Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orkiestra Symfoniczna NFM. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orkiestra Symfoniczna NFM. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 marca 2018

150 lat z Sibeliusem w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu /relacja z koncertu/

Koncertem skrzypcowym d-moll Jeana Sibeliusa w wykonaniu Elina Vähälä  oraz Orkiestry NFM pod batutą Eiji Oue  uczczono 150 urodziny fińskiego kompozytora w Narodowym Forum Muzyki.

koncert 100 lat z Sibeliusem, fot. B. Beszlej
Bieżący rok jest w NarodowymForum Muzyki rokiem wielu jubileuszy. We wrześniu obchodziliśmy 80. urodziny Maestro Tadeusza Strugały, z końcem października - również 80. rocznicę urodzin Arvo  Pärta, a w mijającym, pierwszym tygodniu listopada, cieszyliśmy ucho koncertem z okazji 150 urodzin Jeana Sibeliusa. Z tej okazji wykonano jego Koncert skrzypcowy d-moll , a ponadto utwory H. Berlioza i S. Rachmaninowa.

 Cały płonął


Powstanie tego pięknego utworu trwało długo i było równie trudne, jak dla wielu skrzypków jego wykonanie. Żona Sibeliusa Aino tak opisywała zaangażowanie swego męża:

Janne cały płonął (podobnie jak ja!), i raz po raz doświadczał ‘embarras de richesse’. Czuł się dosłownie oszołomiony ogromną ilością tematów muzycznych, które przychodziły mu do głowy. Nie spał nocami, grał niewiarygodnie pięknie i nie mógł oderwać się od tych zachwycających melodii. A wszystkie one żyły pełnią życia i dawały możliwość różnorodnych przetworzeń.

Sibelius zaczął komponować koncert skrzypcowy już w 1899 roku, ale praca szła żmudnie i przez trzy lata nie posuwała się ani trochę do przodu, choć artysta zapewniał w listach żonę, że "ma cudowne tematy dla swego koncertu skrzypcowego".  Komponowanie nabrało tempa, gdy w listopadzie 1902 roku wybrał się do Berlina, by poprowadzić koncert ze swoimi utworami i poznał tam sławnego wówczas wirtuoza skrzypiec Willy Burmeistera. Ten, mając być pierwszym wykonawcą utworu, dopingował Sibeliusa, jak umiał, porównując go m.in. z Piotrem Czajkowskim. Ponadto zaś przygotowywał już ukończone fragmenty. W grudniu 1903 r. Sibelius poinformował Carpelana, że ukończył dwie pierwsze części. Na orkiestrację czekała jeszcze tylko część trzecia. Ostatecznie utworu nie wykonał jednak  Burmeister, ponieważ Sibelius - pod presją kłopotów finansowych - przyspieszył datę premiery i zerwał z nim umowę. W rezultacie kłótni Sibelius zadedykował swój koncert innemu wioliniście - Franzowi von Vecsey. 

Eiji Oue – dyrygent

W styczniu 1904 roku koncert został ukończony, a pierwszym jego wykonawcą podczas prezentacji w dniu 8 lutego 1904 roku był Viktor Novacek - nauczyciel gry na skrzypcach w Helsińskiej Akademii Muzycznej. Dyrygował sam Sibelius. Występ Novacka okazał się wielką klapą. Gdyby kompozytor poczekał miesiąc, sława Burmeistera  przyniosłaby mu prawdopodobnie sukces. A tak o nieudanym koncercie szybko zapomniano.

Drugie życie koncertu skrzypcowego


Dopiero po latach wirtuoz skrzypiec Jascha Heifetz,  który nagrał koncert Sibeliusa w 1930 roku, sprawił, że publiczność doceniła wreszcie piękno tej kompozycji. Jednocześnie trzeba podkreślić, że trudności techniczne tego utworu są równe jego urodzie. Akordy, flażolety, pasaże dowodzą, że Sibelius nie zaniedbał umieścić w partii solowej żadnych, znanych wówczas, ozdobników. Paradoksalnie jednak wszystko to sprawia, że Koncert skrzypcowy d-moll Jeana Sibeliusa stał się bardzo popularny, zarówno wśród skrzypków, pragnących pokazać cały swój arsenał środków, jak i wśród słuchaczy, których urzeka uroda tej muzyki.

Elina Vähälä /fot. B. Beszlej
 Podczas wrocławskiego koncertu wystąpiła finlandzka skrzypaczka Elina Vähälä, której wirtuozeria budziła wyłącznie podziw i która błyskotliwie interpretowała tę tyleż wspaniałą, co trudną kompozycję. Towarzyszyła jej Orkiestra Symfoniczna  NFM pod batutą wybitnego japońskiego dyrygenta, Eiji Oue, który porwał wrocławską publiczność swoją niebywałą ekspresją. Orkiestra Symfoniczna NFM wykonała także Korsarza – uwerturę koncertową op. 21 H. Berlioza oraz II Symfonię e-moll op. 27 S. Rachmaninowa. Występ Elina Vähälä był jednak najjaśniejszym punktem koncertu poświęconego 150 rocznicy urodzin Jeana Sibeliusa.

Koncert odbył się 6 listopada 2015 roku w Narodowym Forum Muzyki. 

Relacja ukazała się na portalu Kulturaonline 9 listopada 2015 r.

sobota, 2 grudnia 2017

Muzyczne medytacje Arvo Pärta /relacja z koncertu/

Orkiestra Symfoniczna i Chór NFM, dyr. Tonu Kaljuste, foto B. Beszlej
Czymże uczcić urodziny muzyka, jeśli nie jego kompozycjami? A jeśli do tego koncert poprowadzi najwybitniejszy interpretator jego kompozycji - wtedy można być pewnym, że na długo pozostanie w pamięci... Tak też było w piątkowy wieczór, kiedy zgromadzeni w Narodowym Forum Muzyki melomani mogli posłuchać I i III Symfonii, "Cantus in memoriam Benjamin Britten" oraz wzniosłego "Te Deum". Posmak takiej muzyki, która nie jest "tylko" muzyką, lecz czymś więcej, mieliśmy niedawno podczas koncertu "Orient & Occident" w wykonaniu Orkiestry Kameralnej Leopoldinum pod dyr. Hartmuta Rohde. Tym razem jednak był to  Arvo Pärt w całej swojej okazałości. 

Arvo Pärt - estoński Bach


Urodzony 11 września 1935 roku w Paide, estoński kompozytor swoją edukację muzyczną rozpoczął w wieku siedmiu lat, a pierwsze utwory stworzył już jako nastolatek. Przychodziło mu to podobno z niezwykłą łatwością. W latach 50. i 60. komponował w stylu neoklasycystycznym, a potem awangardowym - przede wszystkim na potrzeby estońskiego radia i telewizji, ale w latach 70. jego twórczość przeszła stylistyczną przemianę i od tamtej pory do dziś ma charakter religijno - mistyczny. 

I Symfonia z 1963 roku wyrasta z ducha drugiej szkoły wiedeńskiej: Arnolda Schönberga, Albana Berga i Antona Weberna. Potem jednak miejsce silnie ekspresywnego języka muzycznego zajęły nowe przestrzenie dźwiękowe. Zaczął się nowy okres, w którym powstały eteryczne utwory chóralne, jak "Stabat Mater" z 1985 roku – kompozycja  napisana na trzy głosy solowe i trio smyczkowe, a zainspirowana jednogłosowymi pieśniami i śpiewami cerkiewnymi. 

III Symfonia z 1972 roku posiada już cechy twórczości Pärta z jego drugiego, mistycznego okresu. Usłyszymy w niej już owe słynne "dzwoneczki" (tintinnabuli), tak charakterystyczne dla późniejszych kompozycji słynnego Estończyka. To podejście kompozytor tłumaczy następująco:

Odkryłem, że wystarczy mi, gdy pięknie zagrana jest pojedyncza nuta. Ona sama, albo cichy rytm, albo moment ciszy - przynoszą mi wytchnienie.

Jeśli wsłuchamy się w kompozycje  Arvo Pärta, to zauważymy regularną naprzemienność dźwięku i ciszy. 

Paul Hillier sugeruje, że "podobnie jak nasz stosunek do życia zależy od naszego stosunku do śmierci; tak rodzaj muzyki, jaką komponujemy, zależy od naszego stosunku do milczenia.

Orkiestra Symfoniczna NFM swietuje jubileusz Arvo Parta w Tallinie
Pärt nie tylko tworzy kompozycje muzyczne, ale również "komponuje" w swoich utworach ciszę – aby  słuchacz mógł w nią wejść i osiągnąć pewien rodzaj skupienia, w którym cisza i dźwięk pomagają osiągnąć wewnętrzną harmonię. Przypomina to praktyki medytacyjno-ascetyczne mnichów ze Świętej Góry Atos, stąd tytuł koncertu: "Medytacje na górze Atos".

Cantus in memoriam Benjamin Britten, czyli medytacja nad śmiercią  


Dlaczego data śmierci Benjamina Brittena -  4 grudnia 1976 - dotknęła we mnie jakiejś czułej struny? -  zadawał sobie pytanie Arvo Pärt.  Czułem wielkość tej straty, ale zarazem miałem  także niewytłumaczalne poczucie winy. Tuż przed śmiercią Brittena  zacząłem doceniać niezwykłą czystość jego muzyki. A poza tym od dawna chciałem spotkać go osobiście - teraz to jest już niemożliwe...

Z tego poczucia straty i niemożności osobistego spotkania narodził się w 1977 roku "Cantus in memoriam Benjamin Britten". Utwór jest elegią – rodzajem medytacji nad śmiercią.

Rozpoczynają go dźwięki żałobnych dzwonów: najpierw cicho trzykrotnie, po czym następuje kolejno 12 i 18 uderzeń w coraz większych odstępach czasu, wypełnionych żałobnym dźwiękiem skrzypiec, do którego z czasem dołączają altówki, kontrabasy... Trzeba podkreślić, że w utworze tym widać również skłonność kompozytora do użycia niezwykłych instrumentów. Takim wyjątkowym instrumentem w "Cantus in memoriam..."  jest harfa „wietrzna”,  której niezwykły, jednostajny dźwięk jest podstawą tej fascynującej kompozycji. 

Cały utwór utrzymany jest w tonacji a-moll; także w zamierającym echu ostatniego dzwonka słyszymy główny akord muzyczny dzwonu. Jednocześnie powroty od dźwięku do ciszy sugerują, że przed naszym narodzeniem, podobnie jak po śmierci, znajdujemy się w sferze ciszy.

Widownia koncertu Medytacje na gorze Atos, fot. B. Beszlej

Te Deum - wyrazić niezmienną prawdę

Powstały w latach 80. utwór oratoryjno-kantatowy na trzy chóry i orkiestrę należy do najpiękniejszych kompozycji Arvo Pärta. Gdyby dalej kontynuować jego podobieństwo do Jana Sebastiana - to byłaby taka współczesna Msza h-moll. Tym razem kompozytor wybrał słowa średniowiecznej modlitwy, aby wyrazić poprzez dźwięki swojej muzyki – jak sam mówi – „stałą, niezmienną prawdę". Odniósł się z najwyższym szacunkiem do średniowiecznego tekstu, zachowując akcenty łacińskich słów i tradycyjny podział na trzy sekcje. Niemal każdy wers hymnu został przez niego użyty dwukrotnie: najpierw w wersji chorałowej, a następnie -  czterogłosowej. W ostatnim fragmencie kompozycji występują dodane przez kompozytora: "Amen" oraz "Sanctus", nawiązujące do wcześniejszego fragmentu utworu.

Te Deum” skomponowany został w siedemnastu krótkich fragmentach. Każdy z nich jest rodzajem antyfony: po chorałowym gregoriańskim zawołaniu chóru (męskiego lub żeńskiego) następuje odpowiedź chóru mieszanego albo orkiestry. Po pierwszej lub drugiej ekspozycji wersu hymnu następuje odcinek instrumentalny, oparty w dużym stopniu na materiale muzycznym zaprezentowanym w chorałowym zawołaniu chóru.
 
Orkiestra Symfoniczna i Chór NFM, dyr. Tonu Kaljuste, foto B. Beszlej
Trzem dialogującym ze sobą chórom (męskim, żeńskim i mieszanym) towarzyszył ponadto znowu niezwykły muzyczny instrument, a mianowicie fortepian preparowany przy pomocy metalowych śrub, a poza tym orkiestra smyczkowa. Całość wykonano pod batutą artysty, który – podobnie jak kompozytor - pochodzi z Estonii: Tõnu Kaljuste. Pod jego kierunkiem dokonano pierwszej rejestracji "Te Deum" w 1993 roku. I chociaż kompozycję tę wykonywali tak znakomici muzycy jak Estonian Philharmonic Chamber Choir, to wrocławska Orkiestra Symfoniczna NFM oraz Chór NFM wypadli równie świetnie. Dzięki ich najwyższej próby interpretacji ”Te Deum” mogliśmy się poczuć pielgrzymami na górze Atos.


Relacja została pierwotnie opublikowana na portalu Kulturaonline.

środa, 15 listopada 2017

IV Symfonia A. Brucknera: Hymn ku czci pierwotnej natury /relacja z koncertu/

Obrazowośćpłomienny hymn ku czci pierwotnej natury - we wspaniałym wykonaniu Orkiestry Symfonicznej NFM pod batutą Jacka Kaspszyka.


Koncert IV Symfonia A. Brucknera: Jacek Kaspszyk i Orkiestra Symfoniczna NFM, fot. Sławek Przerwa

Mieliśmy niedawno możliwość wysłuchania VII Symfonii Antona Brucknera w znakomitej interpretacji Stanisława Skrowaczewskiego, który uchodzi za największego znawcę twórczości tego kompozytora, a jeszcze w tym samym miesiącu dane nam było ponownie obcować z muzyką wielkiego romantyka. Tym razem była to IV Symfonia Es-dur, zwana "Romantyczną". Orkiestrę Symfoniczną NFM poprowadził maestro Jacek Kasprzyk - jeden z najwybitniejszych polskich dyrygentów - aktualnie dyrektor artystyczny Filharmonii Narodowej w Warszawie, stale obecny na scenach Europy, ale także częsty gość na Dalekim Wschodzie.

Dziewięć symfonii Brucknera


Chociaż doskonale pamiętamy, że Ludwig van Beethoven napisał dziewięć symfonii, zdajemy się nie pamiętać, iż Anton Bruckner napisał ich dokładnie tyleż samo i są to dzieła równie wybitne, a przy tym mocno zanurzone w myśli chrześcijańskiej. Rzecz w tym, że nie odniosły one od razu sukcesu, co kompozytor - bardzo wrażliwy na wszelkie niepowodzenia – przepłacał stanami depresyjnymi. Sława wspaniałego organisty katedry w Linzu sprawiła jednak, że zaproponowano mu stanowisko  profesora kontrapunktu, generałbasu i organów w Konserwatorium Wiedeńskim. W rezultacie przeniósł się do stolicy i od tej pory skoncentrował na tworzeniu dzieł symfonicznych. Tam właśnie powstały wszystkie jego symfonie, z wyjątkiem pierwszej, którą skomponował w Linzu, a także "Kwintet smyczkowy" i "Te Deum". Kompozytor był jednak nieśmiały i nie miał siły przebicia w środowisku, w którym ton nadawał krytyk Edward Hanslick. Dopiero dzięki wsparciu przyjaciół – dyrygentów: Arthuta Nikischa i Franka Schalka został zauważony i doceniony. Przyczyniła się do tego właśnie trzecia, poprawiona wersja IV Symfonii Es-dur (1881 r.), która odniosła w Wiedniu pierwszy sukces. Prawdziwy triumf przyniosła Brucknerowi jednak VII Symfonia E-dur, o której pisałam w związku z występem Stanisława Skrowaczewskiego.

Jacek Kaspszyk, Orkiestra Symfoniczna NFM, fot. Sławek Przerwa

Hymn ku czci pierwotnej natury


W programie koncertu Piotr Matwiejczuk porównał twórczość Antona Brucknera do pisarstwa Johna Ronalda Reuela Tolkiena, podkreślając głęboką wiarę ich obu i zamiłowanie do kontemplacji przyrody. Zapewne takie porównanie jest współczesnemu słuchaczowi muzyki bliższe, mnie jednak twórczość kompozytora nasuwa na myśl pewien fragment rozważań Ludwika Tiecka - poety i myśliciela wczesnego romantyzmu:

Jakże  szczęśliwy jest człowiek, że gdy nie wie, dokąd uciec, jak się uratować, jeden jedyny ton, jeden dźwięk wyciąga ku niemu tysiące anielskich ramion, obejmuje go i unosi w górę! – pisał w swoich "Dywagacjach o sztuce” – Kiedy jesteśmy z dala od naszych przyjaciół, od naszych bliskich, i z gnuśnym niezadowoleniem błądzimy po pustym lesie, wówczas odzywa się w oddali róg, tylko kilka akordów, a przecież czujemy, jak na skrzydłach tych dźwięków dogania nas czyjaś tęsknota, jak wszystkie dusze, których nam brakowało i które opłakiwaliśmy, znowu są obecne. Te dźwięki mówią nam o nich, czujemy wyraźnie, że także im brak jest nas i że nie ma rozdzieleni.

Można bez wątpliwości odnaleźć owo panteistyczne, romantyczne odczucie świata w IV Symfonii, nie bez przyczyny zwanej "Romantyczną". Scherzo obrazuje uroki wiejskiego polowania; konstytuuje zasadniczy temat dzieła, zaskakując ludową rubasznością, harmonicznym kolorytem i rzadką, na tle innych dzieł artysty, pogodą ducha. Dramatyczny finał, wprowadzający w pełen grozy nastrój burzy, dzięki znacznemu zagęszczeniu aparatu symfonicznego oraz natrętnym reminiscencjom napływającym z poprzednich części, ideowo najbardziej zbliża się do Wagnerowskich scen szaleństwa.

Jacek Kaspszyk, Orkiestra Symfoniczna NFM, fot. Sławek Przerwa 

Panteistyczne odczucie świata przenika cały utwór, począwszy od pierwszych akordów - od subtelnego dźwięku skrzypiec, wieszczących potężną, uduchowioną frazę, do której stopniowo dołączają drewniane instrumenty dęte oraz rogi, tworząc wspaniały i płomienny hymn ku czci pierwotnej natury. Charakterystyczna dla tej muzyki obrazowość bezpośrednio apeluje do naszych zmysłów, wabiąc je tajemniczością leśnych scenerii, przesyconych na przemian to światłem, to gęstym mrokiem. W IV Symfonii fragmenty kontemplacyjne, ekstatyczne i dramatyczne przeplatają się ze sobą ściśle, przenikając w niebywałym napięciu duchowym i kulminując w pełnym światła Boskim objawieniu. IV Symfonia wyraża bowiem umiłowanie przyrody i Boskiego porządku we wszechświecie.

Wszystkie te duchowe treści mogliśmy poczuć i kontemplować dzięki wspaniałemu wykonawstwu Orkiestry Symfonicznej Narodowego Forum Muzyki i dyrygentowi, który przez lata z tą orkiestrą współpracował: Jackowi Kaspszykowi. Gromkie brawa długo nie milkły. Pozostaje mieć nadzieję, że usłyszymy kolejne, równie wspaniałe, interpretacje dzieł Antona Brucknera.

Koncert odbył się w kwietniu 2016 roku.
Artykuł ukazał się 28 kwietnia 2016 r. na portalu Kulturaonline.

poniedziałek, 13 listopada 2017

VII Symfonia Brucknera i ... Skrowaczewskiego /relacja z koncertu/

1 kwietnia 2016 roku byliśmy świadkami dwóch niezwykłych wydarzeń: 93-letni maestro Skrowaczewski odsłonił przed Narodowym Forum Muzyki pamiątkową tablicę upamiętniającą jego koncert, który poprowadził tego samego dnia. Była to VII Symfonia E-dur Antona Brucknera w wykonaniu Orkiestry Symfonicznej NFM.


Stanisław Skrowaczewski, fot. B. Beszlej

Stanisław Skrowaczewski  zajmuje wyjątkową pozycję na międzynarodowej scenie muzycznej, będąc jednocześnie jedną z największych postaci współczesnej dyrygentury i wysoko cenionym kompozytorem. Urodzony 3 października 1923 we Lwowie, naukę gry na fortepianie i na skrzypcach rozpoczął już w wieku czterech lat, zaś mając lat siedem skomponował swój pierwszy utwór symfoniczny. Po kontuzji obu rąk podczas wojny nie mógł już grać, toteż zdecydował się karierę kompozytorską i dyrygencką. Kształcił się zarówno w Krakowie - kompozycję u Romana Palestra i dyrygenturę u Waleriana Bierdiajewa, jak też w Paryżu, gdzie studiował u Nadii Boulanger. Ale zanim to się stało, w 1946 roku trafił do Wrocławia, gdzie został dyrygentem Filharmonii. Kiedy w 1956 roku wygrał międzynarodowy konkurs dyrygencki, zaczęła się jego błyskotliwa światowa kariera. Zadebiutował w Stanach Zjednoczonych z Cleveland Orchestra, a wkrótce potem dyrygował New York Philharmonic, Pittsburgh Symphony, Cincinnati Symphony. Wreszcie w 1960 został dyrektorem artystycznym Minneapolis Symphony Orchestra. Z orkiestrami nagrał bardzo wiele znakomitych płyt, głównie dzieł Antona Brucknera, Dmitrija Szostakowicza i Johannesa Brahmsa. Za interpretacje symfonii Brucknera otrzymał Złoty Medal Towarzystwa Mahlerowsko-Brucknerowskiego. 

Orkiestra Symfoniczna NFM, dyryguje Stanisław Skrowaczewski, fot. B. Beszlej

Spośród wielu kompozytorów Stanisław Skrowaczewski szczególnie upodobał sobie muzykę Antona Brucknera i tę miłość dało się odczuć podczas piątkowego koncertu, kiedy to zabrzmiała VII Symfonia, należąca do najpopularniejszych dzieł Brucknera. Utwór skomponowany został w latach 1881-83 i dedykowany Ludwigowi II Bawarskiemu. Przydomek "Liryczna" dobrze oddaje charakter dzieła. 

To, co maestro Skrowaczewski pokazał podczas pamiętnego koncertu, było prawdziwą muzyczną ucztą. Myślę, że siła tego wiekowego dyrygenta bierze się z miłości do muzyki i pasji jej uprawiania - to się czuło. Muzyka miała w sobie świeżość i dramaturgię, on zaś wspaniale przeprowadził orkiestrę i słuchaczy przez gąszcz brucknerowskich motywów, nie korzystając wcale z partytury, bo doskonale ją pamiętał. Pokazał, że czteroczęściowe dzieło ma klarowną konstrukcję i nic nie dzieje się w nim przypadkowo. Pięknie zabrzmiała szczególnie druga część VII Symfonii, w której Bruckner oddał hołd swojemu mistrzowi - Wagnerowi, przywołując klimat jego dzieł. Ale właściwie całość wspaniale poprowadzona i zagrana, wzbudziła wielkie emocje u słuchaczy. Może trzeba było właśnie przejść tak długą drogę, aby wydobyć z tej muzyki całe jej piękno... Skrowaczewski za pulpitem dyrygenckim odmłodniał i pełen wigoru poprowadził bez przerwy blisko półtoragodzinny koncert.

Artykuł ukazał się na portalu Kulturaonline w kwietniu 2016 roku.

sobota, 21 października 2017

„Zamek Sinobrodego” Béli Bartóka w NFM /relacja? recenzja?/

To był niezapomniany koncert! Znakomici soliści: Viktória Mester w roli Judyty, István Kovács jako Sinobrody oraz towarzysząca im Orkiestra Symfoniczna NFM pod batutą Benjmina Shwartza stworzyli niezapomnianą interpretację opery Béli Bartóka.

Zamek Sinobrodego Béli Bartóka, Narodowe Forum Muzyki


Zamek Sinobrodego” to pierwsza i zarazem jedyna opera Bartóka, powstała w 1911 roku do gotowego libretta znakomitego pisarza, krytyka filmowego i poety, Béli Balázsa, który napisał je dla swego przyjaciela i współlokatora Zoltana Kodaly. Ten jednak nie czuł się na siłach skomponować operę, toteż zaproponował to Bartókowi, profesorowi fortepianu w budapeszteńskiej Akademii Muzycznej, który  jednocześnie intensywnie zajmował się kolekcjonowaniem muzyki tradycyjnej. Jednakże w skomponowanej operze doszły do głosu przede wszystkim fascynacje kompozytora nowymi możliwościami harmonicznymi i wielką orkiestrą symfoniczną. I choć pierwsze próby prezentacji opery nie zyskały uznania, czas pokazał, iż jest to utwór znakomity, wykorzystujący różne stylistyki: sytuujący się pomiędzy romantyzmem, impresjonizmem a ekspresjonizmem.

Symbolika baśni


Jak wiemy z lektury „Cudowne i pożyteczne” Bruno Bettelheima, baśnie zawierają ukryte, symboliczne treści, które mają niejako przygotować dziecko na trudy i niebezpieczeństwa życia. Przemawiając językiem symboli, prezentują przy tym treści ukryte w sferze podświadomości. Pomiędzy fantastycznymi wydarzeniami w baśniach a obrazami pojawiającymi się w snach i marzeniach człowieka istnieją ukryte związki, których istotę niełatwo pojąć. Postacie i zdarzenia baśniowe odpowiadają bowiem określonym zjawiskom psychologicznym, tworząc zarazem wzorcowe obrazy, symbolizujące potrzebę przechodzenia do wyższych stadiów rozwoju osobowości – potrzebę wewnętrznej odnowy.
Do takich przekazów, pełnych tajemniczych treści, należy z pewnością baśń o Sinobrodym, spopularyzowana przez Charlesa Perraulta Jej bohaterem jest bogaty arystokrata, którego kolejne żony znikają w tajemniczych okolicznościach.  Ostatnia z nich, która wbrew ostrzeżeniom swego męża otwiera zakazane drzwi, ale unika losu swoich poprzedniczek dzięki przybyciu na czas dwóch jej braci. Badacze folkloru, analizujący historię Sinobrodego, ustalili pokrewieństwo legendy z innymi podaniami ludowymi na podstawie dwóch powtarzających się motywów, mianowicie „zakazanego pokoju” oraz „poddawania próbie”. Jednak niezwykłą popularność baśni można przypisać temu, że koncentruje się ona na relacji mężczyzny i kobiety, a jej symbolika sięga tak daleko, jak starożytny, pierwotny dualizm Światła i Ciemności.


István Kovács – bas-baryton

Sinobrody Béli Bartóka na scenie


Prapremiera tej niezwykłej opery Bartóka miała miejsce w Budapeszcie, w maju 1918 roku. Pierwszym, który się zainteresował operą i doprowadził do jej premiery, był Egisto Tango, popularny wówczas dyrygent, który poprowadził pierwszy w historii wieczór transmitowany przez radio. Jednakże pierwsze sukcesy opera zaczęła odnosić po II wojnie światowej i dopiero wówczas została uznana za arcydzieło sceniczne XX wieku. Jednym z wielkich propagatorów twórczości Bartóka był Pierre Boulez – dyrygent i kompozytor, którego interpretacja z udziałem  Jessye Norman i Lásló Polgára oraz Chicago Symphony Orchestra (Deutsche Grammophon 1998) należy dziś do kanonicznych wykonań tego dzieła.
Polska prapremiera miała miejsce w Operze Warszawskiej, 16 lutego 1963 roku, pod dyrekcją Bohdana Wodiczki, w reżyserii Aleksandra Bardiniego (który był również autorem przekładu libretta) i ze scenografią Tadeusza Kantora.
Interesującą interpretację „Zamku księcia Sinobrodego” przedstawiono w 1999 roku, w Operze Narodowej w Warszawie, pod kierownictwem muzycznym Jacka Kaspszyka, w reżyserii Janusza Kijowskiego i ze scenografią Andrzeja Kreutz Majewskiego oraz w nowym przekładzie Feliksa Netza. Przedstawienie zawierało „Zamek księcia Sinobrodego” oraz „Mandaryna”, balet – pantomimę Bartóka.
Do wydarzeń ostatnich lat należy z pewnością spektakl Mariusza Trelińskiego, łączący dwa jednoaktowe utwory: „Jolantę” Piotra Czajkowskiego i „Zamek Sinobrodego” Béli Bartóka. Jego premiera odbyła się styczniu 2015 roku, w Metropolitan Opera w Nowym Jorku, a następnie w Teatrze Wielkim Operze Narodowej w Warszawie.

Viktoria Mester - mezzosopran

„Zamek Sinobrodego” w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu


Koncert „Zamek Sinobrodego”, który odbył się 2 czerwca 2017 roku w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu, składał się z dwóch części: VIII Symfonii h-moll, „Niedokończonej” Franza Schuberta oraz „Zamku Sinobrodego” – opery w wersji koncertowej, zaprezentowanej w ramach Roku Kultury Węgierskiej w Polsce.
Znakomite wykonawstwo: przede wszystkim wykonujący partię Sinobrodego kapitalny węgierski bas István Kovács oraz cudowna mezzosopranistka Viktória Mester. Fantastyczna była także towarzysząca śpiewakom orkiestra NFM Filharmonii Wrocławskiej pod dyrekcją Benjamina Shwartza, niedawnego dyrektora artystycznego NFM. Fakt, że trzeba było obejść się bez inscenizacji, okazał się – paradoksalnie – szczęśliwy, pozwolił bowiem działać wyobraźni i skoncentrować się na wspaniałej, mrocznej muzyce.
We wrocławskiej interpretacji nie było rapsoda – historię Sinobrodego i Judyty usłyszeliśmy bezpośrednio od samych bohaterów. Zanim przekroczą bramę zamczyska, Sinobrody upewnia się co do intencji Judyty, jakby niepewny, czy przypadkiem kobieta nie zmieni zdania. Ona jednak wielokrotnie zapewnia go, że nie żywi lęku przed nim i jego ponurym zamczyskiem i że naprawdę go kocha:
Sinobrody, choćbyś wygnał
Mnie za próg
- do twego progu
Przywarłabym całym ciałem.

Mimo to zaskakują ją mroczne pomieszczenia, wilgotne mury, które zdają się ronić łzy, toteż Judyta przysięga, że je osuszy i że wpuści do zamku radość i światło. Nakłania księcia, aby otworzył pierwsze drzwi, za którymi znajduje się izba tortur, a potem kolejne – zbrojownię, w której również wszystko ocieka krwią, następnie skarbiec, tajemniczy ogród… Za piątymi drzwiami rozciąga się wspaniały krajobraz książęcych włości, które Sinobrody ofiarowuje Judycie, ona jednak pragnie otworzyć kolejnych dwoje drzwi. Ten opiera się, ale Judyta nie ustępuje, nie chce, aby ukochany coś przed nią ukrywał:

Nie chcę, aby tu, przede mną,
Twoje drzwi były zamknięte!

Za szóstymi drzwiami znajduje się „morze łez”. Judyta jest wstrząśnięta, a potem dopytuje się, czy Sinobrody ją kocha i czy kochał przed nią bardziej inne kobiety. Ten pragnie, aby umilkła i nie była zbyt dociekliwa, lecz ona żąda otwarcia ostatnich drzwi:

Muszę wiedzieć wszystko!

A jednak, wbrew jej przewidywaniom, żony Sinobrodego ukazują się żywe, on zaś pada przed nimi na kolana, dziękując za wszystko, co im zawdzięcza – za bogactwa, ogród, włości. Judyta milknie – czy jej miłość, która rozjaśniła zamek, jest w stanie znieść to wszystko, co ją czeka? Wydaje się, że wszystko jest skończone… Reszta jest milczeniem.

Owa powolna wędrówka (w wyobraźni) od drzwi do drzwi przypomina wędrówkę w głąb ludzkiej duszy. Nie bez powodu liczba drzwi wynosi siedem – to symbol doskonałości. Wydaje się, że Judyta jest jungowską animą, która pragnie dotrzeć do najgłębszej prawdy o człowieku - mężczyźnie, którego kocha. Tylko dzięki jej miłości jest on w stanie zaakceptować siebie takim, jaki naprawdę jest: mrocznym i złym. Judyta z czułością, ale i ze stanowczością pozwala mu się zmierzyć ze swoim „cieniem” – owym potworem, który jest w nim. A także przyjąć, choć z oporami, tę trudną prawdę o sobie.

Viktoria Mester, Benjamin Shwartz, István Kovács

Mezzosopran i baryton są symbolicznymi wcieleniami Kobiety i Mężczyzny. Ich krótkie, najczęściej czterosylabowe frazy, pozostają w opozycji do orkiestry, rozpościerającej przed słuchaczami wspaniałe wyobrażenie ponurego zamku, pełnego jęków i smutku, który zdaje się ustępować i nabierać barw z trakcie otwierania poszczególnych komnat. Okropności sali tortur oddają instrumenty dęte drewniane oraz ksylofon, blask skarbca zwiastują tremola smyczków, instrumenty dęte i czelesta, zaś harfa, flet i klarnety wyczarowują morze łez. Ponadto Judyta „rozświetla” ciemności swoim wysokim, jasnym głosem. Wreszcie tekst węgierski – napisany ośmiozgłoskowcem – niesie specyficzną rytmikę tego języka, co można było odczuć dzięki fantastycznym interpretatorom: Viktórii Mester w roli Judyty oraz wielokrotnemu wykonawcy roli Sinobrodego, Istvánowi Kovácsowi. Znakomicie poprowadzona orkiestra symfoniczna pod batutą Benjamina Shwartza współtworzyła tę interpretację. To był niezapomniany koncert!

Koncert „Zamek Sinobrodego” odbył się 2 czerwca 2017 roku w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu.




Operowe Odkrycia - 6. Festiwal Opery Współczesnej

Po prawie dziewięcioletniej przerwie do Opery Wrocławskiej powraca Festiwal Opery Współczesnej. W planach na tegoroczną, szóstą edycję znala...

Popularne posty