Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Amaltea. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Amaltea. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 lutego 2024

Lucian Dan Teodorovici: Warto podjąć trud pisania /wywiad/

Rozmawiam z  autorem nagrodzonej  Angelusem powieści "Matei Brunul”. O inspiracjach, trudnych chwilach podczas pisania oraz czytelniczych uwagach z Facebooka :-) 

Lucian Dan  Teodorovici, fot. Cato Lein

Barbara Lekarczyk-Cisek: Muszę Panu wyznać na wstępie, że Pańska książka ”Matei Brunul” zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Przede wszystkim forma tej opowieści jest niezwykle interesująca. Porozmawiajmy więc o niej.

Lucian Dan Teodorovici: Dziękuję, że zaproponowała mi Pani rozmowę o literaturze, bo najczęściej zdarza się tak, że dla moich rozmówców książka jest tylko pretekstem do tego, aby rozmawiać o historii i polityce. 

Na początek proszę mi jednak wyjaśnić, dlaczego podjął Pan temat, który dotyka komunistycznej przeszłości Rumunii – czasów, kiedy Pana jeszcze nie było na świecie…

Trudno mi podać jedną przyczynę, ale z pewnością najbardziej zaważyło przeżycie z dzieciństwa. Otóż wychowywałem się u dziadków. Mój dziadek był wiernym i wytrwałym słuchaczem Radia Wolna Europa i Głosu Ameryki. Kiedy miałem może osiem lat, widziałem go płaczącego podczas słuchania audycji, co zrobiło na mnie wielkie wrażenie, szczególnie że dziadek nie był człowiekiem łatwo ulegającym emocjom. To był dla mnie pierwszy impuls: chciałem zrozumieć, dlaczego dziadek płacze. Tak więc ten temat rósł we mnie latami. Później sam wielokrotnie, czytając o sprawach związanych z tamtymi czasami, przeżywałem to bardzo emocjonalnie.

/do tłumaczki:/

Pani Radosławo, a co Panią skłoniło, aby tę książkę przybliżyć polskiemu czytelników?

Radosława Janowska-Lascăr: Kiedy pracowałam przed laty w Rumunii jako lektor języka polskiego, Lucian był studentem filologii rumuńskiej. Wprawdzie nie mieliśmy bezpośrednich kontaktów, ale już wówczas słyszałam o młodych zdolnych ludziach na filologii, a potem nawet czytałam jego opowiadania. W tym czasie jednak zajęta byłam tłumaczeniami z literatury polskiej na język rumuński. Dopiero w listopadzie 2012 roku, trochę przypadkiem, trafiłam na jego powieść "Matei Brunul”.

Byłam wtedy w Bukareszcie na wernisażu wystawy poświęconej Kazimierze Iłłakowiczównie, którą pomagałam przygotowywać. Przy okazji postanowiłam pójść na cmentarz, aby odwiedzić grób mojej zmarłej przyjaciółki, Polki. Czekając na kolegę, z którym miałam pójść na cmentarz, weszłam do pobliskiej księgarni, aby pooglądać nowości wydawnicze. Tak trafiłam na dwie książki: "Matei Brunul” oraz  ”Medgidia miasto u kresu Cristiana Teodorescu. Po przeczytaniu fragmentów pomyślałam jak Danusia z ”Krzyżaków”: "Mój ci on" i postanowiłam obie przełożyć. Szczególnie że historia, a zwłaszcza lata 50. należą do kręgu moich zainteresowań. Ciekawiło mnie, w jaki sposób obaj pisarze opowiadają o tamtych czasach.

No właśnie, bardzo interesujące jest zagadnienie formy powieści. Swietłana Aleksijewicz, tegoroczna noblistka, nazywa siebie kronikarką duszy. W Pana powieści podobne słowa padają w stosunku do lalki. Pana również interesuje przede wszystkim ludzka dusza w sytuacji opresji … Tytułowy bohater powieści ”Matei Brunul” jest lalkarzem, co pozwala użyć wieloznacznej metafory teatru marionetkowego. Skąd wziął się taki pomysł na opowiedzenie tej historii?

Taki zamysł, aby bohaterem był marionetkarz, miałem od początku, choć trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się stało. Inspiracje płyną z różnych źródeł i nie zawsze są racjonalne.  Tak się przy tym składa, że studiując reżyserię teatralną, miałem dużo zajęć z teatru lakowego. Dzięki temu zauważyłem, że podczas grania spektaklu aktor nie tylko animuje lalkę, ale też sam zmienia się pod jej wpływem. Zmienia się nie tylko jego fizjonomia, ale także sposób poruszania się.  Chciałem dokonać swego rodzaju transpozycji z duszy marionetki (o której bohater pisze w swoim traktacie) na duszę człowieka. Mój bohater traci duszę, ponieważ traci pamięć i to właśnie marionetka ”przywraca” mu życie.

 Dla mnie symbol marionetki ma w Pana powieści niejednoznaczne, a niekiedy sprzeczne znaczenia. Z jednej strony teatr marionetkowy, mając bardzo starą tradycję, służy bohaterowi do tego, aby opowiadając pewną uniwersalną historię, mógł zrozumieć otaczający go świat, a tym samym przeżyć doświadczenie kolonii karnej, co się na dłuższą metę nie udaje.  Z drugiej strony teatr marionetek jako dzieło ludzkiej wyobraźni pozwala zapomnieć o opresyjnej rzeczywistości, jak to ukazał Pan w najpiękniejszej scenie tej powieści, kiedy Bruno ożywia marionetkę i świat wokół przestaje istnieć. Czy zgodzi się Pan z taką interpretacją?

Pisarz zawsze marzy o tym, aby czytelnik odnalazł w jego książce te istotne myśli, które tam zawarł, toteż bardzo się cieszę, że Pani trafiła w sedno. Otóż w latach 50. ludzie nie byli już w stanie wyzwolić się z tego gorsetu, który im założono. Scena, w której Bruno animuje lalkę w obecności ”dobrego strażnika” jest kluczowa w powieści, ponieważ pokazuje, że bywają takie momenty, kiedy zrzucenie owego "gorsetu” mogło się – choć na krótką chwilę – wydarzyć.

W Pańskiej powieści teraźniejszy czas narracji przeplata się z czasem przeszłym, dzięki czemu poznajemy coraz lepiej sylwetkę głównego bohatera, ale mimo wszystko pozostaje pewna sfera tajemnicy, do której nie mamy dostępu. Brunul okazuje się być o wiele bardziej wolnym człowiekiem, niż sądzą inni bohaterowie, a także czytelnik…

Taki sposób narracji miał podkreślić, że początkowo, kiedy poznajemy bohatera, egzystuje on tak, jakby go nie było. Natomiast ten sam bohater w retrospekcjach jest człowiekiem bardzo aktywnym życiowo. Miałem taki zamysł, aby te dwie narracje w pewnym momencie się przecięły. Skutkiem tego im bardziej nasz bohater w teraźniejszości staje się żywotny, tym bardziej Bruno z przeszłości staje się martwy.

Gdy zbierałem dokumentację do tej powieści, bardzo istotne były dla mnie konsultacje z doktorem Bogdanem O. Popescu – jednym z najzagorzalszych pasjonatów neurologii w Rumunii. Na kształt narracji wpłynęła więc także wiedza na temat amnezji, będącej siłą spowalniającą człowieka, jak to jest w przypadku mojego bohatera.

Czy podczas pisania powieści były jakieś szczególnie trudne momenty?

Było wiele takich momentów, kiedy próbowałem połączyć ze sobą wątek teatru lakowego, rzeczywistość historyczną i teraźniejszość. Odkładałem wówczas pisanie, aby powrócić do niego po kilku tygodniach i podjąć opowieść.

Czy udało się już Panu uwolnić od swojego bohatera i pomyśleć o nowej historii?

W Rumunii wiele osób zadawało mi pytanie, czy mam zamiar kontynuować opowieść o Brunulu. Na Facebooku jeden z czytelników napisał do mnie, że powieść wprawdzie bardzo mu się podobała, ale nie wybaczy mi tego, że uśmierciłem swojego bohatera, co nie jest prawdą (śmiech).  Nie mam wprawdzie potrzeby kontynuować tej historii, ale to zainteresowanie czytelników dało mi do myślenia. Zresztą fakt, że mogę ciągle toczyć rozmowy o tej książce,  dowodzi, że mój bohater nadal żyje – w myślach i wyobraźni czytelników, mimo że ja się już od niego uwolniłem.

Prowadząc dokumentację do tej książki odkryłem też wiele materiałów na inne opowieści i jestem przekonany, że temat historii lat 50. w Rumunii będę kontynuował.

W ramach tegorocznego Angelusa otrzymał Pan Nagrodę Czytelników im. Natalii Gorbaniewskiej. Co dla Pana znaczy to wyróżnienie?

Moje książki były tłumaczone na inne języki, miałem też pragnienie, aby ukazał się także  polski przekład. A kiedy okazało się, że przekład będzie, tak się tym ucieszyłem, że zacząłem sobie wyobrażać, że coś się musi wydarzyć. I tak się stało! Nagroda Czytelników daje poczucie, że warto podjąć trud pisania oraz nadzieję, że znajdą się również amatorzy kolejnych moich książek.

 Dziękuję za rozmowę.


Lucian Dan Teodorovici urodził się 17 czerwca 1975 roku. Jest rumuńskim pisarzem, reżyserem teatralnym, scenarzystą filmowym i telewizyjnym, a także redaktorem serii „Ego. Proza” – współczesnej literatury rumuńskiej w wydawnictwie Polirom. Napisał siedem scenariuszy filmowych i był współscenarzystą dobrze przyjętego w Rumunii serialu TV (Animal Planet Show, 2005-2008). Wyreżyserował kilka sztuk teatralnych. Teodorovici jest autorem powieści: Cu puţin timp înaintea coborîrii extratereştrilor printre noi (Tuż przed przybyciem do nas istot pozaziemskich; 1999, 2005), Circul nostru vă prezintă (Nasz cyrk przedstawia państwu; 2002, 2007), Celelalte poveşti de dragoste (Pozostałe historie miłosne; 2009), zbiorów opowiadań: Lumea văzută printr-o gaură de mărimea unei ţigări marijuana (Świat widziany przez dziurkę wielkości skręta; 2000), Atunci i-am ars două palme (Wtedy strzeliłem mu dwa razy w twarz; 2004), a także sztuki teatralnej Unu + unu (+ unu…) (Jeden + jeden (+ jeden…); 2014). Jego książki wydano w USA, we Francji, w Wielkiej Brytanii, Niemczech, we Włoszech, na Węgrzech, w Hiszpanii, w Egipcie, Macedonii, Bułgarii.

Powieść Matei Brunul, opublikowana w 2011 roku, zdobyła najważniejsze nagrody krajowe i uznana została za „Książkę Roku”. (informacja ze strony Wydawnictwa Amaltea)

Wywiad ukazał się pierwotnie 27 października 2015 r. na portalu Kulturaonline.pl

poniedziałek, 23 września 2019

Cristian Teodorescu: "Kocie opowieści" /recenzja książki/

Książka Cristiana Teodorescu z pewnością spodoba się każdemu, kto ma poczucie humoru i patrzy na świat z ironicznym dystansem, nie tylko wielbicielom kotów. Ale tym ostatnim spodoba się z pewnością najbardziej, bo nikt z takim znawstwem i wrażliwością nie pisze o kociej wyobraźni i psychice, jak właśnie ten pisarz, opowiadający w istocie o nas samych.



Cristian Teodorescu znany jest polskiemu czytelnikowi dzięki znakomitym opowiadaniom ze zbioru "Medgidia, miasto u kresu", które zapewniły pisarzowi nominację do Nagrody Angelusa. Opowieść o miasteczku, które dotknęła apokalipsa wojenna oraz doświadczenie dwóch totalitaryzmów, jest zarazem opowieścią o świecie, którego już nie ma, o przemijaniu. Narrację charakteryzuje ciepłe poczuciem humoru i subtelna ironia. Podobny sposób ujęcia tematu odnajdziemy w kolejnej książce Teodorescu, która ukazała się w tym roku w Wydawnictwie Amaltea, a zatytułowanej "Kocie opowieści".

Już widniejący na okładce, nieco karykaturalny, portret pisarza i maszyny do pisania spoczywającej na leżącym kocie, wprowadza czytelnika w nieco absurdalny świat opowieści, której narratorem jest przede wszystkim ... kotka zwana Oczko - cudem uratowana od niechybnej śmierci przez żonę pisarza.

Taka nietypowa koncepcja narratora pozwala pisarzowi na rozmaite transgresje, także w stosunku do samego siebie. W oczach bacznej kociej obserwatorki ukazany został jako wiecznie zamknięty w swoim pokoju, palący bez ograniczeń papierosy i mówiący sam do siebie osobnik, co świadczy o dystansie i autoironii. Relacja z kocią znajdą staje się w miarę rozwoju opowieści o wiele bardziej skomplikowana, aż w końcu dochodzi do momentu, kiedy okazuje się, że pisarz zamierza wydać drukiem jej historie. Jest to jeden z nielicznych rozdziałów, w którym narratorem jest autor. Otóż odkrywa on, że kotka nauczyła się po cichu pisać na jego komputerze i zaczęła tworzyć całkiem niezłe opowiadania, mimo że nie chodziła na żadne kursy creative writting :-)


Ilustracja Octaviana Mardale do opowiadania "Kradzież i złodziejski fach"
"Wcale nie podoba mi się to, co wypisuje o mnie Jednooka, ale to chyba jest efekt tego, co wyobrażałem sobie kiedyś o niej" - snuje rozważania pisarz. Trzeba dodać, że kotka pisze nie tylko o sobie i o swoich relacjach z innymi kotami oraz z ludźmi. Snuje także refleksje natury filozoficznej, politycznej, egzystencjalnej, jak choćby w rozdziale "Sołtys i jego niebieski kot" czy w opowiadaniu o Waniuszce - dyżurnym kocurze Władimira Putina. Opowiedziane przez nią historie pełne są specyficznego, nieco absurdalnego humoru (podobnie jak ilustracje) i podobają się pisarzowi, toteż postanawia je wydać. Z punktu widzenia kotki stało się tak, że pisarz, widząc na swoim komputerze folder "Opowieści Oczka", doszedł do wniosku, że to on pisze nawet wówczas, kiedy nie pisze :-) Zamówił u znajomego rysunki, które ilustrowałyby tę opowieść. W tej sytuacji, biorąc pod uwagę, że i tak nikt nie uwierzy (także inne koty), że autorką jest ona, kotka Oczko postanowiła, że przekaże prawa autorskie niejakiemu Cristianowi Teodorescu. Całość zamykają uwagi redaktorki, która chwali kotkę za talent narracyjny i umiejętność obserwacji świata. Wnosimy stąd, że autorstwo opowiadań jest tajemnicą poliszynela, czego zresztą dowodzi również tytuł: "Kocie opowieści".

Ilustracja Octaviana Mardale do opowiadania "Jak można podzielić łup. Kotka Eleny Udrei milczy,
a kocur innego posła skacze na okno".
Książka Cristiana Teodorescu z pewnością spodoba się każdemu, kto ma subtelne poczucie humoru i patrzy na świat z nieco ironicznym dystansem, nie tylko wielbicielom kotów. Ale tym ostatnim spodoba się z pewnością najbardziej, bo nikt z takim znawstwem i wrażliwością nie pisze o kociej wyobraźni i psychice, jak właśnie ten pisarz.
Dodam, że całość jest świetnie zilustrowana przez Octaviana Mardale i że rysunki te dopełniają osobliwie narrację, o czym można się przekonać choćby na podstawie kilku tutaj zaprezentowanych. Same w sobie są dowcipną surrealistyczną opowieścią.

Książka Cristiana Teodorescu "Kocie opowieści" ukazała się w 2019 roku w Wydawnictwie Amaltea, w przekładzie Radosławy Janowskiej-Lascar.


Ilustracja Octaviana Mardale do opowiadania "Mama wszystkich kotów w domu"

Zachęcam także do lektury wywiadu z pisarzem. Rozmowa dotyczyła pierwszej wydanej w Polsce powieści Teodorescu "Medgidia...", przybliżając przy tym jego metody opisywania świata za pomocą małych, zwięzłych form.

poniedziałek, 2 października 2017

Lucian Dan Teodorovici: "Matei Brunul". Z życia marionetek /recenzja/

Wyróżniona Nagrodą Angelusa powieść Luciana Dan Teodorovici opowiada historię komunistycznych zbrodni, posługując się wieloznaczną metaforą teatru marionetek. Tak jeszcze chyba nikt tego nie opowiedział...

Lucian Dan Teodorovici, Matei Brunul, Wydawnictwo Amaltea

Bohaterem opowiedzianej przez rumuńskiego pisarza historii jest lalkarz – Bruno Matei, który dostaje się w tryby komunistycznego terroru. Powieść jest ukazaniem losów pojedynczego człowieka, ale zarazem – jak twierdzi w przedmowie autor – "jest sumą losów wielu ludzi, którzy musieli się zmierzyć z rumuńskim systemem więziennym". Aby jednak podkreślić, że łączy historię z fikcją, Teodorovici odnosi się do prawdziwych wydarzeń, wplatając do swojej prozy także postaci historyczne. Wydarzenia historyczne stają się rodzajem tła dla wydarzeń fikcyjnych. Pisarza bowiem interesuje przede wszystkim pojedynczy człowiek i to, co się z nim dzieje pod wpływem straszliwej opresji, której zostaje poddany.

Bruno - Pinokio à rebours


Historia Brunula (rumuński odpowiednik włoskiego imienia Bruno) odsłania się przed nami stopniowo – w retrospekcjach. W czasie teraźniejszym jest on 38-letnim lalkarzem, trochę zdziwaczałym samotnikiem, który nie rozstaje się z marionetką nazywaną Bazylkiem. Cierpi na osobliwy zanik pamięci, który polega na "wymazaniu" z życia ostatnich dwudziestu lat. Właśnie owe lata odsłaniają się przed nami nieśpiesznie w kolejnych retrospekcjach i pozwalają zrozumieć myśli i zachowania Bruna.

Bohater snuje rozważania o duszy marionetki, z którą się nie rozstaje, a myśli te są bardzo osobliwe. Uważa mianowicie, że każda marionetka ma duszę, będącą jej punktem ciężkości, którego poznanie gwarantuje całkowite panowanie nad nią:

Życie marionetki jest w rękach marionetkarza – sądzi Bruno. Nigdy nie będziesz mógł poruszać lalką i sprawić, aby żyła tak jak chcesz, jeżeli nie nauczysz się kontrolować dogłębnie jej duszy.

Doskonale rozumiemy, że słowa te odnoszą się do człowieka, który został poddany systemowi opresji. To system pragnie nad nim całkowicie zapanować i czyni to latami, za pomocą różnych wyrafinowanych metod. W powieści Teodorovici człowiek ma stać się jak marionetka: niemy i bezwolny wobec oskarżeń, nawet najbardziej absurdalnych.

W 1950 roku Bruno zostaje oskarżony w procesie "odpryskowym". Ma wraz z innymi "wywrotowcami" zeznawać przeciwko swemu dobroczyńcy, byłemu ministrowi - Lucretiu Pătrăşcanu (postać historyczna). Poddany torturom, podobnie jak pozostali, przyznaje się do winy i zostaje skazany na kolonię karną. Próby zachowania człowieczeństwa wobec wyczerpującej pracy przymusowej, tortur, bicia i upokorzeń stają się coraz bardziej heroiczne. Bruno w jakimś sensie zastyga bez ruchu, aby tylko przetrwać, nie prowokować oprawców i nie dać im poznać, że zachował coś własnego, ludzkiego... Ciągle ma nadzieję, że warto czekać na prawdziwą wolność, która kiedyś przyjdzie. Tymczasem udaje, że "resocjalizacja" powiodła się, że stał się bezwolną marionetką, która zrobi wszystko, co jej się każe. Czy mu się to ostatecznie udało – tego nie zdradzę, aby nie odebrać czytelnikom przyjemności odkrywania tajemnic Bruna. Powieść trzyma bowiem w napięciu do końca i do końca pozostaje nieoczywista – jak ludzkie życie.

Metafora teatru marionetek


Najpiękniejsze w prozie Luciana dan Teodorovici są metafory nawiązujące do teatru marionetek, w tym traktat bohatera, napisany przez niego po wielu studiach i latach terminowania w zawodzie. Wywodząc istnienie teatru lalek z odległej starożytności, kiedy to przedstawienia lalkowe niosły ze sobą ważkie treści na temat ludzkiej egzystencji, daje do zrozumienia, że ani na jotę się nie zestarzały. To, co mówi o marionetce – te wszystkie myśli dotyczą jego samego i pozostają ważnym elementem narracji. Dzięki nim możemy zrozumieć, co się dzieje z człowiekiem i ze światem wokół niego, jeśli próbuje się go zniewolić i potraktować jak bezduszną kukłę. Podobnie jak w "Traktacie o manekinach" Bruno Schulza: człowiek staje się "przedmiotem niższej rangi". Dążeniem komunizmu było stworzenie "nowego człowieka", całkowicie poddanego władzy i pozbawionego ludzkich, normalnych uczuć. Słowem – marionetki. Bo marionetkami zarządza się łatwo.

Książka Luciana Dan Teodorovici "Matei Brunul" ukazała się w Wydawnictwie Amaltea.
Recenzja została pierwotnie opublikowana na portalu Kulturaonline.

Wywiad z pisarzem przeczytać można TUTAJ.

niedziela, 17 września 2017

”Siedem rozdziałów z życia Václava Netušila” Ivana Binara: Podróż przez komunistyczne inferno /recenzja książki/

”Siedem rozdziałów z życia Václava Netušila albo rowerem dookoła świata” Ivana Binara  jest fascynującą, szkatułkową opowieścią o tym, jak komunistyczny totalitaryzm głęboko niszczył ludzi oraz łączące ich więzi.
Wydawnictwo Amaltea

Niech nikogo nie zwiedzie mający pozytywne konotacje tytuł powieści czeskiego pisarza Ivana Binara. Jego nawiązania do powieści przygodowej mają ukryte dno – są ironiczne: to raczej podróż przez piekło, choć nie opatrzono jej mottem z Dantego, ale cytatem z „”Przygód dobrego wojaka Szwejka” Jaroslava Haška. Tym nie mniej jest to podróż fascynująca. Zmieniają się jej przewodnicy, a każdy z nich próbuje opisać świat pełen grozy i absurdu. Ale cóż to są za narratorzy! Jaka wyobraźnia!  Blisko 400-stronicowa powieść Ivana Binara trzyma w napięciu od pierwszych scen po ostatnie.

Początek i koniec Wieńczysława Pawia – poety i podróżnika

Autorem wstępu i zakończenia powieści (pisanym kursywą dla odróżnienia od pozostałych narratorów) jest Wieńczysław Paw – poeta i podróżnik, jak zwykł się przedstawiać. Podróżnikiem zostaje się po przejściu przez … szafkę na narzędzia w elektrowni Zwycięski Luty, podobnie jak Alicja przechodziła przez taflę lustra. Z lustrem się nie udało, z szafką tak. Z przygód Pawia po drugiej stronie szafki powstała opowieść poprzetykana jego wierszami, która po śmierci narratora została wysłana (wraz z szafką) przyjacielowi, który przebywał wówczas na emigracji w Wiedniu. W ten sposób Wieńczysław Paw stał się naszym przewodnikiem po ”drugiej stronie świata”, którą rządzi absurd. Co odkrył? O tym można się dowiedzieć z siedmiu rozdziałów powieści.


Walka Václava Netušila o nieżycie

Pierwszy spośród nich jest opowieścią o człowieku, który za nic nie chciał przyjść na świat, jakby wiedział, że nic dobrego go na nim nie spotka. Sama scena narodzin jest przedstawiona z iście czeskim humorem. Otóż jest zima, na  zimnej kuchni siedzi ojciec mającego narodzić się bohatera, toteż nie można rozpalić ognia. Prośby służącej puszcza mimo uszu i już trzeci dzień siedzi tak z kotką Čičą (która odegra w powieści istotną rolę) i gra na oboju prostą melodię. Będzie ją grał także później, kiedy narodzony już syn i żona będą go raz do roku odwiedzać w zakładzie psychiatrycznym. Jego choroba jest raczej ucieczką do innego, spokojnego świata, w którym wszystko jest przewidywalne. Ale wracając do sceny porodu, jest ona iście dantejska. ”Nieurodek”, jak go określa narrator, protestuje i walczy, szarpiąc się tak skutecznie, że doktora odrzuca daleko. Z sypialni, gdzie rozgrywa się akcja porodowa, poprzez obszerną sień, wpada do kuchni, otwierając w ten sposób drogę ”Pastuchom, złym duchom (tekst melodii) do łona rodzącej oraz do nienarodzonych jeszcze uszu Václava Netušila, który zdecydowanie opierał się naciskom”. Ale ponieważ walka otumania i czyni z istoty rozumnej nieomal szaleńca, doktor nie daje za wygraną i nie przyjmuje argumentów malca przeciw narodzinom, które w innych okolicznościach może by do niego dotarły. I mimo że Václav bił się o nieżycie – o prawo do nieistnienia, przegrał z kretesem i wydał ostatecznie ”pełen bólu krzyk człowieka skazanego na życie”, zagłuszając nim nawet monotonne dźwięki oboju.
Dlaczego narrator zdecydował się uczynić go bohaterem swojej opowieści? Otóż dlatego, że – jak mówi wprost – ”stał mu się bliski w nieprzychylnych czasach, ponieważ był światełkiem w mroku”… Václav  Netušil to inna twarz Wieńczysława Pawia oraz – jak się okaże na końcu powieści… Nie, nie zdradzę zakończenia!

Wędrówki rowerem dookoła świata

Powieść Binara ma szkatułkową strukturę, w obrębie której znajdziemy opowieści kilku narratorów, w tym historię samego pisarza, ale najciekawsze są fragmenty rękopisu Pawia. Choć narratorzy mają różne doświadczenia życiowe, opowiadają różnymi (w sensie stylistycznym) językami, to łączy ich jedno: próbują opisać opresyjny, komunistyczny świat, którego de facto opisać się nie da, tak jest absurdalny. Chłopczyk ”z dobrej rodziny”, w marynarskim ubranku, dorastający w dostatku, choć bez ojca, musiał jakoś sobie poradzić w świecie, w którym można było ”za nic” znaleźć się w więzieniu, gdzie poddawano delikwentów psychologicznej i fizycznej ”obróbce”, zaś na wolności alternatywą było wojsko,  a następnie praca w kopalni. Studia – tylko w przypadku odpracowania ”na dole” kilku lat, a w praktyce – gdy podpisało się zgodę na współpracę z tajnymi służbami. A jednak niektórzy akceptowali ten stan rzeczy i próbowali się dostosować i ”urządzić”. Na Nowej Fajdlandii (nazwa znacząca) ludzie mieszkają w okropnych warunkach, w malutkich mieszkaniach. Mężczyźni są impotentami i siedzą całymi dniami w kuchni jedząc różne wzdymające pokarmy. Ubrani w tzw. pierdzistry, ”produkują” gaz i dostarczają go do wiatrowni, a ta przerabia go na energię elektryczną. Wieńczysław Paw – podróżnik i badacz obcych kultur postanawia opisać także i to ciekawe doświadczenie. Dodajmy, że na Nowej Fajdlandii panuje system totalitarny. Obywateli pilnują urzędnicy Głównego Urzędu Wewnętrznej Naprawy, zwanego w skrócie GUWNO.

Václava Netušila żywot podwójny


Kiedy Václav Netušil nie jest Wieńczysławem Pawiem, dopada go rzeczywistość o wiele gorsza, niż przygody na obcej ziemi, choćby była nią Fajdlandia.  Więziony, nakłaniany do współpracy, gwałcony i zamykany w karcerze, w końcu godzi się na współpracę i pisze taki oto autodonos:
”Osadzony Netušil Václav, numer 08157 5288, prowadzi przygotowania do ucieczki z więzienia. W tak zwanym czasie wolnym prowadzi rozmowy z gołębiami zamieszkującymi dachy zakładu karnego na Borach, będącymi własnością socjalistycznego państwa, i namawia je do współudziału w czynie przestępczym, tj. opuszczenia wraz nim miejsca odbywania przezeń kary. (…) O swoich planach opowiedział oswojonej myszy Krystynie, zamieszkującej warsztat, z którą utrzymuje kontakty, wbrew postanowieniom regulaminu. Wspomnianej Krystynie obiecał, że zabierze ją ze sobą, jeżeli ta nauczy się służyć, czyli siedzieć na tylnych łapkach, machając przednimi”.
Przytoczyłam ten obszerny fragment nie tylko po to, aby przyszły czytelnik powieści mógł uchwycić ten rodzaj humoru, który jest charakterystyczny dla całej tej powieści. Chodzi o coś więcej: absurdu nie da się opisać inaczej, jak właśnie językiem absurdu, nie ma w nim bowiem żadnej ludzkiej logiki. Nieludzki świat rządzi się swoimi prawami, których pojąć nie sposób. Niekiedy brakuje jednak słów, aby go opisać i w takiej sytuacji autor tworzy nowe słowa, jak choćby wspomniany już ”pierdzistry” (połączenie kanistrów z pierdzeniem) czy ”pszczowa” (kontaminacja pszczoły i krowy). Tym większe uznanie należy się tłumaczce tej niełatwej prozy, Dorocie Dobrew, która stworzyła w języku polskim stosowne odpowiedniki. 


Śmierć bohatera

Śmierć Wieńczysława Pawia vel Václava Netušila jest czymś, co musi nastąpić. Na koniec przyznaje, że jego wędrówka była ucieczką przed tzw. rzeczywistością i przed sobą. Nie żałuje życia – nareszcie zazna spokoju. Ale pomimo to – już pod postacią pięknego motyla: rusałki żałobnika – nadal   poszukuje odpowiedzi na dręczące go pytania. Chce je zadać swojemu ”osobistemu upiorowi” - oficerowi SB:  
”Co dobrego mogło wyniknąć z łamania ludziom charakterów, z manipulowania nimi, z prześladowania ich i niszczenia? Jaki sens miało krzywdzenie bliźnich, na co się to  komu zdało?”
Zamiast odpowiedzi spada na motyla miażdżąca łapa przedstawiciela tajnych służb i dusza nieszczęśnika rusza w dalszą drogę przy dźwiękach znanej od dnia narodzin melodii: "Pastuchy, złe duchy, wyście naszą wykę, wyście naszą grykę wypaśli…”.

Powieść Ivana Binara ”Siedem rozdziałów z życia Václava Netušila albo rowerem dookoła świata” jest fascynującą, szkatułkową opowieścią o tym, jak komunistyczny totalitaryzm głęboko niszczył ludzi oraz łączące ich więzi. Próba opisu tego absurdalnego świata, poprzez różne narracje, pozwala wniknąć w mechanizmy nim rządzące i zrozumieć ogrom krzywd, które wyrządzono zupełnie niewinnym ludziom, nigdy im niczego nie rekompensując ani nawet nie ujawniając całej prawdy.

”Czekałem na to – pisze z goryczą autor, który poznał wprawdzie listę donosicieli, ale też odkrył, że wiele dokumentów ”zaginęło” – aż nowi, prawdziwi przedstawiciele narodu, wybrani w wolnych wyborach, odkryją prawdę, bo bez prawdy nie istnieje sprawiedliwe, demokratyczne społeczeństwo. Winnych trzeba wymienić z nazwiska, dopiero potem można odpuszczać winy”.


Powieść Ivana Binara: ” Siedem rozdziałów z życia Václava Netušila albo rowerem dookoła świata” ukazała się w Wydawnictwie Amaltea, w przekładzie Doroty Dobrew.

piątek, 15 września 2017

Christian Teodorescu: "Medgidia, miasto u kresu" - Ćwiczenia z pamięci /recenzja książki/

Proza Cristiana Teodorescu ma urodę wschodnich miniatur - precyzyjnych mikroopowieści, w których za anegdotą skrywa się filozoficzna refleksja. To swoiste ćwiczenia z pamięci, którą w latach 50. zacierano. Podobnie jak w Polsce.

Żebracza apokalipsa

Teodorescu przedstawia świat małego miasteczka, które dotyka apokalipsa - wojenna, ale także apokalipsa dwóch totalitaryzmów. Przedstawia ją w jednym z opowiadań na swój specyficzny sposób. Otóż opowiada o dwóch dworcowych żebrakach: Kulawym Prztyczku i ślepym paralityku Marcelu, którzy podzielili między siebie rewir dworca. Wszystko szło zgodnie z umową, kiedy pewnego dnia pojawił się trzeci - "żebrak apokalipsy" - dobrze zbudowany mężczyzna, który podpierając się kulą, defilował wzdłuż wagonów, informując pasażerów o nadchodzącym końcu świata:
Koniec świata puka do drzwi! Ale On, Ten, któremu nie możemy ucałować stóp, aby dostąpić zbawienia, daje wam jeszcze szansę okazania potrzebującym miłosierdzia, mimo wszystkich waszych grzechów!
Dwaj żebracy poczuli się zagrożeni, toteż "spuścili przybłędzie manto, aby zrozumiał, że koniec świata może dla niego nadejść znacznie wcześniej niż dla reszty ludzi". Jednak nie omieszkali wykorzystać pomysłu i od tej pory także używali argumentu nadchodzącej apokalipsy - każdy na swój sposób.
We wstępie do polskiego wydania książki autor wyjaśnia:
W ciągu zaledwie dekady, którą rozpoczął rok 1938, w Rumunii zmieniło się tak wiele, że nawet świadkowie owych częstokroć katastrofalnych zmian przestali wierzyć, że wydarzyły się one naprawdę, a zaczęli myśleć, że był to jakiś senny koszmar. Wielu z tych, którzy marzyli o powrocie do normalności, trafiło do więzień. Aby dawne czasy zatarły się w zbiorowej pamięci narodu, począwszy od lat pięćdziesiątych, z rozkazu kolejnych władz, historia Rumunii była wielokrotnie pisana na nowo.
Teodorescu przywraca więc pamięć dotyczącą nie tylko narodu, ale czyni to także w odniesieniu do swoich dziadków i świata, w którym dane im było żyć.

Medgidia - rumuńskie Makondo

Skojarzenie Medgidii z fikcyjnym Macondo ze "Stu lat samotności" Marqueza przychodzi na myśl, gdy czyta się te wszystkie opowieści, ponieważ - choć nieodległe w czasie - wydają się jednak należeć już do sfery pewnej mitologii. Takiego miasteczka bowiem, jakie poznajemy na początku tej opowieści, już nie ma. Nie żyją bohaterowie owych historii, a odtworzone realia zmieniły się nie do poznania. Tętniące życiem miasteczko, zamieszkałe przez Rumunów, Żydów, Ormian, Turków, przypomina trochę mityczną Bukowinę. 
Oprócz historii swego dziadka - Stefana Teodorescu, zwanego Stefankiem, właściciela dworcowej restauracji, pisarz snuje barwne opowieści o innych mieszkańcach Medgidii: jubilerze Marcelu, który terminował u paryskich mistrzów i który zmuszony został do opuszczenia miasta na fali antysemityzmu, co potem okazało się zbawienne, zważywszy wszystko, co działo się w Europie z Żydami podczas II wojny. Marcel wyjechał do Nowego Jorku, gdzie wkrótce został milionerem. Innym bohaterem jest imam Hassan - prawdziwy mędrzec, którego rady zasięgają imamowie z całej Turcji i który grywa w szachy ze Stefankiem i z majorem Scipionem - komendantem pułku, mimo że początkowo unika go z racji jego mało finezyjnego, koszarowego usposobienia. Śledzimy także zmienne losy bezkompromisowego majora i jego skrywanej, ale wielkiej i odwzajemnionej miłości do żydowskiej lekarki Leili. W miasteczku mieszka nawet jeden Rosjanin - Grigorij, który zajmuje się kowalstwem, bije swoją żonę i ukrywa przeszłość.
Każdy z tych bohaterów to odrębna opowieść, a właściwie cykl miniaturowych opowieści, które wszakże stanowią odrębne, zamknięte dramaturgicznie historie. Jeśli jednak uważnie śledzimy losy bohaterów - a są one tak fascynująco przedstawione, że nie sposób się od nich oderwać - zauważymy, jak się one zmieniają na skutek historycznych wydarzeń. Niektórych historia miażdży bezlitośnie, inni wychodzą z doświadczenia totalitaryzmu (zwłaszcza komunizmu) przemienieni. Ale są i tacy, którzy pozostają jakby nietknięci przez okrucieństwa losu - jak piękna lekarka Leila, mimo że jest Żydówką, osobą niezwykle prawą i bezkompromisową. Ona zresztą także na koniec emigruje. Miasteczko, zarządzane przez przedstawicieli komunistycznego reżimu, szarzeje, brzydnie i przestaje być tętniącym życiem, wielokulturowym tyglem.

Śmiercionośne papryczki Januszka


Teodorescu uwodzi czytelnika nie tylko pasjonującymi opowieściami. Istotne jest także to, że owe cudowne miniatury charakteryzuje specyficzny humor i wszechobecność ironii losu, ale także ironii historii. Dzięki temu każda anegdota zyskuje drugie dno.
Mnie najbardziej urzekła miłosna historia jednej z głównych postaci - kelnera Januszka. Otóż restauracja Stefanka Teodorescu zawdzięczała swoje powodzenie nie tylko atmosferze, którą stwarzał właściciel, ale przede wszystkim obecności kelnera. Mężczyzna przed wojną pracował w Orient Expressie, znał języki i świetnie opanował sztukę przygotowywania i podawania potraw. Marzył o tym, aby otworzyć własną restaurację w Bukareszcie, a może nawet kabaret, jednak ciągle brakowało mu na to pieniędzy. Tymczasem ani się obejrzał, kiedy "stuknęła" mu czterdziestka. Pozostawał w stanie kawalerskim, ponieważ jako wielbiciel kobiet nie ryzykowałby zakochania się w którejś z nich. I oto pewnego dnia spojrzał w oczy młodej dziewczynie, zatrudnionej w kasie  na stacji i ... stało się.
Żeby móc znowu popatrzeć jej w oczy kupił niepotrzebny mu bilet, a potem starał się zawsze być w pobliżu niej i choć robił to nader dyskretnie, dziewczyna zauważyła jego starania. I choć nie było to w zwyczaju, ale obyczaje powoli zaczęły się zmieniać - pozwoliła mu odprowadzać się do domu, a wreszcie gotowa była za niego wyjść. Kiedy jednak przyszły teść pogodził się z myślą, że córka wyjdzie za mąż za starszego od niej o dwadzieścia lat mężczyznę, Januszek postanowił coś udowodnić kolejarzowi, który stroił sobie żarty z jego związku. Założyli się, że jeżeli Jan zje pięćdziesiąt ostrych papryczek, kolejarz wyjedzie z miasta. Kelner był tak szczęśliwy, że gotów był zjeść dwa razy tyle. Zakład wygrał, po czym... wyzionął ducha. 
Teodorescu opisuje nie tylko śmiertelne papryczki. Pisze o rewizjach, fałszowanych wyborach, przesłuchaniach, bezprawnym zabieraniu majątków, zawsze jednak w kontekście ludzkich losów, bohaterów, których - dodajmy - zdążyliśmy już poznać i jakoś się do nich przywiązać. Zawsze towarzyszy temu dyskretny humor, niekiedy czarny, jak w opowiadaniu"Kupiecki kadysz", w którym inny bohater - Żyd Haiks traci cały towar i majątek, a nawet mieszkanie, ale nie traci poczucia humoru, tylko postanawia porozmawiać ze Stefankiem o kadisz - modlitwie za umarłych, którą powinno się nad nim  zaśpiewać trzykrotnie.
Wielowątkową powieść Teodorescu można czytać na różne sposoby. Sam autor, z właściwym sobie poczuciem humoru, sugeruje, aby tak właśnie czynić:
... mogą Państwo rozpocząć lekturę w dowolnym miejscu. Najbardziej niecierpliwi mogą czytać od końca do początku. Amatorzy powieści o szybkiej akcji mogą zacząć lekturę od początku i przeskakiwać przez tak zwane rozdziały - wypełniacze, natomiast ci z Państwa, którzy chcą poznać powieść jak powieść, powinni ją przeczytać od początku do końca, nawet jeśli składa się ona z ponad setki opowiadań.
 Powieść Cristiana Teodorescu "Medgidia, miasto u kresu" ukazała się nakładem Wydawnictwa Amaltea, w przekładzie Radosławy Janowskiej-Lascar.

Pod tym linkiem - wywiad z pisarzem.

Recenzja ukazała się 24 listopada 2015 r. na portalu Kulturaonline.

czwartek, 14 września 2017

Dan Lungu: "O dziewczynce, która bawiła się w Boga" /recenzja książki/

Tytuł powieści „O dziewczynce, która bawiła się w Boga” brzmi jak przypowieść albo baśń.  Dan Lungu opisuje jednak w taki paraboliczny sposób historię najnowszą, oddając niejako głos swoim bohaterom i stając się – jakby powiedziała Swietłana Aleksijewicz – kronikarzem ich dusz.

Okładka powieści, Wydawnictwo Amaltea


Renesans rumuńskiej kultury

Nie sądziłam, doprawdy, że kolejna powieść rumuńskiego pisarza (po Lucianie Dan Teodorovici i Cristianie Teodorescu) okaże się fascynująca do tego stopnia, że poświęcę noce, nie mogąc się od niej oderwać. Uwielbiam ten rodzaj uwiedzenia, znany mi jeszcze z dzieciństwa, ale zdarzający się, niestety, coraz rzadziej. To stan, w którym lektura książki tak dalece człowieka pochłania, że czas przestaje płynąć, a świat zewnętrzny istnieć… Tym razem sprawiła to powieść Dana Lungu, choć zupełnie się tego nie spodziewałam. Jakże szczęśliwie się myliłam!

Muszę także wyznać, że to już trzecia pozycja rumuńskiej literatury współczesnej, po „Matei Brunulu” Luciana Dan Teodorovici oraz „Medgidii” Christiana Teodorescu, która zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie. Zaczynam więc podejrzewać, że stałam się admiratorką tej – słabo mi dotąd znanej – kultury. Trzeba bowiem dodać do tego obejrzany niedawno film „Sieranevada” Cristi Puiu czy wcześniej – filmy Cristiana Mungiu. Cóż za potencjał! Dopiero teraz przestała mi się kojarzyć wyłącznie z nazwiskami emigrantów: Tristanem Tzarą, Eugen Ionesco, Emilem Cioranem czy Mircea Eliade.

Wracając jednakże do literatury, trzeba podkreślić, że zarówno Teodorovici, jak Teodorescu czy nagrodzony ostatnio Angelusem Varujan Vosganian (z pochodzenia Ormianin) to zupełnie odrębne światy, zarówno w sferze tematyki, jak i formy. Teodorovici rozlicza się z komunizmem, używając do tego metafory teatru lalek, Teodorescu opowiada o wielkiej historii posługując się metaforą małego miasteczka i jego mieszkańców oraz wplatając w tę opowieść osobisty wątek. Voscanian natomiast pisze epopeję o zagładzie Ormian, używając języka pełnego obrazów i metafor, trochę tak, jak Orhan Pamuk. A jaka jest proza Dana Lungu?

Dan Lungu – kronikarz ludzkich dusz


Otóż Dan Lungu, znany w Polsce z powieści Jestem komunistyczną babą!, opisuje historię najnowszą, w której głównym tematem jest emigracja zarobkowa, a czyni to oddając głos swoim bohaterom i stając się – jakby powiedziała Swietłana Aleksijewicz – kronikarzem ich dusz.
Autor „Dziewczynki, która bawiła się w Boga” jest z zawodu socjologiem, co sprawia, że pisze kompetentnie o tym, co stało się w Rumunii po transformacji, ale jednocześnie – dzięki swojej wrażliwości i talentowi literackiemu – tworzy wiarygodne i interesujące ludzkie portrety, w tym portrety dzieci.
Co czuje dziecko, kiedy zostaje pozbawione rodzicielskiej opieki? Jak przeżywają rozstania dorośli? Otóż wszyscy, bez wyjątku, ponoszą głęboki uszczerbek, którego nigdy nie da się wyleczyć, bo nie można „odrobić” tego, co się utraciło.

Z punktu widzenia dziecka


Tytułowa dziewczynka ma na imię Dobrusia i jest wychowywana przez dziadków, ponieważ matka wyjechała zarobkować do Włoch, a ojciec wraz ze starszą córką wyprowadził się od teściów i zupełnie się nią nie interesuje. Dziewczynka żyje w świecie wyobraźni, bo tylko dzięki temu ma poczucie, że panuje nad sytuacją i własnym życiem. Lungu bez trudu wchodzi w dziecięcy świat swojej bohaterki. I nie tylko jej.
Jego narracja jest nieśpieszna – doskonale wie, że to, co najważniejsze, dzieje się wewnątrz człowieka i że wszelkie działania są tego pochodną. Toteż wraz z nim wchodzimy w świat dziewczynki, która nie tylko wyobraża sobie, że ma wpływ na życie otaczających ją ludzi, ale przede wszystkim możemy odczuć na nowo ten rodzaj wrażliwości i wyobraźni, który jest dla dziecka charakterystyczny, a który większość z nas na ogół traci bezpowrotnie. A wygląda to na przykład tak, że wracając ze szkoły, Dobrusia wyobraża sobie, jakby to było, gdyby wydobywający się z komina domu dziadków dym nie tylko tworzył zawijasy w kształcie litery „S”, ale również całe zdania w rodzaju:

„Uwaga, Babunia jest w złym humorze” albo „Witamy cię w domu, Dobrusiu”.

A kiedy matka oznajmia jej, że musi wyjechać, Lungu pisze, że „Dusza uwierała ją jak duża i ciepła kulka, a łzy szczypały w policzki”. Dzieci pozostawionych przez jedno albo oboje  rodziców jest zresztą wiele. Skala zjawiska jest tak duża, że dzieci zamiast indywidualnych imion, noszą nazwy państw, do których wyemigrowali ich bliscy. Nazywają się więc Włochami czy Hiszpanami, a zamiast miłości otrzymują paczki. Charakterystyczne zabawy najdobitniej mówią o ich stanie ducha.
Mały Marek, znajomy Dobrusi, ciągle chce bawić się w dom i wyznacza jej rolę matki. Młodszy od niej, żyje jeszcze bardziej zanurzony w swoim świecie. Opowiada bez przerwy różne historie tak wspaniale i mają one tzw. drugie dno, że aby je zrozumieć, trzeba przytoczyć choćby mały fragment:

Kiedy dajesz kwiatom wodę, musisz się uśmiechać, bo inaczej siedzą obrażone cały dzień i łysieją. (…) Ten kwiat jest dziadkiem pozostałych kwiatów i wszystkie go słuchają. Płaczące dzieci nie rosną i całe życie chodzą z gilami zwisającymi z nosa. On nie płacze, jest odważny jak tato, który walczy z bakteriami w dżungli.

Niekiedy pisarz rezygnuje z mowy pozornie zależnej, przytaczając dosłownie sposób mówienia dziecka, gdy zwierza się ono ze swoich lęków:
Ty umalnęłaś, ale u mnie było gozej… W nocy psysedł do mnie do pokoju wielki Kocul i zjadł mi wszystkie samochodziki.

Ta opowieść chłopca jest bardzo długa i pozornie nie wnosi niczego do głównego wątku, a jednak pisarz w jakimś sensie daje dziecku przestrzeń, aby wreszcie mogło opowiedzieć o swoich lękach, problemach i marzeniach. Jakby on jeden rozumiał, jakie to ważne, nikt bowiem z otoczenia chłopca tego nie słucha… Nawet Dobrusia – choć to pokrewna dusza – zasypia, przytłoczona własnymi zmartwieniami.

Z punktu widzenia dorosłego

Ale nie tylko dzieci próbują sobie wyjaśniać świat. Robią to także dorośli. Oczywiście, nie wszyscy i nie w taki sam sposób. Pozostawiony przez żonę wujek Miron, obsesyjnie opowiada Dobrusi o zwierzęcych i owadzich matkach, czułych i opiekuńczych, nie rozstających się ze swymi dziećmi nawet na chwilę, gotowych za nie umrzeć. Z jego opowiadań wynika, że coś niedobrego dzieje się w świecie ludzi, którzy zachowują się tak, jakby zatracili ów wrodzony instynkt.

Lungu próbuje także wejść w świat tych, którzy wyjechali – zrozumieć, co czują i co przeżywają. Pierwszoplanową postacią jest Letycja – matka Dobrusi, ale pojawiają się też w związku z nią inne postaci, których losy dopełniają obraz złożonego zjawiska zwanego emigracją zarobkową. Jest w tych opowieściach nie tylko to, o czym na ogół wiemy: upokorzenia, ciężka praca, coraz bardziej słabnący kontakt z bliskimi, życie skromne i często w zawieszeniu. Jest także to, co u tego wrażliwego pisarza najistotniejsze: współczująca obserwacja tego, co dzieje się z człowiekiem pod wpływem takiego doświadczenia.

Letycja trafiła stosunkowo dobrze: opiekuje się starszą panią, która traktuje ją z sympatią i szacunkiem. Jej krewni są już inni, ale mimo wszystko kulturalni i przyzwoici. Nie zmienia to jednak faktu, że kobieta doświadcza licznych rozterek i czuje się upokorzona. Począwszy od tego, że jako Rumunka jest postrzegana przez cudzoziemców jako gorszy gatunek człowieka, a jej chlebodawczyni pyta ją nawet o to, czy umie czytać, bo sądzi, że jest analfabetką, a skończywszy na rozważaniach, czy to wszystko ma sens. Nawet wówczas, kiedy okazuje się, że włada nieźle francuskim, jest wykształcona i szybko nauczy się włoskiego, jej poczucie „gorszości” pozostanie, a tęsknota i przeczucie, że dzieje się coś nieodwracalnego, nie przestaną jej dręczyć. Fakt, że otrzymuje pensję będącą równowartością swoich półrocznych zarobków w Rumunii, przywodzi ją najpierw o zawrót głowy, a potem pojawiają się smutne refleksje o zmarnowanych w biedzie latach, braku perspektyw.

Ta koperta – czytamy – uświadomiła jej w jednej chwili, że prowadziła życie niewolnika, larwy, wołu w jarzmie. Płakała nad zapomnianą radością, nad straconym życiem, nad brakiem perspektyw zduszonych przez biedę. (…) Płakała, bo wydało jej się niesprawiedliwe, że jedni rodzą się w Rumunii, a inni we Włoszech, Hiszpanii czy Ameryce.

Wprawdzie zarobione przez nią pieniądze pozwolą na spłacenie długu mieszkaniowego, a rodzicom – na remont starego domu, ale ona sama żyje niezwykle skromnie, wysyłając każdy zarobiony grosz do kraju. Przeżywa tęsknotę, samotność i ma poczucie, że to czas stracony, jeśli chodzi o relacje z bliskimi. Oddalają się od siebie w sposób nieuchronny i nieodwracalny. Wszystko zmierza ku katastrofie. Nie tylko w jej rodzinie, także w innych.

Dan Lungu nie daje żadnej nadziei, choć bardzo byśmy tego pragnęli. A przede wszystkim pragnęliby tego jego bohaterowie. Tytuł powieści „O dziewczynce, która bawiła się w Boga” brzmi jak przypowieść.  I w jakimś sensie nią jest, a jej przesłanie jest mądre i jednoznaczne: emigracja zarobkowa jest złem, a pieniądze okupione ciężką pracą, samotnością i osobistym nieszczęściem, nie dają szczęścia również tym, którzy nimi dysponują..

Świat zaklęty w języku

Chciałabym także zwrócić uwagę na walory artystyczne samej powieści i jej tłumaczenia. Otóż przedstawione postaci – a jest ich niemało, zarówno dzieci jak i dorosłych – to nie tylko osobne, fascynujące światy, ale także różne narracje – zindywidualizowane i jakże prawdziwe. To poprzez język postaci przebija ich duchowość, ich świat wewnętrzny i dzięki temu poruszone zostają w czytelniku najgłębsze struny jego wyobraźni i współczucia. 

Wypada tylko ubolewać, że taki „kronikarz duszy” nie objawił się w polskiej literaturze współczesnej. Próby w rodzaju „My zdies` emigranty” Manueli Gretkowskiej to jednak nie ten kaliber.

Na koniec pragnę skierować wyrazy uznania do tłumaczki – Radosławy Janowskiej-Laskar, której talentowi translatorskiemu zawdzięczamy kolejne literackie odkrycie. A język tej powieści był z pewnością dużym wyzwaniem. 

Powieść Dana Lungu: „O dziewczynce, która bawiła się w Boga” ukazała się w Wydawnictwie Amaltea, w przekładzie Radosławy Janowskiej-Lascar.



Wywiad z pisarzem znajdziecie TUTAJ.



Dan Lungu (ur. 5 września 1969, Botoszany, Rumunia) – rumuński pisarz i dziennikarz. Ukończył studia filozoficzne, ma również doktorat z socjologii. Pracuje jako wykładowca socjologii na Uniwersytecie w Jassach (Rumunia) i redaktor paryskiego magazynu „Au Sud de l’Est”. W latach 2001–2002 był redaktorem naczelnym pisma kulturalnego „Timpul” („Czas”). Opublikował zbiory opowiadań i wierszy, jest także autorem sztuk teatralnych, powieści oraz prac z zakresu socjologii. Na podstawie powieści Jestem komunistyczną babą! powstaje film w reżyserii Stere Gulei.

Wydarzenia w Muzeum Narodowym we Wrocławiu i jego Oddziałach /28 lipca - 2 sierpnia 2026/

Od piątku 31 sierpnia w Pawilonie Czterech Kopuł Muzeum Sztuki Współczesnej prezentowana będzie wystawa „Stulecie. W rocznicę wielkiej wysta...

Popularne posty