Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja ze spotkania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja ze spotkania. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 czerwca 2023

Giancarlo Guerrero w Alei Gwiazd Narodowego Forum Muzyki i IX Symfonia G. Mahlera na pożegnanie /relacja/

Ta ostatnia, najbardziej kontemplacyjna część IX Symfonii, jest niezwykle piękna i poruszająca. Zresztą całość, genialnie zinterpretowana przez NFM Filharmonię Wrocławską, prowadzoną przez prawdziwego mistrza, który wydobył z muzyki Mahlera tyle treści, że aż zapierało dech. Zostaliśmy obdarowani niezwykłym pięknem, które może nieść muzyka w tak szlachetnym wykonaniu....

Giancarlo Guerrero dyrygujący IX Symfonią G. Mahlera, fot. Bogusław Beszlej

W Alei Gwiazd i "Spotkajmy się!"

16 czerwca 2023 roku był dla Narodowego Forum Muzyki oraz dla melomanów dniem szczególnym. Po sześciu latach współpracy z NFM Filharmonią Wrocławską pożegnaliśmy maestro Giancarlo Guerrero i było to pożegnanie, by tak rzec, wieloetapowe i pełne emocji. Jego początek wyznaczyło odsłonięcie tablicy pamiątkowej w Alei Gwiazd, a następnie odbyło się pierwsze (ale nie ostatnie!) spotkanie z Mistrzem batuty  – w ramach  cyklicznych "Spotkajmy się w NFM", których gospodynią jest Agnieszka Ostapowiecz

Giancarlo Guerrero w Alei Gwiazd przed NFM, fot. Karol Sokołowski

Urodzony w Nicaragui, a potem emigrant do Wenezueli, Giancarlo Guerrero ma,  jak się okazało podczas spotkania...  tzw. polski gen, a to za sprawą wybitnego polskiego dyrygenta Stanisława Skrowaczewskiego, z którym się przyjaźnił. Guerrero opowiadał także o początkach swojej drogi muzycznej, którą rozpoczął od nauki gry na perkusji, gdyż  – jak twierdził z humorem  – liczba chętnych była tam najmniej liczna. Ostatecznie zamienił jednak werble na batutę i dzięki temu zrobił międzynarodową karierę: jest dyrektorem muzycznym Nashville Symphony w Nashville, Tennessee. oraz głównym gościnnym dyrygentem Orkiestry Gulbenkiana w Lizbonie w Portugalii. Wcześniej był zastępcą dyrygenta Minnesota Orchestra i dyrektorem muzycznym Eugene Symphony. Zdobył aż sześć nagród Grammy! 

Guerrero jest niezwykle ciepłym, otwartym człowiekiem i ma poczucie humoru. O wszystkim mówił ze swadą, nie stroniąc od anegdot. W takim też duchu odpowiadał na pytania, zdradzając rozbawionym słuchaczom m. in., że w istocie dyryguje... twarzą, głównie oczami. Zapewne tak jest, ale dodałabym jeszcze, że właściwie dyryguje całym ciałem, co widać szczególnie jaskrawo, gdy obserwuje się go z widowni. Guerrero mówił także obrazowo o tym, jak dochodzi do coraz dojrzalszych interpretacji, porównując ten czas do dorastania swoich córek. Ponadto dziękował za życzliwość i serdeczność, których doznał pracując w Narodowym Forum Muzyki jako szef NFM Filharmonii Wrocławskiej, której sympatię zdobył  – jak się okazało  – przebojem, co wcale nie dziwi. Na koniec zapowiedział, że planuje jeszcze koncerty we Wrocławiu, rozstanie nie jest więc ostateczne.

Giancarlo Guerrero podczas spotkania z melomanami, fot. K. Sokołowski

Mahler na pożegnanie

Na pożegnanie z Wrocławiem  Guerrero dokonał symbolicznego wyboru: IX Symfonii Gustava Mahlera – ostatniej własnej niedokończonej, a zarazem ostatniej romantycznej symfonii. W rękopisie  Symfonii kilkakrotnie figuruje słowo „Lebewohl” (pożegnanie) ...

Chociaż IX Symfonia ma tradycyjną liczbę części (cztery), jest niezwykła –- otwiera ją synkopowany motyw rytmiczny (który według Leonarda Bernsteina jest przedstawieniem nieregularnego bicia serca Mahlera), słyszalny w całej tej części. Krótkie wprowadzenie przedstawia również dwie inne idee: czterodźwiękowy motyw zapowiedziany przez harfę, który stanowi znaczną część muzycznej podstawy dla reszty. słychać go w rogach i klarnetach, a  szczytowym momencie rozwoju melodii puzony i tuba przejmują rytmiczny motyw bicia serca, zaznaczony w partyturze "Mit höchster Gewalt" (z największą siłą). Prowadzi to do uroczystego marszu żałobnego, oznaczonego "Wie ein Kondukt" (jak kondukt żałobny), na kotłach ostinato czterodźwiękowego motywu harfy. Po raz pierwszy i jedyny w Symfonii słychać tu niskie tony dzwonów, towarzyszące kotłom w motywie czteronutowym. Pod koniec I części znajduje się niezwykły przykład linearnej polifonii Mahlera, w której piccolo, flet, obój i skrzypce solo imitują nawoływania ptaków. Alban Berg stwierdził, że ta sekcja jest "wizją życia przyszłego". 

Giancarlo Guerrero dyrygujący IX Symfonią G. Mahlera, fot. Bogusław Beszlej

Druga część jest serią tańców i rozpoczyna się rustykalnym ländlerem, który zostaje przekształcony do tego stopnia, że nie przypomina już tańca. Tradycyjne sekwencje akordów są zmieniane w niemal nierozpoznawalne wariacje, zamieniając rustykalny, ale stopniowo zanikający ländler w okrutny walc całotonowy, nasycony chromatyką i szalonymi rytmami. W te sarkastyczne tańce pleciony został wolniejszy i spokojniejszy ländler, który przywraca motyw "westchnienia" z pierwszej części. 

Część trzecia, w formie ronda, ukazuje z kolei kontrapunktyczne umiejętności Mahlera. Otwiera ją dysonansowy temat zagrany przez trąbkę, który przybiera formę podwójnej fugi. Następujący pięcionutowy motyw wprowadzony unisono smyczkami przypomina drugą część jego V Symfonii. Dodanie Burleske (parodii z imitacjami) do tytułu tej części nawiązuje do mieszaniny dysonansu z barokowym kontrapunktem. Chociaż termin "burleska" oznacza "humorystyczny", w istocie "humor" jest stosunkowo niewielki w porównaniu z ogólnym brzmieniem "przemocy". 

Część końcowa, oznaczona zurückhaltend ("bardzo powoli i powstrzymywana"; dosłownie: "powściągliwie"), rozpoczyna się tylko smyczkami. Ale co najważniejsze, zawiera bezpośredni cytat ze środkowej części Rondo-Burleske, które tutaj przybiera postać elegii. Po kilku namiętnych kulminacjach IV część staje się coraz bardziej fragmentaryczna, a koda kończy się cicho. Na końcowych stronach Mahler cytuje pierwsze skrzypce ze swojego Kindertotenlieder. Ostatnia nuta jest oznaczona ersterbend ("umieranie"). Leonard Bernstein spekulował pod koniec swojego piątego wykładu, że cały ruch symbolicznie prorokuje trzy rodzaje śmierci: zbliżającą się śmierć Mahlera, śmierć tonacji i śmierć kultury "faustowskiej" we wszystkich sztukach.

Maestro Guerrero z pamiątkową batutą, fot. Bogusław Beszlej
Ta ostatnia, najbardziej kontemplacyjna część IX Symfonii, jest niezwykle piękna i poruszająca. Zresztą całość, genialnie zinterpretowana przez NFM Filharmonię Wrocławską, prowadzoną przez prawdziwego mistrza, który wydobył z muzyki Mahlera tyle treści, że aż zapierało dech. Zostaliśmy obdarowani niezwykłym pięknem, które może nieść muzyka w tak szlachetnym wykonaniu....

Na zakończenie swojej współpracy z Narodowym Forum Muzyki Giancarlo Guerrero został obdarowany przez dyrektora Andrzeja Kosendiaka pamiątkową batutą. Owocna współpraca z Maestro będzie kontynuowana.

środa, 28 października 2020

Jubileusz prof. Jana Miodka: My wszyscy z Niego

Podczas jubileuszu 70. urodzin oraz imienin prof. Jana Miodka dr Bogusław Bednarek wydestylował kwintesencję miodkizmu, a wszyscy bez wyjątku podkreślali serdeczność i życzliwość Jubilata.

prof. Jan Miodek, fot. Dominika Hull

24 czerwca 2016 roku, na św. Jana, znany wrocławski naukowiec i popularyzator języka polskiego - prof. Jan Miodek święcił jubileusz 70. urodzin oraz imieniny. Popularny językoznawca, przez blisko trzy dekady kierujący wrocławską polonistyką, przeszedł na emeryturę, choć podczas trwania uroczystości podkreślano, iż nadal będzie wykładowcą Uniwersytetu Wrocławskiego. Były kwiaty, podziękowania i życzenia. Uroczystości jubileuszowe poprowadził znany dziennikarz Maciej Orłoś.

Arkadiusz Czech, burmistrz Tarnowskich Gór, fot. Barbara Lekarczyk- Cisek

Środowisko akademickie obdarowało Profesora księgą jubileuszową. W uroczystościach uczestniczył także burmistrz Tarnowskich Gór – rodzinnej miejscowości Jubilata, z którą utrzymuje stałe kontakty. Uroczystość uświetnił uniwersytecki chór Gaudium, w którym szacowny jubilat śpiewał przed latywraz z żoną Teresą. Wszyscy mówcy podkreślali niezwykłą serdeczność i życzliwość Jubilata, którą zawsze promieniował na swoje otoczenie.

Czy można wydestylować kwintesencję miodkizmu?

Z kwiecistej laudacji wygłoszonej przez dr. hab. Bogusława Bednarka uczestnicy uroczystości dowiedzieli się wiele o zaletach Jubilata.

Czy można by wyodrębnić, wydestylować jakąś kwintesencję miodkizmu? – pytał retorycznie mówca,  przywołując w odpowiedzi stosowny wiersz:

Muza scjencją szlifowana

tak opiewa Miodka Jana:

Tęgi frazes niedościgle

I składniowe małpie figle,

Wulgaryzmów sprośne zady

Chłoszcze biczami ogłady.

Leczy przyimka skrofuły

Znosi spazmy i wapory

Delikatnej metafory,

Pouczając ją bez krzyku,

Czym jest etos – ten w języku.

Z żarem opowieści snuje,

Głos aktorsko moduluje,

A jego uśmiech przemiły

Rozbraja i wraże siły.

Nawet ostatni wyrodek

Pojmuje, kim jest Jan Miodek.

Ukryte w wierszu cechy Jubilata – zdaniem dr. Bednarka – mają swoje źródło w domu rodzinnym Jana Miodka, w Tarnowskich Górach. Dla Wrocławia, gdzie studiował polonistykę, okazał się luksusowym i wielce przydatnym prezentem – dowodził złotousty mówca. Wspomniał też o mistrzach polonistyki tamtych lat, z których promieniowała siła osobowości. Jubilat potrafi harmonijnie łączyć erudycję z klarownością – twierdził, powołując się na prace naukowe, a także działalność popularyzatorską prof. Jana Miodka.

My z Niego wszyscy

Głos zabrał również sam Jubilat, który podziękował wszystkim za przybycie, a organizatorom za przygotowanie tak pięknej uroczystości, wymieniając ich z imienia i nazwiska. Z właściwą sobie skromnością wspominał także swoich mistrzów, m.in. profesorów: Franciszka Nieckulę,  Bogdana Sicińskiego, Stanisława Rosponda i Antoniego Furdala. Oni wszyscy żyją w mojej pamięci i sercu – podkreślał.

Chór Gaudium, fot. Dominika Hull

Można by – jak czynili to kolejni mówcy wymieniać publikacje Profesora, jego licznych wychowanków, zasługi na polu popularyzacji języka polskiego, ale można też bez większej przesady powtórzyć za Zygmuntem Krasińskim: ”My z Niego wszyscy”. My – to całe pokolenia polonistów, którzy, studiując na Uniwersytecie Wrocławskim, zetknęli się z Profesorem. Widać to było wyraźnie na corocznych Konkursach Ojczyzny Polszczyzny, kiedy to byłe studentki, a obecnie doświadczone polonistki, przyjeżdżały do Wrocławia z całej Polski ze swoimi uczniami, którym zaszczepiły miłość do języka polskiego i mogły po latach pokazać swemu Mistrzowi, że Jego ziarno wpadło na żyzną glebę i oto przynosi wspaniałe żniwo.

Panie Profesorze – dziękujemy!


Artykuł ukazał się na portalu Kulturaonline.pl 5 lipca 2016 roku.


Zobaczcie filmy, które towarzyszą jubileuszowi:




niedziela, 24 lutego 2019

Spotkanie z Ewą Lipską we Wrocławiu /relacja/

20 lutego 2019 roku w Klubie Proza Wrocławskiego Domu Literatury, w ramach Salonu Silesiusa,  gościła wybitna krakowska poetka Ewa Lipska. Opowiadała o cenzurze, modach literackich, ważnych lekturach i o wywiadzie z ... Montaigne`m.

Ewa Lipska i prof. Andrzej Zawada, fot. Anna Maćkowska

Na początku, zapytana przez prof. Andrzeja Zawadę o początki poetyckie, Ewa Lipska opowiadała:

O debiutach, grze z cenzurą i modach literackich 

"Początki były banalne w gruncie rzeczy, bo poezja przynależy do młodości. Potem przechodzi albo ... wręcz przeciwnie. Poezja jest krótkim komunikatem, więc można było poprzez nią powiedzieć zwięźle o tym, co nas niepokoiło, wywoływało bunt. Z Nową Falą, choć do niej nie należałam, łączyły mnie przyjaźnie, metryki urodzenia, a także język aluzji, którym posługiwaliśmy się. Poza tym, pomimo trudnych czasów, byliśmy w tej szczęśliwej sytuacji, że było wówczas wielu znakomitych krytyków: Jerzy Kwiatkowski, Julian Rogoziński, Zbigniew Bieńkowski, Ryszard Matuszewski, którzy wprowadzali nas, debiutantów, na scenę literacką. Było też dużo pism kulturalnych o wysokich nakładach: "Kultura", "Przegląd Kulturalny", "Życie Literackie", Problemem naszych czasów jest istnienie ciekawych często pism, które pozostają pismami niszowymi. Kiedy ja debiutowałam, nie było wprawdzie wolności, ale łatwiej było zaistnieć. Była też cenzura, którą próbowaliśmy omijać, stąd język aluzji, którym się posługiwaliśmy. Pamiętam rozmowę na Mysiej, kiedy nie mogłam wydać nowelki zatytułowanej "Żywa śmierć", której akcja rozgrywała się w szpitalu psychiatrycznym. Cenzor, z którym odbyłam rozmowę, powtarzał, że szpital wariatów to przecież Polska, czemu stanowczo zaprzeczałam.


Ewa Lipska, fot. Anna Maćkowska

Panowała wówczas moda na egzystencjalizm. Czytaliśmy Sartre`a, panią de Beauvoir i chciałam wraz ze swoimi kolegami - malarzami (studiowałam wtedy malarstwo, którego na szczęście dla sztuki polskiej nie ukończyłam) coś zrobić. Pamiętam rozmowy z prof. Adamem Marczyńskim, znakomitym malarzem, a jednocześnie wspaniałym czytelnikiem literatury. Myśmy bardzo dużo wtedy czytali, zaprzyjaźnialiśmy się z bohaterami naszych książek. Kiedy czytałam "Zaczarowaną górę" Tomasza Manna, wydawało mi się, że jestem pośród bohaterów: Settembrinim, Naphtą, Castorpem i przysłuchuję się rozmowom, które prowadzą. Myśmy czytali te książki, wchodząc w świat bohaterów, a nawet snobowaliśmy się na literaturę. Mówiło się: "Czytam teraz Prousta", mimo że ten Proust nas śmiertelnie nudził. Natomiast nasi starsi koledzy rozmawiali ze sobą cytatami z Trylogii i odpadał ten, kto, komu zabrakło cytatów. Nigdy tego nie mogłam pojąć..."


Ewa Lipska czyta swoje wiersze, fot. Anna Maćkowska


Na pytanie o ulubionych poetów Ewa Lipska odpowiedziała:

"Człowiek zbuntowany", wywiad z Montaigne`m i fascynujące sześciokątne płatki śniegu

"To się zmienia wraz z wiekiem. Co innego czytałam w młodości - fascynowała mnie poezja rosyjska: Mandelsztam, Cwietajewa, Achmatowa, a potem był Rilke, Heine, poezja brytyjska: Auden, Owen... Nie wiem jednak, czy proza nie miała na mnie większego wpływu. Szczególnie William Faulkner: "Absalomie, Absalomie", ale także literatura obszaru niemieckojęzycznego: Broch, Musil, Arnold Zweig... Zawsze ważny był dla mnie "Spór o sierżanta Griszę" czy "Młoda kobieta z roku 1914"... Dwie najważniejsze książki w moim życiu to "Człowiek zbuntowany" Alberta Camusa i "Próby" Montaigne`a. Z tym ostatnim autorem miałam nawet pewną przygodę. Otóż zaproponowano mi kiedyś pisanie wywiadów. Odmówiłam, ale zaoferowałam wydawnictwu wywiad z ... Montaigne`m.  Najpierw w telefonie zapadła głucha cisza, po czym redaktor wyraził zgodę. W przeciągu dwóch tygodni napisałam wywiad, w którym zadawałam filozofowi współczesne pytania, na które odpowiadałam cytatami z "Prób". I proszę sobie wyobrazić, że znalazłam nawet cytat o Polakach! Wydawnictwo było usatysfakcjonowane i zaproponowało mi kolejne wywiady, ale odparłam, że ostatnio rzadko spotykam się z Proustem (śmiech publiczności) i od tego czasu wprawdzie nic nie napisałam, ale doszłam do wniosku, że to ciekawa forma - rozmowa z nieboszczykami.

Od wielu lat czytam z przyjemnością książki popularnonaukowe. Szczególnie kocham eseje Johannesa Keplera o sześciokątnych płatkach śniegu ["Noworoczny podarek albo o sześciokątnych płatkach śniegu"]. Fascynuje mnie fizyka, matematyka i bardzo żałuję, że kiedyś lekceważyłam te przedmioty".

Po spotkaniu poetka podpisywała swoje książki, fot. Anna Maćkowska

Na koniec spotkania poetka przeczytała kilka wierszy z najnowszego tomu: "Miłość w trybie awaryjnym". Oto jeden z nich:

Kopalnia

Już od paru lat pracuję w kopalni imaginacji
Zjeżdżam do samego dna
w dwutlenku metafor
w pyle popiołu i siarki
ze zbutwiałymi aniołami piękna.

Brylant w oku oświetla
zmory górnolotnych wyrobisk
czarne bańki mydlane.

Zjeżdżam coraz niżej
coraz głębiej
Igranie z losem jest moim wybrańcem.
Bierzemy wkrótce ślub.

Spisała Barbara Lekarczyk-Cisek
zdjęcia: Anna Maćkowska

sobota, 25 sierpnia 2018

Międzynarodowy Dzień Teatru z Edmundem Wiercińskim /relacja/

27 marca 2015 r. we Wrocławskim Teatrze Współczesnym odbyło się spotkanie poświęcone patronowi tej placówki: Edmundowi Wiercińskiemu. Przypomniano życiorys artysty i jego żony Marii, czytano listy, odbyła się rozmowa  prof. Janusza Deglera z wnukiem Wiercińskiego – Krzysztofem Smołką.



Eksperymentator i artysta niepokorny

Na początku spotkania głos zabrał Rafał Węgrzyniak – historyk teatru, krytyk teatralny, autor Encyklopedii „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego. Przedstawił pokrótce drogę artystyczną Edmunda Wiercińskiego.

Wywodził się z kresowego ziemiaństwa. Swój światopogląd ukształtował pod wpływem literatury romantycznej, a także współczesnej: St. Brzozowskiego czy Stefana Żeromskiego. Wychowany w kręgu niepokornej, radykalnej inteligencji polskiej, miał idealistyczne podejście do polskości, typowe dla swego pokolenia.

Studiując w Tomsku, doświadczył rewolucji bolszewickiej. Wstąpił do polskiej armii, a w konsekwencji znalazł się na Syberii jako jeniec, po czym uciekł z obozu. W 1921 roku przyjechał do Warszawy, gdzie rozpoczął studia prawnicze, potem filozoficzne. W tym czasie zainteresował go Teatr Reduta Juliusza Osterwy - teatr studyjny, wzorowany na rosyjskim MCHAT-cie. Miał spełniać misję społeczną w niepodległej Polsce. W 1926 roku Teatr Reduty przeniósł się do Wilna. Znalazłszy się tam, uznano, że należy docierać do widzów spoza wielkich miast i zaczęto organizować teatr objazdowy. Wystawiono m.in. "Księcia Niezłomnego" Calderona w parafrazie Juliusza Słowackiego. Wierciński organizował ten spektakl w różnych sceneriach, np. w pobliżu kościołów. Tak też nauczył się reżyserować i adaptować utwory do zmieniających się warunków.

Sam grał charakterystyczne role, np. Ewangelisty, natomiast w "Księciu Niezłomnym" grał na zmianę z Osterwą Don Fernanda. W wyniku konfliktu na tle artystycznym Wierciński, który pragnął w teatrze przemawiać nieco innym językiem i zaczął sięgać po sztuki ekspresjonistyczne, wraz z żoną Marią opuścili Teatr Reduty i przenieśli się do Poznania. Tam wystawił m.in. "Metafizykę dwugłowego cielęcia" Witkacego. Wystawiał także w Łodzi, gdzie nadal eksperymentował ze sztukami ekspresjonistycznymi, m.in. sztukę Ernsta Tollera. Zawędrował następnie do Lwowa, gdzie zetknął się z Leonem Schillerem. Tam z kolei powstawał teatr monumentalny, którego ambicją było wystawianie wielkich inscenizacji dramatów romantycznych: "Dziadów", "Kordiana"... Po powrocie do Warszawy - na przekór swoim możliwościom - reżyserował sztuki kameralne, m.in. "Lato w Nohant" i "Maskaradę" Jarosława Iwaszkiewicza.

W czasie wojny tworzył wraz z Schillerem Tajną Radę Teatralną, która miała stymulować życie teatralne w Polsce po wojnie. Zamówił wówczas przekład "Elektry" Jeana Giraudoux, a u Czesława Miłosza - "Jak wam się podoba" Shakespeare`a.

Po wojnie Edmund Wierciński wraz z Bohdanem Korzeniewskim założył Scenę Poetycką. Jego inscenizacja  "Elektry" Jeana Giraudoux była apologią Powstania Warszawskiego, na co władze komunistyczne bardzo źle zareagowały.  W rezultacie sztukę zdjęto z afisza, a Scenę Poetycką zlikwidowano. Ponieważ jednak Wierciński był zbyt wybitnym twórcą, aby władze z niego zrezygnowały, toteż zaproszono go do współpracy w Teatrze Polskim w Warszawie. Kiedy jednak dyrekcję objął Leon Schiller, który przyczynił się do likwidacji Sceny Poetyckiej, a ponadto wstąpił do partii komunistycznej, Wierciński odszedł z teatru., mając świadomość ku czemu zmierza.  Przyjął wówczas propozycję przyjazdu do Wrocławia - do Dolnośląskich Teatrów Dramatycznych.
Był to czas wprowadzania socrealizmu i sztuki, które musiał wystawiać, zupełnie mu nie odpowiadały. Zgłaszał różne propozycje, które jednak władze odrzucały. W końcu udało mu się zrealizować "Jak wam się podoba". Przedstawienie miało podtekst polityczny, jest to bowiem rzecz o księciu wygnanym przez tyrana i uzurpatora. Był to spektakl olśniewający, ze scenografią Teresy Roszkowskiej. Potem udało się Wiercińskiemu zrealizować jeszcze jedno przedstawienie - sztukę "Sprawa" Aleksandra Suchowo-Kobylina, w której najbardziej plugawa postać podejmuje współpracę z policją carską, co także się władzom nie podobało. Po wyrzuceniu Schillera z Teatru Polskiego Wierciński postanowił wrócić do Warszawy. Na odchodnym miał powiedzieć:

Nadchodzi czas Dzieduszyckich i Szurmiejów - pora się zbierać. 

Stawiał sobie i innym twórcom teatru, a także współrodakom niezwykle surowe wymagania. Odszedł niebawem w pełni sił twórczych, niespełniony. Udało mu się jednak przejść przez trudny czas powojennej, komunistycznej Polski bez moralnych kompromisów. Od lat zmagał się z gruźlicą, a później także z nowotworem.

Inscenizacja  listów Marii i Edmunda Wiercińskich 

Ewelina Paszke-Lowitzsch i Krzysztof Kuliński foto B. Lekarczyk-Cisek

Ewelina Paszke-Lowitzsch i Krzysztof Kuliński odczytali fragmenty listów Marii i Edmunda Wiercińskich, które zostały wydane przez Instytut Teatralny w Warszawie. Zachowane przez córkę - Ewę i wnuka Krzysztofa Smolkę, zawierają nie tylko wzruszający zapis miłości i zażyłości dwojga artystów, ale są także zapisem refleksji i kroniką życia teatralnego tamtych lat.

W spotkaniu wziął także udział wnuk artysty - Krzysztof Smołka, który opowiedział o swojej przygodzie z pamiątkami po dziadkach, które przetrwały pieczołowicie przechowywane. Mimo sugestii Wiercińskiego, jego rękopisy i listy nie zostały spalone, lecz wydane drukiem. Dzięki temu ocalono także pamięć o ważnym fragmencie historii teatru polskiego, a także człowieka, który był jej istotną częścią.

Krzysztof Kuliński, fot. B. Lekarczyk-Cisek

Wierciński i Witkacy - historia pewnej inscenizacji

W spotkaniu poświęconym Wiercińskiemu wziął także udział prof. Janusz Degler - historyk literatury i teatru, wybitny witkacolog. Uczestnik i obserwator wrocławskiego życia teatralnego, rozpoczął swoje wystąpienie od osobistego wspomnienia, którego intencją było uświadomienie licznie zgromadzonej na widowni młodzieży, czym jest w istocie prawdziwy teatr i jaką rolę może spełnić w życiu człowieka. Wspomniał mianowicie swoje pierwsze przedstawienie, które odbyło się właśnie na deskach Teatru Współczesnego - wówczas sceny lalkowej. 3 maja 1949 roku obejrzał przedstawienie lalkowe "Wilk i koźlęta".

prof. Janusz Degler foto B. Lekarczyk-Cisek
To jest najcudowniejszy moment w teatrze, kiedy ulegamy temu, co nazywa się iluzją - skomentował swoją opowieść o wielkich emocjach, które towarzyszyły dzieciom podczas oglądania sztuki. Teatr ma swoją magię, która - mam nadzieję - będzie trwać wiecznie - dodał Profesor.
Opowiedział także o okolicznościach, w których doszło do realizacji spektaklu na podstawie dramatu Witkacego. Otóż Edmund Wierciński pragnął początkowo, po rozstaniu z Schillerem, zainstalować się w Zakopanem, gdzie Stanisław Ignacy Witkiewicz prowadził własny teatr. Okazało się jednak, że znajduje się on w stanie upadku, toteż przyjazd do Zakopanego spalił na panewce. W efekcie Wierciński znalazł się w Poznaniu i tam wystawił w manierze ekspresjonistycznej "Sen" Kruszewskiej, a następnie "Metafizykę dwugłowego cielęcia", również w konwencji ekspresjonistycznej. Autor przyjechał na premierę, ale wyszedł po II akcie. Następnie wrócił i wziął udział w bankiecie, gdzie się kompletnie upił. Napisał potem do Wiercińskiego:

prof. J. Degler i K. Smołka foto B. Lekarczyk-Cisek

Szanowny Panie! W tej chwili przypomniałem sobie, że piliśmy na "ty". Z kim jeszcze - zupełnie nie pamiętam... A więc: kochany Mundziu, przykro mi, że ostatnie chwile przeżyłem w nirwanie. Przesoliłem dawkę. I w ogóle ostatni raz. (...) Miałem wizję potem: trzy dywizje samych Nobelsdorfów [nazwisko aktora], potem była ich nieskończoność. Wyparły ich jakieś garnkowate stwory. Napisz mi, czy się zespół na mnie nie obraził za krytykę, ale lepsza chyba otwartość... Tylko było przesolone. Proszę więc bardzo, abyś całemu zespołowi wyraził serdeczne podziękowanie za waszą pracę. Może gdzieś jeszcze się spotkamy.  

Podobno Witkacy tak przeżył tę inscenizację, że pił przez pięć dni. Pisze o tym w "Narkotykach i niemytych duszach", wspominając również, że zdarzyło mu się to po raz pierwszy, ponieważ nie rozpoznał swojej sztuki na scenie.

Emocje, które wywołuje przedstawienie teatralne mogą być - jak się okazuje - nie tylko pozytywne...

Relacja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.

poniedziałek, 28 maja 2018

10. Leo Festival: Muzyka, niepodległość, pokój i... magia

Od 1. do 3. czerwca 2018 roku będzie odbywał się jubileuszowy, bo 10. Leo Festiwal. W tym roku program jest różnorodny. Koncerty mają charakter tematyczny i dotyczą Niepodległości, pokoju, wspólnoty, a także związków muzyki i ... magii.




Cechą charakterystyczną festiwalu było budowanie mostów pomiędzy różnymi częściami społeczeństwa i między różnymi gatunkami sztuki - powiedział podczas konferencji prasowej Ernst Kovacic, dyrektor Leo Festiwal. 


Ernst Kovacic, fot. B. Beszlej
Budowaliśmy więc mosty łączące muzykę z literaturą, tańcem, teatrem lalkowym, a nawet ... ze sportem. W tym roku jeden z koncertów łączy muzykę i magię, a jego pomysłodawcą jest wiolonczelista, Jerzy Misiak. Z kolei pianistka Justyna Skoczek stała się pomysłodawczynią koncertu "Niepodległość" i to ona zadbała o odpowiednie teksty poetyckie oraz utwory muzyczne związane z wydarzeniami, podczas których Polska odzyskiwała niepodległość. Ale głównym przesłaniem tegorocznego festiwalu będą słowa Credo: "Una nobis pacem" - "I obdarz nas pokojem". I dodał:

Granie muzyki kameralnej jest dobrym przykładem na to jak żyć w pokoju. Tworzący zespół muzycy mają różne pomysły, ale ich wykonanie jest jedno.


Muzyka i magia

Mistrz magii oraz muzycy z Pakamery i Leopoldinum zainaugurują 10. Leo Festiwal.

Fantastyczna muzyka Johna Williamsa przeniesie nas do Hogwartu, gdzie raz jeszcze przeżyjemy zapierające dech w piersiach przygody z Harrym, Ronem i Hermioną. Dźwięki czarodziejskiego fletu pokonają wszystkie czarne charaktery z przeboju W.A. Mozarta – jednej z najbardziej lubianych oper w historii.

Orkiestra Leopoldinum, fot. Łukasz Rajchert
Pamiętajmy jednak, że z magią nie ma żartów, o czym przekonał się tytułowy bohater "Ucznia czarnoksiężnika", lekkomyślnie naśladujący swojego nauczyciela. Barwne, żartobliwe scherzo symfoniczne Paula Dukasa możemy znać z filmu "Fantazja" Walta Disneya z Myszką Miki w roli adepta magii. Czy to zaklęcia sprawiają, że kilkulatki grają na skrzypcach? W przerwie koncertu wystąpią maluchy uczące się muzyki metodą Suzuki, która odczarowuje wiele mitów, choćby na temat talentu albo trudności w wykonywaniu muzyki klasycznej. Smyczki w rękach maluchów niczym magiczne różdżki wyczarowują muzykę.

Niepodległość

Podczas tego koncertu zostaną zaprezentowane nie tylko dzieła muzyczne, lecz także literackie – związane z osobami i wydarzeniami znaczącymi w historii Polski.

Na jubileuszowym koncercie nie może zabraknąć muzyki jednego z twórców niepodległej Polski, Ignacego Jana Paderewskiego, który na rzecz ojczyzny działał jako artysta i mąż stanu, a później premier suwerennej już II Rzeczypospolitej. Natomiast Jerzy Fitelberg to reprezentant pokolenia wchodzącego w dorosłość tuż po odzyskaniu niepodległości. Zabrzmi oczywiście muzyka najbardziej kojarzonego z polskością kompozytora, genialnego Fryderyka Chopina. Dedykowana Janowi Pawłowi II Chaconne Krzysztofa Pendereckiego należy do Polskiego Requiem – wieloczęściowego dzieła inspirowanego ważnymi wydarzeniami i wielkimi postaciami z historii ojczyzny. Rodzima muzyka najnowsza będzie reprezentowana przez zamówiony specjalnie na Leo Festiwal premierowy utwór Tomasz Skweresa.

Atmosferę czasów końca I wojny światowej i początków niepodległej Polski przywołają wiersze i pamiętniki z tamtych lat (m.in. Jarosława Iwaszkiewicza, Juliana Tuwima, Marii Dąbrowskiej, Witolda Gombrowicza). Efektownym finałem będzie płomienne przemówienie Paderewskiego wygłoszone oryginalnie w Nowy Rok 1919.

Razem żyjemy – razem gramy

Publiczność festiwalu ma okazję zobaczyć efekty współpracy młodych muzyków z doświadczonymi artystami. Tradycyjnie już członkowie NFM Tria Smyczkowego Leopoldinum zagrają wspólny koncert ze studentami wrocławskiej Akademii Muzycznej im. K. Lipińskiego.

Trio Smyczkowe Leopoldinum, fot. B. Beszlej

Tym razem po raz pierwszy na estradzie pojawią się także muzycy grający na instrumentach dętych. Pedagodzy i studenci wykonają dzieła wielkich kompozytorów: Beethovena, Pendereckiego i Brucha. To program pokazujący nam muzykę kameralną w całym pięknie jej intymności, skupienia i subtelności.

Właśnie komponowanie na kilkuosobowe składy przyniosło Beethovenowi i Bruchowi ukojenie w trudnych chwilach. Penderecki określił swój kwartet jako intymną kolację czworga przyjaciół, „podczas której każdy ma coś do powiedzenia, a ich znajomość jest tak dobra, że żaden nie musi dopowiadać nic do końca”. Ten repertuar to idealna propozycja koncertowa na późny poranek leniwej czerwcowej niedzieli.

informacja prasowa

podczas konferencji: Basia Folta i ja :-), fot. Bogusław Beszlej

wtorek, 2 stycznia 2018

Bruno Dumont: Nie biorę was za kretynów

W ramach jednej z retrospektyw oglądamy w tym roku filmy francuskiego reżysera Bruno Dumonta. To reżyser często i chętnie nagradzany przez krytyków na znaczących festiwalach. Po zaprezentowanym w 2009 roku filmie „Hedewijch” okrzyknięto go mistykiem kina. 

Bruno Dumont, MFF T-Mobile Nowe Horyzonty

Dumont pokazuje miłość zdegradowaną do beznamiętnej kopulacji, a jego bohaterowie są odrażająco brzydcy. Po projekcji „Flandrii” reżyser spotkał się z publicznością. Fragmenty tej rozmowy spisałam i cytuję poniżej.

Prowadzący spotkanie: Czy widzi Pan ten film jako syntezę swojej twórczości? 

Bruno Dumont: Chciałem zrobić film o miłości. (śmiech publiczności, zrozumiały w kontekście ostatniej sceny filmu, kiedy to bohaterka kolejny raz beznamiętnie rozwiera nogi, a mężczyzna kładzie się na niej)

W związku z bohaterką „Flandrii” pojawiły się skojarzenia z postacią Joanny d`Arc. Czy było to Pana zamierzeniem?

Nie, nie wiem dlaczego pan mówi o Joannie d`Arc. (śmiech publiczności)


B. Dumont, Flandria/MFF T-Mobile Nowe Horyzonty

Czy rozgraniczenie na to, co dzieje się we Flandrii i w czasie działań wojennych ma wymiar symboliczny? 

Chciałem rzeczywiście pokazać, że istnieje paralelizm między historią o miłości i wojną. I że źródłem wojny jest miłość. Pragnienie to sprawia, że ludzie chcą walczyć dlatego, że np. pragną tej samej kobiety albo ziemi. U podstaw przemocy jest pragnienie i miłość.

Głos publiczności: Chciałbym zapytać o redukcjonizm w Pańskich filmach. Czemu służy wyludnienie ulic Bailleul czy umieszczenie konfliktu wojennego w bliżej nieokreślonym miejscu?

Rzeczywiście, jeśli chodzi o wojnę, jest to tylko metafora wojny wewnętrznej, jaką toczymy ze sobą. Film jest historią człowieka, który potrzebuje wojny, żeby powiedzieć „kocham cię”. 

Głos publiczności – Chciałbym zapytać o funkcję seksu w Pańskich filmach. Zauważyłem w nich silną skłonność do naturalizmu. 

Film jest świadomie ekspresjonistyczny, tzn. eliminuje pewne aspekty natury.(sic!) Brakuje w nim rozkoszy, przyjemności, dlatego że w życiu tak właśnie się dzieje (?!) Seksualność w tym filmie [mowa o „Flandrii”] jest kompletnie surrealistyczna, nie do końca wiernie odtworzona. 

Głos publiczności: Dlaczego mężczyźni w Pana filmach są bardzo brzydcy, a kobiety – przeciwnie: piękne? 

Cóż, to są po prostu prawdziwi, normalni ludzie. (śmiech publiczności) 

Głos publiczności: W jaki sposób wobec tego przeprowadza Pan castingi? 

Najczęściej udaję się do urzędów pracy. Znacznie prościej jest pracować z bezrobotnymi, bo są dyspozycyjni. Chętniej pracuję z ludźmi, którzy potrzebują pieniędzy. Kino kompletnie ich nie interesuje. Dokonuję więc takiej wstępnej selekcji, następnie przeprowadzam próbę, i tyle. Dużo z nimi rozmawiam i cały czas nimi kieruję, opierając się o ich własne doświadczenie życiowe. Ciekawie jest filmować, kiedy twarze są niezbyt piękne, ale dopiero stają się takie. Kobieta niezbyt piękna może się stać przepiękna poprzez magię jej gry i magię kamery. 

Głos publiczności: Ale postaci w Pana filmie są wydrążone z emocji i miłości! 

Postać w filmie jest po to, żeby Państwa poruszyć, zmienić. Jesteśmy wszyscy wyalienowani, szaleni. Film funkcjonuje jak lustro. Widzicie w nim samych siebie i dlatego się identyfikujecie. Jeżeli bohater czyni rzeczy złe, to będziecie musieli nad tym pracować. Przekonacie się wówczas, że w większym stopniu tworzymy się w oparciu o negatywnych bohaterów (?!) niż pozytywnych. 

Głos publiczności: Ależ są to ludzie prymitywni, niewykształceni… 

To jesteście państwo właśnie! A postaci są abstrakcyjne. Ludzie we Flandrii tak nie wyglądają. Wydaje mi się, że widz będzie mi wdzięczny za to, czego od niego wymagam. Ja po prostu nie biorę was za kretynów!


Rzeczywiście, "mistyk"... Dlatego podarowałam już sobie recenzje jego filmów. Po tej "rozmowie" czuję się usprawiedliwiona. B.L.C.

Maria Poprzęcka: O pisaniu historyczno-sztucznym, oku i nosorożcu

W ramach cyklu „Pisanie o sztuce” 9 czerwca 2011 roku mogliśmy posłuchać refleksji znanej historyk sztuki, pani prof. Marii Poprzęckiej. Spotkanie nosiło tytuł „Oko za oko” i w głównej mierze nawiązywało do wydanej przez Wydawnictwo Słowo /Obraz/Terytoria  publikacji  „Inne obrazy. Oko, widzenie, sztuka. Od Albertiego do Duchampa”.

Maria Poprzęcka, fot. Barbara Lekarczyk-cisek

Książka  została nagrodzona w 2009 r. Nagrodą Literacką Gdynia w kategorii eseju. Nagroda ta nabiera szczególnego sensu, kiedy autorka wspomina żartobliwie swój egzamin na historię sztuki przed laty. Zapytana wówczas przez prof. Jana Białostockiego, co też zamierza robić po ukończeniu studiów, odparła tyleż spontanicznie, co naiwnie, że chciałaby  pisać o sztuce. Wywołało to gromki śmiech „areopagu”, któremu to szacownemu gronu odpowiedź taka wydała się szczytem naiwności. Sądzono wówczas (i to dopiero było naprawdę złudne), że dziedzina ta może być wyłącznie przedmiotem naukowego, obiektywnego opisu. 
Kiedy kilka lat później prof. Białostocki wypowiedział się na łamach „Twórczości”,  próbując odpowiedzieć na pytanie, „Czy historykowi sztuki wolno być literatem?”, stwierdził tam kategorycznie, że należy oddzielać pracę naukową od literatury. Podając – jak przytacza Maria Poprzęcka – piękne przykłady „pisania historyczno-sztucznego”, literaturę traktował wyłącznie jako fikcję.

Obecnie wszystko to wygląda zupełnie inaczej.  Maria Poprzęcka uważa za narratywistami, że każde pisanie jest fikcją, tworzeniem. Tym bardziej pisanie o sztuce, a więc o czymś nieuchwytnym w gruncie rzeczy. Profesor Poprzęcka przytoczyła w tym miejscu żart znanego (także z poczucia humoru) historyka sztuki i eseisty Erwina Panofskiego, który stwierdził, że „nie należy oglądać obrazów, bo wtedy nic się nie zgadza”. XVIII-wieczni artyści uważali, że oko powinno być „poprawione” przez rozum. Wyzwalanie się oka z tego racjonalnego systemu trwało długo. Dziś nie mamy wątpliwości, że widzimy świat na różne sposoby. Nie dziwi zatem, że pisanie „historyczno-sztuczne” jest z zasady subiektywne i w tym cała jego uroda. To także uroda esejów Marii Poprzęckiej, piszącej – wbrew i jakby w odpowiedzi na śmiech „areopagu” – subiektywnie i błyskotliwie, na swój sposób, co nie znaczy: niemerytorycznie.

„Często stajemy się strażnikami własnych marzeń, własnej utopii” – stwierdziła podczas spotkania prof. Poprzęcka. Nie tylko historycy sztuki (choć są oni szczególnie podatni na deformacje zawodowe), ale my wszyscy mamy skłonność do pewnej idealizacji obrazu. Kiedy potem konfrontujemy go z rzeczywistością, często wypada on gorzej, inaczej, niż w naszych wyobrażeniach, co wywołuje nasze rozczarowanie, nawet gniew. „Nie zgadzamy się” na ten stan rzeczy, gotowi strzec naszego „skarbu” wbrew oczywistym faktom".

Nosorożec, grafika A. Dürera

Na koniec spotkania Maria Poprzęcka przytoczyła na potwierdzenie tych słów zabawną anegdotę ze swych wojaży. Otóż pod wpływem drzeworytu Dürera przedstawiającego nosorożca, zapragnęła zobaczyć to zwierzę na żywo. Dodajmy, że Dürer żył w Norymberdze, gdzie nosorożce nie występują i chętnie podróżował do Włoch, gdzie nosorożca też nie uświadczysz, natkniesz się natomiast łgarzy, którzy twierdzą, że w czasie wypraw do Afryki czy Indii widywali tę bestię. Dürer narysował więc nosorożca na podstawie opowieści kogoś, kto uważał, że nosorożec jest skrzyżowaniem wielkiej świni z machiną oblężniczą. Wiedziona zapewne tym samym pragnieniem, co mistrz z Norynbergii, profesor Poprzęcka udała się do rezerwatu w Afryce.  Wraz z innymi turystami wędrowała na słoniu cały dzień, upatrując egzotycznego zwierzęcia. Wreszcie, na koniec pojawił się wymarzony nosorożec. 

„Najwyraźniej był tutaj „na etacie” – stwierdziła ze śmiechem Pani Profesor. Znudzony pojawił się o określonej godzinie, dał się sfotografować i znikł.  Czy przypominał „Nosorożca” Dürera, nie dowiedzieliśmy się…

Mimo wszystko warto patrzeć na świat uważnie, bo jest tego wart.

Artykuł ukazał się na portalu PIK Wrocław 15 czerwca 2011 r.


Książka prof. Marii Poprzęckiej z autografem"

czwartek, 7 grudnia 2017

Mirosław Ratajczak: "Get Eugeniusza Stankiewicza" /recenzja, relacja ze spotkania/

W Wydawnictwie Warstwy ukazał się obszernie ilustrowany album będący pierwszą próbą opisania fenomenu artysty. Jego autorem jest Mirosław Ratajczak - krytyk sztuki, przyjaciel i znawca twórczości Geta. Publikacja zawiera ponadto reprezentacyjny zbiór prac - od juweniliów po ostatnie dokonania.
 
Mirosław Ratajczak, Get Eugeniusza Stankiewicza


Sztukmistrz z Wrocławia 


Autoportret w czapeczce maskującej, 1989, miedzioryt kolorowany_skan

Kim był? Danuta Wróblewska w posłowiu do katalogu wystawy "miedzioryt Towarzyski" z 2003 roku tak oto opisała tego niezwykle we Wrocławiu popularnego artystę:

Get Stankiewicz to specjał tamtych stron, to sztukmistrz w tym rozumieniu słowa, jak to ujmował Norwid. Prócz umiejętności i daru ręki ma zapamiętanie w pracy i iskrę szaleństwa skromnie nazywaną fantazją. Jest prawdziwym, skocznym ułanem metalu. (...) prześmiewca z siebie i ironista wobec rzeczy i ludzi, odkrywa widzowi groteskę obrazu jak smaczne ciasteczko. (...) Słowem Get  - celebrant warsztatu, człowiek zasad i rygoru, umie strzelić do nas okiem i robi to przednio.

"Get Eugeniusza Stankiewicza"


W promocji książki, która odbyła się 18 czerwca w Kinie Helios Nowe Horyzonty, uczestniczyli m.in. autor publikacji, brat Geta - Janusz Stankiewicz, przyjaciel - Jan Jaromir Aleksiun oraz wieloletnia współpracowniczka - Barbara Idzikowska. Spotkanie poprowadził redaktor naczelny Wydawnictwa - Jarosław Borowiec.
 
Barbara Idzikowska, Mirosław Ratajczak, Jan Aleksiun, Janusz Stankiewicz
fot. B. Lekarczyk-Cisek

Starannie wydany i bogato ilustrowany album ma układ chronologiczny. Rozpoczyna go tekst dotyczący wystawy z 1976 roku w Muzeum Plakatu w Wilanowie. Oprócz Eugeniusza Stankiewicza uczestniczyli w niej także Jan Jaromir Aleksiun, Jerzy Czerniawski oraz Jan Sawka. Pod  nazwą "Czterech w Wilanowie" wydarzenie to przejdzie później do historii sztuki. Wszyscy zrobili indywidualne kariery, ale przyjaźń przetrwała do 2011 roku - do śmierci Geta. Końcowy esej, zatytułowany "Czarna skrzynka", dotyczy ostatniego okresu twórczości artysty, kiedy to - wespół z Barbarą Idzikowską - zajął się kolejną odsłoną "lenistwa przez pracę": szkłem artystycznym. Powstały wówczas wielce oryginalne rysunki na szkle, witraże, prace eksperymentalne. Pomiędzy  esejami znajdziemy także opowieść o artyście niezwykle oryginalnym, którego nie da się zamknąć w żadnym schemacie, choć sam o sobie mówił:

Mnie można wytłumaczyć tylko w kontekście rzeczy, które się działy. Umrę wraz z kontekstem. Nie wszedłem we własny świat artystyczny, nie zajmuję się sobą, moje obrazki są pastiszem, wtórnością. Nie jestem uniwersalny jak malarze kwiatów.

Album Mirosława Ratajczaka uchyla trochę drzwi prowadzące do świata, któremu na imię Get. I jest to świat z pewnością fascynujący. 

Mirosław Ratajczak: opowieść o człowieku z pasją 

 
Od Becketta do czarnych skrzynek, montaż okolicznościowy, wystawa Metamorfozy 2,
19642010, techniki różne

Sam autor publikacji określa ją mianem krytycznego eseju i pragnąłby - jak zastrzega we wstępie - zrezygnować ze słów "artysta" i "sztuka", koresponduje to bowiem z niechęcią Geta do jednoznacznego definiowania zjawisk artystycznych. Dla niego najistotniejsze było prowokowanie reakcji estetycznych i intelektualnych u widzów, by wytrącić ich ze stereotypów i klisz. 

To jest opowieść o człowieku i jego pracy, której nieodłącznym elementem była pasja, a pierwszorzędną cechą - szeroko pojęta niezależność - czytamy w posłowiu. Swoje zadanie pojmowałem jako próbę przywołania tego wszystkiego, co bezpośrednio wpływało na twórczość Eugeniusza Geta - Stankiewicza i formowało ją; chciałem przywołać konteksty dziś już umykające nam z pola widzenia, z pamięci. 
Sprawiał wrażenie, jakby urodził się od razu Getem - powiedział podczas spotkania Mirosław Ratajczak. Aby zrozumieć, dlaczego był tak inny, należy znać konteksty jego twórczości. Był otwarty wobec ludzi i rzeczywistości, ostro obserwujący i reagujący na swój sposób. Wszystkie jego prace zawierają bardzo osobiste spojrzenie na świat, ale nigdy nie mówi o sobie. 
 
Wystawa w Muzeum Plakatu/skan


In memoriam

Jan Jaromir Aleksiun: Zaskakiwał pomysłami


Mówią o mnie, że byłem przyjacielem Geta. To była przyjaźń bardzo szczególna - opowiadał podczas spotkania prof. Jan Aleksiun.

Get nie był wylewnym człowiekiem. Zawsze mnie zaskakiwał swoimi pomysłami, bo były i ciekawe, i dające do myślenia. Robił rzeczy, które nie każdy odważyłby się robić, np. miedzioryty. Wspólnie odbyliśmy kilka zabawnych podróży. Najdłuższa z nich była do Bretonii przez Paryż, gdzie musieliśmy załatwiać niemiecką wizę. Zaniosłem nasze dokumenty do konsulatu i okazało się, że otrzymamy je dopiero po jakimś czasie, wraz z wizą. Kiedy wróciłem do Geta, ten bardzo się oburzył, że mamy jechać do Bretonii bez paszportów i pobiegł do konsulatu. Wrócił z niczym, a w dodatku rozchorował się, więc nie mógł jeść tych wszystkich smakołyków, którymi uraczyli nas przyjaciele. Nie mógł również palić (a palił namiętnie) i od tego czasu już nigdy nie wziął papierosa do ust. Wyglądało to wtedy tak, jakby się obraził na cały świat i niczego już od tego świata nie chciał.
 
Wesele, plakat, 1986

Barbara Idzikowska: Wiarygodny, lojalny, wspierający, o wielkiej wyobraźni


Get był wspaniałym współpracownikiem - wspominała Barbara Idzikowska. Między nami było dwadzieścia lat różnicy. Górował nade mną swoim doświadczeniem, a ja byłam nim zafascynowana. Zawsze jednak uzupełnialiśmy się. Jego konstruktywność była czymś niezwykłym. Nie spisywaliśmy umów, bo Get był wiarygodny, lojalny, zawsze wspierający. Był też nieprzewidywalny, jeśli chodzi o wyobraźnię twórczą - nigdy siebie nie powtarzał. Moim przywilejem i szczęściem było patrzeć, jak pracował.  

Janusz Stankiewicz: Chciał być oryginalny



Plakat, 1979

Brat mnie tolerował, bo ja w jego pracowni sprzątałem i robiłem herbatę - opowiadał z humorem Janusz Stankiewicz. Właściwie to nie chcę opowiadać anegdot, bo Get opowiadał je potem jako swoje, odpowiednio zmieniając, z czym nie bardzo się zgadzałem. 

Często przychodzili do niego studenci, ale także uznani artyści, chociaż on wcale nie udzielał rad. Get rysował od kiedy pamiętam. Było nas w domu troje dzieci i zawsze zabierał dla siebie największy kawałem stołu, pochłonięty rysowaniem. Nigdy nie kopiował, zawsze chciał być oryginalny. 
 
Bez tytułu, 1978. akryl, płyta pilśniowa/skan

Sam artysta wspomina z lekką ironią lata liceum:

(...) na pamiątkowym, legitymacyjnym zdjęciu, które dostałem od kolegi na koniec liceum, umieszczona była lekko złośliwa, lecz dająca pocieszenie dedykacja: "Klasowemu Matejce - Stach", co razem z chlebakiem, wygranym w ogólnopolskim konkursie na nalepkę dla autostpowiczów, i podobnym sposobem pozyskanym aparatem fotograficznym Start - za obrazek przedstawiający lodołamacz "Lenin", w konkursie zorganizowanym przez TPPR [ Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej]  pod hasłem "Z życia ZSRR" - tworzyło całkiem niezły dorobek.

Ten charakterystyczny, autoironiczny ton, towarzyszył mu właściwie zawsze...

Książka Mirosława Ratajczaka "Get  Eugeniusza Stankiewicza" ukazała się w Wydawnictwie Warstwy w czerwcu 2015 roku.
Relacja ze spotkania ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline w 2015 roku.


sobota, 2 grudnia 2017

"Dziennik we dwoje" Jadwigi Stańczakowej jako autokreacja

"Dziennik we dwoje" Jadwigi Stańczakowej jest lekturą pasjonującą. "Człowiek stwarza siebie przez literaturę i jak przez to ocala swoje życie" - mówił o nim Tadeusz Sobolewski, zięć autorki.

Jadwiga Stańczakowa, Dziennik we dwoje, Wydawnictwo Warstwy
4. grudnia 2015 roku, w ramach cyklu "Zaczytani w kinie" odbyło się w Kinie Nowe Horyzonty spotkanie z Jarosławem Borowcem - wydawcą "Dziennika we dwoje" Jadwigi Stańczakowej oraz rodziną autorki - Anną i Tadeuszem Sobolewskimi. W spotkaniu uczestniczył także Adam Poprawa - autor posłowia, a poprowadził je Jan Pelczar, dziennikarz filmowy i absolwent Polskiej Szkoły Reportaży przy Instytucie Reportażu.

Zwyczajowo po rozmowie zaprezentowano film. Tym razem był to powstały na podstawie dziennika Jadwigi Stańczakowej obraz Andrzeja Barańskiego: "Parę osób, mały czas" (2005), w którym rolę bohaterki zagrała Krystyna Janda, zaś w postać Mirona Białoszewskiego wcielił się Andrzej Hudziak. Mogliśmy także obejrzeć wywiad z aktorką, która opowiedziała, w jaki sposób przygotowywała się do roli Jadwigi Stańczakowej.

Jarosław Borowiec o publikacjach Jadwigi Stańczakowej


"Dla nas książka jest za każdym razem osobną opowieścią. Zawsze staramy się odpowiedzieć sobie na pytanie, dla kogo i o czym jest ta opowieść. Mamy świadomość, że zmienił się rynek książki i że powinna być taką publikacją, którą przyjemnie jest wziąć do ręki. Zrobiona ze szlachetnych surowców, powinna mieć jakiś koncept. "Dziennik we dwoje" wpisuje się w ten rodzaj literatury, który można by określić jako multimedialny, zawiera bowiem także film Andrzeja Barańskiego  "Parę osób, mały czas". Ważna jest dla nas książka artystyczna. Jesteśmy szczęśliwi i dumni, że wydaliśmy dwie książki Jadwigi Stańczakowej, bo w ten sposób możemy przywracać pamięć o niej, aby zajęła należne jej miejsce w literaturze.

Zaczęliśmy od "Haiku" zawierającego dwa tomy jej wierszy oraz niepublikowany, pochodzący z archiwum autorki, ostatni tom zapisów "Kalejdoskop. Haiku europejskie". Publikacji towarzyszy zestaw wybranych tekstów  zapisanych alfabetem Braille’a. Obecnie ukazuje się "Dziennik we dwoje", znakomicie zaprojektowany. Książka jest nie tylko pasjonującą lekturą, ale również pięknym projektem graficznym, którego autorem jest Łukasz Paluch. 


Z "Dziennika we dwoje"


Chcę zapisywać. Miałam ochotę, żeby to były listy do Mirona. Ale Miron powiedział, że nie lubi takich listów. Są sztuczne. On nie znosi niczego sztucznego. Żadnych nylonowości. List musi być prawdziwy. Z innej miejscowości. Przejść przez pocztę. Listy są zbyt ulotne i jest w nich bałagan. Lepiej dziennik.

Tadeusz Sobolewski  o stwarzaniu siebie poprzez literaturę


"Miron nauczył ją jak przełamać dramat niewidzenia - tę jakąś mieszaninę lęku i wstydu, rodzaj napiętnowania. Powiedział jej brutalnie: Swój pierwszy tomik wydany po latach nazwij "Niewidoma", a kolejny - "Ślepa". Mówił: Pan Bóg ci to dał, więc musisz to wykorzystać. To była afirmacja życia. Jadwiga zaś miała skłonność do melancholii. Białoszewski był jej redaktorem, czasami cenzorem, bo "przesiewał" te wiersze. W filmie Andrzeja Barańskiego Miron jest ukazany jako człowiek neurotyczny, czasami próżny, kiedy uważa, że kontakt z nim jest dla innych poetów zbawienny. W pewnym momencie jednak Jadwiga się przeciw temu buntuje i stawia na swoim mówiąc: Mam to w d... Chcę pisać i będę pisać. 

Wszyscy prowadziliśmy dzienniki i pamiętamy siebie poprzez te zapisy. Myślę, że fenomen Stańczakowej polega na stwarzaniu siebie - istnieje w "Dzienniku we dwoje", a także w wierszach i prozie, istnieje w dziennikach i twórczości Mirona, a także w filmie Barańskiego, który powstał na tej podstawie. Jest to nieskończona ilość różnych luster, dzięki którym ciągle się istnieje. Tu chodzi o to, jak człowiek stwarza siebie przez literaturę i jak przez to ocala swoje życie. Literatura staje się też terapią przeciwko depresji. Dzięki niej można opisywać nie widząc. 

Miron Białoszewski nie tylko uratował Jadwigę, ale także nas jako rodzinę. Jadwiga była we władzy swojego ojca, który miał ponad dziewięćdziesiąt lat. Przyjście Mirona jest dla niej rodzajem wyzwolenia - w literackim, duchowym i życiowym tego słowa znaczeniu. Wychodzi ze świata osoby kalekiej, nad której losem trzęsie się ów stary człowiek i przeżywa swoją przygodę życiową, której rezultatem są książki. W latach 70. i 80. Jadwiga wydała co najmniej sześć tomów prozy i wiele tomików wierszy, a nawet kabarety. "Dziennik...", choć pisany przez niewidomą, jest realistyczny i fascynujący w lekturze". 

Ta publikacja jest niezwykłym świadectwem spotkania się dwojga ludzi, którzy byli sobie nawzajem bardzo potrzebni. Prawdziwość i wiarygodność "Dziennika..." jest jego dużym walorem artystycznym. Mamy też zaplanowane wydanie dużego wyboru wierszy Jadwigi Stańczakowej, a także miniatury prozatorskie opowiadające o jej relacjach ze znanymi pisarzami, m.in. z Władysławem Broniewskim". 

Z "Dziennika we dwoje"


W piątek awantura z Dziadkiem (mój ojciec, lat dziewięćdziesiąt pięć). Głuchy. A ja niewidoma. Po wyjściu za mąż Ani, mojej córki, zostaliśmy sami. (...) Miron mówi, że starość jest dramatem potwornym. Potwornym. Czuję czasem niechęć do swojego ojca. To paskudne. Ale tak jest, kiedy mnie męczy psychicznie. A jak kuśtyka z laską, to mi go żal. Pewnie. Jestem do niego przywiązana. I samej będzie mi gorzej. Jeżeli go przeżyję. Nie wiadomo.

Anna Sobolewska o wyrzucaniu wierszy do kosza


"Mama pisała także wiersze dla dzieci - dla mnie, potem dla wnuczki. Natomiast swoje skamandryckie wiersze w pewnym momencie wyrzuciła do kosza, czego bardzo żałowałam, ponieważ uważałam, że jest to dokument osobisty. Po czym stworzyła zupełnie inną, nową formę, różną od wierszy Mirona. 

Z "Dziennika we dwoje"



Pięknie. Otwieram okno i stoję w słońcu. Pogańska chwila radości. (...) Stacha wyczuła, że nie lubię gadać na skwerku. Posłucham więc sobie spokojnie ptaków.

Tadeusz Sobolewski o silnej indywidualności Jadwigi


"Można by właściwie pokazać Jadwigę nie jako osobę z kręgu Mirona Białoszewskiego. Zaczęła pisać poezję  już przed II wojną, a po jej zakończeniu - również powieści w odcinkach. Pisała też wiersze przypominające stylem poezję Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. W tym czasie traciła wzrok, w jakimś sensie heroicznie, ponieważ nasiliło się to po przyjściu na świat córki, którą bardzo pragnęła urodzić, choć wiedziała, jakie będą tego konsekwencje. Powoli przechodziła na tę drugą stronę niewidzenia, będąc jednocześnie osobą bardzo dzielną i aktywną. Przeniosła się do Warszawy, gdzie została redaktorką naczelną pisma dla niewidomych "Pochodnia". Jej bliskim przyjacielem był Władysław Broniewski, który nawet  poświęcił jej wiersz zatytułowany "Niewidomy". Kiedy myśmy poznali Białoszewskiego, ona także chciała dołączyć do tego kręgu. Mieliśmy obawy co do tego, jak będzie się czuła w gronie młodych ludzi, przeważnie studentów. Otóż okazało się, że doskonale się tam odnalazła. Fakt, że była niewidoma w jakimś sensie spowodował, że zachowała swoją młodzieńczość. W opublikowanych w Wydawnictwie Warstwy jej zbiorze haiku - ona widzi i jest młoda. A poza tym nie ma tam żadnego wpływu Mirona, który odegrał w jej życiu bardzo ważną rolę. Była silną indywidualnością". 

Z "Dziennika we dwoje"


Dziś deszczykowato. Miron w euforii, przyleciał z różami. Ale mnie smutno. Pomyślałam, że się starzeję. Powiedziałam o tym Mironowi. A on:
-A co ty przypuszczałaś, moja Jadziu, że będziesz żyć wiecznie? Aha, przyniosłem ci fortepianowiec Mozarta. Taki, którym moglibyśmy porozumiewać się z tymi z innych planet.
- Ale, Miron, może po śmierci coś istnieje. Jak myślisz?
- E - machnął ręką - chyba nic. Wolałbym, żeby nic. Znowu wdawanie się w te byty, nie wiadomo jakie. To mocno podejrzane.


Być może w byty nie wiadomo jakie wdawać się nie warto, ale lektura "Dziennika we dwoje" - obowiązkowo.

Z "Dziennika we dwoje"


Miron przemienia najzwyklejsze  rzeczy w niezwykłe - pisze Jadwiga, a Miron dodaje: Z początku uważał, że to  każdemu się świat uciekawia, przemienia, ale po zdaniach wielu osób stwierdził, że po prostu ma więcej uwagi ... Może to jest łaska przemienienia.  

"Dziennik we dwoje" Jadwigi Stańczakowej ukazał się w Wydawnictwie Warstwy. Do książki dołączono film Andrzeja Barańskiego: "Parę osób, mały czas" - o przyjaźni Mirona Białoszewskiego z Jadwigą Stańczakową.


Zaproszenie na promocję książki/Wydawnictwo Warsrwy




Urodziny Zofii Kossak w Górkach Wielkich

9 i 10 sierpnia w ruinach Dworu Kossaków znów będzie gwarno, jak dawniej, kiedy do Górek Wielkich zjeżdżali się m.in.: Maria Dąbrowska, Wańk...

Popularne posty