Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocławski Teatr Współczesny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocławski Teatr Współczesny. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 lutego 2025

"Niewidzialny chłopiec"T. Karpowicza: Utkany ze słów /recenzja teatralna/

Najważniejsze w spektaklu Tymoteusza Karpowicza: "Niewidzialny chłopiec" jest słowo mówione, śpiewane, a także wyjąkane, wykrzyczane, zniekształcone. Aktor zaś jest niczym instrument w jazzowej orkiestrze.

"Niewidzialny chłopiec" w reż. Weroniki Szczawińskiej, fot. Elżbieta Kozak

Był cudownym chodzącym mitem. Postacią niezwykle enigmatyczną - możemy przeczytać w książce Joanny Roszak "W cztery strony naraz... Portrety Karpowicza". Mówił, że zasadzenie jednej rośliny jest warte więcej niż tysiąc słów. Dla niego ogród był rzeczywiście wart tysięcy słów [...]. Panowała w nim obfitość, rośliny przerastały dom, wchodziły do wnętrza oknami. W ogrodzie było jego amerykańskie Wilno, jego wiersze, jego wszystko.

"Portrety" to czwarta publikacja dotycząca Tymoteusza Karpowicza, wydana we wrocławskim wydawnictwie Biuro Literackie (po książkach "Małe cienie wielkich czarnoksiężników", "Mówi Karpowicz" i "Podziemnie wniebowstąpienie"). Biuro Literackie opublikowało ponadto czterotomowe wydanie "Dzieł zebranych" pisarza.  

Od paru lat również Wrocławski Teatr Współczesny przywraca pamięć o twórczości Tymoteusza Karpowicza - poety, prozaika i dramaturga przez wiele lat związanego z Wrocławiem.  W ramach rozłożonego na lata projektu w 2013 roku swoją prapremierę miało słuchowisko "Dźwiękowy zapis doliny",  transmitowane przez Radio Wrocław oraz zdarzenie teatralne według poematu "Odwrócone światło" - obydwa w reżyserii Weroniki Szczawińskiej. Ona też jest autorką adaptacji i reżyserką najnowszego spektaklu na podstawie nigdy niepublikowanego i niewystawianego utworu Tymoteusza Karpowicza -"Niewidzialny chłopiec". Tekst powstał w 1968 roku, ale - zatrzymany przez cenzurę - dopiero teraz ujrzał światło dzienne. To w istocie bardzo ryzykowne, ale i pociągające sięgnąć po dramat, który został napisany w innych okolicznościach, w rzeczywistości tak odległej. A jednak dostrzegamy konsekwencję reżyserki, która w wywiadzie dla "Didaskaliów" w 2010 roku powiedziała coś, co dotyczy również tego spektaklu:

Tekst jest zawsze pretekstem, figurą, do której trzeba podchodzić anarchistycznie. Słowo ma przede  wszystkim swój wymiar fizyczny, performatywny. Intrygują mnie formy dane, rozpoznawane, zderzone z żywym ciałem aktora, spoconym, zmęczonym, sapiącym.

Niewidzialny Chłopiec jako projekcja ukrytych pragnień 

Spektakl fabułę ma konwencjonalną. Przy rodzinnym stole zbiera się wielopokoleniowa rodzina i jej gość - Doktor. Do stołu usługuje Służąca. "Rozmowy przy stole" są banalne, co podkreślić ma "rozbijanie" słów, ich przeciąganie, przeinaczanie i zderzanie. Spotkanie jest bowiem pustą konwencją, konwencją w pewnym sensie teatralną, sztuczną. Nikt nie wyraża siebie "naprawdę", rozmowa i jedzenie również są "na niby". Podobnie jak pozowanie do "rodzinnych fotografii".

"Niewidzialny chłopiec", fot. Bartek Warzecha

Ową sztuczność przerywa pojawienie się Niewidzialnego Chłopca. Odtąd postacie pojawiają się na scenie pojedynczo, wygłaszając/wyśpiewując swoje monologi niejako "w relacji" z owym niewidzialnym. Jak w "Iwonie" Gombrowicza, odsłaniają swoje intymne myśli, pozostając zawsze "wobec" tajemniczej postaci. Jednocześnie są śledzone przez pozostałych. Płynący stąd przekaz brzmi zupełnie współcześnie: rodzina, relacje międzyludzkie, słowo - zostały pozbawione tradycyjnych znaczeń. Stały się pustosłowiem, formą bez treści, ograniczającą ludzi i odbierającą im wolność, możność bycia sobą. 


 Spektakl jak jam session


Spektakl Weroniki Szczawińskiej ma oszczędną, a zarazem interesującą formę. Funkcjonalna scenografia i jednobarwne kostiumy Natalii Mleczak przypominają sztukę minimalistyczną. W tej zaznaczonej zmiennym oświetleniem przestrzeni można bez trudu przywołać w wyobraźni rodzinne przyjęcie, niebo z gwiazdami, drzwi, kanapkę lekarską.... Czerwone kostiumy Państwa i żółty Służącej dopełniają się i komponują na różne sposoby. 

Jerzy Senator (Ojciec), Ewelina Paszke-Lowitzsch (Matka), fot. Bartek Warzecha

Ale najważniejsze w tym spektaklu jest słowo mówione, słowo śpiewane, a także... wyjąkane, wykrzyczane, zniekształcone. Skojarzenie spektaklu z jam session nie jest wcale pozbawione racji. Oto najpierw pojawia się "temat", który podejmują wszyscy, tworząc wokół stołu rodzaj grającej jakiś standard orkiestry jazzowej. Poszczególni aktorzy wykonują najpierw krótkie solówki, a potem następuje szereg improwizacji, które są długimi indywidualnymi występami przed publicznością. Aktor w tym przedstawieniu jest jak instrument. Wydaje z siebie różne dźwięki, posługując się m.in. mikrofonem, który służy nie tylko wzmocnieniu głosu, ale przede wszystkim jego deformacji. Jedyną osobą, która milczy, jest Służąca. Wszyscy jednak nieustannie się do niej zwracają i czegoś od niej chcą. Jest poniekąd ośrodkiem tej kompozycji.

Ewelina Paszke-Lowitzsch (Matka), fot. Bartek Warzecha

Brawa należą się aktorom, którzy nie tylko grają, ale także śpiewają bluesy (Matka – Ewelina Paszke-Lowitzsch, Córka – Anna Kieca), brzmiące egzotycznie pieśni (znakomity, jak zawsze, Zdzisław Kuźniar - co za głos!), znakomicie interpretując ten trudny, lingwistyczny tekst. 

Przedstawienie "Niewidzialny Chłopiec" w reżyserii Weroniki Szczawińskiej miało prapremierę we Wrocławskim Teatrze Współczesnym 14 lutego 2015 roku.

Recenzja ukazała się na portalu Kulturaonline 25 lutego 2015 roku.

środa, 17 kwietnia 2024

Wieczór Tadeusza Różewicza we Wrocławskim Teatrze Współczesnym /zapowiedź/

Wrocławski Teatr Współczesny zaprasza na wieczór poświęcony twórczości Tadeusza Różewicza, upamiętniający dziesiątą rocznicę śmierci dramaturga i poety. 

"Duszyczka", Teatr Narodowy w Warszawie, fot. Wojciech Plewiński

24 kwietnia zostanie zaprezentowany spektakl „Wyszedł z domu. Tak zwana komedia” w reż. Marka Fiedora oraz realizację telewizyjną spektaklu „Duszyczka” z Janem Englertem w roli głównej. Spektakl w reż. Jerzego Grzegorzewskiego powstał na podstawie poematów Tadeusza Różewicza pt. „Duszyczka” i „Et in Arcadia ego”. 

Jerzy Grzegorzewski sięgał po twórczość Tadeusza Różewicza wielokrotnie. Bohater poematu „Duszyczka", który sam autor polecił czytać „jednym tchem”, zaczyna sumować życie, prowadzi przez labirynty pamięci, rozlicza się ze swoim sumieniem, rozprawia z męskością. „Duszyczka" to opowieść o ludzkiej duszy – słabej, śmiesznej, ale i pięknej. W roli głównej - Jan Englert.

„Wyszedł z domu. Tak zwana komedia" to zaś groteskowa i tragikomiczna historia Henryka (w tej roli Mariusz Kiljan) – męża i ojca, głowy rodziny, który pewnego dnia „wychodzi z domu” i traci pamięć. Jak wpłynie to na życie jego bliskich i metaforą czego jest tytułowy „dom" – człowieka, rodziny czy Polski? Czy warto odzyskać pamięć, czy lepiej udawać amnezję? Spektakl „Wyszedł z domu. Tak zwana komedia" w reżyserii Marka Fiedora powstał na podstawie sztuki Tadeusza Różewicza, który ironicznie zaliczył ją do gatunku komediowego.

Wieczór Tadeusza Różewicza w WTW

24.04.2024, godz. 19.00 „Wyszedł z domu. Tak zwana komedia", reż. Marek Fiedor

spektakl Wrocławskiego Teatru Współczesnego

[Scena na Strychu, czas trwania: 80 min]


godz. 20.30, „Duszyczka", reż. Jerzy Grzegorzewski

na podstawie poematów „Duszyczka" i „Et in Arcadia ego"

zapis telewizyjny [TVP] spektaklu Teatru Narodowego w Warszawie,

premiera: 30.01.2004, premiera tv: 18.04.2005

[Duża Scena, 73 min]

bilety: 5 zł

dla widzów „Wyszedł z domu. Tak zwana komedia" – wejście bezpłatne.

informacja prasowa

środa, 1 września 2021

JA, FEUERBACH. Benefis Zdzisława Kuźniara

Monodram w wykonaniu Zdzisława Kuźniara "Ja, Feuerbach"  zostanie zaprezentowany z okazji 90. rocznicy urodzin aktora oraz 60-lecia pracy 4 i 5 września na Dużej Scenie Wrocławskiego Teatru Współczesnego. 


Sztuka autorstwa niemieckiego dramatopisarza i reżysera Tankreda Dorsta. Została napisana w 1986 roku i od początku wzbudzała zainteresowanie najwybitniejszych aktorów. Zdzisław Kuźniar w spektaklu "Ja, Feuerbach" przedstawił dramat wybitnego, ale już leciwego aktora, który po wielu latach przerwy postanowił wrócić na scenę. Feuerbach, zapomniany aktor, przybywa na spotkanie z reżyserem. Chce zawalczyć o rolę, która pozwoli mu na nowo zaistnieć w teatrze oraz w świadomości ludzi. Ta sceniczna kreacja ma dla Zdzisława Kuźniara bardzo osobisty wymiar, jego monolog bowiem stał się ważnym głosem w dyskusji o kondycji polskiego aktora.

Zdzisław Kuźniar w monodramie Ja, Feuerbach, fot. M. Szwed, 2013

Zdzisław Kuźniar – aktor teatralny i filmowy, w teatrze zadebiutował w 1955 roku, na scenie Teatru Dramatycznego w Poznaniu. Od 1961 r. aktor Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Współpracował m.in. z Andrzejem Witkowskim, Helmutem Kajzarem, Kazimierzem Braunem, Jerzym Jarockim, Krystyną Meissner, Piotrem Cieplakiem, Janem Klatą. Zagrał ponad dziewięćdziesiąt ról teatralnych na scenach Poznania, Gdańska i Wrocławia. W ostatnich latach występował w Niewidzialnym chłopcu, reż. Weronika Szczawińska, Garniturze Prezydenta, reż. Cezary Iber oraz Pidżamowcach, reż. Marcin Liber. 

Z okazji jubileuszu czterdziestolecia pracy scenicznej otrzymał nagrodę Komisji Kultury i Nauki Rady Miasta Wrocławia „Bene merentibus” (dobrze zasłużonym). Odegrał ponad sto czterdzieści ról filmowych. Współpracował z takimi reżyserami jak: Stanisław Lenartowicz, Andrzej Wajda, Janusz Kondratiuk, Waldemar Krzystek, Radosław Piwowarski, Juliusz Machulski. Zagrał m.in. w Wilczych echach, Jak rozpętałem II wojnę światową, Ziemi obiecanej, Va banque. Występował również w serialach telewizyjnych. 

Realizatorzy:

REŻYSER I AKTOR: Zdzisław Kuźniar

AUTOR: Tankred Dorst

PRZEKŁAD: Jacek St. Buras


Ja, Feuerbach. Benefis Zdzisława Kuźniara - trailer

informacja prasowa


piątek, 21 grudnia 2018

"Radio Armagedon" we Wrocławskim Teatrze Współczesnym: Buntownicy bez powodu /recenzja/

Wrocławski Teatr Współczesny sięgnął ponownie po tekst "Radia Armagedon" Jakuba Żulczyka. Tym razem reżyser Tomasz Hynek zaprezentował interesujący w formie spektakl teatralny. 




Historia opowiedziana przez Żulczyka rozgrywa się w latach 80. ubiegłego wieku. Jej bohaterami są uczniowie prywatnego liceum: trzej chłopcy i dziewczyna. Wszyscy pochodzą z bogatych rodzin i przeżywają - każdy z osobna - frustracje związane z wiekiem dojrzewania. Podobnie jak ich rówieśnicy w kultowego filmu "Buntownik bez powodu". Z inspiracji charyzmatycznego przywódcy zakładają zespół: Radio Armagedon. Nazwa budzi skojarzenia eschatologiczne. Pochodzi z Apokalipsy św. Jana i określa sytuację, w której narody ziemi i ich armie, inspirowane przez diabła i demony, wystąpią przeciw Bogu. W odniesieniu do sztuki natomiast słowo armagedon oznacza bunt przeciwko  zastanemu światu i jego wątpliwym autorytetom. Cyprian jest tym, który piętnuje konformizm i gloryfikuje wolność. Pozostałym wydaje się to pociągające.

Napiętnowanie konformizmu


Radio Armagedon, fot. WTW

Szymon (Piotr Bondyra) jest nieśmiałym, wrażliwym chłopcem, który kocha się platonicznie w koleżance, a potem dziewczynie Cypriana - Nadziei (Aleksandra Dytko), Gnat (Maciej Kowalczyk) jest jego przeciwieństwem. Granie w zespole jest dla niego okazją do zdobycia popularności i podrywania dziewczyn. Najwrażliwsza i najbardziej refleksyjna jest Nadzieja, po uszy zakochana w liderze grupy. I wreszcie  - Cyprian (Konrad Wosik), dojrzały, pewny siebie, zbuntowany młody człowiek, który nie mieści się w żadnych schematach. Odnoszą jako zespół spektakularny sukces, jednak w pewnym momencie lider zespołu znika, a grupa się rozsypuje. Wszyscy - może za wyjątkiem Gnata - boleśnie przechodzą swój akces do dorosłego życia. Rozczarowani, nieufni, osobni - nie są już tymi ludźmi, co kiedyś. 


Kształt sceniczny 

Przedstawienie ma oryginalny kształt - rozgrywa się w kilku planach i łączy materię teatralną z koncertem, co akurat w tym przypadku jest w pełni uzasadnione. Akcja rozgrywa się "po latach". Dorośli już bohaterowie odwiedzają swoją szkołę, snują wspomnienia, które ożywają w postaci teatralnych scen. Każdy z tej trójki inaczej wspomina moment, w którym pojawił się w ich życiu Cyprian, inny jest też ich stosunek do siebie nawzajem. Wspomnienia przypominają trochę psychodramę, w której cierpienie i ból miesza się ze słowną agresją i specyficznym humorem. 

Radio Armagedon, fot. WTW


Sztuka wydaje się oryginalna zarówno co do formy scenicznej, zawiera też mocny, prawdziwy przekaz. Przedstawienie było interesujące, jeśli chodzi o koncepcję, dobrze zagrane (niektóre sceny, jak choćby etiuda z matką Szymona, były prawdziwymi perełkami). Na podkreślenie zasługuje także precyzyjny ruch sceniczny, interesujące plastycznie wykorzystanie światła i kolorów, stroje bohaterów... Wszystkie elementy przedstawienia tworzą dobrze skomponowaną, wyrazistą całość.


Opowieść prawdziwa


.Podczas trwania spektaklu aktorzy wielokrotnie nawiązywali kontakt z publicznością, a ta żywo reagowała. Zaobserwowałam na widowni wielu młodych  ludzi, do których głównie ta sztuka była adresowana. Odbiór był gorący! Ale i dla mnie była to opowieść prawdziwa - o buncie wobec zastanego świata, pierwszych miłościach, rozczarowaniach, trudnych relacjach... Wszyscy przez to przechodziliśmy, choć każde pokolenie miało inną muzykę i inne środki wyrazu. Dla mnie najtrudniejszym doświadczeniem była właśnie muzyka na żywo. Na ogół był to chaotyczny wrzask, którego kompletnie nie rozumiałam. Zapewne jednak wśród publiczności przeważali odbiorcy takiej właśnie muzyki i sądzę, że w ich przekonaniu miała ona swoje walory, na które nie jestem otwarta.

Spektakl adresowany jest wprawdzie do młodzieżowej publiczności, ale jego liczne walory sprawią, że zarówno średnie, jak i dojrzałe pokolenie widzów znajdzie tam coś dla siebie.

Przedstawienie ma oryginalny kształt - rozgrywa się w kilku planach i łączy materię teatralną z koncertem, co akurat w tym przypadku jest w pełni uzasadnione. Akcja rozgrywa się "po latach". Dorośli już bohaterowie odwiedzają swoją szkołę, snują wspomnienia, które ożywają w postaci teatralnych scen. Każdy z tej trójki inaczej wspomina moment, w którym pojawił się w ich życiu Cyprian, inny jest też ich stosunek do siebie nawzajem. Wspomnienia przypominają trochę psychodramę, w której cierpienie i ból miesza się ze słowną agresją i specyficznym humorem. 

Radio Armagedon, fot. WTW
Sztuka wydaje się oryginalna zarówno co do formy scenicznej, zawiera też mocny, prawdziwy przekaz. Przedstawienie było interesujące, jeśli chodzi o koncepcję, dobrze zagrane (niektóre sceny, jak choćby etiuda z matką Szymona, były prawdziwymi perełkami). Na podkreślenie zasługuje także precyzyjny ruch sceniczny, interesujące plastycznie wykorzystanie światła i kolorów, stroje bohaterów... Wszystkie elementy przedstawienia tworzą dobrze skomponowaną, wyrazistą całość.



Opowieść prawdziwa


.Podczas trwania spektaklu aktorzy wielokrotnie nawiązywali kontakt z publicznością, a ta żywo reagowała. Zaobserwowałam na widowni wielu młodych  ludzi, do których głównie ta sztuka była adresowana. Odbiór był gorący! Ale i dla mnie była to opowieść prawdziwa - o buncie wobec zastanego świata, pierwszych miłościach, rozczarowaniach, trudnych relacjach... Wszyscy przez to przechodziliśmy, choć każde pokolenie miało inną muzykę i inne środki wyrazu. Dla mnie najtrudniejszym doświadczeniem była właśnie muzyka na żywo. Na ogół był to chaotyczny wrzask, którego kompletnie nie rozumiałam. Zapewne jednak wśród publiczności przeważali odbiorcy takiej właśnie muzyki i sądzę, że w ich przekonaniu miała ona swoje walory, na które nie jestem otwarta.

Spektakl adresowany jest wprawdzie do młodzieżowej publiczności, ale jego liczne walory sprawią, że zarówno średnie, jak i dojrzałe pokolenie widzów znajdzie tam coś dla siebie.


trailer spektaklu

Spektakl "Radio Armagedon. Transmisja" na podstawie powieści Jakuba Żulczyka "Radio Armageddon" i w reżyserii Tomasza Hynka miało swoją prapremierę  16 listopada 2014 roku.

Recenzja ukazała się 9 grudnia 2014 roku na portalu Kulturaonline.

środa, 24 października 2018

Monosytuacje 4 w kobiecej perspektywie: "Camille", "Linatendu", "Sprzedam" /relacja/

Już po raz czwarty odbyły się prezentacje małych form teatralnych, tzw. Monosytuacje, przygotowane przez Instytut Jerzego Grotowskiego. W tym roku zaprezentowano trzy spektakle, w których główne role zagrały: Małgorzata Szczerbowska, Anna Krotoska i Kamila Klamut. 

Linatendu, fot. Karol Jarek

Dwa spektakle miały nielinearną, raczej kolażową narrację - "postrzępioną" i niemożliwą do opowiedzenia, jedno - spójną, ponieważ podporządkowane historii głównej bohaterki - francuskiej rzeźbiarki Camille Claudel. Wszystkie były właściwie monodramami, choć pojawiała się w niektórych dodatkowa postać, ale uwaga widza skoncentrowana była na głównej bohaterce. Wszystkie grane postaci były bowiem kobietami, a to oznaczało, że odbierały świat i opowiadały o nim w kobiecej perspektywie.

Sytuacja pierwsza: nieustająca gra /"Sprzedam"/


Sprzedam, Małgorzata Szczerbowska, fot. prasowa

Żywioł gry wprowadza następujący tekst:

Gra oparta jest na przypuszczeniach dotyczących osób, sytuacji, przebiegu zdarzeń. 
Kto, gdzie, kiedy i dlaczego? 
Zadajesz pytania i szukasz odpowiedzi. 
Warunkiem gry jest ruch. 
Przemieszczasz się: pionowo albo poziomo. 
Będzie dobrze, myślisz. Będzie źle, myślisz.

Piwniczna przestrzeń sceny, z licznymi rekwizytami i dominującym barłogiem, z którego w pewnym momencie wychodzi główna postać kobieca, grana przez Małgorzatę Szczerbowską. Na początku pojawia się na scenie jako Marylin Monroe, by na zakończenie "stać się" symbolem Polski, a zarazem zagubioną, pragnącą się unicestwić kobietą. Szczerbowska wciela się właściwie w wiele kobiet, zadając pytania i odpowiadając na nie, toczy z widzami rodzaj gry. Gry, w której - jak się wydaje - jest przede wszystkim aktorką i w jakimś sensie sprzedaje siebie: swoje przeżycia, wrażliwość, problemy... Kalejdoskop życiorysów i postaci kończy "wywiad z aktorką", w którym biorą udział widzowie, zadając jej te same pytania, które już wcześnie padały ze sceny. Dodajmy, że jest to także rodzaj gry, ponieważ widzowie czytają kolejno pytania z kartek, które otrzymali wchodząc na widownię.  A zatem i tu trudno o autentyzm i spontaniczność.  Wywiad nie kończy jednak przedstawienia, toczy się ono dalej aż do śmierci postaci. Niektóre sceny Szczerbowska zagrała wraz z reżyserem przedstawienia - Szymonem Kaczmarkiem, pokazując w sposób groteskowy związek między aktorem a reżyserem.

Sytuacja druga: o życiu po utracie /"Linatendu"/

Linatendu, Anna Krotoska, prasowe

Tym razem surowa, piwniczna przestrzeń sceny Teatru Współczesnego staje się rodzajem planety-Ziemi. Postać głównej bohaterki pojawia się w kostiumie przypominającym skafander kosmonauty, który na czas opowieści zawiesza na haku. Odtąd będzie wyglądał jak niemy świadek jej monologu, który wygłosi w czarnej, żałobnej sukience. Będzie snuła swoją opowieść o osobistej stracie, z którą musi nauczyć się żyć, ale będzie to także opowieść o śmierci w ogóle, także śmierci masowej.

Anna Krotoska nie tylko znakomicie moduluje głos, wyrażając nim stan ducha i wszystkie zmienne emocje, co jest przecież zadaniem arcytrudnym, ale świadomie wykorzystuje na scenie wiele innych możliwości ekspresji: śpiewa, pstryka palcami, szeleści etc. Gama jej możliwości scenicznych jest doprawdy imponująca!

Sytuacja trzecia: opresja męskości /"Camille"/

Camille, Kamila Klamut, fot. Jacek wiątek

Trzecia ze sztuk zaprezentowanych w ramach Monosytuacji została osnuta wokół biografii Camille Claudel - francuskiej rzeźbiarki, siostry poety i dramaturga Paula Claudela oraz kochanki  słynnego autora "Pocałunku" - Augusta Rodina. Spektakl zagrany przez imienniczkę bohaterki - Kamilę Klamut został zainspirowany zdjęciem przedstawiającym artystkę wraz z przyjaciółką w szpitalu psychiatrycznym, w którym przebywała przez ostatnie trzydzieści lat swego długiego, pełnego cierpienia życia. Wykorzystano także listy Camille do rodziny - matki i brata. Spektakl jest retrospekcją, zaś jego współautorka - Marianna Sadovska gra w nim nie tylko współczującą przyjaciółkę, ale również tworzy oprawę muzyczną.

Postać Camille Claudel została przedstawiona jako osoba wrażliwa, impulsywna, o silnej osobowości, skrzywdzona nie tylko przez zazdrosnego o jej talent Rodina, ale również przez ukochanego brata i matkę, którzy nie akceptowali jej odmienności. Taki feministyczny charakter miały zresztą także dwie wielkie kreacje filmowe: Isabelle Adjani oraz Juliette Binoche. Camille Klamut jest po trosze jedną i drugą. Stonowana i pełna rezygnacji, gdy pisze do matki i brata, tłumacząc im, że przebywanie wśród psychicznie chorych ją kompletnie wyjaławia. Kiedy jednak w retrospekcjach przenosi się do przeszłości, opanowuje ją furia i chęć niszczenia. Taką właśnie sceną destrukcji kończy się ten spektakl. Wykorzystano w nim także wiersze Zuzanny Ginczanki, poetki, która zarówno w poezji, jak i w życiu podkreślała swoją odmienność, osobność, wynikającą z żydowskiego pochodzenia:

Moje – myślałam; ja – myślałam; tamci – myślałam; ich – myślałam 
– oto się piętrzy
twardo przed światem
wrogi
forteczny
wał
barykadą –
tak nas rozdziela: mnie i resztę słów nieprzebyty, nieufny nawał; 
głową o mur nie przebijesz ściany.
Zamknięto pokój.
Samotność. 

Prezentowane po raz czwarty Monosytuacje zasługują z pewnością na kontynuację i uwagę szerszej publiczności, są bowiem nie tylko prezentacją ważnych, dotyczących każdego tematów egzystencjalnych, ale również przykładem znakomitego aktorstwa, będącego czymś więcej niż zwykłe rzemiosło.

wtorek, 23 października 2018

"Nie trzeba": Matematyk w teatrze? /recenzja teatralna/

Spektakl Kamili Michalak stawia pytania o sens poszukiwań, spełniania marzeń, wskazuje także na cenę, jaką się za nie płaci.


27 czerwca 2015 r. we Wrocławskim Teatrze Współczesnym miała miejsce prapremiera spektaklu "Nie trzeba", zrealizowanego na podstawie sztuki Asji Wołoszyny, w przekładzie Tatiany Drzycimskiej i w reżyserii Kamili Michalak. Podobnie jak wcześniejsze sztuki prezentowane w ramach cyklu "Prosta historia", tak i ten inspirowany jest autentyczną postacią. Jest nią w tym przypadku Grigorij Perelman - jeden z najwybitniejszych matematyków, który przeprowadził dowód na blisko stuletnią hipotezę Henri Poincarégo, odnoszącą się do kształtu Wszechświata.

Perelman, czyli  człowiek - zagadka

Perelman zasłynął w mediach przede wszystkim jako ten, który nie przyjął medalu i nagrody wartej ok. miliona dolarów. Co więcej, odsunął się od świata i żyje samotnie w jednym z blokowisk Petersburga. Wszystko to sprawiło, że stał się bohaterem tabloidów, człowiekiem - zagadką.

Atrakcyjność postaci Perelmana - poza tym odrzuconym milionem i jego odkryciami dotyczącymi Wszechświata - polega na tym, że jest to człowiek, który niesie ze sobą poczucie nowych czasów, sam je poniekąd wyprzedzając - wyjaśniała podczas spotkania z dziennikarzami Michalak. Wielokrotnie powraca w sztuce myśl Poincarégo, że nie ma dwóch takich samych ludzi i dwóch takich samych rzeczywistości. Zaś matematyka w wydaniu Perelmana to jest marzenie i nadzieja ludzkości na możliwość zrozumienia zagadki Wszechświata. A także drugiego człowieka.

Nie trzeba, reż. Kamila Michalak, fot. WTW


Perelman w teatrze świata

Sztuka Wołoszyny to ambitna w zamierzeniach próba poznania zagadki matematyka, zrozumienia go i podzielenia się tym odkryciem z widzami. Główna postać - Anna, reżyserka teatralna - próbuje zbliżyć się do odludka, jakim jest Perelman i jest w tym dążeniu fascynacja czymś, co jest jej zupełnie obce. Innymi słowy, realizuje swoją sztukę o kimś, kto jest niejako jej przeciwieństwem. Z czasem staje się to jej obsesją i nie zauważa nawet, że mąż oddala się od niej, podczas gdy ona krąży po orbitach kosmicznych goniąc za znaczeniem, którego nie jest w stanie pojąć.

Z czasem zaczyna myśleć, że jej posłannictwem jest przełożenie języka matematyki na język sztuki i że przez to "objaśni" zjawisko zwane Perelmanem. W rezultacie widz jest zalewany potokami słów, które w zamierzeniu mają mu w pigułce wyjaśnić, na czym polega odkrycie Perelmana albo czym była hipoteza Poinarégo. A jeśli dodamy jeszcze do tego paralele do tańca, sceny nawiązujące do "Fausta" oraz wyimaginowane spotkania obu matematyków poza czasem, w wyobraźni autorki - zaczynamy rozumieć, że te ambitne założenia przerosły najpierw Wołoszynę, która Goethem jednak nie jest, a następnie Michalak, która zrobiła z tego przedstawienie nużące, o niejasnym przesłaniu.

Nie trzeba, reż. Kamila Michalak, fot. WTW


Niewątpliwie najciekawsza w tym spektaklu jest symboliczno - metafizyczna scenografia
... wykonana ze szkła, tworzy geometryczną przestrzeń.

To jest szlachetne tworzywo i szlachetna geometria - powiedziała z humorem o swoim projekcie scenografka Karolina Fandrejewska.  Jest to spirala logarytmiczna, bardzo bliska złotej spirali. Cała konstrukcja inscenizacji oparta jest na ruchu spiralnym, co determinuje również grę aktorów. Jest to zarazem przestrzeń  symboliczno - metafizyczna.

Jednak to za mało, aby stworzyć spektakl ważny i dobry. W rezultacie otrzymaliśmy trochę szkolny eksperyment. Może jednak rację miał Perelman mówiąc do reżyserki podczas przypadkowego spotkania: Не надо (Nie trzeba) ...

Prapremiera przedstawienia "Nie trzeba" odbyła się 27 czerwca 2015 roku we Wrocławskim Teatrze Współczesnym, Scena na Strychu.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.

sobota, 25 sierpnia 2018

Międzynarodowy Dzień Teatru z Edmundem Wiercińskim /relacja/

27 marca 2015 r. we Wrocławskim Teatrze Współczesnym odbyło się spotkanie poświęcone patronowi tej placówki: Edmundowi Wiercińskiemu. Przypomniano życiorys artysty i jego żony Marii, czytano listy, odbyła się rozmowa  prof. Janusza Deglera z wnukiem Wiercińskiego – Krzysztofem Smołką.



Eksperymentator i artysta niepokorny

Na początku spotkania głos zabrał Rafał Węgrzyniak – historyk teatru, krytyk teatralny, autor Encyklopedii „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego. Przedstawił pokrótce drogę artystyczną Edmunda Wiercińskiego.

Wywodził się z kresowego ziemiaństwa. Swój światopogląd ukształtował pod wpływem literatury romantycznej, a także współczesnej: St. Brzozowskiego czy Stefana Żeromskiego. Wychowany w kręgu niepokornej, radykalnej inteligencji polskiej, miał idealistyczne podejście do polskości, typowe dla swego pokolenia.

Studiując w Tomsku, doświadczył rewolucji bolszewickiej. Wstąpił do polskiej armii, a w konsekwencji znalazł się na Syberii jako jeniec, po czym uciekł z obozu. W 1921 roku przyjechał do Warszawy, gdzie rozpoczął studia prawnicze, potem filozoficzne. W tym czasie zainteresował go Teatr Reduta Juliusza Osterwy - teatr studyjny, wzorowany na rosyjskim MCHAT-cie. Miał spełniać misję społeczną w niepodległej Polsce. W 1926 roku Teatr Reduty przeniósł się do Wilna. Znalazłszy się tam, uznano, że należy docierać do widzów spoza wielkich miast i zaczęto organizować teatr objazdowy. Wystawiono m.in. "Księcia Niezłomnego" Calderona w parafrazie Juliusza Słowackiego. Wierciński organizował ten spektakl w różnych sceneriach, np. w pobliżu kościołów. Tak też nauczył się reżyserować i adaptować utwory do zmieniających się warunków.

Sam grał charakterystyczne role, np. Ewangelisty, natomiast w "Księciu Niezłomnym" grał na zmianę z Osterwą Don Fernanda. W wyniku konfliktu na tle artystycznym Wierciński, który pragnął w teatrze przemawiać nieco innym językiem i zaczął sięgać po sztuki ekspresjonistyczne, wraz z żoną Marią opuścili Teatr Reduty i przenieśli się do Poznania. Tam wystawił m.in. "Metafizykę dwugłowego cielęcia" Witkacego. Wystawiał także w Łodzi, gdzie nadal eksperymentował ze sztukami ekspresjonistycznymi, m.in. sztukę Ernsta Tollera. Zawędrował następnie do Lwowa, gdzie zetknął się z Leonem Schillerem. Tam z kolei powstawał teatr monumentalny, którego ambicją było wystawianie wielkich inscenizacji dramatów romantycznych: "Dziadów", "Kordiana"... Po powrocie do Warszawy - na przekór swoim możliwościom - reżyserował sztuki kameralne, m.in. "Lato w Nohant" i "Maskaradę" Jarosława Iwaszkiewicza.

W czasie wojny tworzył wraz z Schillerem Tajną Radę Teatralną, która miała stymulować życie teatralne w Polsce po wojnie. Zamówił wówczas przekład "Elektry" Jeana Giraudoux, a u Czesława Miłosza - "Jak wam się podoba" Shakespeare`a.

Po wojnie Edmund Wierciński wraz z Bohdanem Korzeniewskim założył Scenę Poetycką. Jego inscenizacja  "Elektry" Jeana Giraudoux była apologią Powstania Warszawskiego, na co władze komunistyczne bardzo źle zareagowały.  W rezultacie sztukę zdjęto z afisza, a Scenę Poetycką zlikwidowano. Ponieważ jednak Wierciński był zbyt wybitnym twórcą, aby władze z niego zrezygnowały, toteż zaproszono go do współpracy w Teatrze Polskim w Warszawie. Kiedy jednak dyrekcję objął Leon Schiller, który przyczynił się do likwidacji Sceny Poetyckiej, a ponadto wstąpił do partii komunistycznej, Wierciński odszedł z teatru., mając świadomość ku czemu zmierza.  Przyjął wówczas propozycję przyjazdu do Wrocławia - do Dolnośląskich Teatrów Dramatycznych.
Był to czas wprowadzania socrealizmu i sztuki, które musiał wystawiać, zupełnie mu nie odpowiadały. Zgłaszał różne propozycje, które jednak władze odrzucały. W końcu udało mu się zrealizować "Jak wam się podoba". Przedstawienie miało podtekst polityczny, jest to bowiem rzecz o księciu wygnanym przez tyrana i uzurpatora. Był to spektakl olśniewający, ze scenografią Teresy Roszkowskiej. Potem udało się Wiercińskiemu zrealizować jeszcze jedno przedstawienie - sztukę "Sprawa" Aleksandra Suchowo-Kobylina, w której najbardziej plugawa postać podejmuje współpracę z policją carską, co także się władzom nie podobało. Po wyrzuceniu Schillera z Teatru Polskiego Wierciński postanowił wrócić do Warszawy. Na odchodnym miał powiedzieć:

Nadchodzi czas Dzieduszyckich i Szurmiejów - pora się zbierać. 

Stawiał sobie i innym twórcom teatru, a także współrodakom niezwykle surowe wymagania. Odszedł niebawem w pełni sił twórczych, niespełniony. Udało mu się jednak przejść przez trudny czas powojennej, komunistycznej Polski bez moralnych kompromisów. Od lat zmagał się z gruźlicą, a później także z nowotworem.

Inscenizacja  listów Marii i Edmunda Wiercińskich 

Ewelina Paszke-Lowitzsch i Krzysztof Kuliński foto B. Lekarczyk-Cisek

Ewelina Paszke-Lowitzsch i Krzysztof Kuliński odczytali fragmenty listów Marii i Edmunda Wiercińskich, które zostały wydane przez Instytut Teatralny w Warszawie. Zachowane przez córkę - Ewę i wnuka Krzysztofa Smolkę, zawierają nie tylko wzruszający zapis miłości i zażyłości dwojga artystów, ale są także zapisem refleksji i kroniką życia teatralnego tamtych lat.

W spotkaniu wziął także udział wnuk artysty - Krzysztof Smołka, który opowiedział o swojej przygodzie z pamiątkami po dziadkach, które przetrwały pieczołowicie przechowywane. Mimo sugestii Wiercińskiego, jego rękopisy i listy nie zostały spalone, lecz wydane drukiem. Dzięki temu ocalono także pamięć o ważnym fragmencie historii teatru polskiego, a także człowieka, który był jej istotną częścią.

Krzysztof Kuliński, fot. B. Lekarczyk-Cisek

Wierciński i Witkacy - historia pewnej inscenizacji

W spotkaniu poświęconym Wiercińskiemu wziął także udział prof. Janusz Degler - historyk literatury i teatru, wybitny witkacolog. Uczestnik i obserwator wrocławskiego życia teatralnego, rozpoczął swoje wystąpienie od osobistego wspomnienia, którego intencją było uświadomienie licznie zgromadzonej na widowni młodzieży, czym jest w istocie prawdziwy teatr i jaką rolę może spełnić w życiu człowieka. Wspomniał mianowicie swoje pierwsze przedstawienie, które odbyło się właśnie na deskach Teatru Współczesnego - wówczas sceny lalkowej. 3 maja 1949 roku obejrzał przedstawienie lalkowe "Wilk i koźlęta".

prof. Janusz Degler foto B. Lekarczyk-Cisek
To jest najcudowniejszy moment w teatrze, kiedy ulegamy temu, co nazywa się iluzją - skomentował swoją opowieść o wielkich emocjach, które towarzyszyły dzieciom podczas oglądania sztuki. Teatr ma swoją magię, która - mam nadzieję - będzie trwać wiecznie - dodał Profesor.
Opowiedział także o okolicznościach, w których doszło do realizacji spektaklu na podstawie dramatu Witkacego. Otóż Edmund Wierciński pragnął początkowo, po rozstaniu z Schillerem, zainstalować się w Zakopanem, gdzie Stanisław Ignacy Witkiewicz prowadził własny teatr. Okazało się jednak, że znajduje się on w stanie upadku, toteż przyjazd do Zakopanego spalił na panewce. W efekcie Wierciński znalazł się w Poznaniu i tam wystawił w manierze ekspresjonistycznej "Sen" Kruszewskiej, a następnie "Metafizykę dwugłowego cielęcia", również w konwencji ekspresjonistycznej. Autor przyjechał na premierę, ale wyszedł po II akcie. Następnie wrócił i wziął udział w bankiecie, gdzie się kompletnie upił. Napisał potem do Wiercińskiego:

prof. J. Degler i K. Smołka foto B. Lekarczyk-Cisek

Szanowny Panie! W tej chwili przypomniałem sobie, że piliśmy na "ty". Z kim jeszcze - zupełnie nie pamiętam... A więc: kochany Mundziu, przykro mi, że ostatnie chwile przeżyłem w nirwanie. Przesoliłem dawkę. I w ogóle ostatni raz. (...) Miałem wizję potem: trzy dywizje samych Nobelsdorfów [nazwisko aktora], potem była ich nieskończoność. Wyparły ich jakieś garnkowate stwory. Napisz mi, czy się zespół na mnie nie obraził za krytykę, ale lepsza chyba otwartość... Tylko było przesolone. Proszę więc bardzo, abyś całemu zespołowi wyraził serdeczne podziękowanie za waszą pracę. Może gdzieś jeszcze się spotkamy.  

Podobno Witkacy tak przeżył tę inscenizację, że pił przez pięć dni. Pisze o tym w "Narkotykach i niemytych duszach", wspominając również, że zdarzyło mu się to po raz pierwszy, ponieważ nie rozpoznał swojej sztuki na scenie.

Emocje, które wywołuje przedstawienie teatralne mogą być - jak się okazuje - nie tylko pozytywne...

Relacja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.

"Bramy raju" w reż. Pawła Passiniego. Zgubne skutki ideologii /recenzja teatralna/

W marcu 2014 roku Wrocławski Teatr Współczesny zaprezentował interesującą adaptację prozy Jerzego Andrzejewskiego „Bramy raju” w reżyserii Pawła Passiniego.


  Powieść ukazała się w 1960 roku i jest – obok „Ciemności kryją ziemię” – drugą, nawiązującą do średniowiecza, parabolą, w której autor porusza zagadnienia współczesne, również własne problemy i obsesje. Aby zrozumieć, dlaczego sięga po średniowieczną „maskę”, należałoby przypomnieć, że debiutował przed II wojną światową jako pisarz prawicowy, moralista piszący w duchu Conrada. Powieścią, która ugruntowała jego pozycję, był „Ład serca”(1938 r.).

Fascynowała go noc. Drobni ludzie ze swymi namiętnościami w nocy – pisze o Andrzejewskim Czesław Miłosz – której ogrom i tajemniczość ogarniały ich los olbrzymią draperią; taka była przeważnie sceneria jego teatru, choć nie pisał sztuk, tylko opowiadania i powieści.

Słowa Miłosza na temat przedwojennej twórczości Andrzejewskiego znakomicie oddają także klimat „Bram raju”. Oto niesiony ideą obrony Grobu Pańskiego pochód pielgrzymów, prowadzony przez Pięknego Jakuba, depce próbującego powstrzymać  ich Spowiednika i podąża dalej:
I szli całą noc.
Zdanie to dobitnie uwydatnia zwycięstwo mistyfikacji i zgubnej ideologii. Średniowiecze było dla Andrzejewskiego rodzajem maski, w której mógł bez obaw pisać o sprawach współczesnych i w ten sposób uniknąć ingerencji cenzury.

Bramy raju w reż. Pawła Passiniego, fot. WTW
Treść utworu poprzedza cytat z „Dziejów powszechnych” Fryderyka Schloessera, w którym mowa jest o wyprawie krzyżowej dzieci, która miała miejsce w 1212 roku. Nie jest to jednakże jedyna inspiracja. Maria Janion  w swoim eseju „Krucjata niewiniątek?” twierdzi, że z całą pewnością istnieje związek między prozą Andrzejewskiego a „Krucjatą dziecięcą” Marcelego Schwoba (1896 r.), gdzie również znajduje się taka parafraza kronikarskiego zapisu, w którym odnotowano dziwne wydarzenia niepokojące Europę w początkach XIII wieku. Pojawiały się mianowicie liczne sekty, szaleńcy, a wreszcie wywabiono z domów ponad siedem tysięcy dzieci, które opowiadały, że idą do Ziemi Świętej. Otóż – jak twierdzi Janion – podobieństwo do utworu Schwoba nie ogranicza się jedynie do pomysłu literackiego, lecz sięga psychologii idei. Utwór Andrzejewskiego dotyczy bowiem problemu zawładnięcia przez ideę, która ma niszczący charakter. W „Bramach raju”  pisarz ukrywa w owej pojemnej paraboli własne problemy i konflikty: utratę wiary, „uwiedzenie” ideą komunizmu, homoseksualizm…

Po tekst Schwoba sięgnął także reżyser przedstawienia:

Zaintrygowało mnie spojrzenie na krucjatę oczami gapiów. W oryginale, u Schwoba, są to wypowiedzi papieża, wędrownego klechy. Wykorzystuję je, bo najczęściej jesteśmy właśnie w pozycji gapiów – powiedział Paweł Passini podczas konferencji prasowej.
Dla Passiniego „Bramy raju” to również ostrzeżenie przed zgubnymi ideologiami, których nie brakuje we współczesnym świecie.

Przekład powieściowego strumienia świadomości „Bram raju” na język sceniczny, a także nieco archaiczny język Schwoba, były z pewnością sporym wyzwaniem. Narratorem – świadkiem wydarzeń, ich prześmiewczym komentatorem uczynił postać ni to mnicha, ni to trędowatego – Goliarda. Słowem, kogoś, kto znajduje się poza społeczeństwem, a więc może je obserwować i komentować z ironicznym dystansem.

Bramy raju w reż. Pawła Passiniego, fot. Tomasz Wałków
 W przedstawieniu Passiniego scena została podzielona na dwie części: przednią, gdzie odbywa się spowiedź głównych bohaterów, oraz tylną, przedstawiającą labirynt, będący miejscem pielgrzymki. Zamyka je błyszcząca ściana z połyskliwej, srebrzystej  blachy, która tworzy tło wydarzeń: przestrzeń wędrówki. Ponadto jest symbolicznym ograniczeniem i fatamorganą zarazem. Labirynt, po którym poruszają się postaci, jest zresztą nie tylko symbolem pielgrzymki, ale również znakiem zagubienia, owym mitologicznym labiryntem, w którym ukrywa się potwór.

Zasadnicza akcja sztuki rozgrywa się na proscenium, przypominającym wnętrze kościoła. Pielgrzymi z oczami zasłoniętymi opaskami, niewidzący, wyznają Spowiednikowi – starcowi ubranemu  w habit franciszkanina – swoje grzechy. Spowiedź bowiem jest w swej istocie próbą dotarcia do prawdy tkwiącej w człowieku, prawdy o nim samym. Opaskę nosi też na początku Spowiednik, którego dręczy sen: prowadzone przez ślepca dzieci idą na pustynię, gdzie czeka je zagłada. Opaska Spowiednika symbolizuje jego niczym nie uzasadnione złudzenie, że uda mu się powstrzymać idący pochód. Kiedy zrozumie, że to niemożliwe, zrozpaczony wyznaje swoją niewiarę w istnienie Boga. W końcu zaś ginie, zdeptany przez tłum, który zawierzył idei.

Główni bohaterowie: Maud, Robert, Blanka, Aleksy i Jakub są dziećmi, których motywacje nie mają bynajmniej charakteru religijnego. Są albo nieszczęśliwi i bez wzajemności zakochani, albo wręcz uwiedzeni. Wierzą jednak, że Jakub – ich przywódca – jest wolny od takich przywiązań i moralnie czysty. Okazuje się jednak, że uwodząc wszystkich swoją pięknością fizyczną i moralną, sam nie jest wolny od podobnych doświadczeń i że nie wyruszyłby na wyprawę, gdyby nie „uwiedzenie” przez Ludwika z Vendôme. Rycerz ów był jednym z łupieżców Konstantynopola w 1204 roku i zabójcą rodziców Aleksego, którego adoptował i uczynił swoim kochankiem. Uwodzicielstwo o podłożu homoseksualnym odgrywa tutaj istotną rolę, ideologia rodzi się bowiem z pożądań cielesnych.  Można by za Henrykiem, bohaterem Gombrowiczowskiego „Ślubu”, powtórzyć, że wiara bohaterów nie ma charakteru transcendentnego, lecz powstaje w „kościele międzyludzkim”.

Bramy raju w reż. Pawła Passiniego, fot.WTW
Interesującym rozwiązaniem scenicznym jest we wrocławskim przedstawieniu „podwojenie” bohaterów, np. Roberta gra Jerzy Senator i Michał Szwed, Aleksego – Maciej Tomaszewski i Piotr Bondyra. W ten sposób możemy obserwować te same życiorysy w nowej, dojrzalszej perspektywie. Młodzi aktorzy symbolizują dziecięctwo i niewinność postaci, niewinność nota bene pozorną. Natomiast dojrzali odtwórcy tych samych ról ukazują nam dorosłych już bohaterów – ludzi nieszczęśliwych i pozbawionych złudzeń. I chociaż monologi młodych aktorów brzmią nieporadnie i są słabsze interpretacyjnie, a nawet dykcyjnie, podczas gdy ich starsi koledzy kreują pogłębione dramatycznie role, to jednak całość sprawia wrażenie celowości tego zamierzenia. Ich warsztatowa nieporadność wpisuje się niejako w  nieporadność i zagubienie granych przez nich postaci dziecięcych.

Na uwagę zasługuje także plastyczna uroda przedstawienia, którą rzeźbi światło na ludzkich sylwetkach. Passini już w „Osądzie” pokazał, że bliski mu jest teatr plastyczny. W „Bramach raju” zdaje się tę poetykę rozwijać. Wysmakowanym kadrom (celowo używam tego filmowego określenia) ukazanym w konwencji snu, towarzyszy dyskretna muzyka i mocne dźwięki, które tworzą harmonijną całość. Z całą pewnością jest to interesująca propozycja teatralna.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.


niedziela, 1 lipca 2018

K. jako Easy Rider. „Zamek” Franza Kafki we Wrocławskim Teatrze Współczesnym /recenzja teatralna/

W interpretacji Marka Fiedora historia K. została opowiedziana z perspektywy narratora, który zna i lubi amerykańskie kino drogi. Ale nie jest to jedyny punkt odniesienia. Interpretacja, osadzona w eseistyce Milana Kundery, zdaje się być próbą odczytania egzystencjalnej sytuacji współczesnego człowieka, zawieszonego między dążeniem do wolności a tęsknotą za zakorzenieniem we wspólnocie. 


Marek Fiedor należy do tych (coraz mniej licznych) inscenizatorów, którzy opowiadają o świecie, sięgając po dobrą, uznaną literaturę, a ta – jak wiadomo – nie starzeje się nigdy. Warto jednak skonstatować, jak brzmią dziś dla nas, współczesnych,  teksty Dostojewskiego, Czechowa czy Kafki. Po tego ostatniego reżyser sięgnął po raz wtóry – zmierzył się już bowiem z Procesem w Teatrze Polskim w Poznaniu (2004). Jego bohater, Józef K., miał rysy współczesnego człowieka. Był to pewny siebie, butny, arogancki bankowiec, biznesmen z tzw. układami. Ktoś, kto nie ma czasu na sentymenty, na takie przebrzmiałe wartości jak rodzina, wiara, miłość. Co więcej, był twórcą tego nieludzkiego świata, w którym się poruszał. To nie on się bał, ale jego trzeba było się bać. Ludzi, którzy nie byli mu potrzebni, nie dostrzegał. I oto pewnego dnia Józef K. zostaje wezwany przed sąd. Nie wiedział, o co go oskarżają, ale nie zamierzał być ofiarą. Przecież wszystko można jakoś załatwić, zapłacić komu trzeba. Problem w tym, że to nie był prawdziwy i przekupny sąd, a  Józef K. musiał rozliczyć się ze swojego życia w gruncie rzeczy przed sobą samym.

Przemysław Bluszcz jako K. w spektaklu Zamek/prasowe
Marek Fiedor ponownie sięgnął po prozę Kafki dziewięć lat później – tym razem jest to trzecia część tzw. trylogii samotności: Zamek. Jego bohater nie ma już nawet imienia – został zredukowany do K. i przybywa do Zamku, ponieważ otrzymał posadę geometry. Ale czy rzeczywiście otrzymał? I czym jest w istocie tytułowy Zamek? K. w przedstawieniu Marka Fiedora (w tej roli – gościnnie Przemysław Bluszcz) przypomina nieco podstarzałego hippisa, który opuścił swój dom (ale może nigdy go nie miał?), ponieważ czuł, że życie dało mu kolejną szansę (może ostatnią), aby gdzieś zapuścić korzenie.

Zamek i postać Klamma, który – podobnie jak Godot Becketta – nie pojawia się nigdy – jest dla bohatera kimś (czymś), kto może odmienić jego życie. I chociaż Zamku również nie ma (nie było go także w powieści Kafki, gdzie stanowił raczej zespół zabudowań, zwanym tak tylko umownie), bohater z uporem do niego zdąża. W jego wysiłkach pomagają mu kobiety, gdyż świat przedstawiony w spektaklu Marka Fiedora jest w istocie światem kobiet. Stają się kochankami bohatera (Frieda), przyjaciółkami (Olga, Klezmerka), matkami wreszcie (Gardena, Oberżystka). To one objaśniają mu świat, organizują życie, pomagają osiągnąć cel. Między nimi a K. odbywa się nieustanna gra. K. w kreacji Przemysława Bluszcza nie jest jednak bohaterem zimnym czy cynicznym. Przeciwnie, wchodzi w rozmaite relacje z tymi kobietami, odpowiadając na ich i swoje własne potrzeby emocjonalne.

Początkowo Frieda podnieca go głównie dlatego, że jest kochanką Klamma, ale później gotów jest dla niej zrezygnować ze swoich ambicji i przyjmuje posadę woźnego szkolnego, czując zarazem, że w ten sposób może Friedę stracić. I tak się dzieje. Miota się coraz bardziej i widzimy jak traci powoli wszystko: domniemaną wolność, ambicje bycia kimś, marzenia o tym, by stać się członkiem tej społeczności, która traktuje go jak obcego… Spektakl kończy scena, w której K. przytula się w pozycji embrionalnej do oberżystki – Wielkiej Matki.

Przemysław Bluszcz jako K. w spektaklu Zamek/prasowe
We wrocławskiej inscenizacji wolność jest niemożliwa. Można myśleć, że się jest wolnym i dążyć do niej, ale zawsze kończy się to klęską. Podobnie jak klęską kończy się kultowy film „Easy Rider”, do którego reżyser nawiązuje w swojej inscenizacji: poprzez scenografię sugerującą, że człowiek jest nieustannie „w drodze” („On the Road”), muzyką (tęsknymi bluesami wykonywanymi pięknie na harmonijce ustnej przez Zinę Kerste, która wcieliła się w rolę Olgi), kostiumem (skóry i hippisowskie sukienki kobiet).

Przedstawienie „Zamku” w Teatrze Współczesnym jest również bardzo dobre aktorsko. Odważnym i interesującym pomysłem było obsadzenie w roli K. dojrzałego mężczyzny, bo pozwoliło na pokazanie, że jego zewnętrzność nijak się ma do dojrzałości emocjonalnej i duchowej. Przemysławowi Bluszczowi bardzo sugestywnie udało się pokazać rozwój postaci K. -  od pewnego siebie samca Alfa do oseska. Ogromnie podobała mi się Zina Kerste w roli Olgi i Klezmerki. Nie tylko znakomicie radziła sobie z instrumentami muzycznymi, ale udało się jej wydobyć dramatyzm postaci odrzuconej przez społeczność. Świetna, komiczna dla odmiany, była Beata Rakowska jako Giza, urzędniczka. Właściwie o wszystkich rolach można by powiedzieć coś ciepłego.

Dodajmy, że dobrym zwyczajem dyrektora Teatru Współczesnego we Wrocławiu Marka Fiedora stają się  spotkania z twórcami spektaklu po jego obejrzeniu. W ten sposób przedstawienie staje się płaszczyzną dyskusji i refleksji dla obu stron.
Wprawdzie Zamek miał swoją premierę na koniec sezonu, jednak spektakl rozpoczyna dopiero swój teatralny żywot i będzie go można oglądać po wakacjach, do czego gorąco zachęcam.

Recenzja ukazała się na portalu PIK Wrocław 1 lipca 2013 roku.


czwartek, 15 lutego 2018

"Koniec świata w Breslau": Dekadencja i apokalipsa /recenzja teatralna/

Spektakl Wrocławskiego Teatru Współczesnego przenosi na scenę wczesną powieść Marka Krajewskiego"Koniec świata w Breslau", ale jest dziełem autonomicznym, twórczym i znakomicie zagranym. 


Przestrzeń sceniczna tworzy rodzaj kosmosu przedwojennego Breslau: mieszczański pokój, którego centralnym rekwizytem jest łóżko, salonik z niewielkim stolikiem zastawionym napojami alkoholowymi oraz pokoje w amfiladzie, tworzące część mieszkania, ale i dom publiczny. Jest także przestrzeń poza mieszkaniem: rodzaj inferno, w którym dokonują się zbrodnie. Wiszący w I akcie nad sceną napis "Breslau" w akcie II leży na proscenium, przygniatając leżącą z boku postać i stanowi symbol upadku oraz znakiem, że "stało się już".


Przestrzeń i czas: Breslau i Wrocław

W tym entourage`u pojawiają się postaci głównych bohaterów: radcy kryminalnego Eberharda Mocka, jego pomocnika wachmistrza kryminalnego Kurta Smolorza oraz asystenta kryminalnego Gustava Meinerera. Zaczyna się - jak w rasowym kryminale - od "trzęsienia ziemi", w tym wypadku - od oględzin rozkładających się zwłok.  Od początku też postacie sceniczne przekraczają rampę, nawiązując relacje z osobami na widowni. Najpierw nietrzeźwy Mock wysyła kogoś na Plac Solny po kwiaty dla żony, co budzi ogólną wesołość. A potem okazuje się, że to nie jest incydent, że tak będzie się działo przez całe przedstawienie - bo Breslau i Wrocław to ta sama przestrzeń: te same znajome ulice i miejsca. Co więcej, to także ta sama historia, więc jedno przechodzi w drugie, a czas przeszły i teraźniejszy mieszają się ze sobą.

Koniec świata w Breslau, reż. Agnieszka Olsten, fot. WTW

Dekadenccy bohaterowie

Bohaterowie scenicznej opowieści są postaciami dekadenckimi. Radca kryminalny (cóż za smakowita nazwa!) Mock jest ciągle pod wpływem alkoholu, a mimo to z pijackim uporem powtarza próby zaprowadzenia jakiegoś ładu w tym świecie, w którym nie jest to możliwe. Jego tropienie winowajców jest pełne pasji i często przekracza granice dozwolone prawem. Poza tym Mock pragnie mieć potomka, ponieważ wydaje mu się, że dziecko zmieni radykalnie jego nieudane małżeństwo z o wiele młodszą, uzależnioną od narkotyków, żoną. Jednak żadna zmiana nie jest w tym świecie możliwa. Po pierwsze dlatego, że ciągnie on za sobą historię naznaczoną zbrodniami. To bowiem, co dzieje się "tu i teraz", wydarzyło się przed laty i jest rodzajem perpetum mobile. Po wtóre, istnieje nierozerwalny związek między owym przenikającym miasto złem a życiem jego mieszkańców. Działa to mniej więcej tak jak Petersburg na Raskolnikowa. 

Koniec świata w Breslau, reż. Agnieszka Olsten, fot. WTW

Czarny humor, znakomite aktorstwo i reżyseria

Scenę spektaklu "Koniec świata w Breslau" często spowija papierosowy dym. Atmosfera jako żywo przypomina "czarne kino" Fritza Langa czy Orsona Wellesa. Pokazany jest mianowicie świat zbrodni, w którym nie ma "dobrych" i "złych", bo wszyscy są "dotknięci złem", żeby przywołać tytuł jednego z filmów Wellesa. Jednocześnie wszechobecny jest w spektaklu tzw. czarny humor, począwszy od owej sceny z zakupem kwiatów na Pl. Solnym. Mnie najbardziej rozbawił Krzysztof Boczkowski jako Leo Hartner, dyrektor Biblioteki Uniwersyteckiej, który głosem Stefana Bednarka pouczał swoich słuchaczy na temat historii Breslau. 

W ogóle mocną stroną przedstawienia jest aktorstwo. Wszystkie role znakomite, nawet epizody, począwszy wcielającego się w główną postać Konrada Imieli, poprzez Tomasza Orpińskiego jako Solorza, Jerzego Senatora jako Heinricha Müihausa, dyrektora kryminalnego i jego syna marnotrawnego, którego zagrał Michał Szwed, a kończąc na postaci żony Mocka Sophie, jakby wyjętą ze "Zmierzchu bogów" Viscontiego Polą Błasik, studentką PWST. Właściwie nie ma w tym przedstawieniu słabych ról. Znakomicie też wypada ta sztuka zespołowo. 

Koniec świata w Breslau, reż. Agnieszka Olsten, fot. WTW
Spektakl Wrocławskiego Teatru Współczesnego przenosi na scenę wczesną powieść Marka Krajewskiego"Koniec świata w Breslau", ale jest dziełem autonomicznym, twórczym i znakomicie zagranym. 


Szczególne uznanie należy się Krzysztofowi Kopce i Agnieszce Olsten za twórcze potraktowanie tekstu Marka Krajewskiego, a reżyserce także za to, że potrafiła tak znakomicie poprowadzić aktorów i wyczarować dekadencki klimat powieści na scenie. Sądzę, że nie udałoby się to bez pomysłowej scenografii Olafa Brzeskiego oraz pięknych. "klimatycznych" kostiumów Mirka Kaczmarka.

Recenzja ukazała się na portalu Kulturaonline w maju 2014 roku.

trailer spektaklu

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Bobczyński jako Everyman /recenzja teatralna "Według Bobczyńskiego/

Agata Duda – Gracz opowiedziała „Rewizora” Mikołaja Gogola „Według Bobczyńskiego”, stąd tytuł spektaklu. Według Bobczyńskiego to znaczy z punktu widzenia szarego człowieczka – nikogo i Każdego. Podjęła próbę stworzenia  spektaklu będącego  uniwersalnym dyskursem na temat kondycji człowieka, siły relacji międzyludzkich – owego Gombrowiczowskiego „kościoła międzyludzkiego”, w którym rodzą się groźne ideologie, ale który jest także esencją teatru. Spektakl ma bowiem również warstwę autotematyczną. 

Według Bobczyńskiego, fot. WTW
Aktorzy wychodzą na scenę od strony widowni – są z tego samego świata, co my i w naszą stronę kierują swoje monologi, grają, bo to my ich „stwarzamy”.

Główny bohater, o rysach tak zwyczajnych, że nie do zapamiętania, Piotr Iwanowicz Bobczyński, rozpoczyna spektakl, prosząc o skierowanie na siebie światła i wygłaszając swoje najgłębsze pragnienie:

Proszę jak najpokorniej — jak pan pojedzie do Petersburga, niech pan raczy powiedzieć tam różnym możnowładcom, senatorom, admirałom, że, właśnie, wasza ekscelencjo, albo jaśnie oświecony książę, w tym a tym miasteczku mieszka Piotr Iwanowicz Bobczyński. Tak niech pan łaskawie powie: mieszka Piotr Iwanowicz Bobczyński.

Według Bobczyńskiego, fot. WTW
On pierwszy zawiadamia Horodniczego o przybyciu rewizora, a potem towarzyszy mu jak natrętna mucha, byle tylko znaleźć się w orbicie „władzy”. Na koniec umiera, gdy okazuje się, że rewizor nie był tym, za kogo go uważano. Najpierw jednak obserwujemy, jak wszyscy uczestnicy wydarzeń próbują coś ukryć i coś „ugrać”, jak spiskują ze sobą i przeciwko sobie, jak się wzajemnie oskarżają i wykluczają i wreszcie – jak nieustannie prowadzą o siebie grę. Oczywiście, nie tylko Bobczyński pragnie zaistnieć, marzy o tym właściwie każdy: Horodniczy (Krzysztof Kuliński) chciałby mieć jeszcze większą władzę, a nie – być tylko prowincjonalnym bossem. Jego żona Anna Andriejewna (Ewelina Paszke-Lowitzsch), konkuruje z córką (Katarzyna Z. Michalska) o zainteresowanie mężczyzn, zwłaszcza tego „ważnego”, podczas gdy jej mąż stara się wydać swoją pociechę za „ważną figurę”, aby w ten sposób przypieczętować gwarancję własnych interesów. Podobnie zabiegają o względy „ważnej osoby” pozostali, m.in. naczelnik poczty Iwan Kuźmicz Szpiekin (Michał Szwed) czy kurator instytucji filantropijnych Ziemlanika (Krzysztof Boczkowski).

Według Bobczyńskiego, fot. WTW
Reżyserka przyjęła koncepcję, w której rewizor się w istocie nie pojawia, lecz pozostaje w wyobrażeniach i marzeniach bohaterów. Jest niejako ich projekcją, podobnie jak osoby dramatu w „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego. Kiedy więc kolejne postaci udają się do niego z „łapówką”, zrzucają z siebie maski, odkrywając, co najgłębiej ukryte, odsłaniając słabości i braki. Jesteśmy wówczas świadkami doprawdy popisowych etiud aktorskich. Sędzia – człowiek poważny i wiecznie poirytowany, skręca się ze śmiechu – śmiechem „zabija” swoje lęki, jak w „Trans-Atlantyku” Gombrowicza. Ziemlanika okazuje się homoseksualistą i człowiekiem – gumą, który odtąd może być „sobą”...

Według Bobczyńskiego, fot. WTW
Właściwie najmocniejszą stroną spektaklu są poszczególne etiudy – w tym głównego bohatera Bobczyńskiego (gościnnie Tomasz Schimscheiner), który wirtuozowsko rozgrywa scenę opowiadania o domniemanym rewizorze, z panem Piotrusiem (Dobczyńskim – Michał Dudziński) jako swoim echem albo kiedy bezskutecznie usiłuje znaleźć wyjście z domu Horodniczego lub gdy wciela się w postać rewizora i wraz z innymi kokietuje w towarzystwie Annę Andriejewną (której zabawne, przedrzeźniające echo stanowi służący Dzierżymorda (gościnnie Tomasz Wesołowski). Wszyscy się wdzięczą, defilują, romansują i gotowi są na wszystko. I do nas tak, do widzów, maszerują, defilują śpiewają, fałszują, od czego robi się „śmieszno i straszno”.

Przestrzeń sceniczna jest właściwie ograniczona do pudełka sceny, które co pewien czas to pogłębia się, to maleje. Ponadto tworzy ją – i to jest interesujący pomysł autorki scenografii i reżyserki w jednej osobie – światło, a właściwie migoczące punkty, które ogarniają w jedną całość scenę i widownię. Często towarzyszy temu muzyka (Jakuba Ostaszewskiego). W ten sposób spektakl „przenosi się” na widownię i opowieść „Według Boczyńskiego” staje się również  opowieścią nas, widzów.

Według Bobczyńskiego, fot. WTW
Spektakl Agaty Dudy – Gracz "Według Bobczyńskiego" stanowi interesującą propozycję nowego odczytania sztuki Gogola. Niekiedy jest to odczytanie zbyt płaskie i może celowo prostackie (scena gwałtu, aluzje do sytuacji służby zdrowia w Polsce), czasami ma się wrażenie chaosu – kiedy reżyserka próbuje w scenach zbiorowych powiedzieć zbyt wiele na temat historii czy historiozofii, jednakże błyskotliwe etiudy poszczególnych aktorów i interesująca koncepcja całości są wystarczającym powodem, aby uznać „Rewizora” według Agaty Dudy – Gracz za sztukę interesującą, na którą warto się wybrać do teatru.

Recenzja ukazała się na portalu PIK Wrocław w styczniu 2012 roku.


Agata Duda - Gracz (ur. 1974)  reżyser teatralny, scenograf. Absolwentka historii sztuki na UJ oraz reżyserii teatralnej w PWST w Krakowie. Debiut reżyserski Kain G. Byrona (Teatr im. Witkiewicza, Zakopane, 1998), pozostałe spektakle: Woyzeck G. Büchnera (Teatr PWST, Kraków, 1999),Abelarda i Heloiza R. Vaillanda (Teatr im. J. Słowackiego, Kraków, 2002),Kreatura J. Murrela (Teatr PWST, Kraków, 2002) Kaligula A. Camusa (Teatr im. J. Słowackiego, Kraków, 2003), Grzeszne dzieciństwo wg M. Twaine'a (Scena Fundacji Starego Teatru, Kraków, 2003), Nierządy wg J. Geneta (Teatr PWST, Kraków, 2004).
Laureatka nagrody Ludwika za najlepszą scenografię krakowskiego sezonu teatralnego za: Naprawiacza świata T. Bernhardta (reż. L. Piskorz, Stary Teatr, Kraków, 2000) i Abelarda i Heloizę (2001).

Mozart – "Requiem" w Narodowym Forum Muzyki /zapowiedź/

6 listopada o 19.00 w Narodowym Forum Muzyki angielski dyrygent Jonathan Nott, uznawany za wybitnego interpretatora muzyki współczesnej, pod...

Popularne posty