Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WROSTJA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WROSTJA. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 października 2020

Wiesław Geras o programie jubileuszowych WROSTJA /wywiad/

 W dniach od 17 do 24 października, a naprawdę do 19 listopada 2016 roku odbędą się jubileuszowe, 50. Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora. Program festiwalu monodramów prezentuje jego dyrektor – Wiesław Geras.

Wiesław Geras, fot. B. Lekarczyk-Cisek

Barbara lekarczyk-Cisek: Trzymam w ręku wydaną właśnie z okazji jubileuszu książeczkę Tomasza Miłkowskiego: ”166 monodramów”. Jakie to uczucie, gdy przychodzi taki wspaniały, liczący pół wieku, jubileusz?

Wiesław Geras: To będzie rzeczywiście wyjątkowy festiwal nie tylko dlatego, że liczy sobie już pięćdziesiąt lat. Także ze względu na program, zaproszonych gości, wydawnictwa, które mu towarzyszą, a nawet ze względu na miejsca, w których będą prezentowane spektakle.

W tym roku monodramy będą prezentowane w różnych miejscach.

Ten ruch festiwali monodramów zrodził się w Piwnicy Świdnickiej i jesteśmy bardzo przywiązani do tego miejsca. Pierwszy dzień WROSTJA, jego inauguracja, odbędzie się właśnie tam. Wprawdzie  nie pojawi się pani Irena Jun, jak to było w planach, uległa bowiem wypadkowi. Jesteśmy tym bardzo poruszeni. 87-letnia aktorka przygotowała specjalnie na ten jubileusz monodram ”Matka Makryna” na podst. powieści Jacka Dehnela. Mamy jednak nadzieję, że zaprezentuje go w przyszłości, kiedy poczuje się na siłach. 

Podczas inauguracji wystąpi za to Tadeusz Malak, który jako pierwszy  otrzymał na festiwalu nagrodę. Przypomnę, że pierwszy festiwal w 1964 roku miał charakter spotkań i odbył się bez nagród. Dopiero rok później odbył się konkurs i pierwszą nagrodę zdobył wówczas Tadeusz Malak za spektakl na podst. tekstów T. Różewicza, zatytułowany ”W środku życia”. Zmodyfikowany, uzupełniony przemyśleniami aktora monodram pod tytułem "Powrót do źródeł... od Różewicza... i dalej..." zostanie powtórzony w tym roku. Po nim odbędzie się promocja książki poświęconej artyście: "Wypowiedzieć człowieka. Poezjoteatr Tadeusza Malaka" Katarzyny Flader-Rzeszowskiej, co będzie także okazją do rozmowy. Wieczór jubileuszowy poprowadzi nasz prezes honorowy – prof. Janusz Degler. Będzie to także okazja do promocji książki monograficznej poświęconej WROSTJA, a wydanej przez Klub Krytyki Teatralnej i Instytut Teatralny. Jest to dla mnie zaszczyt i powód do satysfakcji, że nasz festiwal został doceniony i opisany. 

Oprócz miejsc, w których odbywały się w przeszłości festiwale, monodramy zostaną zaprezentowane także w miejscach zupełnie nowych.

Tak, drugi dzień festiwalu odbędzie się częściowo w nowo powstałym Muzeum Teatru im. Henryka Tomaszewskiego. Muzeum to powstało m.in. z inicjatywy Wrocławskiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru, w czym specjalne zasługi ma nieżyjąca Irena Rzeszowska, wieloletni prezes Towarzystwa. Miłośnicy teatru pamiętają zapewne ogromne wystawy organizowane przez Towarzystwo. Otóż wszystkie te eksponaty, pieczołowicie przez Rzeszowską gromadzone, zostały przekazane do Muzeum Miejskiego. Również ja przekazałem całą posiadaną dokumentację. Tak więc kolejny dzień WROSTJA odbędzie się w Muzeum Teatru, gdzie przed południem zaplanowano sesję o stanie i kondycji teatru jednego aktora, a jednocześnie na temat jubileuszu. Pokażemy m.in. wyniki naszej pięcioosobowej komisji, składającej się z dwóch profesorów: J. Deglera i R. Śliwonika, dwóch krytyków: T. Miłkowskiego K. Kucharskiego i mnie, którzyśmy oglądali wszystkie festiwale we Wrocławiu. Wybraliśmy mianowicie te spektakle, które okazały się znaczące dla rozwoju monodramu. 

W Muzeum Teatru zostanie także zaprezentowana wystawa fotografii oraz publikacji WROSTJA oraz odbędzie się promocja książki z serii ”Czarna książeczka z Hamletem” - ”166 monodramów” Tomasza Miłkowskiego.

A po południu, w Ratuszu, zaprezentujemy spektakle wrocławskie, chcemy bowiem pokazać, że WROSTJA przyczyniły się  także do powstania wielu spektakli z udziałem wrocławskich artystów. Według naszego rozeznania, przez tych pięćdziesiąt lat istnienia festiwalu, wzięło w nim udział około dziewięćdziesięciu aktorów wrocławskich. Pokażemy trzy pokolenia artystów związanych z wrocławską PWST: Agatę Kucińską z monodramem "Dziewczyny jak złoto” wg Tomasza Mana, Annę Skubik, która zaprezentuje "Złamane paznokcie. Rzecz o Marlenie Dietrich” oraz Bogusława Kierca z monodramem ”Mój trup”. 

Kolejny dzień festiwalu odbędzie się w nowo otwartym Wrocławskim Domu Literatury, gdzie pokażemy trzy spektakle, które są dla nas bardzo ważne. Zazwyczaj prezentowaliśmy także aktorów nieprofesjonalnych, którzy wyróżnili się na różnych konkursach. I tym razem mamy dwie młode osoby, które są laureatkami konkursu Turniej Teatrów Aktora "Sam na scenie" w Słupsku. Jedna zaprezentuje tekst Leszka Kołakowskiego, a druga – Dostojewskiego.

Na festiwalu pojawią się także wybitne aktorki zagraniczne, które wielokrotnie gościły we Wrocławiu…

Tego samego dnia wieczorem  wystąpi Lidia Danylczuk ze Lwowa – aktorka związana z nami od piętnastu lat, przez nas wypromowana. Bywała w Polsce na różnych festiwalach kilkanaście razy. Poświęciliśmy jej także monografię z serii ”Czarna książeczka z Hamletem” -  "Lidii Danylczuk droga ku sobie” autorstwa Iryny Wołyćkiej-Zubko, która będzie promowana tego dnia. 

Dzień ten zakończymy we Wrocławskim Teatrze Lalek, gdzie wystąpi ulubienica naszej publiczności – Biruté Mar, która zaprezentuje premierowy spektakl "Anioły Dostojewskiego”. 

Poza tym wystąpią także wybitni polscy aktorzy…

Chcemy także pokazać polskich mistrzów monodramu. 20 października wystąpi w Imparcie Janusz Gajos z monodramem ”Msza za miasto Arras”. A następnego dnia nasza ulubienica – Dorota Stalińska będzie świętowała swój jubileusz, podczas którego pokaże monodram ”Żmija”. Pokaże go zresztą później w innych miastach.

Monodramy zaprezentują także wrocławscy aktorzy…

Dzień poświęcony monodramom we wrocławskich teatrach miał być bardziej rozbudowany. Chcieliśmy pokazać, że dzięki naszemu festiwalowi aktorzy zostali zainspirowani do pracy nad monodramami. Niestety, nie wszystkie teatry zgodziły się na udział w tej prezentacji. Ostatecznie zobaczymy więc trzy monodramy: Anny Kramarczyk, Wiesława Cichego i Błażeja Wójcika. 

Szczególne znaczenie ma dla nas także jubileusz 85-lecia urodzin Zdzisława Kuźniara, którego ”Ja, Feuerbach” zostanie zaprezentowany 18 i 19 listopada w Instytucie Grotowskiego. Patronowaliśmy też przygotowanej z tej okazji wystawie fotografii tego wybitnego aktora. 

Festiwal kończymy tradycyjnie etiudami PWST. Tradycyjnie już pokażemy także nasze spektakle w sześciu miastach Dolnego Śląska.

Jesteśmy dumni, że udało się nam w tym roku przygotować jubileuszowy festiwal, mimo braku zainteresowania ze strony miasta. Władze Wrocławia w ogóle tego festiwalu nie uznają. Będzie to więc ostatni festiwal prezentowany w tej formule. Od przyszłego roku będziemy organizowali w październiku WROSTJA-mono (autor albo aktor). W tej formule będą prezentowane trzy spektakle jednego autora lub trzy monodramy w wykonaniu jednego aktora. Pierwsze spotkanie będzie dotyczyło T. Różewicza. Pokażemy trzy jego spektakle, które powstały z naszej inspiracji za granicą. W Armenii przygotowano ”Śmiesznego staruszka”, w Kijowie ”Starą kobietę…”, a w Odessie – spektakl na podst. poezji autora ”Ocalonego”.

Dziękuję za rozmowę.

niedziela, 9 września 2018

Mateusz Nowak, Stanisław Miedziewski: Monodram formą kontaktu ze światem /wywiad/

O początkach pracy nad monodramem, pasji jego tworzenia oraz twórczej współpracy rozmawiam z aktorem Mateuszem Nowakiem i reżyserem Stanisławem Miedziewskim. 

Stanisław Miedziewski i Mateusz Nowak, monodram Solo na scenie, fot. prasowa
Barbara Lekarczyk-Cisek: Jest Pan na OSTJA raptem po raz drugi, ale za każdym razem wyjeżdża z Wrocławia z nagrodą. Dwa lata temu otrzymał Pan nagrodę za debiut, tzw. „Szczebel do kariery” za monodram ”teatralność”. W tym roku zaprezentował Pan drugi w swoim dorobku monodram, który tym razem został uznany za najlepsze przedstawienie w Ogólnopolskim Przeglądzie Monodramu Współczesnego w Warszawie. Przyzna Pan, że te sukcesy są spektakularne. Proszę uchylić rąbka tajemnicy i opowiedzieć coś o sobie, abyśmy choć trochę mogli zrozumieć ten fenomen.

Mateusz Nowak: Początki mojej fascynacji monodramem sięgają czasów, kiedy to jako trzynastolatek po raz pierwszy dowiedziałem się, że istnieje Ogólnopolski Konkurs Recytatorski, a w jego ramach – kategoria „teatr jednego aktora”. Wprawdzie nie miałem o tym zielonego pojęcia, ale zapragnąłem w niej wystąpić. Udałem się więc do Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury w swojej miejscowości i zapytałem pracujące tam panie, czy ktoś mógłby mi w tym pomóc. W odpowiedzi panie zatelefonowały do szkoły z zapytaniem, dlaczego nie jestem na lekcjach. Nie zrezygnowałem jednak w obliczu tego jaskrawego braku zrozumienia dla moich marzeń i udałem się do miejskiej biblioteki. Odnalazłem tam regał z książkami poświęconymi teatrowi, a wśród nich – ”Teatr jednego aktora” Tadeusza Malaka. Dowiedziałem się z niej o ”Wieży malowanej” Wojciecha Siemiona, o Danucie Michałowskiej i jej interpretacji ”Pana Tadeusza”, ale nadal nie miałem pojęcia, jak należy przygotować monodram.

Wyobrażałem sobie jednak, jakie to musi być fantastyczne grać sam na scenie. W tym czasie zaczytywałem się w ”Pułapce” Tadeusza Różewicza i wyobrażałem sobie, że jeśli to wszystko da się jakoś złożyć, to właśnie z tych trzech czynników – z mojego pragnienia stworzenia teatru jednego aktora, tekstu Różewicza i naśladowania Siemiona i Michałowskiej.

Potem wyjechałem do Lublina i rozpocząłem naukę w liceum, w klasie o profilu dziennikarsko-teatralnym, co jednak nie miało żadnego znaczenia dla mojej monodramatycznej infekcji. Znaczący natomiast okazał się fakt, że w pobliżu szkoły znajdował się Wojewódzki Ośrodek Kultury i Centrum Kultury, gdzie poszedłem z propozycją zrobienia monodramu na podstawie ”Pułapki”. Nie spotkało się to co prawda wtedy z oczekiwanym odzewem, ale zacząłem pracować nad doskonaleniem warsztatu recytatora.

Obecnie sam jestem instruktorem recytatorów. Zanim się to jednak stało, brałem udział w konkursach recytatorskich i nierzadko oglądałem przy tej okazji monodramy. Bardzo często były one reżyserowane przez Stanisława Miedziewskiego ze Słupska. Były to szalenie interesujące przedstawienia. Oglądając na scenie Marcina Bortkiewicza, Wioletę Komar i innych, czułem zazdrość, bo i ja tego pragnąłem.

Z czasem poznałem Stanisława. Zanim się to jednak stało, czułem się wobec niego wyjątkowo onieśmielony. Aby niejako oswoić ten wyidealizowany obraz człowieka, którego podziwiałem, zaprosiłem go do Lublina, aby poprowadził warsztaty. Wtedy to nieśmiało zapytałem o możliwość współpracy. Wyraził zgodę i polecił mi przysłać jakiś monolog. Choć teraz sądzę, że był to z jego strony gest raczej kurtuazyjny, byłem wtedy bardzo szczęśliwy.

W grudniu 2010 roku przyjechałem do Słupska z propozycją tekstów. Spotkanie okazało się szalenie trudne, wręcz traumatyczne, ponieważ wszystkie moje teksty zostały przez Stanisława odrzucone, a ja zostałem wydrwiony [Stanisław Miedziewski temu zaprzecza]. Mimo to przyjeżdżałem na próby do Słupska. I tak powstała ”teatralność”. Z czasem zrozumiałem, że jestem poddawany próbom wytrzymałości i im było mi trudniej, tym większe miało to dla mnie znaczenie. Stanisław sprawdzał poziom mojej determinacji i siły. A dla mnie to była sprawa pasji – czegoś, co mnie rozpychało od środka i co miało przedostać się na zewnątrz.

A czy próbował Pan zdawać do szkoły teatralnej?

Tak, zdawałem trzykrotnie na studia aktorskie – do Warszawy i do Krakowa, ale nie zostałem przyjęty. Był to dla mnie wtedy nieomal koniec świata, ale musiałem pracować, aby się utrzymać. Zacząłem studiować filozofię, z której przeniosłem się na polonistykę. Ukończyłem też logopedię.

Stanisław Miedziewski, fot. Marcin Pietrusza

[do Stanisława Miedziewskiego] Co Pan pamięta z początków Waszej znajomości? Jak w Pańskich oczach wyglądał Mateusz na początku swojej drogi i jak się od tego czasu rozwinął? Czy dostrzegał Pan w nim tę pasję?

Stanisław Miedziewski: Mateusz pojawiał się na różnych konkursach, ale jakoś nie zapadł mi szczególnie w pamięć. Kiedy próbował podjąć ze mną współpracę, wyglądał zupełnie inaczej. Nie dostrzegałem w nim tej pasji. Gdy przyjechał do Słupska z propozycją zrobienia monodramu, wydał mi się nawet obcesowy. Miałem wtedy mnóstwo wątpliwości, co powinienem z nim zrobić. Rozumiałem też, że to musi być coś zupełnie innego. Mateusz jest aktorem – erudytą, o szerokich horyzontach, zdecydowaliśmy się więc, że postawimy na coś nowego. Ja działam intuicyjnie, nie mam gotowego planu. Kiedy stoi przede mną człowiek – osobowość i zarazem instrument aktorski i wykonawczy, dopiero w zderzeniu z nim powstają pewne pomysły. Pracuję trochę jak kompozytor: tworzę rodzaj nielinearnej partytury.

Jakim instrumentem okazał się Mateusz?

Bardzo dobrym! Często od razu trafiał we właściwy ton. W naszej współpracy pojawiło się w pewnym momencie wzajemne słyszenie. To jest komfort, kiedy nie trzeba animować człowieka, aby osiągnąć jakiś kształt. Uchwycić, co proponuje aktor i złapać to w jakąś formę dyscypliny. Nazywam to aleatoryką stosowaną [śmiech]. Rzeczywistość, którą chce się wykreować, stawia opór, wymagania. W końcu jednak układa się w opowieść. Dzięki Mateuszowi nie popadłem w schematyzm.

Jak się to stało, że z materiału pracy doktorskiej zrobiliście Panowie bardzo dynamiczny spektakl?

Mateusz Nowak z spektaklu Od przodu i od tyłu, fot. Marcin Pietrusza
Mateusz Nowak: Ten temat w jakimś sensie do nas przyszedł. Literaturoznawca, Rafał Szczerbakiewicz, który prowadzi w DDK „Węglin” w Lublinie pokazy filmowe, miał napisać recenzję wydawniczą książki Karola Zbyszewskiego o Niemcewiczu. Poprosiłem go o nią. Zacząłem czytać i od razu poczułem, że to jest to. Powstał spektakl w moim odczuciu niezwykle aktualny – o ludziach, którzy są przeze mnie przywołani, a których życie nie pozostaje bez wpływu na nas, współczesnych.

Wszystko się rozgrywa wokół ludzkich słabości, przywar. Te rzucane przeze mnie kartki są jakby napisanymi rolami, których nie potrafią dobrze odegrać i których muszą się kurczowo trzymać. Julian Ursyn Niemcewicz wprawdzie dojrzewa, ale nie na tyle, aby coś zmienić. Ostatecznie, załamany, wyjeżdża wraz z Kościuszką do Ameryki…

Pan, w przeciwieństwie do swego bohatera, okazał się silny i konsekwentny w realizacji swoich zamierzeń. Nie tylko spełnił Pan swoje dziecięce marzenia o występowaniu na scenie, ale osiągnął w monodramie spektakularny sukces. A to przecież dopiero początek drogi. Jak czuje się Pan na scenie? Czy jest tak, jak to Pan sobie wyobrażał?

Od paru lat robię wszystko, żeby żadne względy nie zepsuły mi tego, co czułem mając trzynaście lat.  Kiedy jestem na scenie, wszystkie moje receptory są otwarte na to, co się dzieje na widowni. Staram się podejmować z widownią kontakt i czuję, że emanująca od niej energia mnie prowadzi. Monodram nie jest w moim życiu przypadkiem. Nie wynika z kalkulacji, tylko z potrzeby, z pasji. Dla Stanisława i dla mnie jest to forma kontaktu ze światem i z drugim człowiekiem. Tyle że Stanisław robi to od 40 lat, a ja od niedawna.

Dziękując za rozmowę, życzę wielu jeszcze wspaniałych monodramów, które wzbogacą zarówno Was, jak i Waszych widzów.

Wywiad został pierwotnie opublikowany na portalu Kulturaonline w 2014 roku.

poniedziałek, 30 października 2017

OFTJA 2014: "Niemcewicz od przodu i od tyłu" /recenzja teatralna/

Wrocławskie spotkania z monodramami, to okazja do obejrzenia starannie wyselekcjonowanych spektakli zgłoszonych do konkursu. Są to na ogół przedstawienia już gdzieś zaprezentowane, a nawet nagrodzone. W tym roku obejrzałam sześć monodramów, spośród których cztery zostały we Wrocławiu nagrodzone. Różne osobowości, poetyki, problemy…

"Niemcewicz od przodu i od tyłu"


Podobnie jak przed dwoma laty, najbardziej interesujący wydał mi się monodram Mateusza Nowaka, który tym razem zaprezentował … rozprawę doktorską Karola Zbyszewskiego: ”Niemcewicz od przodu i od tyłu”. Od pamiętnego spektaklu Jerzego Grzegorzewskiego: ”Przygotowanie do wieczoru autorskiego” na podst. tekstu T. Różewicza, nie widziałam przedstawienia, które tak brawurowo wywraca przekonanie o niesceniczności pewnych tekstów.
Inteligentna i twórcza interpretacja decyduje o tym, że każdy tekst może okazać się sceniczny. Dotyczy to w równym stopniu reżysera monodramu – Stanisława Miedziewskiego, jak też współautora scenariusza i wykonawcy – Mateusza Nowaka. Dla mnie ten ostatni jest polskim Czubenką. Może nie w znaczeniu techniki gry, która w przypadku rosyjskiego aktora jest niemal doskonała, bo też jest on od Mateusza starszy i dojrzalszy, ale pomysłowość interpretacyjna oraz siła przekazu, owa pełna energii obecność na scenie – one to sprawiają, że istnieje pomiędzy nimi podobieństwo.

Mateusz Nowak w monodramie "Niemcewicz od przodu i od tyłu",
reż. Stanisław Miedziewski, fot. Marcin Pietrusza
Mateusz Nowak z powodzeniem wciela się w różne postaci, nie tylko tytułowego Niemcewicza, ale również Casanovy, króla Stanisława Poniatowskiego, Tadeusza Kościuszki i innych. Posługuje się zarówno głosem, jak też gestem i wielofunkcyjnym kostiumem, który – jak w przypadku sztuki Birute Mar – pełni także rolę scenografii przedstawienia. Monodram ten to blisko godzinna, niezwykle intensywna obecność aktora na deskach scenicznych. Trwa ona niezmiennie, począwszy od brawurowej sceny z Casanową, wykonanej w konwencji operowej melorecytacji, kojarzącej się jednocześnie z ”Casanową” Felliniego, poprzez cudownie komiczne "obrady Sejmu Czteroletniego”, kiedy to część kandydatów trafia na listy sporządzane w sposób równie zagadkowy jak obecnie, a na zupełnie poważnym i dramatycznym przesłaniu kończąc. Mateusz Nowak jest kimś więcej niż aktor na scenie – to bogata i wyrazista osobowość, która rozkwita z przedstawienia na przedstawienie.
Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu Kulturaonline.pl

Urodziny Zofii Kossak w Górkach Wielkich

9 i 10 sierpnia w ruinach Dworu Kossaków znów będzie gwarno, jak dawniej, kiedy do Górek Wielkich zjeżdżali się m.in.: Maria Dąbrowska, Wańk...

Popularne posty