Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nikt nie woła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nikt nie woła. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 lutego 2019

Paciorki śląskiego różańca | Filmy Kazimierza Kutza w kinie Iluzjon

Kazimierz Kutz – jeden z najważniejszych polskich reżyserów, wizjoner kina, działacz społeczny. Twórca wybitny, którego styl filmowy stale ewoluował. 16 lutego 2019 roku Kazimierz Kutz obchodziłby 90. urodziny.


Kazimierz Kutz

W lutym w kinie Iluzjon wspominamy najważniejsze dzieła tego wybitnego reżysera, zarówno filmowe jak i Teatru Telewizji. Zaczniemy od kryminału Ktokolwiek wie…, prawdopodobnie najbardziej niedocenionego dzieła reżysera. Nikt nie potrafi opowiadać o Śląsku z taką miłością, nostalgią i znawstwem jak Kazimierz Kutz, dlatego podczas przeglądu w kinie Iluzjon nie zabraknie Śląskiej trylogii, czyli filmów: Sól ziemi czarnej, Perła w koronie i Paciorki jednego różańca. Pokażemy również debiut reżysera – Krzyż walecznych, będący adaptacją trzech opowiadań Józefa Hena, konfrontujących ze sobą ostatnie dni wojny i nastające dni pokoju.


Kazimierz Kutz reżyserował również spektakle Teatru Telewizji. Z bogatego dorobku twórcy wybraliśmy trzy pozycje: Do piachu…, Kolację na cztery ręce oraz Opowieści Holywoodu. Niewiele polskich sztuk współczesnych wywołało taką dyskusję jak Do piachu… Tadeusza Różewicza i jej telewizyjna realizacja w reżyserii Kazimierza Kutza. „Trzeba wtykać palec w bolące miejsca” – mówił reżyser. Kolacja na cztery ręce opowiadająca o wspólnym posiłku Bacha i Haendla, znalazła się w Złotej Setce Teatru Telewizji.

Wszystkim projekcjom będzie towarzyszyć prelekcja kuratora cyklu, Tomasza Kolankiewicza. Pełny program przeglądu, wraz z datami i godzinami seansów, znajduje się tutaj.


Olgierd Łukaszewicz w Paciorkach jednego różańca

Głównym punktem przeglądu będzie uroczyste spotkanie ze współpracownikami reżysera: aktorami Olgierdem Łukaszewiczem i Janem Englertem oraz jego biografką, Elżbietą Baniewicz. W trakcie spotkania przypomnimy najważniejsze filmy Kazimierza Kutza, nie zabraknie anegdot i wspomnień. Po spotkaniu, które poprowadzi Tomasz Kolankiewicz, odbędzie się projekcja odnowionego cyfrowo filmu Nikt nie woła z 1960 roku – jednego z arcydzieł reżysera. Spotkanie odbędzie się 16 lutego o godz. 20:00.

Dramat psychologiczny Nikt nie woła rozgrywa się krótko po zakończeniu II wojny światowej. Młody chłopak przyjeżdża wraz z przesiedleńcami na tzw. Ziemie Odzyskane. W małym miasteczku poznaje dziewczynę, w której zakochuje się z wzajemnością. Konspiracyjna przeszłość, przed którą próbował uciec, nie daje jednak o sobie zapomnieć i zmusza bohatera do opuszczenia nowego domu. Jeden z najpiękniejszych plastycznie obrazów polskiej kinematografii, który został zrealizowany na podstawie opowiadania Józefa Hena. Poetycka i minimalistyczna forma filmu, współgrająca z nielinearnie prowadzoną narracją, plasuje go w kręgu największych osiągnięć estetyki nowofalowej.

Adres: ul. Narbutta 50A

informacja prasowa

czwartek, 10 stycznia 2019

Znamy szczegóły 4. sezonu "Kinematografu Wrocławskiego"

Czwarty sezon „Kinematografu Wrocławskiego” to filmowe zwiedzanie całego Dolnego Śląska. W ramach najnowszej odsłony cyklu widzowie odwiedzą najpopularniejsze dolnośląskie plenery, a wszystko dzięki znakomitym dziełom polskiej kinematografii, realizowanym w malowniczej scenerii naszego regionu. Pierwszą wycieczkę – 15 stycznia zaplanowano do Bystrzycy Kłodzkiej, a przewodnikiem będzie stylowe dzieło Kazimierza Kutza „Nikt nie woła”. Zobaczymy też filmy kręcone w Lądku-Zdrój, Wambierzycach, Lubomierzu czy Wałbrzychu.



Bystrzyca Kłodzka

Wszystkie wymienione miejscowości dość regularnie pojawiały się na ekranie filmowym. Bystrzycę Kłodzką, a także Lubomierz odkrył dla rodzimego kina Kazimierz Kutz. W debiucie pt. „Krzyż walecznych” (1958) skorzystał z urody lubomierskiego rynku, gdzie rozgrywa się znakomita większość akcji noweli „Wdowa” ze Zbigniewem Cybulskim w jednej z głównych ról. Już kilkanaście miesięcy potem późniejszy autor „trylogii śląskiej” uwiecznił na taśmie filmowej Bystrzycę Kłodzką w stanie wciąż przypominającym rok 1945 w „Nikt nie woła” (1959), cudownej historii inicjacyjnej z demonami II wojny światowej w tle. Od prezentacji tego tytułu rozpocznie się czwarta odsłona Kinematografu –  pokaz filmu odbędzie się 15 stycznia o godzinie 18:00 do Barbary. (Świdnicka 8B)

Lądek-Zdrój

W kolejnym miesiącu czeka podróż nieodległa w czasie (jeśli chodzi o powstanie filmu), a także – geograficznie, bo do Lądka-Zdroju, gdzie w 1963 r. Janusz Morgenstern („Mniejsze niebo”) nakręcił „Dwa żebra Adama”, dziejącą się w latach 60. satyrę na małomiasteczkową mentalność, do której scenografię dostarczyło jedno z najsłynniejszych uzdrowisk Dolnego Śląska. Miejscowość powracała jeszcze kilka razy jako plener filmowy, a mieszkańcy co jakiś czas organizują projekcje obrazów realizowanych w ich mieście. Wspominana Bystrzyca Kłodzka pisze tutaj w ostatnich latach jeszcze barwniejszą kartę: uruchomiono tam Kryształową Aleję Gwiazd, organizowano jubileusz 55-lecia powstania filmu „Nikt nie woła” czy premierę „PokotuAgnieszki Holland.



Więcej informacji o najbliższym pokazie filmu „Nikt nie woła”: TUTAJ

informacja prasowa

poniedziałek, 19 listopada 2018

Doktorat honoris causa dla Kazimierza Kutza i Jerzego Wójcika!

Senat Szkoły Filmowej w Łodzi zdecydował o przyznaniu tytułów doktora honoris causa Wielkim Polskiego Kina. Wręczenie tytułów odbędzie się 13 grudnia o godz. 12.00.


To będzie dla Szkoły bardzo ważny moment – honorowy tytuł wręczony zostanie jednym z pierwszych absolwentów naszej Szkoły; ludziom, których twórcza droga jest dla nas godna najwyższego uznania. Poznali się w Szkole. Kazimierz Kutz – student Wydziału Reżyserii Filmowej, Jerzy Wójcik - Wydziału Operatorskiego.

Na planie filmu pełnometrażowego spotkali się dzięki Andrzejowi Wajdzie – Kazimierz Kutz był tam drugim reżyserem, Jerzy Wójcik – drugim operatorem. W 1958 jako reżyser i autor zdjęć pracowali już razem na planie filmu "Krzyż walecznych", dwa lata później wspólnie zrealizują "Nikt nie woła" – dziś uważany za jeden z najbardziej oryginalnych i plastycznie wysublimowanych polskich filmów, który artystyczną wizją wyprzedził czas swojej premiery.

"(…) ów cudowny estetyczny eksces, którym w 1960 roku wprowadzał polską kinematografię do światowego kanonu nowego kina (za co w Polsce nabawił się (Kutz – przyp. red.) godnego ubolewania ostracyzmu środowiska (…) – pisze w recenzji dorobku Kazimierza Kutza prof. zw. dr hab. Andrzej Gwóźdź. Właśnie ten wspólny film Kutza i Wójcika pokażemy w Szkole w dniu nadania honorowego tytułu.

informacja prasowa

poniedziałek, 11 września 2017

Kazimierz Kutz: Krystalizacja uczuć /wywiad/

Znany reżyser opowiada o początkach swojej pracy we Wrocławiu i o burzliwych losach filmu ”Nikt nie woła”.

Kazimierz Kutz, fot. KNH

26 listopada 2015 r. gościem cyklu ”Polish Cinema for Beginners” w Kinie Nowe Horyzonty, promującego polskie kino wśród obcokrajowców, był Kazimierz Kutz. Spotkanie z reżyserem odbyło się po projekcji odnowionej cyfrowo kopii filmu ”Nikt nie woła”. Dzięki organizatorom, udało mi się przeprowadzić wywiad z tym wybitnym twórcą.

Barbara Lekarczyk-Cisek: Spotykamy się z powodu szczególnej okazji, a mianowicie premiery odnowionego cyfrowo Pańskiego filmu ”Nikt nie woła”, który zrealizował Pan we Wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych w 1960 roku.  Jak Pan zapamiętał tamte czasy i ówczesny Wrocław?

Kazimierz Kutz: Moje związki z Wrocławiem – i jako filmowca, i jako człowieka – są  dość istotne, a także dramatyczne. Zrobiłem tutaj trzy swoje pierwsze filmy i właściwie czułem się obywatelem tego miasta. Z czasem nawet otrzymałem tu mieszkanie i ożeniłem się…  Mieszkałem we Wrocławiu dwa lata i niemal nie wychodziliśmy z wytwórni, bo było to miejsce, gdzie walczyliśmy o inne, artystyczne kino.

Henryk Boukołowski. Bożek i Zofia Marcinkowska jako Lucyna
w filmie "Nikt nie woła" w reż. Kazimierza Kutza
Wytwórnia Filmów Fabularnych powstała z powodów politycznych. Władzom zależało na tym, aby stworzyć coś nowego, oryginalnego, czego nie zrobili Niemcy. W tym czasie istniała już generacja młodych twórców, do której i ja należałem. W rezultacie ta prymitywnie wyposażona wytwórnia stała się inkubatorem polskiej szkoły filmowej, bo do niej właśnie wysyłano wszystkich debiutantów i młodych reżyserów. Miało to swoje zalety, bo znaleźliśmy się z dala od Łodzi i Warszawy, gdzie istniała już uporządkowana administracja i co za tym idzie – ścisła  kontrola. Natomiast myśmy się znaleźli w nieco poszerzonej sferze wolności. Mieszkaliśmy zazwyczaj w Wytwórni Filmowej, a dyrektor, który tę wytwórnię założył, był fantastycznym człowiekiem i lubił artystów. Miał misję stworzenia nam dobrych warunków do pracy. Można by napisać książkę o tym, że szkoła polska to właśnie Wrocław.

Swój pierwszy film: „Krzyż walecznych nakręcił Pan we Wrocławiu i to z wielkim sukcesem… A jak to było z „Nikt nie woła”?

Pisano, że jest to zupełnie nowy głos w kinie polskim, że pojawił się nurt plebejski, opowiedziany w formule estetycznej odległej od filmów związanych z wojną.

Po tak udanym debiucie myślałem o zrealizowaniu filmu, jakiego jeszcze nikt nie zrobił. Sięgnąłem ponownie do prozy Józefa Hena. Tym razem była to książka, która miała wielkie kłopoty z cenzurą, ponieważ opisywała los polskich Żydów w Rosji, ich gehennę wojenną, łącznie z tym, że nie przyjmowano ich do Armii Andersa. Przede wszystkim zaś Hen opisał własne życie i swoją pierwszą miłość. A myśmy z Jerzym Wójcikiem, w tajemnicy, niejako oszukując wszystkich, wykorzystali tylko ów wątek miłosny i przenieśli akcję na Ziemie Zachodnie. Pokazaliśmy, jak puste poniemieckie miasta zalewa polski żywioł, przeważnie plebejusze. I na tym tle spotykają się moi bohaterowie przeżywający pierwszą miłość.

Od lewej: Barbara Kraftówna, Henryk Bukołowski, Zofia Marcinkowska 
Przesłanie filmu miało być takie, że oto na tych ziemiach rodzi się nowe życie. Jednocześnie jest to film o trudnej miłości, ponieważ główny bohater był pokiereszowany przez wojnę: był człowiekiem, który strzelał i zabijał. Natomiast dziewczyna miała w sobie niewinność. Tak więc młodzi ludzie spotykają się w tej obcej cywilizacji, wśród obcych ludzi.

Filmem tym nawiązywałem też do mojego ulubionego pisarza Stendhala, który był bardzo wnikliwym psychologiem miłości. Uważał, że miłość trzeba przeżyć do końca, a kto tego nie uczyni, pozostanie w pewnym sensie kaleką. Miłość jest najważniejsza i trzeba jej poświęcić wszystko. Pisarz nazywał to krystalizacją uczuć. I to jest właśnie film o krystalizacji uczuć, czyli o tym, jak bohaterowie męczą się z tą swoją pierwszą miłością. To bardzo trudne stworzyć drugiego człowieka, a także „być dla niego”...

Najistotniejsze było jednak to, że opowiadaliśmy o tym zupełnie innym filmowym językiem. Uważałem wówczas, że nadeszła pora, aby znaleźć własny, oryginalny język, który różniłby się od języka dotychczas zrealizowanych polskich filmów. Nasze kino było wówczas kinem literackim, adaptacyjnym i stosowało techniki opowiadania właściwe literaturze. My natomiast postawiliśmy na obraz i dźwięk. Zależało nam, aby odmienić sposób opowiadania – wrócić do obrazu.

Obraz to niezwykle  piękny, wysmakowany formalnie i nowoczesny w sposobie narracji. Kojarzył mi się z filmami Roberta Bressona.  A jednak został bardzo źle potraktowany przez komunistyczne władze…

Film wstrząsnął wszystkimi, również politykami, do tego stopnia, że napiętnowano go za tzw. formalizm. A to była po prostu nowa fala, którą już się czuło w powietrzu. W moim odczuciu jest to pierwszy film egzystencjalny. Ale wówczas nikt nie był na to przygotowany. Wszyscy żyli polskim kinem wojennym oraz problematyką akowsko – rozliczeniową. Atakując mnie podnoszono, że co innego zatwierdziła komisja, która zezwoliła na realizację filmu. Nawet moi zwierzchnicy w Zespole – Andrzej Wajda, Jerzy Kawalerowicz, Tadeusz Konwicki - także byli zaskoczeni.

 Jak Pan sobie poradził z tymi wszystkimi konsekwencjami?

Miałem wówczas  niespełna trzydzieści lat i uważałem, że mam obowiązek się zbuntować. Przede wszystkim przeciwko sobie samemu, by poznać własne granice. Cierpienie, które przeżyłem w związku z tym filmem, pozwoliło mi poznać własną miarę. Oceniając to z perspektywy czasu, sądzę, że chodziło o to, aby zniszczyć tę falę `56 roku – ukrócić wolność i rozpasanie artystów. A ponieważ byłem młodym człowiekiem, za którym nikt nie stał, który nie miał swego środowiska i nie należał do partii komunistycznej, toteż stałem się łatwym celem ataków. Chciano mi nawet odebrać prawo do wykonywania zawodu albo przesunąć na kilka lat do roli asystenta. Ponadto partia wydała zakaz mojej współpracy z Jerzym Wójcikiem. Dzięki temu filmowi jednak powstało potem wiele polskich filmów, w których był operatorem. Więc praca nad „Nikt nie woła” również jemu wyszła na dobre.

Poza tym wyrażano się o mnie bardzo źle i wynajmowano wielu mądrych ludzi, aby ten film krytykowali. Jednak krytyka nie dysponowała odpowiednim językiem na opisanie tego zjawiska. Zresztą krytycy także byli przestraszeni, bo byli karierowiczami i obawiali się kłopotów. Film miał zakaz wywozu za granicę, a w Polsce prawie nikt go nie widział. Dopiero po roku, po skrótach i poprawkach, powstały dwie kopie, które i tak nie znalazły się w szerszym rozpowszechnianiu. A jednak gdybym tego filmu nie zrobił, to nie powstałyby również inne moje filmy, bo właśnie wtedy wypracowałem własny język.

Na tym filmie uczono się w szkole filmowej. Teraz, kiedy został odnowiony cyfrowo, odzyskał swoją urodę i święci ponowne narodziny.

Nikt nie woła - scena zbiorowa, pierwsze ujęcie filmu
Film ma nie tylko nowoczesną narrację, ale również oryginalną muzykę, której kompozytorem jest nie kto inny, tylko Wojciech Kilar…

Kilar był wtedy nikomu nieznanym kompozytorem, który właśnie wrócił ze stypendium w Paryżu. Poleciła mi go moja znajoma muzykolog, która go znała i ceniła. Wojtek był wtedy bardzo zbuntowanym i nowoczesnym kompozytorem, tworzącym dzieła atonalne, ale zarazem był też kinomanem, toteż świetnie się nadawał. Był to początek naszej współpracy, która trwała bardzo długo.

Teraz atmosfera wokół Pańskiego filmu jest zupełnie inna. Podobno Bystrzyca Kłodzka, w której kręcone były zdjęcia, chciałaby wręcz Pana i film promować.

Kiedy pojechałem do Bystrzycy Kłodzkiej, aby pokazać ten film, pani burmistrz przyznała mi honorowe obywatelstwo, bo uznano mnie za promotora tego miasta. Utrwalono nawet moją podobiznę, która zawiśnie w Ratuszu. Mało tego, padła propozycja, aby raz do roku organizować specjalną uroczystość pod hasłem ”Przyjaciele Bystrzycy Kłodzkiej”. Będę patronował jednoosobowej kapitule i mam prawo zaprosić w przyszłym roku znanego artystę (prawdopodobnie będzie to Janusz Gajos), któremu poświęcone będzie całodzienne spotkanie. Z  kolei on przywiezie ze sobą coś, co uzna w swoim dorobku za najważniejsze, niezwykłe, czym zechce się podzielić z uczestnikami. A w kolejnym roku to on zaprosi kogoś nie mniej wybitnego, kto będzie związany z polską szkołą filmową.

W tym wszystkim chodzi o to, aby wokół miasta tworzyć pozytywną atmosferę, by młodzi ludzie, którzy stamtąd uciekają, dostrzegli wartości i zaczęli się z miastem utożsamiać.

Tak więc owoce ponownych narodzin mojego filmu będą obfite. Dla mnie jest to zwycięstwo po latach i powrót na stare śmieci.

Jakie to uczucie – przyjechać po latach do Wrocławia na premierę swojego ważnego, zrealizowanego tutaj filmu?

Wspaniałe! Teraz to jest inne miasto. Ale i wtedy, w latach sześćdziesiątych, było cudowne – rozpustne i dzikie. Fantastyczne! Przeżyłem tu dużo niesłychanie dobrych rzeczy. Przede wszystkim jednak dzięki temu, że znalazłem się we wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych, stałem się tym, kim jestem.

Dziękuję za rozmowę.

 Wywiad ukazał się na portalu Kulturaonline 7 grudnia 2015 r.


„Feliks Janiewicz – Complete Violin Concertos” – nowy album wydany przez Narodowe Forum Muzyki

7 sierpnia 2026 roku premierę będzie miał nowy album Narodowego Forum Muzyki im. Witolda Lutosławskiego we Wrocławiu, nagrany przez Bartłomi...

Popularne posty