Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Polski Wrocław. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Polski Wrocław. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 października 2022

"Szewcy" Stanisława Ignacego Witkiewicza premierowo w Teatrze Polskim we Wrocławiu

28 października na Dużej Scenie Teatru Polskiego we Wrocławiu odbędzie się premiera "Szewców"  Stanisława Ignacego Witkiewicza w reż. Stanisława Melskiego.

"Szewcy" to - jak czytamy w informacji na stronie teatru - "naukowa sztuka ze „śpiewkami” w trzech aktach, najważniejszy dramat Witkacego, ukończony w 1934 roku. Autor nosił "Szewców" w sobie przez siedem lat, bo tyle z przerwami ich pisał; na inne swoje teksty dramatyczne potrzebował dwa-trzy tygodnie. Ze względu na problematykę polityczno-społeczną oraz wizjonerstwo i pasję demaskatorską dzieło porównuje się do "Wesela" Stanisława Wyspiańskiego i "Nie-Boskiej komedii" Zygmunta Krasińskiego. Znalazły się w "Szewcach" w syntetycznym skrócie główne wątki twórczości literackiej Witkacego: zanik indywidualności, zmierzch cywilizacji i sztuki, walka płci, tajemnica istnienia, nuda metafizyczno-egzystencjalna, a wszystko podlano groteskowym sosem. Nowatorstwo formalne i zacięcie profetyczne czynią z "Szewców" tekst uniwersalny – aktualny w każdym momencie historii, również dzisiaj.

Szewcy, reprezentanci mas plebejskich, zamknięci w swoim warsztacie, przygotowują rewolucję pod przewodnictwem majstra Sajetana Tempego. Odnoszą zwycięstwo, ale kolejne przewroty polityczne, które odwracają bieg wydarzeń (pucz faszystowski, kontrpucz organizacji Dziarskich Chłopców, wreszcie przewrót plebejsko-populistyczny), sprawiają, że w krzywym zwierciadle obserwujemy mechanizm pożerania własnych dzieci przez rewolucję. Bezlitosna, pesymistyczna diagnoza świata polityki i historii, podana jednak w humorystycznym, groteskowym wydaniu.

Wartość i przesłanie dramatu świetnie ujął Konstanty Puzyna: „Teraz, uwolnione z pęt Czystej Formy, buchnie to, co Witkacy ma naprawdę do powiedzenia: wściekła, ekspresjonistyczna groteska polityczno-społeczna, połączona z katastroficznym traktatem i – krzywym oczywiście – zwierciadłem obyczajów”. Witkacy uczy dystansu, każe śmiać się bohaterom, ale również widzom. Ironiczny dystans do świata czyni go łatwiejszym do przyjęcia, nawet w jego katastroficznej i absurdalnej odsłonie. Dzisiaj, w świecie konsumpcjonizmu, moralnego relatywizmu, wszechmocy mediów i rodzących się totalitaryzmów, Szewcy brzmią swojsko i znajomo.

W opracowaniu tekstu wykorzystano fragmenty powieści Stanisława Ignacego Witkiewicza: "Pożegnanie jesieni" i "Nienasycenie".


"Szewcy" Stanisława Ignacego Witkiewicza

opracowanie tekstu i reżyseria STANISŁAW MELSKI
scenografia i kostiumy MARIANNA SYSKA
opracowanie muzyczne i kompozycje IZABELA KURIATA-MATUSZEWSKA i PIOTR MATUSZEWSKI
choreografia ARKADIUSZ BUSZKO
wideo MIKOŁAJ PŁYWACZ

Obsada

Sajetan Tempe DARIUSZ BERESKI
Czeladnik I (Józek) BEATA ŚLIWIŃSKA/BŁAŻEJ MICHALSKI
Czeladnik II (Jędrek) MARTYNA WITOWSKA/JAKUB GRĘBSKI
Księżna Irina Wsiewołodowna Zbereźnicka-Podberezka AGATA SKOWROŃSKA
Prokurator Robert Scurvy MARCIN PIEJAŚ
Lokaj Księżnej Fierdusieńko ANDRZEJ OLEJNIK
Hiperrobociarz IGOR KOWALIK
Gnębon Puczymorda ANDRZEJ GAŁŁA
Józef Tempe; Dziarski Chłopiec BARTOSZ BUŁAWA
Chochoł z Wesela Wyspiańskiego; Bubek MACIEJ GISMAN
Towarzysz Abramowski MARCIN ROGOZIŃSKI
Towarzysz X STANISŁAW MELSKI
Mandaryn Wang ANNA HABA
Strażniczki ALEKSANDRA CHAPKO, MARIKA KLARMAN-GISMAN
Grupa chłopska ALEKSANDRA CHAPKO, ANNA HABA, MARIKA KLARMAN-GISMAN, BEATA ŚLIWIŃSKA, MARTYNA WITOWSKA, BARTOSZ BUŁAWA, MACIEJ GISMAN, JAKUB GRĘBSKI, BŁAŻEJ MICHALSKI, PAWEŁ MONSIEL (gościnnie)/JACEK SKOCZEŃ (gościnnie)

informacja prasowa


 


 


piątek, 2 września 2022

Aldona Struzik: Najważniejsza jest wyobraźnia /wywiad/

"Właściwie wszystko, co nam się przydarza i czego się nauczymy w życiu, może się okazać przydatne w pracy nad rolą" –  z okazji jubileuszu 35-lecia pracy artystycznej rozmawiam z Aldoną Struzik, popularną wrocławską aktorką Teatru Polskiego. Artystka opowiada o swoich mistrzach, pracy nad rolą, o zamiłowaniu i pasji, a także o trudach zawodu aktora.

Aldona Struzik, fot. z archiwum aktorki

Barbara Lekarczyk-Cisek: Jubileusz 35-lecia pracy artystycznej to dobry moment na to, aby poddać refleksji swoje doświadczenia i przeżycia związane z zagranymi rolami, spotkanymi ludźmi, którzy wpłynęli na ich kształt, a niekiedy również na nas samych. Jest to wreszcie dobry czas na to, aby sobie odpowiedzieć na pytanie, czy wybór zawodu aktora okazał się trafny i jak za jego sprawą potoczyło się życie… W ogóle pasjonuje mnie fenomen tego zawodu, który Pani z takim powodzeniem i entuzjazmem uprawia od tylu lat. Czy marzyła Pani w dzieciństwie, aby zostać aktorką?

Aldona Struzik: Sądzę że tak!… Podobnie jak wiele innych małych dziewczynek.  Powiem więcej. Kiedy byłam w pierwszej klasie szkoły podstawowej, na pytanie: „Kim chcesz zostać w przyszłości”, odpowiedziałam, że – właśnie! – aktorką. Ale tak naprawdę nie wszystko na tej mojej drodze było takie oczywiste jak wówczas, kiedy byłam mała. To marzenie, nawet jeśli kiedyś zakiełkowało we mnie, to jednak zrealizowało się przede wszystkim dzięki niezwykle ciekawym i nietuzinkowym ludziom, których w życiu spotykałam. Najpierw byli to rodzice, którzy wiedząc, że jestem śpiewającą, tańczącą i pełną pomysłów dziewczynką, postanowili zapisać mnie do szkoły muzycznej w moim rodzinnym mieście Namysłowie. Miałam jednocześnie wielkie szczęście spotkać panią Wiolettę Trelińską – polonistkę i moją wychowawczynię, która zachęciła mnie do aktywności w ramach koła teatralnego, tanecznego i folklorystycznego. Jakby tego było mało, śpiewałam także w chórze  i grałam w szkolnej kapeli. Występów zatem było co niemiara! To wszystko miało ogromny wpływ na rozwój mojej wyobraźni.                                                                                                     

A tę bez wątpienia miałam, skoro w szóstej czy może siódmej klasie napisałam opowiadanie pt. „Moja przyszła rodzina”. Wygrało ono pierwszą nagrodę w ogólnopolskim konkursie, czytano je w radio, drukowano nawet w prasie. Niedługo potem wygrałam kolejny konkurs, tym razem „Świata Młodych”, w którym nagrodą był rejs żaglowcem  „Zawiszą Czarnym”. Proszę sobie wyobrazić trójkę nagrodzonych 13-latków w gronie marynarzy i to przez całe pięć dni! Teraz patrzę na to z wielkim rozrzewnieniem, choć wtedy było to niezłe wyzwanie i momentami nawet się trochę bałam, choć za żadne skarby świata bym się do tej „duszy na ramieniu” nie przyznała. Wszystkie te i wiele innych zdarzeń z mojego dziecięcego życia uważam za wspaniałe przygody, które uruchamiały moją wyobraźnię i kształtowały charakter. A kto wie, czy właśnie wyobraźnia nie jest najważniejszym bodźcem w życiu każdego z nas.

Aldona Struzik, fot. Mariusz Olszewski

Przypomina to czas, kiedy będąc dziećmi, bawimy się stwarzając różne światy, nie z doświadczeń, bo tych niewiele wówczas mamy, ale właśnie z wyobraźni. Aktor, podobnie jak poeta, zachowuje ten rodzaj fantazjowania, które ma dziecko, prawda? Jednak nie wszystkie dzieci wyrastają na artystów. Nie wszystkie zostają poetami albo aktorami. Jak to się stało, że Pani jednak się to udało?

 Oczywiście, że nie wszystko w moim dorosłym życiu przebiegało tak jak  to sobie w dzieciństwie wyobrażałam.  Ale przecież pewne życiowe sukcesy, a zwłaszcza trudności, które mogą nas budować, a gdy są przepracowane, mogą stać się źródłem przemyśleń wzbogacających naszą wyobraźnię, a co za tym idzie – pozwalają głębiej pojmować i konstruować postaci, które gramy. Właściwie wszystko, co nam się przydarza i czego się nauczymy w życiu, może się okazać przydatne w pracy nad rolą.                Ale wracając do Pani pytania o to, jak zostałam aktorką. Droga do tej decyzji była długa i raczej nieoczywista. Najpierw, kiedy zdałam egzaminy do PSM II stopnia w Opolu, sądziłam, że zostanę nauczycielką muzyki. Jednocześnie decyzja o wyborze tej szkoły oznaczała dość wczesne oderwanie od rodzicielskiego domu i zamieszkanie w internacie (Bursie Szkół Artystycznych), a co za tym idzie – nowe  doświadczenia, które ukształtowały moje poczucie odpowiedzialności. Dla mnie był to bardzo trudny czas z powodu tęsknoty za domem. Poza tym uczęszczałam jednocześnie do dwóch szkół średnich i właśnie w Liceum Ogólnokształcącym znowu miałam szczęście trafić na kogoś niezwykłego, kogo Opatrzność postawiła na mojej drodze. Andrzej Pałosz – poeta, polonista, który nie był wprawdzie moim nauczycielem, ale zwrócił uwagę na moje zdolności recytatorskie i starał się uświadomić mi, co znaczy rzemiosło w tym zawodzie. Sądzę, że w zawodzie artystycznym  wyobraźnia jest czymś niezbywalnym, a uruchomiona, podparta solidną pracą i olbrzymim poświęceniem, czyni z rzemieślnika artystę. Ale do tego potrzeba jeszcze odrobiny szczęścia.

Pani miała szczęście, bo dostała się do szkoły teatralnej już za pierwszym razem.

Tak! Udało mi się to, co dla mnie samej było niezwykłym zaskoczeniem. Oczywiście, rok przed egzaminami byłam pełna obaw. Niezbyt często miałam okazję bywać w teatrach, po trosze dlatego, że uczęszczałam jednocześnie na wszystkie zajęcia w dwóch szkołach dziennych, a do tego angażowałam się w wiele przedsięwzięć poza nimi, choćby w wolontariat (działałam m. in. na rzecz niewidomych). Wolnego czasu niewiele mi pozostawało, ale wszystkie te doświadczenia ubogacały moją osobowość i moje myślenie o świecie. A pewne umiejętności (gra na pianinie, poczucie rytmu, taniec ) bardzo się w  naszym zawodzie przydały.  Teraz, po latach, przypuszczam, że dostałam się do PWST za pierwszym razem dlatego, że byłam niezbyt świadoma tego, jak trudny do pokonania był ten próg i że to moja świeżość i dziecięcość spodobała się komisji, bo była po prostu nieudawana. Nikt mnie do egzaminów nie przygotowywał, sama wybrałam teksty i zdecydowałam o ich interpretacji. Była to również niespodzianka dla moich rodziców.  Ukrywałam fakt, że zdaję do szkoły teatralnej. Kiedy prawda wyszła na jaw, mama była bardzo zadowolona i dumna, a mój tata był tym mocno zaniepokojony, choć i w jego oczach widziałam radość. Szczęśliwie okazało się, że dość szybko się w tym nowym świecie odnalazłam. A mając już wcześniej ogrom zajęć,  byłam przygotowana na wielką ilość obowiązków i samodzielną pracę, która jest charakterystyczną cechą uczelni artystycznej. Bardzo dobrze wspominam te lata, choć czasami nie była to „bułka z masłem”. Musiałam wiele zmienić w swoim myśleniu, bo byłam tzw. „grzeczną dziewczynką” i nie potrafiłam jeszcze spontanicznie otwierać się na różne wyzwania stawiane przede mną przez profesorów. Ale pokonałam wszelkie trudności i studia ukończyłam z bardzo dobrymi dyplomami. Sadzę, że duża w tym zasługa moich profesorów z Wydziału Aktorskiego PWST, bo wykładowców miałam rzeczywiście wspaniałych. 

Aldona Struzik (Anna) z Bolesławem Abartem w spektaklu "Panny z Acheronu"
w reż. G. Sobocińskiego, źródło: Wrocławski Teatr Współczesny

Wspominam z wielką sympatią i wdzięcznością mojego dziekana Igora Przegrodzkiego, Jadwigę Skupnik- Kurowską, Igę Mayr – cudownych, niezwykłych ludzi, którzy zawsze we mnie wierzyli, a także w sposób szczególny – wspaniałego Bogusia Kierca od scen klasycznych, nie tylko aktora, ale także poetę. Zwłaszcza, że sama po latach zostałam wykładowczynią wiersza i kocham to robić! Pierwszą moją panią profesor tego przedmiotu była śp. Majka Zbyszewska – aktorka Teatru Współczesnego. Odeszła przedwcześnie, ale noszę Ją w sercu do dziś… Jej też zawdzięczam swoją pierwszą rolę teatralną – debiut w „Pannach z Acheronu” Joe Alexa w reż. Grzegorza Sobocińskiego, gdzie zagrałam Annę, córkę Ministra, w którego rolę wcielił się Bolesław Abart.

Przyznam, że byłam zdumiona, gdy przygotowując się do wywiadu zobaczyłam, że zagrała Pani już jako młoda dziewczyna tyle ról i to tak znaczących, jak choćby Irinę Wsiewołodownę w „Szewcach” Witkacego czy Sonię Marmieładową w „Zbrodni i karze”, że nie wspomnę o kultowym „Sztukmistrzu z Lublina|” w reżyserii Jana Szurmieja… Jak u Hitchcocka – zaczęło się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rosło… Irina jakoś mi nie pasuje do Pani emploi, więc to były interesujące wyzwania.

Miło, że Pani tak patrzy na moją pracę zawodową! Rzeczywiście, już na studiach dostawałam od reżyserów różne ciekawe propozycje, Zaczęłam przecież grać we Wrocławskim Teatrze Współczesnym będąc na drugim roku. Na studiach dostajemy bardzo duże i wymagające role, jak wspomniana  przez panią Irina u profesora A. Makowieckiego czy wcześniej – Stella w spektaklu „Przy drzwiach zamkniętych” Sartre`a.  Ale schody zaczynają się dopiero w zawodowym teatrze. Role, które mi powierzano, były różnego kalibru: większe, mniejsze, ale zawsze podchodziłam do nich z takim samym zapałem. Mam na swoim koncie Nagrodę dla Młodego Aktora z 1997 roku (do dziś wisi w moim domu dzieło Geta-Stankiewicza, które otrzymałam w dowód uznania). Otrzymałam też nagrodę za najciekawszy epizod teatralny – rolę Ekspedientki w „Leworęcznej kobiecie” P. Handke`go, wyreżyserowanej przez Monikę Pęcikiewicz, co dowodzi, że nawet najmniejszą dobrze zagraną rolą można widzowi zapaść w pamięć.

Jako Ekspedientka w spektaklu "Leworęczna kobieta"
w reż. Moniki Pęcikiewicz, 3 lutego 2001, fot. Anna Łoś, źródło: Instytut Teatralny
Aby jednak tak się stało,  trzeba intensywnie pracować, kształcić technikę aktorską i wzbogacać swoją wyobraźnię. Wiele zawdzięczam współpracy z wielkimi reżyserami i aktorami, jakich miałam szansę spotkać na swojej drodze. Dość wspomnieć takie nazwiska, jak: Krystian Lupa, Jerzy Jarocki, Andrzej Wajda, Maciej Englert, Maciej Wojtyszko, Kazimierz Kutz, Krzysztof Babicki, Jan Klata, Krzysztof Zaleski, Mikołaj Grabowski czy Jan Szurmiej, w którego spektaklach gram do dziś. Po raz pierwszy spotkaliśmy się podczas pracy nad wspomnianym przez Panią  „Sztukmistrzem z Lublina” – moim drugim dyplomem na PWST.

Doskonale pamiętam to znakomite przedstawienie i przypuszczam, że bycie jego częścią musiało być dla Pani wielkim przeżyciem formacyjnym dla młodej aktorki…

Tak! To było takie przeżycie...  Bycie częścią zespołu, tworzenie wspólnie czegoś wyjątkowego i to przez wiele lat z rzędu...Czuliśmy się teatralną rodziną. Tak to pamiętam. W dodatku graliśmy to przedstawienie z wielkimi sukcesami, jeżdżąc po wielu festiwalach, również zagranicznych.  Udział w tym spektaklu przywodzi mi na myśl pewne zdarzenie, tak charakterystyczne dla tamtych doświadczeń. Otóż, ze względu na moją ciążę i przejście do Teatru Polskiego rolę Halinki przejęła po mnie koleżanka Marzena Obernkorn. Zatem ostatnie, tzw. „zielone przedstawienie”, oglądałam z widowni. Jednak w przerwie spektaklu, kierowana emocjami, poprosiłam koleżankę i reżysera żeby pozwolili mi zagrać w drugim akcie. Przekonałam ich chyba swoją desperacją (śmiech). Nie obyło się bez wzruszeń i radości, bo koledzy na scenie byli ogromnie zaskoczeni tą sytuacją. Fajnie, że Marzenka się zgodziła wymienić kostiumem, a na samym końcu wyszłyśmy obie, tworząc krąg kobiet zakochanych w Jaszy. Zostaliśmy nagrodzeni wspaniałymi brawami, a ja byłam szczęśliwa, że znowu jestem w tym świecie, bo dla mnie był to świat początków mojej drogi w zawodzie aktora. Przyznaję, że trafiłam  w tym teatrze na świetnych kolegów i serdecznego dyrektora, jakim był dla mnie Jan Prochyra, którego bardzo szanowałam i który otaczał mnie swoją wręcz ojcowską opieką. Tak to czułam. W tym miejscu nadmienię, że jeżdżąc po Polsce ze „Sztukmistrzem...” odmówiłam (ze względu na sprawy życiowe i rodzinne) angażu Zbigniewowi Zapasiewiczowi – dyrektorowi  Teatru Dramatycznego w Warszawie! A Janek Prochyra do końca swojego życia nie mógł mi wybaczyć tej mojej decyzji (śmiech). Kto wie? Być może to jakaś moja utracona szansa...

"Sztukmistrz z Lublina" w reż. Jana Szurmieja, Aldona Struzik w białej sukience pośrodku,
źródło: Instytut Teatralny
Uczyłam się tego zawodu nie tylko wychodząc na scenę, ale także oglądając spektakle, w których nie grałam (mieszkałam wówczas w służbowym mieszkaniu w teatrze). Wyznam, że do dziś chętnie chodzę do różnych teatrów, aby zobaczyć, co grają moi koledzy, jak się rozwijają i w jakim kierunku są prowadzeni przez reżyserów.

Bardzo wiele zależy od reżysera i jego pomysłów inscenizacyjnych. Miałam szczęście oglądać znakomite przedstawienia Jerzego Grzegorzewskiego, m. in. niezwykle piękną plastycznie „Nie-Boską komedię”, a także „Śmierć w starych dekoracjach”. To ostatnie przedstawienie uświadomiło mi, że nie ma sztuk "niescenicznych", bo to, co zrobił Grzegorzewski z przestrzenią teatralną, jak prowadził aktorów – było genialne! Pamiętam Erwina Nowiaszaka przebranego w kobiecy strój i śpiewającego altem na trzecim balkonie – był kwintesencją sztuczności, z którą reżyser w taki sposób rozprawił się w swoim przedstawieniu. To był prawdziwy mistrz, który wyczarowywał teatralne światy bardzo sugestywnie, a zarazem mówił o sprawach istotnych dla każdego. Pani się z nim wprawdzie nie zetknęła, ale spotkała na swojej drodze wielu twórczych i inspirujących reżyserów.

Tak jak Pani powiedziała, nie spotkałam się osobiście z Jerzym Grzegorzewskim w mojej pracy zawodowej, ale pamiętam jeszcze Jego przedstawienia ze wspaniałymi aktorami, jak: Jadwiga Skupnik,  Igor Przegrodzki, Andrzej Mrozek, Piotr Kurowski czy Erwin Nowiaszak. Znakomite spektakle! Zresztą nie bez powodu od 2005 roku nasza duża scena przy ul. Gabrieli Zapolskiej  nosi imię Jerzego Grzegorzewskiego.  Niemal całe swoje zawodowe życie przepracowałam w Teatrze Polskim we Wrocławiu i tu właśnie miałam przyjemność zagrać u takich reżyserów – inscenizatorów „niezwykłych światów”, jak np. Krystian Lupa czy Jerzy Jarocki. To były niezapomniane spotkania! Ale chłonęłam również wiele od aktorów i reżyserów w innych miejscach, choćby przy realizacjach Teatrów TV,  podczas pracy z Kazimierzem Kutzem, Laco Adamikiem czy Krzysztofem Babickim.

Zanim to jednak nastąpiło, zagrała Pani kilka ról w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu – w interesujących przedstawieniach, u boku znanych reżyserów, m. in. w „Kotce na rozgrzanym od słońca blaszanym dachu”  – słynnej sztuce Tennessee Williamsa, w reżyserii Janusza Kijowskiego czy  w „Zbrodni i karze” Fiodora Dostojewskiego w reż. Krzysztofa Rościszewskiego.

Aldona Struzik jako Sonia w spektaklu "Zbrodnia i kara"
w reż. Krzysztofa Rościszewskiego, źródło: Wrocławski Teatr Współczesny
W tym pierwszym przedstawieniu miałam akurat dosyć proste dla mnie zadanie aktorskie. Polegało na przerywaniu poważnych, niemal filozoficznych dysput, zabawami dziecięcymi i innymi szalonymi działaniami. W zamyśle reżysera tej swoistej psychodramy nasze role (grałam w parze z Elą Golińską) miały stworzyć kontrapunkt do psychologicznej akcji sztuki. Wiele się tam nauczyłam, obserwując reżysera i kolegów. Patrząc z perspektywy lat, bardzo dobrze pracowało mi się w Teatrze Współczesnym. Wspaniale się tam czułam i szybko się  zaadaptowałam, a co więcej – już  na IV roku dostałam angaż, mimo że nie miałam jeszcze magisterium. Dlatego też obchodzę jubileusz 35-lecia pracy właśnie w tym roku. Do Teatru Polskiego zaś przeszłam na prośbę dyrektora Jacka Wekslera i od razu zagrałam Checcę w przedstawieniu „Awantura w Chioggi” C. Goldoniego  w reżyserii 
Macieja Wojtyszki, a wkrótce potem – Dianę w „Ani z Zielonego Wzgórza”, w reż. Jana Szurmieja.

Wróćmy jednak do roli Soni w „Zbrodni i karze”, którą powierzył Pani Krzysztof Rościszewski – niezwykła szansa dla młodej aktorki…

To była wymarzona rola i odnalazłam się w niej od samego początku. Cieszyłam się, że jestem blisko widza, bo graliśmy w niekonwencjonalnym układzie sceny – na planie krzyża, a pomiędzy jego ramionami siedzieli widzowie. Bywało, że dostrzegałam, jak reagowali. Czasem nawet ktoś płakał. Uskrzydlało mnie to, że jesteśmy w stanie wzbudzić w widzach takie emocje. Przyznam też, że praca nad tą rolą na wielu płaszczyznach była niełatwa, choć niezwykle fascynująca. Odrobinę trudności, ale i wiele wartości wnosili do mojej interpretacji roli Soni również partnerzy  – dwaj dublujący się koledzy, grający rolę Raskolnikowa. Trzeba mieć świadomość, że sceniczny partner może mocno pomóc lub utrudnić budowanie postaci.  Moim zdaniem, udało mi się znaleźć w sobie tę Sonię, która potrafiła pokochać Raskolnikowa bezwarunkowo i zrobić dla niego wszystko. Ta postać przez długi czas była ze mną. I to właśnie uwielbiam. Tak! Najpiękniejsza w tym zawodzie jest możliwość bycia w danej roli kimś innym, niż jesteśmy na co dzień.

To jakby się żyło wielokrotnie…

Tak, to prawda. I to jest jedna z wielu rzeczy, która tak bardzo fascynuje mnie w tej profesji.                    Przypomina mi się rola Rozalii z „Damy z jednorożcem” H. Brocha w reżyserii Krystiana Lupy. Postać tragiczna kobiety poniewieranej, zgwałconej, pełnej lęków, której budowanie nie należało do najłatwiejszych. Praca nad tą rolą wymagała głębokiego skupienia i wejścia w najtajniejsze zakamarki ludzkiej duszy. Myślę, ze dzięki Krystianowi Lupie, jego wrażliwości i przenikliwości w pracy z aktorem, osiągnęłam grając tę postać coś nieuchwytnego, co dostrzegali widzowie.

A jakie jeszcze trudności nastręcza praca nad rolą?

O! Jest ich wiele. Na przykład – tekst.  Często widzowie pytają nas: „Jak mogli państwo nauczyć się tak dużej ilości tekstu?”. Tymczasem pamięciowe opanowanie tekstu, nawet obszernego, nie jest problemem. Istotne jest natomiast, aby go w sobie poczuć – niejako przełożyć go na własne myślenie i emocje. Przy czym środki wyrazu powinny być adekwatne do roli, nie przesadne ani nazbyt dosłowne. O problemach współpracy z aktorami już trochę powiedziałam. A im większa ilość kolegów  na scenie, tym te trudności się multiplikują. Co więcej: kostiumy, muzyka, choreografia, ruch sceniczny, piosenki – czyli składowe części spektaklu mają także ogromny wpływ na konstruowanie postaci, którą gramy. Mogą zarówno wspomagać, jak i utrudniać tworzenie roli. Ostatecznie teatr to przede wszystkim aktor i widz! Już od premiery widz ma ogromny wpływ na to, jak spektakl jest przez nas grany w danym dniu. Swoimi reakcjami wymusza na nas niejako trochę inny sposób interpretacji. Najlepiej widać to w komedii, gdzie śmiech widowni potrafi nieprawdopodobnie ponieść aktora, podczas gdy brak reakcji zmusza go do większego skupienia i zupełnie innej gry. Pandemia uświadomiła nam z całą wyrazistością, jak bardzo ważną częścią spektaklu jest widz i jego energia.

Sądzę, że dotyczy to także koncertu, literatury… Wiesław Myśliwski twierdzi, że dopiero czytelnik współtworzy jego powieść i każdy robi to w inny sposób, ponieważ ludzie są niepowtarzalni. A zawód aktora jest szczególną profesją.

Każdy zawód ma swoje szczególne potrzeby. Zawód aktora wymaga specyficznego rodzaju poświęcenia, zabiera nam dużą część naszego życia, także prywatnego. Bywa okupiony dużymi wyrzeczeniami, bo choć zdarzają się w nim piękne chwile, to jednak trzeba za nie płacić jakąś cenę. Ktoś, kto nie jest aktorem, raczej tego nie zrozumie. Czasem statyści, gdy sami doświadczają nawet tak błahych niedogodności, jak wielogodzinne oczekiwanie na planie zdjęciowym, wyznają, że nie zdawali sobie sprawy, jak trudna to praca. Bywa, że aktor musi, mimo zmęczenia i niesprzyjających okoliczności, zagrać w pełnym skupieniu kilka trudnych psychologicznie scen albo narażać swoje zdrowie dokonując niemalże kaskaderskich wyczynów. Tak, ten zawód wymaga wiele cierpliwości i samozaparcia, a także poczucia odpowiedzialności. Bywa nawet, że staje się niebezpieczny. Sama przeżyłam kilka zdarzeń, które skończyły się wezwaniem karetki pogotowia. Ostatnim z nich była sytuacja, kiedy kolega upuścił mnie na scenę niczym worek ziemniaków. Poobijałam się, uszkodziłam kręgosłup,  czego skutki odczuwam do dziś, mimo kilkumiesięcznej rehabilitacji. A przecież zawód aktora wymaga fizycznej i psychicznej sprawności.

Dziewica Maryja, "Prezydentki" w reż. Krystiana Lupy, 
fot. z archiwum aktorki
Mam nadzieję, że nie udało się Pani odstraszyć nowych adeptów tego pięknego jednak zawodu (śmiech). Sama Pani postawa – ten nieustający apetyt na granie – są bodaj najlepszym dowodem na to, że zawód aktora przynosi więcej satysfakcji niż zawodów, choć wiadomo, że łatwy nie jest. Przede wszystkim stwarza możliwość zetknięcia się z wybitnymi osobowościami, dającymi impuls do rozwoju. Wspomniała Pani m. in. o Krystianie Lupie i Jerzym Jarockim, należącym do panteonu sztuki teatru.

Tak. Jednym z moich mistrzów jest Krystian Lupa. Wystąpiłam wprawdzie tylko w dwóch jego spektaklach: w  „Damie z jednorożcem” (oraz w „Hannie Wendling”, który był telewizyjną realizacją tego pierwszego) oraz w „Prezydentkach” wg Wernera Schwaba. W pierwszym z nich zagrałam Rozalię, o której już wcześniej wspominałam. Krystian widział ją jako postać bardzo dziwną, wsobną, zagadkową i tajemniczą. Ten reżyser pracuje z aktorem opowiadając wiele o danej postaci, a aktor  przepuszczając tę opowieść przez swoją wrażliwości i doświadczenie buduje rolę.

Czy tak jak Swinarski – jego mistrz – „dopisywał” biografie postaciom scenicznym?

Tak!  Tworzył wokół postaci rozmaite historie. Moja bohaterka miała być w jego zamyśle osobą nieszczęśliwą, głęboko skrzywdzoną. Pracując ze mną nad rolą, poruszał we mnie ukryte struny, oddziaływał na wyobraźnię  i potrafił mnie nawet doprowadzić do płaczu, jeśli była taka potrzeba. Dzięki niemu poszukiwałam emocji mojej bohaterki w sobie samej, ale także w otaczającym mnie świecie. Do tego miałam znakomitych partnerów, m. in. Krzesisławę Dubielównę jako Kucharkę oraz Mariusza Kiliana jako Ogrodnika, podczas gdy ja grałam Służącą Rozalię. Żyłam tą rolą! Miałam czas na to, aby zbudować tę postać w najmniejszych szczegółach. Nie było żadnej przypadkowości. I było to w dużej mierze zasługą Krystiana. Mam nadzieję, że teatr jeszcze powróci do tego rodzaju tworzenia, gdzie każdy detal, każde słowo  jest ważne. Krystian nauczył mnie tego, że muszę sobie stworzyć cały świat postaci, aby dotrzeć do widza po to, aby jej współczuł, a może nawet nią gardził, ale aby nie pozostał obojętny. Z kolei w „Prezydentkach” miałam niewielkie zadanie  – byłam Dziewicą Maryją, która przychodzi i pochyla się nad pogubionymi, zrozpaczonymi bohaterkami. Jednak i ta epizodyczna postać miała ogromne znaczenie – jej wygląd, specyficzna tandeta pochodziły z wyobraźni trzech głównych postaci, ich brudnego, okropnego świata. Mogłam także obserwować, jak Krystian Lupa pracował z moimi koleżankami nad ich dużymi rolami. To było wspaniałe doświadczenie!

Zagrała Pani także u innego wybitnego twórcy teatru (bo powiedzieć „reżyser” to za mało) – u Jerzego Jarockiego, który zrealizował we Wrocławiu kilka znakomitych przedstawień. Jaki był Jarocki jako reżyser?

Zagrałam u Jerzego Jarockiego w „Pułapce” Tadeusza Różewicza jedną z małych dziewczynek - Elli. Wyznam, że to, co działo się na próbach, było godne zapamiętania. Ułożenie w szafie ludzi, którzy ukrywali się przed gestapo, trwało godzinami! Ważne było tempo, kolejność, układ postaci, najmniejsze spojrzenie … Pamiętam, jak Edwin Petrykat (Herman, ojciec) godzinami uczył się, jak wielkimi sztućcami pokroić indyka (zawsze ptak był prawdziwy), a potem komu z nas i jaki kawałek przydzielić – to miało istotne znaczenie! Jerzy Jarocki był w swoich wymaganiach bardzo precyzyjny, nadawał tempo naszej grze, czasami pracował z aktorem nad jednym zdaniem godzinami. Był reżyserem, który dążył do osiągnięcia prawdy w teatrze – Jego prawdy.

Aldona Struzik, Włodzimierz Press, i Magdalena Mokrzycka. "Pułapka" w reż. Jerzego Jarockiego,
30 maja 1992  Teatr Polski (Wrocław), fot. Stefan Okołowicz, źródło: Instytut Teatralny

Podobnie jak Tadeusz Kantor, który zawsze miał precyzyjną wizję swojego spektaklu.

Dokładnie tak. Myśmy często tego nie rozumieli, dlaczego tak ma być, ale efekty tej pracy były olśniewające. W „Pułapce” bliskość widzów pozwalała im poczuć np. nasz strach lub inne emocje.
Podobnie pracującym reżyserem jest także Rudolf Zioło. Zagrałam u niego Justysię w spektaklu „Kubuś Fatalista i jego pan” Diderota, a kilka lat później postanowił mnie obsadzić w kolejnej roli. Pracowaliśmy wówczas nad „Mizantropem”, w którym zagrałam Eliantę – postać dla mnie trudną, bo wsobną i hieratyczną, a do tego niezwykle dystyngowaną, czyli taką, jaką nie jestem (śmiech). Rudek mnie bardzo pięknie prowadził, bo cierpliwie osadzał w tej roli, polecił mi nawet obniżyć głos i ograniczyć ruch. Rezultat był taki, że jeden z moich kolegów, zdumiony moją nową odsłoną, gratulował mi po spektaklu, twierdząc, że wykonałam ogromny skok, czym sprawił mi wielką przyjemność.

Zdarzyło się też Pani współpracować z kobietami – reżyserkami, np. z Ulą Kijak – jakie to doświadczenie?

Zagrałam gościnnie w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu – w „Sztandarze ze spódnicy” – spektaklu na podstawie tekstów Gabrieli Zapolskiej. Reżyserka celowo dobrała aktorki różnych pokoleń. Byłam zdumiona, kiedy Ula obsadziła mnie w roli Kokoty, co było dla mnie kolejnym wyzwaniem. Była bezkompromisowa w dochodzeniu do prawdy o postaci i bardzo lubiłam z nią pracować, a poza tym jestem jej wdzięczna, bo i ona stworzyła mnie „od nowa”. Otrzymałam nie tylko rudą perukę, ale także polecenie, aby zagrać osobę czującą wyższość w stosunku do całego świata. Z tą rolą wiąże się też pewna anegdota. Otóż na premierę przyszła moja koleżanka wraz z mamą i przez długi czas trwania spektaklu kompletnie mnie nie rozpoznała. Podobnie twierdzili moi studenci – że byłam kimś kompletnie innym, a to była najlepsza recenzja tej roli!

Jako Adela w "Xięgach Schulza" w reż. Jana Szurmieja,
z Dariuszem Bereskim w roli Józefa, fot. Jan Oborski, Jarek Kuśmierski
Aktualnie gra Pani znaczącą rolę kobiecą – Adelę w „Xięgach Schulza” w reżyserii Jana Szurmieja. Trudno oprzeć się wrażeniu, że koło się zamyka: kiedyś ”Sztukmistrz z Lublina”, a dziś… Jaka jest Pani Adela – dojrzała, a zarazem bardzo kobieca?

Adela jest symbolem matki, opiekunki, będąc zarazem znakiem kobiecości. Dla mnie jest to postać niejednoznaczna: z jednej strony kusi młodego bohatera, ale też roztacza nad nim opiekę. To piękny poetycki spektakl.
Lubię także rolę Jewtuszenki – matki Marusi w przedstawieniu „Zmierzch świtem” w reżyserii, inscenizacji i choreografii Jana Szurmieja, bo jest zupełnie inną postacią niż te dotychczas przeze mnie grane. Aby stworzyć tę postać, powróciłam do lektury dramatu i „Opowiadań odeskich” Babla. Pijana, prostacka, pazerna, a zarazem głęboko nieszczęśliwa, szukająca za wszelką cenę polepszenia swojej egzystencji – Jewtuszenko jest postacią, jakiej do tej pory nie grałam.  

Ma Pani za sobą również doświadczenie pracy w Teatrze Telewizji oraz w filmie. Kilkakrotnie zagrała Pani u Waldemara Krzystka, Kazimierza Kutza… Na czym w Pani przypadku polega bycie aktorem filmowym?

Zaczynałam swoją przygodę z kinem jeszcze jako studentka – od debiutanckiego filmu Waldemara Krzystka: „W zawieszeniu”, gdzie zagrałam epizodyczną rolę, ale było to dla mnie prawdziwe wydarzenie, bo po raz pierwszy zetknęłam się z kamerą i pracą na planie filmowym. Potem był Teatr Telewizji, gdzie wystąpiłam jako Irena Goldfarb w sztuce „Dobry adres”, również w reżyserii Waldemara Krzystka. To był bardzo dobry spektakl, a Krzystek okazał się niezwykle utalentowanym wnikliwym reżyserem.

Z Krzysztofem Globiszem w "Kartotece rozrzuconej" w reż. Kazimierza Kutza
Natomiast z Kazimierzem Kutzem miałam szczęście pracować przy „Kartotece rozrzuconej” Tadeusza Różewicza. Przy tej okazji miałam szczęście grać razem z Krzysztofem Globiszem i Jerzym Trelą. Mnie przypadła w udziale rola Sekretarki Bohatera, którego grał Krzysztof Globisz. Przez wiele godzin dziennie leżałam w łóżku wraz z nim, a wokół nas toczyła się akcja. Na koniec kamera jednym ujęciem filmuje wszystkie postacie, które pojawiają się w życiu Bohatera. Kazimierz Kutz to jeden z najwspanialszych polskich reżyserów, mający swój charakterystyczny styl i sposób bycia na planie filmowym. Czasami mówił bardzo dużo, stosując swoje słynne „przerywniki”, które jednak nikogo nie raziły, a niekiedy popadał w milczenie, a aktorzy grali swoje role. To był dla mnie bardzo dobry czas. Polubiliśmy się z Krzysztofem Globiszem, wiodąc po pracy długie rozmowy. A Jerzy Trela z wielką atencją odnosił się do mojej pracy. Muszę przy tej okazji stwierdzić, że im większy aktor czy reżyser, tym prezentuje większy szacunek do zawodu i do ludzi.

Wystąpiła Pani także w filmie Antoniego Krauzego „Smoleńsk”, co zresztą przysporzyło Pani kłopotów i nie podobało się w tzw. środowisku. Jak się współpracowało z tym wielce skądinąd zasłużonym reżyserem?

Wielkie wrażenie zrobił na mnie „Czarny czwartek” i od tego czasu bardzo chciałam zagrać u Krauzego. Wprawdzie „Smoleńsk” okazał się nie tak wybitny, ale bardzo dobrze się nam współpracowało, bo to był bardzo  mądry, oczytany człowiek. Kiedy się spotkaliśmy, był już nieco zmęczony, czuł mocną presję i chyba sobie z tym nie poradził…

Współpracowała Pani także z Agnieszką Holland przy „Pokocie” – jakie wrażenia?

Zagrałam tam wprawdzie niewielką rólkę, ale miałam szansę obserwować panią Holland przy pracy. Doskonale wie, czego chce od aktora, jest konkretna, opanowana i szalenie precyzyjna – to była prawdziwa lekcja! Agnieszka Holland swoim sposobem reżyserowania przypomina mi Jerzego Jarockiego, a przy tym jest sympatyczna, uśmiechnięta, kobieca, ciekawa ludzi. Przy okazji grania w filmach mam taką refleksję, że o ile w teatrze można mieć wpływ na budowanie roli, o tyle w filmie zawsze ostatnie słowo ma reżyser i montażysta.

Tak, film ostatecznie powstaje w montażu, podczas gdy sztuka teatralna rodzi się z próby na próbę. Jest to chyba jednak ryzyko, które aktor musi zaakceptować, jeśli uczestniczy w takich projektach… W swojej karierze zawodowej była Pani nie tylko aktorką teatralną i filmową, ale również wykładowczynią w PWST – jak się Pani spełniała w tej dziedzinie? Podobno studenci Panią kochali.

Pracowałam w PWST przez dziesięć lat i uwielbiałam to robić! Zaproponowała mi tę pracę Jadwiga Skupnik, moja przyjaciółka, pokazując najpierw, jak pracuje ze studentami, a później coraz bardziej się usamodzielniałam, sama prowadząc zajęcia z wiersza. Swoją pracę wykonywałam z wielkim zapałem, bo bardzo lubię młodzież i w ogóle ludzi. Poświęcałam wiele czasu na to, aby każdy mógł znaleźć własną interpretację. Z pewnością jest to trudniejsza droga, nie od razu przynosząca efekty. Te pojawiają się czasem po wielu latach, ale taki jest los nauczyciela – to, co robi, jest niemierzalne. Ponieważ ciągle brakowało mi czasu, toteż zabierałam dodatkowo swoich studentów na warsztaty z młodzieżą i seniorami, gdzie również mogli się czegoś nauczyć. Przygotowywałam także ze studentami spektakl „Baśń o Kluskowej Bramie”, który wielokrotnie zagrali w Sali Koncertowej Radia Wrocław. Główną postać – narratora, opowiadacza, dziadka, uwielbianego przez dzieci – grał nieżyjący już, niestety, Stasio Wolski, a pozostałe postaci grali moi studenci. Muzykę do tego spektaklu napisał mój brat Tomek, który jest kompozytorem. Dla mnie było to bardzo interesujące doświadczenie, bo nie tylko reżyserowałam i przygotowałam choreografię, ale musiałam też zapanować nad całą masą spraw organizacyjnych. 

Aldona Struzik w wyreżyserowanym przez siebie monodramie 
"Daisy - błękitna tożsamość", fot. Piotr Dziedziul
Przydały się więc doświadczenia z okresu, kiedy przygotowywałam monodram „Daisy”, który był dla mnie lekcją pokory i wytężonej pracy. Chciałam pokazać bohaterkę nie tyle jako arystokratkę, ale przede wszystkim jako kobietę, w której mogłaby się zobaczyć każda z nas. Koncepcja przedstawienia przypominała trochę "Ostatnią taśmę Krappa" S. Becketta: stara kobieta wspomina swoje życie (ta część została wcześniej nagrana na taśmie filmowej), a ja grałam na żywo młodszą bohaterkę. Premiera w Teatrze Zdrojowym w Szczawnie Zdroju zaowocowała sukcesem u publiczności, a ja poczułam ulgę i radość, że się udało. Praca nad monodramem i w szkole teatralnej była rodzajem rekompensaty za trudny czas w teatrze, kiedy grałam niewiele.

Od paru lat znowu gra Pani częściej w spektaklach Teatru Polskiego.

Tak, rzeczywiście gram więcej, z czego się bardzo cieszę. Ale najbardziej życzyłabym sobie, aby po trudnym okresie pandemii widzowie znowu wrócili  w komplecie na widownię naszych scen i by wychodzili z teatru zawsze zadowoleni, zainspirowani i usatysfakcjonowani.

Życzę więc, aby te marzenia się spełniły. Dziękuję za rozmowę.


poniedziałek, 7 stycznia 2019

"Farinelli" w Teatrze Polskim: Trzech autorów w poszukiwaniu postaci /recenzja teatralna/

18 czerwca 2011 roku na Scenie Kameralnej Teatru Polskiego zaprezentowano prapremierowe przedstawienie „Farinellego” w reżyserii Łukasza Twarkowskiego. W monodramie  wystąpił Bartosz Porczyk. Scena jest rodzajem „pokoju wyobraźni”, istniejącym poza czasem albo raczej w czasie subiektywnym głównego bohatera. W przestrzeni tej aktor spotyka się z Farinellim, a także z sobą samym – z własnymi problemami i ograniczeniami.



Spektakl nawiązuje wprawdzie swoim tytułem do postaci najsłynniejszego z kastratów, ale nie jest - jak film Gerarda Corbiau – osnute na kanwie biografii śpiewaka. Tekst sztuki powstał w wyniku współpracy trzech osób: reżysera Łukasza Twarkowskiego, aktora Bartosza Porczyka i dramaturg Anki Herbut. Jest to – jak czytamy w programie – „eksperyment na żywej tkance ciała aktora, performera, sztuki”.

Odwracając tytuł znanej sztuki Luigi Pirandello (Sześć postaci scenicznych w poszukiwaniu autora), można by rzec, iż jest to sztuka o tym, jak trzech autorów poszukuje postaci, w tym przypadku – Farinellego.


Bartosz Porczyk jako Farinelli, T. Polski we Wrocławiu

Zarówno temat, jak i akcja sztuki (o ile można użyć tych kategorii pojęciowych w odniesieniu do tego przedstawienia) rozgrywa się równolegle na scenie i na ekranie. Podobnie jak współczesny człowiek, bohater ogląda siebie okiem kamery (już nie lustra). Scena jest rodzajem „pokoju wyobraźni”, istniejącym poza czasem albo raczej w czasie subiektywnym głównego bohatera. W przestrzeni tej aktor spotyka się z Farinellim, a także z sobą samym – z własnymi problemami i ograniczeniami.

Kim był tytułowy bohater? Najsłynniejszym włoski śpiewakiem operowym, którego prawdziwe nazwisko brzmiało Carlo Broschi. Urodził się w południowych Włoszech w 1705 r., zmarł w 1782 r. w Bolonii. Podobno miał imponującą skalę i niezwykłą barwę głosu. Właściwie niewiele o nim wiadomo poza legendą, nie zachowały się bowiem żadne dokumenty ani pamiątki po nim. Dla twórców przedstawienia jest on rodzajem fantazmatu, symbolu, punktu odniesienia – jako mityczny śpiewak, a zarazem pozbawiony wyraźnych cech płciowych damsko-męski twór.


Bartosz Porczyk jako Farinelli, T. Polski we Wrocławiu
Sztuka jest monodramem, w którym aktorowi towarzyszy Chłopiec (Kacper Kuryś). Chłopiec ów to postać Farinellego sprzed kastracji, symbol czasów niewinności i naiwnej wiary, że baśnie się spełniają.  Ta, którą opowiada, nie daje jednak nadziei, przeciwnie - odbiera złudzenia. Aktor także opowiada swoją baśń o Farinellim -  o roli, o grze i o śpiewie, o teatrze i operze. Marzenia Chłopca lądują na śmietniku. Marzenia aktora o swojej roli – także okazują się niemożliwe do spełnienia.

Najbardziej interesujące w tej sztuce jest właśnie zmaganie się aktora z rolą. Bartosz Porczyk – obnażony, a jednak nadal sztuczny, parafrazuje Gombrowicza: „poniedziałek – nie ja, wtorek – nie ja…”. Porczyk w obcisłym trykocie i z piórami na głowie miota się po scenie czy też – jak sam powiada – „kroczy” i w żaden sposób nie może utożsamić się z rolą, „stać się” bohaterem. W końcu wychodzi z pudełka sceny, ponieważ chce „lepiej zarządzać swoimi marzeniami”, nie sprzedawać się. I wówczas następuje najbardziej bodaj poruszający moment tej sztuki. Aktora nie ma na scenie, za to słychać arię zaśpiewaną głosem… No właśnie, czyim głosem?  A może to bez znaczenia, ważne, że głos ten porusza, bo jest piękny.
Aktor zszedł ze sceny. Przychodzi na myśl znany cytat z „Makbeta” Williama Szekspira:

Życie jest jedynie 
Przelotnym cieniem; żałosnym aktorem, 
Co przez godzinę puszy się i miota 
Na scenie, po czym znika; opowieścią 
Idioty, pełną wrzasku i wściekłości, 
A nie znaczącą nic.

Recenzja ukazała się na portalu PIK Wrocław 20 czerwca 2011 roku.

sobota, 5 stycznia 2019

„Titus Andronicus” Jana Klaty Quentinem Tarantino oswojony /zapowiedź/

Mistrz ze Stratfordu przedstawia wprawdzie historię, która rozgrywa się w starożytnym Rzymie, ale w inscenizacji Jana Klaty jest to opowieść o zderzeniu cywilizacji – o „jakże "pogodnym" sąsiedztwie Polaków i Niemców”, jak zauważył ironicznie reżyser. Spektakl grany przez artystów polskich i niemieckich będzie miał swoją podwójną premierę: we Wrocławiu (15 września 2012 roku) i w Dreźnie (28 września 2012 roku).




Najnowszy spektakl Jana Klaty „Titus Andronicus” jest oryginalną sceniczną adaptacją tragedii Williama Shakespeare`a oraz fragmentów utworu Heinera Müllera „Anatomia Tytusa Fall of Rome Komentarz do Szekspira".

Być może potrzebowaliśmy Quentina Tarantino – powiedział reżyser na spotkaniu z dziennikarzami 12 września 2012 roku – aby zrozumieć związki między tym, co okrutne a tym, co okrutnie śmieszne.

Mistrz ze Stratfordu przedstawia wprawdzie historię, która rozgrywa się w starożytnym Rzymie, ale w inscenizacji Klaty jest to opowieść o zderzeniu cywilizacji – o „jakże pogodnym sąsiedztwie Polaków i Niemców”, jak zauważył ironicznie reżyser. Spektakl grany przez artystów polskich i niemieckich będzie miał swoją podwójną premierę: we Wrocławiu (15 września) i w Dreźnie (28 września).

Wolfgang Michalek jako Titus Andronicus, fot. Sebastian Martinez

Tragedia Shakespeare`a posługuje się niezwykle poetyckim językiem, który nie tyle skrywa, co opisuje okrucieństwo – skomentował tekst oryginału reżyser.

Opowieść rozpoczyna triumfalny powrót generała Tytusa Andronicusa do Rzymu, po dziesięcioletniej, zwycięskiej wojnie z Gotami. Zwycięstwa okupił jednak śmiercią swoich 21 synów. Jest stary i nie pragnie władzy, mimo że mu ją proponują. Chciałby zaznać spokoju u boku jedynej córki, Lavinii, która ma zostać żoną cesarza. Zostaje jednak zgwałcona i okaleczona w akcie zemsty przez synów królowej Gotów Tamory. Jakby powiedział nasz wieszcz narodowy: „Gwałt się gwałtem odciska”; zbrodnie i okrucieństwo mnożą się w sposób zatrważający.Bardzo długo uważano, że „Titus Andronicus” jest zbyt okrutnym dramatem i że być może nie wyszedł spod pióra Mistrza ze Stratfordu. Nawet tak wybitny poeta jak T.S. Eliot oświadczył, że tragedia ta jest „jednym z najgłupszych i najbardziej banalnych dramatów, jakie kiedykolwiek napisano”. Jako ciekawostkę warto dodać, że akty brutalnej przemocy zostały skatalogowane w 1979 roku przez S. Clarke Hulse, który naliczył: 14 zabójstw, 9 z nich na scenie, 6 odciętych członków, jeden pogrzeb, jeden przypadek obłędu i jeden kanibalizmu - średnio 5,2 okrucieństw w akcie lub jeden na każde 97 wierszy. Swój nowy żywot zawdzięcza tekst wybitnemu twórcy i inscenizatorowi – Peterowi Brookowi, który w 1955 roku wystawił dramat we wspaniałej obsadzie: z Laurence Olivierem jako Tytusem Andronicusem i Vivien Leigh jako Lavinią.


Titus Andronicus w reż. Jana Klaty, fot. Sebastian Martinez

Polska prapremiera „Tytusa Andronicusa” odbyła się w Teatrze im. S. Jaracza w Łodzi 27 września 1987 roku, w reż. Macieja Prusa i w przekładzie Leona Ulricha. W 2006 roku wystawiono tę sztukę w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku, w reż. Moniki Pęcikiewicz i w przekładzie Ulricha i Słomczyńskiego.Dramat napisany w 1984 roku przez Heinera Müllera – wybitnego autora ze wschodnich Niemiec – miał okazać się proroctwem zapowiadającym upadek radzieckiego imperium. Czy dzisiaj można go odczytywać jako proroctwo dotyczące przyszłości Europy, targanej niepokojami ekonomicznymi i politycznymi? Europy, której kodeks moralny – zorganizowany wokół idei wolności, solidarności, poszanowania różnorodności oraz uniwersalnych praw człowieka – rozpada się obecnie pod naporem wewnętrznych konfliktów, rosnącego poczucia egzystencjalnej niepewności oraz lęku przed tym, co obce. Goci Müllera zabijają tak samo okrutnie i bezmyślnie jak Rzymianie, czym prędzej pragnąc zająć ich dominującą pozycję. Obie strony są równe sobie w okrucieństwie.


Titus Andronicus w reż. Jana Klaty, fot. Sebastian Martinez

Przedstawienie Jana Klaty ma szansę stać się wydarzeniem, ponieważ – jak to czynił wielokrotnie wcześniej – klasyczny tekst staje się w jego interpretacji refleksją o współczesnym świecie. Aby ukazać, co się dzieje na styku dwóch odmiennych kultur, zaprosił do współpracy niemieckich aktorów. Postacie w przedstawieniu Jana Klaty zamieniają się językami: Polacy mówią – ułomnie - po niemiecku, Niemcy – jeszcze gorzej po polsku. Podkreśla to, jak wątpliwym środkiem porozumienia jest język. Więcej przemawiają emocje, mowa ciała, spojrzenia postaci. Ubrani we współczesne T-shirty z napisami, bohaterowie poruszają się w przestrzeni, którą wypełniają liczne kufry, przypominające nie tylko o tymczasowości egzystencji i wędrówce człowieka, ale kojarzące się z trumnami i wykorzystane również w
funkcji wanny lub łoża.

Szukamy przemocy w kontaktach międzyludzkich. Ilość okrucieństwa i zła, którą sobie postaci nawzajem zadają – powiedział Jan Klata – jest bezprecedensowa. Zmierzenie się z tym jest wielkim wyzwaniem dla artysty.

W oczekiwaniu na spektakl pozostaje mieć nadzieję, że i tym razem reżyser „Sprawy Dantona”, „H”, „Utworu o Matce i Ojczyźnie” i wielu innych wybitnych inscenizacji, nie pozostawi nas obojętnymi i zmusi do refleksji nad otaczającym nas światem i jego problemami.

Artykuł ukazał się na portalu PIK Wrocław 12 września 2012 roku.

niedziela, 17 czerwca 2018

"Burza" Szekspira: Ile jest teatru w teatrze... i w nas /recenzja teatralna/

Krzysztof Garbaczewski o teatrze i meandrach wolności w nietypowej inscenizacji szekspirowskiej "Burzy" w Teatrze Polskim we Wrocławiu.



Swoimi przedstawieniami Krzysztof Garbaczewski przyzwyczaił poniekąd widzów do tego, że tekst, po który sięga, staje się właściwie pretekstem, aby opowiedzieć o człowieku i o świecie. Jak w "Opętanych" Witolda Gombrowicza (Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu) czy "Biesach" według F. Dostojewskiego (Teatr Polski we Wrocławiu), interesuje go przede wszystkim kondycja człowieka we współczesnym świecie.

Instalacje i wideo

Opowiada o niej w charakterystyczny dla siebie sposób, tworząc rodzaj teatralnych instalacji, częstokroć będąc autorem scenografii do swoich przedstawień. Synkretyczna stylistyka jego spektakli oraz stosowanie projekcji wideo mają na celu  ukazanie pewnego typu odbiorcy, który został ukształtowany przez kino, telewizję i internet.
Burza w reż. Krzysztofa Garbaczewskiego, T. Polski Wrocław

"Burza" - rzecz o teatrze i o wolności

Tym razem Garbaczewski sięgnął po tekst "Burzy" Szekspira, a przedmiotem refleksji uczynił nie tylko zagadnienie wolności człowieka, ale także sam teatr.  Interesuje go świat teatru, jego niewidoczne dla widzów kuluary, gdzie dyskutuje się na temat sztuki, literatury, podróży. Rozmowy ciągnące się w nieskończoność. Czasami "o niczym", niekiedy o sprawach istotnych.Tak czy owak to miejsce, do którego widz nie ma dostępu, a więc tajemnicze i budzące ciekawość. Jeśli ktoś sobie wyobrażał dyskusje na temat Szekspira i tego, jak powinien być zagrany, ten srodze się zawiedzie. To nie są czasy Swinarskiego. Życie stało się miałkie, taki też jest teatr. Aktorzy mają świadomość uczestniczenia w sztucznym świecie teatru. Jak więc dziś zagrać Szekspira?

Marcin Pempuś i Ewa Skibińska w Burzy Szekspira, T. Polski

Osobnym zagadnieniem jest treść samej sztuki. W tym wypadku reżyser położył nacisk na zagadnienie wolności. Prospero za pomocą czarów rządzi wyspą, ale zarazem jest nią ograniczony i zniewolony. Ogranicza go również myśl o wyrządzonej mu przed laty krzywdzie - ciągle tym żyje. Pragnie też pomsty. W przedstawieniu Garbaczewskiego Prospero jest kobietą (Ewa Skibińska), a to rodzi inne relacje z córką. Z Mirandą (Małgorzata Gorol) łączy ją bardzo silna więź. Matka drży o córkę, więc chroni ją i nie chce, aby dorosła. W rezultacie jest ona dzikim zwierzątkiem. Dopiero miłość pozwoli się jej od matki uwolnić. Ale jest to z pewnością długi proces.

Kształt sceniczny przedstawienia

Podobnie też, jak w poprzednich inscenizacjach tego reżysera, istotną, jeśli nie kluczową rolę odgrywa scenografia. Garbaczewski i tym razem współpracuje z Aleksandrą Wasilkowską.

Warto przypomnieć, że jest ona architektką, której projekty mają charakter interdyscyplinarny i stanowią rezultat poszukiwania związków między problematyką szeroko pojętej architektury a kwestiami poruszanymi m.in. przez socjologię i psychologię społeczną. W "Życiu seksualnym dzikich" stworzyła przestrzeń sceniczną, której centralnym punktem był basen z wodą, rząd wiszących przy podłodze świetlówek oraz instalacja "Czarna wyspa". Część akcji była transmitowana za pomocą kamer umiejscowionych na korytarzu.

Burza w reż. Krzysztofa Garbaczewskiego, T. Polski Wrocław
W "Burzy" przestrzeń sceniczna jest równie oryginalna i wieloznaczna. Podzielona została na dwie części: górną stanowi szeroki ekran, na którym wyświetlane są sceny dziejące się "w teatrze", za jego kulisami, natomiast dolną stanowi wyspa, gdzie rozgrywa się akcja. Słabo oświetlona, sprawia wrażenie nieco odrealnionej, jakby ze snu. Scenę wypełniają obracające się lustra, które odbijając światło, rażą oczy widzów, prowokując ich i drażniąc. Burza zdaje się dotyczyć ich także... Błyskom towarzyszą skrzeczenia egzotycznych ptaków. Kostiumy  Sławka Blaszewskiego pozostają w tonacji czerni i szarości, poza wyjątkiem Króla Neapolu, również granego przez kobietę (Halina Rasiakówna). Dopiero w finalnej scenie następuje zmiana strojów na jasne, symbolizujące radość.

Burza w reż. Krzysztofa Garbaczewskiego, T. Polski Wrocław
Najnowszy spektakl Krzysztofa Garbaczewskiego jest bez wątpienia nowatorską i pełną ukrytych znaczeń interpretacją dramatu Szekspira, której przeoczyć nie sposób.

Premiera "Burzy" w reż. Krzysztofa Garbaczewskiego odbyła się 7 lutego 2015 r. w Teatrze Polskim we Wrocławiu, na Scenie im. Jerzego Grzegorzewskiego 

Recenzja ukazała się 19 lutego 2015 roku na portalu Kulturaonline.pl

sobota, 16 czerwca 2018

”Bar pod zdechłym psem”: Blues poety /recenzja teatralna/

W Teatrze Polskim we Wrocławiu zaprezentowano monodram na podst. tekstów Władysława Broniewskiego: ”Bar pod zdechłym psem”. To przemyślany i bogaty przekaz artystyczny, opowiadający o dramacie człowieka i poety.

Po swoistej ”zapaści” Teatr Polski we Wrocławiu zaprezentował dwa premierowe spektakle – oba interesujące. Pierwsza premiera odbyła się 3 marca i był nią spektakl na podstawie tekstów Władysława Broniewskiego: ”Bar pod zdechłym psem”. Brawurowo zagrany monodram Dariusza Bereskiego, który jest jednocześnie autorem scenariusza spektaklu, okazał się bardzo interesującą wypowiedzią artystyczną. Nie jest to co prawda przedstawienie w pełnym tego słowa premierowe, Bereski bowiem zaprezentował swój monodram kilka lat temu (dokładnie w 2013 roku) w Teatrze Kamienica w reż. Emiliana Kamińskiego. Jednakże informacja o opiece reżyserskiej Cezarego Morawskiego wskazuje, że mamy do czynienia z nową odsłoną tego monodramu.

Dariusz Bereski w monodramie "Bar pod zdechłym psem", fot.  Wiktoria Matyja

Blues poety


Bohaterem jest po trosze sam Broniewski (wykorzystano nie tylko jego wiersze, ale również fragmenty ”Pamiętnika”), poeta, alkoholik i człowiek rozdarty. To nie jest Broniewski, jakiego znamy ze szkoły – jako autora patetycznych wierszy w rodzaju ”Bagnet na broń”. Tamten Broniewski, z ”akademii ku czci” to raczej zakłamany wizerunek poety, który lansowały władze komunistyczne. Ten pełny, prawdziwy ciągle jest jeszcze do odkrycia. Dziś okazuje się, m.in. dzięki takim monodramom, jak ”Bar pod zdechłym psem”, że to twórca ogromnie interesujący – taki Pilch w poezji. W spektaklu to przede wszystkim poeta ”prywatny”, człowiek z chorobą alkoholową, pijący na całego, na umór, na ostro, miotający się i gotów, jak Faust, oddać duszę diabłu, byle wlał mu on do żył radość miast alkoholu… Ale duszy poety nie chce nawet diabeł…

Dariusz Bereski w monodramie "Bar pod zdechłym psem", fot.  Wiktoria Matyja
Więcej nawet, bo Broniewski to także tragiczna biografia, również nie w pełni znana. Aluzje do niejasnej śmierci ukochanej córki Anki, zamknięcie w psychuszce po pogrzebie – wszystko to znajdziemy w monodramie Dariusza Bereskiego, który znakomicie uchwycił coś, co można by określić jako stan ducha bohatera, który z człowieka niezwykle witalnego wstępuje na drogę samozniszczenia: ciągłe zagłuszanie smutku ”madame wyborową”, depresja i bezsenność, a w spektaklu również alkoholowe próby samobójcze.

Dariusz Bereski w monodramie "Bar pod zdechłym psem", fot.  Wiktoria Matyja
Opowieść o życiu poety jest jak ”wściekłość i wrzask”, ale ma także swoje liryczne momenty. Broniewski – co doskonale słychać we frazach jego wierszy – jest poetą postromantycznym, dla którego twórczość rodzi się z miłości i cierpienia. Pozostaje jednak poczucie klęski – przekonanie, że głupio roztrwoniło się życie i zasłużyło na ostateczny upadek. Jedyne, co mnie nie przekonało w tej sztuce, to jej ostatnia część, która  – ku zaskoczeniu widza wprowadzonego w wisielczy nastrój bohatera – kończy się jakimś niezrozumiałym happy andem.

Dojrzały artystycznie przekaz


Dariusz Bereski znakomicie ”oswoił” poezję Broniewskiego, wydobywając z niej wszystkie niuanse i w każdym momencie spektaklu jego monolog zawierał w sobie artystyczną prawdę o człowieku. Być może to dlatego, że aktor sam jest poetą – opublikował cztery tomy wierszy i jest członkiem Związku Literatów Polskich oraz Mistrzem Mowy Polskiej Vox Populi 2012.

Ale to nie wszystko. Monodram ”Bar pod zdechłym psem” jest także znakomity aktorsko: Dariusz Bereski śpiewa z towarzyszeniem grających na żywo muzyków, tańczy (także z siedzącymi na widowni paniami), a jego grę wspomaga światło, tworząc przemyślany i bogaty przekaz artystyczny. Niewielka ilość rekwizytów (głównie płaszcz i pochowane tu i tam ”piersiówki”) oraz skromne dekoracje (ławka w parku pokrytym liśćmi) zostały w przemyślany sposób ”ograne” na różne sposoby. Dodajmy też, że muzykę do tego spektaklu napisał sam Włodzimierz Nahorny. ”Bar pod zdechłym psem” to bardzo dobry i godny polecenia spektakl.

Dariusz Bereski w monodramie "Bar pod zdechłym psem", fot. Wiktoria Matyja
Premiera monodramu Dariusza Bereskiego ”Bar pod zdechłym psem” pod opieką reżyserską Cezarego Morawskiego odbyła się 11 marca 2017 roku na Scenie na Świebodzkim.

Recenzja ukazała się na portalu Kulturaonline.pl  19 marca 2017 roku.

"Acid Snow" i skandalista Rolf Alme /recenzja teatralna/

Jak dziś prezentować Ibsena na scenie? Czy nadal jest nośny (obyczajowo, językowo)? Okazuje się, że tak, skoro reżyserzy teatralni ciągle po niego sięgają. Przedstawienie wrocławskie Rolfa Alme sytuuje się na tle innych jako najbardziej twórcze, a jednocześnie najbardziej niepokojące.


Rolf Alme, norweski reżyser i scenograf, przymierzał się już wcześniej do autorskiego wystawienia "Nory" Henryka Ibsena. Zrezygnował jednak z doborowej obsady aktorskiej Teatru Starego, ponieważ w jego zamierzeniu miała to być wypowiedź pokolenia młodych, myślących inaczej zarówno o teatrze, jak i o otaczającej go rzeczywistości. Norwegowi potrzebny był aktor w tym znaczeniu, jak to rozumiał Craig - tworzywa teatralnego: plastyczny i podatny. I takich aktorów znalazł we Wrocławiu.

Spektakl ma formę opowieści o dramacie Ibsena "Dom Lalki (Nora)", który powstał latem 1879 roku, a jego prapremiera odbyła się  21 grudnia w Królewskim Teatrze w Kopenhadze.  Do daty premiery oraz do zimy (której nota bene w tekście nie ma - to typowy dramat mieszczański, rozgrywający się we wnętrzach) odwoływać się będą wielokrotnie występujące w spektaklu Rolfa Alme postaci. Nawiązanie do zimy znajduje się również w tytule sztuki: "Acid Snow [Będzie jeszcze zimniej] i stanie się ostatecznie także jej przesłaniem.

Paulina Chapko jako Nora, fot. Jan Oborski
Dramat Ibsena bierze w obronę kobietę tkwiącą w zakłamanym, mieszczańskim i patriarchalnym systemie.. W tamtych czasach kobiety nie miały żadnych praw - były absolutnie zależne od mężczyzn. Nora tylko raz samodzielnie podjęła decyzję, pragnąc ratować męża, nie narażając go jednocześnie na psychiczny dyskomfort. Aby zdobyć pieniądze, musiała sfałszować weksel (podpisywali je tylko mężczyźni), a potem przez lata w tajemnicy przed mężem spłacała zobowiązanie. Kiedy na skutek zbiegu okoliczności Torwald dowiedział się o tym, nie tylko nie był jej wdzięczny, ale potępił jako osobę niemoralną, a więc nie mającą kwalifikacji do pełnienia roli żony i matki. Na skutek tego doświadczenia Nora dojrzewa i postanawia odejść. Pragnie zrozumieć, kim naprawdę jest, odzyskać podmiotowość: Jestem przede wszystkim człowiekiem - takim samym jak ty... - mówi do męża.

Acid Snow, scena zbiorowa, fot. Jan Oborski
Dodajmy, że sztuka Ibsena okazała się bardzo nośna i wywołała żywą dyskusję na temat roli kobiet, w rezultacie której Norwegia stała się wkrótce jednym z pierwszych krajów, gdzie dopuszczono kobiety do studiów uniwersyteckich, do urzędów państwowych, a co najważniejsze - uwolniono je spod kurateli i nadano im prawa wyborcze.

Acid Snow, scena zbiorowa, fot. Jan Oborski

Powstaje pytanie: jak dziś prezentować Ibsena na scenie? Czy temat nadal jest nośny (obyczajowo, językowo)? Okazuje się, że tak, skoro reżyserzy teatralni ciągle po niego sięgają. Michał Siegoczyński w Teatrze Nowym w Poznaniu pokazał Norę jako produkt współczesnej popkultury, którą wykorzystuje mąż-menadżer. Feministyczny wydźwięk ma spektakl Agnieszki Lipiec-Wróblewskiej w Teatrze Polskim w Warszawie. Na tym tle przedstawienie wrocławskie Rolfa Alme sytuuje się jako najbardziej twórcze, a jednocześnie niepokojące.

Acid Snow, scena zbiorowa, fot. Jan Oborski

Reżyser zdecydowanie porzuca formułę dramatu mieszczańskiego - z jego sceną pudełkową, prawdziwymi meblami, salonem i piciem herbaty. I chwała mu za to. Tworzy swój spektakl w oryginalnej przestrzeni Sceny na Dworcu Świebodzkim, wyłącznie za pomocą aktorów i światła oraz obrazów z kamery. Aktorzy ubrani we współczesne stroje, wyglądają niczym studenci szkoły teatralnej, przygotowujący dyplom. Dyskutują o sztuce, o obsadzie (Torwaldów jest dwóch), o przyjęciu przedstawienia przed z górą 130 laty. Są grupą współczesnych młodych ludzi, a zarazem są komentującym "chórem", "myślami" głównej bohaterki, tworzą plastyczne układy - a to rozmówców, a to "poniewieranych" przez rozzłoszczonego Krogstada świadków, a to brzmiący muzycznie (te ochy i achy!) chór ciekawskich.  Aktorzy wydobywają z postaci to, co w nich ukryte pod maską mieszczańskiego pozoru: zwierzęcość, instynkty, wreszcie śmieszność. Doktor Rank nie jest w spektaklu Almego tragiczny - to hipochondryk, który w sposób nieodparcie komiczny słania się po scenie, podnosi z pomocą tych samych mechanicznych gestów - jakby był cyborgiem, a nie człowiekiem. Żadnej psychologii postaci - wszyscy grają z ironicznym dystansem. Jedynie na ekranach widzimy zastygłe w ludzkim smutku postaci - głównej bohaterki, Torwalda, doktora...

Przedstawienie ma także punkt kulminacyjny - scenę balu, kiedy to Nora tańczy tarantellę, ale i tę przedstawił Alme jako opresyjną: bohaterka jest w niej rzeczywiście lalką, a raczej manekinem, z którym wszystko można zrobić.

Acid Snow, scena zbiorowa, fot. Jan Oborski

Na koniec, kiedy postanawia odejść od męża, aby "stać się człowiekiem", wypowiada słowa, których Ibsen nie napisał. Twierdzi, że należy pozbyć się wszystkiego: religii, tradycji, bo tylko wówczas, w absolutnej wolności,  można dowiedzieć się prawdy o sobie. Wtóruje jej młody człowiek (jeden z "chóru"), wedle którego powinna zapanować "powszechna wolność": mężczyźni z mężczyznami i kobiety z kobietami powinni móc tworzyć "rodziny". I w tym momencie to, co było w tej sztuce grą z konwencją i domaganiem się prawdy i autentyczności, zamienia się w uliczną agitkę. "Klimat się oziębia" - słyszymy i widzimy padający śnieg - "acid snow" oznacza śnieg brudny, zanieczyszczony. A "będzie jeszcze zimniej" - brzmi ostrzeżenie.

Tomasz Madej w spektaklu "Acid Snow", fot. Marcin Drews

Nie trzeba jakiejś szczególnej przenikliwości, aby dostrzec w przesłaniu sztuki przekaz mówiący o tym, że oto dziś w Polsce ogranicza się swobody, że wokół nich panuje tytułowy chłód. Uważam, że to totalna bzdura, czego najlepszym dowodem jest nie tylko powstanie tego spektaklu (a także innych, jeszcze bardziej skandalizujących), jak również uliczne parady i protesty, których nikt nie zabrania. Mnie się Rolf Alme kojarzy ze "Skandalistą Larry Flintem". W filmie Formana także on domagał się pełnej swobody obyczajowej. Tak, pozbądźmy się Boga, tradycji - tylko co nam wówczas pozostanie? "Jeżeli Boga nie ma, to wszystko wolno" - jak twierdził Stawrogin, bohater "Biesów" Dostojewskiego. I do czego to doprowadziło?

Sądzę także, że w kwestii podmiotowości i człowieczeństwa coś się od czasów Ibsena zmieniło, ale jego dramat nadal brzmi aktualnie, bo czyż nie jesteśmy dziś traktowani przedmiotowo... Kimże są pracownicy wielkich korporacji, adresaci reklam, konsumenci hipermarketów i innych uciech, jeśli nie przedmiotami, którym można mącić do woli w głowach. Tak jak to robi z młodymi, podatnymi ludźmi reżyser "Acid Snow".


Wszystko jest poezją. O wystawie Ewy Rossano w Muzeum Pana Tadeusza

10 kwietnia w Muzeum Pana Tadeusza we Wrocławiu otwarto wystawę "Ogród wypowiedzianych słów", której autorką jest malarka i rzeźbi...

Popularne posty