Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Telemach Pilitsidis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Telemach Pilitsidis. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 października 2020

Telemach Pilitsidis: W Grecji jestem Polakiem, w Polsce - Grekiem /wywiad/

Rozmawiam z urodzonym w Grecji malarzem i poetą, a także wykładowcą malarstwa i rysunku w szkołach plastycznych oraz spiritus movens wielu przedsięwzięć w środowisku artystycznym Głogowa, którego jest honorowym obywatelem.

Telemach Pilitsidis, fot. Marek Borysiewicz

Barbara Lekarczyk-Cisek: Pańskie imię kojarzy mi się z Odyseją Homera, choć to nie Telemach wędrował, ale jego ojciec. Jednak Pański los przypomina dzieje tego bohatera, tyle że trafił Pan z Grecji do Polski i choć nie jest to Pańska Itaka, to jednak nią się stała.

Telemach Pilitsidis: Imię Telemach pochodzi od greckiego Telémachos i oznacza "walczący daleko". Jest odpowiednikiem starosłowiańskiego imienia Dalibor - "nieustannie walczący" lub `daleko walczący o Boga`. Telemach nie jest moim prawdziwym imieniem. Już Polsce nauczyciel greki, szukając dokumentów dotyczących mojego pochodzenia, zadecydował, że będę Telemachem. Nadane mi imię zawiera historię mojego życia, które było walką o przetrwanie, ale także walką o siebie z dala od ojczyzny.. Podróż do Polski była zwieńczeniem drogi pełnej rozmaitych przygód, jak przybycie Odysa do Itaki. 

A kiedy zaczęło się malowanie?

Malowałem od wczesnego dzieciństwa. Rodzice oddali mnie do szkoły w wieku pięciu lat. To była przechowalnia  dla dzieci, których rodzice pracowali na polu. Tam pewnie zetknąłem się ze sztuką. Rysowałem dużo i z wielką pasją. Mama mnie głośno podziwiała, a jej młodszy brat, licealista, wspierał mnie kolorowymi kredkami, które szybko  znikały w mojej buzi z braku ostrzałki. Rysowałem przede wszystkim domowe zwierzęta, m. in. kota Mruczka, który zawsze układał się pod piecem i pozował. W szkole zetknąłem się też z poezją Homera. Starsi uczniowie deklamowali fragmenty Iliady i Odysei. Wsłuchiwałem się w ich rytmiczne skandowanie i próbowałem naśladować .Tę część mojego życia opisałem w biograficznej książce "Bezsenne Oko"

Telemach Pilidsidis, Argument zmierzchu, olej na płótnie, 1984,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Pana malarstwo - pełne tajemniczych mitologicznych stworów i często bardzo dramatyczne - jest zapewne pochodną Pańskich przeżyć, tak traumatycznych, jak choćby wędrówka do Albanii, a potem do Polski. Ważnym etapem Pańskiego rozwoju stała się także Akademia Krakowska i pracownia Jerzego Nowosielskiego. 

Ukończyłem Liceum Sztuk Plastycznych w Szczecinie, znajdujące się w pięknej późnogotyckiej kamiennicy  Loitzów. Absolwenci po dyplomie wybierali uczelnie, z którymi nasza szkoła utrzymywała bliskie kontakty, jak Wrocław, Poznań czy Sopot. Ja wybrałem świadomie Kraków sądząc, że łatwiej mi będzie potem nostryfikować dyplom w Grecji. Akademia Sztuk Pięknych w Krakowie im. Jana Matejki, znana w całym świecie, była  magnesem dla wielu cudzoziemców. Ja poszedłem w ślady moich znakomitych kolegów ze Szczecina: Jorgosa Tarlasa i Wasyla Szopowskiego, którzy wspierali mnie na początku  mojego pobytu w Krakowie. 

W jaki sposób wpłynął na Pana Jerzy Nowosielski?


Telemach Pilidsidis, Mokry horyzont, olej na płótnie, 1984,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Od początku mojej kariery artystycznej byłem bardzo związany z Mistrzem Jerzym Nowosielskim, którego uważałem za wielki autorytet i bliską mi osobę. Wybrałem pracownię Jerzego w przekonaniu, że będę  pisał ikony, które były duchowo bliskie. Nasze relacje trwały przez wiele lat, nawet po studiach. Był dla mnie nie tylko nauczycielem, ale przyjacielem, z którym spędziłem wiele godzin poza szkołą. Byłem częstym gościem w jego domu i w pracowni. Tam ukształtowała się moja świadomość plastyczna .Często, trochę przez zazdrość, przypisywano mi etykietę malarza, który nie ma własnej tożsamości. Z perspektywy lat uważam, że było to krzywdzące. Interesowały mnie zupełnie inne tematy. Profesor Nowosielski w tym czasie uważał , że należy  uczyć się  jego warsztatu, by później, w oparciu o doświadczenia nabyte w jego pracowni, tworzyć własne dzieła. Na pytanie, czy to uzależnienie nie będzie przeszkodą, żeby się usamodzielnić, odpowiedź była jedna: dojrzały artysta zawsze znajdzie swoja drogę.  Kiedyś, po latach, zapytałem Jerzego, czy to dobrze, że utożsamiają mnie z nim. Odpowiedział z uśmiechem: "Skoro tak, to znaczy, że jesteś wielki". Kontynuowałem swoja nowosielszczyznę przez piętnaście lat. Trochę Telemacha  z tego okresu zobaczyć można zobaczyć w kościele Cyryla i Metodego we Wrocławiu.

Telemach Pilitssilis, Lęk rodzi zmory, olej na płótnie, 
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Moje  odcięcie się od pępowiny Mistrza nastąpiło z chwilą nastania Solidarności. W tym okresie powstało około 70 prac o tematyce antywojennej. Był to okres, kiedy wyzwoliłem się z płaskiego obrazowania i przeszedłem do tworzenia kompozycji  nastrojowych, bardziej emocjonalnych i symbolicznych. Okazało się, że rzeczywistość wokół jest tak intrygująca , że można z niej czerpać nieskończenie wiele tematów . W zmianie postrzegania świata dopomogła mi  własna ciekawość natury, jak i filozofia zen. W ten  sposób przeżyłem kompletną metamorfozę,  z czułym nastawieniem na rzeczywistość i sztukę. Od tamtej pory każdy mój obraz stał się nowym odkryciem jak każdy dzień jawi się nowym świtem.  Za twórczość otrzymałem 47 wyróżnień i medali w kraju i zagranicą. 

Dla postronnego obserwatora Pańskiej aktywności twórczej oraz pedagogicznej, a trzeba podkreślić, że wychował Pan kilka pokoleń artystów, może być zdumiewające, że będąc Grekiem, uczy Pan i pisze po polsku, w dodatku poezję...

Uczę z sukcesem – wielu  moich uczniów  skończyło studia wyższe i zrobiło karierę zawodową.  Są wśród nich architekci, projektanci mody, malarze, graficy i fotograficy.  Uczennicami moimi były malarki obecne na wystawie „Mity, symbole, abstrakcje”:  Małgorzata Maćkowiak i Roma, moja żona. Z wieloma uczniami  utrzymuję  dobre kontakty. Często odwiedzają mnie w drodze do swoich rodzin w Polsce. 

Jeśli chodzi o pisanie, posiadam już pokaźny dorobek w postaci czternastu tomików poetyckich i książki autobiograficznej „Bezsenne oko”. Próbowałem też swoich sił i w grece. Wspólnie z Kostasem, kompozytorem z Veroi,  przygotowaliśmy tomik poezji , który nigdy nie ujrzał światła dziennego z braku środków. Obecnie przygotowuję do wydania książki „Ślady czasu”. O wiele swobodniej czuję się w polszczyźnie, bo przez lata życia i nauki nasiąkłem polską kulturą. Podczas pobytu w Grecji jestem traktowany jak cudzoziemiec, Polak, a w Polsce jestem Grekiem (śmiech). 

To ciekawa i inspirująca sytuacja. Dziękuję za rozmowę.


Więcej informacji o malarzu oraz reprodukcje jego obrazów z różnych lat znajleźć można na stronie internetowej artysty: TUTAJ.

Rozmowa o wystawie „Mity, symbole, abstrakcje/tryptyk głogowski” w Galerii Miejskiej we Wrocławiu.


sobota, 22 sierpnia 2020

Sztuka jako fitness dla mózgu – rozmowa o wystawie „Mity, symbole, abstrakcje” w Galerii Miejskiej we Wrocławiu

W rozmowie na temat okoliczności powstawania wystawy w czasach apokaliptycznych, a także oddziaływania  malarstwa tak na twórców, jak i na odbiorców sztuki, wzięli udział artyści: Małgorzata Maćkowiak, Roma Pilitsidis, Telemach Pilitsidis oraz kuratorzy wystawy „Mity, symbole, abstrakcje/tryptyk głogowski”: Roger Piaskowski (historyk sztuki) i Mirosław Jasiński (Dyrektor Galerii Miejskiej). 


Rozmawiamy zamaskowani. Spotkanie z artystami i kuratorami na wystawie
"Mity, symbole, abstrakcje", fot. Martyna Czekała


Barbara Lekarczyk-Cisek: Wyznam na wstępie, że wystawa zaintrygowała mnie i swoim tytułem, i walorami prezentowanych prac. Było więc dla mnie oczywiste, że za ciekawymi obrazami muszą stać równie interesujący artyści, stąd wzięła się potrzeba spotkania z Państwem i utrwalenia tego wydarzenia.

Roger Piaskowski: No tak, bo to dzisiejsze spotkanie rekompensuje nam też brak wernisażu. Cała ta sytuacja jest dziwna. Zazwyczaj z okazji wystawy spotyka się i rozmawia o sztuce w  wernisażowym nastroju, więc dobrze się stało, że do takiego spotkania doszło.
Jesteśmy gotowi poznać, co to znaczy żyć w czasach Apokalipsy. Artyści próbują diagnozować tę sytuację. Tutaj mamy do czynienia z wystawą bardzo specyficzną, ponieważ trzy autonomiczne osobowości, nie stanowiące formalnej grupy, postanowiły zrobić coś wspólnie. I udało się to! Zarówno jeśli chodzi o obrazy, ich treści, jak też atmosferę kontemplacji, która dominuje, próbując zachować pewne wartości w czasach hm… proto-apokaliptycznych.


Wystawa "Mity, symbole, abstrakcje/tryptyk głogowski", fot. Agata Piątkowska,
Galeria Miejska we Wrocławiu

Barbara Lekarczyk-Cisek
: Nurtuje mnie, jak takie trzy wyraziste osobowości mogły zaistnieć na jednej wystawie i skąd wziął się jej tytuł.

Roger Piaskowski: Zdradzę na potrzeby dzisiejszego spotkania, jakie są kulisy tytułu „Mity, symbole, abstrakcje”. Otóż od dawna rozmawialiśmy o wystawie Romy, Telemacha i Małgorzaty, także wspólnie z Andrzejem Sajem, który bardzo dopinguje twórczość każdego z tych artystów. I to on właśnie jest autorem tytułu, na skutek pewnej mojej sugestii. Nieskromnie dodam, że myśląc o wystawie, musiałem też prowadzić różnego rodzaju rozmowy, aby wszystko to połączyć. Byłem przekonany, że to możliwe, pomimo tak dużego zróżnicowania życiowego, osobowościowego i artystycznego. Tutaj też należy szukać klucza do tytułu wystawy. Mity powiązane są bezpośrednio z twórczością Telemacha Pilitsidisa. Jeżeli chodzi o Małgorzatę Maćkowiak, to w jej twórczości pojawia się zagadnienie poszukiwania znaków, symboli w sztuce, w kulturze. Z kolei Roma Pilitsidis znajduje się, mówiąc skrótowo, w tym obszarze, który nazwać by można abstrakcją. Przy czym pojęcie abstrakcji jest tak pojemne, że w przypadku jej twórczości odnosi się raczej do tego, że dzieła, które tworzy, w swoim wyrazie formalnym, kompozycyjnym zmierzają jednak do próby przekazania myśli o pięknie, o sztuce, a także o pewnych teoriach abstrakcyjnych, matematycznych. Jest to zatem bardzo głębokie podejście do pojęcia abstrakcji.

Patrząc na prace trojga tak różnych artystów, trzeba także dostrzec wartość wspólną, która odnosi się do tego, że malarstwo w ujęciu klasycznym jest zawsze próbą samodzielnego podejścia do indywidualnych doświadczeń artystycznych, estetycznych, historycznych. Te niezwykłe obrazy, które oglądamy w Galerii Miejskiej we Wrocławiu, oddają hołd pięknu, sztuce w bardzo tradycyjny sposób. Jest to troszeczkę oderwane od rzeczywistości, ale dlatego, że sztuka jest taką właśnie przestrzenią, która w czasach pandemii może oferować duchowe oczyszczenie. Jest to zatem wystawa skłaniająca do kontemplacji, w dodatku muzyczna. Towarzyszy jej utwór muzyczny – trio, nawiązujące do trojga artystów, z których każdy tworzy na swój sposób, a jednak ekspozycja stanowi kompozycyjną całość.


Telemach Pilidsidis, Argument zmierzchu, 1984, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Barbara Lekarczyk-Cisek: Bardzo to interesujący eksperyment zderzenia ze sobą trzech osobowości, bo dzięki niemu następuje nie tylko rodzaj dialogu między obrazami i konwencjami, ale powstaje – jak w przypadku metafory – nadrzędna, trzecia wartość. Ciekawi mnie w związku z tym, co zdecydowało, że takie, a nie inne obrazy ze sobą sąsiadują, bo z pewnością wybór poprzedziła jakaś myśl. Zacznijmy więc nasze rozważania od tego, jakie prace chcieli pokazać na wystawie artyści i dlaczego właśnie te.

Roma Pilitsidis: Początkowo nie wiedziałam jeszcze, jak będą eksponowane. W moim przypadku nie mogłam się kierować wyborem tematycznym, jak w sztuce przedstawiającej. Chciałam, aby moje prace oddziaływały wizualnie – jako  całość. Ponadto pragnęłam pokazać obrazy z różnych lat, reprezentatywne, ponieważ po raz pierwszy miałam mieć wystawę w Galerii Miejskiej we Wrocławiu. Są tu więc prace wcześniejsze, ale także stworzone w dobie pandemii, kiedy przebywałam w zamknięciu i malowałam ciszę, odzwierciedlającą ciszę miasta – ulic, skwerów… Wcześniej, w 2018 roku, malowałam granice. W tamtym czasie były zupełnie inne, bo ludzie tłumnie migrowali. Natomiast granice malowane w czasach pandemii są przedstawione zupełnie inaczej – kompozycja i kolorystyka są odmienne, wykorzystuję dużo mocnej czerwieni.

Roma Pilitsidis, Granice, olej na płótnie, 2020 r.,  fot. Agata Piątkowska

Roger Piaskowski: Widzimy więc przykład obrazów oddających klimat swoich czasów językiem nieprzedstawiającym.

Barbara Lekarczyk-Cisek: Podobnie maluje swoje cykle prof. Konrad Jarodzki, którego wystawę oglądałam swego czasu w galerii na Dworcu Głównym we Wrocławiu. Impulsy (taki też tytuł nosiła wystawa) czerpał z prawdziwych wydarzeń, np. obrazy tragedii 11 września nie stanowią ilustracji czy fotograficznej wierności tego wydarzenia, są rodzajem metafory i symbolu…

Roger Piaskowski: Taki „komentarz” artysty do wydarzeń jego czasów jest przez to ciekawszy. Jeśli chodzi o wybór obrazów na wystawę, to był on wynikiem konsultacji. Chodziło o wybór dla artysty reprezentatywny. Poza tym każdy artysta ma własny program i wie, co chciałby pokazać. Ostatecznie wybraliśmy pewną pulę obrazów, którą  następnie konsultowaliśmy z Galerią. To był złożony proces. W przypadku mistrza Telemacha Pilitsidisa, który jest księciem malarzy Zagłębia Miedziowego, jest tak ogromna gama różnych postaw, poszukiwań, powiązanych na dodatek z poezją, że trudno było sprostać koncepcji trio. To jest wystawa bezprecedensowa z wielu powodów. Nie tylko dlatego, że jest pandemiczna i bez wernisażu, ale także przez to połączenie różnych osobowości w jedną całość.

Barbara Lekarczyk-Cisek: A jak wyglądały wybory z Pani punktu widzenia, Pani Małgorzato?

Małgorzata Maćkowiak: Miałam przygotować zestaw prac. A ponieważ maluję cyklami, trzeba jeszcze było wybrać konkretne prace z każdego cyklu. Zastanawiałam się, jak to wypadnie w zestawieniu z dużymi pracami Telemacha, bo ja ostatnio maluję małe formaty. Z początku nic mi się nie podobało. Moje dylematy scedowałam w końcu na specjalistów.

Roma Pilitsidis: To, że prace mają różne formaty, to bardzo dobrze! Wystawa jest ciekawsza, nie tak jednorodna, a obrazy się nie przytłaczają.

Telemach Pilitsidis: Wprawdzie nie ja jestem autorem wyboru prac, ale uważam, że jest to piękny wybór.

Barbara Lekarczyk-Cisek: Czy i w Pana przypadku mamy do czynienia z reprezentatywnym wyborem?

Telemach Pilitsidis: Ja tych „telemachów” mam w swojej pracowni kilkunastu, ponieważ jestem osobą pozornie spokojną, ale faktycznie wewnętrznie dynamiczną. Od początku mojej kariery artystycznej, w latach 70. I 80., mimo wielu wystaw i nagród, długo nie mogłem oderwać się od pępowiny łączącej mnie z moim mistrzem Jerzym Nowosielskim. Obecnie, z perspektywy lat uważam, że moje prace wcale nie były takie „nowosielskie”. Warsztat był być może podobny, ale każdy z nas wyrażał co innego. W pracach prezentowanych na wystawie nie ma już Nowosielskiego, to już są „telemachy”. Znajdujący się na niej  mój obraz „Angelika” miał być w założeniu ikoną Angeliny Jolie – kobiety współczesnej. Tylko czy widz to skojarzy?


Telemach Pilidsidis, Angelika, olej na płótnie, 2017, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Roger Piaskowski: Charakterystyczne jest, że po opuszczeniu pracowni obraz zaczyna żyć swoim tajemniczym życiem, ponieważ ukrywa w sobie treści, znaczenia dotyczące życia artystów, tradycji malarskiej, w której się ukształtowali (Nowosielskiego, Makowskiego czy Matisse`a), ale potem zaczyna też żyć życiem odbiorcy – w sensie społecznym. Powstaje pytanie: jak to wszystko połączyć w jedną wartość? Można by odpowiedzieć, że sztuka jest taką sferą, w której obraz funkcjonuje w sposób szczególny. Sztuką może też być sposób życia artysty. Ja jednak dostrzegam w obrazach trojga artystów silny element sakralizacji.

Małgorzata Maćkowiak: Przestrzeń tworzenia była od prapoczątków sakralizowana, jak tego dowodzi choćby malarstwo Aborygenów czy rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej, Indian Hopi  i ich sand paintings. Być może odziedziczyliśmy po przodkach takie traktowanie obrazu. W związku z tym obraz, a w konsekwencji ikona, jest przestawieniem świętości.

Otwartą pozostaje sprawa odbioru dzieła sztuki. Hrabal powiada o swoich powieściach, że są półproduktami, dopiero czytelnik sprawia, że stają się pełnowartościowe. Podobnie rzecz ma się z obrazami.
Chciałabym też zwrócić uwagę na odkrycia neuroestetyki.  Jej twórca, Profesor Semir Zeki, z University College London, sugeruje, że jeśli nadal, po tak wielu tysiącach lat, tworzymy obrazy, to musimy ich w jakiś stały sposób potrzebować. Według Zekiego artyści posiadają intuicję lub raczej „tajemną” czy „ukrytą wiedzę” na temat zasad neurofizjologii percepcji i emocji, które nieświadomie wykorzystują podczas procesu tworzenia dzieła. W tym sensie każdy artysta swoim dziełem uruchamia cały zespół procesów neurofizjologicznych w mózgu widza i powiązane z tym procesem emocje: poczucie piękna, wzruszenie, zachwyt estetyczny i uniesienie. „Artysta to nieświadomy neurobiolog”, a dzieło sztuki to „superbodziec”. Wedle neuroestetyki, malowanie i oglądanie malarstwa uplastycznia nasz mózg, obniża poziom stresu, pobudza kreatywność i umiejętności poznawcze… Bez sztuki nie bylibyśmy na takim etapie rozwoju, być może bylibyśmy zupełnie innymi ludźmi, bardziej prymitywnymi. Sztuka „rzeźbi” nasz mózg, ułatwia myślenie. Kiedy patrzymy na obraz, nasz mózg pracuje. Być może wszyscy ci prymitywni przodkowie właśnie dlatego tak się rozwinęli. Pójście do galerii to jakby fitness dla mózgu (śmiech).


Małgorzata Maćkowska, Znak w przestrzeni pojęć, olej na płótnie, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Barbara Lekarczyk-Cisek: Pozostaje więc mieć nadzieję, że odwiedzający tę wystawę wejdą w dialog z obrazami i „dopowiedzą” do nich wiele interesujących treści, obniżając sobie przy okazji poziom stresu i podnosząc kreatywność (śmiech).  Dziękuję Państwu za spotkanie.

Stoją od lewej: Małgorzata Maćkowiak, Telemach Pilitsidis, Roma Pilitsidis, Roger Piaskowski


Wystawie towarzyszy starannie wydany dwujęzyczny katalog, zawierający obszerny esej Rogera Piaskowskiego: "Trio na instrumenty malarskie", prezentujący także sylwetki i reprodukcje obrazów trojga artystów.



Przeprowadziłam także indywidualne rozmowy z artystami, które znleźć można pod poniższymi linkami:

wtorek, 30 czerwca 2020

Mity, symbole, abstrakcje/ tryptyk głogowski - wystawa w Galerii Miejskiej we Wrocławiu

2 lipca przestrzenie wrocławskiej Galerii Miejskiej wypełni malarstwo trojga artystów na co dzień żyjących i pracujących w Głogowie: Telemacha Pilitsidisa, Małgorzaty Maćkowiak i Romy Pilitsidis. Tytuł wystawy „Mity, symbole, abstrakcje/ tryptyk głogowski” zwraca uwagę na pozawizualne kategorie, w których rozpatrywać warto dzieła wymienionych twórców. 

Telemach Pilitsidis, Zmowa milczenia, olej na płótnie, 100x80 cm

Tym, co łączy głogowskich artystów jest z pewnością konsekwentnie realizowana przez nich strategia twórcza polegająca na dowartościowaniu medium malarskiego nie tylko na poziomie samej widzialności, ale także na uruchamianym przy okazji obcowania z dziełem poziomie podświadomości, intuicji, skojarzeń i metafor. W ten sposób, wikłając obraz w symboliczne narracje, Telemach Pilitsidis, Małgorzata Maćkowiak i Roma Pilitsidis przywracają mu intelektualną jakość.

Telemach Pilitsidis, Podwórka II, olej na płótnie, 130x110 cm, 1999r

W swoich próbach uwidocznienia niewidocznego głogowscy twórcy korzystają z rozmaitych estetyk i rozwiązań warsztatowych. W naznaczonych metafizycznym pierwiastkiem i dążących do kolorystycznego porządku dziełach Telemacha Pilitsidisa silnie wybrzmiewają echa twórczości Picassa, Rembrandta i Goi, ale także jego mentora z czasów studiów na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, Jerzego Nowosielskiego.

Małgorzata Maćkowiak, Genesis - dzień drugi, technika własna, akryl na płycie, 77x77cm, 2010

Z kolei balansujące pomiędzy abstrakcją a przedstawieniowością malarstwo Małgorzaty Maćkowiak wyrasta z rozważań nad symbolem, pismem i – w ogóle – znakiem. Za pomocą swoich obrazów artystka wskazuje na odwieczne przenikanie się makro- i mikrokosmosów, poszukując utraconej jedności wszechrzeczy – równowagi i prawdy, która łączy człowieka z naturą, Ziemią i kosmosem.

Roma Pilitsidis, Stan obecny II, lipiec, olej na płótnie, 100x100 cm, 2007r

Roma Pilitsidis natomiast za pośrednictwem barwnych, geometrycznych kompozycji nadaje Malewiczowskiej bezprzedmiotowości mnogość czystych, żywych odczuć akcentowanych nie tylko harmonią barw, ale i wyraźnym malarskim gestem.

Wystawa „Mity, symbole, abstrakcje/ tryptyk głogowski” to jednak nie tylko próba nakierowania rozważań odbiorcy dzieła na sferę doznań i wyobrażeń. To także próba przyjrzenia się temu, w jaki sposób kształtuje się, jakie tematy podejmuje i w którą stronę zmierza twórczość artystyczna rozwijająca się z dala od głównych ośrodków polskiej sztuki.

Ekspozycja potrwa do 27 sierpnia 2020.
Kurator: Mirosław Jasiński

informacja prasowa

„Feliks Janiewicz – Complete Violin Concertos” – nowy album wydany przez Narodowe Forum Muzyki

7 sierpnia 2026 roku premierę będzie miał nowy album Narodowego Forum Muzyki im. Witolda Lutosławskiego we Wrocławiu, nagrany przez Bartłomi...

Popularne posty