Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roma Pilitsidis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roma Pilitsidis. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 września 2020

Roma Pilitsidis: Chodzi mi o stworzenie harmonii /wywiad/

 Rozmawiam z Romą Pilitsidis, artystką malarką, b. kustoszem i opiekunem kolekcji sztuki współczesnej w Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Głogowie. Spotkałyśmy się przy okazji wystawy "Mity, symbole, abstrakcje. Tryptyk głogowski" w Galerii Miejskiej we Wrocławiu.

Roma Pilitsidis, fot. z archiwum artystki

Barbara Lekarczyk-Cisek: Na wystawie w Galerii Miejskiej we Wrocławiu zagrała Pani w malarskim trio, jednak na co dzień tworzy artystyczny duet z mężem malarzem, Telemachem. Chociaż... Kiedy ogląda się Pani prace, wpływu jego malarstwa specjalnie nie widać. Daje się natomiast zauważyć inspiracje kolorystami i fowistami.

Roma Pilitsidis: Osobiście bardzo lubię malarstwo polskich kolorystów, np. Artura Nacht-Samborskiego czy Piotra Potworowskiego. Jeszcze dziś, aby się ich sztuką "naładować", sięgam po albumy. Oczywiście, nie maluję jak oni, a Cybisa nawet niespecjalnie doceniam. Kiedy maluje się wiele lat, to zmieniają się kierunki poszukiwań, kolorystyka. Czasami upraszczam formy albo używam ciemnej kolorystyki, a niekiedy, nie wiadomo dlaczego, zaczynam malować czerwone obrazy. To jest jedna wielka niewiadoma. Podobnie jest z kompozycją: uspokajam prace, tworząc kompozycje horyzontalne, a niekiedy wertykalne. Bywa jednak, że te dwie linie się u mnie spotykają i nie wiedzieć czemu powstaje kompozycja w formie krzyża, od której pragnę uciec, ale czasem nie mogę.

Roma Pilitsidis, Trwanie I, olej, płótno


Podczas spotkania w Galerii Miejskiej bardzo interesująco opowiadała Pani o obecności pewnych tematów będących impulsami z życia. O tym, że w dobie pandemii malowała Pani ciszę odzwierciedlającą ciszę miasta – ulic, skwerów… Wcześniej zaś, gdy Europę zalewała fala uchodźców - pojawiły się granice. Wróćmy zatem do początków: Jakie impulsy pojawiały się wcześniej w Pani malarstwie? Co pragnęła Pani utrwalić?

Moje początki są dość odległe - maluję od czterdziestu lat. Moje pierwsze wystawy pojawiły się właśnie w tym czasie. Wczesne ekspozycje miałam  w pałacu żagańskim (wspólnie z Telemachem), kolejna odbyła się w Książu... Wystawiane wówczas prace miały charakter abstrakcyjny, były jednak bardziej nasycone kolorem. Ich kolorystyka była żywsza. Zmieniały się również formy: linie, prostokąty, pojawiały się także owale, półkola. jednak generalnie sprowadzało się to coraz częściej do formy prostokąta. Upraszczałam swoje malarstwo, dążąc do kompozycji abstrakcyjnej wprawdzie, ale także geometrycznej. Mój kwadrat nie jest płaski jak u Malewicza, jest nasycony materią i ma raczej rozmyte kontury. Posługuję się bardziej materią malarską. Moje malarstwo skłania się w stronę ekspresjonizmu abstrakcyjnego, w którym jednak najbardziej oddziałuje kolor. Podobnie jest w pracach Marka Rothko, którego wprawdzie nie znałam wówczas, ale - jak się okazało - był mi bliski. Artysta posługiwał się plamą bez konturu, zestawiał ze sobą proste płaszczyzny, nieco rozmyte. Gdybym miała dostrzec związki mojego malarstwa z ekspresjonizmem abstrakcyjnym i neoplastycyzmem, umieściłabym swoje prace gdzieś pośrodku. W mojej sztuce główną rolę odgrywa materia malarska. Nakładam na siebie kolory i tych warstw jest niekiedy bardzo dużo, przez co moje malarstwo staje się przestrzenne. Podstawowym budulcem obrazu jest prosta kompozycja i materia malarska. 

Roma Pilitsidis, Trwanie II, olej, płótno

W Pani pracach pojawia się najczęściej prostokąt albo kwadrat...

Zamykam się coraz częściej w prostokącie, ponieważ uważam go za formę najdoskonalszą. Zresztą kwadrat jest mocną i częstą formą zarówno w sztuce, jak i w życiu. Symbolizuje cztery żywioły, cztery strony świata, a przede wszystkim oddziałuje spokojem. Unikam form wprowadzających niepokój czy dynamizm. Mnie właśnie chodzi o stworzenie harmonii, równowagi, choć robię to wszystko intuicyjnie. 

A jak wygląda w Pani przypadku proces tworzenia?

Kiedy przystępuję do malowania, to mam jakiś ogólny zarys. Poza tym często stawiam sobie zadania, np. jak zestawić ze sobą trzy kolory, aby stworzyć taką harmonijną kompozycję? Obraz musi być pewną całością. Podobnie myśleli o tym abstrakcyjni ekspresjoniści. Podkreśla to także bardzo mocno Władysław Strzemiński. Podobnie u mnie - obraz oddziałuje całą płaszczyzną. Obce mi jest tworzenie iluzji. Moje płótna mają dawać poczucie harmonii, w przeciwieństwie do tego, co się dzieje poza murami pracowni. Matisse mawiał, że obraz jest dla niego jak wygodny fotel - ma dawać poczucie spokoju. Myślę podobnie.

Wynika stąd, że przypisuje Pani sztuce rolę terapeutyczną - zarówno w odniesieniu do twórcy, jak i odbiorcy. 

(śmiech) Rzeczywiście, tak mówią. Podobno nawet czerwień na moich obrazach ma walor uspokajający. Wynika to z faktu, że często szukam koloru na płótnie, nie wcześniej. Kładąc go, pragnę, aby odpowiednio oddziaływał. 

Przypomina to trochę komponowanie muzyki, czyż nie?

Istotnie, jest takie podobieństwo. Kompozytor także zapewne szuka właściwego dźwięku. Tak samo jest z malowaniem. 

W Pani pracach przeważają niebieskości - kolor natury, wody i nieba, podobno pobudzający twórczość i wyobraźnię. Nie czuje się jednak, że to zimny kolor.

Wynika to stąd, że łączę go z innymi barwami, a one na siebie oddziałują. Namalowałam także mnóstwo obrazów z różnymi odcieniami czerwieni. To kolor, z którym eksperymentuję od dawna. Często mieszam kolory, ponieważ koloru również poszukuję, rzadko używam czystych barw. 

Roma Pilitsidis na wystawie "Tryptyk głogowski" w Galerii
Miejskiej we Wrocławiu, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Czy mogłaby Pani zdradzić, który z przedstawionych na wystawie obrazów uważa Pani za najbliższy sobie - w sensie spełnienia jakiegoś zamysłu?

Nie mam jakiejś szczególnie ulubionej pracy, wszystkie obrazy darzę jednakową sympatią. Gdybym jednak miała wskazać najbardziej reprezentatywny obraz, to byłoby to "Trwanie". Często do tego dyptyku nawiązuję. Uzupełniają się w nim dwie kompozycje: horyzontalna i wertykalna. Można sobie wyobrażać, że one się kiedyś przetną i powstanie kompozycja krzyża. 

Zauważyłam, że Pani obrazy noszą znaczące tytuły.

Tak, tytuły są czasem bardzo osobiste - odzwierciedlają zapis jakiejś ważnej sytuacji, która miała miejsce w momencie, gdy malowałam. Są więc zapisem ważnych zdarzeń w moim życiu albo utrwaleniem wydarzeń towarzyszących. Nie da się uciec od przeżyć - naszych albo bliskich nam osób, nawet jeżeli uprawia się malarstwo abstrakcyjne. 

Dziękuję za rozmowę.

Rozmowa o wystawie „Mity, symbole, abstrakcje” w Galerii Miejskiej we Wrocławiu.

Zainteresowanych malarstwem Romy Pilidsidis odsyłam do strony internetowej artystki: TUTAJ.

sobota, 22 sierpnia 2020

Sztuka jako fitness dla mózgu – rozmowa o wystawie „Mity, symbole, abstrakcje” w Galerii Miejskiej we Wrocławiu

W rozmowie na temat okoliczności powstawania wystawy w czasach apokaliptycznych, a także oddziaływania  malarstwa tak na twórców, jak i na odbiorców sztuki, wzięli udział artyści: Małgorzata Maćkowiak, Roma Pilitsidis, Telemach Pilitsidis oraz kuratorzy wystawy „Mity, symbole, abstrakcje/tryptyk głogowski”: Roger Piaskowski (historyk sztuki) i Mirosław Jasiński (Dyrektor Galerii Miejskiej). 


Rozmawiamy zamaskowani. Spotkanie z artystami i kuratorami na wystawie
"Mity, symbole, abstrakcje", fot. Martyna Czekała


Barbara Lekarczyk-Cisek: Wyznam na wstępie, że wystawa zaintrygowała mnie i swoim tytułem, i walorami prezentowanych prac. Było więc dla mnie oczywiste, że za ciekawymi obrazami muszą stać równie interesujący artyści, stąd wzięła się potrzeba spotkania z Państwem i utrwalenia tego wydarzenia.

Roger Piaskowski: No tak, bo to dzisiejsze spotkanie rekompensuje nam też brak wernisażu. Cała ta sytuacja jest dziwna. Zazwyczaj z okazji wystawy spotyka się i rozmawia o sztuce w  wernisażowym nastroju, więc dobrze się stało, że do takiego spotkania doszło.
Jesteśmy gotowi poznać, co to znaczy żyć w czasach Apokalipsy. Artyści próbują diagnozować tę sytuację. Tutaj mamy do czynienia z wystawą bardzo specyficzną, ponieważ trzy autonomiczne osobowości, nie stanowiące formalnej grupy, postanowiły zrobić coś wspólnie. I udało się to! Zarówno jeśli chodzi o obrazy, ich treści, jak też atmosferę kontemplacji, która dominuje, próbując zachować pewne wartości w czasach hm… proto-apokaliptycznych.


Wystawa "Mity, symbole, abstrakcje/tryptyk głogowski", fot. Agata Piątkowska,
Galeria Miejska we Wrocławiu

Barbara Lekarczyk-Cisek
: Nurtuje mnie, jak takie trzy wyraziste osobowości mogły zaistnieć na jednej wystawie i skąd wziął się jej tytuł.

Roger Piaskowski: Zdradzę na potrzeby dzisiejszego spotkania, jakie są kulisy tytułu „Mity, symbole, abstrakcje”. Otóż od dawna rozmawialiśmy o wystawie Romy, Telemacha i Małgorzaty, także wspólnie z Andrzejem Sajem, który bardzo dopinguje twórczość każdego z tych artystów. I to on właśnie jest autorem tytułu, na skutek pewnej mojej sugestii. Nieskromnie dodam, że myśląc o wystawie, musiałem też prowadzić różnego rodzaju rozmowy, aby wszystko to połączyć. Byłem przekonany, że to możliwe, pomimo tak dużego zróżnicowania życiowego, osobowościowego i artystycznego. Tutaj też należy szukać klucza do tytułu wystawy. Mity powiązane są bezpośrednio z twórczością Telemacha Pilitsidisa. Jeżeli chodzi o Małgorzatę Maćkowiak, to w jej twórczości pojawia się zagadnienie poszukiwania znaków, symboli w sztuce, w kulturze. Z kolei Roma Pilitsidis znajduje się, mówiąc skrótowo, w tym obszarze, który nazwać by można abstrakcją. Przy czym pojęcie abstrakcji jest tak pojemne, że w przypadku jej twórczości odnosi się raczej do tego, że dzieła, które tworzy, w swoim wyrazie formalnym, kompozycyjnym zmierzają jednak do próby przekazania myśli o pięknie, o sztuce, a także o pewnych teoriach abstrakcyjnych, matematycznych. Jest to zatem bardzo głębokie podejście do pojęcia abstrakcji.

Patrząc na prace trojga tak różnych artystów, trzeba także dostrzec wartość wspólną, która odnosi się do tego, że malarstwo w ujęciu klasycznym jest zawsze próbą samodzielnego podejścia do indywidualnych doświadczeń artystycznych, estetycznych, historycznych. Te niezwykłe obrazy, które oglądamy w Galerii Miejskiej we Wrocławiu, oddają hołd pięknu, sztuce w bardzo tradycyjny sposób. Jest to troszeczkę oderwane od rzeczywistości, ale dlatego, że sztuka jest taką właśnie przestrzenią, która w czasach pandemii może oferować duchowe oczyszczenie. Jest to zatem wystawa skłaniająca do kontemplacji, w dodatku muzyczna. Towarzyszy jej utwór muzyczny – trio, nawiązujące do trojga artystów, z których każdy tworzy na swój sposób, a jednak ekspozycja stanowi kompozycyjną całość.


Telemach Pilidsidis, Argument zmierzchu, 1984, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Barbara Lekarczyk-Cisek: Bardzo to interesujący eksperyment zderzenia ze sobą trzech osobowości, bo dzięki niemu następuje nie tylko rodzaj dialogu między obrazami i konwencjami, ale powstaje – jak w przypadku metafory – nadrzędna, trzecia wartość. Ciekawi mnie w związku z tym, co zdecydowało, że takie, a nie inne obrazy ze sobą sąsiadują, bo z pewnością wybór poprzedziła jakaś myśl. Zacznijmy więc nasze rozważania od tego, jakie prace chcieli pokazać na wystawie artyści i dlaczego właśnie te.

Roma Pilitsidis: Początkowo nie wiedziałam jeszcze, jak będą eksponowane. W moim przypadku nie mogłam się kierować wyborem tematycznym, jak w sztuce przedstawiającej. Chciałam, aby moje prace oddziaływały wizualnie – jako  całość. Ponadto pragnęłam pokazać obrazy z różnych lat, reprezentatywne, ponieważ po raz pierwszy miałam mieć wystawę w Galerii Miejskiej we Wrocławiu. Są tu więc prace wcześniejsze, ale także stworzone w dobie pandemii, kiedy przebywałam w zamknięciu i malowałam ciszę, odzwierciedlającą ciszę miasta – ulic, skwerów… Wcześniej, w 2018 roku, malowałam granice. W tamtym czasie były zupełnie inne, bo ludzie tłumnie migrowali. Natomiast granice malowane w czasach pandemii są przedstawione zupełnie inaczej – kompozycja i kolorystyka są odmienne, wykorzystuję dużo mocnej czerwieni.

Roma Pilitsidis, Granice, olej na płótnie, 2020 r.,  fot. Agata Piątkowska

Roger Piaskowski: Widzimy więc przykład obrazów oddających klimat swoich czasów językiem nieprzedstawiającym.

Barbara Lekarczyk-Cisek: Podobnie maluje swoje cykle prof. Konrad Jarodzki, którego wystawę oglądałam swego czasu w galerii na Dworcu Głównym we Wrocławiu. Impulsy (taki też tytuł nosiła wystawa) czerpał z prawdziwych wydarzeń, np. obrazy tragedii 11 września nie stanowią ilustracji czy fotograficznej wierności tego wydarzenia, są rodzajem metafory i symbolu…

Roger Piaskowski: Taki „komentarz” artysty do wydarzeń jego czasów jest przez to ciekawszy. Jeśli chodzi o wybór obrazów na wystawę, to był on wynikiem konsultacji. Chodziło o wybór dla artysty reprezentatywny. Poza tym każdy artysta ma własny program i wie, co chciałby pokazać. Ostatecznie wybraliśmy pewną pulę obrazów, którą  następnie konsultowaliśmy z Galerią. To był złożony proces. W przypadku mistrza Telemacha Pilitsidisa, który jest księciem malarzy Zagłębia Miedziowego, jest tak ogromna gama różnych postaw, poszukiwań, powiązanych na dodatek z poezją, że trudno było sprostać koncepcji trio. To jest wystawa bezprecedensowa z wielu powodów. Nie tylko dlatego, że jest pandemiczna i bez wernisażu, ale także przez to połączenie różnych osobowości w jedną całość.

Barbara Lekarczyk-Cisek: A jak wyglądały wybory z Pani punktu widzenia, Pani Małgorzato?

Małgorzata Maćkowiak: Miałam przygotować zestaw prac. A ponieważ maluję cyklami, trzeba jeszcze było wybrać konkretne prace z każdego cyklu. Zastanawiałam się, jak to wypadnie w zestawieniu z dużymi pracami Telemacha, bo ja ostatnio maluję małe formaty. Z początku nic mi się nie podobało. Moje dylematy scedowałam w końcu na specjalistów.

Roma Pilitsidis: To, że prace mają różne formaty, to bardzo dobrze! Wystawa jest ciekawsza, nie tak jednorodna, a obrazy się nie przytłaczają.

Telemach Pilitsidis: Wprawdzie nie ja jestem autorem wyboru prac, ale uważam, że jest to piękny wybór.

Barbara Lekarczyk-Cisek: Czy i w Pana przypadku mamy do czynienia z reprezentatywnym wyborem?

Telemach Pilitsidis: Ja tych „telemachów” mam w swojej pracowni kilkunastu, ponieważ jestem osobą pozornie spokojną, ale faktycznie wewnętrznie dynamiczną. Od początku mojej kariery artystycznej, w latach 70. I 80., mimo wielu wystaw i nagród, długo nie mogłem oderwać się od pępowiny łączącej mnie z moim mistrzem Jerzym Nowosielskim. Obecnie, z perspektywy lat uważam, że moje prace wcale nie były takie „nowosielskie”. Warsztat był być może podobny, ale każdy z nas wyrażał co innego. W pracach prezentowanych na wystawie nie ma już Nowosielskiego, to już są „telemachy”. Znajdujący się na niej  mój obraz „Angelika” miał być w założeniu ikoną Angeliny Jolie – kobiety współczesnej. Tylko czy widz to skojarzy?


Telemach Pilidsidis, Angelika, olej na płótnie, 2017, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Roger Piaskowski: Charakterystyczne jest, że po opuszczeniu pracowni obraz zaczyna żyć swoim tajemniczym życiem, ponieważ ukrywa w sobie treści, znaczenia dotyczące życia artystów, tradycji malarskiej, w której się ukształtowali (Nowosielskiego, Makowskiego czy Matisse`a), ale potem zaczyna też żyć życiem odbiorcy – w sensie społecznym. Powstaje pytanie: jak to wszystko połączyć w jedną wartość? Można by odpowiedzieć, że sztuka jest taką sferą, w której obraz funkcjonuje w sposób szczególny. Sztuką może też być sposób życia artysty. Ja jednak dostrzegam w obrazach trojga artystów silny element sakralizacji.

Małgorzata Maćkowiak: Przestrzeń tworzenia była od prapoczątków sakralizowana, jak tego dowodzi choćby malarstwo Aborygenów czy rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej, Indian Hopi  i ich sand paintings. Być może odziedziczyliśmy po przodkach takie traktowanie obrazu. W związku z tym obraz, a w konsekwencji ikona, jest przestawieniem świętości.

Otwartą pozostaje sprawa odbioru dzieła sztuki. Hrabal powiada o swoich powieściach, że są półproduktami, dopiero czytelnik sprawia, że stają się pełnowartościowe. Podobnie rzecz ma się z obrazami.
Chciałabym też zwrócić uwagę na odkrycia neuroestetyki.  Jej twórca, Profesor Semir Zeki, z University College London, sugeruje, że jeśli nadal, po tak wielu tysiącach lat, tworzymy obrazy, to musimy ich w jakiś stały sposób potrzebować. Według Zekiego artyści posiadają intuicję lub raczej „tajemną” czy „ukrytą wiedzę” na temat zasad neurofizjologii percepcji i emocji, które nieświadomie wykorzystują podczas procesu tworzenia dzieła. W tym sensie każdy artysta swoim dziełem uruchamia cały zespół procesów neurofizjologicznych w mózgu widza i powiązane z tym procesem emocje: poczucie piękna, wzruszenie, zachwyt estetyczny i uniesienie. „Artysta to nieświadomy neurobiolog”, a dzieło sztuki to „superbodziec”. Wedle neuroestetyki, malowanie i oglądanie malarstwa uplastycznia nasz mózg, obniża poziom stresu, pobudza kreatywność i umiejętności poznawcze… Bez sztuki nie bylibyśmy na takim etapie rozwoju, być może bylibyśmy zupełnie innymi ludźmi, bardziej prymitywnymi. Sztuka „rzeźbi” nasz mózg, ułatwia myślenie. Kiedy patrzymy na obraz, nasz mózg pracuje. Być może wszyscy ci prymitywni przodkowie właśnie dlatego tak się rozwinęli. Pójście do galerii to jakby fitness dla mózgu (śmiech).


Małgorzata Maćkowska, Znak w przestrzeni pojęć, olej na płótnie, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Barbara Lekarczyk-Cisek: Pozostaje więc mieć nadzieję, że odwiedzający tę wystawę wejdą w dialog z obrazami i „dopowiedzą” do nich wiele interesujących treści, obniżając sobie przy okazji poziom stresu i podnosząc kreatywność (śmiech).  Dziękuję Państwu za spotkanie.

Stoją od lewej: Małgorzata Maćkowiak, Telemach Pilitsidis, Roma Pilitsidis, Roger Piaskowski


Wystawie towarzyszy starannie wydany dwujęzyczny katalog, zawierający obszerny esej Rogera Piaskowskiego: "Trio na instrumenty malarskie", prezentujący także sylwetki i reprodukcje obrazów trojga artystów.



Przeprowadziłam także indywidualne rozmowy z artystami, które znleźć można pod poniższymi linkami:

wtorek, 30 czerwca 2020

Mity, symbole, abstrakcje/ tryptyk głogowski - wystawa w Galerii Miejskiej we Wrocławiu

2 lipca przestrzenie wrocławskiej Galerii Miejskiej wypełni malarstwo trojga artystów na co dzień żyjących i pracujących w Głogowie: Telemacha Pilitsidisa, Małgorzaty Maćkowiak i Romy Pilitsidis. Tytuł wystawy „Mity, symbole, abstrakcje/ tryptyk głogowski” zwraca uwagę na pozawizualne kategorie, w których rozpatrywać warto dzieła wymienionych twórców. 

Telemach Pilitsidis, Zmowa milczenia, olej na płótnie, 100x80 cm

Tym, co łączy głogowskich artystów jest z pewnością konsekwentnie realizowana przez nich strategia twórcza polegająca na dowartościowaniu medium malarskiego nie tylko na poziomie samej widzialności, ale także na uruchamianym przy okazji obcowania z dziełem poziomie podświadomości, intuicji, skojarzeń i metafor. W ten sposób, wikłając obraz w symboliczne narracje, Telemach Pilitsidis, Małgorzata Maćkowiak i Roma Pilitsidis przywracają mu intelektualną jakość.

Telemach Pilitsidis, Podwórka II, olej na płótnie, 130x110 cm, 1999r

W swoich próbach uwidocznienia niewidocznego głogowscy twórcy korzystają z rozmaitych estetyk i rozwiązań warsztatowych. W naznaczonych metafizycznym pierwiastkiem i dążących do kolorystycznego porządku dziełach Telemacha Pilitsidisa silnie wybrzmiewają echa twórczości Picassa, Rembrandta i Goi, ale także jego mentora z czasów studiów na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, Jerzego Nowosielskiego.

Małgorzata Maćkowiak, Genesis - dzień drugi, technika własna, akryl na płycie, 77x77cm, 2010

Z kolei balansujące pomiędzy abstrakcją a przedstawieniowością malarstwo Małgorzaty Maćkowiak wyrasta z rozważań nad symbolem, pismem i – w ogóle – znakiem. Za pomocą swoich obrazów artystka wskazuje na odwieczne przenikanie się makro- i mikrokosmosów, poszukując utraconej jedności wszechrzeczy – równowagi i prawdy, która łączy człowieka z naturą, Ziemią i kosmosem.

Roma Pilitsidis, Stan obecny II, lipiec, olej na płótnie, 100x100 cm, 2007r

Roma Pilitsidis natomiast za pośrednictwem barwnych, geometrycznych kompozycji nadaje Malewiczowskiej bezprzedmiotowości mnogość czystych, żywych odczuć akcentowanych nie tylko harmonią barw, ale i wyraźnym malarskim gestem.

Wystawa „Mity, symbole, abstrakcje/ tryptyk głogowski” to jednak nie tylko próba nakierowania rozważań odbiorcy dzieła na sferę doznań i wyobrażeń. To także próba przyjrzenia się temu, w jaki sposób kształtuje się, jakie tematy podejmuje i w którą stronę zmierza twórczość artystyczna rozwijająca się z dala od głównych ośrodków polskiej sztuki.

Ekspozycja potrwa do 27 sierpnia 2020.
Kurator: Mirosław Jasiński

informacja prasowa

Wrzesień w Muzeum Architektury: dla dorosłych, dzieci i ciekawych miasta

 Muzeum Architektury we Wrocławiu zaprasza na spotkanie warsztatowe w ramach Akademii Architektury, warsztaty dla dorosłych: "Śląski de...

Popularne posty