Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wesele. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wesele. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 marca 2022

Motyw domu w literaturze

We wszystkich kulturach dom symbolizuje schronienie, miejsce, w którym czujemy się bezpiecznie. Obraz domu, który zapamiętaliśmy z dzieciństwa, towarzyszy nam na ogół przez całe życie. O tym, że jest doświadczenie uniwersalne, świadczy fakt, że słowo dom jest jednym z najstarszych pojęć i występuje we wszystkich językach, także w najdawniejszych. Na przykład w języku irańskim – dam, w sanskryckim również dam, greckim – domos, czy w łacińskim -  domus

Dwór w Żelazowej Woli, pierwotnie będący oficyną dworską ,
fot. Wikipedia

Dom jest także symbolem rodu, dynastii. W wielu kulturach, określenie dom ojca oznaczało pochodzenie człowieka. W słowniku etymologicznym języka polskiego znajdziemy interesującą informację o tym, że słowiańskie słowo ród, znaczyło pierwotnie tylko „traf szczęśliwy”, „powodzenie”, „przyrost” i było nazwą bożka szczęścia, losu. Dopiero z czasem słowo ród zmieniło znaczenie i zaczęto kojarzyć je ze słowem krewny. W tym znaczeniu pojawia się on w Biblii Leopolity oraz Wujka.

Zarówno dom jak i rodzina pojawiają się w różnych  znaczeniach w literaturze. W Iliadzie Homera słowo dom występuje 103 razy, co dowodzi, że starożytni Grecy przywiązywali do niego dużą wagę. Wartość domu rozumianego jako rodzinne gniazdo znajdziemy także w drugiej epopei Homera – Odysei. Tytułowy bohater powracający do rodzinnej Itaki stał się symbolem człowieka wędrownego, który po latach doświadczeń wraca do Ojczyzny i do rodziny. 

Pojęcie domu kojarzy się nie tylko z gniazdem rodzinnym, ale również z Ojczyzną, która szczególnie w okresie romantyzmu była traktowana jako utracony dom. W większości wypadków obraz domu i dzieciństwa jest doświadczeniem ważnym i pozytywnym w życiu człowieka. Dom symbolizuje azyl, schronienie, kojarzy się z bezpieczeństwem. Niekiedy pozostaje tylko we wspomnieniu. W niektórych przypadkach jednak dom dzieciństwa ukazuje swoje drugie oblicze, za którym kryje się samotność, strach i różne traumatyczne przeżycia. W wierszu mój dom jest teraz pełen zasadzek Halina Poświatowska zdaje mówić, że mimo pozorów spokoju i poczucia bezpieczeństwa, dzieciństwo nie jest wolne od lęków i marzeń o innym lepszym świecie. Przywoływanie wspomnień z rodzinnego domu może się okazać powrotem do doświadczeń trudnych, z którymi bohater nigdy się nie uporał. 

Dom jest obrazem o niezwykłej głębi. W kulturze tradycyjnej jawi się on jako kosmos, azyl, łono matki, ale również jako więzienie, siedziba sił demonicznych i złych mocy. 

Litwo, ojczyzno moja!

Soplicowo, plan filmowy "Pana Tadeusza" w reż. Andrzeja Wajdy

Pojęcie domu kojarzy się nie tylko z gniazdem rodzinnym, ale również z Ojczyzną, która szczególnie w okresie romantyzmu była traktowana jako utracony dom. Takim właśnie domem – ostoją polskości było Soplicowo w epopei Adama Mickiewicza Pan Tadeusz. Już na wstępie Inwokacji padają pamiętne słowa: „Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie. // Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, // Kto cię stracił. Dziś piękność  twą w całej ozdobie // Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie”.
O domostwie Sopliców czytamy już na początku poematu: 

„Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju, // Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju, // Stał dwór szlachecki”.
 
Zatem to dwór szlachecki z jego charakterystycznym otoczeniem stanowi symbol polskości. Drewniany, pobielany, otoczony drzewami, przede wszystkim topolami i brzozami – zagości na stałe w wyobraźni Polaków. Badacze twierdzą, że pierwowzorem Soplicowa są Tuhanowicze, a przyjazd panicza Tadeusza, który rozpoczyna poemat, jest wiernym odwzorowaniem autentycznej sceny pierwszego spotkania Mickiewicza z Marylą Wereszczakówną – jego wielką miłością i muzą. 

Soplicowo, plan filmowy "Pana Tadeusza" w reż. Andrzeja Wajdy

Cechą wyróżniającą dworek w Soplicowie jest nie tylko jego swojski, typowo polski krajobraz, ale również obecność tradycji. Otóż kiedy Tadeusz mija bramę, która jest otwarta, jakby podkreślając gościnność, wchodzi do wnętrza domu i przekonuje się, że wszystko jest jak dawniej – na swoim miejscu: portrety wielkich patriotów wywodzących się z Litwy – Tadeusza Kościuszki, Rejtana i dowódców z czasów insurekcji kościuszkowskiej – Jakuba Jasińskiego i Tadeusza Korsaka. Zaś stary kurantowy zegar gra mazurka Dąbrowskiego. Patriotyczną edukację pobierano przede wszystkim w domu, często wprost od ojców, wujów, którzy walczyli o wolną Polskę. Przechowywano pamiątki, które przywoływały postaci  patriotów godnych szacunku i naśladowania przy każdej okazji, np. w  karczmie ks. Robak wyjmuje tabakierę i opowiada, w jakich okolicznościach i kto mu ją ofiarował. Wykładem historii Polski jest także w poemacie gra Jankiela na cymbałach. Polskie są również kultywowane obyczaje, o których mowa przy każdej okazji: polowanie, powrót z lasu w odpowiednim szyku, a przede wszystkim uczty. Mickiewicz  szczegółowo opisuje potrawy, które pojawiały się na pańskich stołach, a nawet podaje przepisy kulinarne. Uczta jest szacownym ceremoniałem towarzysko – kulinarnym. 

Soplicowo, plan filmowy "Pana Tadeusza" w reż. Andrzeja Wajdy
Pana Tadeusza rozpoczyna i kończy uczta. Jej przebieg odbywa się według surowo przestrzeganych zaleceń wynikających z tradycji staropolskiej. Rozpoczynało je rytualne wejście gości i zajmowanie miejsca przy stole według rangi. Bardziej uroczyste uczty rozpoczynano polonezem, jak to ma miejsce w ostatniej księdze Pana Tadeusza. Wznoszono toasty, których ranga i kolejność była istotna. Gerwazy, który przywołuje chwalebne tradycje hucznych biesiad w zamku Horeszków, przypomina też sceny wznoszenia toastów, z których „Pierwszy wiwat za zdrowie króla Jegomości// Potem prymasa, potem królowej Jejmości…” Obyczaje związane ze stołem i biesiada były ściśle związane z polską kulturą szlachecką, więc w czasach niewoli miały wydźwięk patriotyczny. Uczta w Panu Tadeuszu gromadzi w jednym miejscu ludzi ze sobą skłóconych, jednoczy ich, stając się symbolem narodowego pojednania.

Bronowicka chata

"Wesele" stanisława Wyspiańskiego w reż. Andrzeja Wajdy
Niewola narodowa sprawiła, że temat Polski i Polaków powraca również i później – w okresie Młodej Polski. Wówczas to bronowicka chata stanie się jej symbolem. Pisząc swój dramat, Stanisław Wyspiański nie tylko upamiętnił ślub Lucjana Rydla z Jadwigą Mikołajczykówną, ale przestawił w postaci symboli polskie problemy Anno Domini 1901. Od tamtej pory „mówimy Weselem”, a wielu twórców, którzy chcą coś o Polsce i Polakach powiedzieć, nawiązuje do tego dramatu. 

   W klimat polskości wprowadzają nas już didaskalia dramatu, w których autor – malarz przede wszystkim – zobrazował „polską chatę”. Jest noc listopadowa, która kojarzy się nie tylko z powstaniem 1830 roku, ale także z Mickiewiczowskimi Dziadami. Słychać muzykę i gwar dobiegające z sąsiedniej izby. „I cała uwaga osób, które przez tę izbę – scenę przejdą, zwrócona jest tam, ciągle tam; zasłuchani, zapatrzeni ustawicznie w ten tan, na polską nutę… (…) taniec kolorów, krwawych wstążek, pawich piór, (…) barwnych kaftanów i kabatów, nasza dzisiejsza wiejska Polska”. Tę Polskę prezentują „święci obrazkowi”, Matejkowski „Wernyhora” i „Racławice”, a także „złożone na krzyż szable, flinty, pasy podróżne, torba skórzana”. Jest także stolik empirowy z resztkami brązów, stary alabastrowy zegar „dźwigający złocony krąg godzin; nad zegarem portret pięknej damy w stroju z lat 1840”. Są też szczególnie ważne dla Polaków obrazy: Matki Boskiej Ostrobramskiej oraz Matki Boskiej Częstochowskiej „w koralach i koronie polskiej Królowej, z Dzieciątkiem, które rączkę ku błogosławieństwu wzniosło.” Symbole Polski dawnej, szlacheckiej,  symbole wiary, nieodłącznie z historią Polski związane. 

"Wesele" stanisława Wyspiańskiego w reż. Andrzeja Wajdy
Na weselu w podkrakowskiej wsi spotkali się chłopi i wywodząca się ze szlachty polska inteligencja. Wyspiański pokazał ich wzajemną nieufność i brak zrozumienia. Dotyczy to państwa młodych. On, inteligent, dla którego żona jest piękną lalką przebraną w krakowski strój, ona – nie bardzo rozumiejąca, czemu mąż tyle mówi. Dostało się wszystkim: „panom” – że traktują chłopów z pogardą i chcieliby w nich widzieć postacie z sielanki, że mogliby wiele uczynić, ale „oni nie chcom chcieć”. Dostało się też „chłopom” – że mocni w gębie, a do czynu niezdolni, że nade wszystko dbają o „czapkę z piór”, toteż gubią złoty róg, a naród ostatecznie zapada w sen i snuje swój chocholi taniec. Wesele Wyspiańskiego rozgrywa się w bronowickiej chacie, stając się dramatem o narodzie, o jego teraźniejszości i przyszłości, o jego potencjalnej sile i rozpaczliwej niemocy.

Mityczny Drohobycz


W przeciwieństwie do Pana Tadeusza i Wesela, proza Bruno Schulza, pisarza tworzącego w dwudziestoleciu międzywojennym, kreuje dom jako część mitu dzieciństwa. Jest to mitologia całkowicie prywatna, zarazem jednak niezwykle piękna i sugestywna. Autor Sklepów cynamonowych niemal całe swoje życie przeżył w małym miasteczku na Kresach, w obwodzie lwowskim – w Drohobyczu. Dzieciństwo Schulza minęło z końcem epoki patriarchalnego kupiectwa. Następujące zmiany były m.in. efektem odkrycia ropy naftowej. Schulz był malarzem, toteż jego proza jest bardzo obrazowa. Opisywał swój dom i Drohobycz – swoją „małą ojczyznę” na różne sposoby, m.in. w opowiadaniu Ulica Krokodyli.  

Rozpoczyna je opis pięknej starej mapy miasta, którą ojciec narratora przechowuje w biurku. „Zawieszona na ścianie, zajmowała niemal przestrzeń całego pokoju i otwierała daleki widok na całą dolinę Tyśmienicy, wijącej się falisto bladozłotą wstęgą, na całe Pojezierze szeroko rozlanych moczarów i stawów, na pofałdowane przedwzgórza, ciągnące się ku południowi (…), coraz mniejszych i coraz bledszych, w miarę jak odchodziły ku złotawej i dymnej mgle horyzontu”. 
Spośród wielu uliczek i kamienic wyróżnia się ulica Krokodyli – jak nazwał autor realny odpowiednik drohobyckiej ulicy Stryjskiej.  To dziwna ulica, nieobecna na planach miasta, jakby wstydliwie ukryta. Dlaczego? Otóż dowiadujemy się, że jest to miejsce „pasożytnicze”, wyłącznie użyteczne, pseudoamerykańskie. Charakteryzuje je na pierwszy rzut oka tandeta i pretensjonalność – kamienice są tanie i byle jak postawione, o charakterystycznych karykaturalnych fasadach. Przeważają magazyny , sklepy, zakłady fryzjerskie, z anglojęzycznymi napisami. Rdzenni mieszkańcy miasteczka trzymają się z dala od tej okolicy zamieszkałej przez szumowiny i kreatury – ludzi niemoralnych, „zbiegów spod sztandaru godności własnej”. A jednak wszyscy – także narrator – czują się wciągnięci w tandetny urok tej dzielnicy. Suną więc tłumnie główną ulicą jak senny korowód marionetek, demonstrując wielkomiejskie maniery.  Co więcej, mieszkańcy zdają się być dumni z odoru zepsucia, którym tchnie ulica Krokodyli: „Nie mamy potrzeby niczego sobie odmawiać – myślą z dumą – stać nas i na prawdziwą wielkomiejską rozpustę”. A jednak nadzieje na wielkomiejską zmianę okazują się nieporozumieniem. Ludzie błądzą od szyldu do szyldu, wędrują od sklepu do sklepu, ale wszystko sprawia wrażenie papierowej imitacji. 

"Xięgi Schilza" w Teatrze Polskim we Wrocławiu
Pozornie realistyczny opis ulicy nieustannie się przemienia pod wpływem wyobraźni autora. Opisując świat tradycji i porządku zderza go z nowym – gorszym i tandetnym światem wczesnego kapitalizmu, który właśnie nadchodzi i którego cechą jest komercja, brzydota i tandeta. U Schulza ulica Krokodyli stała się symbolem urzekającego, chorobliwego piękna imitacji, zachowując jednak swe rzeczywiste cechy, zalążki magicznej metamorfozy. Czerpanie z wyobraźni było bowiem dla pisarza procesem czerpania z pamięci, także pamięci emocjonalnej.

Dom jest  jednym z najważniejszych toposów kulturowych, obrazującym związki  człowieka z domem i rodziną, a także z narodem i ojczyzną. W okresie zaborów dom stanie się ostoją polskości – wraz z kultywowanymi tam obyczajami, patriotycznymi postawami i kulturą, jak to ma miejsce w romantycznej epopei Adama Mickiewicza  Pan Tadeusz. Również bronowicka chata posłuży Stanisławowi Wyspiańskiemu jako symbol Polski, aby dokonać gorzkiej diagnozy kondycji Polaków na początku XX wieku. Istnieją również prywatne mitologię domu i miasta – jako „małych ojczyzn”, jak w opowiadaniu Brunona Schulza, powstałym już w wolnej Polsce. 

Monika Strzępka: Pokazać możliwości i talenty /wywiad, zdjęcia/

"W przypadku dyplomu istotne jest, aby pokazać możliwości i talenty aktorów". Rozmawiam z Moniką Strzępką, reżyserką wielu spektakli, które stały się ważnym głosem w społecznej dyskusji. Tym razem – o  pracy ze studentami nad "Weselem” Wyspiańskiego. 

Monika Strzępka, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Barbara Lekarczyk-Cisek: Czy „Wesele” jest Pani pierwszym spektaklem dyplomowym?

Monika Strzępka: O, nie, debiutowałam dwa lata temu. Robiliśmy „Love & information” Caryla Churchilla, w tłumaczeniu Pawła Demirskiego, również na PWST we Wrocławiu.

Dlaczego "Wesele” – tekst obciążony tyloma interpretacjami, w dodatku szkolna lektura? W dodatku z młodymi, niedoświadczonymi ludźmi.

No, tak, ale nie ma ryzyka – nie ma zabawy (śmiech). Z „Love & information” też łatwego zadania nie miałam, bo zrobienie przedstawienia z całą czternastką i danie wszystkim równorzędnych ról to twardy orzech do zgryzienia. Na szczęście Churchill nie pożałowała w swojej sztuce miejsca na przeróżne postaci. Jest ich w sumie ponad setka, więc można było wybierać do woli.Tym razem miałam wielką potrzebę popracowania ze studentami nad tekstem, który jest pisany wierszem. Jestem wielką fanką takiej literatury, a tak się złożyło, że w życiu zawodowym nie miałam okazji się z tym zetknąć.

Próba "Wesela" w reż. Moniki Strzępki, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

W przeciwieństwie do poprzedniego spektaklu dyplomowego, nie znałam grupy, z którą miałam pracować. Widziałam wprawdzie jak pracują na materiałach zarejestrowanych na wideo, ale w żadnym stopniu nie oddaje to rzeczywistego obrazu. W związku z tym nie chciałam przychodzić z gotowym tekstem. A ponieważ trudno jest znaleźć w literaturze dramatycznej tekst, w którym byłyby role dla tylu kobiet i mężczyzn, więc zaczęliśmy szukać, przede wszystkim u Shakespeare` a. Czytaliśmy "Sen nocy letniej”, "Wieczór trzech króli”, a także "Czarownice z Salem” Arthura Millera, ale ciągle była taka sytuacja, że musiałabym wybrać część osób, bo dla pozostałych nie byłoby ról. Tymczasem im dłużej ich poznawałam i widziałam ich zapał, tym bardziej trudno mi było dokonać takiego wyboru. I wtedy – intuicyjnie – zaproponowałam „Wesele”. Kiedy zaczęliśmy je czytać, coś zaczęło iskrzyć. Większość studentek i studentów zaczęła się do tego odnosić entuzjastycznie. Tekst również mnie uruchomił. I tak to się stało, że postanowiliśmy realizować ten właśnie dramat. Przygotowywaliśmy go przez sześć tygodni. 

Próba "Wesela" w reż. Moniki Strzępki, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Jak Pani pracuje ze studentami?

Podobnie jak z zawodowymi aktorami. Myślę, że każdy reżyser ma swoje preferencje. W tym przypadku sama po raz pierwszy pracuję nad sztuką, która jest pisana wierszem. Trzymanie rytmu, odpowiednich akcentów i żeby to w dodatku brzmiało naturalnie jak mowa potoczna – wszystko to było również dla mnie wyzwaniem. W praktyce okazało się, że wiersz daje takie możliwości – niesie tekst i nie jest żadną przeszkodą, jakby się pozornie mogło wydawać. Tego się po prostu dobrze słucha, bo ma rytm.

Co Pani chciała przez "Wesele” powiedzieć?

Chciałam się temu dramatowi bliżej przyjrzeć podczas jego realizacji. Uznałam, że nie muszę wszystkiego wiedzieć od początku, ale mogę przyglądać się mu w trakcie jego stawania się na scenie. W przypadku dyplomu istotne jest, aby pokazać możliwości i talenty aktorów. 

Zaczęliśmy od rozczytywania tekstu, aby lepiej zrozumieć, co sam Wyspiański chciał powiedzieć na początku XX wieku. Potem zastanawialiśmy się, co poprzez tekst można powiedzieć dzisiaj. Przy tym – poza drobnymi skrótami – nie robiliśmy żadnej ingerencji w tekst, bo nadal brzmi bardzo współcześnie. 

Próba "Wesela" w reż. Moniki Strzępki, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

O ile mi wiadomo, studenci stworzyli także scenografię i kostiumy do tego spektaklu…

Tak, ponieważ chciałam, aby czuli się odpowiedzialni nie tylko za grane role, ale również za pozostałe aspekty spektaklu. W ten sposób stali się współtwórcami koncepcji scenografii, kostiumów, choreografii, muzyki… Dzięki temu było dużo fajnej, wspólnotowej roboty. 

Gratuluję i dziękuję za rozmowę. 

Próba "Wesela" w reż. Moniki Strzępki, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek




piątek, 5 marca 2021

"W chocholim tańcu" - wystawa w Muzeum Krakowa

Od 17 marca Muzeum Krakowa, oddział w Domu pod Krzyżem,  zaprasza na wystawę "W chocholim tańcu", która mierzy się z wizją Wyspiańskiego i realizujących jego dramat artystów teatralnych. Przedstawia w syntezie historię kolejnych reżyserskich interpretacji dramatu i społecznych reakcji na przedstawienia, proponując jednocześnie refleksję nad tym, jak Polacy widzieli i ukazywali samych siebie w „lustrze Wesela”. Wystawie towarzyszyć będą warsztaty, oprowadzania, spacery, wykłady i debaty


Niespełna trzy miesiące po bronowickim weselu Lucjana Rydla i Jadwigi Mikołajczykówny, w listopadzie 1900 roku Stanisław Wyspiański stworzył jego literacką wizję, która 16 marca roku 1901 zyskała swoją teatralną postać sceniczną. Wesele już po prapremierze odczytane zostało jako metafora dziejów polskiego narodu – i tak interpretowane jest po dziś dzień.

Wystawa "W chocholim tańcu" mierzy się z wizją Wyspiańskiego i realizujących jego dramat artystów teatralnych. Przedstawia w syntezie historię kolejnych reżyserskich interpretacji dramatu i społecznych reakcji na przedstawienia, proponując jednocześnie refleksję nad tym, jak Polacy widzieli i ukazywali samych siebie w „lustrze Wesela”.

Zapraszamy w krąg weselnych wyobrażeń. Jak widzowie zareagowali na premierowe przedstawienie w 1901 roku? Co wzruszało ich 116 lat później, gdy spektakl reżyserował Jan Klata? Jak artyści portretowali wspólnoty weselne? Co łączy Stańczyków z przedstawień Andrzeja Wajdy? Jak tańczono chocholi taniec?

Na przestrzeni ostatnich 120 lat Wesele stało się także przestrzenią eksperymentu, w którym mierzyliśmy się z polską tożsamością, relacjami społecznymi, patriotyzmem, zaniedbaniami, lękami i pragnieniami. Wystawa daje wgląd w to, jak pracowali z tymi tematami reżyserzy różnych pokoleń, w odmiennych kontekstach politycznych, m.in. Lidia Zamkow w 1969, Jerzy Grzegorzewski w 1977 czy Michał Zadara w 2006 roku.

Czy potrafimy zobaczyć siebie uśpionych w chocholim tańcu?

Wystawie towarzyszy katalog prezentujący 120-letnie sceniczne dzieje Wesela Stanisława Wyspiańskiego w Polsce. Zgromadzone w publikacji eseje napisane zostały nie tylko z perspektywy historyczno-teatralnej – podejmują również najistotniejsze kwestie polskiej kultury i życia społecznego. Wśród autorów: Piotr Augustyniak, Ewa Benesz, Dorota Buchwald, Piotr Dobrowolski, Jan Klata oraz Wiesław Komasa.

Zapraszamy na wydarzenia towarzyszące otwarciu wystawy:

17 marca (środa) 

godz. 15:00 i 17:00 – oprowadzania kuratorskie, w cenie biletu na wystawę (zapisy w COZ: info@muzeumkrakowa.pl, tel. 12 426 50 60)

20 marca (sobota)

godz. 11.00 – oprowadzanie kuratorskie, w cenie biletu na wystawę – Julia Lizurek (zapisy w COZ: info@muzeumkrakowa.pl, tel. 12 4

10:00-14:30 – dziedziniec Domu pod Krzyżem

Performans Pisanie jutra (performer: Bartosz Buława, koncepcja Julia Lizurek)

Czekanie. Przekładanie. Odwlekanie. 

Na jutro, na lepszy dzień, czas, porę.

W Weselu Gospodarz odwlekał w czasie mobilizację wojsk, która według przepowiedni Wernyhory miała przynieść narodowi wolność. Zgromadzeni weselnicy czekali na sygnał złotego rogu, który miał zasygnalizować początek niepodległościowego zrywu. 

A co my dzisiaj przełożyliśmy na jutro? Ten performans zaczynamy teraz.

21 marca (niedziela)

godz. 11.00 - oprowadzanie kuratorskie, w cenie biletu na wystawę – Karina Janik  (zapisy w COZ: info@muzeumkrakowa.pl, tel. 12 426 50 60)

Wystawie towarzyszyć będą warsztaty, oprowadzania, spacery, wykłady i debaty. Szczegóły na stronie www.muzeumkrakowa.pl i w mediach społecznościowych.

Godziny otwarcia wystawy:

w dniach 17-21 marca: 10.00-17.00

w kolejne dni:

wtorek i piątek 10.00-17.00 (po wcześniejszej rezerwacji)

sobota – niedziela 10.00-17.00


informacja prasowa

środa, 14 listopada 2018

Uroczyste otwarcie Rydlówki i Osadzanie Chochoła

 Po remoncie i w nowej aranżacji wnętrz Rydlówka ponownie otwiera swoje podwoje dla zwiedzających. Muzeum Historycznie Miasta Krakowa zaprasza 20 listopada br. o godz. 14.00 na uroczyste otwarcie Rydlówki dla publiczności, połączone z tradycyjnym osadzaniem Chochoła.




Genius loci sprawia, że Rydlówka jest miejscem jedynym w swoim rodzaju, miejscem znaczącym na mapie kulturalnego Krakowa, miejscem naznaczonym przez związek z młodopolską sztuką, malarstwem, literaturą, dramatem i teatrem. Poprzez właścicieli dworku, jego mieszkańców i krąg młodopolskich artystów, którzy w nim bywali, poprzez wydarzenie pozornie zwyczajne, jak wesele Lucjana Rydla i nadzwyczajne, jak arcydramat Wesele Stanisława Wyspiańskiego, miejsce to przeszło do historii literatury i kultury Polski.

W Rydlówce, jak w soczewce, skupia się atmosfera Krakowa przełomu XIX i XX wieku. Tu spotykali się ludzie, ogniskowały się zdarzenia i obyczajowość charakterystyczna dla tego czasu.
Koncepcję wystawy oparto na założeniu, iż zachowane zostaną dotychczasowe kryteria  merytoryczne  ekspozycji w  Rydlówce  wraz z  układem topograficznym wystawy. 
Odtworzone zostały kolejne pomieszczenia w dworku: Izba Taneczna, Izba Scena, Alkierz oraz Świetlica. Ta ostatnia będzie pełniła funkcje sali wystawienniczo-audytoryjnej wraz z galerią malarstwa inspirowanego pejzażem Bronowic z przełomu XIX i XX w.

Otwarcie na powrót Rydlówki dla zwiedzających, oddanej w administrację Muzeum Historycznemu Miasta Krakowa, będzie się wiązało również z szeroko zakrojonym programem edukacyjnym. Będzie także kontynuowana coroczna tradycja osadzania chochoła w rocznicę ślubu Jadwigi i Lucjana Rydlów.

Centralnym punktem uroczystości przed Rydlówką będzie symboliczne Osadzanie Chochoła, czyli obrzęd okrywania krzaka róży słomą. Uczniowie bronowickich szkół ubrani w krakowskie stroje ludowe, przy dźwiękach muzyki i przy wtórze przyśpiewek nałożą na krzak róży słomiane okrycie, tańcząc w wokół niego jak w ostatniej scenie dramatu Wyspiańskiego. Następnie będą miały miejsce występy artystów krakowskich teatrów oraz młodzieży. Po uroczystości wszyscy zgromadzeni goście posilą się kołaczem bronowickim.

W dniach 21-24 listopada w godzinach 9.30-17.00, będzie można bezpłatnie zwiedzić wystawę stałą w Rydlówce.
Wymagana rezerwacja miejsc w Centrum Obsługi Zwiedzających: info@mhk.pl oraz na stronie https://bilety.mhk.pl/rezerwacja/wydarzenie.html?lang=pl


Zobacz, jak powstawała Rydlówka – filia Oddziału Teatralnego:

informacja prasowa

sobota, 30 września 2017

Wojtek Smarzowski: Filmy mnie zmieniają /wywiad/

"Otaczam się ludźmi kreatywnymi, którzy są lepsi ode mnie, inspirują mnie i może dzięki temu ja też staram się nie dawać ciała" - mówi nam jeden z najbardziej cenionych polskich reżyserów filmowych.

Wojtek Smarzowski we wrocławskim DCF-ie, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
Twórca "Róży" pojawił się we Wrocławiu z okazji przeglądu swoich filmów, zorganizowanego przez Dolnośląskie Centrum Filmowe. Po seansie "Pod Mocnym Aniołem" zorganizowano specjalne spotkanie z reżyserem. Wtedy też udzielił mi wywiadu. 

Barbara Lekarczyk-Cisek: Jakie są źródła Pańskiego zainteresowania kinem? Skąd filmoznawstwo, łódzka "filmówka”..?

Wojtek Smarzowski: Ważne jest przede wszystkim, w jakim wieku to się dzieje. Poszedłem na studia dlatego, aby nie pójść do wojska, a nie po to, aby się czegoś nauczyć. Musiało upłynąć sporo lat, abym się mógł określić, co naprawdę chcę robić w swoim życiu. Zaczęło się od dwuletniego Studium Kulturalno – Oświatowego ze specjalnością filmową w Krośnie, której wprawdzie nie skończyłem, ale tam zrozumiałem, że tego właśnie chcę.  Szkoła jak szkoła, ale  ważni są ludzie, którzy tam wtedy pracowali i którzy potrafili pokazać nam film z innej strony, przeanalizować go, dzięki czemu poznawałem znaczenia, a nie jak do tej pory -wyłącznie akcję.

Pański debiut był od razu dojrzały… Skąd się wziął pomysł "Wesela” – filmu obciążonego tak licznymi znaczeniami?

Pomysł wziął się … z biedy. To był okres, kiedy powstawały takie filmy jak "Gulczas” albo "Ogniem i Mieczem”, które sporo kosztowały, a pachniały popeliną. Innego kina nie było. Zastanawiałem się wówczas, co można zrobić, kiedy nie ma się pieniędzy na zrobienie filmu. Pomyślałem, że najtaniej byłoby nakręcić wideo – wesele.  Z tego niepoważnego pomysłu powstało konkretne kino.

Film, choć debiut, został zauważony i zebrał sporo nagród. Nadal jednak nie było chyba łatwo nakręcić kolejny film, skoro ten powstał pięć lat później.

Zrobiłem "Wesele” i przestałem być anonimowy, ale wcześniej zrealizowałem dla Teatru Telewizji "Małżowinę” i "Kurację”. Ten ostatni otrzymał nagrody i dzięki temu udało się zrobić "Wesele”. Natomiast scenariusz do "Domu złego” był gotowy wcześniej, jeszcze przed "Weselem”, ale system finansowania był taki, że aby dostać pieniądze na pierwszy film, trzeba było mieć za sobą telewizję. I telewizja chciała "Wesele”,  a nie chciała "Domu złego”. Pisanie scenariusza to dla mnie ważny i najbardziej czasochłonny okres, toteż obecnie zazwyczaj jeden scenariusz piszę sam, a drugi wspólnie. Dzięki temu mogę częściej  kręcić filmy.

Tematy Pańskich filmów są zawsze istotne, a sposób ich pokazania – twórczy i mocny. Dla mnie jest to kino autorskie w pełnym tego słowa znaczeniu. Nikt tak nie robi filmów jak Pan. No, może trochę Bracia Cohen, ale ich jest dwóch.

Wierzę, że mam grupę widzów o wrażliwości podobnej do mojej i cieszę się z tego. Ale robiąc filmy nie kalkuluję, tylko staram się mówić o rzeczach istotnych. Robię filmy, bo coś mnie uwiera, coś mnie w naszej rzeczywistości boli. Ale zawsze próbuję zostawić nadzieję. Na tyle, na ile potrafię.  Na swój sposób jestem reżyserem niezależnym.

Pańskie filmy mówią o kondycji Polaków, o Polsce, ale mają też uniwersalny wymiar. A poza tym dotyka Pan takich tematów, które do tej pory nie zostały opowiedziane. Dotyczy to choćby "Róży” – filmu o mało znanym epizodzie z historii Mazurów, a jednocześnie pięknej historii o miłości.  Jak są odbierane przez widzów?

"Róża" jest filmem wyjątkowym, bo odbiór tej historii jest bardzo emocjonalny. Ten film zrobił coś dobrego dla nazwania, wyrównania, oczyszczenia. A przy tym "Róża” jest – w dobrym tego słowa znaczeniu - prostą historią. O wiele trudniejszy w odbiorze, bo pełen ukrytych znaczeń, jest "Dom zły”, podobnie jak "Pod Mocnym Aniołem”. Ten ostatni był pokazywany na festiwalu w Tokio i po projekcji zadałem widzom pytanie dotyczące ostatniej sceny: kto uważa, że główny bohater wejdzie do baru, a kto – że przestanie pić. Połowa widzów uważała, że bohater nie będzie pił. Pogratulowałem im optymizmu, bo w Polsce większość ludzi odbierała to zakończenie pesymistycznie. Zadałem też pytanie o to, kto ma problem z alkoholem lub ma kogoś takiego w rodzinie. Rękę podniosły trzy osoby. Byłem zbudowany. Po spotkaniu natomiast wielu podeszło do mnie i przeprosiło, że nie podniosło ręki, bo z różnych powodów wstydzili się swego nałogu lub nie chcieli go ujawniać ze względu na pełnione funkcje. Reasumując, jest tam podobnie jak w Polsce. Czasy są takie, że ta choroba może dotknąć jeszcze więcej ludzi.

Pracuje Pan często z tymi samymi aktorami, a muzykę do Pańskich filmów przeważnie komponuje Mikołaj Trzaska. Czy to taki styl pracy?

To dlatego, że nie znam innych (śmiech). Często grają u mnie ci sami aktorzy, dają mi poczucie bezpieczeństwa, ale cały czas wprowadzam także nowych. Otaczam się ludźmi kreatywnymi, którzy są lepsi ode mnie, inspirują mnie i może dzięki temu ja też staram się nie dawać ciała. Poza tym ja opowiadam ciągle tę samą historię…  (śmiech) Nie powiem o czym, ale to jest jeden temat. A mówiąc serio, tematy muszą we mnie zakiełkować.

Obecnie realizuje Pan kolejny film – tym razem o rzezi wołyńskiej. Kolejny po "Róży” – o trudnej polskiej historii. Jaki one mają wpływ na Pana?

Bardzo istotny. Nie potrafię np. powiedzieć, co będę robił po filmie o rzezi na Kresach, bo nie wiem, jakim będę człowiekiem, gdy zrobię ten film. Filmy mnie zmieniają. Muszę sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chcę jakoś odreagować i zrobić coś lżejszego, co – moim zdaniem – nie będzie lżejsze, bo wiem, że wyjdzie z tego jakaś kolejna trauma. Najważniejsze jest dla mnie to, co będę chciał przez film powiedzieć. Jednak będę to wiedział dopiero wtedy, gdy zamknę pewien etap filmu o ludobójstwie na Kresach. Postrzegam kino jako rodzaj misji. Robienie filmów błahych kompletnie mnie nie interesuje.

Dziękuję za rozmowę. 

Wywiad ukazał się w 2015 roku na portalu Kulturaonline.pl


Wrzesień w Muzeum Architektury: dla dorosłych, dzieci i ciekawych miasta

 Muzeum Architektury we Wrocławiu zaprasza na spotkanie warsztatowe w ramach Akademii Architektury, warsztaty dla dorosłych: "Śląski de...

Popularne posty