Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo PWM. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo PWM. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 lutego 2018

Dariusz Czaja: "Kwintesencje. Pasaże barokowe" /recenzja książki/

Książka Dariusza Czai "Kwintesencje. Pasaże barokowe" otwiera przed czytelnikiem nieprzebrane bogactwo znaczeń dotyczących nie tylko muzyki barokowej, ale przede wszystkim jej wpływu na życie człowieka. To także fascynująca podróż przez różne dziedziny sztuki, w której autor jest naszym cicerone.



Autor - entuzjasta

Eseje składające się na tę interesującą ze wszech miar  lekturę podzielił autor na rozdziały o znaczących tytułach: "Transkrypcje", "Olśnienia", "Melancholie", "Inkarnacje", "Esencje" i "Drżenia". Pomiędzy te brzmiące po trosze  jak tytuły utworów barokowych mistrzów, po trosze zaś jak stan ducha, wplótł  autor rozmowy, które przeprowadził ze znanymi wykonawcami tej muzyki. 

To paleta o skończonej ilości barw podstawowych i nieskończonej ilości ich odcieni - pisze Dariusz Czaja o muzyce barokowej we wstępie. Podkreśla także, że w czasach, gdy powstawała, nie była bynajmniej "dodatkiem do życia", lecz towarzyszyła ludziom we wszystkich sferach ich egzystencji. Uświetniała koronacje, śluby, narodziny i pogrzeby możnych, stanowiła także oprawę muzyczną świąt, służyła rozrywce. Innymi słowy, zagarniała całą przestrzeń ówczesnego doświadczenia, swobodnie przemierzając terytoria sacrum i profanum.

Dopiero więc gdy umieścimy muzykę barokową w kontekście innych osiągnięć tamtego czasu, możemy pełniej dostrzec jej uniwersalność. Tak też postępuje autor książki. Nie tylko zauważa coraz większą popularność tej muzyki w naszych czasach, ale także traktuje ją jako tekst kultury, analizując  go jak rasowy antropolog. Jeśli jednak ktoś pomyśli, że książka zawiera nudne naukowe elaboraty, ten myli się bardzo. Autor bowiem dzieli się swoimi doświadczeniami, pasjami, przemyśleniami w sposób wysoce subiektywny i atrakcyjny:

Piszę ostentacyjnie prywatnie - deklaruje. Bliska mi jest uwaga brytyjskiego muzykologa i klawesynisty Davitta Moroneya: "Trzeba się starać przekazać własny autentyczny entuzjazm, który może nawet zarazić tych, dla których muzyka jest zupełnie obcą dziedziną".

Książka nie jest więc adresowana do fachowców, lecz raczej do tych, którzy muzykę lubią i szukają w niej estetycznych i duchowych przeżyć - dla entuzjastów muzyki barokowej.

Berlińskie transkrypcje Monteverdiego i madrygały w barze mlecznym


Swoje rozważania rozpoczyna autor od "Nieszporów Maryjnych" ("Vespro della Beata Virgine") oraz "Orfeusza" ("L`Orfeo") Cladia Monteverdiego, które zostały zaprezentowane w berlińskiej Staatsoper Unter den Linden pod dyrekcją Rene Jakobsa. Relacjonując ten piękny spektakl, Czaja rozważa jednocześnie podstawowe pytanie: jak powinno się dziś wystawiać Nieszpory, skoro zostały one wyjęte z religijnego kontekstu i wprowadzone w świecką przestrzeń opery. W konsekwencji okazuje się, że inscenizator, choć daleki od konfesyjnej przynależności, przywraca jednak religijny wymiar dzieła, wprowadzając  doń fragmenty "Pieśni nad Pieśniami". I choć mogło to zabrzmieć jak prowokacja, przypomina jednak o religijnej randze piękna, w jakimś sensie wygnanego z chrześcijańskiego świata.  

Pisząc o niekonwencjonalnym traktowaniu muzyki, Czaja wspomina także wydarzenie, które miało miejsce w czerwcu 2000 roku, kiedy to w krakowskim barze mlecznym "Pod Temidą"  serwowano prócz jedzenia ... madrygały Monteverdiego. Honory domu pełnił - jak się dowiadujemy - Jan Peszek, na klawesynie grał Jan Tomasz Adamus, a w role madrygalistów wcielili się profesjonalni śpiewacy. I choć pomysłodawcom chodziło o popularyzację tego rodzaju muzyki, co zresztą znakomicie się udało, bo bilety rozeszły się jak świeże pierogi, to jednak - zdaniem autora "Kwintesencji" - nie da się przez kotleta wejść w wyrafinowany świat Monteverdiańskiej polifonii, bo na to trzeba mieć trochę wiedzy i skupienia.

Orfeusz na scenie i w filmie


W kontekście spektaklu "Orfeusza" Czaja nie tylko snuje refleksje na temat pychy artysty i bezsilności muzyki wobec śmierci. Odwołując się do myśli Emila Ciorana (co zresztą czyni wielokrotnie w swoich rozważaniach), powiada także, iż żywe spotkanie z muzyką (dodajmy: tak znakomitą) pozwala w pełni docenić jej rozmach i świetlistą głębię. Słuchając tych kompozycji - pisze Dariusz Czaja - mamy niezbitą pewność, że stajemy oto wobec rzeczywistości, która nas kilkakrotnie przekracza, dlatego też tak trudny jest powrót z jej wnętrza do zgrzebnej codzienności.

Do tematu Orfeusza  powraca autor wielokrotnie, przywołując m.in. piękny film Alaina Corneau "Wszystkie poranki świata", którego głównym konsultantem muzycznym i wykonawcą niektórych partii instrumentalnych był wybitny kataloński gambista Jordi Savall. Kompozycja Colombe`a "Nagrobek żalu" okaże się na tyle silna, bo ożywiona namiętnym uczuciem, że sprawi, iż zmarła żona zacznie go odwiedzać, a nawet rozmawiać z nim.

Dzieło sztuki - pisze Czaja - jako efekt mozolnej pracy i duchowego porywu odsłania fikcyjność twardego podziału na "ten" i "tamten" świat. Muzyka nie jest tu już tylko czysto estetycznym zjawiskiem. (...) Jest bliskim rytuału dialogiem ze zmarłymi, przywracaniem ich naszemu światu.

Muzyczność płócien Vermeera i muzyczna martwa natura 


Rozdział "Transkrypcji" zatytułowany "Lekcja muzyki" jest jednym z wielu przykładów błyskotliwych paraleli, które stosuje Dariusz Czaja, pragnąc wydobyć z dzieł głębszy sens. Odwołując się do wystawy "Vermeer i muzyka" w londyńskiej National Gallery, nie tylko dowodzi, że w sztuce malarskiej muzyka odgrywa istotną rolę:

(...) jest coś takiego w tych płótnach, co każe myśleć o kompozycji muzycznej, o dziele, na które składa się szereg osobnych linii "melodycznych", ale które mocą artystycznej alchemii dają finalnie wrażenie tego jedynego, koniecznego zestroju barwnego, wspomnianej w cytowanym tekście: harmonii. Największe arcydzieła Vermeera są przetransponowaną na linie i barwy muzyką.

Ta myśl  gładko pozwala autorowi przejść do rozważań nie tylko nad  urodą plastyczną kadrów filmu "Wszystkie poranki świata", ale również zatrzymać się przy użytym tam celowo obrazie Baugina. Przedstawia on martwą naturę, namalowaną na życzenie Sainte Colombe`a dla upamiętnienia wieczoru, kiedy to po raz pierwszy odwiedziła go żona, przywołana miłosną tęsknotą i dźwiękami wioli. Owa martwa natura jest dla autora kwintesencją muzyczności, choć nie przedstawia żadnych instrumentów muzycznych. Czaja przywołuje przy tym słowa znawcy martwej natury - Karola Sterlinga:

Okręgi talerza, rulonik andrutów i flaszka wpisują się w sposób naturalny w siatkę sześcianów, jaką tworzy stół i ściana. Cienie, czasem gęste, o wyraźnych konturach, kiedy indziej lekko przymglone, towarzyszą wszystkim przedmiotom niczym spokojne i głębokie echa. Ten muzyczny instynkt akordów plastycznych, to wyciszone wyrafinowanie, ta skrajna powściągliwość, czynią Baugina największym wśród siedemnastowiecznych francuskich malarzy martwej natury.

W "Kwintesencjach" Dariusza Czai znajdziemy wiele interesujących rozważań nie tylko o muzyce, ale również o malarstwie, o filmie, teatrze, o literaturze, o ludziach wreszcie. Ich cechą jest nie tylko wspaniała erudycja autora i wyrafinowany język tych rozważań, ale przede wszystkim pewien rodzaj kontemplacji, która udziela się czytelnikowi. Kontemplacji, która dotyka spraw ostatecznych: życia i śmierci, a także Transcendencji, z którą dane jest nam czasem obcować dzięki muzyce.

Książka Dariusza Czai "Kwintesencje. Pasaże barokowe" ukazała się w Państwowym Wydawnictwie Muzycznym.

Recenzja ukazała się na portalu Kulturaonline.pl w marcu 2015 roku.

wtorek, 3 października 2017

Renėe Fleming: Oczyszczająca radość śpiewania /recenzja książki/

Piękny, znakomicie wyszkolony głos, uroda i talent aktorski, a przy tym zadziwiająca naturalność i wspaniałe poczucie humoru - oto Renėe Fleming nie tylko na scenie, ale także w swojej znakomicie napisanej autobiografii "Głos wewnętrzny".


okładka książki
Nie mogę sobie wyobrazić bardziej satysfakcjonującego powołania niż moje - pisze artystka w ostatnim rozdziale książki  - piękno, człowieczeństwo i historia każdego dnia, połączone z oczyszczającą radością śpiewania.

Autobiografia głosu

Tak określiła swoją opowieść artystka, która - jak twierdzi - zdecydowała się na napisanie autobiografii, ponieważ nie znalazła tego rodzaju publikacji u swoich poprzedniczek. A szukała porad doświadczonych muzyków, a nie zabawnych anegdotek z życia gwiazd. Nie trzeba się jednak obawiać, że jest to autobiografia dedykowana wyłącznie śpiewaczkom i ich dotycząca. Przeciwnie, Fleming ma nie tylko talent do śpiewania, potrafi także interesująco opowiadać. 

Opowieść o moim głosie - zapowiada - niczym się nie różni od akcji powieści o koniach, które uwielbiałam w młodości: mała dziewczynka znajduje dzikiego konia, którego prawdziwy potencjał tylko ona może dostrzec (...) Ten wreszcie "rozkwita" i zaczyna wygrywać w zawodach, a w zamian za pracę i poświęcenie dziewczynki prowadzi ją do dalszych zwycięstw, o których nigdy nawet nie śmiała marzyć.

Urocze, nieprawdaż? Ale nie tylko niebanalnymi skojarzeniami dysponuje artystka, Raczy nas także swoim niepospolitym poczuciem humoru, opowiadając różne historie, jak choćby ta:

Terrorystka przebrana za śpiewaczkę operową

Dotyczy jej  prestiżowego występu w Sankt Petersburgu, gdzie miała wystąpić na historycznej scenie Teatru Maryjskiego z okazji trzechsetnej rocznicy założenia miasta. Tymczasem, kiedy siedziała w garderobie, oczekując na próbę, nagle pojawiły się tam ... psy, wyszkolone w wykrywaniu ładunków wybuchowych, aby się upewnić, czy nie jest terrorystką przebraną za śpiewaczkę operową.

Owczarki niemieckie wtykały pyski do mojej torebki, niuchały między sukniami wiszącymi w szafie - wspomina artystka - obwąchiwały kosmetyki, peruki i pianino, a potem patrzyły na mnie z wielkim sceptycyzmem, wywołując niejasne poczucie winy. 
zdjęcie artystki ze strony IMG Artists

Podkład muzyczny

Podobno zaczęła śpiewać zanim nauczyła się mówić...

Moje  życie zawsze miało podkład muzyczny - stwierdza Renėe Fleming, mając na myśli swój rodzinny dom. Oboje rodzice byli muzykami. W dodatku matka udzielała także w domu lekcji śpiewu, a ojciec prowadził kościelny chór. Śpiewali sami i słuchali śpiewu całymi dniami.

Muzyka była językiem naszego domu - wspomina. Była powietrzem. Ktoś grał na fortepianie, ktoś właśnie kładł igłę na płytę i słuchaliśmy pieśni Schuberta lub Wolfa, którego ojciec tak kochał.

Rodzice, a szczególnie ojciec, byli przy tym surowi i wymagający, toteż Renėe potrafiła dużo od siebie wymagać, zarówno będąc dzieckiem, jak i później.

Głos jak gobelin

Wiele uwagi poświęca artystka sposobowi śpiewania, dzieląc się swoją, gromadzoną przez lata, wiedzą na ten temat. Wykorzystuje do tego obrazowe porównania, m.in. głosu do gobelinu:

Wyobrażałam sobie zawsze - zwierza się czytelnikom - że głos jest gobelinem, którego jedna nic idzie w górę, a inne są w nią wplecione. (...) To stwarza jednolitość tkaniny w każdym kierunku, wszerz i wzdłuż. Zmienia się obraz, zmieniają się kolory, ale pozostają jakość i tekstura gobelinu.

Innym znów razem porównuje głos do ... piętrowego hotelu, w którym każdy dźwięk zajmuje własne piętro, a zadaniem śpiewaka jest znaleźć dla dźwięku optymalną przestrzeń. Piętra są także symbolem rejestru głosu, w którym są tony niskie i wysokie i niezmiernie ważne są przejścia między nimi, tak, aby głos był piękny, jednorodny.  

Do mnie najbardziej przemówiło wyobrażenie głosu jako klepsydry, w której dno jest szerokie i płytkie, a kolor głębszy i ciemniejszy. kiedy głos wznosi się ku górze, natrafia na zwężenie, które jest dla śpiewaka największą przeszkodą, a wreszcie wznosi się wyżej, gdzie dźwięk otwiera się i rozkwita. Nabiera ciepłych barw i rozpływa się szeroko.

Muzyką można wyrazić całe bogactwo emocji, pozwala ona także na poszukiwanie prawdziwego skarbu - pięknego dźwięku. Z upływem czasu głos jednak zaczyna podupadać - starzeje się, jak nasze ciało i nic nie jest w stanie odwrócić ten proces...

Jako Thais w Royal Opera House, prasowe

Double crėme wybuczony w La Scali

Artystka ze szczerością opisuje nie tylko swoje, okupione ciężką pracą, sukcesy, ale również porażki. Zachwycony jej głosem, sir Georg Solti ochrzcił artystkę mianem "double crėme", oznaczającym coś wyjątkowego i pysznego zarazem, ale mimo ugruntowanej sławy nie uniknęła "wybuczenia" w La Scali, co zresztą zdarzyło się najlepszym, nie wyłączając Marii Callas czy Pavarottiego. Przeżyła także głęboką wielomiesięczną depresję, "czarną noc", jak ją nazywa.

Renėe Fleming wystąpiła również w Polsce - 8 listopada 2005 roku. 

W każdym fragmencie koncertu - wspomina tłumacz autobiografii Janusz Ziolko - ze sceny emanowała wielka siła wewnętrzna, charyzma, ale i dostojny spokój artystki. (...) Uwielbiam barwę jej głosu, jej pianissimo i legato uważam za jakość jedyną na świecie. (...)  W chwili, gdy Renėe wchodzi na scenę, przestaje być sobą - przeistacza się w Hrabinę, Tatianę, Arabellę..., dając bohaterkom duszę, i porywa swoich słuchaczy do wspólnego przeżywania cierpień oraz radości swoich postaci.

Tytuł biografii "Głos wewnętrzny" wskazuje na znaczącą rolę tego, co nieświadome, a co jest rodzajem wewnętrznej busoli, intuicją.

Potrafię słuchać mego wewnętrznego głosu, jeśli chodzi o karierę - twierdzi śpiewaczka. Ta intuicja, razem z odpornością, stały się kotwicą mego życia zawodowego.

Książka "Głos wewnętrzny" Ukazała się w PWM Edition, w tłumaczeniu  Janusza Ziolko.

Renée Fleming pozdrawia polskich czytelników autobiografii "Głos wewnętrzny" | PWM

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.

Wrzesień w Muzeum Architektury: dla dorosłych, dzieci i ciekawych miasta

 Muzeum Architektury we Wrocławiu zaprasza na spotkanie warsztatowe w ramach Akademii Architektury, warsztaty dla dorosłych: "Śląski de...

Popularne posty