Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 sierpnia 2024

Kasi pro memoriam /wspomnienie Kazimiery Jakubiszyn-Borowiec/

24 lipca 2024 roku odeszła Kasia, jak zwyczajowo nazywaliśmy naszą wieloletnią koleżankę Kazimierę Jakubiszyn-Borowiec. 30 lipca towarzyszyliśmy Jej w ostatniej ziemskiej drodze... Ponad czterdzieści lat znajomości – to jakby wyrwał człowiekowi kawałek jego dotychczasowego życia... Pozostaje otwarta rana, dopóki... Tym bardziej więc uznałam, że Kasi należy się wspomnienie, bo kiedy i my odejdziemy, zostanie przynajmniej ten zapis. 

Kasia, z archiwum rodzinnego

Kasię poznałam na początku lat 80. w ponurych, ale i heroicznych czasach stanu wojennego. Zaczęło się od tego, że Marek (mój mąż) dostał tzw. kontakt do Andrzeja Borowca i przychodził na Roosevelta po "bibułę". Dopiero po latach dowiedzieliśmy, że w tym małym skromnym jednopokojowym mieszkanku znajdowała się tajna drukarnia... Po jakimś czasie również i ja odwiedziłam nowo poznanych (jeździliśmy do Śródmieścia, o media, o tempora, z Moskiewskiej (naszego pierwszego mieszkania na Zakrzowie) i szybko się zaprzyjaźniliśmy. Podobny sposób myślenia, analogiczne problemy (obie z Kasią miałyśmy często chorujące na spastyczne zapalenie oskrzeli córki). Siedziało się na jakichś materacach na podłodze w zaimprowizowanej kuchni  i to było zawsze ulubione miejsce spotkań. Paliło się papierosy (takie były czasy) i rozmawiało "o wszystkim". Dowiedziałam się wtedy od Kasi, że zanim mnie poznała, zdążyła... "znielubić", a to dlatego, że Marek ciągle coś o mnie miłego opowiadał i była o tę admirację zazdrosna. 😏 Animozje minęły, skoro tylko poznałyśmy się osobiście. 

Miłka w farbowanej sukience z pieluch tetrowych, zdobionej aksamitem
i bawełnianą koronką, ok. 1988

To był czas, kiedy brakowało wszystkiego, więc oprócz przyjmowania rzeczy używanych przez dzieci znajomych, zaczęłam szyć najpierw dla własnych pociech fantazyjne stroje z niepotrzebnych już tetrowych pieluch, a potem nawet próbowałam robić to dla siebie. Kasię również "uszczęśliwiłam" takim strojem. Bardzo się jej podobał, ale okazał się nietrwały. Zresztą, to nie był Jej styl...

Z czasem rodzina przeniosła się na nowe osiedle na Bulwarze Ikara, gdzie powstawały mieszkania w ramach społecznie założonej spółdzielni. Przyszli mieszkańcy wraz z rodzinami (albo i sami) wiele prac wykonali własnym sumptem, przez co nie płacili bajońskich sum za mieszkanie. I tak Kasia wraz z rodziną znalazła się w porządnym czteropokojowym mieszkaniu. Pamiętam, z jaką dumą pokazywała mi obszerną kuchnię z drewnianymi elementami wykończenia (zasługa ojca Andrzeja), a także piękne stare fotele, które odziedziczyła po swojej mamie. Nareszcie miała swój pokój! Zaprzyjaźniliśmy się na tyle blisko, że Andrzej został ojcem chrzestnym naszej młodszej córki.  

Kasia przed spożyciem kraba, co, jak się wydaje, jest dla
niej wyzwaniem, fot. archiwum rodzinne

Z tamtych czasów zapamiętałam dwie anegdoty, z których pierwsza, wcześniejsza, dotyczy naszej starszej córki Celinki. Otóż w dzieciństwie sporo jej czytaliśmy, m. in. wiersze Jana Brzechwy, które bardzo szybko zapamiętywała i powtarzała. Kiedyś, podczas wizyty u Kasi, wyrecytowała z aktorskim zacięciem sporych rozmiarów wiersz "Żuraw i czapla" w obecności niewiele od niej starszego syna Kasi –  Tomka. Po występie zapadła pełna zdumienia cisza, a następnie spontaniczny aplauz Kasi. Potem dowiedziałam się od niej, że Tomek był tym wstrząśnięty, że młodsza od niego dziewczynka potrafi z takim talentem aktorskim wygłosić długi wiersz. W rezultacie Kasia musiała go pocieszać, że to dlatego, że Celinka ma ... mamę polonistkę...

Druga anegdota dotyczyła czasów znacznie późniejszych. Otóż podczas kolejnych odwiedzin opowiadałam Kasi o swojej wizycie  w Świdnicy u koleżanki ze szkoły podstawowej, Jadzi (Jadwiga Mulczyńska z d. Buczma). Snułam typowo feministyczną narrację o tym, jak to siedziałyśmy z Jadzią jak dwie matrony w gościnnym pokoju, a Staszek, jej mąż, niczym gejsza bezszelestnie nas obsługiwał, po czym znikł, abyśmy mogły zachować pewien rodzaj swobody, który jest możliwy tylko w ramach jednej płci. 😀 Obie z Kasią zgodnie wpadłyśmy w zachwyt nad Staszkiem i wtedy Andrzej, który odkurzał właśnie mieszkanie, zbliżył się do nas na pewną odległość  i powiedział z lekkim sarkazmem, że celowo tak blisko nas sprząta, ponieważ liczy na to, że może opowiem komuś dla odmiany historię o nim 😆

Kasia, fotografia z archiwum rodzinnego

Spotkałam się też z z Kasią, gdy składała wniosek o awans na nauczyciela dyplomowanego (pomagałam jej uporządkować papiery). Uczyła fizyki w szkole krawieckiej, a po jej likwidacji – w jakimś zespole szkół. Dodać muszę, że była nauczycielem z powołania. Zrezygnowała z kariery naukowej ze względu na dzieci, a po powrocie z urlopu wychowawczego trafiła do technikum i jakoś się tam dobrze odnajdywała, mimo że to było specyficzne środowisko. Kochała młodzież i zawsze coś pozytywnego o niej mówiła. Po likwidacji technikum znalazła się w ogromnym zespole szkół, gdzie atmosfera była toksyczna, a dyrektor robił wszystko, aby Kasię zwolnić, ponieważ była niepokorna i wstawiała się za krzywdzonymi koleżankami. Wtedy zorientowałam się, iloma obarczył ją obowiązkami. Wobec ich ogromu niejeden uciekłby z krzykiem, ale nie Kasia –  stara opozycjonistka (Solidarność Walcząca, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski). Zacisnęła zęby i dotrwała do emerytury. 

Spotkałyśmy się jeszcze na ... Podyplomowych Studiach Biblijnych, do których mnie Kasia namówiła. Ja ich nie ukończyłam, bo zaczęłam pracować w Ossolineum od rana do wieczora, ale Ona... Była przeszczęśliwa i twierdziła, że nareszcie studiuje to, o czym zawsze marzyła. Szybko nauczyła się greki i hebrajskiego, a po dwóch latach nadal kontynuowała naukę tego ostatniego na kursach organizowanych przez ewangelików. Byłam pełna podziwu! Dodać muszę, że Kasia od lat prowadziła grupę biblijną i była bardzo zaangażowana w życie swojej parafii. 

Bardzo kochała swoje dzieci: Misię i Tomka – ciągle o nich opowiadała, a gdy wyjechali do Szwajcarii,  utrzymywała z nimi nieustający kontakt na Skype, a także odwiedzała ich, ciesząc się z tego, że mieszkają w tak pięknej okolicy (fiołkowe polany, czyste powietrze) i że tak świetnie sobie radzą w życiu.

Łatwo nawiązywała kontakty z ludźmi – lubiła ich i akceptowała takimi, jakimi byli, a to wielka sztuka. Na nabożeństwie żałobnym było mnóstwo ludzi w różnym wieku i większość z nich przystąpiła do Komunii św. Myślę, że była tym uradowana. Teraz z pewnością może cieszyć się obecnością Boga, przy którym trwała całe życie.


poniedziałek, 22 stycznia 2024

Dziadek - gawędziarz /Stanisław Lekarczyk - wspomnienie/

Dziadek Stanisław był niezwykłym gawędziarzem, trochę jak bohaterowie Wiesława Myśliwskiego, mówił piękną zrozumiałą mazurską gwarą. Ale jak mówił! To był dar - Dziadek zagarniał wszystkich słuchaczy, nie tylko mnie.

Na zdjęciu siedzę na koniu, a Dziadek - jak zwykle w kapeluszu - stoi obok. Widywałam Go wprawdzie tylko podczas wakacji, ale była między nami jakaś nić porozumienia pozarozumowego. Uwielbiałam go! Dziadek Stanisław był niezwykłym gawędziarzem, trochę jak bohaterowie Wiesława Myśliwskiego, mówił piękną zrozumiałą mazurską gwarą. Ale jak mówił! To był dar - Dziadek zagarniał wszystkich słuchaczy, nie tylko mnie. Przeważnie jeździliśmy razem w pole (dla mnie była to wakacyjna atrakcja, ale On był ciągle przy pracy), rozmawiając po drodze. Wtedy to Dziadek opowiadał mi fantastyczne historie o ziemi, o ptakach, o drzewach. W jego barwnych opowieściach wszystko żyło i stanowiło pierwotną harmonijną całość. Potem Dziadek wykonywał swoją pracę, a ja Mu śpiewałam ludowe piosenki (znałam na pamięć cały repertuar Mazowsza :-)), co bardzo mu się podobało, bo był bardzo muzykalny. Sam był zresztą muzykiem - samoukiem: grał przeważnie na basetli, ale swojego najstarszego syna nauczył także gry na skrzypcach i akordeonie. Miał słuch absolutny i kiedy już pojawiły się na wsi telewizory, słuchał wyłącznie transmisji z koncertów... muzyki klasycznej. Siedział tak blisko ekranu, że wydawało się, że chce do niego wejść... 

Dziadek Stanisław Lekarczyk

Kiedy trafił do szpitala ze złamanymi żebrami, zdezorganizował pracę na oddziale, bo pielęgniarki okupowały Jego łóżko, domagając się opowieści o dawnych czasach, a zwłaszcza pragnęły wiedzieć, jakie obyczaje  panowały na przedwojennych weselach. Podobno został ostatecznie przez to wcześniej wypisany ze szpitala. Czasami talent narracyjny okazuje się być darem budzącym kontrowersje. 

Myślę, że to wspomnienie o Dziadku Stanisławie jest niepełne, brakuje w nim bowiem wielu wątków i anegdot, które chciałabym przytoczyć, ale to jeszcze przede mną. 

Zachęciłam niegdyś jego córkę, ciotkę Czesię, aby napisała wspomnienie o ojcu. Zrobiła to bardzo pięknie i poruszająco, m. in. o miłości Dziadka do muzyki i do koni.






Mój kochany Dziadek Ignacy Feliks...

Babcie są od kochania i przytulania, ale i dziadkowie jakże dla nas ważni, bo właśnie oni wprowadzali nas w świat, w historię - i tę rodzinną, i tę wielką. To z Nim odrabiałam pierwsze lekcje, a wcześniej cierpliwie czytał mi rozmaite baśnie, m. in. moją ulubioną "Calineczkę".  Walczył w I wojnie światowej, był obrońcą Polski w 1920 roku, działał w Polskiej Organizacji Wojskowej i uczestniczył w walkach o powrót Stanisławowa do Rzeczpospolitej. Miał też za sobą kilkuletnie zesłanie na Syberię wraz z Babcią i moją Mamą, więc uczył mnie prawdziwej historii, bo odczuł ją na własnej skórze.

Feliks Ignacy Deniszczuk, ok. 1920, Stanisławów

    Dziadek Ignacy (pełnił w moim wypadku bardziej rolę ojca niż dziadka) kształcił się jeszcze w czasach Austro-Węgier, był więc chodzącą historią. Walczył w I wojnie światowej, był obrońcą Polski w 1920 roku, działał w Polskiej Organizacji Wojskowej i uczestniczył w walkach o powrót Stanisławowa do Rzeczpospolitej. Miał też za sobą kilkuletnie zesłanie na Syberię wraz z Babcią i moją Mamą, więc uczył mnie prawdziwej historii, bo odczuł ją na własnej skórze. Z Syberii nie mógł wrócić do swego domu w Stanisławowie i tak znalazł się na Dolnym Śląsku - najpierw w Wałbrzychu, a potem w Świdnicy. Namiętnie słuchał Radia Wolna Europa.
     To z Nim odrabiałam pierwsze lekcje, a wcześniej cierpliwie czytał mi rozmaite baśnie, m. in. moją kultową "Calineczkę". To, że znałam ją na pamięć, dowodzi, że czytał wielokrotnie. Kiedy byłam mała, zimą woził mnie na sankach. Rodzinna anegdota głosi, że kiedyś "zgubił" mnie na zakręcie - wpadłam w jakąś zaspę 🙂 Na szczęście, w porę się zorientował... 😀
     Po raz pierwszy poszłam do kina właśnie z Dziadkiem Ignacym - na "Królewnę Śnieżkę" Disney` a. Wewnątrz falował tłum i panował kompletny chaos, więc Dziadek (człowiek uporządkowany, urodzony jeszcze w czasach cesarza Franciszka) poszedł w kierunku kasy i w krótkim czasie zrobił wzorowy porządek (do dziś nie wiem jak).
     W sposobie bycia i ubierania Dziadek zachował przedwojenną elegancję: zawsze w kapeluszu i płaszczu (żadnych kurtek) i w spodniach wyprasowanych "na kant". Używał w nadmiarze wody kolońskiej "Przemysławka", ale to była chyba jego jedyna nonszalancja 🙂 Jego ulubioną rozrywką było stawianie pasjansa. Pamiętam, że zajmował przy tym cały stół, co bardzo irytowało Babcię Walerię.

Moi Dziadkowie z dziećmi, Stanisławów, ok. 1928 r.

      Urodził się i wychował w wielonarodowym Stanisławowie, więc w sposób naturalny znał niemiecki (uczęszczał do szkół jeszcze za cesarza Franciszka), jidysz, ukraiński, rosyjski... Czasami prosiłam Go, żeby coś powiedział w którymś z tych języków. Do Stanisławowa nie wrócił nigdy. Czy tęsknił? Co myślał o tym, że historia rzucała go to tu, to tam? Z pewnością kochał swoją rodzinę i o nią dbał. 

 Był wyjątkowo prawym i szlachetnym człowiekiem...

czwartek, 18 stycznia 2024

Jadwiga Mulczyńska (Buczma) - wspomnienie

23 grudnia 2023 roku towarzyszyłam Jadzi w Jej ostatniej ziemskiej drodze. To już trzecia "moja" Jadzia, która odeszła w ciągu ostatnich lat - po Jadzi Linke (Karbowiak) i Jadzi Mierzejewskiej (Ucieszyńskiej). Pokój Jej duszy!

Jadzia, 1970 rok

Moja znajomość, a potem również przyjaźń z Jadzią, datuje się od czasów szkolnych. Mieszkałyśmy blisko siebie, ale dopiero fakt, że znalazłyśmy się w tej samej klasie w Szkole Podstawowej nr 13 w Świdnicy sprawił, że zbliżyłyśmy się. Marszruta ze Strzelińskiej na Jodłową była długa i obfitowała w rozmaite przygody. Wychodziłyśmy przeważnie około godziny przed lekcjami (miałyśmy drugą zmianę, bo nowo postawiona "tysiąclatka" była przepełniona), mijając po drodze przejazd kolejowy, który często był zamknięty. Stałyśmy "bez końca" przed szlabanem, a kiedy pociąg z hukiem przejeżdżał, krzyczałyśmy, ile wlezie i zaśmiewałyśmy się na myśl, co by było, gdyby nieoczekiwanie stanął, a my nie zdążyłybyśmy jeszcze ucichnąć. 

Oczywiście, wiele anegdot wiąże się także z samą szkołą. Mieszkałam u moich Dziadków i byłam nieśmiała (nie chodziłam do przedszkola, byłam wolnym człowiekiem  i nagłe wejście w tak liczną, ponad 40-osobową grupę dzieci, było dla mnie szokującym doświadczeniem), Jadzia zaś przeciwnie - zawsze była śmiała i rezolutna. Kiedy więc nasza wychowawczyni, pani Eugenia Grochowska, zapytała mnie, jak się nazywam, popadłam w konsternację, obawiając się, że moje nazwisko, do którego nie byłam przyzwyczajona, stanie się obiektem żartów. Wtedy Jadzia wykrzyknęła, że wie, jak się nazywam i podała nazwisko Dziadków. A potem pochwaliła się mojej Mamie, że nie wiedziałam, jak się nazywam, a ona tak. 😅 Mama zbladła i pobiegła do wychowawczyni "odkręcić" sprawę... 

Innym razem Jadzia uparła się, że mamy do szkoły o godzinę później, w rezultacie czego spóźniłyśmy się na pierwszą lekcję. W pustym korytarzu poczułyśmy, że coś nie gra i nagle - o, zgrozo - zauważyłyśmy idącą ku nam kierowniczkę szkoły (wtedy nie było dyrektorów) - panią Kamińską. Zdrętwiałyśmy ze strachu i odjęło nam mowę (surowej pani Kamińskiej bali się wszyscy, bez wyjątku). Kiedy zapytała nas, z której jesteśmy klasy - zapomniałyśmy, podobnie jak nie pamiętałyśmy nazwiska wychowawczyni. Żeby jakoś wybrnąć z tej sytuacji, zaczęłyśmy bełkotać, że to pani "w zielonym sweterku"... Wtedy pani kierowniczka zrozumiała, że może być już tylko gorzej, nakazała nam poczekać na dzwonek i odeszła. Podczas przerwy wślizgnęłyśmy się do swoich ławek, a pani Grochowska - jak sądziłyśmy - niczego nie zauważyła i sprawa "przyschła". Dopiero po latach, kiedy wychowawczyni przyszła do nas na zastępstwo, opowiedziała nam tę historię. Okazało się, że doskonale o wszystkim wiedziała, ale nie chciała nas jeszcze bardziej wprawiać w zakłopotanie, a poza tym ta "pani w zielonym sweterku" ją rozczuliła 😀

Od lewej: ja, Lidka, Jadzia klęczy w białej sukience, 1963 (?)

Powyższe zdjęcie przedstawia Jadzię, Lidkę i mnie podczas zabawy szkolnej. Miałyśmy z Lidką tzw. krakowskie stroje, co było wówczas szczytem marzeń każdej dziewczynki. Jadzia nie miała takiego, ale zapragnęła mieć z nami zdjęcie, na którym widać jeszcze jej zapłakane oczy...

Po podstawówce trafiłyśmy wprawdzie do różnych szkół, ale przeżywałyśmy przez czas jakiś okres tzw. papuziej przyjaźni i byłyśmy nierozłączne do tego stopnia, że kiedyś nawet pojechałyśmy razem na wakacje do moich Dziadków Lekarczyków na wieś pod Tarnowem. Potem stosunki nasze nieco się rozluźniły, choć sporadycznie widywałyśmy się. Kiedyś, podczas moich studiów, Jadzia odwiedziła mnie we Wrocławiu i poszłyśmy razem do Teatru Współczesnego na jakieś przedstawienie, którego kompletnie nie pamiętam. A nazajutrz okazało się, że Jadzia zorganizowała dla nas randkę na Niskich Łąkach. Byłam na nią wściekła, bo chciałam jechać do domu, więc w ogóle się do faceta nie odezwałam. Złość na Jadzię szybko mi minęła, bo na nią nie sposób było długo się boczyć - była zawsze żywiołowa, pełna humoru i tym razem również obróciła wszystko w żart.

Potem wyszłyśmy za mąż, urodziły się nam dzieci i mieszkałyśmy w różnych miastach, ale kiedyś Jadzia zaprosiła mnie do swego domu i to wydarzenie także stało się źródłem anegdoty. Otóż siedziałyśmy jak dwie matrony w gościnnym pokoju, a Staszek, mąż Jadzi, nas bezszelestnie obsługiwał. Byłam pod wrażeniem tej sytuacji i potem opowiedziałam o tym, goszcząc u naszych przyjaciół we Wrocławiu. Obie z Kasią wpadłyśmy w zachwyt nad Staszkiem i wtedy Andrzej, jej mąż, odkurzający właśnie mieszkanie, zbliżył się do nas i powiedział z lekkim sarkazmem, że celowo tak blisko nas odkurza, bo liczy na to, że może opowiem komuś dla odmiany historię o nim 😆

Od lewej: Joanna Rossa (Brzeźniak), ja i Jadzia, 2008 r. w Świdnicy

Dodać muszę, że to Jadzi zawdzięczamy nasze spotkanie klasowe po 40 latach, w 2008 roku. Była jego prawdziwym spiritus movens. Nie tylko od strony organizacyjnej, zrobiła też wiele, aby przyszło jak najwięcej osób, co nie było proste. Dzięki temu spotkaniu odnowiły się i zacieśniły moje więzi z niektórymi koleżankami i trwają do dziś...

Kiedy Jadzia doznała udaru, jej mąż latami opiekował się nią ofiarnie. Staszek jest dla mnie wzorem pod tym względem, bo jego miłość do Jadzi przetrwała wszelkie próby. W ciągu tych lat, kiedy była unieruchomiona na wózku, wielokrotnie rozmawiałyśmy telefonicznie. Jadzia pamiętała tyle historii! Była mojego życia ważną częścią. Teraz ta część odeszła wraz z nią, ufam jednak, że to tylko chwila i że niebawem zobaczymy się znowu. I nie tylko my, ale spotkamy także tych, którzy znaleźli się na naszej ziemskiej  drodze: i naszych Dziadków, i Rodziców, rodzeństwo, koleżanki, znajomych, a także "panią w zielonym sweterku"...


piątek, 14 stycznia 2022

Jadzi pro memoria. Pożegnanie Jadwigi Mierzejewskiej (z d. Ucieszyńskiej)

27 listopada 2021 roku o 6.00 rano odeszła Jadzia - osoba bardzo mi droga, przyjaciółka z dzieciństwa.. Była ode mnie starsza raptem o pół roku i znałyśmy się "od zawsze". A chociaż bywały okresy, kiedy nie miałyśmy ze sobą kontaktu, bo wyjechałam ze Świdnicy do Wrocławia i obie nas pochłonęło życie rodzinne i zawodowe, to jednak ta więź była na tyle silna, że przetrwała. To tak jak w "Małym Księciu: "Zyskałam coś ze względu na kolor zboża", bo Jadzia także miała blond włosy...

Jadzia w wieku lat ok. 16

Telefonowałam do Niej od czasu do czasu i wtedy zwykle okazywało się, że mamy sobie wiele do powiedzenia, że jesteśmy dla siebie pamięcią przeszłości..., bardzo ważną jej częścią. Jadzia była częścią mojego życia w Świdnicy: dzieciństwa i młodości.

W rozmowach żartobliwie przypominała mi, jak to ulegając moim błaganiom, czekała na mnie po dwie/trzy godziny po lekcjach, aby razem wracać do domu. To był dla mnie trudny czas, gdy po okresie dzieciństwa spędzonego poza instytucjami w rodzaju przedszkola, znalazłam się nagle w przepełnionej obcymi dziećmi klasie - kompletnie nieprzystosowana. Siedzieliśmy po trzy osoby w ławce, w szkole przy Równej (obecnie II LO), kompletnie się nie znając, bo nasza tysiąclatka nie została oddana na czas. Dziadek Ignacy odwoził mnie rano na 8.00 autobusem, ale wracałam już sama. Jadzia chodziła do tej szkoły od roku i była jedyną znaną mi osobą, więc ... 

Pamiętam z dzieciństwa i wczesnej młodości Jadzię pracowitą (w każdą sobotę sprzątała całe mieszkanie), Jadzię dużo czytającą (chodziłyśmy często do biblioteki w pobliskiej Fabryce Wagonów), a potem Jadzię - podlotka: urodziwą blondynkę, która miała duże powodzenie u chłopców. Dość szybko wyszła za mąż, urodził się Krzyś, którego trzymałam do chrztu, a potem kolejny syn - Rysio. 

Jadzia uwielbiała Niemena i słuchała go często. Pamiętam, z jaką satysfakcją pokazała mi zdobyty właśnie album "Dziwny jest ten świat", którego potem słuchałyśmy na pełny regulator 😀.

Ślub Jadzi i Zygmunta, początek lat 70.

Kiedy nastąpił stan wojenny, wróciliśmy z Markiem na czas jakiś do Świdnicy z nowo narodzoną Celinką i od czasu do czasu wpadaliśmy wieczorami do Jadzi i Zygmunta, którzy mieszkali piętro niżej. Piliśmy kawę sypaną wprost do szklanki (to były czasy, gdy kawa była na tzw. kartki!) i mimo trudnych czasów, tryskaliśmy humorem - byliśmy tacy młodzi...

Nie kto inny, a właśnie Jadzia była przy mojej ukochanej babci Walerii, gdy ta odchodziła... 

To była osoba niezwykle życzliwa i dobra. Nie pamiętam, aby na kogoś narzekała, o kimś źle mówiła. Przedwcześnie straciła młodszego syna, nagle odszedł też Zygmunt i Jadzia - zawsze introwertyczna - jeszcze bardziej zamknęła się w sobie. Jednak dzięki wsparciu najbliższych wyszła z tego jakoś. Regularnie odwiedzała ponad dziewięćdziesięcioletnią mamę, przykutą do łóżka, aby ją umyć, porozmawiać, być z nią... Kochała swoje dzieci, a także swoje wnuki - dbała o nich jak umiała. 

Kiedy okazało się, że ma raka płuc, przyjęła to z pokorą. "Będzie, co ma być" - mówiła. Przeszła kolejne chemioterapie z dobrym skutkiem, ale w pewnym momencie coś się załamało. Kiedy odwiedziliśmy Jadzię w połowie października, sprawiała wrażenie nieobecnej, jakby zrezygnowała z walki i mentalnie tkwiła już "tam", gdzie przeniósł się Rysio i Zygmunt. Miesiąc później przeszła na tamtą stronę. Ufam, że czeka tam na mnie, jak niegdyś po lekcjach i że kiedy się spotkamy, zapyta z uśmiechem, dlaczego tak długo...

Wieczny odpoczynek racz jej dać, Panie...

środa, 3 listopada 2021

Spotkanie poświęcone pamięci Profesora Olgierda Czernera - sobota 6 listopada, Muzeum Architektury

Rok temu, 6 listopada, zmarł Profesor Olgierd Czerner - założyciel i pierwszy dyrektor Muzeum Architektury we Wrocławiu, Konserwator Zabytków Wrocławia (1955-1965), architekt i pedagog, człowiek, który współtworzył powojenny Wrocław i którego znaczenia dla rozwoju wrocławskiej kultury nie sposób przecenić. 

Prof. Olgierd Czerner, fot. Stefan Arczyński/skan książki "Mój wiek XX"

Niewątpliwym dziełem życia Profesora stało się powołanie w 1965 roku jedynego w Polsce Muzeum Architektury, którym kierował od momentu powstania aż do przejścia na emeryturę w 1999 roku. Dzięki Jego pasji jest ono dziś jednym z ważniejszych miejsc na architektonicznej mapie Europy.

W pierwszą rocznicę śmierci Profesora Olgierda Czernera zapraszamy do Muzeum Architektury na spotkanie poświęcone Jego pamięci. Spotkanie ma charakter otwarty - wspólnie z Rodziną, Bliskimi i Przyjaciółmi Profesora będziemy o Nim opowiadać, wspominać, dzielić się anegdotami. Uroczyście odsłonimy również popiersie Profesora w muzealnym wirydarzu, a nawiązując do prowadzonego przez Niego przez wiele lat cyklu “Architektura i Muzyka”, wystąpi dla nas chór kameralny Cantores Minores Wratislavienses.

Serdecznie zapraszamy,

Dyrektor i zespół Muzeum Architektury we Wrocławiu

SOBOTA 6 LISTOPADA 2021 r., GODZINA 17.00

Muzeum Architektury we Wrocławiu

ul. Bernardyńska 5

informacja prasowa

Wywiad z prof. Olgierdem Czernerem znajdziecie TUTAJ.

sobota, 27 października 2018

Aleksander Jackowski: Promyk światła w ciemności

1 stycznia 2017 roku zmarł w wieku 96 lat Aleksander Jackowski - etnograf, historyk i krytyk sztuki, antropolog kultury, kojarzony przede wszystkim z tzw. sztuką naiwną.

Aleksander Jackowski, fot. Wikipedia

Nikt jak On, z takim oddaniem i empatią, nie zajmował się artystami, którzy tworzyli tzw. sztukę nawiną. Sam zresztą wolał ich nazywać artystami ”osobnymi”, dla których sztuka była przede wszystkim ekspresją indywidualną, a twórczość – rodzajem konieczności.

Profesor był często jedynym człowiekiem, który się nimi interesował, a przez to ich niejako nobilitował. Sylwetki artystów utrwalił w swojej książce ”Sztuka zwana naiwną”. Zawarł w niej wstrząsające biografie ludzkie, jak choćby historię ociemniałej malarki – kobiety, którą do tworzenia zachęcał sam Jacek Malczewski, ale uległa wypadkowi i straciła bezpowrotnie wzrok. Mimo to jednak podjęła heroiczny trud i malarką została…

Ale jest tam także zawarta opowieść o tym, że życie może znaleźć swoje największe spełnienie w późnej starości. Tak było w przypadku 81-letniego Jana Długosza, których zaczął malować góry w tak późnym wieku, ponieważ kondycja nie pozwalała mu już się po nich wspinać. Obrazy zanosił do szpitala swojemu przyjacielowi, aby i on czerpał z nich wolę życia. Miał wiele wystaw i był czynnym malarzem (a także myślicielem) do 95 roku życia. Swoje przemyślenia przekazał prof. Jackowskiemu, ponieważ nie miał już nikogo bliskiego.

Osobiście miałam szczęście zetknąć się z prof. Aleksandrem Jackowskim ponad dziesięć lat temu, na spotkaniu zorganizowanym przez Instytut Historii Sztuki we Wrocławiu. Przyjechał z filmem i wykładem poświęconym Stanisławowi Zagajewskiemu, niezwykłemu artyście – rzeźbiarzowi, którego Profesor osobiście odkrył. Ten sierota, człowiek upośledzony, żyjący na marginesie, w bardzo nędznych warunkach, okazał się niezwykle uzdolnionym rzeźbiarzem. Jego twórczość porównywał Profesor z dziełami słynnego Gaudiego, a przecież był to artysta z Bożej łaski, który nie miał szansy na odpowiednie wykształcenie. Jednakże tworzenie było jego pasją i powodem do dumy.

Profesor był człowiekiem niezwykłej skromności. Potrafił ze zrozumieniem pochylić się nad najbardziej skrzywdzonymi ludźmi – to była jego misja.
Dla niektórych ludzi – powiedział kiedyś – jestem promyczkiem światła w ciemności.
I tak rzeczywiście było.

Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu Kulturaonline.

wtorek, 10 kwietnia 2018

Maria Jurkowska: Blues wczoraj i dziś - wspomnienie

Maria Jurkowska, prasowe

W tym roku, 14 sierpnia, świętowałaby okrągłe, osiemdziesiąte urodziny... Zmarła o wiele za wcześnie, 14 grudnia 1991 roku, mając raptem 53 lata.

Tak wiele Jej zawdzięczam i tak mało o Niej wiem. A mimo to od jakiegoś czasu czuję wewnętrzny imperatyw, aby napisać wspomnienie. Przede wszystkim dlatego, że nikt tego do tej pory nie zrobił, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Wiem tylko, że zespół Green Grass nagrał "Blues dla Majki" i że jest także patronką Blues Museum, założonego przez Fundację Rolling Stone of Blues. No, to już jest coś, ale o samej osobie prawie nic nie wiemy. A przecież Majka, jak Ją nazywano, odegrała ogromną rolę w propagowaniu bluesa w czasach, gdy mieszkaliśmy za żelazną kurtyną i nawet nam się nie śniło, że możemy posłuchać oryginalnych płyt z tą muzyką, która jakimś trafem stała się w Polsce kultową. W głównej mierze za sprawą Marii Jurkowskiej, która pracowała w nowo powstałym  Programie III Polskiego Radia i prowadziła najpierw audycje jazzowe: "Wiek jazzu", "Z jazzowego archiwum", "Śladami jazzowych legend", a później również moją ukochaną: "Blues wczoraj i dziś". 

Nagrywałam wszystkie te audycje na magnetofonie szpulowym, wielokrotnie słuchałam, spisywałam teksty, bo były one wówczas jedynym źródłem wiedzy o bluesie. Z żalem muszę wyznać, że kiedy magnetofony szpulowe odeszły do lamusa, zgromadzone latami nagrania także nie przetrwały próby czasu, ale noszę je w sercu i w pamięci. Mój studencki pokoik na Noakowskiego we Wrocławiu zawsze rozbrzmiewał bluesami. Nagrania się nie zachowały, ale przechowałam rzecz bardzo cenną: korespondencję, która szczęśliwie ocalała, mimo wielokrotnych przeprowadzek.

Moje pierwsze zetknięcie z Marią nastąpiło w 1971 roku, kiedy to wysłuchałam w radiu fantastycznej, pośmiertnie wydanej płyty Janis Joplin: "Pearl"  i napisałam o tym list, nie licząc specjalnie na odpowiedź. Tymczasem, po upływie niemal roku, otrzymałam taki oto list:


To była elektryzująca wiadomość! Audycje Marii pięknie przybliżały zarówno teksty, jak i muzykę. Swoją drogą, ciekawe, czy można je odnaleźć w archiwach..?

Tymczasem  w 1972 roku zdałam na polonistykę i przeprowadziłam się ze Świdnicy do Wrocławia. Nadal często pisałam listy, a Majka z rzadka mi odpisywała :-) Jakoś się jednak ze mną zżyła, bo w pewnym momencie zaproponowała, że będzie mi nagrywać ulubionych wykonawców bluesa, bylebym wysyłała jej czyste kasety. I tak się zaczęło.


Na listach się, rzecz jasna, nie skończyło. Miałam w zwyczaju spędzać część wakacji w Warszawie i oglądać spektakle w stołecznych teatrach. Podczas jednego takiego pobytu odwiedziłam także Marię. Drzwi otworzyła mi niewielka wzrostem, krucha i delikatna osoba. Czułam się tym bardziej onieśmielona. Maria posadziłam mnie na ławie, nad którą wisiała piękna, ogromna drewniana figura Chrystusa Frasobliwego. Ściany pokoju wypełniały niezliczone płyty. Poznałam  wtedy także jej córkę Ewę - równie delikatną jak matka.


Podczas innych wakacji chciałam Majkę odwiedzić ponownie, ale była wtedy w sanatorium i gościł mnie serdeczny jej mąż, pan Adam. Nagrał mi co tam chciałam, a poza tym trochę narzekał na "młodzież", tzn. na Ewę, że nie pomaga mu uporządkować setek płyt, których ciągle przybywało. Była to istotnie imponująca kolekcja.

Czas mijał. Nadal słuchałam audycji "Wczoraj i dziś", a dzięki temu, że Jazz Forum opublikowało moją legitymację członkowską, poznałam także innych pasjonatów bluesa, m.in. Stefana Zondka, który napisał pracę magisterską o bluesie (jej fragmenty ukazały się w Jazz Forum). Poznałam wtedy także ... mojego przyszłego męża. Gdyby nie blues, nigdy byśmy się nie poznali, bo mieszkaliśmy na dwóch różnych krańcach Polski. Tak więc blues wpłynął w sposób istotny na moje życie :-)


Moje ostatnie spotkanie z Marią było rozmową telefoniczną.  Był 1987 rok. Przyjechałam wtedy do Warszawy na Jazz Jamboree. Pierwszy dzień zwyczajowo miał bluesowy program - wystąpił Tadeusz Nalepa, a po nim jakiś "prawdziwek" z Delty Mississippi, którego nazwiska nie pamiętam. Część ludzi wyszła na korytarz i kopcili papierosy bez umiaru, ale kiedy zabrzmiały pierwsze dźwięki gitary i ów bluesman zaczął śpiewać, mnie wbiło w fotel, a wszyscy maruderzy natychmiast powrócili na salę. Koncert był wspaniały i zupełnie niekomercyjny. Korzystając z pobytu w stolicy, obejrzałam też debiut fabularny Waldemara Krzystka: "W zawieszeniu", a także znakomitą "Pokutę" Tengiza Abuładze. Piszę o tym, ponieważ rozmawiałyśmy z Majką ponad pół godziny i to nie tylko o koncercie, ale również o filmach, szczególnie o tym ostatnim. Nie byłam już nieśmiała - miałam wtedy dwoje dzieci i rozmawiało się nam tak, jakbyśmy się znały od stu lat... Bo tak też i było.

pierwsza strona listu z marca 1976

Śmierć Marii była dla mnie zaskoczeniem. Była bardzo dyskretna i nie wspominała o problemach ze zdrowiem. I chociaż to było prawie 27 lat temu, a mnie zdarzyło się być kilka razy w Warszawie, jakoś nie miałam odwagi iść na Puławską i prosić, aby mnie zaprowadzono na jej grób... Mimo tej dość odległej znajomości, nadal uważam ją za pokrewną duszę, a przede wszystkim sądzę, że nie tylko ja, ale wielu pasjonatów jazzu i bluesa pozostało dłużnikami Majki. Gdyby nie jej wiedza i zapał, z jakim umiała się nią dzielić, tyle spraw w naszym, w moim życiu, nigdy by się nie zdarzyło...

druga strona listu z  marca 1976

Dziękuję Ci Majko za wszystko i ufam, że kiedyś zaśpiewamy razem bluesa w niebieskich przestworzach, gdzie spotkamy naszych ulubionych wykonawców...



Black Snake Moan - Blind Lemon Jefferson


Sonny Terry & Brownie McGee - Drinkin' Wine

Lightnin' Hopkins - Woke Up This Morning


Bessie Smith, Nobody Knows You When You're Down And Out, 1929

poniedziałek, 5 marca 2018

Kamila Bojarczak-Obara: Pamiętamy o Tobie, Kamilko!

29 grudnia 2009 roku o godzinie 14.30 odeszła Kamila - Osoba niezwykłej szlachetności i dobroci. Gromadzimy tutaj wspomnienia o Niej. Zapraszamy, podzielcie się nimi!

Kamila Bojarczak w czasach nauki w liceum
Mimo upływu lat, twarz Kamili wyraziście pozostaje w mojej pamięci: Jej delikatny, nieśmiały uśmiech, spojrzenie życzliwe i dobre. W klasie o profilu filmowym (1990-1994), pierwszej takiej, pozornie pozostawała w cieniu, ale widocznie nie do końca, skoro w którymś roku została wybrana przewodniczącą klasy. Myślę, że właśnie ze względu na cechy charakteru – rzetelność, na której można było polegać, kulturę osobistą i całkiem zwyczajnie: dobroć. Bo Kamila z nikim nie była skonfliktowana, akceptowała i lubiła ludzi – każdy to czuł.

Jako pracę dyplomową wybrała twórczość Ingmara Bergmana, co na pierwszy rzut oka jakoś do niej nie pasowało. A jednak! Potem próbowała dostać się wraz z Małgosią Kruaze na filmoznawstwo na Uniwersytet Jagielloński. Byłam pewna, że się dostanie, a jednak nie wyszło… Może tak miało być. Ostatecznie ukończyła bohemistykę, o czym dowiedziałam się, gdy wpadłyśmy na siebie na ulicy, gdzieś w pobliżu Dworca Głównego. Była z tego najwyraźniej rada.

Spotkałyśmy się ponownie po latach w … Duszpasterstwie Akademickim Wawrzyny na Bujwida. Ja udzielałam się wtedy w redakcji „Wawrzyna”, a poza tym chodziłam na spotkania bliblijne. Weszłyśmy wprost na siebie, obie tym zaskoczone, i okazało się, że Kamila chodzi do Orzecha na przygotowanie do małżeństwa. Ślub miała wziąć w parafii na Pawłowicach, tam też odbyli z narzeczonym kurs przedmałżeński, ale uznali, że jeśli to nie ma być tylko formalność, trzeba go odbyć u ks. Orzechowskiego – charyzmatycznego człowieka i kapłana. Tym też sposobem zostałam przy okazji zaproszona na ślub J  Nie były to jeszcze czasy Facebooka czy Naszej klasy – ludzie kontaktowali się wówczas bezpośrednio.

 4 czerwca 2005 r., składam Kamili życzenia
Pamiętam ten ślub, bo był nietypowy. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, wokół kościoła na Pawłowicach zobaczyliśmy mnóstwo kultowych motocykli, przy których stali ich właściciele, ubrani w charakterystyczne czarne skóry, z długimi, często już siwymi włosami. Wyglądało to jak scena z „Easy Rider”. Rodzimi harlejowcy nie wchodzili do kościoła – to najwyraźniej nie były ich klimaty J Czekali aż rzecz cała się skończy i młodzi wyjdą do nich. Okazało się, że świeżo poślubiony mąż Kamilki, Grzegorz, należy do tej drużyny supermenów. Ale z Kamilą grzecznie chodził na te wszystkie rekolekcje J Taka to była z Niej delikatna, a przecież wymagająca osoba.

Kamilka w dniu ślubu, fot. Marek Cisek
Po jakimś czasie miałam zabawne wydarzenie, gdy wysiadłam z tramwaju na pętli na Tarnogaju. Otóż zaczął za mną biec jakiś mężczyzna. Kiedy mnie dogonił, co nie było trudne, bo damy nie biegają J, okazało się, że jest to Grzegorz z dobrą nowiną: Kamila urodziła synka, Milanka. Bardzo byli oboje szczęśliwi!

Kolejne spotkanie miało miejsce w kaplicy na Bujwida. Jakiś malec podczas Mszy św. dawał rodzicom do wiwatu. Potem okazało się, że to Milanek. Szczerze mówiąc, w pierwszej chwili nie poznałam wtedy Kamili – miała twarz zmienioną pod wpływem sterydów… Długo rozmawialiśmy. Okazało się, że ma guza mózgu, że jest pod kontrolą jakiegoś poznańskiego profesora, ale dobrze nie jest. Zdarzały się ataki padaczki i stan Kamili znacznie się pogorszył. To było jak bomba z przedłużonym zapłonem. W tym wszystkim jej dobry, kochający mąż, który opiekował się Nią bez przerwy, na którego zawsze mogła liczyć… To było budujące. 

I tak płynął czas, aż dostałam od jednego z uczniów telefon, że Kamila nie żyje… To mimo wszystko był cios. Jakoś udało się skrzyknąć i żegnaliśmy Ją na Cmentarzu Osobowickim sporą grupą. Pamiętam: był początek stycznia, mroźno, wszędzie pełno śniegu. W cmentarnej kaplicy rozbrzmiewała muzyka, a potem staliśmy wokół grobu, stłoczeni, współczujący, poruszeni…

Jakoś długo nie umiałam się z tym pogodzić: taka kochana, dobra Kamila – dlaczego właśnie Ona..? Współczułam przy tym bardzo mężowi, maleńkiemu synkowi, rodzicom, siostrom… Musiało im być bardzo ciężko. Upłynęło trochę czasu, gdy otrzymałam niespodziewanie rodzaj pociechy. Napisała do mnie Irenka Leszkiewicz (obecnie Gwiazda), koleżanka Kamili z tej samej klasy. Nie mogła być na pogrzebie, ale tak się złożyło, że spotkała się z Kamilą tydzień przed Jej śmiercią. Napisała:

Kamila zmarła 29 grudnia 2009 roku o 14.30, we wtorek. Zostawiła 3-letniego Milanka i całą swoją Rodzinę, pogrążonych w żalu. Odeszła spokojnie, bez większego cierpienia, w szpitalu na Weigla, gdzie trafiła w niedzielę po świętach. Gorączkowała i była bardzo słaba. A jeszcze w środę, tydzień przed śmiercią, byłyśmy na spacerze w Rynku... Wciąż nie mogę w to uwierzyć.

Przesłała także wiersz:
nie potrafię jeszcze o tym pisać...
Ciężko ubrać myśli w słowa.
Jeszcze dzisiaj
widziałam Cie taką spokojną, a taką odległą na zimnej płycie kamienia,
w jasnej trumnie w ciszy łkania otuloną naszymi wspomnieniami, które nie zdołały Cie ogrzać na powrót do życia.
Spłonęłaś w tych wspomnieniach, w żarze naszych uczuć i gniewu na śmierć, spopielałaś, odeszłaś na zawsze...
Jeszcze dziś brakuje mi słów...

To już ponad osiem lat, a słów ciągle brakuje… Wierzę, Kamilko, że spacerujesz teraz po zielonych pastwiskach i spoglądasz czułym okiem na swoich bliskich i na nas…
- zawsze serdecznie o Tobie pamiętająca, także w modlitwie – Barbara Lekarczyk-Cisek

………………………………………………………………………………………….


Kamila (chyba) w lewym, górnym rogu, Przesieka, "zielona szkoła", 1992 (?)
.......................................................................................................................................

Wspomina Cię także Agata Cioch:

A kiedy przyjdzie także po mnie
Zegarmistrz światła purpurowy
By mi zabełtać błękit w głowie
To będę jasny i gotowy

Spłyną przeze mnie dni na przestrzał
Zgasną podłogi i powietrza
Na wszystko jeszcze raz popatrzę
I pójdę nie wiem gdzie - na zawsze.

 „Zegarmistrz światła” Tadeusza Woźniaka przyszedł do mnie niespodziewanie pewnego cichego popołudnia na Cyprze. Zaczęłam nagle nucić, przypomniał mi się tekst. A chwilę później dostałam wiadomość, że Kamilla nie żyje.
Pomyślałam, że to było pożegnanie. Moje z Kamillą, Kamilli ze mną. Kamilla lubiła muzykę z lat 70-tych. Uwielbiała „Hair” Miloša Formana.
Była bratnią duszą. Wodnikiem tak jak ja.
Trochę nieśmiała, może czasem niepewna siebie. Wybory, których dokonywała, wydawały mi się kiedyś mało spektakularne. Myślałam, że powinna sięgać wyżej, dalej. Po latach zrozumiałam, że Kamilla miała coś czego mi zabrakło - odwagę by iść swoją drogą.

Jak to jest, że nie ma już tego spojrzenia,
tych oczu – szaro-zielonych, brązowych,
tych rzęs wytuszowanych,
że zgasły podłogi i powietrza,
 a my tu.
 Ciągle jesteśmy.


Dla Kamillki - Agata

.........................................................................................................................................



od lewej: Sebastian Ligarski, Paweł (?), Agata Cioch, Ania Skiba, Dagmara Rojewska, Zuza Śnieżek, Przesieka

Anna Skiba (Żabińska):


Oczy symbolizują duszę, światło, Boga... są odważne, kochają i trwają ...
Każdy z nas zna oczy Kamili niezwykłe, nad wyraz niezwykłe...
I choć, tak zwyczajnie, po ludzku, do dziś, dźwięk piosenki "Time to say goodbye" przeszywa mnie dreszczem bólu, zimnym jak styczniowe powietrze w dniu jej pogrzebu, to wspomnienie o jej radosnym spojrzeniu powoduje, że topnieję.
Wciąż zasmuca mnie wspomnienie dnia, gdy załatwiając zwykłe sprawy w Urzędzie Marszałkowskim, zobaczyłam łzy w oczach urzędniczki rozmawiającej przez telefon...
- Przepraszam panią, ale właśnie odebrałam smutną wiadomość...nasza koleżanka odeszła...
- Jak miała na imię pani koleżanka? - zapytałam sparaliżowana nadzieją... Wiedziałam, że była poważnie chora, spotkałyśmy się niedawno, ale tylko kolorowa chustka na głowie Kamili przypominała o tym. Kamila, jej miłość do życia, radość, cudowna pozytywna energia, zaraźliwe poczucie humoru - były bez uszczerbku. Także odwaga...wystarczyło spojrzeć w jej oczy, aby to poczuć ...Spoglądam więc, bo przecież wszyscy wiemy, że wciąż możemy w nie spoglądać, trzeba tylko lekko przymknąć powieki ...

Ania

......................................................................................................................................

Dorota Damm-Paradysz

Zabierałam się parę razy, żeby napisać, nawet ze Skibą gadałyśmy wspomnieniowo. Spotkałyśmy się z Kamilą i dziewczynami z klasy na kolacji w knajpie. Paszcze nam się nie zamykały. Było o wszystkim, o dzieciach i o porodach też. Przy sąsiednich stolikach co jakiś czas milkli i bledli, bo śmiałyśmy się potwornie. Kamila w ramach wspomnień o cudzie narodzin, opowiadała jak wyrwała uchwyty z łóżka podczas porodu i została z nimi w ręce. Nie wiedziała czy je wyrzucić, czy trzymać. Zgadnijcie co robiła przez cały poród..?

Potem Kamila w kolorowej chustce na głowie, powiedziała że jak zemdleje, to żebyśmy nie panikowały, ale choruje na glejaka. Wszystkie zbladłyśmy. Padło pytanie: ale jak?! I śmiech Kamili. I te oczy... Powiedziałam, ze skoro już jesteśmy przy temacie chorób, to łażę jak kaczka nie z powodu kontuzji w skałach, tylko mam SM. Nie oznacza to wcale spółdzielni mieszkaniowej i nie sado/maso. I metaliczny głos Ewy: Dziewczyny! Jak którejś coś jest, to proszę innym razem...

Kamila to był dobry człowiek. Lubiła ludzi. Była uparta. Gadałyśmy przed jej śmiercią. Umówiłyśmy się, że jak poczuje się lepiej, a ja będę na chodzie, to się spotykamy na gadanie. I mnie wysterowała...Do zobaczenia Kamilo, kiedyś, obiecałaś ploty. Dorota


...............................................................................................................................................

Sławomir Dykier


Kamila w latach szkolnych, zdjęcie to znalazł i nadesłał Sławek Dykier.
Pamiętam Kamilę jako zawsze ciepłą, życzliwą i pogodną osobę. Miała w sobie pewien element nieśmiałości, a jednocześnie tę odwagę, by ową nieśmiałość przekraczać. Potrafiła z pasją angażować się w różne działania, niezależnie, czy dotyczyły szkoły, czy też spraw prywatnych. Przyjazna, otwarta pomocna. 
Dziś w klasie już nie wszyscy utrzymujemy z sobą regularny kontakt. 
Ja czasem trafiam na jej zdjęcie wśród klasowych pamiątek i nie chce mi się wierzyć, że nie można do Kamili napisać czy zadzwonić...  Ale wierzę, że tam, gdzie wędruje teraz, wszystkie drogi jej sprzyjają.


Sławek Dykier

.......................................................................................................................................

Ewa Borkowska (Cieniawska)

Wspomnienie Kamili to wspomnienie energii, emocji i ... życia, paradoksalnie. Cieszyła się energetycznie, śmiała zaraźliwe i złościła żywiołowo.  Kamila to emocje i uczucia, zawsze maksymalne, bardzo się udzielające. Może to wszystko było takie ekstremalne, bo miało zgasnąć tak szybko...

Widzę ją żywo gestykulującą, mówiącą z przejęciem, śmiejącą się głośno. Zawsze pozytywna, przez wszystkich w klasie lubiana.


Pamiętam spotkanie „po latach", o którym pisała Dorota. Pamiętam, że mówiła wtedy o swojej chorobie. A przede wszystkim o walce i sile w niej. Siła, walka, energia - tak! Dla męża i synka przede wszystkim. W tym scenariuszu nie było miejsca na taki finał. To po prostu nie pasuje do Kamili, jej odwagi i temperamentu, wewnętrznego buntu...

.............................................................................................................................................

„Feliks Janiewicz – Complete Violin Concertos” – nowy album wydany przez Narodowe Forum Muzyki

7 sierpnia 2026 roku premierę będzie miał nowy album Narodowego Forum Muzyki im. Witolda Lutosławskiego we Wrocławiu, nagrany przez Bartłomi...

Popularne posty