Tytuł bloga powstał z inspiracji prozą Brunona Schulza, w której wielokrotnie, w różnych kontekstach, pada to tajemniczo brzmiące słowo, znaczące o wiele więcej niż „składniki”, bo mające rangę metafory, symbolu…
Kulturalne Ingrediencje nie jest blogiem monotematycznym, np. książkowym czy filmowym. Łączę w nim wszystkie moje pasje w jedną całość. Znajdują się tu teksty dotyczące literatury, filmu, muzyki i sztuk plastycznych. Ponadto rozmowy z artystami i własne zapiski.To także moje archiwum.
21 listopada o 19.00 Narodowe Forum Muzyki we Wrocławiu zaprasza na koncert, podczas którego muzycy NFM Filharmonii Wrocławskiej pod batutą Samy’ego Rachida wykonają pochodzący z wcześniejszego okresu aktywności Maxa Brucha I Koncert skrzypcowy g-moll, zestawiając go w programie z dwoma wyjątkami z dorobku Wolfganga Amadeusa Mozarta. Partię solową wykona szwedzki wirtuoz Daniel Lozakovich.
Daniel Lozakovich, fot. za strony artysty na FB
Urodzony w 2001 roku skrzypek już w wieku piętnastu lat podpisał kontrakt z prestiżową wytwórnią Deutsche Grammophon, co otworzyło przed nim drzwi do błyskotliwej, dynamicznie rozwijającej się kariery. Ma on w dorobku pięć albumów, gra też przy okazji ważnych wydarzeń – jednym z nich był występ z Orchestre philharmonique de Radio France z okazji ponownego otwarcia zrekonstruowanej po pożarze katedry Notre Dame w Paryżu.
Długowieczny i niezwykle pracowity Max Bruch w drugiej połowie XIX i na początku XX wieku był znaczącą postacią niemieckiego życia muzycznego. Choć przedstawiająca artystę rzeźba do dziś zdobi fasadę ratusza w Kolonii, los związał go również z Wrocławiem – to tu w latach 1883–1890 Bruch mieszkał i działał. Jego trzyczęściowy I Koncert skrzypcowy g-moll jest jednym z najpopularniejszych dzieł Niemca. Powstało w 1866 roku, kiedy miał on dwadzieścia osiem lat. Chociaż napisał potem wiele innych kompozycji (w tym dwa kolejne koncerty skrzypcowe), to żadna z nich tej nie dorównała sławą. Jest ona lekka, słoneczna, pełna wdzięku i energii, a partia solowa należy zdecydowanie do bardziej lirycznych niż popisowych. Duży wpływ na sukces utworu miała także wielka inwencja melodyczna autora.
W przeciwieństwie do dorobku Brucha, którego dzieła we współczesnym kanonie wykonawczym można policzyć na palcach jednej ręki, miejsce twórczości Wolfganga Amadeusa Mozarta w repertuarze jest pewne i niezagrożone. Podczas koncertu usłyszymy Divertimento KV 136 napisane przez zaledwie szesnastoletniego Salzburczyka. Ten pogodny, trzyczęściowy utwór stanowi – podobnie jak gra Lozakovicha w pierwszej części wieczoru – przykład geniuszu młodości. Do gatunków osiemnastowiecznej muzyki rozrywkowej, tak jak divertimento, należała serenada. Właśnie z tym typem kompozycji wiążą się początki słynnej Mozartowskiej Symfonii D-dur KV 385 „Haffnerowskiej”. Austriak skonstruował ją, by zapewnić muzyczną oprawę ceremonii nadania szlachectwa Sigmundowi Haffnerowi, przyjacielowi rodziny. Później, decydując się na prezentację dzieła podczas koncertu w Wiedniu, autor poddał je modyfikacjom. Dzisiaj Symfonia stanowi ucieleśnienie lekkości stylu klasycznego.
Najnowsza inscenizacja "Czarodziejskiego fletu" Mozarta w Operze Wrocławskiej budzi wprawdzie kontrowersje, trzeba jednak przyznać realizatorom, że próbowali stworzyć nową jakość, która nie jest sztuką "nijaką". Tak czy owak jest o czym dyskutować 😁 Z pewnością warto wybrać się na ten spektakl, aby skonfrontować własne gusty i oczekiwania z tą nową propozycją, a przede wszystkim, aby posłuchać muzyki Mozarta, która nie znudzi się nigdy.
Scena zbiorowa, na środku: Grzegorz Szostak (bas, Sarastro) i Aleksander Zuchowicz (tenor, Tamino), fot. D. Gdesz
1 października w Operze Wrocławskiej odbyła się premiera spektaklu "Czarodziejskiego fletu w Breslau", którego dialogi w języku polskim napisał znany autor powieści kryminalnych, których akcja rozgrywa się w przedwojennym Wrocławiu (Breslau) – Marek Krajewski. To zresztą nie tylko sprawa dialogów, ale także wprowadzenie do opowieści narratora Eberhada Mocka, a w efekcie – oryginalna koncepcja całości przedstawienia i zupełnie inne przesłanie, z którym zamierzam polemizować. Zanim jednak przejdę do jego omówienia, przypomnę okoliczności powstania ostatniej opery Mozarta, przywołam także znane mi jej interpretacje, w tym wrocławskie. Warto bowiem zobaczyć to wszystko w szerszym kontekście.
Afisz z premiery "Die Zauberflöte", 30 września 1791, fot. Wikipedia
Kiepskie libretto – genialna muzyka
Powstanie "Czarodziejskiego fletu" (oryg. Die Zauberflöte), podobnie jak "Requiem", osnute zostało rozmaitymi legendami, co przenikło zresztą do znanego filmu Miloša Formana: "Amadeusz". Podobno Mozart skomponował muzykę do tekstu Emanuela Schikanedera dla uwolnienia się z kłopotów finansowych. Wystawione 30 września 1791 roku dzieło odniosło niebywały sukces, który rósł z przedstawienia na przedstawienie. Wszyscy, w tym także Piotr Kamiński, wybrzydzają zgodnie na tekst libretta, który Emanuel Schilkander zaczerpnął ze zbioru bajek Wielanda, a także z innych baśni i rytuałów masońskich, sięgających po mit "oświeceniowego" Egiptu, a będących w istocie fabularnym apokryfem opartym na niepewnych źródłach, za to bardzo popularnym w czasach Mozarta.
Emanuel Schikaneder jako pierwszy Papageno. Ze strony tytułowej pierwszego wydania libretta "Czarodziejskiego fletu", fot. Wikipedia
"Jak to możliwe, że z kiepskiego libretta i muzyki powstał ten kryształowy cud?" – pyta retorycznie Kamiński w swojej książce "Tysiąc i jedna opera". Tymczasem od początku zakładano, że przedstawienie miało się podobać publiczności o niewyrafinowanych gustach – bywalcom podmiejskiego teatrzyku Freihaustheater (Theater an der Wiedeń), a nie krytykom i koneserom. Takich słabych librett, będących pretekstem do skomponowania pięknej muzyki jest zresztą znacznie więcej, dość wspomnieć "Trubadura" Giuseppe Verdiego, w którym melodramatyczna historia brzmi tak nieprawdopodobnie, że roztrząsanie jej przyprawiłoby każdego o zawrót głowy, ale zasłuchani w piękne arie i duety bierzemy to niejako w nawias. Poza tym lubimy, gdy miłość zwycięża rozmaite przeszkody 😁. Tak dzieje się również w przypadku "Czarodziejskiego fletu", w którym baśniowy sens opowiadanej historii, dzięki swojej paraboliczności, daje rozmaite możliwości inscenizacyjne. Niewielka skaza libretta tkwi w jego języku, zawierającym mnóstwo zwrotów pospolitych czy infantylnych (co zapewne boli przede wszystkim Niemców), ale nie znaczy to, że całe libretto jest marne. Dowodzi tego m. in. przykład wielkiego J. W. Goethego, który nosił się z zamiarem napisania drugiej części "Czarodziejskiego fletu", a choć jej nie dokończył –zachowany tekst błyszczy pełnią baśniowej poezji i zawiera wiele głębokich myśli. I choć wspomniany już Piotr Kamiński z całą surowością piętnuje także niedostatki kompozycyjne oraz brak logiki w poprowadzeniu akcji, to jednak faktem jest, że teatry operowe ciągle powracają do "Czarodziejskiego fletu", który staje się wdzięcznym obiektem rozmaitych zabiegów inscenizacyjnych.
Karl Friedrich Schinkel, rysunek projektowy do scenografii "Czarodziejskiego fletu" Muzeum Schinkla, Berlin, źródło: Wikipedia
Inicjacja w dorosłość – dojrzewanie do miłości
Nie będę przywoływać treści całego libretta, spróbuję jednak opowiedzieć tę historię pokrótce, aby ją uporządkować na potrzeby niniejszych rozważań. Tekst inkrustuję przykładami rozmaitych interpretacji, aby Czytelnicy mieli okazję ich posłuchać. Otóż akcja libretta rozpoczyna się od momentu, kiedy to główny bohater, książę imieniem Tamino, zostaje zaatakowany przez węża, mdleje ze strachu, a z opresji wybawiają go Trzy Damy, które okazują się wysłanniczkami Królowej Nocy. Zachwycone jego urodą, próbują bez skutku zostać sam na sam z nieprzytomnym młodzieńcem, co staje się tematem zabawnego tercetu. Po nich pojawia się kolejny bohater – ptasznik Papageno, który zwycięstwo nad potworem usiłuje przypisać sobie. To postać będąca komicznym sobowtórem księcia, człowiek niejako "niepełny" – gaduła i fantasta, który nie potrafi sobie znaleźć partnerki, nad czym nieustannie ubolewa (wesoła aria "Der Vogelfänger bin ich ja").
'Der Vogelfanger bin Ich ja' (Mozart; Roderick Williams)
W pewnym momencie na scenie pojawia się Królowa Nocy, która pragnie odzyskać porwaną córkę Paminę z pomocą księcia ("O zittre nicht, mein lieber Sohn"). Ten już wcześniej zakochał się w jej wizerunku (piękna aria "Dies Bildnis ist bezaubernd schön"), toteż chętnie podejmuje misję uratowania ukochanej i obaj mężczyźni (Papageno z niemałymi oporami) udają się pod opieką Trzech Chłopców (symbolizujących dziecięcą mądrość i ufność) do krainy, którą rządzi potężny Sarastro. Zostają ponadto obdarowani magicznymi przedmiotami, które mają im pomóc w trudnych sytuacjach: czarodziejskim fletem i dzwoneczkami.
Papageno pierwszy dociera na miejsce, gdzie więziona jest Pamina i swoim "ptasim" wyglądem odstrasza "czarny charakter" – Monostatosa więżącego księżniczkę i uporczywie nastającego na jej cnotę. Przynosi też nadzieję na uwolnienie przez zakochanego w niej księcia (tu następuje piękny miłosny duet: "Bei Männern, welche Liebe fühlen", ciekawe, dlaczego tych dwojga...).
Golda Schultz i Markus Werba, Metropolitan Opera, dyr. James Levine, sezon 2017–18
Następnie oboje uciekają, ale Monostatos dopada ich ze swoimi zbirami, dzięki czemu po raz pierwszy możemy się przekonać o zbawiennym działaniu dzwoneczków, którymi złe zbiry są tak zachwycone, że zapominają, kim naprawdę są i ... puszczają więźniów w tanecznym rytmie ("Das klinget so herrzlich"), co staje się okazją do refleksji, że dobrze by było mieć takie dzwoneczki w życiowych opresjach. Tymczasem Tamino i Trzej Chłopcy zbliżają się do potężnych wrót trzech świątyń: Mądrości, Rozumu i Natury. Pojawia się Stary Kapłan, którego książę oskarża o porwanie Paminy – sytuacja przybiera jednak nieoczekiwany obrót. Okazuje się, że Sarastro jest światłym mędrcem, niesprawiedliwie oskarżonym przez Królową Nocy. Monostatos zostaje ukarany, zaś Pamina i Tamino padają sobie w objęcia.
“Schnelle Füße, rascher Mut” z mojego ulubionego spektaklu w Met, 2023
W akcie II Sarastro odsłania przed kapłanami swój plan: pragnie pokonać Królową Nocy łącząc Paminę z Tamino małżeńskim węzłem, oboje muszą jednak przejść trudne próby – otrzeć się o śmierć, aby narodzić na nowo. Dotyczy to również Papageno, który nie ma ochoty się narażać, ale skuszony obietnicą, że tą drogą zdobędzie wymarzoną dziewczynę, ostatecznie podejmuje próbę, choć milczenie w jego przypadku wydaje się być czymś nieosiągalnym. W przeciwieństwie do księcia, który jest gotowy na wszystko, ptasznik wydaje się być, paradoksalnie, bardziej "ludzki" – różnie sobie radzi z wyzwaniami, a mimo to także osiąga wymarzony cel. Pamina natomiast musi uwolnić się z toksycznej więzi łączącej ją z matką, która okazuje się być mściwa i bezwzględna (słynna aria "Der Hölle Rache kocht in meinem Herzen").
Aria Królowej Nocy w wykonaniu Niny Minasyan, Dutch National Opera & Ballet (Amsterdam)
Mało tego, musi też zmierzyć się z milczeniem ukochanego, które budzi w niej przekonanie, że ten już jej najwidoczniej nie kocha. Pragnie więc umrzeć, przed czym ratują ją Trzej Chłopcy, którzy pomagają wszystkim bohaterom w godzinie próby. Nie tylko dostarczają spragnionym i głodnym posiłek, ale również odwodzą od próby samobójstwa zarówno Paminę, jak i wesołego i – wydawałoby się – zawsze pogodnego Papageno, który stracił wiarę, że spotka swoją ukochaną "dziewczynę albo żoneczkę" (cudna aria z dzwoneczkami: "Ein Mädchen oder Weibchen wünscht Papageno sich!").
Ostatecznie obaj mężczyźni znajdują swoje ukochane: Pamina towarzyszy Tamino w najtrudniejszych próbach, a Papageno odnajduje swoją "połówkę" – Papagenę, gdy gotów jest skończyć ze sobą (zabawny duet "Pa-pa-pa"). Ostatecznie światło triumfuje nad ciemnością – zło upostaciowane przez Królową Nocy zostaje pokonane, dobro zaś zwycięża. Sukces "Czarodziejskiego fletu" był oszałamiający, a Schikaneder zbił na nim fortunę. Szkoda, że twórca pięknej muzyki – W. A. Mozart niedługo mógł się nim cieszyć, zmarł bowiem 5 grudnia 1791 roku...
W Warszawie wystawiono operę w oryginale dwa lata później, a w 1802 roku w polskim przekładzie Wojciecha Bogusławskiego (który wystąpił w roli Papagena): "Flet czarnoksięski, czyli Tajemnice Izis". Współczesne wersje tej opery są dość liczne. Z pewnością warto obejrzeć inscenizację utrwaloną na DVD, a będącą zapisem spektaklu z 1978 roku podczas festiwalu w Glyndelbourne, która zyskała sławę dzięki znanemu współczesnemu malarzowi – Davidowi Hockney`owi, autorowi baśniowej scenografii, nie pozbawionej elementów humoru w scenach fantastycznych. Duża w tym także zasługa wykonawców głównych ról i samego dyrygenta: Bernarda Haitinga, który prowadził jedną z najlepszych londyńskich orkiestr – London Philharmonic Orchestra. Wśród wykonawców warto wspomnieć Felicity Lott w roli Paminy, obdarzoną nie tylko sopranem o pięknej, czystej barwie, ale także pełną wdzięku osobowością. Wspaniały jest również brytyjski baryton Benjamin Luxon w roli Papageno, który poza popisowymi rolami tytułowymi w "Eugeniuszu Onieginie" i "Wozzecku" kreował też m.in. robię hrabiego Almavivy w "Weselu Figara" czy tytułowego Don Giovanniego. Przesłanie tej inscenizacji jest jednoznaczne: bohaterom udaje się przejść zwycięsko wszystkie próby. Tym samym uwalniają się od dziecięcych więzi łączących ich ze skłóconymi rodzicami i tworzą własne szczęśliwe związki.
Metropolitan Opera, Die Zauberflöte: Trailer
Jednak największe wrażenie zrobił na mnie spektakl, który obejrzałam w czerwcu tego roku w Kinie Nowe Horyzonty, transmitowany z Met w ramach cyklu "The Met: Live in HD". Autorem inscenizacji jest Simon McBurney – znany brytyjski aktor, dramaturg, a jakby tego było mało – również reżyser teatralny i operowy. Nie było to jego pierwsze zetknięcie z tą operą Mozarta, ponieważ "Czarodziejski flet" po raz pierwszy inscenizował w 2013 roku w English National Opera w London Coliseum. To wówczas powstała koncepcja, którą utrwalono rok później na DVD z Netherlands Chamber Orchestra, którą poprowadził Marc Albrecht. Spektakl ten został wznowiony w 2023 roku w nowojorskiej Metropolitan Opera, dzięki czemu mogłam obejrzeć jego transmisję "na żywo". Sądzę, że jest to przedstawienie operowe wybitne i nie straciło blasku nie tylko dzięki znakomitym śpiewakom, ale właśnie za sprawą twórczej inscenizacji. Została ona wzbogacona o efekty dźwiękowe, projekcje wideo i akrobacje, idealnie komponujące się z charakterem i przesłaniem mozartowskiej baśni. Przede wszystkim jednak niezwykle cenna wydała mi się konwencja polegająca na odsłonięciu "teatru w teatrze" oraz na licznych aluzjach do współczesności. Jesteśmy zanurzeni w wirtualnej rzeczywistości, a wiodącym staje się temat obrazu człowieka, a także obrazu rzeczywistości. A przy tym wykonawcy głównych ról byli znakomici: sopranistka Erin Morley jako Pamina, tenor Lawrence Brownlee jako Tamino (przełamując stereotyp pięknego księcia),obdarzony wspaniałym barytonem Thomas Oliemans jako Papageno, zasłużona zdobywczyni najgorętszego aplauzu sopranistka Kathryn Lewek jako Królowa Nocy, której zaśpiewanie tej roli odradzano (!), a tymczasem wykonywała ją setki razy w najlepszych teatrach operowych w Europie i Stanach Zjednoczonych, ustanawiając rekord w liczbie występów w tej roli w Metropolitan Opera. Okazała się wręcz stworzona do tej roli. Jej Królowa Nocy jest pozornie kruchą staruszką przykutą do wózka inwalidzkiego, ale to sprytna manipulatorka, która wykorzystuje swoją rzekomą słabość do niewolenia córki i nie tylko jej.
Kathryn Lewek jako Królowa Nocy w arii "O zittre nicht, mein lieber Sohn" Opera Met 2023
"Czarodziejski flet" we Wrocławiu
We Wrocławiu po raz pierwszy zaprezentowano tę operę stosunkowo późno, bo dopiero w latach 70. XX wieku, a do jej realizacji zaangażowano twórców z Niemiec. Przedstawienie wyreżyserował Wolfgang Weit, który wcześniej współpracował z Miejskim Teatrem Muzycznym Operą i Operetką w Krakowie przy realizacji "Uprowadzenia z Seraju" (1963) oraz z Teatrem Muzycznym w Łodzi przy "Lohengrinie" Richarda Wagnera (1970). Autorem scenografii był Bernhard Schröter. Jak możemy przeczytać na blogu Opery Wrocławskiej: "W koncepcji Wolfganga Weita spektakl przybrał kształt nieco ludycznej komedii, jednocześnie manifestującej idee już oświeceniowe".
W. A. Mozart, "Czarodziejski flet", premiera: 15.07.1972; na zdjęciu: Pamina – Maria Sartova, Papageno – Antoni Bogucki, fot. Maciej Kański
Kolejna premiera "Czarodziejskiego fletu" odbyła się dopiero 11 marca 1995 roku w inscenizacji Janusza Wiśniewskiego. Oto, co pisał o niej w 1995 roku na łamach "Gazety Robotniczej" Stefan Drajewski:
"Janusz Wiśniewski przed przyjazdem do Wrocławia z pewnością otworzył swoją przepastną szufladę z figurkami, które ożywiał w "Panopticum...", "Końcu Europy", "Modlitwie chorego przed nocą", "Olśnieniu". A kiedy wszedł w zaczarowany krąg opery, w krąg "Zaczarowanego fletu", poczuł się jak w swoim dziecięcym pokoju, skąd co chwila wypełza majak pamięci, strzęp babcinej opowieści. Niewiele, okazało się, różnią się one od historii wpisanej w wielkie olśniewające dzieło Mozarta. Zarówno w dziele Mozarta, jak i w pokoju Wiśniewskiego śmierć spotyka się z życiem, nienawiść z miłością... Wiśniewski reżyser i scenograf udowodnił, że nie raniąc muzyki wielkiego Mozarta, można go odczytać inaczej. Wiśniewski udowodnił, że i opera może grzeszyć wielką teatralną urodą. Reżyser i scenograf w jednej osobie udowodnił, że można śpiewać pięknie i grać, a nie odgrywać wejścia i zejścia".
W. A. Mozart, "Czarodziejski flet", premiera: 11.03.1995, scena zbiorowa, od prawej: Jacek Ryś jako Papageno, fot. Marek Grotowski
Kolejną premierę zaplanowano na rok 2000, ale z powodu remontu gmachu opery odbyła się w Teatrze Współczesnym. Jak czytamy na blogu Opery Wrocławskiej, "powstała we współpracy z Akademią Muzyczną we Wrocławiu. Obsada jednego z pierwszych przedstawień była złożona wyłącznie ze studentów tej uczelni. Ówczesna adeptka Akademii Muzycznej – Aleksandra Kurzak wykonywała wtedy arcytrudną partię Królowej Nocy, już w towarzystwie profesjonalnych artystów Opery Wrocławskiej", a jej reżyserem był pierwszy tancerz Waldemar Karst. Inscenizacja miała charakter konwencjonalny, wyróżniały się natomiast barwne dekoracje i kostiumy Małgorzaty Słoniowskiej.
W. A. Mozart, "Czarodziejski flet", premiera: 24.03.2000, Ewa Murawska jako Papagena i Jacek Jaskuła jako Papageno, fot. Marek Grotowski
W 2006 roku operę Mozarta reżyserował Marek Weiss-Grzesiński i był to, jak pisał jeden z krytyków "spektakl utaneczniony". "Scenografię do opery przygotował Marcel Sławiński, który akcję libretta Schikanedera przeniósł w bezczasową sterylną przestrzeń. Nastrój przedstawienia tworzony był głównie oświetleniem i projekcjami. Sferze kobiecej przypisany został kolor szaroniebieski, a światu męskiemu czerwień symbolizująca płomienie. Barwy te mieszały się w finale widowiskowej inscenizacji próby wody i ognia. Współczesne kostiumy, które dopełniły plastycznej wizji, były autorstwa Ewy Kochańskiej" – czytamy na blogu. Była to zatem inscenizacja "z pomysłem".
Cztery lata później, w 2010 roku, kolejną wersję "Czarodziejskiego fletu" przygotowała projektantka mody Anna Długołęcka, która swoje w tym obszarze doświadczenie wykorzystała projektując oryginalne kostiumy i to one odegrały znaczącą rolę w spektaklu. W roli Paminy wystąpiła znakomita Ewa Vesin, a Łukasz Rosiak zagrał Papageno, podobnie jak w najnowszym przedstawieniu.
Ewa Vesin jako Pamina i Łukasz Rosiak jako Papageno w spektaklu z 2010 roku, fot. Marek Grotowski
Na kolejną wersję "czarodziejskiego fletu" musieliśmy czekać aż trzynaście lat...
"Czarodziejski flet w Breslau" – dekadencja i dekonstrukcja
Jak sugeruje już sam tytuł, w przypadku wrocławskiej inscenizacji mamy do czynienia z istotną ingerencją w oryginał. Ważnym jej współautorem jest Marek Krajewski, który nie tylko napisał polskie dialogi, ale także wprowadził narratora znanego ze swoich powieści: Eberharda Mocka (w spektaklu gra go Jacek Jaskuła). Dodam, że wcześniej, w 2014 roku, podobną strategię zastosowano w spektaklu "Koniec świata w Breslau". Jeśli ktoś pamięta tamto przedstawienie lub zna cykl powieściowy Marka Krajewskiego, dla tego świat przedstawiony na deskach Opery Wrocławskiej nie będzie niczym nowym, oryginalnym, a tym bardziej szokującym, W tamtym przedstawieniu Mock jest ciągle pod wpływem alkoholu, a mimo to z pijackim uporem powtarza próby zaprowadzenia jakiegoś ładu w zdegenerowanym świecie, ale nie jest to możliwe.
"Czarodziejski flet w Breslau", Jacek Jaskuła, fot. D. Gdesz
W "Czarodziejskim flecie w Breslau" jest "tylko" komentatorem, wraz z upływem akcji coraz bardziej nietrzeźwym. Miejscem akcji jest przedwojenny Wrocław (Breslau), a ściślej: jego zdegenerowane dzielnice i podejrzane lokale. W ogóle to, co było w libretcie pewną baśniową metaforą, która dawała rozmaite możliwości inscenizacyjne, we wrocławskim spektaklu zostaje udosłownione, a przez to spłycone, Książę Tamino ma koszmary pod wpływem narkotyków, Trzy Damy, które się nim "opiekują" to prostytutki, a Królowa Nocy jest burdelmamą.
Eliza Kruszczyńska, Aleksander Zuchowicz, Dorota Dutkowska, Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak, fot. D. Gdesz
Tamina została porwana przez dawnego przyjaciela ojca – Sarastro, który pod wpływem głębokiego nawrócenia próbuje uratować nie tylko ją, ale także innych pogubionych ludzi – z dobrym skutkiem. Poruszając się w tej konwencji, Krajewski również z Chłopców robi podejrzane indywidua, a z Papageno infantylnego półgłówka. Pominę miłosiernie kloaczne słownictwo, które jest naturalną konsekwencją faktu, że jest to "świat zepsuty", trudno więc oczekiwać, że bohaterowie będą mówili literackim językiem, ale dyskomfort jednak pozostaje chyba większy niż w przypadku niemieckiego oryginału, w którym bohaterowie posługują się językowymi banałami...
Maria Rozynek-Banaszak jako Królowa Nocy, fot. D. Gdesz
Tamino, jak to ma miejsce w oryginale, przechodzi pozytywnie wszystkie próby, Pamina również. Z opresji wychodzi także Papageno, który odnajduje swoją "połówkę", ale finał jest kompletną dekonstrukcją oryginału, z którą nie spotkałam się w żadnej innej inscenizacji. Gdybyż jeszcze autor użył bardziej subtelnych środków świadczących o tym, że wątpi w pozytywny finał tej historii... Skądże znowu! Na scenę wytacza się kompletnie pijany Mock i bełkocze, że to wszystko, co widzieliśmy, było wytworem wyobraźni pod wpływem narkotyków i że z nałogu nie można się wyrwać, a traumy z dzieciństwa pokonać. Czemu w takim razie miały służyć owe próby, skoro z góry było wiadomo, jaki będzie finał..? To zasadnicza sprzeczność, która godzi w przesłanie "Czarodziejskiego fletu". O ile Schilkander, a także Mozart (przez muzyczną charakterystykę bohaterów) dają swoim widzom nadzieję, jak w każdej porządnej baśni, o tyle realizatorzy wrocławskiej inscenizacji nas jej pozbawiają.
Łukasz Rosiak jako Papageno, fot. Marek Grotowski
Przedstawienie byłoby nie do przyjęcia, gdyby nie piękna muzyka, która, niczym listek figowy, przysłaniała fakt, że "król jest nagi". Dyrygent Adam Banaszak narzucił wykonawcom zbyt duże tempo, ale mimo to zdarzały się perełki. Sądzę, że należy wyróżnić wspaniałą rolę Marii Rozynek-Banaszak (sopran), która nie tylko brawurowo zaśpiewała wspaniałe arie, w tym niezapomnianą i trudną "Der Hölle Rache kocht in meinem Herzen", ale też okazała się utalentowaną aktorką, szczególnie w ostatniej scenie, kiedy umiera i widać nawet lekkie drżenie jej ciała, rąk... Występująca gościnnie Marcelina Román była w roli Paminy poruszająca – i w partiach lirycznych, i w dramatycznych. Aleksander Zuchowicz w roli Tamino oraz Łukasz Rosiak jako Papageno zaśpiewali bardzo dobrze, ale aktorsko wypadli nieco blado.
Grzegorz Szostak (bas, Sarastro), Marcelina Román (sopran, Pamina), fot. Marek Grotowski
Całość wyreżyserował Michał Znaniecki– nowy dyrektor artystyczny Opery Wrocławskiej. który już wcześniej inscenizował opery Mozarta (m.in. "Cosi fan tutte", "Don Giovanniego"), znany jako reżyser niebojący się wyzwań. Tym razem jednak chyba za bardzo dał się "uwieść" eksperymentowi i narracji Marka Krajewskiego. Trzeba jednak przyznać realizatorom, że próbowali stworzyć nową jakość, która wprawdzie budzi kontrowersje, ale nie jest sztuką "nijaką". Tak czy owak jest o czym dyskutować 😁
Z pewnością warto wybrać się na ten spektakl, aby skonfrontować własne gusty i oczekiwania z tą nową inscenizacją, a przede wszystkim, aby posłuchać muzyki Mozarta, która nie znudzi się nigdy.
P.S. Mam świadomość, że to, co napisałam, nie jest rasową recenzją. Przeżyłam trwającą wiele dni przygodę z "Czarodziejskim fletem", wysłuchałam wielu nagrań, obejrzałam kilka inscenizacji i dałam temu wyraz. Tym, którzy cierpliwie przeczytali tekst i wysłuchali nagrań, bardzo dziękuję.
Kim jest artysta - szaleńcem czy geniuszem? A może jednym i drugim? Co na ten temat mówi literatura i film? Współczesne kino powraca do tych ponadczasowych zagadnień dotyczących relacji między artystą a społeczeństwem, pokazując, że pewne problemy są ponadczasowe. W każdej epoce mogą zdarzyć się ludzie nieprzeciętnie uzdolnieni, których talenty staną się przedmiotem zawiści innych. Artysta zawsze płaci wysoką cenę za to, że jest po stronie wartości i mówi prawdę o człowieku.
Kadr z filmu Miloša Formana: "Amadeusz"
Do XX w. to głównie literatura zajmowała się problemami artysty - jego relacją z Bogiem i innymi ludźmi. Wraz z pojawieniem się kina powstały nowe możliwości opowiadania historii i opisywania świata za pomocą ruchomych obrazów. Bardzo szybko film stał się sztuką i zaczął zastępować literaturę. Pojawiło się ambitne kino, które podjęło poważną problematykę .
Do takich filmów należy z pewnościąAmadeuszw reżyseriiMiloša Formana. Powstał na podstawie sztuki teatralnej znanego dramatopisarza Petera Shaffera , która była wystawiana również w Polsce. W roli Mozarta wystąpił wówczas Roman Polański, a w roli Salieriego Tadeusz Łomnicki. Film Formana znacznie się jednak rożni od teatralnej wersji. Przede wszystkim film ma charakter retrospekcji. Narratorem jest Salieri znajdujący się u schyłku życia w zakładzie psychiatrycznym, po nieudanej próbie samobójczej, Rozmawia z młodym księdzem i ta spowiedź z życia ma wiele cech prawdopodobieństwa. Zwierza się księdzu, który jest przedstawicielem Boga, gdy tymczasem on jest z Bogiem skłócony. Wprawdzie zarówno Salieri jak i Mozart są postaciami historycznymi, jednak film nie jest biografią żadnego z nich, lecz eksponuje przede wszystkim problem geniuszu i jego braku.
Salieri jest człowiekiem sukcesu. Zdobył pozycję na dworze królewskim - jako wzięty kompozytor. Jest wdzięczny Bogu za to wszystko i bardzo skromny. Mozart natomiast jest jego przeciwieństwem. Sprawia wrażenie dużego dziecka, rozpieszczonego i pewnego siebie, które o nic nie prosi, a wszystko przychodzi mu bez trudu. Salieri nie może zrozumieć, jak to możliwe, żeby tak mierny człowiek był obdarzony takim geniuszem. Uważa, że Bóg jest niesprawiedliwy i postanawia się zemścić. Pragnie zniszczyć Mozarta i w ten sposób „ukarać” Boga za tę niesprawiedliwość. Knuje więc intrygę , w której finale Mozart ma napisaćRequiem – utwór żałobny na zamówienie anonimowego zleceniodawcy, pod którym kryje się on sam. Zamierza doprowadzić Mozarta do śmierci, przywłaszczyć jego utwór i przedstawić go światu jako swój. Wprawdzie część planu udaje się mu spełnić, ale i tak nie odzyskuje spokoju z powodu spełnionej zemsty. W rezultacie popada w szaleństwo i usiłuje popełnić samobójstwo. Ocalony, nadal żywi się swoją nienawiścią, ponieważ ma świadomość, że jest miernym artystą i to jest jego największa kara.
Film został wzbogacony o cytaty z oper Mozarta, a scena na łożu śmierci pozwala nam zrozumieć głębokie treści zawarte w Requiem. Daje możliwość zaprezentowania struktury muzycznej rożnych kompozycji Mozarta i w ten sposób pozwala dostrzec ich piękno. Z jego przesłania wynika, że geniusz artysty jest rodzajem daru, który otrzymuje się bez względu na zasługi. Prawdziwy artysta, taki jak Mozart, jest rzadkim zjawiskiem. Istotne jest również przesłanie mówiące, że geniusz nie zawsze idzie w parze z osobowością i zachowaniem artysty. Jako człowiek może on mieć rożne wady, które budzą rozczarowanie i niechęć. Próbując odpowiedzieć na pytanie, kim jest prawdziwy artysta, Miloš Forman stawia nas wobec tajemnicy . Nie da się racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego jeden człowiek jest wybitnym artystą, a inny przeciętnym.
"Idomeneo" W. A. Mozarta w Staatsoper Unter den Linden w Berlinie jest spełnieniem marzeń każdego melomana. Sądzę, że przydarzyła mi się rzecz zgoła niezwykła - miałam szczęście zobaczyć i usłyszeć spektakl operowy, który nie był banalny, podejmował tematy ponadczasowe, a przy tym serwował słuchaczom prawdziwą ucztę muzyczno-wizualną. To jednak rzadkość, ale i nie przypadek, zważywszy, jacy stworzyli go artyści.
"Idomeneo" W. A. Mozarta w Staatsoper Berlin, fot. Bernd Uhlig
"Idomeneo" - zagadkowa opera Mozarta
"Idomeneo" Wolfganga Amadeusza Mozarta jest bodaj najmniej znaną operą tego kompozytora, co może dziwić, zważywszy, jak jest znakomita. Okoliczności jej powstania wskazują, że Mozart napisał ją na zamówienie elektora palatyńskiego, Karola Teodora, dysponującego najlepszą orkiestrą w ówczesnej Europie, kierowaną przez Christiana Cannabicha. W jej skład wchodzili wybitni wirtuozi, m. in. Johann Baptista Wendling, którego żona Dorothea zagrała Ilię, a szwagierka Elisabeth została pierwszą Elektrą. Mozart miał wówczas 25 lat i był już dojrzałym twórcą (pierwszą operę: "Mitrydate" skomponował mając 14 lat!), więc toczył boje z librecistą ks. Giambattistą Varesco, aby postacie nie były papierowe, a role "przegadane|", o czym wiemy z jego listów do ojca. Kompozytor tworzy tę operę z wielkim zaangażowaniem - troszczy się o najdrobniejsze szczegóły, ale zarazem dba o ogólny efekt sceniczny. Narzeka na wykonawców męskich ról - Anton Raaff, tenor, grający tytułową rolę, jest dobrze po sześćdziesiątce i niektóre arie są dla niego za trudne, zaś Idamante, którego gra włoski kastrat-sopran - Vincenzo dal Prato, był podobno sztywny jak kołek i w ogóle nie umiał grać (zresztą podobnie jak Raaff). "Nie ma za grosz metody" - pisze Mozart do ojca. Trzeba więc było indywidualnie z nimi pracować, a nawet przerabiać finałową arię Idomeneo.
Włoskie i niemieckie strony tytułowe oryginalnego libretta opery Mozarta Idomeneo, źródło: Wikipedia
Za to wykonawczynie ról kobiecych były świetne. Mimo wszystko Mozart był bardzo szczęśliwy, ponieważ tworzył muzykę dla wspaniałej orkiestry, a poza tym współpracował z nim znakomity choreograf i scenograf. Był także otoczony troską i życzliwością swojego protektora. Prapremiera odbyła się w Monachium 26 stycznia 1781 roku, lecz pomimo zachwytów nad pięknem muzyki, operę zagrano tylko trzy razy. Potem Mozart ją jeszcze poprawiał i próbował wystawiać, ale bez większego powodzenia. Także w XIX w. wystawiano ją rzadko.
Dopiero w 1951 roku na Festiwalu w Glyndebourne Fritz Busch po raz pierwszy poprowadził "Idomeneo" według oryginalnej partytury, a także zaprosił znakomitych solistów. Niewiele to jednak zmieniło, bo w praktyce wykonawczej opery nadal stosowano skróty, a wykonawcy byli często gęsto marni. Dopiero w 1973 roku austriacki dyrygent Karl Böhm ponownie powrócił do oryginału. Upłynęło sporo czasu i dopiero w latach 2000 pojawiły się interesujące interpretacje "Idomeneo", m. in. spektakl pod dyr. Marca Minkowskiego w reżyserii Davida McVicara(tego samego, który stworzył inscenizację, o której piszę), w którym wystąpiła, podobnie jak w berlińskiej adaptacji, Magdalena Kožená. Po operę Mozarta sięgali także: Nicolaus Harnoncourt (1982), z Pavarottim w roli tytułowej czy John Eliot Gardiner, który w 1993 r. nagrał płytę z Anthonym Rolfe Johnsonem jako Idomeneuszem. W Polsce zaś po raz pierwszy zaprezentowano tę operę dopiero w 1991 roku w warszawskiej Operze Kameralnej i na tym poprzestano...
Rozbitkowie w berlińskiej wersji "Idomeneo", fot. Bernd Uhlig
Od losu nie ma ucieczki...
Zgoda na tragiczność życia - w tym się wyraża cała nasza godność
i nasza duma. Na pokorze wobec tego, co jest nieuchronne.
Wiesław Myśliwski
"Idomeneo" jest operą przypominającą tragedię grecką, z jej fatalistyczną wizją świata i ludzkiego losu. Poza jednym wyjątkiem - szczęśliwym zakończeniem. Akcja rozgrywa się na Krecie, po wygranej przez Greków wojnie trojańskiej. Idomeneusz - król wyspy nie powrócił jeszcze spod Troi, ale wysłał statki z niewolnikami, wśród których znajduje się córka króla Priama - Ilia. Pod nieobecność ojca rządy sprawuje młody i wielkoduszny Idamante, który zakochuje się w Ilii, ona jednak pozostaje pogrążona w głębokiej żałobie, a odwzajemnienie uczuć "wrogowi" uważa za swoistą zdradę wobec tych, którzy zginęli z ręki Greków, w tym swojego ojca i brata ("Padre, germani, addio"). Kiedy jednak Idamante uwalnia z niewoli jej rodaków, nie potrafi pozostać obojętna, nadal czując się rozdarta pomiędzy pamięcią bliskich a miłością do szlachetnego Idamante (piękne partie chóru "Godiam la pace" o zwycięstwie Amora). Tymczasem wieść niesie, że statek, którym podróżował Idomeneusz, zatonął. Istotnie, Neptun, chcąc wystawić bohatera na próbę, ratuje mu życie pod warunkiem, że poświęci on życie pierwszej napotkanej na brzegu osoby w ofierze. Brawurowe sceny przedstawiające walkę o życie marynarzy Idomeneusza, walczących z żywiołem, są szalenie interesujące tak pod względem scenograficznym, jak i muzycznym ("Pietà, numi, pietà!"). Jak się nietrudno domyślić, pierwszym napotkanym człowiekiem okazuje się - ku przerażeniu Idomeneusza - jego jedyny syn. Następuje dramatyczna scena, w której kochający, dobry syn zostaje przez ojca odepchnięty, co sprawia mu ogromny ból.
Andrew Staples jako Idomeneo i Magdalena Kožená jako Idamante fot. Bernd Uhlig
O tym, jakie są prawdziwe przyczyny zachowania Idomeusza dowiaduje się doradca króla - Arbace i doradza mu, aby odesłał syna jak najdalej. Także król sądzi, że pozbywając się syna, ukrywając go, uniknie spełnienia obietnicy danej Neptunowi. Ponadto na jego dworze przebywa księżniczka mykieńska Elektra, która po tym, jak skłoniła brata Orestesa do zamordowania matki (Klitajmestra wraz z kochankiem skrytobójczo zamordowała powracającego spod Troi Agamemnona), schroniła się przed wyrzutami sumienia (Erynie) na Krecie. Poznawszy delikatnego i dobrego Idamante, zakochuje się w nim i marzy o nowym, szczęśliwym życiu. Ona również pragnie uciec od swego losu, co koniec końców okaże się niemożliwe. Tylko Idamante i Ilia, pod wpływem wzajemnej miłości, gotowi są stawić czoła losowi i poświęcić się w imię wyższych uczuć, nie myśląc o sobie. I to oni wychodzą zwycięsko z opresji. Ostatecznie Neptun wynosi Idamante na tron (mówiąc, że miłość zwyciężyła) i dając mu za żonę Ilię. Ci, którzy buntowali się przeciwko losowi, uosobionemu w postaci Neptuna, przegrali i muszą odejść. Odchodzą więc - Idomeneusz w pokorze, Elektra zaś w zapiekłej wściekłości (wspaniała dramatyczna aria "O smanie! D`Oreste, d`Aiace"). Całość kończy jednak duet nowych panujących oraz chóru. Można by powtórzyć za Wiesławem Myśliwskim, że nie wykazali pokory wobec nieuchronności swojego losu i na skutek tego poniekąd przegrali swoje życie.
25-letni geniusz stworzył więc prawdziwą operę seria, w której temat mitologiczny nie pozostał czystą konwencją, za którą nie skrywa się żadna treść. Przeciwnie - mamy do czynienia z prawdziwym dramatem ludzkiego losu, który dotyczy nie tylko pojedynczych osób, ale także kładzie się cieniem na życiu całej zbiorowości. Służy temu także pogłębiona psychologia postaci. Jeśli tak na to spojrzymy, nie będziemy się zastanawiać, skąd i po co wzięła się na Krecie Elektra.
"Idomeneo", scena zbiorowa, fot. Bernd Uhlig
"Idomeneo" w Staatsoper Unter den Linden
Inscenizacja operowa "Idomeneo" w Staatsoper Unter den Linden w Berlinie była moją pierwszą widzianą na żywo, wcześniej jednak poznałam dwie inne, bardziej oszczędne, jeśli chodzi o środki scenicznego wyrazu, ale zaśpiewane znakomicie. W szczególności dotyczy to nagranej na żywo w La Scali w Mediolanie wersji "Idomeneo" z 2006 roku, którą poprowadził brytyjski dyrygent Daniel Harding, a wyreżyserował wybitny, urodzony w Zurychu, reżyser teatralny Luc Bondy, dyrektor paryskiego teatru Odeon. W rolę tytułową wcielił się w obu wersjach (także późniejszej, z 2016 roku, z tym samym dyrygentem) urodzony w Malezji znakomity tenor Steve Davislim.
Wyznać muszę, że berlińska wersja była bardzo interesująca koncepcyjnie, co nie dziwi, jeśli zważyć, jakie przygotowały ją tuzy, nota bene sami Brytyjczycy. Inscenizatorem jest David McVicar, twórca mający ogromne doświadczenie (także w realizacji znanych oper Mozarta) i od lat współpracujący z wielkimi teatrami operowymi. Autorką scenografii jest brytyjska scenografka i kostiumolog - Vicki Mortimer, która zaprojektowała kostiumy i scenografię do ponad 30 spektakli, w tym do "Good" i "Medea" (West End Theatre w Londynie), a także wieczoru baletowego "AfteRite/Lore" (Teatro alla Scala di Milano). Piękne kostiumy stylizowane na wschodnie (w tym nieco kontrowersyjny, ale jakże dramaturgiczny strój dla Medei i jej służących) zaprojektowała inna Brytyjka - Gabrielle Dalton, która we współpracy z Davidem McVicarem zrealizowała wiele wcześniejszych projektów, m. in.do opery "Falstaff", kilkakrotnie w Grange Park Opera ("Don Kichot", "Idomeneo", "Don Carlos"), także w Opéra National de Lorraine w De Nederlandse Reisopera ("Don Giovanni" i "Turandot").
"Idomeneo", scena zbiorowa, fot. Bernd Uhlig
Efekty tej wieloletniej współpracy okazały się i w Staatsoper Unter den Linden znakomite! Powstała inscenizacja najwyższej próby, interesująca plastycznie, pełna ukrytych znaczeń, w której ogromną rolę odgrywa także światło (brawa dla Paule Constable, która pracowała dla wielu renomowanych zespołów teatralnych w Wielkiej Brytanii). Przez niemal cały spektakl nad bohaterami ciąży fatum pod postacią trupiej czaszki z zakneblowanymi ustami - zmienia kąt nachylenia, barwy, a nawet bywa zasłaniana, kiedy to bohaterowie sądzą, że udało się im uniknąć swego przeznaczenia. Znika zaś, gdy się z nim pogodzili. Piękna jest też choreografia widowiska (Colm Seery, który od lat współpracuje z McVidalem), dzięki której bohaterowie - pojedynczo i zbiorowo - poruszają się w scenicznym świecie, wspomagani strojami i rekwizytami, a także światłem, tworząc pełnowymiarowe ludzkie postaci. Sceny są skomponowane niczym obrazy - jak w teatrze plastycznym.
Olga Peretyatko - Elektra, fot. Bernd Uhlig
Dopiero kiedy sobie uzmysłowimy, jak wiele czynników składa się na kreację postaci, warto przyjrzeć się wykonawcom głównych ról.
Otóż w obejrzanej przeze mnie 26 marca 2023 r. wersji rolę Idomeneo wcielił się Andrew Staples - uważany za jednego z najbardziej wszechstronnych tenorów swojego pokolenia, regularnie występujący z Simonem Rattle, Harding, Haïm, Davis, Salonen i Nézet-Séguin, a także z Filharmonikami Berlińskimi i wielu innymi. Bardzo dobry śpiewak i interpretator, słabszy aktor, choć w niektórych scenach, oddających jego bunt przeciw bogom, poczucie zagubienia, a wreszcie zgody na swój los był wiarygodny. Brakowało mi w tej interpretacji dramatyzmu Steve`a Davislima. Znakomicie zaśpiewała rolę Idamante Magdalena Kožená, wyróżniał się także Linard Vrielink w roli powiernika Idomeneo - Arsace. Mistrzowski występ Koženy miał to silne, szlachetne i jasne mezzo. Śpiewaczka doskonale wyczuwa retoryczną energię muzyki, zawsze kierując się typem ekspresji i logicznym uzasadnieniem prowadzenia roli. W Ilię wcieliła się Anna Prohaska - sopran koloraturowy, predystynowana do ról lirycznych śpiewaczka, która współpracowała z takimi dyrygentami, jak Claudio Abbado i Daniel Barenboim. W sposób wiarygodny wyśpiewała swoje dramatyczne rozterki postaci rozdartej pomiędzy żałobą a niespodzianą miłością do syna wroga. W pamięci pozostanie zwłaszcza piękna scena, w której śpiewa o swojej miłości i tęsknocie wśród spadających płatków kwiatów, zjawiskowo oświetlona, jakby przez to uczucie przemieniona. Wielkie wrażenie zrobiła również Olga Peretyatko jako Elektra. Posągowo piękna, co podkreślało jeszcze bardziej kimono, szczególnie, że choreografia i światło dawały możliwość "ogrania" kostiumu, co się znakomicie udało. Peretyatko była fascynująca, zupełnie odmienna od szlachetnej Ilii, która gotowa jest poświęcić życie dla ukochanego. Drapuieżna , ale i liryczna ("Idol mio"), zwłaszcza w partiach dramatycznych, gdy śpiewała arię "D`Oreste, d`Aiace", pragnąc już tylko śmierci i potępienia.
Anna Prohaska jako Ilia, Magdalena Kozena jako Idamante, Olga Peretyatko jako Elektra, w tle Andrew Staples - Idomeneo, ot. Bernd Uhlig
Piękne są też sceny zbiorowe, np. dość realistyczna scena pomoru, którym Neptun każe miasto: bohaterowie wrzucają owinięte w całun zwłoki do wspólnego grobu, a w tle płonie ogień...
Mocną stroną spektaklu była muzyka orkiestrowa w wykonaniu znakomitej Staatskapelle Berlin, którą poprowadził Simon Rattle - genialny brytyjski dyrygent, który w 2002 roku zastąpił Claudio Abbado na stanowisku głównego dyrygenta Berliner Philharmoniker. Rattle był niewątpliwie jedną z gwiazd tego wieczoru. Stając za pulpitem, z charakterystyczną burzą siwych włosów, wyglądał jak czarodziej i istotnie wyczarował z niezwykłą subtelnością zarówno liryczne nastroje, jak i sceny pełne dramatyzmu. Po prostu mistrz!
A to już ja - szczęściara, w obiektywie Marka Ciska
Sądzę, że przydarzyła mi się rzecz zgoła niezwykła - miałam szczęście zobaczyć i usłyszeć spektakl operowy, który nie był banalny, bo podejmował tematy ponadczasowe, a przy tym serwował słuchaczom prawdziwą ucztę muzyczno-wizualną. To jednak rzadkość, ale i nie przypadek, zważywszy, jacy stworzyli go artyści.
Dokładnie rok temu cały świat zamarł, gdy nad ranem 24 lutego 2022 roku rozpoczęła się inwazja Rosji na Ukrainę. Wojna wciąż trwa, dlatego w rocznicę jej wybuchu pragniemy pozostać myślami z nieustannie walczącymi o wolność obywatelkami i obywatelami Ukrainy. Tego wieczoru w Sali Głównej zabrzmią dźwięki Modlitwy za Ukrainę Wałentyna Sylwestrowa oraz jedno z najbardziej dramatycznych dzieł w historii muzyki – Requiem d-moll Wolfganga Amadeusa Mozarta.
Olga Pasiecznik, fot. Olga Wietlik
Sylwestrow to jeden z najwybitniejszych żyjących twórców ukraińskich, a zarazem jeden z najwybitniejszych współcześnie działających kompozytorów świata. Niespełna parę miesięcy temu artysta został uhonorowany jedną z najbardziej prestiżowych europejskich nagród muzycznych – Opus Klassik – za dorobek życia, a także odznaczony Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Modlitwa za Ukrainę powstała w 2014 roku w odpowiedzi na krwawe starcia na kijowskim Majdanie. Kompozytor również był tam obecny, wysłuchując licznych modlitw i pieśni pokojowych. Dzieło to jest jego osobistym, głęboko emocjonalnym wyrazem zaangażowania w walkę o wolną Ukrainę.
Wielkie Requiem d-moll Wolfgang Amadeus Mozartskomponował tuż przed śmiercią w 1791 roku. Zamówienie na dzieło miało przyjść od autora, któremu za wszelką cenę zależało, by pozostać anonimowym. W rzeczywistości stał za tym książę Franciszek Walsegg-Stuppach, znany w ówczesnych kręgach artystycznych z częstej praktyki przywłaszczania sobie utworów zamawianych u innych twórców. Mozart miał prawdopodobnie pełną tego świadomość, jednak zadania podjął się ze względu na sytuację finansową. Requiem powstawało w czasie trudnym. W listopadzie 1791 roku kompozytor ciężko zachorował, wycieńczony fizycznie i psychicznie nie był w stanie ukończyć dzieła. Ostatnimi nakreślonymi przez niego dźwiękami przed śmiercią 5 grudnia tego samego roku były początkowe takty Lacrimosy. Monumentalną kompozycję dokończył jeden z uczniów mistrza – Franz Xaver Süssmayr – w oparciu o jego szkice.
Jak co roku, na przełomie czerwca i lipca, Orkiestra Kameralna Wratislavia i jej dyrektor artystyczny Jan Stanienda zapraszają na kolejny Festiwal Muzyki Kameralnej „Wieczory w Arsenale”. Publiczność będzie mogła posłuchać plenerowych koncertów na dziedzińcu zabytkowego Arsenału we Wrocławiu w dniach od 28 czerwca do 7 lipca 2019 roku.
Tegoroczne Wieczory składać się będą z siedmiu wyjątkowych koncertów. W programie nie zabraknie utworów wspaniałego Wolfganga Amadeusa Mozarta (inauguracja, 28 czerwca) oraz solowych koncertów Józefa Haydna w wykonaniu dwóch bardzo młodych i wielce utalentowanych muzyków: 11-letniego wiolonczelisty Fryderyka Midora oraz 17-letniego skrzypka Marcela Groblewskiego (5 lipca). Na tym samym koncercie wykonana zostanie Suita filmowa Jacka Zameckiego oraz utwór Emotions in Motion, który specjalnie dla Orkiestry Wratislavia napisał uznany meksykański kompozytor muzyki filmowej, Rodrigo Flores López.
Muzycy Orkiestry Wratislavia zaprezentują się swojej publiczności również na finałowym koncercie (7 lipca), na którym zabrzmią m.in. uwielbiane przez melomanów solowe koncerty Vivaldiego oraz genialny Koncert d-moll na dwoje skrzypiec Bacha, tym razem w wersji na skrzypce i wiolonczelę. To podtrzymanie tradycji Festiwalu, który od kilku już lat takimi właśnie koncertami kończy każdą edycję, ku wielkiej radości swoich wiernych słuchaczy.
Penderecki Piano Trio, fot. prasowa
W pierwszą festiwalową niedzielę (30 czerwca) wystąpi w Arsenale Penderecki Piano Trio w programie wypełnionym nastrojową kameralistyką – utworami Haydna, Debussy’ego i Rachmaninowa. Nieco większy skład pojawi się na scenie w środę 3 lipca – usłyszymy w ten dzień kwartet smyczkowy Moniuszki (w ramach obchodów Roku Moniuszkowskiego) oraz kwintet i sekstet smyczkowy Johannesa Brahmsa. Czeka nas więc wieczór pełen poezji wyrażonej wyłącznie dźwiękami.
Telmo Pires, fot. prasowa
Tradycją „Wieczorów w Arsenale” stały się także specjalne koncerty, poświęcone lżejszemu repertuarowi, wykraczającemu poza sferę muzyki klasycznej. W tym roku czekają nas aż dwa takie wieczory: 1 lipca (poniedziałek) wystąpi Portugalczyk Telmo Pires, który wraz z gitarowym zespołem wprowadzi nas w świat fado – nostalgicznego śpiewu, charakterystycznego głównie dla portowych dzielnic Lizbony, wyrażającego smutek i żal, tęsknotę za straconą miłością i za młodością, która na zawsze odeszła. Jak wielką wizytówką Portugalii jest fado niech świadczy fakt, iż w listopadzie 2011 roku zostało ono uznane przez UNESCO za część światowego dziedzictwa kultury.
Jazz Band Młynarski-Masecki , fot. prasowa
Przedostatni wieczór festiwalowy to przeskok do przedwojennej Polski: Jazz Band Młynarski-Masecki wykona brawurowe aranżacje przedwojennego polskiego jazzu autorstwa takich tuzów, jak Henryk Wars, Jerzy Petersburski czy bracia Artur i Henryk Gold. To im zawdzięczamy powstanie w latach 20-tych i 30-tych XX wieku tysięcy hitów na potrzeby filmu, kabaretów, teatrów i rewii. W programie koncertu znajdą się utwory swingowe, nie zabraknie też kilku wyjątkowych tang. Aranżacje Marcina i głos Janka nadają całości zupełnie nowy oddech, czyniąc tę muzykę aktualną i użytkową, do tańca i wzruszeń. Serdecznie zapraszamy do tej wzruszającej wyprawy naszym muzycznym wehikułem czasu!
19 czerwca (środa) o 19.00 Narodowe Forum Muzyki zaprasza na wyjątkowy koncert. Trzech doskonałych artystów i trzy wyjątkowe dzieła kameralne autorstwa kompozytorów związanych z Wiedniem XVIII i XIX stulecia. Czerwcowy koncert przybliży słuchaczom utwory, których celem jest przede wszystkim radość wspólnego muzykowania.
Roel Dieltiens – wiolonczela, fot. Beluga
Za czasów Josepha Haydna Wiedeń tętnił życiem – również muzycznym. Grano i śpiewano w karczmach, koncertowano na dworach arystokracji. Rozmiłowani we wspólnym muzykowaniu wiedeńczycy sporo uwagi poświęcali też wykonywaniu najnowszych dzieł w zaciszu domowym. Doskonale sprawdzała się w tym kontekście muzyka kameralna, która z biegiem lat zyskiwała coraz większe znaczenie w twórczości wielu kompozytorów.
Niewątpliwym autorytetem w tym zakresie stał się właśnie Joseph Haydn. Obok kwartetów smyczkowych do jego najpopularniejszych utworów kameralnych należą tria fortepianowe, których Haydn skomponował ponad 40. Trio fortepianowe Es-dur należy do grupy najmłodszych tego typu utworów, jakie wyszły spod pióra kompozytora i powstały najprawdopodobniej z przeznaczeniem do muzykowania u hrabiego Morzina – Haydn pracował dla niego jako nadworny kompozytor.
Mniej liczny, choć niezwykle interesujący muzycznie, okazuje się Mozartowski dorobek w zakresie muzyki kameralnej. Przedostatnie spośród 7 triów fortepianowych to dzieło, w którym krytycy doszukują się stylistycznych nawiązań do słynnych oper kompozytora: Don Giovanniego i Wesela Figara.
Z kameralnymi kompozycjami klasyków wiedeńskich kontrastuje Trio fortepianowe Es-dur Franza Schuberta. Dzieło okazało się wyjątkowe dla samego kompozytora – był to bowiem jego jedyny utwór, który udało mu się za życia opublikować poza granicami Austrii. Wydawca kompozycji – lipski Probst – nie był jednak do końca pewien powodzenia inwestycji, uznając ją za „honorowy artykuł, którym niewiele da się zarobić”. Brak entuzjazmu dziwi ze względu na dobre przyjęcie Tria przez publiczność i krytykę, co kompozytor zaznaczał w swojej korespondencji: „podczas mojego koncertu przy zatłoczonej sali przyjęte zostało z takim aplauzem, że zmuszony byłem powtórzyć koncert”.
Wybrane dzieła wiedeńskich mistrzów usłyszymy w wykonaniu tria składającego się ze współpracujących ze sobą od lat muzyków, którzy na co dzień występują zarówno jako soliści, jak i członkowie zespołów. Partię skrzypiec wykona Daniel Sepec, który od ponad 20 lat pełni funkcję koncertmistrza Deutsche Kammerphilharmonie Bremen. Na estradzie NFM zawita również Roel Dieltiens – niewątpliwy autorytet pośród współczesnych wiolonczelistów, wykładowca Hochschule der Künste w Zurychu i członek jury w prestiżowych międzynarodowych konkursach muzycznych (m.in. moskiewskim Konkursie im. P. Czajkowskiego). W składzie wyjątkowego tria pojawi się też należący do grona czołowych klawesynistów i pianistów Andreas Staier, wyróżniony tytułem „Artysty Roku” nadawanym przez International Classical Music Awards (2014). Program:
J. Haydn Trio fortepianowe Es-dur Hob. XV:29
W.A. Mozart Trio fortepianowe C-dur KV 548
***
F. Schubert Trio fortepianowe Es-dur op. 100, D 929
Czas na spotkanie z wielkimi mistrzami. Podczas jednego koncertu usłyszymy wyjątkową twórczość sakralną słynnych kompozytorów kilku epok – od renesansu aż po klasycyzm. A wszystko to za sprawą odwiedzającej Narodowe Forum Muzyki Capelli Cracoviensis. W programie spotkania, skoncentrowanym przede wszystkim na muzyce religijnej, szczególne miejsce zajmie Mozartowska Msza brevis KV 259. Poszczególne części utworu będą prezentowane naprzemiennie z dziełami dwóch mistrzów muzyki dawnej – Giovanniego Battisty Pergolesiego i Orlanda di Lasso.
Capella Cracoviensis, fot. Piotr Kucia
Mozart, choć znany jest dziś przede wszystkim ze swojej muzyki symfonicznej i operowej, poświęcał również sporo uwagi twórczości religijnej. Do dziś zachowało się niemal dwadzieścia mszy i kilkadziesiąt innych dzieł o tematyce sakralnej jego autorstwa. Wśród wspomnianych kompozycji pojawiają się dzieła określane mianem missa brevis – mszy krótkiej, będącej muzycznym opracowaniem części stałych mszy świętej. Jednym z przykładów takiej twórczości jest właśnie Msza brevis C-dur KV 259. Kompozycja ta powstała w drugiej połowie lat 80. XVIII stulecia, a swój przydomek „Orgelsolomesse” zyskała ze względu na występujące w niej solo organów. Wspomniany instrument, chyba najściślej związany z praktyką muzyki liturgicznej, przyciągnął również uwagę Josepha Haydna, czego doskonałym przykładem jest Koncert organowy F-dur. W imponującym dorobku kompozytorskim Haydna odnajdujemy również poruszające opracowanie tekstu antyfony Salve Regina (‘Witaj, Królowo’). Dzieło to powstało najpewniej w 1771 roku – podobnie jak kilka innych utworów, które artysta skomponował ku czci Maryi Panny. Ówczesny zwrot w stronę twórczości religijnej miał być wyrazem wdzięczności Haydna za przezwyciężenie zagrażającej jego życiu choroby.
Poza dziełami słynnych klasyków wiedeńskich w Sali Czerwonej Narodowego Forum Muzyki zabrzmią również kompozycje innych wyróżniających się twórców minionych epok. W świat renesansowych brzmień przeniesiemy się za sprawą utworów Orlanda di Lasso – artysty, którego muzyka cieszy się dziś ogromną popularnością wśród miłośników muzyki dawnej. Jego dorobek artystyczny doskonale oddaje bowiem ducha epoki, w jakiej tworzył. Nie brak tu zarówno eksperymentalnych poszukiwań, jak i postawy humanistycznej, dostrzegalnej przede wszystkim w sposobie traktowania tekstu literackiego – czy to świeckiego, czy to religijnego. Z kolei brzmienie barokowej muzyki sakralnej zostanie przywołane za sprawą O sacrum convivumGiovanniego Battisty Pergolesiego. Ta niewielka w swych rozmiarach kompozycja jest doskonałym dowodem na świetne opanowanie przez Pergolesiego tajników tworzenia muzyki wokalnej.
15 maja 2019 r., godz. 19.00, Sala Czerwona
Wykonawcy: Jan Tomasz Adamus – organy, dyrygent Capella Cracoviensis:
Antonina Ruda – sopran
Ilona Szczepańska – alt
Piotr Szewczyk – tenor
Marek Opaska – bas
Robert Bachara – I skrzypce
Radosław Pujanek – II skrzypce
Mariusz Grochowski – altówka
Konrad Górka – wiolonczela
Michał Skiba – kontrabas
Marian Magiera – trąbka
Paweł Gajewski –trąbka
Tomasz Sobaniec – kotły
Program:
J. Haydn Koncert organowy F-dur Hob. XVIII:3, Salve Regina g-moll Hob. XXIIIb:2
***
W.A. Mozart Sonata kościelna C-dur KV 263
O. di Lasso Miserere mei Domine
W.A. Mozart Msza brevis C-dur KV 259 „Orgelsolomesse“: Kyrie, Gloria
O. di Lasso Exaudi Deus
W.A. Mozart Msza brevis C-dur KV 259 „Orgelsolomesse“: Credo
G. Pergolesi O sacrum convivium
W.A. Mozart Msza brevis C-dur KV 259 „Orgelsolomesse“: Sanctus, Benedictus, Agnus Dei, Ave verum Corpus D-dur KV 618
Koncertem "Dziedzictwo Beethovena" pod batutą Giancarla Guerrero zainaugurowany został 28 września nowy sezon NFM Filharmonii Wrocławskiej. Dzień później, koncertem "Wiedeńska klasyka – Mozart", nastąpiła inauguracja sezonu NFM Orkiestry Leopoldinum i Chóru NFM. Co czeka nas jeszcze w tak znakomicie rozpoczętym sezonie?
Nikolaj Znaider, fot. Lars Gundersen
Koncerty inauguracyjne w Narodowym Forum Muzyki
W piątek, 28 września, koncertem "Dziedzictwo Beethovena" pod batutą Giancarla Guerrero rozpoczęła nowy sezon muzyczny NFM Filharmonia Wrocławska. Jak sugerował tytuł,zaprezentowano utwory kompozytorów, których fascynacja Beethovenem znalazła odzwierciedlenie w ich własnej twórczości. "Beethoven - czytamy w programie - zrewolucjonizował muzykę, łamiąc osiemnastowieczne zasady kształtowania formy, wprowadzając treści pozamuzyczne, którym podporządkował przebieg dzieła, i walcząc o wyzwolenie artysty zależnego do tej pory od swoich protektorów i mecenasów".
Koncert Dziedzictwo Beethovena, fot. Bogusław Beszlej
W pierwszej części koncertu usłyszeliśmy radosną i pełną energii uwerturę koncertową "Karnawał"Antonina Dvořáka, po niej zaś wybitny skrzypek Nikolaj Znajder wykonał z towarzyszeniem orkiestry II Koncert skrzypcowy op. 61Karola Szymanowskiego. Utwór powstał w 1933 roku na prośbę przyjaciela artysty, wybitnego skrzypka, Pawła Kochańskiego. Z właściwym sobie poczuciem humoru pisał kompozytor po jego ukończeniu do Pawła Mycielskiego:
„Paweł sprowokował i wprost wydusił ze mnie cały (drugi) koncert skrzypcowy (oczywiście dotychczas tylko w szkicu). Napisałem go niespełna w 4 tyg. — możesz więc sobie wyobrazić, jak musiałem pracować i jak bardzo jestem zmęczony”.
Giancarlo Gurrero, fot. Bogusław Beszlej
To kompozycja na wskroś oryginalna, powstała jakby w opozycji do niemieckich wzorów, w tym do Beethovena. Mało tego, trudno znaleźć wśród dotychczasowych koncertów skrzypcowych jakikolwiek wzór - czy to w pod względem estetyki, czy to formy. Kolorytem brzmienia muzyka ta nie przypomina żadnego innego stylu, jest "szymanowska” :-) W wykonaniu Nikolaja Znajdera muzyka ta znalazła znakomitego interpretatora: wygrał na skrzypcach wszystkie niuanse, nawiązania do góralszczyzny, klimat - od pastelowego, lirycznego początku, poprzez żywe wariacje o rosnącej energii i napięciu, wymyślną kolorystykę kolejnych fragmentów, po olśniewającą, radosną kodę. Grał doprawdy zachwycająco, toteż długo i gorąco oklaskiwany, zagrał na bis solowy utwór J.S. Bacha.
Koncert Dziedzictwo Beethovena, fot. Bogusław Beszlej
Drugą część koncertu wypełniła I Symfonia c-mollJohannesa Brahmsa. Napisał ją w 1876 r. mając trzydzieści lat, ale pracował nad nią kolejnych piętnaście lat. Krytyk Eduard Hanslick uważał, że istnieje głębokie duchowe pokrewieństwo Brahmsa z Beethovenem. I rzeczywiście, pobrzmiewa w tej kompozycji IX Beethovena... W wykonaniu NFM Filharmonii Wrocławskiej utwór zabrzmiał fantastycznie.
Koncert Wiedeńska klasyka - Mozart, fot. Adam Sokołowski
Nazajutrz miałam okazję wysłuchać kolejnego koncertu inauguracyjnego - tym razem NFM Orkiestry Leopoldinum i Chóru NFMpod batutą Josepha Swensena, dyrygenta o norwesko-japońskich korzeniach. Gwiazdą tego wieczoru był pianista Adam Golka, który wystąpił w drugiej części wieczoru, grając Koncert fortepianowy C-moll nr 24 (KV491).
Koncert Wiedeńska klasyka - Mozart, fot. Adam Sokołowski
Repertuar znakomity: różne kompozycje W.A. Mozarta. Na początek zabrzmiała 29. Symfonia A-dur (KV 201), jedna z wcześniejszych kompozycji z okresu salzburskiego, ale czuje się w niej dojrzałego twórcę, mimo że Mozart miał wówczas zaledwie osiemnaście lat. Jednakże prawdziwym wydarzeniem tego wieczoru była cudowna, napisana w 1779 roku, Msza C-dur "Koronacyjna". Wspaniale brzmiący chór i cudowne arie, szczególnie sopran (Paulina Boreczko-Wilczyńska) w "Agnus Dei" sprawiły, że choć słuchałam tego utworu wielokrotnie, po raz kolejny dałam mu się uwieść bez reszty. Adam Golka natomiast wprawdzie nie śpiewał :-), ale za to zagrał wspaniale. Muzyk dysponuje bardzo dobrym warsztatem i potrafi swoją interpretację subtelnie niuansować. Brawo! Szkoda, że nie dał się namówić na bis :-)...
Adam Golka, fot. Adam Sokołowski
Koncerty te były błyskotliwym początkiem sezonu w Narodowym Forum Muzyki. A przed nami jeszcze niejedno wspaniałe przeżycie.
Program sezonu 2018/2019
To już czwarty sezon artystyczny w nowym budynku Filharmonii Wrocławskiej, ale jeśli policzyć od 29 czerwca 1945 roku, to tych sezonów jest o wiele więcej - powiedział podczas konferencji prasowej Andrzej Kosendiak, Dyrektor NFM. Myślę jednak, że mamy przed sobą wiele koncertów równie atrakcyjnych. NFM stało się miejscem znanym na całym świecie i wielu najwybitniejszych artystów chce tutaj przyjeżdżać i występować. W bieżącym sezonie będziemy gościć trzy czołowe orkiestry świata: Berliner Philharmoniker pod batutą Yannicka Nézeta-Séguina, Royal Concertgebouw Orchestra z Amsterdamu z Daniele Gattim i London Symphony Orchestra pod kierownictwem sir Simona Rattle`a. Wystąpi także wielu znakomitych dyrygentów i solistów.
Dyrektor Artystyczny NFM, Jarosław Thielzapowiedział, że układ koncertów pozostaje bez zmian: w piątki odbywać się będą koncerty symfoniczne. Coraz większą popularnością i uznaniem cieszą się koncerty kameralne, które odbywać się będą w czwartki. Soboty i niedziele natomiast wypełnią koncerty NFM Orkiestry Leopoldinum, Wrocławskiej Orkiestry Barokowej, Chóru NFM. Wśród nadchodzących wydarzeń warto wymienić "Muzykę filmową" (14 grudnia 2018), "Tylko Vivaldi" (15 grudnia 2018 r.), wspomniany już Berliner Philharmoniker (19 lutego 2019), "Mozart & Dreamers` Circus (16 marca 2019) czy "Romans z Beethovenem" (30 marca 2019).
Spośród koncertów Wrocławskiej Orkiestry Barokowej nie można przeoczyć "Koncertu Bożonarodzeniowego" (21 grudnia 2018), "Stabat Mater" (21 marca 2019), "Pasji wg św. Łukasza" Telemanna (24 marca 2019), "Pasji wg św. Mateusza" J.S. Bacha (16 kwietnia 2019) oraz Mszy h-moll tego kompozytora (22 maja 2019) czy "Missa brevis C-dur" Mozarta (15 maja 2019). Są to często równocześnie koncerty chóralne.
Jak co roku, muzyka zabrzmi także na festiwalach, z których pierwszy, Jazztopad Festival, odbędzie się już po raz 15. w listopadzie i będzie gościł takie gwiazdy, jak Chick Corea. W styczniu odbędzie się czwarty Festiwal Noworoczny, a na przełomie lutego i marca - kolejna Akademia, poświęcona tym razem barokowi latynoamerykańskiemu.
Cały sezon ukierunkowany jest na obchody rocznicy Niepodległości - zaznaczył Jarosław Thiel.Głównym punktem tego programu będzie koncert 11 listopada, w którym znajdą się kompozycje Krzysztofa Pendereckiego, Witolda Lutosławskiego i Fryderyka Chopina. Koncert pod batutą Giancarla Guerrero będzie częścią programu "Dekady wolności" - projektu, w którym NFM uczestniczy od dwóch lat. Przygotowywany jest box z nagraniami najwybitniejszych utworów muzyki polskiej, który niebawem się ukaże. Sam koncert będzie transmitowany przez Polskie Radio i TVP.Rocznicę Niepodległości obchodzimy wspólnie z innymi państwami, które również ją świętują, toteż do Wrocławia przyjadą na koncerty. W ub. tygodniu gościliśmy Filharmonię Lwowską, przyjedzie także orkiestra z Ostrawy i inne, które będą prezentować swoje narodowe, niepodległościowe programy. Gościć także będą wybitni wykonawcy. Poza już wymienionymi, przyjedzie do Wrocławia Gabrieli Consort & Players Paula McCreesha. Mamy także w zanadrzu niespodzianki. Będzie się działo naprawdę dużo.
Podczas konferencji zabrał głos także Dyrektor NMF Filharmonia Wrocławska, Giancarla Guerrero, który poza zapowiedzią koncertu inauguracyjnego, ogłosił, że w piątki będzie odbywał spotkania z publicznością przed koncertami i chętnie odpowie na każde pytanie.
Przyjeżdżając do Wrocławia odczuwam niezwykłą radość nie tylko z powodu ciepłego przyjęcia, ale również dlatego, że poznałem wiele utworów wspaniałej muzyki polskich kompozytorów - powiedział Maestro. Nikolaj Znajder specjalnie nauczył się Koncertu skrzypcowego Karola Szymanowskiego i obaj byliśmy pod wielkim jego wrażeniem. Obecny sezon wypełni w tym pięknym wnętrzu muzyka najlepszych artystów.