Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Witold Gombrowicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Witold Gombrowicz. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 maja 2025

"Ślub" Witolda Gombrowicza w STUDIO i na antenie Programu 3 Polskiego Radia

 Po świetnie przyjętym słuchowisku „ONI” Witkacego, STUDIO  i Polskie Radio zapraszają 26 maja (poniedziałek) na kolejną odsłonę cyklu teatralnych słuchowisk na żywo. Tym razem będzie to  „Ślub” Witolda Gombrowicza – tekst niepokojący, przewrotny i pełen językowej gry. Reżyser Polskiego Radia - Tadeusz Kabicz, po raz drugi, sięga po formę, która wyostrza sens – pozwala, by słowo wybrzmiało czysto i bez teatralnych podpórek. Transmisja na antenie radiowej Trójki o godz. 19:00. 


W teatrze czasem najlepiej działa to, czego nie widać. Gdy zamiast scenografii mamy głos, zamiast światła – rytm oddechu, zamiast gestu – szept. I właśnie taki teatr wydarzy się na Dużej Scenie im. Józefa Szajny w STUDIO teatrgalerii, gdzie publiczność będzie mogła przyjrzeć się z bliska temu, jak powstaje słuchowisko – teatr w wersji radiowej, intymnej i wyjątkowo działającej na wyobraźnię. To nie będzie tradycyjny spektakl. Na scenie – mikrofony, zespół aktorski, stoły do realizacji dźwięku. Przed nimi – publiczność. Wspólnie będziemy świadkami procesu, jak z tekstu rodzi się, transmitowane na antenie radiowej Trójki oraz zarejestrowane słuchowisko.


„Ślub” –  słowa Gombrowicza, które tworzą rzeczywistość


„Ślub” powstał tuż po wojnie. Główny bohater – Henryk – śni o powrocie do domu, który z każdą sceną coraz mniej przypomina rzeczywistość. Postaci zmieniają role, słowa przestają znaczyć to, co zwykle. To dramat o języku, który zamiast opisywać świat, zaczyna go tworzyć i burzyć. Witold Gombrowicz lubił podważać to, co oczywiste – i właśnie to w jego pisaniu do dziś działa najbardziej. Ten dramat, który sam autor określił jako „kompozycję działań scenicznych” i „partyturę nasłuchu”, zyskuje szczególną moc w wersji radiowej. Bez dekoracji i rekwizytów, bez ilustracyjnej gry ciałem – zostaje tylko głos. Właśnie on, niosący sens i napięcie, tworzy światy. W słuchowisku nie chodzi o to, by zobaczyć – ale by pozwolić, by słowo wykonało swoją pracę.

W rolach głównych wystąpią: Dominika Biernat, Daniel Dobosz, Sławomir Orzechowski (gościnnie), Dominika Ostałowska, Paweł Smagała, Rob Wasiewicz i Ewelina Żak. Aktorzy nie będą grali postaci w klasycznym sensie – ich głosy staną się głównym środkiem wyrazu. 

Partnerem wydarzenia jest Muzeum Witolda Gombrowicza we Wsoli – instytucja, która nie tylko strzeże literackiego dziedzictwa autora „Ślubu”, ale też szuka nowych sposobów, by je ożywić i pokazać na nowo. 

Całość wydarzenia potrwa około 50 minut, bez przerwy. 

Audycje Polskiego Radia ze STUDIO i Muzeum Witolda Gombrowicza we Wsoli

26 maja w przestrzeniach STUDIO nadawane będą specjalne audycje Polskiego Radia poświęcone twórczości i życiu wybitnego artysty. W programie znajdą się rozmowy, wspomnienia oraz materiały tematyczne, m. in.: 

Trójka - „Tu Myśliwiecka 3/5/7”, godz. 13:00-15:00, prowadzenie Michał Nogaś, 

Czwórka - „Stacja Kultura”, godz. 18:00-19:00, prowadzenie Katarzyna Dydo.

Z Muzeum Witolda Gombrowicza we Wsoli 

Dwójka - audycja Małgorzaty Szymankiewicz, godz. 18:00 -19:00. 

O wydarzeniu będzie można usłyszeć także na antenie radiowej Jedynki w „Folderze Ulubione”.


Data i miejsce:
26 maja 2025 (poniedziałek), godz. 18:45

STUDIO teatrgaleria, Duża Scena im. Józefa Szajny

bilety: 35 zł

Transmisja na antenie Programu 3 Polskiego Radia, godz. 19:00.

informacja prasowa

środa, 16 listopada 2022

Jubileusz Anny Seniuk na antenie radiowej Dwójki

 W piątek, 18 listopada Program 2 Polskiego Radia zaprasza na specjalną jubileuszową audycję „O wszystkim z kulturą” z udziałem Anny Seniuk – wybitnej i wszechstronnej aktorki polskiej sceny artystycznej. Aktorka 17 listopada obchodzi swoje 80. urodziny, a radiowa Dwójka będzie celebrować tę wyjątkową okazję i zaprosi również na słuchowisko „Operetka” według dramatu Witolda Gombrowicza w reżyserii Zbigniewa Kopalki z udziałem Jubilatki.

17 listopada swoje 80.urodziny będzie świętowała wybitna, polska aktorka teatralna i radiowa Anna Seniuk. W ramach tej wyjątkowej uroczystości radiowa Dwójka przygotowała specjalne aktywności z udziałem Jubilatki. 

W piątkowej audycji „O wszystkim z kulturą” (godz. 17.30) Anna Seniuk w rozmowie z Małgorzatą Szymankiewicz opowie m.in. o swoich krakowskich latach licealnych i studenckich oraz o pierwszych krokach w aktorskim zawodzie. Artystka podzieli się również swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi pracy pedagogicznej z młodymi adeptami aktorstwa. Wspomni także swoich mistrzów, którzy kształtowali jej warsztat i wrażliwość. Podczas programu nie zabraknie również opowieści o najnowszym spektaklu teatralnym, który stał się w pewnym sensie późnym debiutem – Anna Seniuk po raz pierwszy w swojej karierze wystąpiła w monodramie. Spektakl „Życie pani Pomsel” Christophera Hamptona wyreżyserował Grzegorz Małecki, prywatnie syn aktorki.

Z kolei w sobotę, 19 listopada o godz. 19.30 w „Wieczorze ze słuchowiskiem” Dwójka zaprezentuje „Operetkę” Witolda Gombrowicza w reżyserii Zbigniewa Kopalki (prod. 1980). W tym słuchowisku z muzyką Macieja Małeckiego Anna Seniuk gra Księżną Himalaj, matkę głównego bohatera, wzorowaną przez Gombrowicza prawdopodobnie na Proustowskiej księżnej de Guermantes z powieściowego cyklu „W poszukiwaniu straconego czasu”. W radiowej adaptacji dramatu Gombrowicza aktorka nie tylko pokazuje swój niezwykły kunszt aktorski, ale i muzyczny. 

Obsada: Andrzej Żarnecki (Mistrz Fior), Stanisław Zaczyk (Książę Himalaj), Anna Seniuk (Księżna Himalaj), Marek Kondrat (Hrabia Szarm), Marian Kociniak (Baron Firulet), Barbara Winiarska (Albertynka), Janusz Zakrzeński (Hrabia Hufnagel), Jan Matyjaszkiewicz (Profesor), Tadeusz Włudarski (Lokaj Władysław), Aleksandra Koncewicz, Romana Bucharowska, Elżbieta Kociszewska, Michał Muskat, Jerzy Worobiej.

Anna Seniuk to znakomita polska aktorka, odtwórczyni kilkuset ról filmowych, teatralnych, radiowych i dubbingowych. Zadebiutowała rolą Irmy w „Wariatce Chaillot” J. Giraudoux w Starym Teatrze. Aktorka współpracowała m.in. z Teatrem Atenenum, Teatrem Powszechnym w Warszawie, Teatrem Polskim, a od 2003 roku występuje w Teatrze Narodowym w Warszawie. Odtwórczyni wielu ról teatralnych, a wśród nich m.in. Nadieżda Monachowa w „Barbarzyńcach” Maksyma Gorkiego w znakomitym aktorskim spektaklu Aleksandra Bardiniego, czy w repertuarze Fredrowskim – jako Podstolina w „Zemście”, reżyserowanej przez Zygmunta Hübnera. Aktorka ma na  swoim koncie wiele prestiżowych nagród, wyróżnień oraz odznaczeń. Laureatka „Fajansowej Maski” – nagrody w plebiscycie publiczności we Włocławku (1979), laureatka plebiscytu „Anteny” na najpopularniejszą aktorkę 1993 roku (1994). Została uhonorowana m.in. Wielkim Splendorem – nagrodą Teatru Polskiego Radia (1997), Złotym Mikrofonem Polskiego Radia (2000), tytułem Mistrz Mowy Polskiej (2007), Nagrodą Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego (2007), Wielką Nagrodą Festiwalu „Dwa Teatry” w Sopocie za całokształt twórczości w teatrze radiowym i telewizyjnym (2012), Nagrodą im. Ireny Solskiej za wybitne osiągnięcia aktorskie (2017). Odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi (1977), Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (1998), Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (2003), Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski (2011) oraz Złotym Medalem Zasłużony Kulturze – Gloria Artis (2011).

  • Witold Gombrowicz – „Operetka”; adaptacja radiowa i reżyseria – Zbigniew Kopalko; realizacja akustyczna – Andrzej Brzoska; muzyka – Maciej Małecki.  Emisja w Programie 2 Polskiego Radia w sobotę, 19 listopada, o godz. 19.30 w „Wieczorze ze słuchowiskiem”.

informacja prasowa

piątek, 7 października 2022

XV Festiwal Gombrowiczowski już 8 października!

8 października rozpocznie się w Teatrze Powszechnym w Radomiu XV Festiwal Gombrowiczowski. Podczas tegorocznej, jubileuszowej, edycji Festiwalu wystąpią teatry z Polski, Argentyny i Japonii.

Oto lista zaplanowanych spektakli i wydarzeń towarzyszących: 

Zachęcamy do śledzenia naszych profili społecznościowych Facebook i Instagram - tam organizatorzy opublikują dla Państwa najnowsze informacje i relacje z przygotowań. Podczas Festiwalu będą transmitować na żywo spotkania z zaproszonymi artystami.

informacja prasowa


sobota, 20 marca 2021

Romantyczne stereotypy w twórczości Witolda Gombrowicza

Choć nie zawsze mamy tego świadomość, stereotyp odgrywa ważną rolę w naszym codziennym  życiu. W zetknięciu z rzeczywistością, posługujemy się niezliczonymi stereotypami, które wynikają z naszych doświadczeń i zarazem są próbą uporządkowania i selekcji natłoku informacji. Stosujemy więc uproszczenia, a te są stereotypami.

Witold Gombrowicz, fot. Bohdan Paczowski

Stereotyp definiuje się zazwyczaj jako „powzięte z góry przekonanie, nie wynikające z aktualnej oceny, ale ze zrutynizowanych nawyków sądów i oczekiwań”. To utarte i uproszczone wyobrażenie lub sformułowanie wynika nie tylko z indywidualnej skłonności do upraszczania rzeczywistości, ale przede wszystkim z silnie zakotwiczonych w świadomości społecznej wyobrażeń, które nie są poddawane krytyce i uznawane są za niezbite prawdy.  Dotyczy to stereotypów narodowościowych i rasowych, np. stereotypu Żyda, Niemca, Cygana.
Również literatura posługuje się stereotypem, zarówno w strukturze utworu, jak też w konstrukcji bohaterów. Stereotypowy może być schemat fabularny, kiedy to z góry możemy przewidzieć, jak potoczy się akcja. Stereotypowe mogą być też zakończenia, np. happy end czy „żyli długo i szczęśliwie”. Stereotypem może być również gatunek literacki, jeśli jest odczuwany jako mocno skonwencjonalizowany. W tym wypadku pisarz może posłużyć się stereotypem jako rodzajem kodu, znanego zarówno jemu, jak i odbiorcy.
      Z takim zabiegiem mamy do czynienia w przypadku „Don Kichota” Cervantesa czy „Kubusia Fatalisty” Diderota. "Kandyd" Woltera jest powiastką filozoficzną opartą na schemacie powieści przygodowej. Autor świadomie wykorzystuje ten stereotyp, aby trudne i niepopularne myśli przekazać w modnej formie. Zaś sparodiowany przez Gombrowicza schemat powieści edukacyjnej daje w rezultacie utwór o dojrzewaniu jako inicjacji w świat stereotypów.
        Znamy bardzo dobrze schematy baśniowe, ponieważ obcujemy z nimi od wczesnego dzieciństwa. W baśni piękny królewicz zwycięża zło, które zawsze jest brzydkie i otrzymuje rękę nie mniej pięknej królewny, a potem żyją długo i szczęśliwie. Podobne schematy obowiązują w powieści przygodowej, której fabuła i sylwetka bohatera mają swój ustalony kształt.
   Również Witold Gombrowicz posługuje się literackimi stereotypami, ponieważ ma świadomość ich nieautentyczności. Dla niego powieść jest formą, która go ogranicza i wobec tego rozbija jej schemat. Dlatego też z jednej strony możemy powiedzieć, że „Ferdydurke” jest parodią powieści edukacyjnej, ale z drugiej strony jest także schematem powieściowym w ogóle. Dlatego też parodia odbywa się na wszystkich poziomach tego tekstu: parodiowana jest narracja, bohaterowie, wydarzenia. Ponadto Gombrowicz wprowadza do „Ferdydurke” rozważania filozoficzne na temat syntezy i analizy, a więc korzysta ze schematu dialogu filozoficznego. Szczególną rolę odgrywają w obalaniu schematów charakterystyczne słowa - klucze, które zawierają esencję jakiegoś stereotypu, np. gęba symbolizuje schemat, który pojawia się w relacjach międzyludzkich, pupa jest znakiem infantylizmu, a łydka – młodości. 
    Witold Gombrowicz kompromituje także polskie stereotypy nauczania o romantykach, polskiego pisarza – emigranta, a także Polski i Polaków.

Stereotyp romantycznego wieszcza na podstawie „Ferdydurke”


Wśród stereotypów, które mają cechy doświadczenia uniwersalnego, Gombrowicz ze szczególnym upodobaniem krytykuje polskie stereotypy, najczęściej dotyczą one pozycji pisarza – wieszcza  a także emigranta polskiego. Ponadto ośmieszony zostaje stereotyp literatury romantycznej, podczas  lekcji polskiego w „Ferdydurke”. W szkole przedstawionej przez Gombrowicza utworów romantycznych nikt nie czyta, natomiast podawana jest o nich wiedza w pigułce, składająca się ze zlepku słów haseł, słów stereotypów, pozbawionych właściwie treści. Profesor Bladaczka nie ukrywa, że sam jest znużony „recytowaniem” swojej lekcji, ale robi to, ponieważ musi. 

Polskie przedwojenne gimnazjum, do którego uczęszczał autor, było przede wszystkim nastawione na nauczanie literatury romantycznej i klasycznej. Wiemy ze wspomnień Gombrowicza i Tadeusza Kępińskiego, że istotnie miała miejsce lekcja polskiego, podczas której jeden z uczniów wygłosił słynne „Słowacki wielkim poetą był” i otrzymał za to piątkę. Wydarzenie to stało się impulsem do sparodiowania lekcji polskiego w „Ferdydurke”. Profesor Bladaczka ma za zadanie wytłumaczyć uczniom „dlaczego Słowacki wzbudza w nich miłość i zachwyt?” Odpowiedź jest prosta - dlatego że „Słowacki wielkim poetą był”. To kategoryczne stwierdzenie zostaje poddane w wątpliwość przez jednego z uczniów - Gałkiewicza, którego Słowacki jednak "nie zachwyca". Absurdalną sytuację podkreśla Gombrowicz równie absurdalnymi stwierdzeniami, które wypowiada nauczyciel, a mianowicie, że „wielka poezja będąc wielką i będąc poezją nie może nie zachwycać nas, a więc zachwyca”. Jednak argumenty Gałkiewicza, które można utożsamić ze stanowiskiem autora, brzmią o wiele bardziej logicznie. Gałkiewicz powiada, że nikt nie czyta poezji, że wszystkich ona nudzi. Romantyzm zamienił się bowiem w szkolny stereotyp, puste hasła, których nagromadzenie ma uświadomić, jak dalece stały się one pozbawione znaczenia. 

Dlaczego „zachwyt, miłość płaczemy, poryw, serce i lecieć, pędzić”, „Towiański, Towiański, Towiański, mesjanizm, Chrystus Narodów, znicz, ofiara, czterdzieści i cztery, natchnienie, cierpienia, odkupienie, bohater i symbol”. Takie nagromadzenie słów, których zazwyczaj używa się interpretując polskie dzieła romantyków,  w szczególności zaś Słowackiego i Mickiewicza, powoduje ich ośmieszenie. Uświadamia, że rozumienie romantyzmu sprowadza się do wszechobecnego stereotypu, gotowych formuł, które należy znać, a one już nic nie znaczą. 

„Wieszczem był! Wieszczył! Panowie, a zatem jeszcze raz powtórzmy – zachwycamy się gdyż był wielkim poetą, a czcimy, gdyż wieszcze był!” Romantyczny poeta – wieszcz w ustach profesora Bladaczki staje się swoją własną parodią. Kiedy Gombrowicz - debiutant próbuje znaleźć swoje miejsce w panteonie polskich pisarzy, również skazany jest na klęskę. Ucieka wobec tego w parodię, chowa się w swoją rzekomą niedojrzałość, stosując różne gry z czytelnikiem. W ten sposób odkłamuje nadętą i sztuczną wizję polskiej literatury, w której ciągle pokutują romantyczne widma i upiory. „Udawać pisarza i literata, parodiować styl literacki i dojrzale wyszukane zwroty” – oto jego program literacki.

Geniuszem być - "Trans-Atlantyk"


O ile w „Ferdydurke” pojawia się pisarz niedojrzały - co oczywiście jest rodzajem gry, ponieważ Gombrowicz był wówczas świeżo po debiucie zatytułowanym „Pamiętnik z okresu dojrzewania” - o tyle w „Trans-Atlantyku” kreuje on swoje alter ego – Gombrowicza jako Geniusza. Takie bowiem jest zapotrzebowanie wśród jego rodaków na emigracji. Bohater – narrator zostaje zaproszony na przyjęcie przez przedstawicieli polskiej ambasady w szczególnych okolicznościach. Właśnie wybuchła wojna i istnieje zapotrzebowanie na przychylność opinii świata w stosunku do Polski. W tej sytuacji minister, który twórczości Gombrowicza wcale nie zna, postanawia, że zleci mu pisanie artykułów wychwalających wielkich Polaków, a kiedy ten odmawia, zaprasza go na przyjęcie, podczas którego ma zaprezentować się cudzoziemcom jako polski genialny pisarz. Witold Gombrowicz pokazuje mechanizm psychologiczny polegający na wmówieniu sobie i innym, że „Gombrowicz wielkim pisarzem jest”. O ile jednak łatwiej jest uwierzyć w wielkość klasyka, o tyle wielkość współczesnego, nikomu nieznanego pisarza z odległej Polski, jest mocno wątpliwa. Podczas pojedynku  na słowa z Cudzoziemskim Pisarzem bohater przegrywa przede wszystkim dlatego, że jego rodacy nie wierzą w niego, że wstydzą się go. 
 Dla polskiego pisarza najtrudniejszy jest jednak stereotyp pisarza-emigranta, mającego obowiązki moralne wobec swojego uciśnionego narodu. Jest to rola mająca swoje źródło w romantyzmie, ale nigdy nie przestała być aktualna. W „Trans-Atlantyku” widoczne są parodystyczne nawiązania do „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza, bo Gombrowicz - podobnie jak jego wielki poprzednik - próbuje poradzić sobie z problemem emigracji. W końcu dochodzi do wniosku, że wolność tworzenia można osiągnąć pozbywając się  balastu obowiązków wobec narodu, a także przez ucieczkę od form zastanych, a raczej lawirowanie pomiędzy nimi, mylenie tropów. Widać to zarówno w pierwszej powieści Gombrowicza, która de facto powieścią nie jest, a także w sposobie kreowania narratora mającego cechy samego pisarza, ale nim nie będącego. Jest to rodzaj gry, którą Gombrowicz nieustannie prowadzi ze swoim czytelnikiem. Ceną jest - jak twierdzi - autentyczność i wolność od Formy. 


Stereotyp Polski i Polaka

„Trans-Atlantyk” jest przede wszystkim rozprawą ze stereotypami Polski i Polaka. Gombrowicz nie tylko demaskuje polskie kompleksy. W Przedmowie do „Trans-Atlantyku” powiada, że chciałby: „Przezwyciężyć polskość. Rozluźnić to nasze poddanie się Polsce! Oderwać się choć trochę! Powstać z klęczek!” Mówiąc to ma na myśli uzyskanie swobody wobec kolejnej Formy – jest nią Polska. Chce także stać się Polakiem „obszerniejszym i wyższym od Polaka”. 
Stereotypy Polski i Polaka są zakorzenione w Polsce sarmackiej, w romantyzmie, a także mają związek z polską literaturą - z twórczości pisarzy takich jak Henryk Sienkiewicz,  Wincenty Pol, Władysław Bełza. To znane wszystkim hasła: „Hej, kto Polak na bagnety”, „Kto Ty jesteś? – Polak mały, utrwalone „ku pokrzepieniu serc”. Będąc przez dziesiątki lat zniewoleni, Polacy uczynili z tych stereotypów wspólne dobro, coś, co świadczy o ich tożsamości narodowej. 

W „Trans-Atlantyku” toczy się gra o Syna. Jest nim Ignacy, młodzieniec jeszcze nie ukształtowany, o którego względy stara się homoseksualista Gonzalo. Jego Ojciec symbolizuje tradycję i Ojczyznę. Intryga polega na tym, że Ojciec ma być sprowokowany do pojedynku i zamordowany, a wówczas Syn straci więź, która go ogranicza i krępuje. W intrydze tej uczestniczy także Gombrowicz, który stanowi rodzaj pośrednika pomiędzy jednym a drugim. Udaje się nocą do Syna, aby uświadomić mu niebezpieczeństwo, ale na widok jego niewinności i urody zaczyna mu się marzyć „Synczyzna” zamiast Ojczyzny, ponieważ stara Forma go ogranicza, tłamsi i nie pozwala być sobą. Natomiast ta nowa „Stająca się Nieznana Synczyzna” zaczyna go pociągać i pragnie jej. W jej spełnieniu przeszkadza jednak zorganizowany przez Barona, Ciumkałę i Pyckala „polski kulig” z przyśpiewkami, tańcami, powiedzonkami w rodzaju „zastaw się a postaw się”, „krew nie woda”. Wszystko to sprawia, że marzenia rozwiewają się. Kulig całkiem niespodziewanie przemienia się w jakiś dziwny stwór, w którym jedni Polacy uciskają innych za pomocą ostrogi i wędzidła. To jakby ukryta, ciemna strona polskości, ograniczająca i przynosząca cierpienie. Obraz ten przekształca się w upiorny taniec, w którym bierze udział Ignacy i zaprzyjaźniony z nim Horacjo, a wszyscy są nieświadomi zbliżającej się katastrofy, którą wyreżyserował Gonzalo. W jej efekcie Syn miał zabić Ojca, ale zamieniło się to nieoczekiwanie w wybuch śmiechu, ponieważ -  jak zwykle u Gombrowicza – nie czyny, ale słowa decydują o rozwoju wydarzeń. 
 
                 Stereotypami posługujemy się powszechnie i nie zawsze świadomie. Istnieją jednak tacy, dla których  celowe  użycie stereotypu służy przekazaniu ważnych treści. Staje się wówczas stereotyp rodzajem wehikułu, który korzystając ze starej formy, przemyca nowe treści. W "Ferdydurke" i "Trans-Atlantyku" Gombrowicz podejmuje  m.in. krytykę stereotypu nauczania o polskim romantyzmie, a także stereotypu pisarza – emigranta oraz Polski i Polaków. Próbuje w ten sposób „odkłamać” funkcjonujące schematy, sprawić, by jego czytelnicy stali się krytyczni, a w efekcie – bardziej autentyczni i wolni od schematów. Jako pisarz-emigrant Gombrowicz próbuje uwolnić się nie tylko od stereotypu „polskiego geniusza”, ale przede wszystkim od presji, którą wywierają na niego inni emigranci, żyjący we władzy stereotypów. W zamian proponuje, aby nie wypierać się i nie wstydzić faktu, że jesteśmy kulturą prowincjonalną, młodą i niedojrzałą (jak Syn), ponieważ właśnie to jest niepowtarzalne i wartościowe. 


niedziela, 26 kwietnia 2020

Gęba i forma, czyli "Ferdydurke" do słuchania w radiowej Czwórce

Radiowa Czwórka idzie z odsieczą tegorocznym maturzystom: dziennikarze stacji przygotowują rozmaite „pomoce naukowe”, powtórki przedmiotów maturalnych i omówienia lektur. Już od poniedziałku będzie można słuchać radiopowieści „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza.


Od 27 kwietnia codziennie o godz. 15.40, czas na powtórkę z wielkiej literatury. Na liście maturalnych lektur jest kilkadziesiąt pozycji, a ich treść przypomnieć sobie można w bardzo przyjemny sposób dzięki spektaklom Teatru Polskiego Radia. Po „Lalce” Bolesława Prusa przyszli maturzyści będą mogli odświeżyć sobie znajomość „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza. 25-odcinkowe słuchowisko zrealizowane przez Teatr Polskiego Radia wyreżyserował Waldemar Modestowicz.

Razem z trzydziestoletnim Józiem powrócimy do czasów szkolnych, żeby popatrzeć, jakie gęby przyprawia nam świat i jak niemożliwa jest droga do dorosłości. W roli głównego bohatera usłyszymy Jarosława Gajewskiego, w obsadzie same znakomitości: Piotr Adamczyk, Jacek Braciak, Grzegorz Damięcki, Adam Ferency, Małgorzata Kożuchowska, Agata Kulesza, Wojciech Malajkat, Wiesław Michnikowski, Małgorzata Niemirska, Henryk Talar, Krystyna Tkacz, Krzysztof Wakuliński i inni.

„Ferdydurke” to wybitna i niezmiennie aktualna powieść Witolda Gombrowicza, opublikowana w 1937 roku: bardzo zabawna w swej formie, choć jej wymowa może być dramatyczna. Pisarz bez wątpienia był mistrzem satyry, parodii i groteski w literaturze polskiej. W „Ferdydurke” Gombrowicz stosuje mechanizmy absurdu i groteski poprzez klasyczne łączenie elementów do siebie nieprzystających, tworzy fałszywe ciągi przyczynowo-skutkowe, bawi się językiem, igra z nim, celowo popełnia błędy. Frazy Gombrowicza na stałe weszły do polszczyzny.

Wszystkich miłośników twórczości Gombrowicza – nie tylko maturzystów – zapraszamy do słuchania codziennie o godzinie 15.40.

informacja prasowa

środa, 24 lipca 2019

50. ROCZNICA ŚMIERCI WITOLDA GOMBROWICZA – SPECJALNE AUDYCJE I SŁUCHOWISKA W RADIOWEJ DWÓJCE

50 lat temu, 24 lipca 1969 roku, zmarł Witold Gombrowicz. By upamiętnić wybitnego powieściopisarza, nowelistę i dramaturga Program 2 Polskiego Radia przygotował specjalne audycje poświęcone jego życiu i twórczości.



W sobotę 27 lipca radiowa Dwójka zaprasza na „Wieczór ze słuchowiskiem”, w którym zaprezentowany zostanie „Ślub” w adaptacji i reżyserii Waldemara Modestowicza (realizacja akustyczna – Maria Olszewska; opracowanie muzyczne – Małgorzata Małaszko). – Ślub jest snem. Snem Henryka, żołnierza polskiego podczas ostatniej wojny, gdzieś we Francji, w wojsku francuskim, walczącego z Niemcami. W tym śnie dochodzą do głosu lęki Henryka o rodzinę, pozostawioną w Polsce, ale też niepokoje bardziej zasadnicze człowieka współczesnego na przełomie epok – mówił Gombrowicz o swoim dramacie z 1953 roku w wywiadzie udzielonym Dominique de Roux.

W słuchowisku zrealizowanym w 1998 roku zagrali znakomici aktorzy: Jarosław Gajewski (Henryk – Syn i Książę), Marek Walczewski (Ignacy – Ojciec i Król), Anna Seniuk (Katarzyna – Matka i Królowa), Adam Ferency (Pijak), Piotr Adamczyk (Władzio – Przyjaciel i Dworzanin), Aleksandra Konieczna (Mania – Służąca i Księżniczka), Henryk Machalica (Kanclerz), Ewa Konstancja Bułhak (Dama), Izabella Bukowska (Dama), Marek Bargiełowski (Dygnitarz zdrajca) oraz Jacek Różański, Wojciech Paszkowski, Dariusz Odija, Mieczysław Morański, Józef Mika i Wojciech Machnicki. Dziwność świata przedstawionego w audycji potęguje intrygująca muzyka, wykonywana przez Andrzeja Kiełbowicza (piła) i Michała Wawrzyniaka (fagot). Emisja słuchowiska w godz. 18.00-19.30.

Z kolei w niedzielę 28 lipca w „Strefie literatury” audycja Doroty Gacek i Anny Lisieckiej pt. „Gombrowicz bez gęby”.
– W 50. rocznicę śmierci pisarza spróbujemy pokazać go „nagiego”, nie próbującego narzucać siebie innym, odsłaniającego swoje lęki, obawy, samotność, ból i rozpacz. Także Gombrowicza szczęśliwego, odkrywającego uroki Południa w Pirenejach, słuchającego kwartetów Beethovena i tańczącego z Ritą tango. Kto uchwycił takiego „prywatnego” Gombrowicza najlepiej? Czy on w swoich tekstach też taki nam się ukazuje? – mówią autorki, które do audycji zaprosiły prof. Brigitte Gautier, francuską polonistkę, prof. Jerzego Jarzębskiego, literaturoznawcę, Macieja Wojtyszkę, reżysera. W audycji  pojawią się także materiały archiwalne, m.in. wypowiedzi żony pisarza Rity Gombrowicz. Emisja w godz. 18.00-19.00.

Cały czas również można słuchać (do 1 sierpnia) radiowej wersji „Ferdydurke” z 1978 roku w mistrzowskiej interpretacji Piotra Fronczewskiego. Emisja w „Książce do słuchania” codziennie od poniedziałku do piątku w godzinach 22.40-23.00.

Więcej w specjalnym serwisie Portalu Polskiego Radia www.Gombrowicz.polskieradio.pl, który wystartuje w czwartek 25 lipca br.



informacja prasowa

poniedziałek, 15 lipca 2019

Piotr Fronczewski czyta w radiowej Dwójce "Ferdydurke" Gombrowicza

Program 2 Polskiego Radia prezentuje od poniedziałku 15 lipca – w cyklu „Książka do słuchania” – słynną powieść „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza. Tego awangardowego dzieła można słuchać w Dwójce w mistrzowskiej interpretacji Piotra Fronczewskiego.

Piotr Fronczewski, fot. materiały prasowe

– Razem z trzydziestoletnim Józiem powrócimy do czasów szkolnych, żeby popatrzeć, jakie gęby przyprawia nam świat i jak niemożliwa jest droga do dorosłości – mówi Katarzyna Hagmajer-Kwiatek z redakcji literackiej radiowej Dwójki.

„Ferdydurke” Witolda Gombrowicza z 1937 roku to pierwsza powieść pisarza, którą napisał on jeszcze w przedwojennej Polsce. W Programie 2 Polskiego Radia będzie ona nadawana w najsłynniejszej bodaj interpretacji Piotra Fronczewskiego, który wydobywa z tekstu cały jego komizm i pozwala zatrzymać się nad wieloznacznościami. Nagranie zostało zarejestrowane dla Polskiego Radia w 1978 roku. Radiowa Dwójka przypomina powieść Witolda Gombrowicza w związku z 50. rocznicą jego śmierci, która przypada 24 lipca.

Emisja „Ferdydurke” w 15 odcinkach w „Książce do słuchania” codziennie od poniedziałku (pierwszy odcinek 15 lipca) do piątku w godzinach 22.40-23.00.

informacja prasowa

wtorek, 21 listopada 2017

Klementyna Suchanow: „Gombrowicz. Ja, geniusz” /recenzja książki/

Radca najuprzejmiej w pół zgięty, chusteczką wachlując,
do Gospodarza mnie prowadzi i jemu przedstawia,
a  jako Mistrza Wielkiego Polskiego
Geniusza Gombrowicza Głośnego wychwala.

(W. Gombrowicz, Trans-Atlantyk)

Klementyna Suchanow, Gombrowicz. Ja, geniusz, Wydawnictwo Czarne

Tytuł biografii autora „Trans-Atlantyku”: „Gombrowicz. Ja, geniusz” odsyła nas w jakimś sensie do powyższego cytatu, a także samej postawy Gombrowicza, który miał świadomość własnej wartości, a zarazem autoironiczny dystans do siebie. Pomimo takiego tytułu w żadnym miejscu autorka biografii, Klementyna Suchanow, nie wmawia nam, że Gombrowicz wielkim pisarzem był. O nie – to rzetelnie napisana i mocno osadzona w licznych źródłach próba syntetycznej, całościowej opowieści o pisarzu, który na dobrą sprawę istniał dotąd w tylko w opowieści własnej (Dzienniki, Kronos, korespondencja), a także we fragmentarycznych narracjach innych osób.

Gombrowicz dla wtajemniczonych


Na wstępie wyznam, że z biografią Gombrowicza mierzyłam się ponad dwa miesiące, co mi się zdarza niezwykle rzadko. Tym razem chorowałam, wyjeżdżałam, ale do lektury ciągle powracałam, coraz bardziej się w niej rozsmakowując. Ostatecznie przeczytałam ją równie cierpliwie, jak cierpliwa okazała się jej autorka, która poświęciła pisarzowi kilka lat życia.
Czytałam raczej „z obowiązku”, niż z potrzeby serca. Czytałam, bo moja przygoda z Gombrowiczem zaczęła się dawno temu - 1975 roku, kiedy to – będąc na studiach polonistycznych – zdecydowałam się napisać o nim pracę magisterską. Z dwóch powodów: byłam świeżo po lekturze „Ferdydurke” i uwiodła mnie jej narracja oraz odmienne widzenie świata, jakoś rymujące się z moim. W tamtym czasie znajdujący się w bibliotece instytutowej jedyny egzemplarz książki krążył wśród polonistów jak wirus i otrzymywało się go na jedną noc. A potem było się „wtajemniczonym”J

Po wtóre, niezmiernie pociągał mnie fakt, że będę mogła przeczytać wszystkie utwory pisarza, wydane przez Kulturę Paryską, na które wówczas był cenzorski zapis. Uzbrojona w pozwolenie od dyrektora Biblioteki Ossolineum, mogłam dotykać owocu zakazanego, a nawet go smakować do woli. Co więcej, pisząc o dramatach autora „Ślubu”, miałam szczęście oglądać wybitne inscenizacje, jak choćby „Operetkę” Kazimierza Dejmka, z Markiem Barbasiewiczem w roli Mistrza Fiora czy „Ślub” w reżyserii Jerzego Grzegorzewskiego, z Bogdanem Kocą  jako Henrykiem. A nieco później także wizjonerską inscenizację Jerzego Jarockiego, z J. Radziwiłowiczem – żeby wspomnieć tylko te przedstawienia Było ich zresztą dużo więcej! Tak znakomitych adaptacji scenicznych Gombrowicza nie widziałam już nigdy potem.

Już nie zachwyca


Od wielu lat nie sięgam po Gombrowicza – już mnie nie zachwyca. Nie mogłam jednak przejść obojętnie wobec faktu, że po tylu latach powstała wreszcie wyczerpująca biografia „mojego” niegdyś pisarza. Sięgałam po nią nieufnie i z pewnymi oporami, zżymałam się w trakcie lektury, że autorka zapuszcza się w takie rejony życia artysty, o których nie chciałabym wiedzieć. Dotyczyło to w szczególności argentyńskiej części jego biografii. „Mój” Gombrowicz uganiający się za młodymi chłopakami, kupujący ich „miłość”, a także prostytuujący się w publicznych toaletach – to przekraczało granice dobrego smaku… Może lepiej by było pozostawić trochę tajemnicy, szczególnie, że nie miało to jakiegoś szczególnego przełożenia na twórczość, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę postać Gonzala, opisanego przez Gombrowicza z właściwym sobie groteskowym humorem…
Po lekturze biografii bliżej mi do Herberta, który uważał Gombrowicza za człowieka destrukcyjnego i unikał wręcz kontaktu z nim. Przyznać jednak muszę, że Suchanow pokazała mi także bardziej ludzkie oblicze pisarza borykającego się z rozmaitymi problemami.

Witold Gombrowicz, Vence, 1965, fot. Bohdan Paczowski

Lepszy Gombrowicz


Dostrzegam w biograficznym kompendium Klementyny Suchanow wiele zalet. Sporo miejsca poświęca historii obu rodów: Kotkowskich i Gombrowiczów, co pozwala zobaczyć biografię pisarza z znacznie szerszym kontekście, lepiej zrozumieć jego świat i tym samym jego samego.
Podoba mi się także dystans, który autorka biografii zachowuje w stosunku do swego bohatera, nie dając mu się „uwieść” ani zmanipulować. Przywraca godność matce Gombrowicza, ukazując ją zupełnie inaczej niż syn – jako osobę o otwartym umyśle, oczytaną, a nawet mającą pisarski talent. W tamtych czasach, kiedy kobiety nie miały żadnych praw, nawet do wniesionego przez siebie posagu, ona śmiało opowiadała się za prawami kobiet. O tym, że była przez męża niekochana i źle traktowana, świadczy również stosunek do niej własnych synów, zabawiających się jej kosztem. Znosiła to z godnością, choć musiało jej być nielekko. 
Dzięki biografii poznałam także „lepszą część” Gombrowicza, jakim jest jego zdolność do ciepłej, serdecznej relacji, choć całe życie oficjalnie wypowiadał się na temat swojej w tym względzie „ułomności” Tymczasem autorka rozwija i dokumentuje wątek przyjaźni z Brunonem Schulzem, który – jak nikt inny – wierzył w jego talent i bardzo wspierał podczas pisania „Ferdydurke”. Autor „Sklepów cynamonowych” był bodaj jedynym człowiekiem, którego Gombrowicz darzył taką bezprecedensową sympatią i przyjaźnią. Co prawda, Suchanow dodaje, że wynikało to stąd, iż Schulz był typem masochistycznym, który wolał uwielbiać niż być uwielbianym, ale nie zmienia to faktu, że dla Gombrowicza pozostał na zawsze „kochanym Bruno”.
Niewątpliwą zaletą biografii jest także rzetelna analiza kolejno powstających utworów Gombrowicza. Jesteśmy nie tylko „świadkami” ich powstawania, ale również dowiadujemy się o okolicznościach towarzyszących ich pisaniu. A wreszcie, czytelnicy, którzy ich nie znają lub nie pamiętają, mogą zgłębić ich treść. Dzieło ukazywane jest zawsze w solidnie opracowanym kontekście biograficznym.

Gombrowicz z humorem


Nie można też odmówić autorce biografii poczucia humoru, z którym opisuje różne wydarzenia z życia swego bohatera. Dobrym tego przykładem są niekonwencjonalne oświadczyny skierowane do Zofii Chądzyńskiej, której Gombrowicz składa propozycję w sposób przekomicznie zawoalowany, dając jej do zrozumienia, że gdyby lepiej gotowała, to… mógłby z nią zamieszkać, a wówczas będzie miała okazję do częstego i regularnego zajmowania się nim, ale – naturalnie – bez seksu. Na uwagę Chądzyńskiej, że jest to dla niej sprawa pierwszorzędna – Gombrowicz z tą samą powagą odpowiada, że będzie się musiała obejść smakiem i że kontakty intelektualne również nie wchodzą w grę. 

Przy tym, będąc generalnie mizoginem, potrafił jednak przyjaźnić się z kobietami, np. z Litką de Barcza, z którą świetnie się rozumieli i której oświadczył korespondencyjnie, że powinien był się z nią ożenić, bo nigdy nie spotkał takiej kobiety jak ona… W końcu decyduje się na związek z dużo od siebie młodszą Ritą, w której nie jest wprawdzie zakochany, ale jako dojrzały człowiek uważa, że bycie z kimś dzień po dniu jest najlepszym sprawdzianem relacji międzyludzkiej. Z pewnością samotnikowi po 60. nie było z tym łatwo.

Lektura dwóch solennych tomów biografii Gombrowicza jest z pewnością wydarzeniem. I wyzwaniem. Warto je podjąć.

piątek, 13 października 2017

Dylematy moralne "człowieka w masce": Konrad Wallenrod i ... Batman

                                                                    Przecież nie tak, że człowiek ma się pozbyć swojej maski -  
                                                                    gdyż poza nią nie ma żadnej innej twarzy – tu tylko można
                                                                     żądać, aby uprzytomnić sobie swoją sztuczność...
                                                                                                              W. Gombrowicz, „Dzienniki”                                                       
                                                                                                          
      Rozważania o masce – na marginesie lekcji


Foto © CBN Polona, pierwsze wydanie `Konrada Wallenroda`, Petersburg, 1828


 I.                  Tytułem wstępu

                 Przyznaję, że pomysł „zderzenia” bohatera literatury „wysokiej”, jakim jest Konrad Wallenrod, z herosem literatury masowej wydać się może karkołomny. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo spłycenia problematyki mickiewiczowskiej powieści poetyckiej. Cóż jednak ma uczynić polonista, którego uczniowie twierdzą, że „nie rozumieją”, „nie chcą” itd... Otóż taki polonista ma dwa wyjścia: nie słyszeć i „przerobić lekturę” albo zostać „postmodernistą”.
W tych „okolicznościach przyrody” wybrałam to drugie wyjście. A poważnie: uznałam, że może to być interesujący eksperyment, a i młódź łatwiej „oswoi” Konrada Batmanem.
Bohaterów tych, choć tak odległych,  łączy bowiem to, co stanowi o ich istocie – maska.
             Skupiłam się zatem na kilku podstawowych pytaniach natury egzystencjalnej, dotyczących koniec końców każdego z nas:
·         Dlaczego przywdziali maski (po co my sami je przywdziewamy)?
·         Jaki jest stosunek bohaterów do tego, że muszą ukrywać prawdziwą twarz (czyli jaki jest ich stosunek do maski)?
·         Jakie są realia, w których żyją i jaki to ma związek z ich „zamaskowaniem” (w jaki sposób sytuacja egzystencjalna wymusza nakładanie masek)?
·         Jak się kończą potyczki bohaterów ze Złem i co uosabia Zło w obu przypadkach (jakie są konsekwencje noszenia maski)?

Klasa, podzielona na grupy, analizowała tak postawione pytania, odnosząc się do tekstu  Konrada Wallenroda A. Mickiewicza oraz do filmu „Batman” w reżyserii Tima Bartona[1]
             Lekcję rozpoczęłam od czegoś, co poradnik refleksyjnego praktyka[2] nazywa „rozgrzewką umysłową”, a co ja bym w tym wypadku określiła jako „wprowadzenie w klimat zajęć”. Nie, nie wystąpiłam w masce. Pozwoliłam sobie jednak na „podróż sentymentalną” w czasy, gdy sama byłam w wieku moich podopiecznych (Stanisławski określiłby to jako „wczucie się”, co lepiej oddaje istotę sprawy). Otóż opowiedziałam moim uczniom, jak to w latach 70. wdarłam się do kina nie mając jeszcze osiemnastu lat na film Kaneto Shindo „Kobieta-diabeł”. Film zrobił na mnie tak wielkie wrażenie, że nieźle go pamiętam, mimo że go od tamtego czasu nie widziałam. Opowiadał on historię dwóch kobiet – synowej i teściowej – które, by przetrwać wojnę, okradają trupy poległych samurajów, a rannych wrzucają do studni. Młodsza z kobiet poznaje dezertera,  starsza zaś – ze strachu, że zostanie sama – wkłada znalezioną na poległym maskę demona i odtąd straszy synową, gdy ta usiłuje spotkać się z ukochanym. I oto pewnego dnia okazuje się, że stara nie może zdjąć maski, która mocno przywarła do jej twarzy. Musi więc wszystko wyznać synowej, aby ta pomogła jej pozbyć się przerażającego oblicza. W kulminacyjnej scenie filmu młodej kobiecie udaje się z trudem rozbić połowę maski, za którą – jak widać – nie ma już twarzy, lecz potwornie zniekształcona masa. Okazuje się, że nie można bezkarnie nosić maskę demona. Z czasem zyskuje ona panowanie nad człowiekiem i jego twarzą. A może jest to kara za dobijanie rannych? Kiedy przerażona synowa ucieka, a za nią – krzycząc – biegnie stara, widać jak w zwolnionym tempie przeskakują studnię z ciałami umarłych i obraz zatrzymuje się w stop-klatce...
               Kiedy więc udało mi się odpowiednio „nastroić” młodzież,  przystąpiła ona do pracy, z zapałem wertując teksty  poematu mistrza Adama, co najbardziej cieszyło moje polonistyczne serce. Po godzinie przedstawiono pracy tej rezultaty. Odpowiedzi na pytania były celne, choć nie tak szczegółowe, jak to za chwilę przedstawię. Ja jednak, penetrując dalej ten interesujący temat, sięgnęłam do różnych źródeł, no i miałam na to więcej czasu. Swoimi refleksjami podzielę się z kolegami – polonistami, którzy przy omawianiu lektur „Wielkich Wieszczów Naszych” odważnie sięgną po teksty kultury współczesnej, także masowej, te bowiem są chlebem powszednim współczesnego ucznia i być może nie jest to bariera, ale szansa...   

II.. Wprowadzenie w problematykę maski

          Maria Janion, mówiąc o osobliwej „autonomii maski”, o własnym życiu maski, powiada:
„Mitologia wie dobrze o tym zjawisku – mitologia osnuta wokół wrastania maski w twarz, zagarniania, przywłaszczania twarzy przez maskę, która całkowicie przestaje być zewnętrzna. Jej nowa wewnętrzność polega na tym, że ona nie tyle zastępuje twarz, ile jest – wbrew woli właściciela twarzy – jego twarzą właśnie.”
         Zanim przyjrzymy się z bliska interesującym nas bohaterom, chciałabym jeszcze – za Stanisławem Rośkiem[5]  - dokonać rozróżnienia między moralistycznym a antropologicznym sensem maski. Otóż zanim romantyzm stworzył podstawy antropologii maski, jej widzenie miało sens moralistyczny. Pascal pisze w Myślach:

Nie zadowalamy się życiem, jakie mamy w sobie i we własnej naszej istocie; chcemy żyć w pojęciu drugich życiem urojonym i silimy się dlatego na pokaz. Pracujemy bez ustanku nad tym, aby upiększyć i zachować nasze istnienie urojone, a zaniedbujemy prawdziwe.

Świat jako maskarada, człowiek ukrywający swą prawdziwą twarz – takie wyobrażenie świata i człowieka, należące do moralistyki, odnajdziemy u schyłku XVIII w. w cyklu akwafort Goyi „Caprichos”. Szóstą z nich malarz tak komentuje:

Świat jest maskaradą. Twarz – strój – głos, wszystko jest udawaniem. Wszyscy chcieliby uchodzić za coś, czym nie są. Zwodzą się nawzajem i nikt nie zna samego siebie.

           Tymczasem romantyczna teatralizacja życia czy Schopenhauer jako autor O tym, co człowiek sobą reprezentuje, a także modernistyczna apologia sztuczności odarły sentencję Goyi z moralistycznego sensu. Zamaskowanie staje się egzystencjalną koniecznością.
Według Junga, persona jest rodzajem maski, „postawą psychiczną i fizyczną pośredniczącą między światem wewnętrznym a zewnętrznym.
Stąd już jesteśmy o krok od gombrowiczowskiego „pomiędzy”... Dodajmy, że słowo persona dla Rzymian oznaczało pierwotnie wyłącznie maskę. Dopiero później pojawiło się wyjaśnienie etymologów, stwierdzające, że persona pochodzi od „per/sonare” –maska przez (per) którą przechodzi głos (aktora).

III.   Dlaczego Konrad Wallenrod i Batman przywdziali maski?

            W przypadku Konrada Wallenroda mamy do czynienia przede wszystkim z motywacją patriotyczną, Batman ukrywa się w przebraniu człowieka-nietoperza z przyczyn osobistych (pragnie pomścić śmierć rodziców). Obaj są mścicielami. Kiedy baczniej się przyjrzymy bohaterowi Mickiewicza, łatwo dostrzeżemy, że jest osobowością o wiele bardziej złożoną(można by rzec: jego maska jest „zwielokrotniona).
Przede wszystkim jako „porwany za młodu” został wbrew sobie ubrany w maskę Niemca i wychowany przez wielkiego mistrza. Ów zabieg dramatyczny wynikał prawdopodobnie stąd, iż podobne wypadki miały miejsce w czasach współczesnych Mickiewiczowi. Oto na przykład dzieci dekabrystów pozbawiano nazwisk ojców, a urodzone na Syberii – zaliczano do kategorii chłopców państwowych.
Pamięć Konrada-Waltera-Alfa została określona przez traumatyczne przeżycie wczesnego dzieciństwa: płonące niebo, wybiegający na ulicę ojciec, który nigdy nie wraca, krzyk matki. Najgłębsze tajniki duszy Konrada objawiają się w jego snach. I choć nie pamięta on swoich rodziców, jednak czuje ich obecność. Uraz oddzielenia rodzi w nim pragnienie zemsty.
        Podobną sytuację odnajdziemy w przypadku drugiego bohatera – Batmana. Jako  około ośmioletni chłopiec jest on świadkiem zabicia obojga rodziców przez gangstera imieniem Jack (to w swoim „zamaskowanym” wcieleniu późniejszy Jocker). Chłopcu udaje się przeżyć, ale od tej pory szuka owego człowieka, aby pomścić śmierć rodziców.
             Mimo wychowania wśród obcych, Wallenrod zachowuje telluryczną więź z ojczyzną. Dlatego tak łatwo „rozpoznaje” ją i – będąc dorosłym – w momencie jej spotkania, bez chwili wahania zostaje wśród swoich. Nigdy nie stanie się Niemcem:

Nóż ostrzyłem tajemnie; z jaką zemsty rozkoszą
Rznąłem kobierce Winrycha lub kaleczyłem zwierciadła,
Na tarcz jego błyszczącą piasek miotałem i plwałem.

Ale kiedy powraca na Litwę, tu również pozostaje obcy. Przede wszystkim dlatego, że jest chrześcijaninem (Litwini są poganami), a ponadto jest zafascynowany kulturą zachodniej Europy, o czym dowiadujemy się z jego opowieści. Obyczaje i religia Litwinów są mu obce. Wprawdzie nie potrafi utożsamić się z nimi w sposób pełny, ale staje po stronie narodu słabszego i nieucywilizowanego. Jak prawdziwy romantyk (pamiętajmy, że mamy do czynienia z powieścią w masce historycznej!), Wallenrod czuje się wyjątkowy, „skazany na wielkość”, to zaś wyzwala w nim rodzaj presji moralnej – spełnienia misji szczególnej, a mianowicie uratowanie ojczyzny. Tak oto bohater o szczególnie skomplikowanej biografii nakłada jeszcze jedną maskę – tym razem świadomie i z własnej woli – „maskę lisa i lwa”. Oznacza to zastąpienie etosu rycerskiego etosem maski, asymilację makiawelizmu.
             
Słowo „Batman” znaczy „człowiek-nietoperz”(ang. bat=nietoperz). Bohater filmu, który swoje powstanie zawdzięcza komiksowi, wybiera maskę nietoperza, gdyż – jak sam wyjaśnia – jest to stworzenie, które potrafi funkcjonować w najtrudniejszych warunkach. Jednocześnie nietoperze kojarzą się nam nieodłącznie ze starymi zamczyskami i powieścią grozy. A właśnie w takim zamczysku (rodowym gnieździe) zamieszkuje nasz bohater ze swoim służącym, opiekunem i powiernikiem Arturem. I – podobnie jak Wallenrod – jest samotnikiem, który, choć nie czuje więzi z mieszkańcami Gotham, to jednak zapamiętale broni ich przed Złem (które w kolejnych filmach przybiera inne postaci, w pierwszym zaś ma maskę błazna).

IV.  Jaki jest stosunek bohaterów do maski?

        Zasadnicza różnica między bohaterami tkwi przede wszystkim w ich stosunku do „maski”. Konrada Wallenroda ukształtował Mickiewicz według ideału średniowiecznego rycerza chrześcijańskiego. Oznacza to, że najwyżej ceni on takie wartości, jak miłość, prawda, prawość i czystość, a także litość, sprawiedliwość i wierność. Wiarołomstwo oceniano jako najgorsze przekroczenie kodeksu postępowania rycerskiego. Istotne było to, jak rycerz walczył, czy kierował się kryteriami honoru. Tymczasem Konrad zmuszony jest do tragicznego wyboru między etosem „honoru” a etosem „ojczyzny”. Jego zachowanie wobec wroga (Zakonu) pozostaje w jawnej sprzeczności z kodeksem rycerskim.
„Walka rycerza, która jest właściwie serią szlachetnych pojedynków, w wykonaniu Konrada Wallenroda staje się pasmem niechlubnych podstępów” – pisze Maria Janion w swojej książce o Pośmiertnym życiu Konrada Wallenroda.”.  
„Maska” Konrada straszliwie go uwiera – nienawidzi jej i przeżywa podwójne rozbicie osobowości. Jedno wynika z samego faktu nałożenia maski (i to w momencie, gdy odnalazł swoją prawdziwą ojczyznę), drugie – z załamania obrazu idealnego ja (owego idealnego rycerza). Bohater Mickiewicza szuka ukojenia w alkoholu i balansuje na granicy dekonspiracji, śpiewając podczas uczty balladę Alpuhara (Almanzor jest rodzajem jego „strasznego sobowtóra”). Dopiero w akcie samobójczym Konrad wyzwala się od maski i odzyskuje utraconą jedność życia. Maska mściciela i spiskowca przywarła do niego tak mocno, że uwolnić go od niej może tylko śmierć.
          Batman tymczasem nie cierpi z tego powodu, że jest skazany na samotność i ukryty za maską nietoperza. Nie przeżywa dylematów sumienia. Komplet strojów i inne gadżety świadczą raczej o tym, że przebiera się z upodobaniem. Również jego sposoby walki rozmijają się, delikatnie mówiąc, z kodeksem rycerskim. Batman uważa, że w świecie bez skrupułów musi walczyć tak, żeby wygrać. Jeśli nawet „romantyczna samotność” trochę mu doskwiera, to jeszcze bardzie przydaje mu „męskiego uroku”. Ponadto – w przeciwieństwie do Konrada – czuje się podziwiany i akceptowany. Nikt przecież nie ma wątpliwości, że komiksowy bohater jest postacią pozytywną... W gruncie rzeczy dopiero w stroju nietoperza Bruce Wayne staje się prawdziwym sobą - –niezniszczalnym bohaterem, uosobieniem chłopięcych marzeń („Skąd on ma takie zabawki?!”).
         Stanisław Rosiek, powołując się na szkic Jolande Jacobi  pt. Zamaskowanie przytacza cytat autorki o tym, że „w okresie ostatnich 100-150 lat pragnienie mimikry, zniknięcia w masie, nałożenia maski stało się coraz powszechniejsze, nieodparte, a nawet zupełnie świadome”.
Casus Batmana wydaje się to potwierdzać. Batman jest jednowymiarowy, Wallenrod – tragiczny.
          Sam Mickiewicz wstydził się swojego bohatera i traktował go z jawną niechęcią. Z drugiej strony, jego recepcja przeszła najśmielsze oczekiwania. Powstało nawet zjawisko walenrodyzmu – powieść zaczęła wieść własne, utajone życie. Oczywiście w takich, a nie innych warunkach historycznych. Podobnie jak cała literatura romantyczna, Konrad Wallenrod przestał funkcjonować w świadomości zbiorowej Polaków wraz z końcem stanu wojennego. Kogo dziś obchodzi taka biografia... Na pewno nie nastolatków.
          Popularność komiksu o Batmanie wzrosła bardziej jeszcze, gdy zainteresowało się nim kino („Batman”,1989, „Powrót Batmana”, „Batman Forever”, „Robin i Batman”) i należy domniemywać, że na tym nie koniec. Przyczyna? Mimo różnych odniesień, cytatów, aluzji (do mitów, rytuałów, gatunków filmowych czy konkretnych filmów), „Batman” dzieje się „wszędzie” i „nigdzie”, cechuje go też nieokreśloność. Opowiada ciągle tę samą historię o walce szlachetnego bohatera ze Złem.

V.    Jakie są realia życia obu bohaterów i jaki to ma związek z ich „zamaskowaniem”?              

         Odpowiedź na to pytanie jest zarazem próbą wyjaśnienia, dlaczego lektura mickiewiczowskiej powieści poetyckiej dzisiaj „nie zachwyca” (charakterystyczne, że Gombrowicz ironizował w ten sposób w Polsce wolnej, a pełnej stereotypów i schematów interpretacyjnych w odniesieniu do literatury romantyzmu, podobnie jak to ma miejsce dzisiaj).
          Opowieść o Konradzie Wallenrodzie rozgrywa się w XIV w., jednakże za maską średniowiecza ukryte zostały duchowe problemy człowieka XIX w. Bohater jest otoczony tajemnicą, ma zagadkową biografię, jest skłócony ze światem i z sobą samym, a przy tym realizuje tajną misję, która zmusza go do ukrywania swojej tożsamości. To postać wyjęta z poematów Byrona, którego twórczość była przedmiotem fascynacji autora  Dziadów. Na ów schemat nakładają się osobiste doświadczenia Mickiewicza – zesłańca w głąb zaborczego imperium. Ponadto wydarzenia takie jak podstęp, porwanie, ucieczka z niewoli, zamurowanie w wieży należą do poetyki romansu grozy. Mickiewicz korzysta wprawdzie ze źródeł historycznych, ale czyni to ze swobodą artystyczną zgodną z romantyczną estetyką emocjonalnych dysonansów. Gdyby jakiś utalentowany reżyser filmowy to wszystko wykorzystał, może nasz Wallenrod pozostałby mieszkańcem masowej wyobraźni...
         Przypomnijmy pokrótce fakty: Część I powieści, zatytułowana Obiór, rozgrywa się w zamku krzyżackim, część II  wprowadza motyw wieży i zamkniętej w niej tajemniczej mniszki (pustelnicy), w części III ujawnia się stopniowo zamysł niszczycielskiej misji, część IV to scena uczty na zamku malborskim, część V ukazuje przebieg wojny Zakonu z Litwą, część VI – pożegnanie Aldony i Konrada oraz jego samobójcza śmierć (znowu na zamku).
Narracja we wszystkich częściach ma charakter wieloprzedmiotowy, subiektywny – o wielu sprawach dowiadujemy się przez znaki i pogłoski. Stosuje  też Mickiewicz technikę retardacji odsłonięć prawdy. W warstwie fabularnej synonimem zła jest Zakon Krzyżacki, za „maską” którego ukrywa się car i rosyjskie imperium.
           Markiz Astolf de Custine w Rosji  tak określa istotę tyranii:
„Siła despotyzmu mieści się w masce despoty(...)Rysują się na jego twarzy trzy różne wyrazy ,  z których żaden nie ukazuje naturalnej dobroci”
Zniewolony cesarstwem car-maska narzuca swoim niewolnikom rodzaj walki – walki w masce. Stąd Mickiewicz na maskę despoty odpowiada maską niewolnika („Tyś niewolnik, jedyna broń niewolników – podstępy”).

            W „Batmanie” realia są także specyficznie „zamaskowane”. Miejscem akcji jest fikcyjne miasto Gotham City, które wyglądem przypominać może Nowy Jork (nazwa ta zresztą to jego żargonowe określenie, ale również można tę nazwę odczytać symbolicznie jako Goddam, czyli Goddamned – przeklęte przez Boga), jednak de facto jest po prostu Miastem. Wygląda tajemniczo obco: domy pnące się ku górze i ogromna bryła katedry wywołują skojarzenia z gotykiem. Skądinąd wiemy, że miasto obchodzi właśnie dwuchsetlecie istnienia, nie są to zatem prawdziwe mury gotyckie, a tylko ich „cytat”, sugestia. Takie ukształtowanie przestrzeni odwołuje się do tradycji romantycznego romansu grozy, a bezpośrednio – do ekspresjonizmu filmowego.  Potwierdza to sposób operowania cieniem w filmie (twarz bohatera często wynurza się z mroku). Demoniczna i odrealniona fabryka, będąca miejscem przestępczej działalności  Jockera  (w „masce” błazna), zdaje się być „wyjęta” z „Metropolis” Fritza Langa.  Miasto w „Batmanie” przypomina labirynt ulic, w których czai się zbrodnia. Ale nie jest to jedyny trop.

„Architektura w Gotham City – pisze Jerzy Szyłak - jest  postmodernistycznie eklektyczna i mówi nam o zagubieniu się człowieka w wielkomiejskiej dżungli, każe myśleć o klaustrofobicznym zamknięciu wśród tych ścian i o zachwianiu norm”.

          W „Batmanie” pojawiają się właściwie cztery miejsca akcji: siedziba Gissona (sfilmowana od dołu, niebotyczna), potężny, staroświecki dom Bruce’a Wayne’a (przypominający stare zamczysko, ale ukrywający pieczarę Batmana – sobowtóra  Bruce’a), fabryka (groźna „wylęgarnia zła”) i katedra. Pozostałe miejsca stanowią rodzaj dekoracji teatralnej, nie są już tak znaczące. Życie publiczne Gotham City skupia się na jednej ulicy, przy której stoi kino „Monarch Theater”. Czas wydarzeń jest równie niedookreślony jak miejsce. Plansza programu telewizyjnego, sposób prezentacji postaci („panicz Bruce”, stroje „zwykłych” bohaterów) odsyłają do starego kina gangsterskiego lat 30. Z drugiej strony czołówka i kształt scenerii wskazują na inspiracje filmami science fiction („Obcy...”, „Metropolis”, „Gwiezdne wojny”), mamy bowiem w filmie gadżety Batmana oraz śmiercionośne zabawki. Można by zatem zaryzykować stwierdzenie, że świat przedstawiony „Batmana” jest zlepkiem stylów, cytatów aluzji, głównie filmowych, stąd wrażenie, że jest to przestrzeń „znana”, „oswojona”, już ją  „gdzieś widzieliśmy”. Możemy również przewidzieć, że wydarzenia, które się w niej rozegrają muszą mieć pozytywny finał. Film wyraźnie zmierza w kierunku pastiszu, zabawy, rozrywki.
             Tymczasem wydarzenia w "Konradzie Wallenrodzie" – podobnie jak sam bohater – ewoluują  jednoznacznie ku tragicznemu finałowi i użyte w nich środki artystyczne temu właśnie służą.  Być może czasy, w których żyjemy mają więcej cech groteski   i świadome są tego, że „wszystko jest formą”, a więc formami grają z widzem, nie stawiając sobie żadnych innych celów, jak tylko konsumpcyjno - rozrywkowe.
          Porównując powieść i film, łatwo zauważyć, że daleko odeszliśmy od XVIII-wiecznej moralistyki, przyjmując maski i maskarady jako coś naturalnego, co służy człowiekowi w nieustającej karnawalizacji świata. Współczesne kino, współczesna kultura masowa upodobały sobie jarmarczne oblicze zła; wykorzystują karnawałową tradycję do ukazania jego istoty. Zło jest nieśmiertelne jak zabijany i wiecznie powstający na cyrkowej arenie klown.

VI.  „Maska” i „Maski”...

         Byłoby, jak mniemam, dużym uproszczeniem przypisywać kulturze masowej wyłącznie cele konsumpcyjno-rozrywkowe. Film, bo tę sztukę mam na myśli, często kontynuuje motywy będące dotąd wyłącznie domeną literatury, niekoniecznie je zawłaszczając i spłycając. Tak się zapewne dzieje w przypadku filmów z Batmanem albo „Maski” w reżyserii Charlesa Russella, której bohater – życiowy nieudacznik – dopiero w masce zdolny jest do wielkich czynów. Ale warto przypomnieć, że współczesne kino podejmuje również problematykę ważką, jak to ma miejsce w filmie Claude’a Chabrola „Maski” – znakomitym thrillerze psychologicznym, będącym zarazem satyrą na „maskę medialną”, wykreowaną przez opiniotwórczą telewizję. W tym przypadku główny bohater – z pozoru szlachetny prezenter telewizyjnego shaw, autorytet moralny – okazuje się nie lada kanalią... Oto problem naszych czasów.

VII.  „Ensor z maskami”, czyli pointa


James Ensor, Ensor z maskami, 1898
       Ponieważ życie lubi pointy, więc i w moich rozważaniach jej nie zabraknie. Otóż W „Gazecie Wyborczej” z dnia 6 stycznia 2000 znalazłam relację Andrzeja Osęki z wystawy retrospektywnej Jamesa Ensora  w Brukseli oraz kilka interesujących reprodukcji, a wśród nich taką właśnie: na artystę napiera tłum masek i właściwie nie wiadomo, czy ktoś się pod nimi kryje. Obraz sprawia wrażenie, jakby pod maskami nie kryły się żadne twarze, bo ludzie, którzy się utożsamili ze swymi rolami, żyją dalej wyłącznie jako maski...
        Kultura masowa, w której przyszło nam żyć, pozbawia egzystencję rysów tragicznych. Bohater przywołanego przeze mnie na wstępie Gombrowicza jeszcze ucieka od maski... w inną maskę. Bohater „naszych czasów” nie widzi takiej potrzeby – maska stała się jego „naturalną” twarzą...
Zapewne dlatego Batman będzie bliższy współczesnemu młodemu człowiekowi niż Konrad Wallenrod. I co  na to, Nauczyciele – „Strażnicy Arki”?

Tekst ukazał się w 1. numerze "Warsztatów Polonistycznych" z 2000 r. Był też obszernie cytowany w książce Stanisława Bortnowskiego: "Zdziwienia polonistyczne czyli O sztuce na lekcjach polskiego" ("Stentor", Warszawa, 2003).




[1] Wcześniej uczniowie moi uczestniczyli w zajęciach edukacji filmowej, na których obejrzeli film i zapoznali się ze specyfiką kina komiksowego.
[2] M. Taraszkiewicz, Jak uczyć lepiej? Czyli refleksyjny praktyk w działaniu Warszawa 1998.  
[3] Janion M., Autonomia maski, w: Maski, wybór i oprac. M. Janion i St. Rosiek, t.2, s. 189.
                                      

NFM zaprasza na koncerty w sezonie 2026/2027

 Dwunasty sezon artystyczny Narodowego Forum Muzyki im. Witolda Lutosławskiego zaskakuje różnorodnością propozycji i skalą możliwości oddzia...

Popularne posty