Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 lipca 2025

Mendelssohn-Haus Leipzig - Dom Mendelssohna w Lipsku /relacja, zdjęcia/

Podczas pobytu w Lipsku na Bachfest odwiedziłam nie tylko Muzeum Bacha (co było oczywiste), ale również Dom Mendelssohna- Bartholdy`ego - kompozytora, który wyrwał z zapomnienia Johanna Sebastiana Bacha. Późnoklasycystyczny budynek mieści na 600 metrach kwadratowych wiele przedmiotów codziennego użytku należących do rodziny Mendelssohnów, a także oryginalne meble, listy z autografami i nuty, pierwodruki i kilka akwareli.

Wizerunek Feliksa Mendelssohn- Bartholdy w Muzeum, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Niemiecko-żydowski kompozytor Felix Mendelssohn Bartholdy jest uważany za jednego z najważniejszych muzyków okresu romantyzmu i pierwszego na świecie nowoczesnego dyrygenta. Dom w Lipsku, w którym mieszkał i zmarł 4 listopada 1847, jest jednym z najważniejszych miejsc kultury narodowej i jest wpisany jako miejsce pamięci do Niebieskiej Księgi Republiki Federalnej Niemiec. W salonie muzycznym regularnie odbywają się koncerty poranne na zabytkowym fortepianie wykonanym w Berlinie w 1850 roku. 

Sala koncertowa w Domu Mendelssohna, z zabytkowym fortepianem z 1850 r.
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Felix Mendelssohn Bartholdy należy do najwybitniejszych, wszechstronnie uzdolnionych muzyków XIX wieku. Jego twórczość muzyczna jako kompozytora, dyrygenta i pianisty sprawiła, że stał się znany w całej Europie. Przez dwanaście lat Lipsk był miejscem, gdzie mieszkał i pracował. Jako dyrektor muzyczny Gewandhausu i współzałożyciel pierwszego niemieckiego konserwatorium, miał decydujący wpływ na życie muzyczne miasta. W tym czasie podróżował jednocześnie po całej Europie, czego ślady odnajdziemy w licznych wizerunkach miast, a także na akwarelach, których autorem jest sam kompozytor. 

Talerze ścienne z wizerunkami miast, wraz z informacjami i datami, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek


Interlaken w Szwajcarii, 16 lipca 1847 - akwarela Feliksa Mendelssohna-Bartoldy,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek 
W tej samej sali możemy podziwiać pięknie malowany kufer podróżny.

Kufer podróżny z epoki, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Od późnego lata 1845 roku Felix Mendelssohn Bartholdy i jego rodzina wypełniali dom życiem i muzyką. Bywali tu liczni znakomici goście, w tym Clara i Robert Schumann, Louis Spohr, Joseph Joachim, Hans Christian Andersen, Jenny Lind, Raymund Härtel i Richard Wagner. Dziś odwiedzający wchodzą do mieszkania Felixa Mendelssohna Bartholdy'ego przez historyczne schody, które zostały przywrócone na podstawie pierwotnego projektu. Gabinet kompozytora, w którym powstały dzieła takie jak oratorium "Eliasz", meble w rodzinnych zasobach, listy i nuty, akwarele Mendelssohna oraz obszerne informacje o życiu i twórczości artysty czynią to autentyczne miejsce czymś niezapomnianym.

Salonik w Domu Mendelssohna, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Sercem domu Mendelssohna jest dawny apartament Feliksa Mendelssohna Bartholdy na pierwszym piętrze. Z wielu różnych mieszkań, w których kompozytor mieszkał i pracował, jest to jedyne, które zostało zachowane w oryginale. Tutaj też rozpoczęła się historia muzeum. Zobaczyć też możemy portrety rodziny, w tym żony kompozytora, Cecylii. W muzeum znajduje się także maska pośmiertna Mendelssohna.

Gustav FerdinandMetz, Cécile Mendelssohn-Bartholdy, żony kompozytora (kopia portretu)
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
Maska pośmiertna Mendelssohna, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
Moją uwagę zwrócił także fortepian wyprodukowany w ... Breslau. przez firmę Traugott Berndt
Założona przez Johanna Karla Traugotta Berndta, działała od 1837 roku aż do końca II wojny światowej i po legnickim Seilerze była najdłużej istniejącą śląską wytwórnią fortepianów. 

Fortepian firmy Traugott Berndt z Breslau, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
Najważniejszym punktem na parterze muzeum jest Effektorium, instalacja, która jest światowym unikatem i pozwala odwiedzającym na prowadzenie wirtualnej orkiestry lub wirtualnego chóru z dziełami Feliksa Mendelssohna Bartholdy'ego. Z pulpitów dyrygent ożywia 13 stel, które, w zależności od wybranego utworu, przekształcają się w grupy instrumentów lub rejestry wokalne. Można tu także wypróbować różne tempo, pozwolić ulubionemu instrumentowi grać solo, przełączać się z nowoczesnego brzmienia orkiestralnego na historyczne, testować akustykę różnych pomieszczeń oraz zanurzyć salę w różnych kolorach. Do pulpitów może również stanąć pięciu dyrygentów, a można też posłuchać interpretacji "Szkockiej Symfonii" Feliksa Mendelssohna Bartholdy'ego. Effektorium to uczta dla melomana.

Z okazji 20-lecia muzeum otwarto kolejne 2. piętro, na którym znajdują się wystawy poświęcone Fannie Hensel, siostrze Feliksa, oraz Kurtowi Masurowi, dyrygentowi, inicjatorowi i pionierowi Domu Mendelssohna.

Z całą pewnością nie można tego muzeum podczas pobytu w Lipsku przeoczyć.


wtorek, 1 lipca 2025

Muzeum Bacha w Lipsku /relacja/

Przy okazji pobytu w Lipsku na Bachfest odwiedziłam, rzecz jasna, Muzeum Bacha, w którym dwanaście tematycznie zorganizowanych sal wystawowych przedstawia życie i twórczość kompozytora i jego rodziny. W centrum wyeksponowano najcenniejsze przedmioty: oryginalne dokumenty napisane własnoręcznie przez Johanna Sebastiana Bacha, partytury i druki.

Muzeum Bacha w Lipsku, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od od holu z wyeksponowanym popiersiem Johanna Sebastiana Bacha, a zakończyliśmy na przylegającym do budynku ogrodzie różanym. Wędrując po wystawie z audiobookiem mogliśmy wiele się dowiedzieć, zwłaszcza że narracja wyznaczała też porządek zwiedzania. Muzeum w obecnym kształcie zostało oddane do użytku w 2010 roku. Barokowy budynek w pobliżu Kościoła św. Tomasza to nie tylko muzeum, mieści także Instytut Badawczy i bibliotekę, W 2002 r. Lipskie Archiwum Bacha rozpoczęło ambitny projekt: systematyczne badanie dokumentów Bacha we wszystkich niemal 400 miastach historycznych środkowych Niemiec, dzięki czemu odkryto najwcześniejsze ręcznie pisane nuty Bacha i jego synów. W gmachu mieści się także biblioteka zawierająca najpełniejszą kolekcję dzieł kompozytora, dysponuje także niezrównanym zbiorem oryginalnych źródeł, rękopisów, rzadkich książek i wczesnych wydań dotyczących Bacha.

Popiersie J. S. Bacha wykonane przez Carla Ludwiga Seffnera,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

W holu muzeum wyeksponowano popiersie Johanna Sebastiana Bacha w wieku około 60 lat. Zostało wykonane w 1897 roku przez Carla Ludwiga Seffnera, który wraz z Maxem Klingerem był wówczas czołowym rzeźbiarzem Lipska. Kiedy w 1894 roku odkryto na nowo prawdopodobne miejsce pochówku Bacha na cmentarzu św. Jana, Carl Seffner był obecny przy identyfikacji kości przez anatoma Wilhelma Hisa. W rezultacie Seffner stworzył model twarzy Bacha na podstawie wykonanych przez siebie odlewów czaszki i porównał je z różnymi portretami kompozytora. Stworzył wiele popiersi na podstawie tego modelu, w tym marmurowe, które znajduje się w Muzeum Bacha. Znany wszystkim pomnik kompozytora, który stanął na placu św. Tomasza w 1908 roku, również powstał w oparciu o ten model.

W centrum ekspozycji możemy zobaczyć drzewo genealogiczne rodziny Bachów, które przekazał potomnym sam Johann Sebastian Bach. W wieku 50 lat skompilował serię krótkich notatek biograficznych na temat 53 męskich członków rodziny. Prawie wszyscy z nich byli muzykami – kantorami, organistami, muzykami miejskimi i dworskimi, a nawet wytwórcami instrumentów. Z rzadka pojawiają się inne zawody, na przykład wytwórca dywanów lub chirurg. Drzewo genealogiczne kończy się pokoleniem synów Bacha. Potomkowie Johanna Sebastiana żyją do dziś. Ostatni aktywny kompozytor, Friedrich Wilhelm Ernst, zmarł w 1845 roku. Syn Johanna Christopha Friedricha, tzw. Bückeburg Bach, był jedynym wnukiem Johanna Sebastiana, który kontynuował karierę muzyczną. W 1843 roku, będąc już starym człowiekiem, był gościem honorowym na uroczystości odsłonięcia pierwszego pomnika swojego słynnego dziadka. 

Organy Johanna Scheibego (rekonstrukcja), fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Ważnym eksponatem wystawy są organy  – instrument, który Bach cenił najbardziej. Był zresztą ekspertem w tej dziedzinie  – badał organy przez całe życie. Przedstawiona konsola jest rekonstrukcją organów Johanna Scheibego. Ze źródeł pisanych wiadomo, że Bach przetestował nowe organy i „próba była prawdopodobnie jedną z najbardziej wymagających, jakie kiedykolwiek wykonano”. Na koniec wyraził całkowitą aprobatę. Stąd wiemy na pewno, że Bach siedział na tym siedzisku organowym i grał na tym właśnie instrumencie.

Nieopodal znajduje się także sala prezentująca instrumenty barokowe. Przez całe życie Johann Sebastian Bach interesował się sposobem działania instrumentów, akustyką i problemami strojenia. Wykorzystywał szeroki zakres możliwości tonalnych, jakie oferowały mu instrumenty orkiestrowe i szybko zaczął włączać do swoich kompozycji nowo opracowane instrumenty, takie jak obój d'amore, obój da caccia lub bassono grosso. W sali tej możemy też posłuchać brzmienia historycznych instrumentów w wykonaniu wirtualnej orkiestry barokowej.

Instrumenty barokowe, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Inna z sal ekspozycji jest poświęcona życiu rodzinnemu rodziny Bachów i ich przyjaźni z sąsiadami, rodziną Bose, która mieszkała wówczas w budynku, w którym obecnie mieści się Muzeum Bacha. Z okna znajdującego się w wykuszu pokoju goście mogą zobaczyć miejsce, w którym kiedyś stała szkoła św. Tomasza, w której mieszkał i pracował Bach. Wyeksponowano tutaj również  jedyny znany oryginalny mebel z domu rodziny Bachów: tajemniczą żelazną skrzynkę, o której wiadomo, że pochodzi z domu rodziny Bachów, choć fakt ten odkryto dopiero w 2009 roku. Skrzynia stała przez wiele lat w Muzeum Katedralnym w Miśni, gdzie była używana jako puszka na datki. Dopiero gdy pewien szczególnie spostrzegawczy gość rozpoznał namalowane symbole na wewnętrznej pokrywie jako monogram Bacha, pełne znaczenie tego imponującego przedmiotu wyszło na jaw. Johann Sebastian Bach używał tego monogramu jako swojej pieczęci listowej od 1722 roku. Litery JSB pojawiają się dwukrotnie, raz od lewej do prawej i raz jako lustrzane odbicie od prawej do lewej.  Nie wiadomo, jakie wartościowe przedmioty rodzina Bachów przechowywała w skrzyni, która ma skomplikowany mechanizm zamykający z jedenastoma zasuwami. 

Metalowa skrzynka z monogramem J. S. Bacha, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Najcenniejsze przedmioty wystawiono w tzw. Pokoju Skarbów Zobaczyć tam można oryginalne dokumenty napisane własnoręcznie przez Johanna Sebastiana Bacha. Jego rękopisy i wiele innych dokumentów. Do najcenniejszych oryginałów prezentowanych w Muzeum Bacha należą 44 oryginalne zestawy części cyklu kantat chorałowych. Wkrótce po objęciu stanowiska kantora w Kościele św. Tomasza Bach komponować nowe kantaty na każdą niedzielę i święto w kalendarzu kościelnym. Co tydzień więc komponował nowe rozbudowane dzieła. Na koniec kantaty musiały zostać przećwiczone przed wykonaniem w niedzielę w kościele św. Mikołaja lub św. Tomasza. W Muzeum Bacha zawsze znajduje się jeden kompletny zestaw części. Możemy więc wyobrazić sobie, jak intensywnie pracował...

Zapis nutowy, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

W skarbcu znajduje się też mała szklana szkatuła ze znaleziskami z grobów, które prawdopodobnie należały do ​​Johanna Sebastiana Bacha i jego żony Anny Magdaleny. Oboje zostali pochowani na cmentarzu św. Jana w Lipsku. W 1894 r. powołano komisję mającą ustalić położenie grobów, które na wiele lat zostały zapomniane. Ostatecznie, dzięki ustnym tradycjom i innym dowodom, zidentyfikowano dwa groby jako miejsca pochówku Bacha i jego żony.

Małe przedmioty w szklanej trumnie pochodzą z tych właśnie grobów. Można zobaczyć dwie drzazgi z dębowej trumny i zapięcie, które prawdopodobnie zabezpieczało pas całunu pogrzebowego. Uważa się również, że naparstek w trumnie znajdował się w grobie Anny Magdaleny. Małe przedmioty traktowano niemal jak relikwie. Przez następne stulecie szklana trumna była najpierw przechowywana w parafii św. Jana, a następnie w Kościele św. Mikołaja. Od 2010 roku jest na stałe wypożyczona do Muzeum Bacha.

Ogród różany przy Muzeum Bacha

Wśród sal wystawienniczych są, oczywiście, i takie, w których można posłuchać kompozycji Johanna Sebastiana Bacha (specjalne studio do słuchania muzyki). Nie sposób i chyba nie trzeba opisywać szczegółowo całej ekspozycji, lepiej pozostawić wrażenie niedosytu. Na koniec chciałabym jeszcze uzupełnić swoją relację o piękny ogród różany, który przylega do muzeum. Nawiązuje on do tzw. ogrodu przyjemności, który założyła w  XVIII w. rodzina Bose, sąsiadująca z Bachami. W gęstej zabudowie miasta był to rodzaj luksusu, żeby nie powiedzieć: ekstrawagancji. Rodzina Bosów zasadziła barokowe ozdobne klomby i drzewa owocowe oraz zbudowała mały domek letni. Zagospodarowane klomby i rabaty były obramowane bukszpanem. Pośrodku ogrodu stała kamienna fontanna. Po lewej stronie, obok wejścia, znajdowało się oddzielne małe podwórko dla kur i innych zwierząt gospodarskich. Całkiem możliwe, że Johann Sebastian Bach i jego rodzina często spędzali czas w tym ogrodzie, gdy odwiedzali sąsiadów. W czasie, gdy spacerowaliśmy w upalny dzień po ogrodzie, oszałamiająco kwitły tam róże. 

Ja wśród róż w obiektywie Marka


środa, 1 maja 2024

Aśki Borof (nie)codziennik /relacja z wystawy " "Aśka Borof. Powszednie misterium"/

Od 27 kwietnia we wrocławskim Muzeum Etnograficznym można oglądać absolutnie unikalną wystawę prac Aśki Borof – artystki, która opisuje świat i swoje doświadczenia za pomocą obrazów, tkanin, grafik... Towarzyszą im często krótkie, celne komentarze. Mieszkająca w Gorkach Zachodnich Aśka Borof przypomina w jakimś sensie Bruno Schulza i jego Drohobycz. Stworzyła (korzystając także z tradycji tych miejsc) rodzaj mikrokosmosu - niepowtarzalny, oryginalny świat, w którym jednakże każdy z nas może się przejrzeć. 

Aśka Borof podczas oprowadzania po swojej wystawie,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Podczas konferencji prasowej kuratorka wystawy – Olga Budzan nazwała artystkę nieco żartobliwie, ale nie bez kozery "kobietą renesansu wiejskiego", zwracając uwagę na bogactwo jej rozmaitych form ekspresji. Istotnie, artystka korzysta z rozmaitych technik, zaczerpniętych z ludowej tradycji, za pomocą których opowiada siebie i świat. Zanim nastąpiło oficjalne otwarcie tej ekspozycji, mieliśmy niebywałą okazję zobaczyć ją w towarzystwie samej Aśki Borow. której obecność nadała tej peregrynacji osobisty ton. Dowiedzieliśmy się o tym, w jakich okolicznościach powstawały kolejne cykle i jakie mają znaczenie dla samej artystki. 

Aśka Borof, Dom Łęczycka 24, z cyklu "Dzielnica Górki Zachodnie", 2019, 
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Wystawę otwiera cykl " DzielnicaGórki Zachodnie", gdzie artystka się wychowała i który jest próbą uchwycenia genius loci tego miejsca. Wszystkie postacie i zwierzęta oprawione zostały w eleganckie ramy, co podkreśla ich wyjątkowość. Szczególnym tego przykładem jest 25-letnia gęś Balbina, która –  jak głosi komentarz – pilnuje punktu sprzedaży gazu w butlach,  "ma nienaganną sylwetkę i dobrą kondycję. Lubi przeglądać się w drzwiach samochodu oraz ostrzegawczo syknąć na klienta". Po czym następuje znaczące zestawienie: gęś ma 25 lat, butla gazu kosztuje 50 złotych... 😀

Aśka Borof, Gęś, z cyklu "Dzielnica Górki Zachodnie", 2019,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Innym cyklem, będącym czymś więcej niż tylko zapisem rzeczywistości, są "Dziewczyny z autobusu" – portrety kobiet, ikony codzienności. Mnie się skojarzyły z filmem dokumentalnym Macieja Drygasa "Jeden dzień w PRL-u", w którym reżyser wykorzystał materiały z łódzkiej "Filmówki", pochodzące z lat 60. i ukazujące smutne twarze ludzi powracających do domu po męczącym dniu. Poruszający obraz... Twarze bohaterek Aśki także mają w sobie coś z dokumentalnego zapisu –  jakby artystka pragnęła utrwalić to, co może się wydać błahą, szarą codziennością, a co w istocie przedstawia niepowtarzalne ludzkie (w tym wypadku: kobiece) losy. 

Aśka Borof, Gęś, z cyklu "dziewczyny z autobusu",
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Inny cykl nawiązuje do obrzędów i tradycji ludowych. Artystka wnikliwie bada rozmaite obyczaje i obrzędy, sięgając zarówno do tych, których proweniencja jest jej znana z rodzinnych ustnych przekazów, jak też z pism Kolberga. W ten sposób dotykamy myślenia magicznego, rozmaitych formuł, których należy przestrzegać, aby chronić siebie i innych przed urokiem. Jedną z pierwszych prac tego cyklu było "Zamawianie żółwia", którego znaczenie było dla autorki początkowo nieznane. Sięgnęła więc do Kolberga i okazało się, że ów "żółw" oznacza po prostu pełne krowie wymiono (ma podobny kształt), a zwyczajowi towarzyszyła odpowiednia formułka mająca "odczynić urok". Inny cykl dotyczy zabobonów związanych z kobietami ciężarnymi, tym razem wykonany techniką wycinanki. Przedstawia ludowe sposoby uniknięcia rozmaitych problemów związanych z ciążą, co zanotował również Kolberg. Jeden z komentarzy głosi: "Nie wolno rzucać za ciężarną nożem, bo dziecko będzie pokryte krostami" 😀 

Aśka Borof, "Nie rzucaj za ciężarną nożem", z cyklu "Zabobony dotyczące kobiet
w ciąży", wycinanka, 2017, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Do najbardziej poruszających, a zarazem uniwersalnych cykli na wystawie należy temat śmierci i umierania. Jednocześnie jest to cykl bardzo osobisty. Aśka Borof zdradziła nam, że powstał w wyniku okoliczności związanych z chorobą i śmiercią jej mamy, którą się wraz z siostrami opiekowała. "W trakcie tej opieki musiałam wyrzucić z siebie wszystkie emocje związane ze strachem, z doświadczeniem utraty. Jest to rodzaj ofiary albo prośba o wyleczenie, pochodzący z tradycji ludowej" –  tłumaczyła. 

Aśka Borof, Jelito mamy, cykl "Ex voto", 2017,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Szczególną częścią ekspozycji jest cykl "Matki" inspirowany ikonami przedstawiającymi Matkę Bożą. "Matki" powstają zawsze, kiedy wyjeżdżam. Nie lubię latać samolotami, więc zwykle zajmuję się wtedy ich przygotowaniem, a później wykańczam je na plaży, towarzysząc mężowi, który lubi ten rodzaj odpoczynku (ja niekoniecznie). Matki robię ciągle –  wyciszam się wówczas" – komentowała artystka. Matki na wystawie pochodzą z różnych lat i były robione w rozmaitych okolicznościach i wieloma technikami. Jedna z nich –  najbardziej okazała –  powstała na zamówienie z okazji święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, podczas którego Aśka miała wraz zespołem Odłam Źdźbło śpiewać pieśni dotyczące cudów za Jej przyczyną z różnych regionów Polski. 

Aśka Borof, cykl "Matki", fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Artystka uczestniczy bowiem także w performensach odtwarzających tradycje ludowe (na wystawie można obejrzeć wideo), do których uszyła stroje, będące również częścią ekspozycji. Dotyczą zarówno tradycji weselnych, jak i związanych ze śpiewami na wiosnę, czego przykładem jest koszula z pięknie wyhaftowanymi rękawami. 

Prace Aśki Borof, zgromadzone na wystawie "Powszednie misterium", pokazują świat codzienny, a zarazem niezwykły. Artystka przypomina mi w jakimś sensie Bruno Schulza i jego Drohobycz. Stworzyła (korzystając także z tradycji tych miejsc) rodzaj mikrokosmosu –  niepowtarzalne, oryginalne uniwersum, w którym każdy z nas może się przejrzeć.

Aśka Borof, Koszula. Odłam. Źdźbło, haft, szycie, 2021,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Aśka Borof, Kostiumy Odłam Źródło, 2020,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek


piątek, 19 kwietnia 2024

Bach Pasjami... /relacja z koncertów "Pasji wg św. Mateusza w NOSPR i w Narodowym Forum Muzyki/

Okres przedświąteczny był dla mnie w tym roku szczególny, miałam bowiem okazję dwukrotnego wysłuchania Pasji według św. Mateusza Johanna Sebastiana Bacha w dwóch różnych interpretacjach: Philippe'a Herreweghe w katowickim NOSPR oraz Jarosława Thiela w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu. Dwie różne koncepcje, inne składy chórów i różni soliści, a jednak obydwa koncerty były niezwykle poruszające...

Philippe Herreweghe dyryguje Pasją według św. Mateusza J. S. Bacha
w katowickim NOSPR, fot. materiały prasowe NOSPR

Pasja według św. Mateusza - genialne dzieło Johanna Sebastiana Bacha

Swoją kompozycją Pasji według św. Mateusza, której premiera odbyła się w Wielki Piątek 11 kwietnia 1727 roku w kościele św. Tomasza w Lipsku, Bach stworzył arcydzieło, które było i jest nadal wyjątkowe w historii muzyki. Dobór środków muzycznych, niezwykle śmiały język harmoniczny - aż do otwartego dysonansu, zawsze z intencją interpretacji teologicznej, ma również dziś wyjątkowy charakter. Bezprecedensowe połączenie trzech chórów, dwóch organów, dwóch orkiestr i ośmiu solistów wychodzących z chórów, by w w ariach i recytatywach podejmować refleksję nad tym, że odkupienie ludzkości odbyło się przez cierpienie i śmierć Chrystusa na krzyżu i że po dziś dzień wszyscy mamy w tym udział... Już druga, przejmująca aria: "Blute nur" wskazuje na związek pomiędzy niewinnym cierpieniem Jezusa a człowiekiem, który go zdradził, co jest nie tylko aluzją do Judasza, ale do nas wszystkich. 

Johann Sebastian Bach skomponował Pasję według św. Mateusza jako kantor kościoła św. Tomasza w Lipsku. Była to istotna część liturgii Wielkiego Piątku. Nabożeństwo trwało w sumie pięć godzin i przy użyciu niezwykle skomplikowanych środków muzycznych było w istocie refleksją nad historią Męki Pańskiej według Ewangelii św. Mateusza. Po pierwszej części nastąpiło około godzinne kazanie, po którym przedstawiono dłuższą część drugą. 

Pasji według św. Mateusza słucham od lat w różnych wykonaniach: zarówno na żywo, zazwyczaj podczas corocznych koncertów przed Wielkanocą, posiadam też w swojej fonotece kilka jej znakomitych wersji, z których najwyżej cenię sobie nagranie z 1999 roku w wykonaniu Collegium Vocale Gent pod Philippe Herreweghe, z Ianem Bostridgem jako Ewangelistą, Dietrichem Henschelem w roli Jezusa, z udziałem Andreasa Scholla, którego aria "Erbarme Dich, mein Gott" przeszła do historii. W ubiegłym roku, przy okazji pobytu w Amsterdamie, dokąd udałam się na wystawę Vermeera, wysłuchałam w Concertgebouw obu Pasji Bacha: Janowej - w interpretacji René Jacobsa oraz Mateuszowej, którą poprowadził John Butt, z Nicholasem Mulroy`em jako Ewangelistą i Matthew Brookiem jako Chrystusem. Mimo tych wieloletnich spotkań z Pasjami Bacha, ich ponowne wysłuchanie jest dla mnie zawsze mocnym przeżyciem. Tak było i tym razem. 

John Eliot Gardiner w swojej książce "Muzyka w Zamku Niebios. Portret Johanna Sebastiana Bacha" próbuje wyjaśnić to silne oddziaływanie Pasji wg św. Mateusza, porównując ją do greckiej tragedii o królu Edypie. Mimo że Grecy doskonale znali tę historię, z jej brutalnością, moralnym zgorszeniem, cierpieniem i poniżeniem jej bohatera, to jednak dawali się porwać relacji Sofoklesa, jakby ją słyszeli po raz pierwszy, przeżywając litość i trwogę (katharsis). Podobnie było zapewne z wiernymi zgromadzonymi w Wielki Piątek, 11 kwietnia 1709 roku w Kościele św. Tomasza w Lipsku, choć znali doskonale zapisaną w Ewangelii św. Mateusza historię Męki Pańskiej. Podobnie jest także z nami, ponieważ emocje wypływające z towarzyszenia ludzkiemu dramatowi są ponadczasowe i ciągle na nas oddziałują. A cóż dopiero wtedy, gdy tym człowiekiem, który niewinnie cierpi, jest sam Zbawiciel... 

Muzyka Bacha ma strukturę dramatyczną, a jej założeniem było oddziaływanie na zmysły, wyobraźnię i duchowość słuchaczy. Bach zrównoważył relację Ewangelisty refleksjami zatroskanych świadków wydarzeń, zawartymi w komentarzach (arioso) i w modlitwie (arie). Widać to szczególnie dobrze w wersji Sir Simona Rattle z Orkiestrą Filharmonii Berlińskiej i Chórem Radia Berlińskiego z 2010 roku, mającej częściowo teatralny charakter, ale bardziej w duchu teatru greckiego, w znaczeniu, o którym pisałam w związku z tragedią Edypa. Reżyser Peter Sellars zaprzeczał zresztą próbom nazwania tego teatrem, twierdząc, że jest to rodzaj modlitwy, medytacji. 

Pasja według św. Mateusza w NOSPR, 23 marca 2024,
fot. materiały prasowe NOSPR


Pasja według św. Mateusza w katowickim NOSPR

Prezentacją Pasji w katowickim NOSPR – sali słynnej ze wspaniałej akustyki – Philippe Herreweghe rozpoczął realizację swojego nowego projektu, będącego kolejną próbą zmierzenia się z tym genialnym dziełem, co dowodzi, że Maestro jest ciągle w pełni sił twórczych, pomimo ukończenia osiemdziesięciu lat. Siedząc blisko i nieco z boku sceny, miałam tym razem niebywałą okazję przyglądać się, jak pracuje z orkiestrą, chórem i solistami. Herreweghe nie jest bynajmniej typowym dyrygentem – ze swoimi muzykami porozumiewał się za pomocą spojrzeń, dyskretnych gestów, przybliżając się często do wykonawców, którzy akurat śpiewali swoje arie albo wykonywali sola na instrumentach. To silna, charyzmatyczna osobowość: znakomicie panuje nad całością, a jednocześnie ma dar współtworzenia, współbycia z członkami zespołu. Czasami jednak, w partiach solowych z akompaniamentem jednego instrumentu, siadywał z boku – jakby chciał dać do zrozumienia, że pozostawia przestrzeń wykonawcom, do których ma absolutne zaufanie.

Philippe Herreweghe podczas koncertu, fot. Marek Cisek

Nic zresztą dziwnego, bo w projekcie znaleźli się wykonawcy znakomici, a przy tym odniosłam wrażenie, że Maestro dobierał ich wedle barwy głosu, co sprawiło, że całość zabrzmiała inaczej. Wystąpiło trzech tenorów (w tym Julian Prégardien, który "odziedziczył" tę rolę po swoim słynnym ojcu, ale wykonał ją zupełnie  inaczej, bardziej dramatycznie), z których każdy śpiewał w sposób wyjątkowy: Hugo Hymas, dysponujący ciepłym tenorem, podobnym nieco do głosu słynnego angielskiego śpiewaka: Anthony Rolfe Johnsona, brzmiał inaczej niż  Benedict Hymas, współpracujący z Maestro już wcześniej, chwalony za rolę Ewangelisty i dysponujący inną barwą głosu, choć równie piękną, liryczną. Podobnie było z kontratenorami, których również było dwóch i obaj dysponowali innymi barwami głosów, jednak zdecydowanym faworytem tego koncertu okazał się Hugh Cutting – artysta o niepowtarzalnej barwie i skali głosu, który już kończąc studia w Royal College of Music otrzymał z rąk Króla Karola III Złoty medal im. Sourindry Mohun Tagore. Mimo młodego wieku, z Pasją wg św. Mateusza wystąpił w Carnegie Hall, śpiewał także kantaty, a w sezonie 2023/24 ponownie pracuje z Les Arts Florissants i Williamem Christie, przygotowując niejeden wspólny projekt. Głos ma doprawdy niepowtarzalny – po koncercie w NOSPR zasłużenie otrzymał gorącą owację. Arią "Erbarme Dich" poruszył nas dogłębnie. 

Hugh Cutting, fot. materiały prasowe NOSPR

Nie mogę również nie wspomnieć o wykonawcy roli Jezusa - austriackim śpiewaku operowym Florianie Boeschu, współpracującym m. in. z Giovannim Antoninim czy z sir Simonem Rattle. Głęboki, piękny baryton – kreował postać Jezusa wspaniale, z dostojeństwem, a także przejmująco dramatycznie w scenie, kiedy Zbawiciel umiera na Krzyżu ze słowami "Boże mój, czemuś mnie opuścił?".

Dwa pozostałe barytony o męskiej sile i pięknych konturach zaprezentowali: Philipp Kaven jako Piłat i Konstantin Krimmel jako Piotr. Istotny w interpretacji Pasji Mateuszowej był również podział na dwa niewielkie składem chóry (po sześć osób z lewej i prawej strony), z których wyłaniali się soliści. To, co napisałam o wybranych solistach, można by odnieść do instrumentalistów, którzy im pięknie towarzyszyli, ale w ten sposób moja relacja rozrosłaby się do niebywałych rozmiarów...

Dość powiedzieć, że w swojej najnowszej wersji Pasji według św. Mateusza Philippe Herreweghe  zdaje się zmierzać do  klarownej interpretacji stworzonej przez Bacha genialnej kompozycji, stosując tym razem oszczędne środki, niejako upraszczając się. Skład orkiestry i chórów jest skromniejszy, nie ma też chóru chłopięcego ani organów. Prostota, szlachetny umiar i pięknie brzmiące głosy w towarzystwie pojedynczych instrumentów nadają tej interpretacji jakiś intymny, sprzyjający skupieniu i osobistemu przeżyciu, wymiar. O tym, że tak wykonana Pasja Mateuszowa poruszyła serca i wyobraźnię słuchaczy, świadczył aplauz tak głośny, że można by go porównać z widownią koncertów zespołów rockowych. Maestro Herreweghe zdawał się być nim tak oszołomiony, że zapomniał podziękować za występ wykonawcy roli Jezusa, centralnej postaci Pasji...

Florian Boesch w roli Jezusa, fot. materiały prasowe NOSPR


Pasja według św. Mateusza we wrocławskim Narodowym Forum Muzyki


Pasja według św. św. Mateusza w NFM we Wrocławiu,
fot. Joanna Stoga
Wrocławski koncert odbył się 27 marca i poprowadził go Jarosław Thiel – dyrektor Wrocławskiej Orkiestry Barokowej, a także wiolonczelista. Zważywszy, że wystąpiły dwa chóry: Chór NFM oraz Chór Chłopięcy NFM, a ponadto soliści – zadanie miał niełatwe. Thiel również nie jest typowym dyrygentem, choć w innym tego słowa znaczeniu niż Herreweghe. W wywiadzie udzielonym mi przed paru laty stwierdził, że czuje się bardziej wiolonczelistą ("Bardziej wiolonczelista niż dyrygent"), a jednak w perspektywie tego koncertu można to uznać za rodzaj kokieterii. Jarosław Thiel prowadzi ponadto Akademie Muzyki Dawnej (zanim stanął za pulpitem dyrygenckim, był świeżo po Akademii Francuskiej, która wypadła doskonale). Z pewnością jest dyrygentem bardziej od Herreweghe ekspresyjnym i zaprezentował melomanom Pasję Mateuszową inaczej, porywając bez reszty wrocławską publiczność, o czym świadczyła owacja na stojąco. Bo też była to wspaniała Pasja!

W centrum: Jarosław Thiel, fot. Joanna Stoga
Już sam początek Pasji Mateuszowej: "Kommt, Ihr Tochter" wywołuje dreszcz emocji. Potężny wielogłosowy chór przenosi nas niejako do centrum wydarzeń. We wrocławskiej Pasji 24-osobowy chór (po 12 chórzystów po lewej i prawej stronie) zabrzmiał mocno – to głos społeczności, która uczestniczy w wydarzeniach, jest ich narratorem i komentatorem, a jednocześnie głosami wiernych i (w scenach Męki) i wściekłego, agresywnego tłumu krzyczącego "Ukrzyżuj!". Chóru NFM słuchałam wielokrotnie, także w Pasjach i śmiem twierdzić, że potrafi zaśpiewać WSZYSTKO i znakomicie odnajduje się zarówno w wielkim repertuarze, jak i wówczas, gdy śpiewa a capella angielskie pieśni ludowe (koncert "W Anglii zielonej, kraju łąk" pod P. McCreeshem). I tym razem interpretował Bacha wspaniale, zaś od czasu do czasu wyłaniały się z chóru pojedyncze głosy śpiewające drugoplanowe postaci, jak choćby Judasza. W pierwszej części Pasji usłyszeliśmy także głosy dziecięce, będące symbolem niewinnego Baranka. Chór Chłopięcy NFM wystąpił w nieco pomniejszonym składzie siedemnastu głosów, ale zabrzmiał czysto i pięknie. 

Chór NFM, fot. Joanna Stoga
Wielkim atutem zaprezentowanej we Wrocławiu Pasji Mateuszowej byli także soliści. Jarosław Thiel zaprosił do współpracy prawdziwe tuzy. W roli Ewangelisty wystąpił James Gilchrist - angielski tenor znany ze znakomitych interpretacji utworów J. S. Bacha. Współpracował m. in. z sir Johnem Eliotem Gardinerem przy realizacji projektu tzw. kantat pielgrzymkowych, a także w projekcie Tona Koopmana i Amsterdam Baroque Orchestra & Choir, aby nagrać wszystkie dzieła wokalne Bacha. Śpiewał też Pasję według św. Mateusza w Concertgebouw. Czy można było znaleźć lepszego wykonawcę do tej roli... Był znakomity: dramatyczny, ale inaczej niż Prégardien, na sposób bardziej zniuansowany i dojrzały. W moim odczuciu był tego koncertu niekwestionowanym faworytem. 

James Gilchrist jako Ewangelista, fot. Joanna Stoga
Drugi zaproszony angielski tenor Ian Bostridge, bardziej może od Gilchrista znany, a to za sprawą spektakularnych sukcesów nie tylko w nagraniach Bacha (śpiewał m. in. rolę Ewangelisty w wymienionym przeze mnie nagraniu z Ph. Herreweghe), ale także jako "specjalista od Schuberta" (napisał interesującą pracę o jego "Podróży zimowej") i nagrodzony wykonawca "Pięknej młynareczki". Z pewnością niezwykle utalentowany i mimo upływu lat – dysponujący pięknym, mocnym głosem, a jego interpretacje utworów muzycznych są zwykle najwyższej próby. Tak było i tym razem. Był wspaniały, ale, jak sądzę, niedostatecznie wykorzystano jego udział w Pasji. 

Ian Bostridge, fot. Joanna Stoga
W roli Jezusa wystąpił Yannick Debus – baryton znany z wielu ról operowych, wielokrotnie współpracujący z René Jacobsem i Freiburg Baroque Orchestra. Przejmujący głos o wspaniałej barwie i nieprzenikniona twarz, co może dziwić, zważywszy, że jest przede wszystkim śpiewakiem operowym. Nie rozczarował mnie również amerykański kontratenor Terry Wey, który pięknie zaśpiewał "Erbarme dich, mein Gott". I nie tylko, ale ta aria zawsze najbardziej mnie porusza... Towarzyszył mu wspaniały skrzypek barokowy - Zbigniew Pilch. Nie sposób wymienić wszystkich solistów i muzyków, dość powiedzieć, że podczas tego szczególnego koncertu dali popis swojego kunsztu. Porwali publiczność, która nagrodziła ich gromkimi brawami.  

wtorek, 5 marca 2024

Wyrafinowane smaki muzyki francuskiego baroku /relacja z Akademii Francuskiej/

Od 28 lutego do 3 marca 2024 roku mogliśmy doświadczyć piękna muzyki francuskiej doby baroku, a także poznać jej znakomitych współczesnych wykonawców. Usłyszeliśmy też pasjonujące historie z nią związane, z którymi niestrudzenie i z wielką pasją zapoznawał nas dyrektor artystyczny Akademii Francuskiej – Jarosław Thiel. Pozostał niedosyt, który sprawia, że ciągle przesłuchuję rozmaite nagrania będące dla mnie prawdziwym estetycznym odkryciem...


Moda na Francję w czasach Króla Słońce

Barok był epoką niezwykle bujną, jeśli chodzi o rozwój kultury i obejmował wszystkie przejawy działalności literackiej i artystycznej. W Europie królował wówczas teatr, co znakomicie oddaje tytuł sztuki hiszpańskiego poety Pedro Calderóna de la Barca: "Wielki teatr świata". I świat – zwłaszcza świat dworów królewskich i magnackich – BYŁ zaiste teatrem. Wszystkie obrzędy i ceremonie traktowano jako widowiska. Rozkwitła także muzyka świecka, instrumentalna (zwłaszcza smyczkowa i organowa), opera, oratorium i kantata. Wynaleziono takie formy muzyczne, jak sonata, koncert i uwertura. Na rok 1597 datowana jest pierwsza opera: "Dafne" Jacopo Periego. W okresie tym komponowali najwięksi:  Antonio Vivaldi, Johann Sebastian Bach,  Georg Friedrich Händel, Jean-Philippe Rameau czy Domenico Scarlatti...

Szczególną rolę odgrywały w tym czasie Włochy, gdzie narodziły się dwa podstawowe style kompozytorskie XVII wieku: stile antico (styl dawny, bazujący na polifonii renesansowej) oraz stile nuovo (styl nowy, mający związek z monodią akompaniowaną i techniką koncertującą). 

W latach panowania Ludwika XIV to Francja stała się potęgą polityczną Europy, a Wersal kreował rozmaite mody, także muzyczne. Podstawę stylu francuskiego stanowiła muzyka taneczna (balet dworski), która dała początek operze i scenicznej tragedii. Francuzi cenili wyrafinowanie i celową "sztuczność". Brzmienie pełne blasku francuska muzyka dworska zawdzięczała intensywnemu wykorzystaniu instrumentów dętych obok smyczkowych. O ile sonata pozostawała domeną Włochów, o tyle suita – Francuzów. Skrzypkowie włoscy pogardzali stylem francuskim, zaś muzycy francuscy krytycznie oceniali swobodę włoskiego zdobnictwa. Jednakże za panowania Ludwika XVI styl francuski zdominował europejską kulturę: modne były francuskie stroje, kuchnia, obyczaje i oczywiście muzyka. To, co francuskie na długo stało się synonimem wyrafinowanego smaku i dobrego gustu. 

Francuzi od początku dążyli do syntezy stylu włoskiego z własnym. Na francuskie salony kantatę wprowadził Marc-Antoine Charpentier. Natomiast wielką tradycję muzyki klawesynowej zapoczątkował Jacques Champion de Chambonnières, ale jej rozkwit był zasługą dynastii Couperinów, z których najwybitniejszym muzykiem był François. O ile jednak był on mistrzem intymnej miniatury, to młodszy od niego Jean-Philippe Rameau przekroczył ramy muzyki klawesynowej, tworząc także muzykę do oper i baletów. 

Bernard Focroulle, fot. Sławek Przerwa

Podczas Akademii Francuskiej mogliśmy się przekonać za sprawą znakomitego organisty Bernarda Focroulle, który zainaugurował festiwal, że modzie tej uległ nawet Johann Sebastian Bach, u którego wpływy francuskie można dostrzec w suitach i uwerturach na instrumenty solowe i na orkiestrę. Podczas koncertu "Bach versus French Masters" zaprezentowano na przemian utwory francuskich kompozytorów (m. in. Georga Muffata, Nickolasa de Grigny, François Couperina)  z kompozycjami lipskiego Kantora (preludia chorałowe oraz "Die Kunst der Fuge"). Zestawienie to sprawiło, że owe francuskie wpływy na kompozycje Bacha stały się dla słuchaczy bardziej wyraziste. 

Z Wersalu do ... Sali Czerwonej 


Swoją przygodę z muzyką francuską doby baroku rozpoczęłam od koncertu "Les Ving - quatre Violons du Roy", który poprowadził mistrz muzyki dawnej, klawesynista i dyrygent założonego przez siebie zespołu Capriccio StravaganteSkip Sempé. Amerykański artysta studiował muzykę, muzykologię oraz historię sztuki w Konserwatorium Muzycznym w Oberlin w stanie Ohio. W tamtejszym ośrodku, zajmującym się wykonawstwem barokowym (Baroque Performance Institute), studiował także grę na klawesynie, na harfie i flecie prostym, a ponadto uczestniczył w kursach historii sztuki średniowiecznej i renesansowej. Nic zatem dziwnego, że trafił w końcu do Europy, gdzie pobierał nauki u Gustava Leonhardta w Amsterdamie. Po namowach Williama Christie (u którego również studiował) i Reinharda Goebela osiadł we Francji, gdzie rozwijał się także jako wykładowca, badacz i pisarz. Dzięki swoim licznym nagraniom, zarówno solowym, jak i z zespołem Capriccio Stravagante, a także esejom i wykładom, Sempé odmienił oblicze wykonawstwa muzyki dawnej, sprzeciwiając się praktyce ujednolicenia barokowego brzmienia. 

Skip Sempé, fot. Joanna Stoga/NFM
Dodajmy, że nie był to jego pierwszy występ we Wrocławiu. We wrześniu 2010 roku artysta gościł ze swoim zespołem na festiwalu Wratislavia Cantans. Natomiast w lutym ub. roku mieliśmy okazję wysłuchać koncertu, w którym Wrocławska Orkiestra Barokowa pod jego kierownictwem wykonała utwory Georga Friedricha Händla i Jana Sebastiana Bacha, a także Franza Xavera Richtera. Tym razem jednak Sempé wystąpił w roli mistrza, prowadząc – zgodnie z tradycją akademii – warsztaty, których efekty mogliśmy podziwiać podczas koncertu "Dwadzieściorga Czworga Skrzypiec", nawiązującego swoim tytułem do słynnej orkiestry grającej na dworze Ludwika XIII oraz jego następcy – Króla Słońce. Zespół stał się sławny zwłaszcza w okresie, gdy był prowadzony przez Jeana-Baptiste Lulliego. Zazdrościły go Wersalowi inne dwory Europy, szczególnie angielski dwór Karola I, który próbował go naśladować, oczywiście, z mniejszym rozmachem. Za czasów Lulliego do skrzypiec dodawano chór obojowy Stajni Królewskich, który zwykle grywał w plenerze. W ten sposób stworzono podstawę zespołów symfonicznych. Zespół ów miał specyficzne brzmienie, dziś trudne do odtworzenia, ponieważ pewne instrumenty, jak choćby rozmaitych rozmiarów wiolonczele i altówki, wyszły z użycia, zostały znormalizowane. Tamten dźwięk był zapewne bogatszy i bardziej różnorodny... Mogliśmy tego doświadczyć (w ograniczonym zakresie) podczas koncertu Bruno Cocseta. 

Skip Sempé,  Capriccio Stravagante i Studencka Orkiestra Festiwalowa,
fot. Joanna Stoga/NFM
Występ młodych muzyków, którzy mieli niebywałą okazję dotknąć rąbka tajemnicy dawnego wykonawstwa, także podczas warsztatów, był – jak się można domyślić –- rodzajem wtajemniczenia i wielkim przeżyciem dla nich. Odnosi się to również dla melomanów uczestniczących w Akademii Francuskiej. W programie koncertu "Marzenie Wersalu i angielskiego dworu" usłyszeliśmy kompozycje Jeana_Baptiste Lully, Henry Purcella, Marina Marais, André Campra oraz François Couperina. Koncert został przyjęty entuzjastycznie i artyści bisowali. Dodajmy, że na ten szczególny występ przyszliśmy odpowiednio wprowadzeni w nastrój przez znakomity film Alaina Corneau "Wszystkie poranki świata", a także przez dyrektora artystycznego Akademii Francuskiej - Jarosława Thiela, który słowem wstępnym poprzedzał każdy koncert. Mimo wszystko pozostało wrażenie niedosytu, skutkujące poszukiwaniem płyt Skip Sempé, ale to najlepszy dowód na to, jak podziałała ta muzyka na wyobraźnię.

Dyrektor artystyczny Akademii Francuskiej Jarosław Thiel,
fot. Joanna Stoga/NFM


Francusko-włoska sonata Jean-Baptiste Barrière i niezwykły Bruno Cocset


O ile koncert "Les Ving - quatre Violons du Roy" wprowadził nas w arkana francuskiej muzyki dworskiej czasów Filipa XIV, to za sprawą wybitnego wirtuoza wiolonczeli - Bruno Cocseta - mogliśmy posłuchać nieco dziś zapomnianego (niesłusznie!) artysty Jean-Baptiste Barrière, który jest przykładem łączenia stylów: francuskiego i włoskiego, a także ostatecznego zwycięstwa muzyki włoskiej. W utworach Barrière`a  można zauważyć jak w soczewce jeden z punktów zwrotnych w historii muzyki. Głównym smyczkowym instrumentem solowym w muzyce francuskiej była viola da gamba, która kojarzy się z takimi znakomitościami jak Marin Marais czy Jean de Sainte-Colombe. Jednak z czasem Francuzi zaczynają coraz częściej sięgać zarówno po instrumenty, jak i gatunki o włoskiej proweniencji. Ostatecznie styl francuski przegrywa ze stylem włoskim. Właśnie Jean-Baptiste Barrière był gambistą, który porzucił swój instrument dla wiolonczeli, stając się jej pierwszym francuskim wirtuozem. W 1736 roku wyjechał do Włoch, aby studiować u znanego włoskiego wiolonczelisty Francesco Alborei, znanego jako Franciscello. 

Bruno Cocset, fot. Joanna Stoga/NFM
Jego utwory są najbardziej znane ze swojej wrażliwości i subtelnej tonacji, emocjonalnego rezonansu i głębokiego brzmienia. Potrzeba zatem wiele subtelności, aby osiągnąć ten rodzaj wirtuozerii, jaki miał ów artysta, który aczkolwiek przyswoił sobie elementy stylu włoskiego, zachował również bogaty francuski smak. Wydaje się, że w Bruno Cocsetcie znalazł idealnego wykonawcę. Szczególnie dlatego, że pisał swoje utwory nie tylko na wiolonczelę, ale także na inne instrumenty, o których brzmieniu dziś niewiele wiemy, no, może poza jednym wyjątkiem – Bruno Cocseta, który z pasją zgłębia muzykę tego okresu od lat.  Francuski wiolonczelista barokowy ukończył Narodowe Konserwatorium w Tours, a później pobierał nauki u Annera Bylsmy, Jaapa Schrödera i Christophe'a Coina.  Współpracował z wieloma najważniejszymi grupami Europy, grającymi muzykę dawną na instrumentach historycznych, nagrywając głównie z Le Concert des Nations Jordiego Savalla, zanim stworzył własny zespół barokowy: Les Basses Réunies. To ciągle poszukujący muzyk i badacz, mający własny styl, pracujący nad brzmieniem instrumentu wespół z lutnikiem i wytwórcą instrumentów Charlesem Richem. W wyniku tej współpracy powstało dziewięć instrumentów, będących rekonstrukcją dawnych, a kilka z nich mogliśmy podziwiać i usłyszeć we Wrocławiu. 

Bruno Cocser z zespołem Les Basses Réunies, fot. Joanna Stoga/NFM
Artysta zaprezentował utwory Barrière`a na instrumentach przypominających mniejsze i większe wiolonczele, z towarzyszeniem klawesynu, kontrabasu i wiolonczeli. Grał z jakąś niezwykłą lekkością i precyzją, bardzo skupiony. Sonaty w jego (i zespołu) wykonaniu były wysmakowane i eleganckie, subtelnie nastrojowe. Ten koncert najbardziej zapisał się w mojej pamięci. Sądzę zresztą, że nie tylko w mojej, bo publiczność była oczarowana występem francuskiego wiolonczelisty. Nie dziwi, że przed laty jego gra zrobiła tak wielkie wrażenie na Jarosławie Thielu, iż postanowił studiować wiolonczelę barokową... Mistrz! Warto go posłuchać:


Bruno Cocset : Jean Barrière - Sonatas for Cello & Bass Continuo

"Nie wszystek umrę" – "La tombe de Rameau"

Znaną maksymę Horacego, w której poeta podkreśla, iż osiągnie nieśmiertelność za sprawą swojej poezji,  można by w równym stopniu odnieść do twórczości Jeana-Philippe'a Rameau, albowiem pięknym podsumowaniem jego twórczego żywota stała się poświęcona mu "Messe des mortes" Jeana Gillesa, uzupełniona przez zaprzyjaźnionych z nim kompozytorów o fragmenty dzieł samego Rameau. Historia Requiem Jeana Gillesa jako żywo przypomina legendę ostatniego dzieła W. A. Mozarta, z tą różnicą, że francuski kompozytor swoje dzieło ukończył, ale zleceniodawca uznał je za zbyt kosztowne i odmówił jego przyjęcia. W rezultacie wykonano je po raz pierwszy na pogrzebie kompozytora w 1705 roku. Później zabrzmiało  podczas uroczystości pogrzebowych Jeana-Philippe'a Rameau - popularnego francuskiego kompozytora  oper, baletów i utworów klawesynowych, zmarłego 12 września 1764 w Paryżu. Nabożeństwo odbyło się 27 września i było tak piękne, że wielokrotnie wykonywano Requiem także później – podczas uroczystości pogrzebowych Stanisława Leszczyńskiego, króla Polski, w 1766 r. i Ludwika XV, w 1774 r. oraz innych ważnych osobistości. Należy przy tym zaznaczyć, że wykonywano je w wersji zmienionej. Przyjaciele Rameau inkrustowali w pośpiechu oryginalny utwór kompozycjami zmarłego i w takiej wersji usłyszeliśmy go podczas koncertu poprowadzonego przez Skipa Sempé. Czwarta część koncertu zawierała wyłącznie utwory Rameau, a zwieńczeniem była Apothéose de Rameau, w której znalazł się fragment z opery "Zoroastre". Innym interesującym uzupełnieniem był utwór Michela Corrette`a: "Carrillion des morts", w którym instrumenty naśladują bicie dzwonów.

Koncert "La tombe de Rameau", fot. Sławek Przerwa/NFM
"Messe des mortes" Jeana Gillesa jest utworem pełnym nadziei na pośmiertne połączenie z Bogiem. Wykonanie tego wspaniałego dzieła na zakończenie Akademii Francuskiej było jej znakomitym zwieńczeniem. Wrocławska Orkiestra Barokowa pokazała cały swój kunszt, podobnie jak Chór NFM. Znakomici byli też starannie dobrani soliści: Judith van Wanroij  – holenderska sopranistka specjalizująca się w muzyce francuskiego baroku, francuski tenor Davy Cornillot, zafascynowany niemieckim repertuarem barokowym, a zwłaszcza muzyką J. S. Bacha, francuski baryton  Marc Mauillon, występujący w repertuarze barokowym, współpracujący m. in. z Jordi Savallem. Nie obyło się bez bisów, choć wydawać by się mogło, że takiego utworu bisować się nie da... Skip Sempé i tym razem okazał się łaskawy, poruszony prawdziwym entuzjazmem publiczności. 
Tym sposobem Akademia Francuska dobiegła końca, pozostawiając uczucie niedosytu, a zarazem większej otwartości na muzyczne skarby, o których dotąd mieliśmy blade pojęcie.

sobota, 17 lutego 2024

Porywający "Spartakus" i genialni wykonawcy /relacja z koncertu/

Koncertem, który zabrzmiał 9 lutego  w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu, zawładnęły trąbki, głoszące triumf wolności, jednocześnie darząc melomanów pokładami wspaniałej energii. Dotyczy to w równym stopniu dwóch solistów: Gábora Boldoczki i Sergeia Nakariakova, jak i trębaczy wspaniałej  NFM Filharmonii Wrocławskiej oraz dyrygenta Jurka Dybały. Były też bisy, z których ostatni - na wyciszenie... 

Koncert "Spartakus" w Narodowym Forum Muzyki, fot. Karol Sokołowski

Koncert rozpoczęła 7-minutowa Uwertura do opery "Fidelio" Ludwiga van Beethovena, której radosna tonacja pozwala mieć nadzieję na pomyślny finał historii dwojga małżonków, którzy przeciwstawili się tyranii władzy. Owe radosne nuty zwiastują właśnie trąbki, ale także flety i instrumenty smyczkowe. Posłuchajmy:

Vienna Philharmonic Orchestra pod. dyr. Claudio Abbado


Genialny kompozytor i genialni wykonawcy

Było to zarazem preludium do tego, co nastąpiło potem. Otóż dwaj soliści - gwiazdy tego wieczoru: Gábor Boldoczki i Sergei Nakariakov  zagrali Koncert na dwie trąbki i orkiestrę op. 104  współczesnego tureckiego pianisty i kompozytora -  Fazıla Say. Say to cudowne dziecko. Swój pierwszy utwór – sonatę fortepianową – napisał w 1984 roku, w wieku czternastu lat, kiedy był studentem Konserwatorium w rodzinnym mieście Ankarze. 

Say na własnej skórze odczuł, czym jest opresja, kiedy w kwietniu 2012 roku został objęty śledztwem przez prokuraturę w Stambule w związku z wypowiedziami na Twitterze, w których ogłosił się ateistą i podał dalej wiadomość wyśmiewającą islamską koncepcję raju. Sąd w Stambule oskarżył go o "publiczną obrazę wartości religijnych wyznawanych przez część narodu", za co grozi kara do 18 miesięcy więzienia. Say został skazany na 10 miesięcy więzienia, ale ostatecznie wyrok został zawieszony, co oznaczało, że mógł się swobodnie przemieszczać, pod warunkiem, że nie powtórzy przestępstwa w ciągu najbliższych pięciu lat. W wyniku apelacji 26 października 2015 r. Najwyższy Sąd Apelacyjny Turcji uchylił wyrok skazujący, orzekając, że wpisy Saya na Twitterze mieszczą się w granicach wolności myśli i wolności słowa. Ten wątek biograficzny kompozytora zwraca uwagę na fakt, że we współczesnym świecie łatwo można być posądzonym (i osądzonym) za tzw. "mowę nienawiści", a swoboda wypowiedzi staje się coraz większym luksusem, za który można słono zapłacić. 

Gábor Boldoczki i Sergei Nakariakov, fot. Adam Sokołowski

Koncert został zamówiony przez Narodowe Forum Muzyki, MŰPA w Budapeszcie, hr-Sinfonieorchester Frankfurt, Beethoven Orchester Bonn oraz Prague Symphony Orchestra i miał swoją prapremierę 13 maja 2023 roku w Budapeszcie. Zagrała go wówczas Prague Symphony Orchestra pod dyrekcją Andrzeja Boreyki. Utwór składa się z trzech części: pełnej niepokoju  Introduction, utrzymanej w tempie Allegro, po czym w drugiej części (Andante moderato, misterioso) tempo zmienia się, nabiera dynamiki. W tej części dominują trąbki piccolo. Finał utworu (Allegro assai, “in memoriam”) Say zadedykował ofiarom zamachu terrorystycznego na dworcu w Ankarze, w którym zginęło ponad sto osób. 

Utwór nie zabrzmiałby zapewne tak fantastycznie, gdyby nie występ wybitnych wirtuozów trąbki: Gábora Boldoczki i Sergeia Nakariakova. Węgierski trębacz gościł już we Wrocławiu, wiadomo więc było, jakiej to klasy muzyk. Nie rozczarował również Siergiej Michajłowicz Nakariakow – rosyjsko-izraelski trębacz wirtuoz mieszkający w ... Paryżu,  który zyskał rozgłos pod koniec lat 90. W 1992 roku, w wieku 15 lat, wydał swoje pierwsze nagranie płytowe (m.in. utwory Ravela, Gershwina i "Karnawał wenecki" Arbana). W 2004 roku zagrał nawet w filmie Jana Schmidta-Garre'a No More Wunderkind. Obaj muzyczni geniusze zagrali, oczywiście, bis.

Jurek Dybał i część NFM Filharmonii Wrocławskiej,
fot. Karol Sokołowski


Porywający "Spartakus" Chaczaturiana

Drugą część koncertu wypełniła muzyka skomponowana przez ormiańskiego kompozytora i dyrygenta - Arama Chaczaturiana. Wysłuchaliśmy fragmentów baletu "Spartakus". Utwór ten należy do jego najbardziej znanych kompozycji, obok "Tańca z szablami" z baletu "Gajane". Adagio z tego baletu wykorzystał w trzeciej części filmu "2001: Odyseja kosmiczna" Stanley Kubrick. Muzyka Chaczaturiana znajduje się na ścieżkach dźwiękowych wielu filmów, ba, nawet gier wideo.

Chaczaturian skomponował "Spartakusa" w 1954 roku. Po raz pierwszy wystawiono balet w Leningradzie, 27 grudnia 1956 roku, w choreografii Leonida Jakobsona dla Teatru Opery i Baletu im. Kirowa (Teatr Maryjski).Balet doczekał się swojej premiery w Teatrze Bolszoj w Moskwie w 1958 roku w choreografii Igora Mojsiejewa; Największe uznanie przyniosła mu jednak inscenizacja z 1968 roku w choreografii Jurija Grigorowicza. 

Utwór opowiada o czynach Spartakusa, przywódcy powstania niewolników przeciwko Rzymianom. Tracki gladiator stał się, jak wiadomo, przywódcą wielkiego powstania niewolników przeciwko Republice Rzymskiej w latach 73-71 p.n.e. Wprawdzie Spartakus zginął w walce, nie odnaleziono jednak jego ciała. I choć powstanie zostało krwawo stłumione, a 6 tysięcy osób ukrzyżowano, to jednak bohater przeszedł do legendy. 

Koncert "Spartakus" w Narodowym Forum Muzyki, fot. Karol Sokołowski
 

Zanim "Spartakus" doczekał się realizacji scenicznej, jego muzyka zdobyła sobie wysokie uznanie słuchaczy sal koncertowych, wykonywana w formie suity orkiestrowej. Zdając sobie sprawę z ubóstwa  wiadomości o kulturze muzycznej starożytnego Rzymu, kompozytor odrzucił drogę stylizacji i nie wplatał do swej muzyki elementów archaicznych. Zdecydował się na opowieść o walce o wolność, co jest czymś szczególnym, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że tworzył w latach 50. w komunistycznym Związku Radzieckim. No, ale chodziło o propagandę ... antyimperialną. Tak więc zdecydował się wyrazić ideę wolności, zachowując podstawowe cechy swojego stylu muzycznego. 

„Niektórzy krytycy zarzucali mi ucieczkę w tak daleką przeszłość - pisał później Chaczaturian - ale wydaje mi się, że nie mają racji. Epoka Spartakusa - to wzruszająca epoka historii w dziejach ludzkości. Teraz, kiedy liczne uciśnione narody świata podejmują walkę o wyzwolenie i niezależność narodową, nieśmiertelny obraz Spartakusa zyskuje szczególny urok. Komponując muzykę swojego baletu, starałem się zrozumieć atmosferę starożytnego Rzymu i odtworzyć żywe obrazy dalekiej przeszłości. Zawsze odczuwałem duchową bliskość ze Spartakusem w naszej epoce, w naszej walce przeciw wszelkiej tyranii, walce uciśnionych narodów przeciw agresorom imperialistycznym". 

"Spartakus" A. Chaczaturiana w wykonaniu NFM Filharmonii Wrocławskiej
pod dyr. Jurka Dybały

W ten sposób powstała monumentalna kompozycja, w której ścierają się dwa podstawowe tematy muzyczne. Mężna, surowa i patetyczna muzyka wyobrażająca Spartakusa, Phrygię i powstańców przeciwstawia się brutalnej, nieludzkiej i rozpustnej momentami muzyce obrazującej starożytny Rzym z Krassusem, Aeginą i Lentulusem Batiatusem na czele. Muzyczna i sceniczna dramaturgia baletu oparta więc została w dużej mierze na przeciwstawieniu dwóch wrogich obozów: Spartakus - Krassus, Phrygia - Aegina, niewolnicy - patrycjusze rzymscy.

Cokolwiek by jednak nie powiedzieć o okolicznościach powstania kompozycji i Nagrodzie Lenina za nią, to jest to muzyka wspaniała, która przetrwała próbę czasu. NFM Filharmonia Wrocławska zagrała wprawdzie tylko fragmenty "Spartakusa", ale to nawet dobrze, że mogliśmy poczuć niedosyt. Tańczący za pulpitem dyrygenckim maestro Jurek Dybał i wspaniały zespół muzyków, który tak znakomicie wykonał ten utwór, pozostaną w pamięci na zawsze. Dyrygent zresztą wyczuł, co się dzieje na widowni, bo na bis poprowadził najspokojniejszą część utworu, abyśmy się mogli nieco wyciszyć 😊 Ale czy to mu się udało..?


Urodziny Zofii Kossak w Górkach Wielkich

9 i 10 sierpnia w ruinach Dworu Kossaków znów będzie gwarno, jak dawniej, kiedy do Górek Wielkich zjeżdżali się m.in.: Maria Dąbrowska, Wańk...

Popularne posty