Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja filmu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja filmu. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 września 2026

Muzyka, która wyzwala /recenzja filmu "Vivaldi i ja"/

Film Damiano Michieletto z pietyzmem odtwarza realia XVII-wiecznej Wenecji, pokazując historię, która jest ponadczasowa – jak tytułowa Primavera. Piękne zdjęcia (głównie wnętrz i ludzkich twarzy), ciekawie zarysowane ludzkie sylwetki, liczne niedopowiedzenia i piękna muzyka Rudego Księdza sprawiają, że do filmu chce się powracać myślami. I nie tylko!

Michele Riondino jako Vivaldi i Tecla Insolia jako Cecilia w filmie Damiano Michieletto
"Vivaldi i ja" (oryg. "Primavera")

Kiedy sierpniu na ekranach kin pojawił się film w reżyserii wenecjanina Damiano Michieletto, znanego i nagradzanego za realizacje spektakli operowych, pomyślałam, że muszę ten film obejrzeć. Trochę się obawiałam, że będzie to zgrabnie zrobiona biografia filmowa wielkiego kompozytora, szczęśliwie jednak podejrzenia okazały się bezpodstawne. Mylący okazał się polski tytuł "Vivaldi i ja", podczas gdy oryginalny brzmi "Primavera" (Wiosna), co ma zupełnie inny wydźwięk. To debiut filmowy Michieletto, który wraz z Ludovicą Rampoldi napisał scenariusz na podstawie powieści „Stabat Mater” Tiziana Scarpy. 

Główną bohaterką jest młoda utalentowana skrzypaczka Cecilia  (Michele Riondino), której życie upływa w weneckim sierocińcu Ospedale della Pietà – tym samym, w którym Antonio Vivaldi, zwany Rudym Księdzem od płomiennych włosów, które odziedziczył po ojcu, również skrzypku, przepracował blisko 40 lat. Trzeba przyznać, że realia tego odtworzono z wielkim pietyzmem. Film rozpoczyna scena, w której dziewczęta znajdują kocicę z małymi. To scena symboliczna, ponieważ one także są takimi  niechcianymi "kociętami", pozostawionymi przez matki w oknie sierocińca. Miejsce to jednak staje się ich domem – otrzymują na początku wypalony na skórze znak przynależności i zostają wpisane do księgi, gdzie umieszcza się obok opisu kawałek świętego obrazka, który w przyszłości może stać się znakiem rozpoznawczym dla matki, gdyby ta pragnęła, będąc już w lepszej sytuacji, odzyskać dziecko. Ale to przydarza się niezmiernie rzadko. Główna bohaterka "koresponduje" ze swoją wyobrażoną matką przez cały czas, bo ciągle ma nadzieję... Dziewczynki traktowane są z całą surowością, nikt ich nie przytula, nie mówi do nich serdecznie, matka przełożona od pierwszych scen wydaje się być surowym potworem, ale w pewnym momencie dostrzegamy, że i ona była niegdyś podrzutkiem i że jednak ma uczucia. Sieroty uczą się pisać i czytać (w tych czasach kobiety były analfabetkami), posługują w kuchni i nie tylko, ale przede wszystkim rozwijają umiejętność gry i śpiewu. Dzięki ich występom sierociniec staje się sławny na całą Europę i zewsząd przyjeżdżają ludzie, w tym koronowane głowy – aby ich posłuchać. A to oznacza, że sierociniec dostaje pieniądze na utrzymanie. Kiedy dziewczyny dorastają, są niekiedy wydawane za mąż i są to również transakcje finansowe przynoszące sierocińcowi duże pieniądze. Jest jednak warunek: po wyjściu za mąż i opuszczeniu sierocińca, nie wolno im grać. Vivaldi pojawia się w sierocińcu po to, aby dziewczęta grały i śpiewały stworzone przez niego kompozycje, bo to gwarantowało zainteresowanie publiczności. 

Akcja filmu rozgrywa się podczas wojny Wenecjan z Turkami. Cecilia ma wyjść za mąż za jednego z przywódców wojsk weneckich, po jego powrocie z wojny. Zanim to nastąpi, przeżywa prawdziwy triumf, grając wraz z Vivaldim skomponowany specjalnie na tę okazję utwór przed obliczem króla. Wtedy też może wyjątkowo zdjąć maskę i pokazać twarz. To dla niej wielkie przeżycie, bo po raz pierwszy czuje się ważna i doceniona. Pragnie odtąd poświęcić się muzyce, ale jej pragnienie nie spełni się... Na koniec, kiedy Vivaldi prezentuje wraz z dziewczętami napisane specjalnie na tę okazję oratorium "Judyta triumphans", Cecilia wymyka się z sierocińca, by rozpocząć nowe życie.

Można by zinterpretować ten film jako rzecz o wyzwoleniu się z opresji i odzyskaniu wolności przez kobietę, która, będąc "nikim", uwierzyła dzięki muzyce, że jest coś warta. Vivaldi tę wartość dostrzegł wcześniej i pozwolił jej rozkwitnąć.

Film Damiano Michieletto z pietyzmem odtwarza realia epoki, pokazując historię, która jest ponadczasowa – jak tytułowa Primavera. Piękne zdjęcia (głównie wnętrz i ludzkich twarzy), liczne niedopowiedzenia, ciekawie nakreślone ludzkie sylwetki i piękna muzyka Rudego Księdza sprawiają, że do filmu chce się powracać myślami. I nie tylko!



poniedziałek, 10 listopada 2025

Anatomia przemocy /recenzja filmu Wojtka Smarzowskiego "Dom dobry"/

Film "Dom dobry" jest zrobiony "grubą kreską", co nie jest bynajmniej komplementem. O ile reżyser postarał się nakreślić złożony portret bohaterki, o tyle męski bohater, o wyglądzie sympatycznego misia, został uproszczony do bólu. Film to czarno-biały, o cechach reportażu interwencyjnego, pozbawiony uniwersalnego przesłania. A przy tym nieznośnie brutalny, tak w warstwie języka, jak i obrazu.

Kadr z filmu "Dom dobry" w reż. Wojtka Smarzowskiego

Wojtek Smarzowski jest reżyserem, który nie robi letnich filmów i zazwyczaj podejmuje trudne tematy. Tak było w przypadku "Wesela" (2004, 2021), w którym przedstawił krytycznie obraz współczesnej Polski i Polaków, "Róży" (2011) – dramatycznej powojennej historii Polaków i Mazurów. Odważnie podjął także dramat ludobójstwa na Wołyniu ("Wołyń", 2016). Podejmował również tematy społeczne: pijaństwa ("Pod Mocnym Aniołem", 2013), skandali pedofilskich w Kościele ("Kler", 2018). Odrażający bohaterowie pojawili się w filmie "Dom zły" (2009), do którego nawiązuje tytułem najnowszy film reżysera: "Dom dobry". Podejmuje w nim Smarzowski temat przemocy domowej. Jak stwierdził podczas spotkania z publicznością w Kinie Nowe Horyzonty, zjawisko to nasiliło się ze szczególną mocą podczas pandemii, wtedy też pomyślał o tym, aby nakręcić kameralny film, którego akcja rozgrywać się będzie we wnętrzach. 

Opowiedziana w filmowych obrazach historia jest równie mocna, jak całe kino Smarzowskiego, który "od zawsze" przedstawiał świat w czarnych barwach. Z jednej strony, można by – idąc tropem wypowiedzi reżysera – potraktować jego filmy jako "misyjne". W wywiadzie, który przeprowadziłam z nim przed dziesięcioma laty, powiedział:

"Robię filmy, bo coś mnie uwiera, coś mnie w naszej rzeczywistości boli. Ale zawsze próbuję zostawić nadzieję. Na tyle, na ile potrafię. Postrzegam kino jako rodzaj misji. Robienie filmów błahych kompletnie mnie nie interesuje". 

Z drugiej zaś strony, łatwo w takim przypadku popaść w ton moralizatorski i pokazywać świat czarno-biały, choć w przypadku filmów Smarzowskiego bieli jest niewiele. 

W "Domu dobrym" (w kontekście obejrzanego filmu tytuł wydaje się brzmieć ironicznie) reżyser przeprowadza coś w rodzaju anatomii przemocy. Najpierw widzimy bohaterkę Gośkę (znakomita Agata Turkot) w relacji z matką - alkoholiczką, która nie tylko nie obdarza jej dobrym słowem czy gestem, ale nieustająco krytykuje, nie przebierając w słowach. Nie inaczej wyglądają w tym domu święta, na których pojawia się siostra z mężem, również mająca problem alkoholowy. Główna bohaterka jest abstynentką, zachowuje pogodę ducha i zarabia na życie lekcjami angielskiego, wspomagając finansowo matkę i siostrę. W Internecie poznaje Grześka (Tomasz Schuchardt), z którym prowadzi intelektualne zabawy w odgadywanie cytatów, a później, po karczemnej awanturze, którą robi jej matka (Agata Kulesza), przeprowadza się do niego, właściwie nie znając człowieka. To raczej ucieczka od matki niż świadoma decyzja. Wpada jednak z deszczu pod rynnę, bo ów okazuje się sadystą i damskim bokserem. Taki jest mniej więcej zarys fabuły.

Smarzowski, a za nim wielu recenzentów, opowiada o tym, że bohaterkę łączy z partnerem, a potem mężem, uczucie miłości, ja jednak uważam, że to mija się z prawdą. Owszem, jest tęsknota za miłością, także za normalnym domem, poczuciem bezpieczeństwa, które jest tak silne, że bohaterka nie chce widzieć realiów. A potem jest już za późno: nie potrafi się uwolnić, zwłaszcza, że nie ma dokąd pójść i że nie może liczyć na niczyją pomoc: nie udzielą jej skutecznie ani najbliżsi, ani znajomi, ani instytucje społeczne. 

Film jest zrobiony "grubą kreską", co nie jest bynajmniej komplementem. O ile reżyser postarał się nakreślić złożony portret bohaterki jako wrażliwej kobiety, a zarazem DDA (dorosłe dzieci alkoholików), co czyni ją w konsekwencji ofiarą psychopaty, o tyle główny bohater, o budzącym sympatię wyglądzie sympatycznego misia, został uproszczony do bólu. Jedyne zdanie, które pada w filmie, a którego celem jest "wyjaśnienie", dlaczego tak postępuje, brzmi: "Tak robił mój dziadek, mój ojciec i ja tak robię". No, przepraszam... Rozumiem pewne uproszczenia w reportażu interwencyjnym, ale tu... Najbardziej interesującym pomysłem formalnym tego filmu, który warto by zauważyć, jest scena, w której leżąca w szpitalu bohaterka "rozdwaja się" niejako na osobne postacie i odtąd już pojawiają się obrazy, co do których nie jesteśmy pewni, czy rozgrywają się realnie, czy tylko w wyobraźni nękanej kobiety. 

Tak się złożyło, że wieczór poprzedzający kinową projekcję najnowszego filmu Wojtka Smarzowskiego spędziłam oglądając (kolejny raz) "Lewiatana" Andrieja Zwiagincewa. Otóż tam, poza dobrze opowiedzianą historią społeczno-polityczną, rozgrywa się pełen ukrytych symboli dramat, który sprawia, że kino to nabiera cech uniwersalnych, a bohater ze zwykłego pijaczka z rosyjskiej prowincji staje się bohaterem tragicznym. Tego mi właśnie w filmie Smarzowskiego brakuje. No i nie jest to film, do którego chciałoby się powrócić...

Film "Dom dobry" obejrzałam przedpremierowo w Kinie Nowe Horyzonty 5 listopada 2025.


Zwiastun filmu "Dom dobry"

poniedziałek, 15 lipca 2024

"Tala od różańca" - historia Natalii Rolleczek i jej pokolenia /recenzja filmu/

 Wielką zaletą filmu - poza interesującą osobowością bohaterki - są także unikatowe archiwalia oraz nuta poezji, która przenika całość, a to dzięki wprowadzeniu aktorów grających postacie z przeszłości. Jest to portret malowany wieloma pędzlami, ukazujący tę postać niejednoznacznie. Film z całą pewnością wart obejrzenia, choćby po to, by przekonać się, jakie wspaniałe osobowości mamy w panteonie polskich pisarek. 

Natalia Rolleczek, fragm. filmu "Tala od różańca"

15 stycznia 2015 roku, w ramach cyklu "Zaczytani w kinie" w Kinie Nowe Horyzonty odbyło się spotkanie z pisarzem i reżyserem - Sławomirem Rogowskim. Poza promocją jego najnowszej książki: "Widok z dachu", zaprezentowano także film dokumentalny "Tala od różańca", którego bohaterką jest pisarka Natalia Rolleczek.

W rozmowie z dziennikarzem Radia RAM i Radia Wrocław - Janem Pelczarem, Sławomir Rogowski wyznał, że do realizacji filmu dokumentalnego skłoniła go fascynacja osobą bohaterki. Po obejrzeniu filmu nie było to dla nas, widzów, zaskakujące. Pisarka, mimo zaawansowanego wieku (96 lat!), okazała się uroczą gawędziarką - dowcipną  i wręcz błyskotliwą kobietą, o energii młodej dziewczyny. O swoim życiu opowiadała z właściwym sobie dystansem, niekiedy autoironią. Jest to - podobnie jak w przypadku powieści Rogowskiego -  nie tylko zapis konkretnej biografii, ale jednocześnie refleksja nad doświadczeniem pokolenia bohaterki. 

Trudne dzieciństwo, młodość przypadająca na lata wojenne, konspiracja...

Sporo miejsca poświęca dokument sprawie pierwszej opublikowanej powieści Natalii Rolleczek, co zresztą znalazło odzwierciedlenie w tytule filmu. Otóż utalentowana młoda pisarka wielokrotnie składała w wydawnictwach różne swoje utwory, jednakże dopiero autobiograficzna powieść "Drewniany różaniec" ukazała się drukiem w 1953 roku. I było to posunięcie polityczne. Wykorzystano bowiem wspomnienia autorki z jej pobytu w sierocińcu prowadzonym przez siostry felicjanki. W atmosferze nagonki na Kościół historia ta zyskała zupełnie inny wymiar, a pisarka stała się narzędziem politycznej krytyki. Co więcej, powieść trafiła w 1964 roku na ekrany za sprawą Ewy i Czesława Petelskich. Po latach, kiedy wspomina tamte wydarzenia, wie, że została wykorzystana. Ma w związku z tym pewien dyskomfort, ale i tak mówi z figlarnym uśmiechem o siostrach: 

Tak napisałam - należało im się! 

Wcześniej jednak opowiada, że do zakonu wstępowały przeważnie biedne dziewczyny z góralskich rodzin i nie miało to nic wspólnego z powołaniem.

Swoją drogą, Natalia Rolleczek przyjaźniła się z Karolem Wojtyłą i na żadnym etapie swego życia nie była komunistką. Niemniej jednak popularność "Drewnianego różańca" sprawiła, że zaczęła pisać głównie dla młodzieży. Oczywiście, powieści, których w żaden sposób nie można było wykorzystać do celów propagandowych.

 

Kadr z filmu "Drewniany różaniec"

Wielką zaletą filmu - poza interesującą osobowością bohaterki - są także unikatowe archiwalia oraz nuta poezji, która przenika całość, a to dzięki wprowadzeniu aktorów grających postacie z przeszłości. Nie jest to jednak typowa fabularna inscenizacja. Sceny te bowiem mają charakter lekko pastiszowy, w stylu starego kina, a poza tym postacie niejako przenikają się. Widzimy np. Natalię Rolleczek przymierzającą kapelusz i jednocześnie robi to jej młodzieńczy sobowtór. W jakimś sensie bowiem nadal jest ona tą wspaniałą, pełną uroku i temperamentu młodą dziewczyną. 

Dodajmy, że choć postać pisarki dominuje, wypowiadają się o niej zarówno bliscy, jak też jej ideowi przeciwnicy. Mówią o niej m.in. Józefa Hennelowa i Michał Olszański z "Tygodnika Powszechnego” oraz wydawca Piotr Marecki z ”Krytyki Politycznej” , a także siostra i synowie. Jest to więc portret malowany wieloma pędzlami, ukazujący tę postać niejednoznacznie. Film z całą pewnością wart obejrzenia, choćby po to, by przekonać się, jakie wspaniałe osobowości mamy w panteonie polskich pisarek. 

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Kulturaonline.pl w styczniu 2015 roku.

wtorek, 8 sierpnia 2023

"Skazany na bluesa" w reż. Jana Kidawy-Błońskiego /recenzja filmu/

 Do XX w. to głównie literatura zajmowała się problemami artysty -  jego relacją z Bogiem i innymi ludźmi. Wraz z pojawieniem się kina powstały nowe możliwości opowiadania historii i opisywania świata za pomocą ruchomych obrazów. Bardzo szybko film stał się sztuką i zaczął zastępować literaturę . Pojawiło się ambitne kino, które podjęło poważną problematykę. Również polskie kino próbowało przedstawić portret artysty, Jest to zarazem próba uchwycenia realiów szarej rzeczywistości PRL-u, na którą artysta ten był skazany. 

Tomasz Kot jako Ryszard Riedel w filmie "Skazany na bluesa"

Mowa tu o filmie ,, Skazany na bluesa‘, który jest rodzajem filmowego portretu wokalisty grupy Dżem Ryszarda Riedla. Autorem scenariusza i reżyserem filmu jest Jan Kidawa-Błoński, dla którego punktem wyjścia są opowieści o Riedlu  jego znajomych oraz wspomnienie  samego reżysera . Chciał on zarazem zrobić film „o ludzkich namiętnościach i marzeniach, poszukiwaniu wolności i walce z przeznaczeniem‘’.  

"Skazany na bluesa" opowiada o dzieciństwie Riedla w górniczym Chorzowie, o jego pierwszych fascynacjach, dziecięcej przyjaźni, a także o początku wielkiego konfliktu z ojcem, który odcisnął się piętnem na życiu obu mężczyzn. Film opowiada także o młodych  ludziach z małego miasteczka, którzy potrafili żyć marzeniami, ,mimo otaczającej ich szarej rzeczywistości PRL-u . Jest też historią  młodzieńczej miłości,  rozpadzie przyjaźni. 

Film pokazuje dramatyczne próby zerwania z nałogiem, opowiada o  konfliktach w zespole, rozpadzie więzi między Riedlem i jego żoną, o cierpieniu jego dzieci. A także o heroicznej próbie zmiany swego życia.

"Skazany na bluesa" nie jest filmem muzycznym,  nie jest też  dokumentem ani  kolejną filmową biografią wielkiego artysty. Ale każdy z tych elementów ma w obrazie Jana Kidawy-Błońskiego swoje istotne znaczenie. Reżyser ułożył je tak, by ukazać widzowi całą artystyczną, ludzką i gorzką prawdę o Ryszardzie Riedlu. O muzyku, którego sztuka, charyzmatyczny związek ze słuchaczami i tragiczna walka z nałogiem stały się znakiem czasu dla milionów Polaków w latach dziewięćdziesiątych.

Ale "Skazany na bluesa" to nie tylko opowieść o idolu i nieposkromionym artyście. To historia nierównej walki z uzależnieniem. Janowi Kidawie-Błońskiemu udało się metodą poetyckiej przenośni uniknąć dosłowności w ukazaniu spełnienia najgorszego. W jego wizji Riedel znika w nicości ujeżdżając indiańskiego rumaka.  Film Jana Kidawy-Błońskiego jest nie tylko próbą spojrzenia na artystę, człowieka wrażliwego w kleszczach nałogu, ale przede wszystkim opisem historii upadku jednego z najbardziej oryginalnych talentów naszych czasów. Jest to opis przejmujący, wskazujący na przyczyny, ale i ostrzegający przed skutkami.

Artysta jest człowiekiem innym niż wszyscy ze względu na dar, który posiada niezależnie od tego, czy tego chce, czy nie. Czasami jest on przedmiotem zawiści, jak to było na przykład w filmie Formana ‘’ Amadeusz ‘’ .  Z jednej strony bohater "Skazanego na bluesa" może dzięki muzyce uciec od szarej rzeczywistości PRL-u , jednak kiedy popada w nałóg, ucieczka ta kończy się śmiercią. We wszystkich przypadkach artysta jest człowiekiem dramatycznie różniącym się od reszty  ludzi. Jedyny, oryginalny, niepowtarzalny - płaci wysoka cenę za to, że posiada dar tworzenia. 


Tajemnica geniuszu: "Amadeusz" Miloša Formana /recenzja filmu/

Kim jest artysta - szaleńcem czy geniuszem? A może jednym i drugim? Co na ten temat mówi literatura i film? Współczesne kino powraca do tych  ponadczasowych zagadnień dotyczących relacji między artystą a społeczeństwem, pokazując, że pewne problemy są ponadczasowe. W każdej epoce mogą  zdarzyć się ludzie nieprzeciętnie uzdolnieni, których talenty staną się przedmiotem zawiści innych. Artysta zawsze płaci wysoką cenę za to, że jest po stronie wartości i mówi prawdę o człowieku. 

Kadr z filmu Miloša  Formana: "Amadeusz"
Do XX w. to głównie literatura zajmowała się problemami artysty -  jego relacją z Bogiem i innymi ludźmi. Wraz z pojawieniem się kina powstały nowe możliwości opowiadania historii i opisywania świata za pomocą ruchomych obrazów. Bardzo szybko film stał się sztuką i zaczął zastępować literaturę. Pojawiło się ambitne kino, które podjęło poważną problematykę . 

Do takich filmów należy z pewnością Amadeusz w reżyserii Miloša Formana. Powstał na podstawie sztuki teatralnej znanego dramatopisarza Petera  Shaffera , która była wystawiana również w Polsce. W roli Mozarta wystąpił wówczas Roman Polański, a w roli Salieriego Tadeusz Łomnicki. Film Formana znacznie się jednak rożni od teatralnej wersji. Przede wszystkim film ma charakter retrospekcji. Narratorem jest Salieri znajdujący się u schyłku  życia w zakładzie psychiatrycznym, po nieudanej próbie samobójczej, Rozmawia z młodym księdzem i ta spowiedź z życia ma wiele cech prawdopodobieństwa. Zwierza się księdzu, który jest przedstawicielem Boga, gdy tymczasem on jest z Bogiem skłócony. Wprawdzie zarówno Salieri   jak i Mozart są postaciami historycznymi, jednak film nie jest biografią żadnego z nich, lecz eksponuje przede wszystkim problem geniuszu i jego braku. 

Salieri jest człowiekiem sukcesu. Zdobył pozycję na dworze królewskim - jako wzięty kompozytor. Jest wdzięczny Bogu za to wszystko i bardzo skromny. Mozart natomiast jest jego przeciwieństwem. Sprawia wrażenie dużego dziecka, rozpieszczonego i pewnego siebie, które o nic nie prosi, a wszystko przychodzi mu bez trudu. Salieri nie może zrozumieć, jak to możliwe, żeby tak mierny człowiek był obdarzony takim geniuszem. Uważa,  że Bóg jest niesprawiedliwy i postanawia się zemścić. Pragnie zniszczyć Mozarta i w ten sposób „ukarać” Boga za tę niesprawiedliwość. Knuje więc intrygę , w której  finale Mozart ma napisać Requiem – utwór żałobny na zamówienie anonimowego  zleceniodawcy, pod którym kryje się on sam. Zamierza doprowadzić Mozarta do śmierci, przywłaszczyć jego utwór i przedstawić go światu jako swój. Wprawdzie część planu udaje się mu spełnić, ale i tak nie odzyskuje spokoju z powodu spełnionej zemsty. W rezultacie popada w szaleństwo i usiłuje popełnić samobójstwo. Ocalony, nadal żywi się swoją nienawiścią, ponieważ ma świadomość, że jest miernym artystą i to jest jego największa kara. 

Film został wzbogacony o cytaty z oper Mozarta, a scena na łożu śmierci pozwala nam zrozumieć głębokie treści zawarte w Requiem. Daje możliwość zaprezentowania struktury muzycznej rożnych kompozycji Mozarta i w ten sposób pozwala dostrzec ich piękno. Z jego przesłania wynika, że geniusz artysty jest rodzajem daru, który otrzymuje się bez względu na zasługi. Prawdziwy artysta, taki jak Mozart, jest rzadkim zjawiskiem. Istotne jest również przesłanie mówiące, że geniusz nie zawsze idzie w parze z osobowością i zachowaniem artysty. Jako człowiek może on mieć rożne wady, które budzą rozczarowanie i niechęć. Próbując odpowiedzieć na pytanie, kim jest prawdziwy artysta, Miloš Forman stawia nas wobec tajemnicy . Nie da się racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego jeden człowiek jest wybitnym artystą, a inny przeciętnym.


poniedziałek, 7 marca 2022

"Sonata" Bartosza Blaschke. Ból i blask (księżyca) /recenzja filmu/

22 lutego odbyła się w Dolnośląskim Centrum Filmowym premiera nowego filmu Bartosza Blaschke z udziałem twórców i pierwowzoru głównego bohatera - Grzegorza Płonki. Kino piękne i głęboko poruszające, skłaniające do refleksji nad ludzką kondycją. Ostatecznie istotne jest, aby mieć swoją sonatę i zmierzać - mimo przeszkód - do pięknego jej wykonania.  

Tak się składa, że wszystkie filmy z muzycznymi tytułami, które miałam okazję obejrzeć, pozostawiły po sobie ślad i przekonanie, że ich twórcy istotnie mieli coś ważnego do zaoferowania widzowi. Należy do nich z pewnością Jesienna sonata i  Sarabanda Ingmara Bergmana, Tango i Flamenco Carlosa Saury, Tango Zbigniewa Rybczyńskiego czy Fuga Agnieszki Smoczyńskiej (pomimo że w zamierzeniu nie o muzyczną fugę chodziło reżyserce i scenarzystce Gabrieli Muskale), że wymienię tylko te, Jest zawsze coś twórczego w zderzeniu sztuk i tak było i tym razem. Bo powiedzieć, że Sonata jest filmem biograficznym, to nic nie powiedzieć. Styl narracji, nieoczywistej, niekiedy poetyckiej, pozwala widzowi na potraktowanie filmowej historii jak przypowieści, z którą może się utożsamić, bo przecież każdy ma swoją sonatę, do której zmierza... 

Michał Sikorski w roli Grzegorza Płonki

Historia Grzegorza Płonki przypomina mi nieco opowieść o innym muzyku - Mietku Koszu, o którym powstał znakomity film Macieja Pieprzycy: Ikar.  Punktem wyjścia jest opowieść o wybitnym muzyku jazzowym, którego kalectwo było swego rodzaju stygmatem, ale i łaską. Mietek Kosz wybiera jazz przede wszystkim dlatego, że grając tę muzykę, może improwizować, a więc wyrażać siebie. Dla niego właśnie muzyka jest podstawową formą ekspresji. Podobnie jest z głównym bohaterem Sonaty, rewelacyjnie zagranym przez Michała Sikorskiego. Kiedy go poznajemy, przebywa w ośrodku dla dzieci z obniżoną normą intelektualną, których "uczenie" przedstawia się dość absurdalnie. Grzegorz jako jedyny nie bierze w tym udziału i patrzy w okno. Zanurzony we własnym świecie, nie podejmuje właściwie żadnej interakcji. Ożywa jedynie pod wpływem muzyki. Przypadkiem trafia na wrażliwą nauczycielkę, która odkrywa, że chłopiec jest głuchy i udaje się jej nakłonić rodziców do ponownego przebadania go. Ci, przekonani o tym, że zrobili wszystko, co w ich mocy, z trudem na to przystają. I tak zaczyna się droga przez mękę zarówno Grzesia, jak i jego rodziców. Zmiana szkoły, nauczycieli (wszyscy niemal odmawiają pomocy), operacja... Chłopiec okazuje się rozgarnięty i bardzo zmotywowany, aby osiągnąć cel: zagrać Sonatę księżycową Ludwiga van Beethovena - i udaje mu się to! 

Michał Sikorski i Małgorzata Foremniak w scenie filmu

Bartosz Blaschke opowiada tę historię, pokazując nadludzki wysiłek nie tylko samego Grzegorza, ale także jego rodziców (opiekunów?), szczególnie matki (wspaniała, prawdziwa Małgorzata Foremniak), która wydaje się być najsilniejsza w tej rodzinie. Szczególnie poruszająca jest scena, w której Grzegorz wyładowuje na niej swoją frustrację, a ona znosi to ze spokojem i godnością. Ojciec - pełen poczucia winy, zdaje się być słabszy od niej, a jednak stanowią (wraz z młodszym, zaniedbywanym siłą rzeczy synem) dobrą, kochającą się rodzinę. Rodzinę, która - dodajmy - ukrywa pewną tajemnicę, ale tej nie zdradzę.

Poza znakomitym aktorstwem (nie ma w tym filmie ról papierowych, nawet epizody są wypełnione treścią), warto także zwrócić uwagę na zdjęcia, których autorem jest Tomasz Augustynek, który dał się poznać już wcześniej jako operator kamery w debiucie fabularnym Marcina Koszałki: Czerwony pająk czy jako autor zdjęć lotniczych w przywołanym tu filmie Ikar. Legenda Mietka Kosza. Dzięki zdjęciom film nabiera głębi, symbolicznych znaczeń, współtworzy narrację w retrospektywach. 

Tytuł swojej recenzji zapożyczyłam z filmu Pedro Almodovara, sądzę bowiem, że dobrze oddaje ducha tej historii. Film Bartosza Blaschke porusza głęboko i skłania do refleksji nad ludzką kondycją. Ostatecznie istotne jest, aby mieć swoją sonatę i zmierzać - mimo przeszkód - do pięknego jej wykonania. 

Zwiastun filmu "Sonata" w reż. Bartosza Blaschke


wtorek, 30 listopada 2021

"Najpiękniejszy chłopiec na świecie": o tajemnicach ludzkiego losu /recenzja filmowa/

Opowiadając dramatyczne koleje losu bohatera autorzy filmu stawiają więcej znaków zapytania, niż dają odpowiedzi. To raczej rozważanie na temat dramatu i tajemnic ludzkiego losu, mające ciężar greckiej tragedii. I jak starożytni - odczuwamy współczucie i litość, a także trwogę, co też może przynieść nam los...

Kadr z filmu "Najpiękniejszy chłopiec na świecie"

Dokument Kristiana Petri i Kristiny Lindström uznałam za najciekawszy film tegorocznego festiwalu - ważkiej treści towarzyszy interesująca forma. Chociaż film zapowiadany był (jest) jako demaskujący kulisy powstania słynnego dzieła Luchino Viscontiego "Śmierć w Wenecji" oraz naganne, przedmiotowe wykorzystywanie dziecięcego aktora w promocji dzieła, to jednak przede wszystkim jest to dokument opowiadający o ukrytym dramacie głównego bohatera - Björna Andresena. Rozpoczyna go i kończy wątek osobisty: tajemnicze zaginięcie i śmierć matki, które kładzie się cieniem na całym jego życiu. 

Kiedy dojrzały już mężczyzna o wyglądzie proroka (ascetyczny, długie siwe włosy i broda) przemierza tajemnicze przestrzenie domu (?), który ukazany został w sposób oniryczny, jak ze snu, będąc zarazem przestrzenią zamkniętą,  z której nie można się wydostać, towarzyszą mu głosy dziecka i matki. To jakby niezatarte wspomnienie z wczesnego dzieciństwa. Kolejna sekwencja jest już datowana: to 16 listopada 1962 roku - rozmowa z dzieckiem, której towarzyszy niepokojąca muzyka. Retrospekcje z dzieciństwa (nagrania filmowe oraz utrwalone na taśmie rozmowy telefoniczne) będą odtąd powracały i przeplatały się z wątkiem roli Tadzia w filmie Viscontiego oraz z obrazami współczesnego życia  Andresena.

Z planu filmowego "Śmierci w Wenecji"

Drugi istotny wątek filmu, stanowią materiały filmowe dotyczące poszukiwań chłopca do roli w filmie, a także pracy na planie. Autorzy dokumentu i ten wątek traktują głębiej - jako zagadkę, tajemnicę ludzkiego losu. Oto bowiem spośród setek kandydatów zostaje wyłoniony właśnie 15-letni Björn, mimo że Visconti poszukiwał młodszego chłopca. Towarzysząca mu asystentka zauważa po latach, że na jego widok reżyser się rozpromienił - nie miał wątpliwości, że to właściwy kandydat do roli. Każe go dokładnie sfotografować, nie licząc się z nieśmiałością i wstydliwością młodego człowieka. Traktuje go przedmiotowo od początku do końca. Wydaje się jednak, że o tym wyborze zdecydowała nie tylko uroda chłopca, ale też - a może przede wszystkim - tkwiąca w nim tajemnica, skrywane cierpienie, które Visconti intuicyjnie wyczuł. Tadzio miał być dla głównego bohatera filmu, pisarza Gustava von Aschenbacha symbolem Anioła Śmierci. Wątek fascynacji urodziwym chłopcem nie miał jednak charakteru fizycznej fascynacji, od tego Visconti stanowczo odżegnywał się w wywiadach, ale rodzajem miłości platonicznej. Podczas plenerów filmowych dbał o to - jak opowiada po latach Andresen - aby chłopiec nie był narażony na zakusy ze strony ekipy, która w większości składała się z homoseksualistów. Björn miał szwedzką opiekunkę, a poza tym była z nim babcia, która otrzymała od Viscontiego epizodyczną rólkę. Problemy zaczęły się po premierze filmu, ponieważ okazało się, że chłopiec stał się jego twarzą i ma obowiązek go promować. Skończył się także czas parasola ochronnego i trzeba było stawić czoła sławie oraz oszałamiającemu powodzeniu. 

"Byłem przerażony - komentuje tamte chwile bohater - jakby mnie otaczało stado nietoperzy".

Z planu filmowego "Śmierci w Wenecji"

Rola w filmie Viscontiego i nagła szalona popularność(m. in. w Japonii) całkowicie zmieniły jego życie. 

"Nie radziłem sobie z mrokiem, który nosiłem wewnątrz" - mówi po latach.

Tym mrokiem były przede wszystkim wspomnienia z dzieciństwa. Pojawiają się archiwalne prywatne zdjęcia rodzinne, przedstawiające uśmiechniętą młodą kobietę, która czule przytula małego chłopca. Widać ją także, kiedy po raz ostatni wychodzi z domu i znika na zawsze. Andresen opowiada o niej po latach, że była nietuzinkową osobą, indywidualnością nie mieszczącą się w mieszczańskich schematach. Nie wiadomo, kim byli mężczyźni - ojcowie Björna i jego siostry. Dlaczego matka, którą widzimy szczęśliwą w otoczeniu dzieci, znika z ich życia (prawdopodobnie popełniła samobójstwo)? Wiele zagadek, na które nie ma odpowiedzi, choć bohater wraz z siostrą całe życie ich usilnie poszukują... Jakąś pociechę znajdują w pożegnalnym wierszu napisanym przez matkę:

Nie umrę, zostaną drzwi

Bo co mogę zrobić innego

niż wyjść z pokoju, który noszę w sobie?

Ja nie umieram, tylko znikam.

Wrócę, aby cię znaleźć.

Czy ktoś pozostawiony w dzieciństwie i pozbawiony miłości rodziców może sobie poradzić z traumami, założyć normalną rodzinę, żyć jak inni? 

Björn Andresen współcześnie

Mimo wszystko bohater do pewnego momentu próbuje to robić, ale nie potrafi sprostać wyzwaniom. Po śmierci syna, o którą oskarża siebie, odchodzi od rodziny, popada w depresję, alkoholizm... Kiedy go poznajemy, jest wrakiem człowieka.

"Od początku było coś nie tak z moim życiem - mówi - z jej [matki] życiem". Ma poczucie ulotności istnienia. Czyta "Życie i nauki Jezusa" i z pomocą znacznie młodszej od siebie kobiety próbuje znowu stanąć na nogi. Pomocą i ostoją jest mu także córka.

Opowiadając dramatyczne koleje losu bohatera autorzy filmu stawiają więcej znaków zapytania, niż dają odpowiedzi. To raczej rozważanie na temat dramatu i tajemnic ludzkiego losu, mające ciężar greckiej tragedii. I jak starożytni - odczuwamy współczucie i litość, a także trwogę, co też może przynieść nam los...

The Most Beautiful Boy in the World - Official Trailer


niedziela, 5 kwietnia 2020

„Młyn i krzyż” Lecha Majewskiego jako metafora ludzkiego losu /recenzja filmu/

Będąc wiernym odtworzeniem obrazu Bruegla, film zawiera jednocześnie przesłanie uniwersalne – opowiada o ludzkim losie, pełnym niezawinionego cierpienia i okrucieństwa. Mówi także o roli artysty, który towarzyszy człowiekowi i potrafi zatrzymać czas utrwalając to, co przemijające.


Młyn i krzyż jest jego drugą – po Ogrodzie rozkoszy ziemskich – próbą zmierzenia się z malarstwem dawnych mistrzów. Tym razem artysta ożywił obraz Pietera Bruegela Starszego Procesja na Kalwarię (1564). 

Droga na Kalwarię, 1564, olej na płótnie,  Kunsthistorisches Museum, Wiedeń
Należałoby może przypomnieć, że Lech Majewski to twórca wielostronnie uzdolniony: reżyser filmowy, teatralny i operowy, poeta, prozaik, malarz, a także - czego można było doświadczyć na spotkaniu z artystą – wspaniały gawędziarz. Wypada żałować, że tak rzadko można obejrzeć go w kraju, gdy tymczasem Museum of Modern Arts zorganizowało retrospektywę jego filmów, a w Luwrze, gdzie odbyła się premiera Młyna i krzyża, cały luty wystawiane były jego wideoarty.

To sztuka historyczna, która opowiada Pasji Chrystusa i pasji Flandrii ciemiężonej przez Hiszpanów. Chrystus i dwaj złodzieje stają się tu ucieleśnieniem losu wielu kobiet i mężczyzn torturowanych i straconych w drugiej połowie XVI wieku, w czasach hiszpańskiej inkwizycji – wyjaśnił artysta podczas spotkania z publicznością.


Kadr z filmu Lecha Majewskiego Młyn i krzyż

Pejzaż filmu wypełnia ogromna liczbą postaci, wśród których znajdziemy samego Breugela oraz bankiera, który zakupił jego obraz. Większość z przestawionych tam osób jest zajęta swoimi sprawami i nie zdaje sobie sprawy ze znaczenia mającego nastąpić Ukrzyżowania. Tłum przygląda się scenie, w której żołnierze rozkazują Szymonowi Cynerejczykowi pomóc dźwigać krzyż. Na pierwszym planie siedzi wędrowny kramarz, podczas gdy Chrystusa w ogóle nie widać. Tylko jedna grupa postaci kojarzy się z tematyką obrazu, a mianowicie na pierwszym planie, po prawej stronie widzimy grupę kobiet, którym św. Jan dodaje otuchy. Z płaskiej równiny wyrasta w głębi obrazu ogromna skała, na której stoi młyn.

Scena Ukrzyżowania, kadr z filmu Młyn i krzyż

Zarówno na obrazie, jak i w filmie młyn pełni  rolę metafory: młyńskie koła mielą ziarno, symbolizujące ludzkie życie, a Młynarz staje się figurą zastępczą samego Boga. Obraz istotnie przypomina filmowy kadr, który zaprasza do tego, aby go ożywić za pomocą wyobraźni. I Lech Majewski podejmuje się tego zadania z wielkim sukcesem. A było to zadanie niełatwe, o czym dowiedzieliśmy się podczas spotkania po projekcji.

Przestrzeń filmowa składa się z siedmiu połączonych ze sobą części i jest przestrzenią wykreowaną, podobnie jak na obrazie. Majewski stworzył ją z fragmentów Jury Krakowsko-Częstochowskiej, odpowiednio dla potrzeb filmu przetworzonej, a niebo pochodzi ze zdjęć zrobionych podczas pobytu w Nowej Zelandii. Nawet pająk i jego sieć zostali wykreowani w efekcie bezpośrednich obserwacji i prób.

Będąc wiernym odtworzeniem obrazu Bruegla, film zawiera jednocześnie przesłanie uniwersalne – opowiada o ludzkim losie, pełnym niezawinionego cierpienia i okrucieństwa. Mówi także o roli artysty, który towarzyszy człowiekowi i potrafi zatrzymać czas utrwalając to, co przemijające.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu PIK Wrocław 26 lipca 2011 roku, w ramach relacji z MFF Nowe Horyzonty.

polski zwiastun filmu

Rozmowa z Lechem Majewskim

poniedziałek, 3 lutego 2020

"Piłsudski" w reżyserii Michała Rosy /recenzja filmu/

Obecnie ukazał się na DVD film Michała Rosy "Piłsudski". Jeśli interesuje Was kawałek mniej znanej historii o młodym i gotowym na wszystko Józefie Piłsudskim, a przy tym przymkniecie oko na niedostatki tej produkcji, warto może po nią sięgnąć.




Michał Rosa kojarzy się głównie z serialami: Czas honoru i Bodo, ale jest również twórcą kilku fabuł: Farba (1997), Cisza (2001), Rysa (2008). Sądzę, że po Czasie honoru i Bodo, które nie były może wybitne, ale cieszyły się powodzeniem u widzów telewizyjnych, nikogo nie zaskoczyło, że ten właśnie reżyser zdecydował się na film historyczny, który miałby swoją premierę na stulecie Niepodległości, z jej głównym architektem - Józefem Piłsudskim. Wyznam, że - nie wiedzieć dlaczego - wiele sobie po tym filmie obiecywaliśmy.

Borys Szyc w roli Józefa Piłsudskiego

Rosa, reżyser i autor scenariusza, skupił się na początkach działalności przyszłego Marszałka, co należy uznać za pomysł oryginalny, dający możliwość przyjrzenia się człowiekowi, a nie pomnikowi. Poza tym ta część biografii Ziuka jest o wiele mniej znana. Film rozpoczyna zatem scena w zakładzie psychiatrycznym w Petersburgu, gdzie ten konspirator - socjalista, redaktor "Robotnika" przebywał na obserwacji po aresztowaniu, ponieważ symulował chorobę psychiczną. Kiedy znajdował się w dobrze strzeżonym X pawilonie Cytadeli, nie miał najmniejszych szans na ucieczkę. Głodował i udawał manię prześladowczą z takim talentem, że wyrażono zgodę na hospitalizację w odległym Petersburgu. Koledzy pepeesowcy, z pomocą zaangażowanego w tę sprawę lekarza, opracowali tymczasem plan jego uwolnienia w odpowiednim przebraniu, co także nie było proste, zważywszy że trzymany był w izolatce. W filmie jesteśmy świadkami przesłuchania Piłsudskiego przed konsylium lekarskim, podczas którego zachowuje się jak szaleniec i mówi od rzeczy. Potem, nie bez problemów, udaje się wtajemniczonemu lekarzowi wyprowadzić "chorego" do czekającej na niego dorożki. Ta scena zdarzyła się naprawdę! Z wszystkim perypetiami, których nawet szczegółowo nie opisuję. W filmie została kompletnie położona. Ani przez chwilę nie czujemy rosnącego napięcia, raczej chaos i poirytowanie, bo bohaterowie się plączą, a pointy w ogóle brak. Ów brak umiejętności dramatycznego budowania sceny przewija się zresztą przez cały film... Scena napadu na pociąg celem zdobycia pieniędzy na broń, masakra na placu Grzybowskim i wiele innych - to kompletnie niewykorzystany potencjał!

Kadr z filmu Piłsudski

Wiadomo także, że Piłsudski był kochliwy i miał bogate życie miłosne. W filmie Rosy występują dwie z jego kobiet: żona Maria z Koplewskich (Magdalena Boczarska) oraz o piętnaście lat młodsza od Józefa Piłsudskiego, członkini PPS, Aleksandra Szczerbińska (Maria Dębska), którą potem poślubił. Przez długi czas żył w podwójnym związku, podobnie jak to było z Buninem. W filmie jednak i ten wątek został zaprzepaszczony. Nie wiemy, dlaczego relacje z Marią się popsuły, a przecież nieprawdą jest, że tylko z powodu młodszej kobiety - to byłoby zbyt proste. Sceny miłosne między kochankami - marne i nijakie.

Co więc jest zaletą tego filmu, jeśli ma on w ogóle jakieś zalety? Chyba tylko scenografia, kostiumy i główna rola. Borys Szyc mógłby jednak wypaść bardziej wiarygodnie jako charyzmatyczny przywódca i interesujący mężczyzna, gdyby reżyser lepiej go poprowadził. Tymczasem sam scenariusz - szkolny i nijaki. Zdumiona byłam czytając, że Rosa miał aż dziesięciu konsultantów. Widocznie, gdzie kucharek sześć...

Obecnie film ukazał się na DVD i można go sobie obejrzeć na domowym ekranie, jeśli ktoś nie zdążył lub nie zdecydował się zrobić to wcześniej.  Jeśli interesuje Was kawałek mniej znanej historii o młodym i gotowym na wszystko Józefem Piłsudskim, a przy tym przymkniecie oko na niedostatki tej produkcji, warto może po nią sięgnąć.

ocena 4/10

niedziela, 12 stycznia 2020

"Oficer i szpieg" Romana Polańskiego. Ofiara układu /recenzja filmu/

Niewątpliwą zaletą filmu są znakomite zdjęcia Pawła Edelmana, wspaniale odtworzone realia epoki (scenografia Philippe Cord’homme, kostiumy Pascaline Chavanne), gra aktorska, a także montaż (Hervé de Luze), za sprawą którego rytm narracji trzyma uwagę widza w napięciu przez ponad dwie godziny. 


Najnowszy film Romana Polańskiego: Oficer i szpieg miał swoja polską premierę z końcem grudnia 2019 roku i - podobnie jak Prawdziwa historia - jest adaptacją powieści, tym razem Roberta Harrisa, który jest również współautorem scenariusza (wcześniej współpracowali przy filmie Autor-widmo). Natomiast oryginalny tytuł filmu: J’accuse (oskarżam) nawiązuje do słynnego artykułu Émile’a Zoli, w którym autor "Germinalu" występuje w obronie Alfreda Dreyfusa - zawodowego oficera francuskiej armii, który zostaje niesłusznie oskarżony o szpiegostwo i skazany na ciężkie więzienie na Diabelskiej Wyspie. Przyjęło się uważać, że stało się tak na skutek jego żydowskiego pochodzenia, ale ofiarą pomyłki, do której nie chcą się przyznać generałowie, obawiając się utraty autorytetu, mógł być właściwie każdy. To sytuacja podobna do historii Józefa K. z "Procesu" Franza Kafki. Jednakże reżyser mocno podkreśla, że przyczyną fałszywych oskarżeń, których ofiarą padł Dreyfus, było właśnie jego żydowskie pochodzenie.

Jean Dujardin jako Georges Picquart w filmie Romana Polańskiego Oficer i szpieg
Powstaje pytanie, dlaczego Polański sięga do tej historii sprzed ponad stu lat, podkreślając wielokrotnie niewinność, szlachetność i bezkompromisowość bohatera oraz będące konsekwencją infamii cierpienia jego i rodziny. Otóż nie pozostaje nic innego, jak tylko skojarzenie w sytuacją samego reżysera, który ostatnimi czasy został wielokrotnie oskarżony o nadużycia seksualne. O gwałt oskarżyła go m.in. niemiecka aktorka Renate Langer, francuska aktorka Valentine Monnier, do dziś nie odpowiedział na zarzut gwałtu na 13-letniej Samancie Geimer w 1977 roku... Ofiary ujawniają się po latach milczenia i nie dotyczy to tylko Polańskiego. Z całą pewnością nie ma to jednak nic wspólnego z antysemityzmem, jednak Polański czuje się niewinny, a skoro tak, to odpowiada na zarzuty ... filmem o aferze wokół niewinnie oskarżonego człowieka, w dodatku Żyda. W świetle tych wszystkich oskarżeń Polański jawi się jako człowiek cyniczny, który nie chce (nie umie?) rozliczyć się ze swoja przeszłością. Nie mniej, mając 87 lat, zrobił kolejny dobry film, to trzeba mu przyznać.

Kadr z filmu Oficer i szpieg
Trwająca ponad dwie godziny historia nie nuży ani przez chwilę, czego nie można powiedzieć o najnowszym Tarantino czy o "Irlandczyku" Scorsese. Film rozpoczyna scena publicznej degradacji Alfreda Dreyfusa - mocna i bardzo dobrze, oszczędnie zagrana przez wcielającego się w tę postać Louisa Garrela. Jednak faktycznym bohaterem filmu jest podpułkownik Georges Picquart (w tej roli wystąpił francuski aktor i scenarzysta filmowy oraz teatralny - Jean Dujardin). Mianowany szefem wywiadu wojskowego, natrafia na na ślad niemieckiego szpiega Ferdinanda Esterhazy’ego i odkrywa, że to on był odpowiedzialny za działalność, za którą skazano Dreyfusa. Jednak jego przełożeni ani myślą przyznać się do omyłki, ponieważ obawiają się, że w ten sposób ucierpi autorytet armii. Zresztą, nawykli do myślenia, że są nieomylni, jak każda władza. Jednak Picquart okazuje się być człowiekiem bezkompromisowym, toteż po ponownym procesie Dreyfus ostatecznie zostaje zrehabilitowany.

Kadr z filmu Oficer i szpieg
Osobnym wątkiem, jakby nieco "doklejonym" przez reżysera, jest romans Georges`a Picquarta z zamężną kobietą, którą jednakże zna "od zawsze". W rolę Pauline Monnier wcieliła się żona reżysera Emmanuelle Seigner, która - stwierdzam do już po raz kolejny - nie jest dobrą aktorką, a jej twarz właściwie niczego nie wyraża: tępy wzrok, sztywna sylwetka, brak pomysłu na postać. Odnosi się wrażenie, że o ile od innych aktorów Polański-perfekcjonista wymaga, to jej zostawia wolną rękę. Jakie są tego efekty - każdy widzi. Ten wątek ma w dodatku wyraźne przesłanie - wolny związek jest trwalszy niż małżeństwo. Hm...

Niewątpliwą zaletą filmu są natomiast znakomite zdjęcia Pawła Edelmana, wspaniale odtworzone realia epoki (scenografia Philippe Cord’homme, kostiumy Pascaline Chavanne), gra aktorska (za wyjątkiem Seigner, która nie wiedzieć czemu uparła się być sex bombą, a mogłaby grać dojrzałe kobiety, co jest ciekawsze), a także montaż ( Hervé de Luze), za sprawą którego rytm narracji trzyma uwagę widza w napięciu.

ocena 6/10


czwartek, 12 grudnia 2019

"Boże Ciało" Jana Komasy. Refleksja nad moralną kondycją społeczeństwa /recenzja filmu/

Film Komasy bardzo uważnie przygląda się kondycji moralnej współczesnych - wieś jest tu rodzajem mikroświata. Tacy młodzi ludzie, jak główny bohater, są w gruncie rzeczy przez społeczeństwo napiętnowani i wykorzystani - nie mając szans na radykalną przemianę swojego życia. Bartosz Bielenia - aktor, który wcielił się w postać głównego bohatera, ze swoją niewinną twarzą i szczerymi oczami - ma w sobie coś niezwykle czystego i szlachetnego. To już nie jest po prostu rola, ale prawdziwa kreacja. Tego właśnie doświadczamy oglądając film Komasy i wychodzimy z kina głęboko poruszeni...



Jan Komasa jest z pewnością jednym z ciekawszych reżyserów młodego pokolenia. Choć jego dorobek jest na razie niewielki, filmy, które wyreżyserował, były wydarzeniami. Uwagę zwrócił już debiut fabularny: Sala samobójców (2011), podejmujący współczesny temat zagrożeń, jakie niesie ze sobą Internet. W sferze poetyckich tropów nawiązywał do tradycji romantycznej, dzięki czemu został wzbogacony i pogłębiony. Nie miał w sobie nic z doraźnej publicystyki. Także Miasto 44 (2015) cieszyło się dużym powodzeniem u kinowej publiczności, choć mnie osobiście film ten wydał się nieco komiksowy, czemu dałam wyraz w recenzji. I oto najnowszy, znaczący film Komasy - Boże Ciało, nasz kandydat  do Oskara, a zarazem obraz cieszący się ogromnym powodzeniem widzów. Nie bez przyczyny. Jan Komasa zrobił kolejny - po "Sali samobójców" - film, w którym uważnie przygląda się moralnej i duchowej kondycji społeczeństwa.

Bartosz Bielenia w filmie Boże Ciało w reż. Jana Komasy

Historia głównego bohatera Daniela, który - jak jego biblijny pierwowzór - posiada żarliwą wiarę i niezłomność - jest właściwie kanwą refleksyjnej opowieści o kondycji moralnej współczesnego społeczeństwa. Daniel jest młodym, pogubionym człowiekiem, który na skutek dawnych przewinień trafia do poprawczaka. Pierwsza i ostatnia scena rozgrywa się tam właśnie i stanowi klamrę dla dziejów bohatera. Na koniec jednak nie jest to już ten sam człowiek - przemianę przeszedł i on, i nieduża wiejska społeczność, w której funkcjonował przez pewien czas jako charyzmatyczny młody ksiądz.

Kadr z filmu Boże Ciało

Daniel już w poprawczaku marzy o tym, aby zostać księdzem, w czym ma swój udział sprawujący duchową opiekę nad trudnymi podopiecznymi ks. Tomasz (Łukasz Simlat). Bohater, którego widzimy w pierwszej scenie filmu jest konformistą biernie przyglądającym się znęcaniu nad jednym z kolegów. Jednocześnie służy do Mszy św. śpiewa i chłonie każde słowo ks. Tomasza. Jego pierwsze kazanie do wiernych w wiejskim kościele będzie właściwie powtórzeniem tego, które głosił jego mentor. Zasadniczą cechą tego kazania jest próba zaangażowania uwagi słuchaczy, bezpośredni kontakt z nimi. Daniel marzy, by być kimś takim jak ks. Tomasz, ale ten zniechęca go twierdząc, że chłopak z taką przeszłością  nie ma szans dostać się do seminarium duchownego, choćby i miał maturę. Posyła go natomiast do zaufanego przedsiębiorcy, aby w ten sposób, pod opieką dobrego człowieka - jak twierdzi - rozpoczął nowe życie na wolności. Daniel jednak, wiedziony jakimś instynktem, trafia najpierw do kościoła i tam, na skutek zbiegu okoliczności, zostanie wzięty za wikariusza przysłanego przez kurię do pomocy miejscowemu proboszczowi. Jak się z czasem okazuje, proboszcz cierpi na chorobę alkoholową. Na czas wyjazdu na leczenie Daniel przejmuje jego obowiązki. Powoli wchodzi w problemy wiernych, którzy okazują się społecznością skłóconą, podzieloną, zaś młodzi odeszli od kościoła, piją, biorą narkotyki. Troska o rodziców, którzy stracili wskutek wypadku swoje dzieci, nie przeszkadza Danielowi w tym, aby ująć się za rzekomym przestępcą, który się do tego przyczynił. I tak młody ksiądz ze swoją prawdziwie chrześcijańską postawą porywa i zjednuje sobie jednych, a zraża innych. Ostatecznie musi odejść, ale przedtem skonfrontuje się ze swoim mentorem i to on wyjdzie z tej sytuacji zwycięsko. Pokona również w poprawczaku "Goliata", któremu tym razem nie zawaha się stawić czoła.

Kadr z filmu Boże Ciało

Film Jana Komasy bardzo uważnie przygląda się kondycji moralnej współczesnych - wieś jest rodzajem mikroświata. Okazuje się, że wygranymi w tym świecie są ludzie bezwzględni, a bycie "porządnym człowiekiem" oznacza często konformizm. Tacy młodzi ludzie, jak główny bohater, są w gruncie rzeczy przez społeczeństwo napiętnowani i wykorzystani - nie mają szans na radykalną przemianę swojego życia. Daniel jest wyjątkiem - prawdziwy i bezkompromisowy, pomimo że dostaje "od życia" po głowie. Kiedy odchodzi z wiejskiego kościoła, a potem z poprawczaka, nie mamy wątpliwości, że jest zwycięzcą, moralnym zwycięzcą. Dodajmy, że Bartosz Bielenia - aktor, który wcielił się w postać głównego bohatera, ze swoją niewinną twarzą i szczerymi oczami - ma w sobie coś niezwykle czystego i szlachetnego. To już nie jest po prostu rola, ale kreacja i sama prawda. Tego właśnie doświadczamy oglądając film Komasy i wychodzimy z kina głęboko poruszeni...

poniedziałek, 4 listopada 2019

"Ikar. Legenda Mietka Kosza". Udręka i ekstaza /recenzja filmu/

"Ikar. Legenda Mietka Kosza" Macieja Pieprzycy jest w mojej ocenie jednym z ważniejszych polskich filmów ostatnich lat i być może najlepszym, jak dotąd, filmem tego reżysera. Nie tylko w sposób artystycznie dojrzały i poruszający przywraca pamięć o genialnym muzyku jazzowym, ale stawia także pytania o to, skąd bierze się taki talent, kim jest artysta i jaką cenę musi zapłacić za swój geniusz. 

Dawid Ogrodnik jako Mietek Kosz w filmie Macieja Pieprzycy Ikar. Legenda Mietka Kosza/ fot. Next Film

Zanim film Macieja Pieprzycy pojawił się na ekranach kin, postać Mieczysława Kosza znana była właściwie wąskiemu gronu osób interesujących się muzyką jazzową. Choć umarł mając zaledwie 29 lat i nie pozostawił po sobie zbyt bogatego dorobku, pozostał w pamięci tych, którzy się z nim zetknęli i słuchali jego muzyki. Do tego grona należy z pewnością Krzysztof Karpiński - pasjonat jazzu i badacz jego historii. W 1990 roku ukazała się jego książka o Mieczysławie Koszu, zatytułowana "Tylko smutek jest piękny". Została w tym roku wznowiona przez Wydawnictwo Literackie i poszerzona o nowe źródła, a przy tym jest piękna edytorsko. W 2007 roku powstał film dokumentalny według scenariusza i w reżyserii Roberta Kaczmarka: "Esencja nastroju", w którym Mieczysława Kosza wspominają przyjaciele, muzycy, z którymi grał, a także słyszymy jego głos, nagrany podczas wywiadów radiowych. I wreszcie "Ikar. Legenda Mietka Kosza" - nagrodzony Srebrnymi Lwami film Macieja Pieprzycy, który jest także autorem książki pod tym samym tytułem. 
To całkiem sporo, jak na tak krótkie życie. Mimo upływu lat, postać Mietka Kosza nie tylko nie blaknie, ale ciągle fascynuje swoją aurą geniuszu i tajemnicy.


Dawid Ogrodnik jako Mietek Kosz w filmie Macieja Pieprzycy Ikar. Legenda Mietka Kosza/ fot. Next Film

Pomysł zrobienia filmu o pianiście wyszedł jakieś dziesięć lat temu od Piotra Adamczyka, któremu marzyła się rola głównego bohatera. Ostatecznie zagrał jego antagonistę, ale - co najważniejsze - powstał film znakomity: niebanalny, dający się interpretować na różnych poziomach, piękny wizualnie i muzycznie, eksperymentujący dźwiękiem.

Opowieść Pieprzycy jest nielinearna. Jak w muzyce jazzowej - jest główny temat (Mietek Kosz), ale są też jego wariacje: uniwersalna opowieść o genialnym artyście, który "nie przystaje" do swoich czasów ani do innych ludzi i jest przerażająco samotny. To doświadczenie przekłada się zapewne na jego kompozycje, głębię interpretacji, a jednocześnie niszczy go. Jego Ikarowy lot musiał się tak właśnie skończyć.

Mały Mietek z mamą (świetna Jowita Budnik)

Film jest także opowieścią o biednym, utalentowanym chłopcu, którego kalectwo jest swego rodzaju stygmatem, ale i łaską. Paradoks? Gdyby nie postępująca ślepota, mały Miecio nie znalazłby się w Laskach, gdzie otoczono go serdeczną opieką i odkryto jego talent. Stamtąd posłano go na studia do Krakowa. Nie zdarzyłoby się to zapewne nigdy, gdyby pozostał na wsi, gdzie nikt nie był w stanie rozpoznać jego niepospolitego talentu, a tym bardziej kształcić go w tym kierunku. Jest to więc opowieść o Janku Muzykancie, w którym ktoś jednak rozpoznał ów niezwykły dar.

Odtwarzając realia lat 50. i 60. Pieprzyca nie tylko pozwala zrozumieć realia, w których przyszło bohaterowi żyć i dorastać, ale pokazuje też, że człowiek jest jednak tajemnicą i nie da się go zrozumieć poprzez otoczenie, w którym przebywa, realia polityczne, w których granie jazzu było swego rodzaju manifestem wolności. Mietek Kosz wybiera jazz przede wszystkim dlatego, że grając tę muzykę, może improwizować, a więc wyrażać siebie. Dla niego właśnie muzyka jest podstawową formą ekspresji. Z niej czerpie ekstazę, podczas gdy życie staje się coraz większą udręką.

Oryginalna, jazzowa aranżacja słynnego utworu zespołu The Beatles w wykonaniu Mieczysława Kosza z płyty "Reminiscence"

Już sam początek filmu wprowadza nas w tę sytuację egzystencjalną. Bohater pojawia się samotnie na scenie, odnajduje fortepian i ... wcale nie przystępuje do gry. Siedzi jakby sparaliżowany - łowi otaczające go dźwięki (które słyszy ze szczególnym natężeniem), a te uruchamiają obrazy z przeszłości. I tak rozpoczyna się seria retrospekcji, które przeplatają się z "tu i teraz", tworząc pełny, choć zagadkowy obraz osobowości bohatera. Owe wydarzenia z przeszłości owocują zarazem w jego grze. Bo kiedy wreszcie zaczyna grać, zagarnia całą publiczność i owacjom nie ma końca.


Kadr z filmu "Ikar. Legenda Mietka Kosza" w reż Macieja Pieprzycy

Kadry w filmie "Ikar" są pięknie skomponowane - zarówno te, które dotyczą teraźniejszości bohatera, jak też ukazujące jego przeszłość, głównie dzieciństwo. Co charakterystyczne, kamera jest zawsze blisko bohatera - tworzy jego portret intymny, jednocześnie delikatny i prawdziwy. Możemy go "poczuć", usłyszeć myśli, zobaczyć przeżycia...

Najbardziej zapadła mi w pamięć scena, w której ojciec wynosi chore dziecko do stajni, kładzie na sianie, a później bije konia, który staje dęba przerażony, a jednocześnie uważny, aby nie rozdeptać dziecka. Scena jak z tragedii greckiej - straszna i patetyczna. Po latach dorosły już chłopiec przyjeżdża jednak przebaczyć ojcu przed jego śmiercią. Nie rozmawiają "o tamtym", stary jest dumny, że jego kaleki syn stał się sławny i piszą o nim w gazetach. Ta scena wiele mówi o Mietku, między innymi o tym, że mimo straszliwego czynu ojca, potrafi zdobyć się na wybaczenie. Na pogrzebie matki jeszcze tego nie potrafił, ale po latach udało mu się te swoje traumatyczne doświadczenia przekształcić w dźwięki. Być może właśnie dlatego muzyka Mietka Kosza tak porusza.

Poza znakomitymi zdjęciami Witolda Płóciennika (operatora m.in. filmu Janusza Kondratiuka "Jak pies z kotem"), na szczególną uwagę zasługuje kreacja Dawida Ogrodnika, który tak sugestywnie wcielił się w postać Mietka Kosza, że trudno teraz sobie wprost wyobrazić kogoś innego w tej roli. Nie można też pominąć wspaniałych interpretacji utworów wykonywanych przez bohatera, których autorem jest znakomity muzyk i kompozytor Leszek Możdżer. Towarzyszą mu inni utalentowani wykonawcy oraz Synfonia Varsovia. Dzięki nim możemy posłuchać kompozycji Kosza w najlepszym wydaniu.

"Ikar. Legenda Mietka Kosza" Macieja Pieprzycy jest w mojej ocenie jednym z najważniejszych polskich filmów ostatnich lat i być może najlepszym, jak dotąd, filmem tego reżysera reżysera. Nie tylko w sposób artystycznie dojrzały i poruszający przywraca pamięć o genialnym muzyku jazzowym, ale jest też dziełem, które stawia pytania o to, skąd bierze się taki talent, kim jest artysta i jaką cenę musi zapłacić za swój geniusz.

ocena 10/10


trailer filmu "Ikar. Legenda Mietka Kosza"/Next Film








wtorek, 13 sierpnia 2019

Pavarotti - król życia i opery /recenzja filmu/

Oglądając "Pavarottiego" podziwiałam przede wszystkim tego dobrego i wspaniałego człowieka o bujnej osobowości - króla życia,  który potrafił kochać ludzi, zachowując przy tym coś z naiwności dziecka. Ron Howard wspaniale to uchwycił. 



Luciano Pavarotti, podobnie jak Maria Callas, jest uosobieniem opery. Zrobić dobry, uczciwy film o kimś takim, nie popadając jednocześnie w banał, nie jest rzeczą łatwą. Na szczęście mamy ostatnio passę dobrych artystycznie filmów dokumentalnych, z których każdy jest niepowtarzalną, interesującą opowieścią. W jej centrum znajduje się prawdziwy człowiek, z jego pasjami i problemami. A że są to zazwyczaj charyzmatyczne, bujne postaci - ludzie nietuzinkowi, toteż możliwości stworzenia interesującej historii są bardzo duże. Z pewnością takie są filmy Kapadii: "Sanny", "Diego", a przede wszystkim "Amy". Przywołałabym także "Marię Callas" Toma Volfa, a z polskich: "Jurka" Pawła Wysoczańskiego czy "Usłyszcie mój krzyk" Macieja J. Drygasa. Ich cechą wspólną jest nie tylko interesujący bohater, ale także problematyka i adekwatna do niej artystyczna forma, może najbardziej widoczna w przypadku filmów Drygasa. 

Pavarotti z księżną Dianą, kadr z filmu "Pavarotti"

Ron Howard kojarzony bywa ze znanymi filmami fabularnymi, jak "Piękny umysł" czy "Kod da Vinci". Można było przypuszczać, że spokojnie udźwignie temat i tak się stało. Dokument został ujęty w precyzyjne ramy: rozpoczyna go i kończy fundamentalne pytanie, które pada z ust drugiej żony słynnego tenora, młodszej od niego o 34 lata Nickoletty Mantovani, a dotyczy tego, jak chciałby, aby go zapamiętano.  Śmiertelnie chory Pavarotti leży na łóżku i zaczyna podsumowywać swoje życie. W tę opowieść (spowiedź?) Howard wplótł wypowiedzi osób, które były w życiu śpiewaka bardzo ważne: pierwszej żony i ich trzech córek, menadżerów, innych artystów, którzy z nim występowali, m.in. w słynnym progranie "Trzech tenorów": Plácido Domingo i José Carrerasa, ale także gwiazdy pop, z którą był zaprzyjaźniony: Bono. 

Kadr z filmu "Pavarotti"

Płynie wartka opowieść o życiu chłopca z Modeny - syna piekarza, który także był tenorem i śpiewał w chórze, stając się w ten sposób dla syna wzorem. Po latach słynny śpiewak twierdzi, że ojciec miał głos piękniejszy, ale z różnych powodów nie zrobił kariery. Młody Luciano byłby być może także tylko chórzystą, gdyby nie matka, która utwierdziła go w przekonaniu, że powinien się kształcić w tym kierunku. I tak się stało. Szybko się ożenił, przyszły na świat dzieci, ale - jak opowiada z sarkastycznym humorem b. żona Adua Veroni - trzeba było spłacić ojcu dług zaciągnięty na kształcenie, więc żyli bardzo skromnie i to ona utrzymywała rodzinę. Wkrótce przyszły spektakularne sukcesy, a wraz z nimi pieniądze, sława, ale także życie na walizkach, które w końcu doprowadziło do rozpadu tego - wydawałoby się idyllicznego - związku. Na początku jednak rodzina wiernie mu towarzyszyła, kiedy to było możliwe. Jedna z córek przytacza anegdotę, jak to matka opowiadała im libretta oper, aby je w ten sposób przygotować do słuchania. Były to na ogół dramaty, na końcu których postać grana przez ojca umierała, jak to było w przypadku "Traviaty". Kiedy po dramatycznej arii ojciec konał na scenie, przejęta dziewczynka tak się wczuła w sytuację, że poderwała się z miejsca, krzycząc: "Tato!". 

Pavarotti z drugą żoną, kadr z filmu "Pavarotti"

Pavarotti był czułym i dobrym ojcem. Kiedy najstarsza córka poważnie zachorowała, odwołał koncerty i towarzyszył jej podczas pobytu w szpitalu i rekonwalescencji. Był także - i wszyscy to powtarzają - człowiekiem niesłychanej dobroci, życzliwości, bardzo pogodnym. Przed występami "umierał" ze strachu :-) W pewnym momencie kariera przestała go interesować i wtedy bardzo dobrze odnalazł się w serii charytatywnych koncertów na rzecz dzieci z biednych krajów. Tworzył szkoły, fundacje, stał się człowiekiem - instytucją. 

Kadr z filmu "Pavarotti"

Był także kochliwy i lubił dobrze zjeść, co stało się przedmiotem wielu anegdot, ale także skandali. Z ostanią żoną był szczęśliwy, pomimo ostracyzmu, z jakim się spotkał, co jest zrozumiałe zważywszy, że uchodził za kochającego ojca i męża, a tymczasem odszedł od żony i trojga dzieci. Dokument pokazuje, że to była jego wielka miłość. Kiedy okazało się, że Nickoletta Mantovani ma stwardnienie rozsiane i w związku z tym zamierza go zostawić, zajął się nią z tym wiekszą miłością i troską. To nie był jakiś banalny romans. Po urodzeniu córki (syn przyszedł na świat martwy) Pavarotti (widzimy to na filmie) jest nieprawdopodobnie szczęśliwy. Ostatecznie dochodzi także do pogodzenia z rodziną, kiedy okazuje się, że jest śmiertelnie chory. Pierwsza żona opowiada, jak to przygotowała mu w szpitalu spagetti i karmiła go, bo sam nie miał sił... 

Kadr z filmu "Pavarotti"

Opowieść o Pavarottim pokazuje, jak przeżyte problemy i troski przekładają się na sztukę. Otóż wybitny śpiewak, znany jest ze swojego górnego C, ze znakomitej techniki, po latach nie śpiewał już tak doskonale. A jednak, kiedy pod koniec życia wykonuje arię Nessun dorma z opery "Turandot" Giacomo Pucciniego, to jest wstrząsające przeżycie. Jesteśmy świadkami czegoś wielkiego - czujemy to...

Oglądając "Pavarottiego" podziwiałam przede wszystkim tego dobrego i wspaniałego człowieka o bujnej osobowości - króla życia,  który potrafił kochać ludzi, zachowując przy tym coś z naiwności dziecka. Ron Howard wspaniale to uchwycił.

Luciano Pavarotti sings "Nessun dorma" from Turandot 
(The Three Tenors in Concert 1994)



zwiastun filmu

ocena 8/10

Mozart – "Requiem" w Narodowym Forum Muzyki /zapowiedź/

6 listopada o 19.00 w Narodowym Forum Muzyki angielski dyrygent Jonathan Nott, uznawany za wybitnego interpretatora muzyki współczesnej, pod...

Popularne posty