się stało.

Śledząc z autorką losy kompozytora, dowiadujemy się, w jaki sposób pracował i jak powstawały kolejne dzieła. "Rozpoczynając komponowanie czegokolwiek, muszę mieć dwie rzeczy - twierdził: zespół tego, co nazwałem kluczowymi ideami czy pomysłami i pojęcie całości utworu". Pracował przy biurku, a niekiedy przy fortepianie. Uważał, że bez kontaktu z żywym dźwiękiem, który stymuluje wyobraźnie, nic by nie powstało. Miał bardzo precyzyjny plan dnia. Pracował przed południem, punktualnie o 11.00 robił przerwę na kawę, którą sam parzył sobie i żonie, uprzednio sprawdziwszy jej ciśnienie. 😀 Po południu odpowiadał na wszystkie listy, bo uważał, że nakazuje to elementarna kultura. W jego pracowni panował absolutny porządek. Ryszard Kapuściński wspomina, że  wnętrze to było oszczędnie eleganckie, a zarazem "wszystko wyglądało jak na sali operacyjnej - czyściutkie, odkurzone, aseptyczne". Żaden artystyczny nieład.

Uwielbiany dyrygent

Witold Lutosławski cieszył się opinią wyjątkowego dyrygenta. Także jego własne nagrania skomponowanych utworów uchodzą do dziś za najlepsze. W stosunku do członków orkiestry był zawsze cierpliwy i uprzejmy. A jeśli nawet zdarzyło mu się stracić cierpliwość na jedną minutę, przepraszał za to przez niemal pół godziny. Muzycy go wręcz uwielbiali! Jednak - jak to się zdarzyło Filharmonikom Berlińskim - na początku uważali, że to, co napisał, jest pozbawione sensu 😀. Lutosławski zaś uważał orkiestrę za swój ulubiony instrument, a stało się tak, kiedy miał zaledwie siedem lat! Matka zabrała go wówczas na koncert do filharmonii - na IX Symfonię Beethovena. Później nauczył się władać tym instrumentem jak prawdziwy wirtuoz. Simon Rattle przyznaje, że mając 13 lat usłyszał pierwszą w swoim życiu kompozycję Lutosławskiego - jego II Symfonię i że pochłonęło go brzmienie tego utworu. 

Lutosławski stworzył własny niepowtarzalny świat dźwięków. Nikt oprócz Messiaena nie wyczarował z orkiestry tylu barw. Z upływem czasu w jego kompozycja zaczęły dominować liryzm i wyrazista  ekspresja. Jako kompozytor przypominał poniekąd reżysera, planującego reakcje swoich odbiorców. Stworzył własny typ formy muzycznej. Twierdził, że sam nie lubi kompozycji, po których  wysłuchaniu ma poczucie bliskie "przejedzeniu". Jego kompozycje miały być - by użyć tej kulinarnej metafory - lekkostrawne. Danuta Gwizdalanka omawia chronologicznie kompozycje Lutosławskiego, czyniąc to merytorycznie i z wdziękiem, dzięki czemu są one zrozumiałe i interesujące dla zwykłego zjadacza chleba.

Witold Lutosławski był zaangażowany w polski Sierpień, a zarazem był obywatelem świata. Miał pozycję jednego z najwybitniejszych symfoników europejskich, występował też często w Ameryce. Dyrygował najlepszymi orkiestrami i solistami. Miał niezwykle wrażliwy słuch, co stało się asumptem do anegdot, ale także z jego inicjatywy Rada Muzyczna UNESCO przyjęła w 1969 roku ustawę "potępiającą niedopuszczalne pogwałcenie wolności osobistej i prawa każdego człowieka do ciszy". Dziś, kiedy dźwięki zewsząd nas atakują, wydaje się, że troska kompozytora była prorocza. Hałas powoduje także stępienie wrażliwości na muzykę. A bez niej jakże ubożeje nasze życie...

Biografia Witolda Lutosławskiego to znakomity przykład, w jaki sposób można popularyzować muzykę i jej twórców: interesująca narracja, humor, trafny dobór cytatów są walorami, które towarzyszą rzetelnemu warsztatowi muzykologa. Czyta się jednym tchem.


Książka Danuty Gwizdalanki "Lutosławski" ukazała się w ołowie 2021 roku w Polskim Wydawnictwie Muzycznym.

poniedziałek, 28 czerwca 2021

Co pragnie Marek Dyżewski: "Ocalić od zapomnienia" /recenzja książki/

Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu opublikował zbiór znakomitych esejów Marka Dyżewskiego, zatytułowany znacząco "Ocalić od zapomnienia". Cechą wspólną wszystkich tekstów jest oszałamiająca erudycja, piękna polszczyzna, a przy tym subtelna zachęta do refleksji. Książka została przepięknie i niezwykle starannie wydana. To jeden z tych rzadkich przypadków, kiedy wyrafinowanej formie towarzyszy ważka i interesująca myśl. Tego nie można ominąć!


Autor jest postacią znaną i cenioną zarówno w obszarze polskiej kultury muzycznej, jak też w środowisku wrocławskim. Miałam kilkakrotnie okazję wysłuchać jego wykładów, zarówno w Klubie Muzyki i Literatury, jak też w ramach Konkursu Ojczyzny Polszczyzny - były to zawsze wystąpienia najwyższej próby: oszałamiająca erudycja, piękna polszczyzna, a przy tym subtelna zachęta do refleksji i piękne muzyczne (i nie tylko) przykłady dopełniające słowo mówione. Byłam więc ogromnie ciekawa i szczęśliwa, gdy wydano eseje Profesora. Ciekawa  – bo przecież nie wszystkie jego pisma i wykłady są mi znane, a poza tym słowo pisane ma jednak inne walory niż żywy kontakt. Szczęśliwa  – bo oto zdarzyła się okazja, aby do pewnych tematów powrócić, a inne poznać. Muszę przyznać, że od początku książka mnie po prostu ZACHWYCIŁA i już nie mogłam (nadal nie mogę!) się od niej oderwać. 

Płótno Stalux White i Król Dawid harfista na początek

Zanim czytelnik rozsmakuje się w prezentowanych tekstach, uwiedzie go przepiękna forma wydania według projektu graficznego Julity Gielzak. Książka oprawna w płótno Stalux White (przypominające w dotyku satynę), utkane w Osio Sotto przez Manufatturadel Seveso, z widocznym na okładce motywem wzorowanym na witrażu Król Dawid harfista z katedry Notre Dame w Paryżu (harfa jest symbolem poezji, podobnie jak lira czy lutnia). W składzie książki zastosowano dwa pokroje pisma: francuską antykwę renesansową, wyciętą przez rysownika oraz typografię Claude`a Garamonda w Paryżu (ok. 1541), a także czcionkę ikona typu modern, opublikowaną w Parmie przez włoskiego typografa i wydawcę Giambatistę Bodoniego (1784). Czytając, trzymamy więc w ręku prawdziwe dzieło sztuki, symbolizujące podstawowe źródła muzyki. Zachwycające po prostu! Tak hojnie uraczeni, może nawet nieco onieśmieleni, możemy sięgnąć do tekstów, które warte są tej wspaniałej oprawy.

Lektura jak uczestnictwo w koncercie

Lekturę zaczniemy  – jakże by inaczej  – od Preludium, z którego możemy się dowiedzieć, jak długa  jest droga Marka Dyżewskiego do mistrzostwa w popularyzowaniu muzyki i kultury z nią nieodłącznie związanej i że wiodą do tego lata terminowania oraz  – trzeba to przyznać  – jakiś szczególny dar, który autor zdradzał od początku, od lat studenckich. Sam porównuje owe spotkania przy muzyce do greckich temenos  – świętych kręgów, przy których celebrowano w świątyni sztuki piękne. Dodaje wprawdzie skromnie, że te spotkania, ze swoją aurą, były wspólnym dziełem, gdyż mówiący i słuchający obdarowywali się nawzajem, podobnie, jak to się dzieje podczas koncertu. Bo też frazy zdań, ich rytm brzmią jak muzyka i jest to, jak się wydaje, świadomy zamysł autora.

Słowa wdzięczności kieruje także do Andrzeja Markowskiego, który "wniósł z sobą tchnienie europejskiej kultury i przeobraził miasto [Wrocław] z muzycznej prowincji w czołowy ośrodek w kraju". Jemu też poświęcony jest jeden z tekstów, który z całą mocą uświadamia, jaki to był niezwykły człowiek, któremu wiele zawdzięcza nie tylko Wrocław, ale także Kraków (mając 35 lat został szefem artystycznym i pierwszym dyrygentem Filharmonii Krakowskiej i nadał jej wysoką rangę). Wspierał na początku kariery  kompozytorów tej klasy, co Krzysztof Penderecki, Henryk Mikołaj Górecki czy Grażyna Bacewicz. Przywrócił (w czasach głębokiego PRL-u!) należne miejsce muzyce dawnej, odkrywając na nowo dawnych kompozytorów i pomagając słuchaczom w przyswojeniu kolekcji ich dzieł i w ogóle muzycznego dziedzictwa, do którego będziemy mogli powracać. Trudno przecenić dorobek Markowskiego w różnych dopełniających się obszarach, a celny szkic Marka Dyżewskiego doskonale to uświadamia.

Miara muzyki

Zastanawiam się, jak to się dzieje, że wszystkie bez mała zamieszczone w tomie teksty są równie pasjonujące. Doświadczenie podpowiada, że w przypadku zbioru wypowiedzi z różnych lat i dotyczących wielu tematów, zazwyczaj możemy pominąć lub "przekartkować" niektóre teksty mniej nas interesujące. Ale nie w tym przypadku! To są prawdziwe perły, bez wyjątku! Wiedziałam, że z przyjemnością przeczytam tekst o Bachu ("Bach jako miara muzyki"), bo to mój ulubiony kompozytor, nie miałam jednak świadomości, że będzie to zarazem rozważanie na temat kultury, muzyki rozumianej jako dialog z tradycją, że Chopin był uczniem Bacha i ciągle powracał do Preludiów i Fug lipskiego Kantora i że owa tytułowa "miara" dotyczy nie tylko mistrzostwa w muzyce, ale także w pięknie w znaczeniu renesansowej harmonii, jak i w rozumieniu, jakie nadał mu Platon. 

Język muzyki a Słowo

W ogóle jest to dla mnie książka wielu odkryć: jak należy słuchać i rozumieć Nieszpory Maryi Panny (Vespro) Claudia Monteverdiego  – jak bardzo silny jest ich związek ze słowem, jak język muzyki świeckiej (madrygał, opera) przekształca się w jego kompozycji w język sacrum i że utwór stanowi arcydzieło równe freskom Michelangela w Kaplicy Sykstyńskiej. Takie śmiałe, niekiedy zaskakujące swoim rozmachem porównania, znajdujemy w esejach nierzadko. Dowiadujemy się np., że brzmienie głosu było w gotyku  – podobnie jak architektura  – przesycone światłem. "Hymn o świetle śpiewa sztuka gotyku - czytamy w "Głosach gotyku". Śpiewa go przede wszystkim witraż, w którym apologia światła osiąga swój szczyt". A "Rozświetlone, przesycone blaskiem brzmienie głosów wpisuje się w gotycką estetykę i metafizykę światła". Wszystko to zaś ma swoje źródło w Ewangelii św. Jana ("Ja Jestem światłość świata..."). To jeden z wielu cytatów, dzięki któremu czytelnik może się przekonać, że autor przemawia do nas językiem poetyckim i muzycznym zarazem.

Dzieło muzyczne jako Platońska idea

W innym miejscu ("Książę baroku") mogłam prześledzić fascynującą historię odkryć muzyki dawnej - jej znaczenia oraz wykonawstwa na instrumentach historycznych. Dzieje Schola Basiliensis i historie poszczególnych muzyków, m. in. polskiej klawesynistki Wandy Landowskiej, o której pisał autor monografii J. S. Bacha, Albert Schweitzer, że "Kto raz usłyszał Wandę Landowską grającą "Koncert włoski" na jej cudownym pleyelowskim klawesynie, temu wprost trudno uwierzyć, że utwór ten można także odtwarzać na współczesnym fortepianie". Oczywiście, dotyka Dyżewski także problemu "myśli i muzyki"  – co znaczy być wiernym kompozytorowi, tekstowi? Dzieło muzyczne jest w gruncie rzeczy Platońską ideą, w myśl której wykonanie jest tylko skromnym odblaskiem idealnej postaci dzieła. Za artystę, który się do owego ideału zbliżył, uznaje Dyżewski Gustava Leonhardta  – tytułowego księcia muzyki baroku. I pięknie to uzasadnia.

Jedność muzyki i poezji - o improwizacji

Jeśli jednak musiałabym wskazać na swój ulubiony tekst, to po niejakim wahaniu byłby to "Jankiel fortepianu". Przede wszystkim dlatego, że poświęcony jest zjawisku muzycznej i literackiej improwizacji, o czym pisze Dyżewski odnosząc się do bliskiego memu sercu "Pana Tadeusza" Adama Mickiewicza, a ściślej - fragmentu opisującego koncert Jankiela, pod którego postacią kryje się sam Fryderyk Chopin. Mickiewicz kochał muzykę (najbardziej Haydna, Beethovena i Rossiniego), słuchał jej, a także grał na flecie, harfie i fortepianie w gronie przyjaciół, z żoną Celiną, sam...

 "... kto sam własną ręką rzeźbi dźwięk, kto w zetknięciu z instrumentem formuje własną wrażliwość, muzykalność, wyobraźnię - pisze Marek Dyżewski - ten rzeczywiście jest człowiekiem muzyki". O ile muzyka wpływała na poezję mistrza Adama, o tyle Chopina nazywa autor "uosobieniem poety". Uznaje, że jak francuscy symboliści, z Verlainem, na czele, dążyli do tego, aby przemawiać za pomocą brzmienia słów, muzyka bowiem sięga Tajemnicy, do której sens słowa nie ma dostępu, tak też uważał Mickiewicz. Przykładem - Wielka Improwizacja. Owo połączenie poezji i muzyki wynika zresztą z jej istoty - pieśń narodziła się z liry. Takim improwizatorem, czerpiącym natchnienie z muzyki, jest właśnie Jankiel. Profesor interpretuje szczegółowo ten fragment "Pana Tadeusza", porównując Jankiela z Chopinem i konkludując:

"Gdyby Mickiewicz nie był muzykiem, a jednocześnie mistrzem improwizacji  – nie byłby w stanie uwiecznić słowem tego arcydzieła, które rodziło się pod palcami improwizującego Chopina. I nie powstałoby arcydzieło poezji, jakim jest koncert Jankiela. Koncert nad koncertami".

W tomie "Ocalić od zapomnienia" Marek Dyżewski próbuje zawrzeć swoje przemyślenia i doświadczenia związane z muzyką i szeroko pojętą kulturą, ocalić je od zapomnienia dla dla nas i dla kolejnych pokoleń. Pod jego piórem wszystko łączy się w jedną logiczną całość - rodzaj uniwersum, w którym muzyka i "ludzie muzyki" odgrywają wiodącą rolę. Muzyka zaś wiedzie nas do Piękna i Dobra. Bez niej pozostaniemy pozbawieni istotnego pierwiastka duchowego, będącego zaczynem naszego rozwoju. 

Książka Marka Dyżewskiego została wydana przez Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu w 2020 roku.

 

Urodziny Zofii Kossak w Górkach Wielkich

9 i 10 sierpnia w ruinach Dworu Kossaków znów będzie gwarno, jak dawniej, kiedy do Górek Wielkich zjeżdżali się m.in.: Maria Dąbrowska, Wańk...

Popularne posty