Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Angelika Kuźniak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Angelika Kuźniak. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 marca 2020

Angelika Kuźniak: "Stryjeńska. Diabli nadali" /recenzja książki/

Znakomicie napisana biografia, z wielką wrażliwością i talentem. Przywraca powszechnej pamięci postać nietuzinkową, charyzmatyczną, artystkę, której losy potoczyły się niezwykle dramatycznie, ale może właśnie dlatego ciągle fascynuje.

Mój egzemplarz biografii Zofii Stryjeńskiej


Biografia Zofii Stryjeńskiej ukazała się wprawdzie po raz pierwszy pięć lat temu, ale skutkiem zbiegu okoliczności (m. in. dlatego, że nie prowadziłam wówczas bloga :-)) postanowiłam do niej wrócić i napisać co nieco o tej znakomitej książce. Kiedy recenzowałam niedawno biografię Olgi Boznańskiej, tak się rozsmakowałam w sposobie pisania Angeliki Kuźniak, że wróciłam także do jej wcześniejszych książek, a jednak "Stryjeńska. Diabli nadali" jest, moim zdaniem, najlepszą biografią tej pisarki.


W przypadku tej książki Angelika Kuźniak miała w zanadrzu prawdziwy skarb - zapiski, które malarka prowadziła (i gromadziła) całe życie, pomimo że nie było ono bynajmniej uporządkowane. Oczywiście, źródeł jest dużo więcej, ale wydaje się, że niepowtarzalny sposób pisania (i myślenia!) Stryjeńskiej wpłynął także na język narracji, której artystka stała się współtwórczynią. Dzięki temu patrzymy na tamten miniony świat niejako oczami bohaterki i łatwiej nam ją zrozumieć i wyobrazić sobie, co czuła, dlaczego postępowała tak, a nie inaczej. Jej powiedzonka są po prostu pyszne, a jedno z nich przeniknęło nawet do tytułu biografii.

Kraków Zofii


W naturalny sposób Kraków wraz z jego Rynkiem, pełnym gwaru i kolorowych strojów przekupek, obrazy obchodów narodowych świąt, kiedy to rajcy występowali w polskich strojach - wszystko to zagościło na stałe w wyobraźni przyszłej malarki. Ojciec zaś, Franciszek Lubański, zachęcał ją do malowania, zwracał uwagę na rozmaite detale chłopskich strojów, tłumaczył obyczaje... Tam właśnie tkwią korzenie owej "rezurekcji Słowian, których przodownicą będzie Polska". Rodzinie powodziło się bardzo dobrze - ojciec prowadził sklep, założył garbarnię, ufundował szkołę szwaczek, kupował parcele i kamienice. Jednakże w 1901 roku zbankrutował i niewiele z tego majątku zostało.


Zofia Stryjeńska w wieku dziesięciu lat /skan

Na powyższej fotografii Zosia ma dziesięć lat, ale wygląda poważniej i dojrzalej. Pierwsze jej rysunki były karykaturami klientów ojcowskiego sklepu. Obserwowała i rysowała hrabinę-kleptomankę, ziemianina podobnego do Zagłoby, ale największe wrażenie zrobił na niej Jacek Malczewski. Oto jak go opisuje:

"... pan o czarnych jak otchłanie oczach, jarzących się pod obraną z sierści kopułą czaszki. Był nerwowy i ponury, i jak tylko się na niego kto dłużej patrzył, choćby jaka dostojna osobistość, zaraz pokazywał język aż do brody"." Słynny malarz zachowywał się przy wejściu do sklepu bardzo dziwacznie - a to dygał przy powitaniu jak pensjonarka, a to udawał kulawego. Nawet kucharka Malczewskich twierdziła , że "takiego najgłupiastego pana" dotąd nie spotkała...


Karta ze szkicownika Zosi Lubańskiej, 1901 / skan

Z rodzinnego domu wyniosła przyszła malarka system wartości i zasady, jakimi się kierowała się potem w swoim życiu. Zawsze mogła liczyć na rodzinę - na ojca i matkę, do której do końca jej życia pisywała czułe listy i takież otrzymywała. Miała też oparcie w rodzeństwie. Była, podobnie jak matka,  głęboko wierząca. Po latach bardzo ubolewała, gdy jej dzieci brały śluby cywilne - bojkotowała je. Z zapisków na książeczce do modlitwy wiemy, że będąc na emigracji i ciągle cierpiąc brak pieniędzy, zamawiała "msze śpiewane" w intencji Jana Matejki, którym była zachwycona, modliła się także za Rembrandta, Mickiewicza, Skłodowską-Curie, Kopernika, Wyspiańskiego, Moniuszkę, Chopina, Sienkiewicza, Paderewskiego, o "nawrócenie własne", a także... wróżki i wierzycieli (stale miała jakieś długi). Jednocześnie nigdy nie była suchą dewotką - pełna temperamentu,  przed zamążpójściem lubiła flirtować, bywała na potańcówkach. Kiedy wszakże wychodziła za mąż za Stryjeńskiego, była dziewicą.

Do Monachium w przebraniu mężczyzny


Ponieważ w Krakowie kobiety nie mogły studiować na wyższej uczelni, Zofia uczyła się rysunku w prywatnej Szkole Sztuk Pięknych dla Kobiet Marii Niedzielskiej. Zgłębiała podstawy anatomii, historię sztuki, ponadto sześć godzin dziennie spędzała w atelier lub w plenerze. Uczennice Niedzielskiej bywały też w "najwykwintniejszym salonie Krakowa", należącym do Feliksa "Mangghi" Jasieńskiego, gdzie słuchały jego wykładów. W tym czasie Zofia zaczęła już dostawać dzięki poleceniu Niedzielskiej poważne zlecenia - robiła ilustracje do dziennika "Czas", na których z wyobraźni rysowała to, co się działo aktualnie, głównie wydarzenia sensacyjne, np. zderzenie pociągów w Sofii albo zamach na prezydenta Francji. Dzięki tym zleceniom opłacała sobie dodatkowe kursy. Zwrócono uwagę na jej prace już na wystawie uczennic szkoły w 1911 roku:
"... na pierwszy plan wybijają się prace pni Lubańskiej - pisał recenzent "Ilustrowanego Kuriera Codziennego". Dostała za nie srebrny medal.


Akademia Sztuk Pięknych w Monachium, 1911 1912, Zofia Lubańska druga od lewej,
z archiwum rodziny Stryjeńskich

To wszystko jednak Zofii nie zadowalało. Pewnego dnia podjęła śmiałą decyzję wyjazdu na studia do Monachium w przebraniu swego brata Tadeusza i pod nazwiskiem Tadeusz von Grzymała, bo i tam nie przyjmowano wówczas kobiet w poczet studentów. W pamiętniku przyznaje, że jej wybór padł na tę uczelnię, ponieważ uważano ją za "najtrudniejszą i najlepszą". Ta decyzja, cokolwiek szalona, wiele mówi o przyszłej malarce - osobie niekonwencjonalnej, upartej, mającej zawsze własne zdanie.

W Monachium nie tylko studiowała, korzystała także z faktu, iż znajdowały się tam wspaniałe kolekcje sztuki. W tym czasie pojawił się ekspresjonizm, mieszkał tam także Wassilij Kandinsky i działała grupa Der Blaue Reiter, której współzałożyciel, Aleksander Sacharow, skradł jej serce. Ów młody mężczyzna zwracał uwagę swymi strojami i zachowaniem - spacerował np. w damskich strojach... Był malarzem, tancerzem i choreografem, a jego występy uznano za początek ery tańca nowoczesnego. To były czasy Diagilewa, Niżyńskiego i Isadory Duncan. Pod wpływem tego zauroczenia (w pamiętniku napisze: "Jaki obrzydliwy jest ten człowiek, w którym się kocham. (...) Stałam dzisiaj cały dzień pod jego oknem"), cztery lata po studiach namalowała cykl zatytułowany "Romans z życia nieznanego artysty".

Studia Zofii zakończyły się dość prędko błyskawiczną rejteradą, kiedy dowiedziała się, że koledzy coś podejrzewają i chcą  ją rozebrać do naga. Zaalarmowana matka przyjechała do Monachium, przywożąc córce sukienkę, perukę i dokumenty. Przed wyjazdem Zofia modliła się w pustej kaplicy:

"Boże! Odbierz mi wszystko, wszystko. Dobrobyt, sytość, spokój, przyjaźń ludzką, szczęście rodzinne, nawet miłość! Zwal na mnie cierpienia moralne i tysięczne gorycze - ale w zamian daj mi możność wypowiedzenia się artystycznego i sławę!".

Znając dalsze losy artystki, trudno oprzeć się wrażeniu, że Bóg wysłuchał jej modlitwy literalnie...


Płowy lew i dzieła najdoskonalsze


Niespełna siedemnastoletnia Zofia miała dość jednoznaczny pogląd na "pożądane cechy męskie", które i potem preferowała. Otóż jej wybranek miał być blondynem o apollińskich kształtach, znającym angielski i francuski, miał też posiadać fioła (oczywiście, na jej punkcie). W 1916 roku ideał ten się zmaterializował. Zofia mówi o nim: "Mój płowy lew, moje gusło". Lew nazywa się Karol Stryjeński i jest projektantem wnętrz i sztuki użytkowej, a co najważniejsze - jest smukłym blondynem o niebieskich oczach. Według Rafała Malczewskiego, "Karol umiał się bawić i czarować kobiety od lat 1 do 100, wszelkiego pochodzenia: góralki, arystokratki, intelektualistki, artystki, spotsmenki, zakonnice, czarownice, święte, wariatki lub z goła normalne, społecznice, ladacznice, dziewice, półdziewice, mężatki, rozwódki". Nie mogła mu się więc oprzeć także i Zofia. Kiedy po trzech tygodniach znajomości wyznał jej miłość, a po dwunastu oświadczył się - został przyjęty. Ślub odbył się bez rodziców, a państwo młodzi dostali podczas sprawowania Mszy nerwowego ataku śmiechu i ksiądz udzielający im ślubu musiał czekać aż się uspokoją. Rok później Zofia urodziła córkę i była tym bardzo rozczarowana, bo nade wszystko pragnęła mieć syna. Długo będzie miała problem z jej akceptacją...
Narodziny dziecka nie zmieniły specjalnie jej trybu życia - nadal pracuje wraz z Karolem bardzo intensywnie. Mieszkają w Paryżu. Jego interesuje głównie jej talent, ona zaś ma mu to za złe, więc ostentacyjnie niszczy swoje prace, a wtedy on ją zdecydowanie odpycha. Zofia próbuje jeszcze wielokrotnie zdobyć ponownie jego względy, ale następuje powolny rozpad ich małżeństwa. Pragnie urodzić mu syna i w ten sposób scalić ponownie związek. Tym razem rodzi bliźniaki - Jasia i Jacka:

"... dwóch miniaturowych dżentelmenów, o poważnych minach, obrośniętych czarnymi bakami dawało mi długo złudzenie, że zalałam pałę i widzę podwójnie" - wspomina Zofia. Moi dwaj synowie - Kantuś i Jacek. To są dwa moje dzieła najdoskonalsze, na jakie było mnie stać jako kobietę".


Jan i Jacek Stryjeńscy z Zofią /skan

Przyjście na świat chłopców niczego jednak nie zmienia. Dziećmi zajmuje się siostra Karola, "cesarz obłudy", jak ją nazywa Stryjeńska, mieszkają zaś w domu teścia, wyjątkowego despoty. Próby zmiany tego status quo spełzają na niczym. Wyjeżdżają, rozstają się, w ogóle jest to bardzo burzliwy związek. W życiu osobistym nie układa się Stryjeńskiej ani wtedy, ani potem, kiedy rozwodzi się z Karolem i wychodzi za mąż po raz drugi. Natomiast osiąga zawodowe sukcesy, tak jak to sobie wymodliła - zostaje "księżniczką malarstwa polskiego", osiąga również bezprecedensowy sukces na Międzynarodowej Wystawie Sztuk Dekoracyjnych i Przemysłu Współczesnego w Paryżu w 1925 roku.

Ten wyjazd do Paryża, choć uwieńczony sukcesem, okaże się jednak dramatyczny, jeśli chodzi o jej relacje z dziećmi. Angelika Kuźniak przytacza charakterystyczne fragmenty wspomnień, w których widoczna jest ta ciągła szarpanina. Stryjeńska kupuje bilet do Paryża, ale za chwilę rezygnuje z wyjazdu:

"Moje miejsce jest przy dzieciach i mężu. Nie oddam nikomu moich lubych myszek. Niech diabli biorą wszystko!".  A potem znowu kupuje bilety i znowu je oddaje:

"Wracam na dworzec, oddam kasjerowi bilety, odbiorę toboły, zostanę z dziećmi. Szlag by trafił całą sztukę."

Ostatecznie jednak pojedzie. W Paryżu nagrodzono wszystkie jej prace - zdobywa aż cztery grand prix, wyróżnienie specjalne i Legię Honorową. Ale po powrocie zostaje zamknięta w domu dla obłąkanych - taka jest zemsta Karola, który pragnie się jej ostatecznie pozbyć i przejąć władzę rodzicielską nad dziećmi. I udaje mu się to. Po rozwodzie Zofia nadal intensywnie pracuje, ale ciągle brakuje jej pieniędzy, ma długi. Wciąż jednak myśli, że wyjdzie na prostą i będzie mogła zabrać dzieci do siebie. Liczne wystawy i nagrody dowodzą, że nie jest to tylko myślenie życzeniowe. A tęskni za nimi coraz bardziej. "Goni ostatkiem autodyscypliny" i z godną podziwu konsekwencją ustawia codziennie "krzyż Pański", czyli sztalugę, żeby nadążyć z realizacją licznych zleceń. W końcu marzenia się spełniają - sprowadza dzieci i zamieszkują razem. Potem wojna, okupacja, powrót do Krakowa, a wreszcie wyjazd do Szwajcarii - jak zwykle nietypowy i pełen przygód. To cała odyseja, z nagłymi zwrotami akcji. Po drodze widzi "setki tysięcy biedaków powracających z obozów - w stanie okropnym, wszystko zsiniałe z zimna, głodne, udręczone, obdarte, rodziny całe z dziećmi nieszczęsne". Poruszona Zofia rozdaje, co ma, choć ma niewiele. Jej charakterystyczną cechą jest szlachetne serce i ofiarność.


Diabli nadali z tym wyjazdem - emigracja


Podróż do Szwajcarii (dzięki koneksjom rodzinnym ona i jej dzieci mają szwajcarskie paszporty) trwa długo i jest upiorna. Jasiek jest w tym czasie w armii Andersa we Włoszech, Magda w Anglii, Jacek w Szwajcarii. "Biedne dzieci moje! Biegnę wam na pomoc!" - pisze Stryjeńska. Czyta Biblię ("Proście, a będzie wam dane:.) i dziękuje Bogu, że ocalił rodzinę, prosząc jednocześnie Jego ratunku. Relacje z dorosłymi dziećmi okazują się niełatwe, wszyscy są jakoś poranieni, choć przecież się kochają i pomagają sobie jak tylko umieją. Zofia wyjeżdża do Paryża, ale nigdzie nie czuje się dobrze. Pomieszkuje w hotelach i ... tęskni za Polską.

"Porównując typy ludowe innych narodów z urodą i bogactwem naszego ludu - z jego temperamentem, barwą, wdziękiem - zapisuje. Wynik: (...) piękno polskie bije na łeb wszystko".

Do Krakowa przybywa na wieść o śmiertelnej chorobie matki. Aby móc pojechać, błaga w polskiej ambasadzie o bilet, na który jej nie stać... Przy okazji pobytu w Polsce próbuje odnowić stare kontakty, coś wydać, ale to już nie jest ta sama Polska, co przed wojną. W Paryżu nie lepiej, ciągle szuka pieniędzy.

"Chodzić dzisiaj po Paryżu z propozycjami wydania polskich albumów etnograficznych - zapisuje z właściwym sobie sarkazmem - to jakby Hajle Sellasje przyszedł w Warszawie do Borejszy, żeby wydał album o majtkach królowej Saby".

Dzieci tymczasem zakładają rodziny, rodzą się wnuki. Magda wychodzi za mąż za ... mrówkojada, jak dowcipnie określa swego zięcia Stryjeńska.
"Mrówkojad, gdyby zaistniał w postaci człowieka adwokata, narciarza i dżentelmena w skupieniu prowadzącego swoją maszynę marki Romeo - zapisze Zofia. Twarz: biały plasterek sera z dwoma czarnymi pigułkami wlepionymi tuż obok siebie, które służą mu za oczy. Odbyło się oficjalne zapoznanie. Uczuliśmy z zięciem do siebie nieokreślone chłody". Przyznaje jednak, że dla rodziny jest dobry, a ponadto gościnny. Nie podoba jej się także małżeństwo Jacka z piękną, ale chłodną Danutą. Jacek zresztą przedwcześnie umiera, co jest dla Zofii niebywałym ciosem.


Od lewej: Zofia Stryjeńska, Magdalena Jaques-Dalcroze, Danuta i Jacek Stryjeńscy,
Gabriel Jaques-Dalcroze (Mrówkojad), Marie Hantz. Dzieci: Martine (córka Magdaleny i Gabriela),
Staś i Łukasz (synowie Danuty i Jacka), Genewa, ok. 1955 r./skan

Niemalże do śmierci Zofia nieustannie pracuje, pędzi samotny żywot i - jak to zapisze - jest "w okropnej astmie pieniężnej". Podupada na zdrowiu, dręczą ją lęki, toteż sypia w wannie na specjalnej konstrukcji sporządzonej przez Jana. W lodówce trzyma... kapelusze, jak wspomina jedna z wnuczek. Czuje się obco nawet w stosunkach z najbliższą rodziną, bo wnuki nie mówią po polsku, a ona słabo po francusku. Toteż unika kontaktów.

Cztery lata przed śmiercią otrzymała dwa i pół tysiąca dolarów od Fundacji Alfreda Jurzykowskiego - o wiele za późno, jak napisała. Pod koniec lat pięćdziesiątych chciała założyć w Paryżu Słowiańskie Centrum Etnograficzne, obmyśliła tekę "Panteon polski" - z portretami zasłużonych Polaków. Nic z tego nie wyszło.

"Włosy moje naturalne w 57. roku życia. Potężna pasja pracy Potężny force vitalis, dany od natury humor, inicjatywa i co z tego, wszystko rozpada się, w łeb bierze przez wściekłą bryndzę - pomocy żadnej psiakref, psiakref! - podsumowuje swoje życie Zofia.

Biografię Zofii Stryjeńskiej kończy Angelika Kuźniak wyrażającym podobną myśl (ewentualnym) testamentem. Artystka ma w nim świadomość swojego talentu, a jednocześnie ubolewa, że nikt nie zajął się jej spuścizną i została rozproszona.

Znakomicie napisana biografia, z wielką wrażliwością i talentem. Przywraca powszechnej pamięci postać nietuzinkową, charyzmatyczną, artystkę, której losy potoczyły się niezwykle dramatycznie, ale może właśnie dlatego ciągle fascynuje.


Książka Angeliki Kuźnia "Stryjeńska. Diabli nadali" miała w Wydawnictwie Czarne aż trzy wydania: w 2015, 2016 i 2019 roku. Czarne opublikowało także "Chleb prawie że powszedni. Kronikę jednego życia" Zofii Stryjeńskiej. Malarka ma także swoją stronę na Facebooku, liczącą ok. 14,5 tysiąca członków.


sobota, 28 grudnia 2019

Angelika Kuźniak: Boznańska. Non finito /recenzja książki/

Biografia Olgi Boznańskiej, napisana przez Angelikę Kuźniak, stanowi znakomity przykład, jak można twórczo i inspirująco opisać czyjeś życie. Już sam tytuł: "Boznańska. Non finito" każe nam myśleć o postaci, której biografia nie jest czymś zamkniętym, skończonym, jednoznacznym, lecz opowieścią o kobiecie tajemniczej, nietuzinkowej, tragicznej. Gorąco zachęcam do jej lektury.



Angelika Kuźniak dała się poznać jako utalentowana autorka biografii nietuzinkowych kobiet. Zaczęła od górnego C, czyli od ekscytującej Marleny Dietrich ("Marlena", 2009), po niej była romska poetka Papusza (2013), której biografia posłużyła małżonkom Krzysztofowi Krauze i Joannie Kos-Krauze przy realizacji filmu pod tym samym tytułem. Rok później ukazała się książka o Ewie Demarczyk: "Czarny Anioł", napisana pospołu z Eweliną Karpacz-Oboładze, a w 2015 roku nominowana do Nagrody Nike opowieść o genialnej artystce: "Stryjeńska. Diabli nadali".  Pozostając niejako pod urokiem niezwykłych kobiet, wydała w tym roku biografię Olgi Boznańskiej - równie fascynująco napisaną jak tamte.

Angelika Kuźniak nie pisze tradycyjnych (czytaj: nudnych) biografii. Dla każdej ze swoich bohaterek poszukuje odpowiedniej formy wyrazu, a jej narracja jest "gorąca" i czytelnik z przyjemnością daje się jej uwieść. Tak było ze mną i tym razem, a przecież zdarzyło mi się odłożyć z niechęcią do dalszej lektury parę innych książek biograficznych, m.in. "Ingmara Bergmana" Thomasa Sjoberga (autor wyraźnie nie znosi swego bohatera) czy "Herberta" Andrzeja Franaszka - typową cegłę, która nic nowego nie wnosi, za to nuży okrutnie. Z Angeliką Kuźniak jest zgoła zupełnie inaczej. Rzetelna, a jednak nie zalewa nas suchymi informacjami, dociekliwa, a zarazem opowiada o swojej bohaterce w taki sposób, że ani przez chwilę nie odczuwamy znużenia. Przeciwnie, już sam tytuł: "Boznańska. Non finito" każe nam myśleć o postaci, której biografia nie jest czymś zamkniętym, skończonym, lecz opowieścią o kobiecie tajemniczej, nietuzinkowej,nieodgadnionej. W sztuce określenie to oznacza "niedokończony" w odniesieniu do rzeźby, jak to jest w przypadku Pietà Rondanini  Michała Anioła. Jednakże w przypadku biografii artystki pozwala "oglądać" portret "niedokończony", dający możliwość dopełnienia... Motto stanowią dwa cytaty na temat malarstwa. Pierwszy wyszedł spod pióra Leonarda da Vinci i mówi o tym, że "Dobry malarz maluje dwie sprawy: człowieka i wnętrze duchowe". Drugi dotyczy już bezpośrednio twórczości Boznańskiej: "Można powiedzieć, że każdy portret /Olgi Boznańskie/ to zwierzenie, a nawet spowiedź" - pisze anonimowy krytyk. Obydwa ujmują istotę jej portretów.

Świadkowie


Olga Boznańska w swojej paryskiej pracowni, Boulevard Montparnasse 49, 1936, fot. skan książki

Jak wspomniałam, biografia ma swoją oryginalną formę. Rozpoczyna ją ... lista osób, których autorka nazywa świadkami. Ich relacje, listy, wypowiedzi będzie traktowała jako subiektywne i bynajmniej niewyczerpujące opinie o Boznańskiej. Sposób ich przedstawienia jest równie nietuzinkowy. Czasami są to krótkie notki w rodzaju:
"Helena Blumówna. Historyk sztuki, monografistka twórczości Boznańskiej. Znała Olgę osobiście. Była w jej paryskiej pracowni".
Innym znów razem są to noty stylizowane na sądowe, ale przy tym niepozbawione subtelnego humoru:
"Józef Czapski. Artysta, malarz, pisarz. Bywał w pracowni Boznańskiej na Boulevard Montaparnasse. Boznańska uznawała go - jeśli Czapskiemu wierzyć - za niezwykle atrakcyjnego. Przytuliła się do mnie i mówi: Jaki pan jest ładny, ma pan blond włosy i takie czerwone oczy."

Również tytuły poszczególnych rozdziałów mają w sobie coś hm... filmowego:
"Początek lat trzydziestych ubiegłego wieku. Pracownia. Mrok" - tak zatytułowany jest pierwszy rozdział biografii. Bo właśnie od pracowni malarki rozpoczyna się ta opowieść, a każdy ze świadków pamięta ją trochę inaczej. To jak wyglądała, jak była ubrana, że w kąciku jej ust zawsze tlił się papieros, że pokój oświetlała gazowa lampa... Wszyscy zaś potwierdzają, że miała na sobie malarski fartuch. Tajemnicza, zagadkowa postać, nieco ekscentryczna. Oczywiście, po takim wstępie c h c e m y  wiedzieć, jaka była i dlaczego.

Smutne dziewczynki


Rodzina Boznańskich: Adam i Eugenia z córkami - Olgą (stoi z lewej)
i Izą. Kraków 1872, fot. skan książki

Toteż autorka rozpoczyna swoją opowieść od jej narodzin, informacji o rodzicach (matka Francuzka, słabo znająca język polski, ojciec ziemianin, inżynier budownictwa). Rodzinne zdjęcie z 1872 roku pokazuje ok. siedmioletnią Olgę z długimi włosami i smutną poważną twarzą. Na fotelu siedzi młodsza siostra Iza. Podobnie wyglądają na owalnych zdjęciach - poważne i zamyślone. Całe życie będzie utrzymywał je ojciec, nigdy nie wyjdą za mąż ani z nikim się nie zwiążą. Boznańska zostanie doceniona dość szybko, ale będąc z natury osobą życiowo niezaradną, pozwoli się oszukiwać ludziom przy płaceniu honorariów, będzie rozdawać pieniądze biednym, ale i oszustom, którzy biednych udają. Sama żyje w ascezie, w towarzystwie niezliczonej ilości białych myszek, które z czasem stają się szare jak ona sama. Karmi je biszkoptami i traktuje jak dzieci... I znowu cofamy się do lat młodości artystki - jej studiów w Wiedniu, a wcześniej - indywidualnej nauki w Krakowie. Jest na przemian krytykowana (uboga paleta barw) i chwalona. Kuźniak bada jej paletę barw i okazuje się, że wcale nie jest uboga - dowiadujemy się, jakimi kolorami najchętniej malowała, jakich barw użyła np. do namalowania "Dziewczynki z chryzantemami" (1894). A co najważniejsze, co pragnęła przekazać przez swoje portrety.


Wytwarzam sobie obraz duchowy...

Olga Boznańska, Portret malarza Nauena, Muzeum Narodowe Kraków

... osób, które mnie interesują, tylko takich" - napisze po latach. Za Portret malarza Nauena Boznańska otrzymuje w Wiedniu w w 1894 roku złoty medal z rąk brata cesarza, arcyksięcia Karola Ludwika. Dowiadujemy się o tym z ... didaskaliów, bo i taką, wywodzącą się z teatru, formę zastosuje w swojej książce Angelika Kuźniak. Z didaskaliów (kartki w kolorze jasnoniebieskim) dowiadujemy się wielu ważnych rzeczy. Obraz zostaje sprzedany do Muzeum Narodowego w Krakowie za tysiąc czterysta koron austriackich - "równowartość ówczesnych sześćdziesięciu dwóch biletów klasy drugiej na trasie Kraków - Lwów czy sześciuset dziewięćdziesięciu kilogramów masła". Ale nie tylko takie praktyczne wskazówki zawierają didaskalia.

Boznańska i mężczyźni


Olga Boznańska w paryskiej pracowni, ok. 1898, u góry widoczny portret Józefa Czajkowskiego/skan

Otóż w rozdziale "Monachium, Kraków, Paryż" autorka analizuje związki Olgi Boznańskiej z mężczyznami. Malarka wielu fascynowała. Ojciec namawiał ją na małżeństwo z zamożnym Austriakiem, starali się o nią także inni, ale... Jedyny narzeczony, Józef Czajkowski, najbardziej wytrwały w swoich staraniach i chyba też najbardziej przez nią kochany, pisał w listach do niej:

... ja bym całe życie dał, żeby Pani drogę wyzłocić i osłodzić (...), pragnę szczęścia dla Pani, jak ją bardzo kocham z całej duszy".

A jednak rozstaje się z nią "z zimną krwią"... Niepojęte... Angelikę Kuźniak także to dręczy i niepokoi. Toteż sprawę wnikliwie bada. Powołując się na Annę Król, historyka sztuki, relacjonuje w kolejnych didaskaliach:

"Z pewnością była zaangażowana, ale problemem było to, że nie mogła nawiązać kontaktu fizycznego. Nie znosiła dotyku. Pozostawało więc uczucie platoniczne, pozbawione erotyzmu. Jej problemy emocjonalne potwierdzali przyjaciele i znajomi. Helena Blum, która  pierwsza zwróciła na to uwagę, twierdziła, że na życiu Boznańskiej zaważyło coś, co stało się w dzieciństwie. To wyznaczyło drogi życia Olgi i jej młodszej siostry Izy - dwóch nieprzeciętnie zdolnych, a pokiereszowanych emocjonalnie osób (...)". I stawia śmiałą hipotezę, odwołując się zarówno do życiorysu malarki, jak również do jej obrazów. Ale tego, oczywiście, nie zdradzę :-)

Końcówka życia, choroby, a zwłaszcza dramatyczne odejście siostry, pogrąża Olgę Boznańską w całkowitej samotności. Paradoksalnie, zaczyna być w tym czasie coraz bardziej sławna. Troszczą się o nią jak o narodowe dobro - opiekuje się nią komitet specjalnie do tego powołany, ale nie ma to już dla niej specjalnie znaczenia.

"Kto zbyt długo żył tylko sam ze sobą, traci zdolność kochania innych" - napisała malarka na karteczce, która zachowała się w jej archiwum. W testamencie cały swój majątek - pracownię i część domu zapisała Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie.

Biografia Olgi Boznańskiej, napisana przez Angelikę Kuźniak, stanowi znakomity przykład, jak można twórczo i inspirująco napisać o czyimś życiu. Gorąco zachęcam do jej lektury.

Książka miała premierę w listopadzie 2019 roku w Wydawnictwie Literackim.

sobota, 25 sierpnia 2018

A. Kuźniak, E. Karpacz-Oboładze: "Krótka historia o długiej miłości" /recenzja książki/

Książka "Krótka historia długiej miłości" jest pełna dramatyzmu, a zarazem liryzmu i czułości, które ożywają w listach dwojga kochających się ludzi. Dzięki publikacji stały się dla nas pięknym świadectwem. To także książka, która daje wiarę i nadzieję czytelnikom - wiarę w to, że dzięki miłości można pokonać najgorszą opresję, nadziei - że dzięki miłości życie odzyskuje sens. Prawdziwa miłość nie przemija.


Duet reporterski Angelika Kuźniak i Ewelina Karpacz-Oboładze kojarzy się przede wszystkim z pierwszą pełną biografią Ewy Demarczyk: "Czarny Anioł". Pierwsza z nich ma na swoim koncie liczne nagrody oraz więcej biografii znanych postaci: "Papuszę", "Marlene", "Stryjeńską", żeby poprzestać tylko na tych. Tym razem otrzymujemy jednak książkę szczególną, której bohaterowie nie są znani, a to przecież Tristan i Izolda czasów stalinowskich: Jerzy Śmiechowski i Wiesława Pajdak.

Jak zapowiada tytuł, jest to książka o miłości, która przetrwała wszystkie próby i trwała aż do śmierci jej bohaterów. Ale jest to także książka szczególna dla samych autorek, bo powstawała w okresie dla Angeliki Kuźniak bardzo trudnym, w jakimś sensie także "okresie próby", kiedy również doświadczyła wiele miłości i przyjaźni. Toteż nie należy pomijać zamieszczonych na końcu podziękowań - są one w tym przypadku integralną częścią "Krótkiej historii miłości...".

Najważniejszą częścią "Krótkiej historii..." są listy, które przetrwały w rodzinnym archiwum bohaterów. Pomiędzy nimi - opowieść tkana z tego, co autorski zasłyszały od Wiesławy i Jerzego, a także z tego, co znalazły w archiwach bezpieki.

Antoni Pajdak z córką Wiesią (obok ojca) i jej koleżankami w Biskupicach,
pierwsza połowa lat czterdziestych/skan 
Opowieść rozpoczyna dokładna data, jakby dla podkreślenia, ze to nie mit ale autentyk. Jest sobota, grudzień 1947 roku - Wiesławę aresztowano cztery tygodnie wcześniej, a to dlatego, że najpierw uwięziono jej rodziców: matkę Janinę (nie przeżyje tortur i wyskoczy przez okno z ósmego piętra) oraz ojca, Antoniego Pajdaka, którego włączono do procesu szesnastu przywódców Polski Podziemnej, toczącego się w Moskwie (uda mu się przetrwać Syberię wrócić do Polski w latach 50.). Dzięki temu wprowadzeniu dowiadujemy się też, kim była Wiesława podczas wojny. Na pogodnej fotografii z pierwszej połowy lat 40. widzimy ładną dziewczynę we wzorzystej sukience - to Wiesia z ojcem i dwiema koleżankami. Równolegle rozwija się wątek Jerzego - młodego maklera morskiego, mieszkającego z żoną w Gdyni, który zostaje aresztowany 6 listopada 1947 roku.

Jerzy Śmiechowski, lata trzydzieste/skan
Tych dwoje pozna się w celach Urzędu Bezpieczeństwa, choć słowo "pozna" ma tutaj inne, głębsze znaczenie. Całymi latami nie będą nawet wiedzieć, jak wyglądają, ale począwszy od tych komunikatów nadawanych alfabetem Morse`a, początkowo zawierających zwykłe informacje,  a potem coraz bardziej serdecznych i intymnych, oboje czują, że to miłość. To ona opowiedziała mu historię o Tristanie i Izoldzie. Z czasem staną się sobie niezbędni. Nie zmienią tego rozstania, krótkie wyjścia na wolność i ponowne aresztowania. Piekło przesłuchań, psychiczne i fizyczne tortury dało się znieść, bo ktoś bliski czekał i zapewniał o swojej gorącej miłości i oddaniu. Jerzy rozwiódł się z żoną i z pomocą ojca, który traktował Wiesię z wielką czułością, doprowadził do ślubu. Panna młoda ubrana była w szary drelich, ozdobiony przez koleżanki z celi niebieską kokardką. Wtedy też zobaczyli się po raz pierwszy z bliska, bez krat. Ze wzruszenia niewiele pamiętała z tej uroczystości, kiedy koleżanki pytały ją o szczegóły. Zanim na mocy amnestii została uwolniona, przesiedziała dwa tygodnie w celi ze szczurami, gdzie woda lała się z góry i sięgała do kostek... Mimo to, kiedy ją wypuszczano na wolność, nie straciła głowy i udało się jej ukradkiem schować listy od Jerzego. Kiedy w maju 1953 roku stanęła na progu mieszkania ojca Jerzego w Warszawie, nie poznano jej. Dopiero, gdy się uśmiechnęła...

Wiesława i Jerzy Śmiechowscy w restauracji Krokodyl na warszawskiej Starówce,
sylwester 1955/skan
Przeżyli razem 55 lat - do śmierci Jerzego w 2007 roku. Na zdjęciu z sylwestra 1955 roku widzimy dwoje zapatrzonych w siebie młodych ludzi: to Wiesia i Jerzy - Tristan i Izolda czasów stalinowskich.

Książka "Krótka historia długiej miłości" jest pełna dramatyzmu, a zarazem liryzmu i czułości, które ożywają w listach dwojga kochających się ludzi. Dzięki publikacji stały się dla nas pięknym świadectwem. To także książka, która daje wiarę i nadzieję czytelnikom - wiarę w to, że dzięki miłości można pokonać najgorszą opresję, nadziei - że dzięki miłości życie odzyskuje sens. Prawdziwa miłość nie przemija.

"Krótka historia o długiej miłości" Angeliki Kuźniak i Eweliny Karpacz-Oboładze ukazała się w 2018 roku w Wydawnictwie Znak.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze: "Czarny Anioł. Opowieść o Ewie Demarczyk" /recenzja książki/

"Czarny Anioł" Angeliki Kuźniak i Eweliny Karpacz-Oboładze jest pierwszą próbą biografii niezwykłego zjawiska w polskiej kulturze, jakim była Ewa Demarczyk. Jej powikłane losy, tajemnicze zniknięcie i wieloletnie milczenie okazały się dla autorek prawdziwym wyzwaniem, któremu próbowały sprostać - z sukcesem!

Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze, Czarny Anioł, Wyd. Czarne

Nikt jak Ona nie interpretował polskiej poezji - to było i jest nadal swoiste objawienie. Chciałabym zatem przypomnieć sylwetkę Wielkiej Artystki, korzystając z lektury Jej najpełniejszej biografii: "Czarnego Anioła" Angeliki Kuźniak i Eweliny Karpacz-Oboładze.


Początki kariery - Cyrulik i Piwnica pod Baranami


Ewa Demarczyk, prasowe
O początkach kariery piosenkarki wspominają m.in. jej koledzy z kabaretu Cyrulik - Rajmund Jarosz i Leon Pawlik:

Nieśmiała, raczej wyczekująca, miała wtedy maleńki głosik. Była jednak fascynująca w interpretacji aktorskiej. Jednak to właśnie występy w Cyruliku zdecydowały o jej życiowych wyborach. Zresztą już niebawem odniosła sukces, kiedy wystąpiła na juwenaliach w hali sportowej klubu Wisła. Nikomu nieznana, zaśpiewała wówczas piosenkę po włosku: "Ventiquattromila baci" ("Dwadzieścia cztery tysiące pocałunków"). I ludzie oszaleli!

Po roku studiów na architekturze postanowiła zdawać do PWST. Ciekawe, że nie dostrzeżono w niej wówczas owego potencjału, na co wskazują niskie oceny egzaminatorów:
Warunki zewnętrzne: dostateczny, dykcja: dostateczny minus, głos: dobry, wyrazistość: dostrzegalna. Konia z rzędem temu, kto by odgadł, że dotyczy to osoby tak niezwykłej i wyrazistej, o nieskazitelnej dykcji, jak Demarczyk.

Do Piwnicy pod Baranami, z którą głównie jest kojarzona, trafiła w 1962 roku, zaproszona przez Piotra Skrzyneckiego. Zaśpiewała wówczas po raz pierwszy "Czarne anioły" do słów Wiesława Dymnego, z muzyką Zygmunta Koniecznego. W tym samym roku wykona "Karuzelę z Madonnami" - wiersz Mirona Białoszewskiego z muzyką Koniecznego, jeden ze swoich wielkich przebojów.

Poeta nie był bynajmniej zadowolony, gdy dowiedział się, że jego wiersz zostanie zaprezentowany na scenie. Groził nawet rozprawą sądową. Kiedy jednak usłyszał interpretację Demarczyk podczas koncertu w lokalu Towarzystwa Sztuk Pięknych w Warszawie, podobno powiedział do Ewy: Wszystkie moje wiersze są dla państwa.


Ewa Demarczyk, prasowe


Narodziny gwiazdy

Na Pierwszym Krajowym Festiwalu Piosenki z Opolu zaśpiewała "Karuzelę z madonnami", "Czarne anioły" i "Taki pejzaż". Tak wspomina ten występ fotograf Marek Karewicz:
Stanęła przed mikrofonem zupełnie niepozorna. Z ostrym makijażem, w czarnej, niezbyt efektownej sukience. I zaśpiewała! Ale jak zaśpiewała! Publiczność po prostu oniemiała. (...) W cuglach wygrała festiwal. W ciągu jednego wieczora narodziła się gwiazda.

Zofia Gomułkowa płacze


W latach 60. w kawiarni u Ewy, w Domu Mody Polskiej w Warszawie, odbywały się organizowane przez Polskie Radio tzw. Giełdy Piosenki. Publiczność głosowała, a Polskie Nagrania fundowały nagrody. Na pokazy przychodzili tłumnie dyrektorzy teatrów, aktorzy, prezesi związków twórczych, dziennikarze, w tym także przedstawiciele zagranicznej prasy.
Jeden z organizatorów, Zbigniew Adriański, wspomina, że na występy przybyła wówczas Zofia Gomułkowa, żona pierwszego sekretarza PZPR. Nie było wolnych miejsc, więc z trudem upchnięto ją w tłumie i posadzono na jakiejś pace, Siedziała naburmuszona i zła, że potraktowano ją w ten sposób.

Demarczyk zaśpiewała wówczas teksty Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej, Białoszewskiego, Tuwima, a na koniec "Miasteczko Bełz". Wtedy właśnie dostrzeżono, że Gomułkowa płacze. Ale nie tylko na niej występ zrobił wrażenie. Zachwycił on także wybitnego aktora Jacka Woszczerowicza. Od niego też zaczęła się moda na piosenkę poetycką.

Zaproszenie do Olimpii


fot. Jałosiński, Agencja FORUM

Podczas Giełdy Piosenki, a może wcześniej, w Sopocie (zdania na ten temat są podzielone), usłyszał Demarczyk dyrektor paryskiej Olympii - Bruno Coquatrix i postanowił zrobić z niej drugą Edith Piaf. Podobała się bardzo, ale z różnych powodów nie zrobiła światowej kariery. Nie chciała śpiewać po francusku (później śpiewała w różnych językach), nie miała cierpliwości do dziennikarzy (pytano ją głównie o to, ile ma sukienek i par szpilek), a poza tym chciała skończyć szkołę teatralną i zgodziła się na krótki pobyt w Paryżu.
Kiedy przyjechała do Francji ponownie, dyrektor Olympii był już zainteresowany nową gwiazdą, która mogłaby mu zapewnić dużą publiczność i pieniądze - Enrico Maciasem. Powszechnie uważa się (są to głównie opinie zawistników), że Demarczyk nie zrobiła kariery, bo była "trudna" i uparta. Sama artystka tak to oceni po latach:

To dziwna instytucja, ta paryska Olympia. Przychodzą tam bogaci snobi, w dużej mierze całkowici ignoranci. Słono zapłacili, więc chcą obejrzeć i akrobatę, i żonglera, i jakąś dziwną gwiazdę. I to im się serwuje. Niezbyt dobrze się czułam w tym światowym varietés, który jest po prostu biznesem.

Słuchało się jej z pasją


Demarczyk jest swoistym fenomenem. Dziś trudno to sobie wyobrazić, że jeden artysta może być tak wysoko ceniony i lubiany przez wszystkich. Podziwiały ją zarówno elity, jak i tzw. zwykli ludzie. Maria Dąbrowska zanotowała w swoim dzienniku wrażenia z jej sopockiego występu:
... zachwyciła mnie. Miała znakomity tekst - urywek z "Kwiatów polskich" Tuwima. Valse Brillante. I jest pyszną indywidualnością piosenkarską - z dobrym głosem, pełną ekspresji twarzą, bezbłędną gestykulacją. Słuchało się jej z pasją i z pasją też śpiewała.
Piotr Skrzynecki uważał, że jest natchniona przez Boga talentem niezwykłym. Natomiast Lucjan Kydryński pisał, że zawsze podchodzi do utworu jak zdobywca, agresywnie - wtedy elektryzuje widownię.

Ewa Demarczyk, prasowe


Śpiewała w Stanach i w Związku Radzieckim - zawsze z wielkim powodzeniem. W Moskwie, w Domu Literatów, słuchali jej na stojąco. Rosjanie kochali Demarczyk. Jej płyta sprzedała się podobno w ponad siedemnastu milionach egzemplarzy... Trzeba było protekcji, aby ją zdobyć w ZSRR. Odniosła też sukces we wspomnianej paryskiej Olympii. 10 stycznia 1977 roku zaśpiewała dla dwutysięcznej widowni, także po francusku.

To był triumf zupełny i całkowity! - pisał Józef Opalski w czasopiśmie "Jazz", "Rytm i piosenka" - A kiedy po zakończeniu recitalu grupa Polaków zaintonowała Sto lat, chcąc uczcić wspaniałą artystkę, na sali rozpętało się prawdziwe pandemonium, wydawało się, że publiczność rozniesie wprost salę.

Dziwne losy Czarnego Anioła


Autorki biografii śledzą nie tylko karierę swojej bohaterki. Tam, gdzie jest to możliwe, próbują uchylić rąbka tajemnicy, jaka była Demarczyk prywatnie. To także pasjonujący wątek tej biografii, snujący się z większym lub mniejszym nasileniem przez cały tekst. Sama bohaterka najchętniej milczy swoich bliskich, o swojej prywatności.


Ja nie wiem, czy potrafię opowiadać o rodzicach tak bezpośrednio. Bo to takie mi się wydaje bardzo osobiste. Mam jedno bezwzględne uczucie, takie na zawsze, cudownego domu, ciepłego, bezpieczeństwa pełnego. Mimo tego, że on nie był zasobny - mówiła w jednym z wywiadów.

Na występy ubierała się skromnie, w sukienki szyte przez matkę. Sława nigdy nie uderzyła jej do głowy. Paweł Galia, kolega ze studiów, wspomina, że Demarczyca kumpelą była nadzwyczajną.

Ewa Demarczyk, ok. 1964 r.

Była też uparta i niezależna. Maria Orwid wspomina, że odmówiła udziału w koncercie na zakończenie jakiegoś gomułkowskiego zjazdu. Potrafiła też zrywać wieloletnie przyjaźnie - ze Skrzyneckim, Koniecznym... W pewnym momencie przestała się komunikować z własną siostrą. Śmierć matki, nieudane małżeństwo - takich tematów, które mówią o jej trudnych relacjach z ludźmi autorki nie unikają, czynią to jednak z dużym taktem, przedstawiając różne wersje okoliczności tych wydarzeń.

Pod koniec kariery Demarczyk próbowała prowadzić teatr piosenki, ale z różnych powodów inicjatywa ta została stłamszona. Zaczynał się czas tzw. transformacji i komercji, nie było pieniędzy i miejsca na takie przedsięwzięcia. Z początku walczyła, potem zrezygnowała i wycofała się całkowicie:

Teraz jestem zagubiona i zmęczona - powiedziała w jednym z ostatnich wywiadów. Chcę śpiewać, grać spektakle, spotykać się z ludźmi. To jest dla mnie najważniejsze, bo nie lubię nagrań, rejestracji telewizyjnych. Nie uznaję sztuki dla sztuki, gdyż śpiewam dla ludzi, z którymi chcę mieć dobry kontakt, i myślę, że daję im sporo. (...) To jest właśnie to, dlaczego warto uprawiać ten zawód. Tylko to ma sens i dla tego warto żyć. Urodziłam się po to, by śpiewać.

Ostatni koncert Demarczyk z zespołem odbył się 8 listopada 1999 roku w Teatrze Wielkim w Poznaniu. Piosenkarka od lat z nikim się nie kontaktuje i nikt nie wie, gdzie jest. Ale tak to już jest, że anioły są niematerialne...

"Czarny Anioł" Angeliki Kuźniak i Eweliny Karpacz-Oboładze jest pierwszą próbą biografii niezwykłego zjawiska w polskiej kulturze, jakim była Ewa Demarczyk. Jej powikłane losy, tajemnicze zniknięcie i wieloletnie milczenie okazały się dla autorek prawdziwym wyzwaniem, któremu próbowały sprostać - z sukcesem!

"Czarny Anioł" Angeliki Kuźniak i Eweliny Karpacz-Oboładze ukazała się w Wyd. Czarne w styczniu 2015 roku, zaś jej recenzja została pierwotnie opublikowana na portalu Kulturaonline.

Między bólem a zachwytem. Między życiem a śmiercią - Bernini na Wawelu

Od 6 listopada 2026 roku do 6 stycznia 2027 roku Zamek Królewski na Wawelu zaprasza na wystawę Ekstazy. Bernini na Wawelu - trzecią odsłonę ...

Popularne posty