Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Sic!. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Sic!. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 listopada 2017

Leonid Bieżyn: "Anton Czechow. Droga na wyspę katorżników" - O tajemnicy duchowego przeobrażenia /recenzja książki/

Leonid Bieżyn opowiada fascynująco o tajemniczych powodach podróży Czechowa na Sachalin, doświadczeniu granicznym i powtórzeniu wyprawy sto lat później. Jak pojąć tę zagadkę..?

Leonid Bieżyn, Anton Czechow. Droga na wyspę katorżników, Wyd. Sic!


Mam w duszy zimną galaretę

Tak oceni swój stan ducha Antoni Czechow płynąc statkiem na Sachalin. Dlaczego więc tam wyruszył? Oto pytanie, które stawia Leonid Beżyn w znakomicie napisanej biografii autora ”Trzech sióstr”. Aby zgłębić tę tajemnicę, udaje się śladami swego ukochanego pisarza, także na Sachalin. To niezmiernie rzadkie, aby biograf nie poprzestał na ślęczeniu w bibliotece, lecz próbował ”odczytać” poprzez fakty to, co uchwycić najtrudniej (o ile w ogóle jest to możliwe), a mianowicie – duchowy stan swego bohatera, bo przecież tam jest początek wszystkiego.

”Sachalin  - pisze Bieżyn – nie jest dla Czechowa książką, lecz czynem.

Zagadką jest, jak do tego czynu doszło i by ją pojąć, trzeba poznać dogłębnie samego człowieka. Bieżyn dokonuje swoistej r e k o n s t r u k c j i  wydarzeń, udając się do miejsc z Czechowem związanych, uważa bowiem, że człowieka i jego historię można pojąć właśnie poprzez miejsce.

Moskwa Czechowa


Antoni Czechow przyjeżdża do Moskwy na wakacje wiosną 1877 roku, mając siedemnaście lat. Mieszkali tu już od jakiegoś czasu jego rodzice, ojciec bowiem zbankrutował i musiał z Taganrogu uciekać. Młody człowiek ogląda, co się da i jest Moskwą zachwycony. Postanawia zamieszkać w niej na stałe, gdy tylko ukończy gimnazjum. Rodzina żyje skromnie i stale się przeprowadza, dopóki nie wynajmie obszernego domu Korniejewa na Sadowej, podobnego do komody. Anton w tym czasie studiuje medycynę i zarabia pisaniem. Bieżyn nie tylko znakomicie zna relacje między członkami rodziny, kreśli pysznie charaktery braci i siostry, ale także zna drobiazgowo urządzenie domu, a szczególnie gabinetu, w którym Czechow pisze, jego rozkład dnia, a nawet – jakiej muzyki słucha (szóste preludium Chopina, które często gra utalentowany artystycznie brat Nikołaj, alkoholik, którego przedwczesna śmierć także przyczyniła się do decyzji wyjazdu Antona na Sachalin). Czytając, niezauważenie wchodzimy w tamten świat – słyszymy, widzimy, uczestniczymy… Sto lat później będziemy krążyć po ulicach, którymi chadzał pisarz, wraz z jego biografem, oczywiście pieszo (my – w wyobraźni, ale przecież widzimy, czujemy), zaglądniemy także do domu Korniejewa i mając wrażenie – podobnie jak Bieżyn – że  czas przestał istnieć

Człowiek południa


Próbując dociec tajemnicy swego ulubionego pisarza, Bieżyn stawia w swojej książce śmiałą tezę o związku osobowości człowieka z miejscem narodzin. To coś więcej niż twierdzenie Johanna Goethego, że jeśli chce się dobrze poznać twórcę, należy udać się do miejsc, w których żył. Bieżyn zakłada bowiem, że miejsce urodzenia nosi się w sobie przez całe życie, a jeśli Czechow był człowiekiem południa, oznacza to, że był zrośnięty z tutejszą przestrzenią, przesycony nią, jej powietrzem, zapachami stepu i szeroko rozpostartym, usypanym gwiazdami, aksamitnym, baśniowo pięknym nocnym niebem. Dlatego całe życie ciąży później w kierunku południa, marzy o wyjeździe do Afryki Południowej albo do Indii. I jak ”człowiek południowy” – wcześnie dojrzewa, dorasta, poznaje tajemnice miłości.
Udając się do Taganrogu  Bieżyn nie ma wielkich nadziei, że zachowały się materialne ślady pobytu pisarza, a jednak się szczęśliwie myli. Stoi bowiem piętrowa przybudówka, w której się urodził, a także dom Mojsiejewa, na piętrze którego Czechowowie mieszkali, zaś na parterze znajdował się ich sklep – karmiciel i niszczyciel zarazem, bo ciężko w nim pracując po lekcjach, chłopcy nie mieli zbyt wiele czasu nawet na naukę. Zachował się też budynek gimnazjum, gdzie nie było nic prócz kucia, zmęczenia i nudy, a także gmach teatru, w którym Anton bywał wraz z bratem Iwanem – równie jak on zapalonym teatromanem. Aby dostać się na tzw. jaskółkę i wysiedzieć w potwornym ścisku przez cały spektakl, wymagało to nie lada samozaparcia.

Droga przez mękę


Ale najważniejsza dla tej biografii jest droga na Sachalin.  Nie jest to zwyczajna podróż, lecz raczej pielgrzymka do miejsca największej ludzkiej nędzy. Bez niej Czechow nie przeszedłby owej głębokiej wewnętrznej przemiany – to jego podwig – heroiczny czyn, ofiara z siebie samego.  Sachalin to była jego obsesja, szaleństwo i wewnętrzny imperatyw. Doświadczenie graniczne. Gdzieś u jego źródeł tkwi postawa ofiarnika, dla której medycyna (bo przecież Czechow był lekarzem) staje się drogą do wypełniania prawd ewangelicznych, będąc w swej istocie służbą bliźniemu. Takimi prawdziwymi lekarzami z powołania, którzy rezygnują ze wszystkiego, by móc służyć chorym, byli Botkin i Zacharjin, ale dla Czechowa – przede  wszystkim Nikołaj Przewalski.

Ofiarnicy są nam potrzebni jak słońce – pisze Czechow. (…) inspirują, radują i uszlachetniają. Nazywa ich też istotami wyższymi, ludźmi zdolnymi do największych poświęceń. I oczywiście pragnie naśladować. Wyrusza na Sachalin, jak Przewalski do Azji Środkowej. U podstaw tej decyzji istotna jest myśl, że Rosję uratują właśnie ofiarnicy.

Jedzie elegancko ubrany i wyposażony przez rodzinę, która go do tej podróży starannie przygotowała (inna sprawa, że kupione przez brata wspaniałe buty okazały się za ciasne, a piękny kufer obijał mu boki), przeczytawszy specjalistyczną literaturę. A jednak Bieżyn polemizuje z takim obrazem wyprawy Czechowa:
Pańska wyprawa na Sachalin – przemawia wprost do swego bohatera – jest czymś zupełnie innym, czymś rosyjskim, głębinowym, co wynika z potrzeby zaznania cierpienia i ucieczki przed rozpaczą (…).

Oczywiście, jego heroiczny czyn, ofiarność, wzięte na siebie dobrowolnie cierpienie nie byłoby możliwe bez głębokiej wiary, choć wiara Czechowa nie jest wcale tak oczywista i widoczna. Surowe religijne wychowanie z jednej strony spowodowało uraz i dystans, z drugiej zaś – szczere ewangeliczne umiłowanie człowieka.

Sto lat później…


     Swoją pielgrzymkę na Sachalin odbywa także biograf Czechowa – Leonid Bieżyn. Rezygnuje z wygodnej i szybszej podróży samolotem i stara się powtórzyć marszrutę swego ukochanego pisarza – idąc jego śladami. Okazuje się, że wszystko jest tak, jak u Czechowa, tylko system stał się jeszcze bardziej opresyjny, a ludzkie cierpienie przekroczyło wszelką miarę. Czechow pragnął napisać rodzaj raportu z tej wyprawy, aby w ten sposób zwrócić uwagę społeczeństwa i władzy na istniejący problem, coś zmienić. Wydawało mu się, że gorzej już być nie może. Bieżyn ma wiedzę i świadomość, że Czechow się mylił. Stalin bowiem udowodnił, że cierpienie nie ma dna. Za jego czasów nikt by Czechowa do obozu nawet nie wpuścił.

W siódmym rozdziale ”Sachalinu” Czechow ogląda dolinę z latarni morskiej i wydaje mu się wówczas, że katorga spogląda na świat czerwonym okiem. Uświadamia sobie wówczas, jak smutno i ciężko żyje się ludziom na dole. Bieżyn wraca na to miejsce ponownie, aby spojrzeć na Sachalin oczami Czechowa, ale – choć latarnia nadal stoi – nie udaje mu się na nią wejść. Nie ma jednak wątpliwości, że jest właśnie tak, jak napisał Czechow, bo

Przeczytać o czymś u Czechowa, to to samo, co doświadczyć tego osobiście.

Biografię kończy jednak optymistycznym akcentem – spotkaniem z dobrym człowiekiem, któremu szczęście daje możliwość pomocy innym. Współczesny ofiarnik? A dlaczego nie?
Dobry z niego człowiek, czechowowski… - czytamy.

     Biografia Czechowa została znakomicie przetłumaczona przez Renatę Lis – autorkę książki o Iwanie Buninie ("W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu") oraz ”Ręki Flauberta”. Obie te książki są w jakimś sensie podobne do biografii Bieżyna. Ukazują pisarza poprzez jego tajemnicę, wskazując zarazem na silny związek między nim a miejscem, do którego przynależy. I nie są suche – mają temperaturę emocji, którymi pisarz obdarza swojego bohatera. Tłumaczenie książki Bieżyna jest nie tylko bardzo dobre i świetnie się je czyta – autorka zachowała także niektóre słowa rosyjskie (objaśniając ich znaczenie w przypisach), w przypadku gdy polski odpowiednik nie jest w stanie oddać bogactwa treści. To takie smaczki, dzięki którym udaje się poczuć opisywany świat i sposób myślenia o nim.

Książka Leonida Bieżyna: `Anton Czechow. Droga na wyspę katorżników` ukazała się w 2016 roku w Wydawnictwie Sic!, w tłumaczeniu Renaty Lis.

Recenzja została opublikowana na portalu Kulturaonline.


czwartek, 26 października 2017

Renata Lis: "Ręka Flauberta". Zdejmowanie maski /recenzja książki/

Zdejmuję maskę pośmiertną ze śladami rzęs i całunów,
Odlewam formę, która przechowuje kształt umarłego ciała.
Renata Lis, Ręka Flauberta

Wydawnictwo Sic!



Swoje książki pisał ręką na poły obumarłą wskutek głębokiego oparzenia. Na biurku trzymał stopę mumii, która służyła mu jako przycisk do papieru. Żył w świecie nieobecnych, dzięki czemu istnieli oni bardziej intensywnie. W biografii Flauberta – bo o nim mowa – znakomicie napisanej przez Renatę Lis, urodzony przed 190 laty pisarz uobecnia się tak dalece, że poddajemy się fascynacji jego osobą,  chętnie i bez oporów dając się prowadzić jego ścieżkami.


Przywołany w postaci motta cytat z książki Renaty Lis jest echem wspomnienia Guy de Maupassanta – pisarza i duchowego syna artysty, który po śmierci Gustawa Flauberta zdjął maskę z jego pełnej mocy twarzy. Taki sam gest uczynił przed laty sam autor „Pani Bovary”, kiedy zmarła jego ukochana siostra, a wykonane na jej podstawie popiersie stało w jego gabinecie aż do śmierci pisarza.  

Biografia jako subiektywny hipertekst


Renata Lis również zdaje się „zdejmować maskę pośmiertną”.  Ocala mianowicie pamięć o pisarzu postępując jak on: tworząc jego biografię w sposób nietypowy i twórczy, często bardzo osobisty – nie tylko z pozostałych po nim okruchów: listów, dziennika, wspomnień. Rekonstruuje ją także z własnych podróży do „miejsc flaubertowskich”, z jego twórczości, a także z własnych przemyśleń i doświadczeń. Wszystko to razem tworzy swoisty hipertekst. Renata Lis nie ukrywa bynajmniej swojej obecności w tworzonej przez siebie biografii pisarza, którym jest wyraźnie zafascynowana. Śmiało mówi o swoich sympatiach, niechęciach, snuje domysły i prowokuje do przemyśleń. Rekonstruuje dom rodzinny Flauberta, którego jadalnia sąsiaduje zaledwie cienkim przepierzeniem z salą chorych i umierających, bowiem ojciec pisarza był chirurgiem i rodzina mieszkała na terenie szpitala, w przybudówce.

Dzieckiem bawiłem się w amfiteatrze anatomicznym” – pisze o sobie w liście do przyjaciółki. Równocześnie zaś oglądamy oczami Renaty Lis osobliwe panopticum, ponieważ współcześnie znajduje się tam muzeum pełne starych medycznych sprzętów i akcesoriów, nierzadko budzących grozę. Znajduje się tam m.in. manekin skonstruowany przez nadworną akuszerkę Ludwika XV, na którym uczono odbierać porody:

Ów manekin jest to naturalnej wielkości tors kobiety wykonany z wypchanej papierem burej tkaniny, z kikutami nóg obciętych powyżej połowy uda i powiększonym kroczem, z którego zwisa ususzony ludzki płód na również suchej pępowinie (autentyczny).

Ten i inne sugestywne opisy uświadamiają nam, w jakim środowisku  wyrastał mały Gustave. Z drugiej strony, ów medyczny horror pozostawał na drugim planie – przeźroczysty jak powietrze, którym się oddycha. Paradoksalnie bowiem autor „Pani Bovary” miał szczęśliwe dzieciństwo i kochających rodziców.

Autorce biografii udaje się rzecz zgoła niezwykła: oto zaczynamy patrzeć na Flauberta jej oczami. Poznajemy rozkład dnia i obyczaje domu w Croisset, gdzie spędził większość życia, opiekując się siostrzenicą, a później starą matką,  i gdzie prowadził niemal pustelnicze życie. Mawiał nawet żartobliwie, że jest ostatnim z Ojców Kościoła. Była to cena, którą płacił za żmudną pogoń za właściwym słowem. Uważał, że sztuka jest – przez osobę artysty – głęboko zjednoczona z naturą, będącą warunkiem jej istnienia. Pisanie było dla niego rodzajem medytacji. Nie był to jednak oderwany od rzeczywistości człowiek. Przeciwnie – dokumentację czerpał z życia. Jednak u podstaw każdej książki leżała głęboka medytacja i wizualizacja wszystkiego, co potem zapisywał.

Artysta powinien być w swoim dziele jak Bóg w stworzeniu


Artysta powinien być w swoim dziele jak Bóg w stworzeniu, niewidzialny i wszechmocny, żeby czuło się go wszędzie, a nie widziało nigdzie – napisał w jednym z listów.

Wraz z autorką snujemy także domysły na temat jego związków z kobietami, poznajemy przyjaźnie, m.in. z Turgieniewem i George Sand, a nawet kulinarne upodobania. Wszystko to tworzy człowieka pełnowymiarowego, prawdziwego. Był nietuzinkowy i pełen sprzeczności. Przede wszystkim jednak pisarzem – eremitą, nie przypadkiem więc dziełem jego życia stało się „Kuszenie świętego Antoniego”, które pisał i poprawiał wielokrotnie.

Są w książce Renaty Lis ustępy błyskotliwe, dowcipne i uwodzicielskie. Gdybym musiała wybrać jeden z nich (a na szczęście nie muszę, bo jest ich wiele), przytoczyłabym fragment przeczytany (ale nie – wyryczany bynajmniej, jak to było w zwyczaju Flauberta) przez autorkę podczas spotkania z czytelnikami w ramach Promocji Dobrych Książek we Wrocławiu:

Ten, kto tu był, wie doskonale, że codzienny widok krów pasących się na wzgórzach i fazelach – typowy pejzaż normandzki – robi coś dobrego ze skołataną duszą i człowiek zaczyna marzyć, żeby być krową albo chociaż się koło krowy położyć, bo wyobraża sobie, że to musi przynieść ulgę w istnieniu.

Sądzę przekornie, że aby poczuć ulgę w istnieniu, nie trzeba jechać do Normandii. Wystarczy wziąć do ręki biografię Flauberta Renaty Lis i czytać ją nieśpiesznie, kontemplując.

"Ręka Flauberta" Renaty Lis ukazała się w Wydawnictwie Sic!

Recenzja była opublikowana na portalu Kulturaonline.

Renata Lis: "W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu"

Książka Renaty Lis opowiada o losach Iwana Bunina na emigracji w okupowanej Francji. Jednakże nasycenie refleksją czyni z niej coś więcej niż biografię - to raczej rozbudowany esej dotykający różnych uniwersalnych tematów: losu, przemijania, miłości, emigracji...

Wydawnictwo Sic!

Trup przeszłości, czyli rozważania na temat losu

Opowieść o życiu rosyjskiego noblisty nie rozwija się w porządku chronologicznym, ale - by tak rzec - w rytmie istotnych wydarzeń i miejsc, które są tej biografii esencją. Niekiedy przypomina ona bardziej narrację filmową niż literacki dyskurs (może dlatego, że pamiętamy obrazami?), o czym świadczy już pierwsza scena, której akcja rozwija się we wspomnieniu Bunina z 1918 roku. Oto upalny dzień nad Dnieprem. Ludzie kąpią się, śmieją rozpalają ogniska i pieką kiełbaski. Nagle tę atmosferę pikniku zakłóca ... napęczniały trup w garniturze. Ów trup zabitego w wojnie domowej mężczyzny jest zarazem trupem przeszłości, od którego Bunin całe życie próbuje się bezskutecznie uwolnić. 

Renata Lis podejmuje równocześnie z opowieścią o losach swojego bohatera ("często patrzę na postaci oczami Bunina, trzymając jego stronę"), refleksje na temat "losów równoległych", przywołując polskich emigrantów: Andrzeja Bobkowskiego we Francji, a także  Olę i Aleksandra Watów, którzy w tym samym czasie mieszkali w Kazachstanie w lepiance z gliny i krowiego łajna, cierpiąc straszliwy głód i zimno. Owe "losy równoległe" służą autorce do snucia refleksji nad meandrami ludzkiego losu, są też próbą jego zrozumienia:

(...) nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie takiego zła, którego sami nigdy nie doświadczyliśmy, albo którego nie doświadczyli nasi bliscy lub nasi przodkowie, i zawsze ratujemy się wtedy jakąś protezą z zasobu własnych wspomnień lub rodzinnych opowieści, która wydaje się być temu wielkiemu złu najbliższa.

Los Bunina na emigracji był z pewnością obiektywnie łatwiejszy. Przede wszystkim zachował życie (jego brat Jurij pozostał w Moskwie, gdzie umarł z głodu i zimna), ale jednocześnie nigdy nie zakorzenił się na obcej ziemi. Przez trzydzieści lat nie nauczył się mówić swobodnie po francusku, nie zawarł przyjaźni z Francuzami. Istniał tam - pisze Renata Lis - jak istnieje ktoś, kto życie zostawił w innym miejscu globu.

W kontekście rozważań na temat losu jawi się także problem emigracji. Czy emigracja jest tylko i zawsze odchyleniem od linii losu - pyta autorka - czy też jest lub bywa losem samym? Czy Bunin napisałby to, co napisał, gdyby pozostał w Rosji? Czy miałby podobne fantazje? Czy poznałby te same ciemne aleje? I nie chodzi o to, aby dać jednoznaczną odpowiedź. Rzecz w tym, aby się zastanowić, także nad kolejami własnego losu.

                Nomen est Omen - imię jest przewodnią wróżbą, przeznaczeniem

Jeżeli imię jest przeznaczeniem człowieka, jak pisał w Prawosławiu Paul Evdokimov, to nie mniej ważny jest akt nadania imienia, gdyż wydobywa na jaw istotę człowieka - jak pisze Renata Lis - oraz jego zadania, a tym samym określa jego dalszą drogę.

Otóż Bunin miał zostać pierwotnie ochrzczony jako Filip, jak sam o tym opowiedział po latach, ale sprzeciwiła się temu z całą mocą jego niania. Nadano mu więc pośpiesznie imię Iwan, a jego imieniny przypadły na święto przeniesienia relikwii św. Jana Chrzciciela z Gatczyny do Petersburga. 

Autorka opowiada historię relikwii, by w charakterystyczny dla siebie sposób powiązać jej losy z losami innych ludzi, przede wszystkim Bunina. Poza wszystkim opowieść sama w sobie jest fascynująca i niezwykła, a przy tym okazuje się, że ma ona silne związki ze współczesnością.

Ową relikwią była ręka świętego - prawica, którą kładł na głowie Jezusa, kiedy chrzcił Go w rzece Jordan. Podobno oddzielił ją od ciała  święty Łukasz Ewangelista, kiedy wracał do rodzinnej Antiochii. Tam - ukryta w wieży - przetrwała prześladowania chrześcijan, a wydobyta z kryjówki - zaczęła czynić cuda. Koleje losu relikwii są bardzo burzliwe. Wykradana, zmieniała ciągle miejsca pobytu, aż wreszcie trafiła na wyspę Rodos, do siedziby joannitów - w dowód uznania dla waleczności rycerzy - zakonników, którzy bronili Konstantynopola. Kiedy w XVI w. zakonnicy uciekli na Maltę, wzięli relikwię ze sobą i wznieśli tam świątynię ku czci swego patrona. Kiedy jednak wyspę podbił Napoleon, rycerze maltańscy postanowili poszukać opieki w Rosji. Tak trafiła ona do carskiej rezydencji w Gatczynie. A ponieważ było to 12 października 1799 roku (25 października nowego obrządku), toteż ten dzień został ustanowiony świętem. Po przewrocie bolszewickim relikwie zostały wywiezione za granicę i równie dramatyczne były losy kolejnych patriarchów, którzy się nimi opiekowali. Rosjanie odkryli miejsce pobytu świętych szczątków dopiero w 1993 roku, a w 2006 - w czasie drugiej kadencji Władimira Putina, na prośbę Cerkwi rosyjskiej, prawica Jana Chrzciciela została oddana Rosji. Być może - konstatuje autorka - nowi władcy Rosji użyli relikwii do symbolicznego utrwalania władzy. 

Sam Bunin nie umiał dostrzec w niej sacrum - była dla niego groźna i śmieszna. Była także wyrazem aktualizującego się wciąż od nowa azjatyckiego obłędu " naszych przodków". Mimo że pisarz długo żył w przekonaniu, iż wiara nie jest mu do niczego potrzebna, to jednak jego stosunek do religii uległ zmianie w czasie rewolucji, kiedy to wypowiedziano wojnę duchowości we wszystkich jej przejawach. Kiedy zniszczono człowieka w człowieku, Bunin zrozumiał, że nie był i nie będzie ateistą, że nie potrafi żyć bez świątyni - bez transcendencji. Bez niej bowiem człowiek zdolny jest do rzeczy strasznych.

Janem nazwała Bunina jego żona Wiera Nikołajewna. Dała mu je na pamiątkę jego polskich korzeni. Ród Buninów wywodził się bowiem od Symeona Bunkowskiego, który wyjechał z Polski do wielkiego księcia Wasyla Wasiljewicza. Gestem tym żona odsunęła od niego Rosję na bezpieczną odległość polskiego imienia.

Coś nieskończenie pięknego - kobiety Bunina

O życiu miłosnym Bunina pisze autorka w sposób subtelny i wnikliwy. Interesują ją skomplikowane relacje międzyludzkie, a zarazem pozostawia dla nich pewną sferę tajemnicy.

O pisarzu można powiedzieć, że był kochliwy, ale w jego życiu były ważne przede wszystkim dwie kobiety: druga żona - Wiera i kochanka Galina. Pierwsza kochała go bezgranicznie i dawała tego dowody do końca życia pisarza (była od niego o dziesięć lat młodsza). Należała do tych bezgranicznie oddanych kobiet rosyjskich - cytuje autorka Wasilija Janowskiego - (...) które bez wahania idą za mężem na Sybir, gotowe na każdą ofiarę.  
Ślub wzięli dopiero po latach, w Paryżu. O miłości do Wiery mówił Bunin:

Ona jest składową, niezastępowalną częścią mnie. (...) Rozłąki z nią przeżyć bym nie umiał. (...) Zawsze dziękuję Bogu, do ostatniego mojego oddechu będę Mu dziękował za to, że zesłał mi Wierę Nikołajewnę.

Wiera doskonale wiedziała, że mąż lubi towarzystwo młodych i pięknych kobiet, że musi być trochę zakochany, że pragnie być przez kobiety adorowany. Jeśli miewał romanse, to były one dobrze ukrywane. Do czasu, gdy poznał Galinę... Nigdy nie przestał jej kochać, nawet, gdy od niego odeszła. Nie traktował związku z nią jako romansu. Galina była dla niego danym od Boga dobrem. Udało mu się nawet przekonać żonę do tego, aby zgodziła się na zamieszkanie Galiny pod ich dachem. W swoim dzienniku Wiera zapisała:

Idąc na dworzec [w Nicei], nagle zrozumiałam, że nie mam prawa przeszkadzać Janowi kochać, kogo chce, skoro jego miłość ma źródło w Bogu. Niechaj kocha Galinę, Kapitana, Żurowa - byle od tej miłości było mu dobrze na duszy.

Oczywiście, do takiej refleksji dochodzi się po dłuższym czasie i nie bez nieodłącznego od tej relacji cierpienia.

Ogromnie ciekawa jest także lektura dzienników Galiny, która w tym związku również nie czuła się komfortowo. A jednak zdecydowała się towarzyszyć temu mężczyźnie. Z pewnością była wrażliwa, oczytana i utalentowana. W swoim dzienniku pisała:

W ostatnim czasie najczęściej przebywam z Wierą Nikołajewną. (...) Wczoraj wieczorem obie zostałyśmy w domu, leżałyśmy u niej na łóżku i rozmawiałyśmy o ludzkim szczęściu i o mylnym jego wyobrażeniu. Ludzkie szczęście polega na tym, żeby nie pragnąć niczego dla siebie, Wtedy dusza się uspokaja i zaczyna znajdować dobro tam, gdzie zupełnie się tego nie spodziewała.

Dzieje tego "trójkąta" (a później "czworokąta") miały zresztą swoją dramaturgię i zaskakujący koniec, ale po szczegóły radzę sięgnąć do tej znakomitej książki.

Warto jednak przytoczyć, co sam Bunin sądził o kobietach. Otóż  uważał on, że istnieje fascynująca tajemnicza istota kobiecości, którą mężczyzna - jako rodzaj Jungowskiej animy - odkrywa także u siebie:

To coś dziwnego, niewypowiedzianie pięknego, skończona osobliwość wśród wszystkich rzeczy ziemskich, którą jest ciało kobiety - pisał - n i g d y  nie została przez nikogo opisana. Trzeba, trzeba spróbować. Próbowałem - wychodzi świństwo, banał. Trzeba znaleźć jakieś inne słowa.

Pisząc o "W lodach Prowansji", wybrałam zaledwie trzy istotne wątki. Książka Renaty Lis nie tylko przybliża postać wybitnego, niezbyt w Polsce znanego pisarza - noblisty. Sięgając do różnych oryginalnych źródeł, w tym do dzienników Bunina i jego dwóch ukochanych kobiet, autorka tworzy barwną, mozaikową opowieść o człowieku "z historią w tle", snując jednocześnie rozważania o sprawach ważnych dla każdego. Kogóż bowiem nie interesują problemy związane z miłością, samotnością, relacjami międzyludzkimi... Z całą pewnością jest to lektura godna polecenia, znakomicie napisana, pasjonująca.

Książka Renaty Lis: "W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu" ukazała się w Wydawnictwie Sic!
Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.


poniedziałek, 23 października 2017

Piotr Wierzbicki: W salonie. Tropiąc prawdę /recenzja książki/

Ascetyczna z pozoru książeczka zawiera w istocie esencjonalnie napisany, refleksyjny tom felietonów Piotra Wierzbickiego. Mimo że pochodzą one z różnych lat, ich wymowa brzmi nad wyraz aktualnie i prawdziwie, toteż powinien po niego sięgnąć każdy myślący człowiek.

Wydawnictwo Sic!

Do wnętrza niewielkiej rozmiarami książki "W salonie" wiedzie nie tylko (pozornie, jak się okaże) jednoznacznie brzmiący tytuł, ale także przykuwająca uwagę reprodukcja obrazu holenderskiego malarza Wountera Crabetha: „Gra w karty”. Uwagę przykuwa na niej postać roznegliżowanej kobiety, bynajmniej nie damy, o którą prawdopodobnie toczy się ta gra. Salon to więc czy miejsce moralnie podejrzane? Co łączy te dwie rzeczywistości? Co wiąże zebrane w tomiku felietony? Oto zadanie dla czytelnika. By mógł sobie na nie odpowiedzieć, powinien przebyć wraz z autorem proponowaną przez niego intelektualną przygodę.
Jak się dowiadujemy na wstępie, zawarte w książce felietony pochodzą z różnych okresów twórczości Piotra Wierzbickiego i zostały starannie wybrane te, które – jego zdaniem – przetrwały próbę czasu.
Felieton może się zestarzeć – czytamy. By przetrwał, nieść go musi f o r m a: odgadnięte i doszlifowane j a k.

Żebym miał talent…

Piotr Wierzbicki, istotnie, prezentuje nam swój znakomity warsztat felietonisty, eseisty, sięgającego wprawną ręką a to po metafory (Mózg cyrku, Spór z nie istniejącym, W salonie, Domek Baby Jagi czy Lokaj), a to po przypowieści wysnute z otaczającej rzeczywistości (Tańcząca mrówka), tropi paradoksy (Nietakt stulecia), stosuje także rozmaite figury retoryczne, jak ironia, rozbudowane porównanie, pytanie, gradacja (Rekordziści świata i in.). Czyni to w sposób dyskretny i elegancki. Można by do niego odnieść zdanie Czechowa, które wiele mówi o skromności pisarza:
Pisarz nie musi być sędzią swoich postaci ani tego, o czym one mówią, tylko bezstronnym świadkiem. (…) Ode mnie wymaga się tylko jednego – żebym miał talent (…)

Autorowi felietonów także talentu nie zbywa, ale tym, co mnie w nich najbardziej pociąga, jest objawiająca się w atrakcyjnej formie treść felietonów – waga i ponadczasowość problemów stanowią, jak sądzę, największe bogactwo tej nieocenionej książeczki.

Tropiąc prawdę

Każdy z tych tekstów stanowi pewną zamkniętą intelektualnie całość i nie musimy czytać ich „po kolei”, a jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że stanowią pewien rodzaj uniwersum – opisują świat wokół nas i łatwo rozpoznamy w nich także nasze doświadczenia, począwszy od elit  „W salonie”, poprzez tematy literackie (celne felietony o twórczości Antoniego Czechowa i Henryka Sienkiewicza) i paraliterackie (o słowach-wytrychach), a skończywszy na refleksji egzystencjalnej w „Tańczącej mrówce”. Nie jest jednak tak, że temat pojawia się w kolejnych tekstach i znika, ustępując innym. Przeciwnie, będzie się przewijał w różnych wariantach tu i tam, oświetlając problem pod różnymi kątami.

Tytułowy felieton: „W salonie” porusza problem współczesnych elit, wskazując na ich cechę dystynktywną, jaką jest pewien rodzaj kumoterstwa. O tym, czy się przynależy do salonu, nie decyduje dziś talent czy pochodzenie, jak dawniej. Salon współczesny dzieli się na „swoich” i „obcych”, jest solidarny i wszyscy będą wychwalać się nawzajem, „lajkować”, jak byśmy powiedzieli współczesnym językiem. Oczywiście, salon ten jest usytuowany w Warszawie i to tam zapadają decyzje, o czym się pisze, kogo promuje itd. Inteligent z prowincji, choćby swymi zaletami bił innych na głowę, ba, choćby był samym Chopinem, nie zostanie na salony dopuszczony, choć siedzą tam wytrawni znawcy i użytkownicy języka plebejskiego, którym dawniej mówiono daleko, daleko poza salonem, chłopy swoje i proste. Taki to i salon. Przypomina bardziej obraz Crabetha niż elitarny krąg. 

Nie na tym jednak koniec, bo w felietonie poświęconym Leopoldowi Tyrmandowi, zatytułowanym „Cowboy z Krakowskiego Przedmieścia”, Wierzbicki przytacza opis warszawskich „salonów” lat 50., o których Tyrmand pisze nie tylko w swoim „Dzienniku”, ale nie pozostawia na nim suchej nitki w „Życiu towarzyskim i uczuciowym”. Będąc „swoim”, Tyrmand upublicznił tajemnicę – niejeden król okazał się nagi. I tu dotykamy zasadniczej, jak sądzę, myśli wszystkich tych tekstów.

Otóż Piotr Wierzbicki pisze przede wszystkim o moralnym imperatywie głoszenia prawdy – uczciwego i rzetelnego życia i takiegoż jego opisu. Nie przypadkiem tom kończy interesujący felieton „Kunszt Czechowa”. Autor studiuje w nim najistotniejsze cechy pisarstwa autora „Wujaszka Wani” (wcześniej poświęca mu tekst dotyczący podróży na Sachalin, w którym pokazuje, jak literatura, i to wcale niepiękna, bo mająca cechy raportu, wpływa na zmianę prawa w stosunku do uwięzionych). Otóż nie tylko ukazuje programową prostotę pisarza, jego autentyczną życzliwość i współczucie dla swoich bohaterów, ale jednocześnie bezstronność i uczciwość w opisywaniu ludzkich losów. Wierzbicki podkreśla, że najważniejszym słowem-kluczem jest w odniesieniu do pisarstwa Antoniego Czechowa słowo prawda, które w jego przypadku oznacza wiedzę o ludziach. A gwarantem tej prawdy jest szczegół i znajomość życia. Ta prawdziwa wiedza o ludziach staje się dla felietonisty przedmiotem podziwu. Pisze:

Jak przejrzał duszę kobiety! Jak wypatrzył kłamstwa i kłamstewka! Jak jest za pan brat z nieszczęściem!

Ale na tym podziwie autor „W salonie” nie poprzestaje. Stara się postępować jak jego niedościgły mistrz: tropi prawdę i odkrywa ją nie tylko pod warstwą kurzu słów (Pochwała kurzu, Piękne słowa), ale także w pozorach salonu, w lokajskim sposobie bycia wielu, a nawet w pozorach rzeczywistości (Tańcząca mrówka).

Choć skromny rozmiarami,  tom felietonów Piotra Wierzbickiego brzmi nad wyraz aktualnie i prawdziwie. Może się w nim przejrzeć każdy myślący człowiek.


Książka Piotra Wierzbickiego: „W salonie” ukazała się w 2017 r. w Wydawnictwie Sic!

Urodziny Zofii Kossak w Górkach Wielkich

9 i 10 sierpnia w ruinach Dworu Kossaków znów będzie gwarno, jak dawniej, kiedy do Górek Wielkich zjeżdżali się m.in.: Maria Dąbrowska, Wańk...

Popularne posty