Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja z festiwalu muzycznego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja z festiwalu muzycznego. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 marca 2025

49. Wratislawia Cantans: Giovanni Antonini i Magnificat /relacja/

 Liryczny Händel, piękny Vivaldi I genialny Bach zabrzmiały na koncercie inaugurującym festiwal Wratislavia Cantans.


O tym, że istnieją tajemne związki pomiędzy ubiegłorocznym i obecnym programem Wratislavii, świadczy choćby ten fakt, że festiwal rozpoczął koncert, w którym maestro Giovanni Antonini po raz wtóry zaprezentował obok siebie Händla i Bacha. W ubiegłym roku były to ich wczesne utwory, jeszcze nie tak piękne i wirtuozowskie. Jednakże już wyraziście rysował się geniusz obu kompozytorów. W tym roku koncert inauguracyjny zaprezentował ich obu jako twórców w pełni rozkwitu. Co więcej, była to niepowtarzalna okazja, aby wysłuchać różnych wersji "Magnificat".

Giovanni Antonini, Magnificat, fot. T. Wałków

Händel – bello!


Koncert inauguracyjny, zatytułowany ”Magnificat” rozpoczęła kompozycja Georga Friedricha Händla: Concerto Grosso D-dur / in D Major op. 6 nr 5 HWV 323. Kompozytor wzorował się na Corellim i jemu też miał być utwór zadedykowany. Biograf artysty, Romain Rolland, nazywa go ”Koncertem św. Cecylii”, jest on bowiem autocytatem z uwertury do ”Ody na dzień św. Cecylii”, ale zawiera także inne liczne cytaty muzyczne.

Można by zaryzykować stwierdzenie, że tym razem muzyka  Händla posłużyła Antoniniemu jako rodzaj pięknego, lirycznego, a zarazem uroczystego wprowadzenia do głównej części koncertu: ”Magnificat” Vivaldiego i Bacha. Taki układ kompozycji daje wrażenie, że piękno można stopniować: bello, più bella, … geniale. Tak, bo kompozycja Jana Sebastiana wymyka się takim porównaniom.

A zatem utwór Georga Friedricha Händla możemy określić jako bello, czyli piękny. W istocie, tak jest. Początkowo mocne i zdecydowane brzmienie, płynnie przechodzi w III cz. (Presto) w rodzaj melodyjnego scherzo, aby następnie – poprzez duet skrzypiec – wprowadzić uroczystą i pełną powagi atmosferę. Po czym z zanikającego pełnego brzmienia całego zespołu wyłania się Allegro, a po nim wdzięczny Menuet (Un poco larghetto) i zamyka całość w pogodnie uroczystym nastroju.

Vivaldi – più  bello!


Po takim wprowadzeniu zabrzmiał pełnią głosów i instrumentów Magnificat RV 600/RV 611 Antonio Vivaldiego. Utwór został skomponowany ok. 1717/1719 roku. Istnieje kilka wersji tego koncertu. Antonini zdecydował się na ich kompilację.  

Najpierw uderza dramatyczny początek tego utworu, tak odmienny od kompozycji J.S. Bacha. Po nim następują piękne, choć operowo brzmiące arie i chóry. Cudowna aria sopranu (Lydia Teuscher ) Quia respexit z wyeksponowanym fragmentem „omnes generationes”, następnie wspaniały duet sopranów  w Esurientes implevit bonis – o tym, że ”Głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia”- mogły  zachwycić nawet wybrednego słuchacza. Pomiędzy ariami zaś – niezwykle subtelnie brzmiący chór śpiewa Et misericordia eius (Zmiłuj się nad nami) czy Fecit potentiam (I okaż nam Swoje Zbawienie)… Utwór kończy się równie dramatycznie jak zaczyna, aby na słowach „et in secula seculorum” („i na wieki wieków…”) przejść w kończącą całość fugę.

Kenneth Tarver i Maria Espada


Bach – geniale!

Jan Sebastian Bach skomponował swoje ”Magnificat”(BWV 243a) na nieszpory w święto Bożego Narodzenia 1723 roku, a więc w czasie bliskim powstaniu utworu Vivaldiego. A jednak od pierwszych nut utwór jest tak olśniewający, że zupełnie przyćmiewa kompozycję Vivaldiego. Rozpoczyna go bogate instrumentarium: trąbki, oboje, flety oraz kotły, a brzmienie ich w połączeniu z chórem jest piękne i przepełnione radością.

W basie i kadencjach arii sopranowej ”Et exultavit” ("Raduje się”) – twierdzi biograf kompozytora Albert Schweitzer –pojawia się charakterystyczny motyw radości, tak jakby oślepiający promień słońca przeniknął łagodny mrok adwentu.

Obydwie partie sopranu: ”Et exultavit” i  ”Quia respexit”("Bo wejrzał”) należą do moich ulubionych fragmentów ”Magnificat”. Drugi sopran jest właściwie muzycznym portretem Madonny, o nieopisanym uroku. W murach kościoła Marii Magdaleny najpiękniej zabrzmiał głos Marii Espady – wysoki i mocny zarazem. Pięknie też zaprezentował się duet sopranu Espady z tenorem Kennethem Tarverem w ”Et misericordia” oraz baryton Floriana Boescha w ”Quia fecie mihi magna”.

49. festiwal Wratislavia Cantans potrwa do 14 września 2014 roku.    


Artykuł został opublikowany na portalu Kulturaonline 11 września 2014 roku.

wtorek, 4 marca 2025

Forum Musicum 2016: Muzyka na chwałę miast /relacja z festiwalu/

18 sierpnia rozpoczyna się kolejna edycja wrocławskiego festiwalu muzyki dawnej Forum Musicum. Usłyszymy m.in. arcydzieła Mikołaja z Radomia, perły baroku i utwory głębokiego średniowiecza – we wspaniałych interpretacjach.

Założony przez Jana Tomasza Adamusa, a od 2009 roku prowadzony przez Tomasza Dobrzańskiego, festiwal ten podejmuje ciągle nowe, oryginalne tematy. W minionych latach były to m.in. połączenie muzyki z tańcem, słowem czy z rozkoszami stołu. W tym roku  będzie to muzyka komponowana na chwałę miast.


Splendor civitatis: miasto ziemskie i niebiańskie

Świetność miasta to przepych wspaniałej architektury i bogactwo patrycjuszy –wyjaśniał podczas konferencji prasowej Dobrzański – podkreślane muzyką towarzyszącą uroczystościom kościelnym i świeckim. Miasto ziemskie jest także odbiciem urbs beata Jerusalem – szczęśliwego miasta Jerozolimy, miasta niebiańskiego, do którego zmierzają drogi ludzkiego życia. w dawnych wiekach każde z miast charakteryzowało się specyficzną atmosferą, która wpływała na uprawianą w nich muzykę. Program tegorocznego festiwalu prezentuje pochodzące z różnych epok cząstki muzycznego świata miast polskich: Wrocławia, Krakowa i Gdańska.

Od wrocławskich kapelmistrzów po średniowieczne utwory pielgrzymkowe. Usłyszymy zatem utwory XVIII-wiecznych wrocławskich kapelmistrzów, którzy komponowali utwory religijne do wykonania we wrocławskiej Katedrze: Johanna Martina Prandla, Nicolausa Prandla oraz Johanna Georga Clementa.

Vox Nostra, prasowe

Kraków zaprezentuje XV-wieczna muzyka w stylu ars subtilior, towarzysząca uroczystościom w kaplicy i komnatach na Wawelu. W programie znajdą się arcydzieła Mikołaja z Radomia i innych kompozytorów.

Gdańsk reprezentować będzie muzyka XVI-wieczna: madrygały i motety Andrzeja Hakenbergera.

Na zakończenie festiwalu zabrzmi muzyka z najważniejszych centrów średniowiecznej Europy: Santiago de Compostella, Montserrat, Notre Dame de Paris, Padwa  i in.


Znakomici wykonawcy i szczególne miejsca koncertów 


Kapelmistrzowie wrocławskiej Katedry zostaną zaprezentowani w Katedrze  pw. Św. Jana Chrzciciela przez zespół Cantores Minores Wratislavienses, chór katedralny założony przez Edmunda Kajdasza w 1966 roku, a obecnie prowadzony (w pomniejszonym składzie) przez Piotra Karpetę i specjalizujący się w muzyce dawnej. Towarzyszyć mu będzie Polska Orkiestra XVIII wieku, założona przez znakomitego trębacza Tomasza Ślusarczyka. 

Muzykę pochodzącą z XV-wiecznych rękopisów krakowskich zaprezentuje w Sali Wielkiej Ratusza Ars Cantus – grupa wokalna pod kierownictwem Tomasza Dobrzańskiego, specjalizująca się w wykonawstwie  muzyki od średniowiecza do wczesnego baroku, przede wszystkim zabytków Dolnego Śląska.

Ars Cantus

Perły muzyki gdańskiego baroku zaśpiewa w Oratorium Marianum Goldberg Vocal Ensemble – kameralny zespół wokalny, stanowiący część Golberg Baroque Ensemble, którego założycielem i dyrygentem jest Andrzej Mikołaj Szadejko. We współpracy z Biblioteką Gdańską PAN zespół realizuje od kilku lat projekt ”Muzyczne dziedzictwo miasta Gdańska” i za wydane dotąd płyty otrzymał wiele prestiżowych nagród.

Goldberg_Vocal_Ensemble

W Sali Wielkiej Ratusza usłyszymy także laureatów konkursu Schola Cantorum w Kaliszu:Serenissima Res Publica oraz Zespół Muzyki Dawnej Miraculis. W repertuarze znajdzie się muzyka włoska przełomu XVII i XIII wieku.

Na koniec – w Mauzoleum Piastów Śląskich zabrzmi zespół wokalny z Berlina – Vox Nostra, założony w 1999 przez Burkarda Wehnera, a specjalizujący się w muzyce średniowiecza. Wykonawcy są wykształceni nie tylko w dziedzinie muzykologii, ale również paleografii i teologii – wszystko po to, aby posługując się oryginalnymi rękopisami,  oddać w autentycznym brzmieniu śpiew gregoriański i pregregoriański.

Wydarzenie specjalne

Wydarzeniem towarzyszącym festiwalowi będzie ”Rapsodia Kamienny pióropusz” – widowisko muzyczne o wrocławskich krucjatach. Na wrocławskim Rynku wystąpią muzycy Ars CantusKlub Świętego Ludwika (z Tomaszem Dobrzańskim) oraz aktorzy: Irena Lipczyńska, Michał Frydrych, Jerzy Zelnik i Stanisław Kwalski. Widowisko nawiązuje do najazdu Tatarów i bitwy pod Legnicą, a także boomu budowlanego w Polsce, który był rezultatem wyprawy krzyżowej francuskiego króla Ludwika.

Ożyje fantastyczny świat gotyckiej rzeźby – zapowiedział na konferencji Dobrzański – i przemówi mową wiązaną na wzór średniowiecznych opowieści. Zabrzmią też autorskie utwory Jacka Kowalskiego oraz jego przekłady XIII-wiecznych pieśni trubadurów i truwerów, w tym wrocławskiego księcia Henryka Probusa.

Festiwal Forum Musicum 2016 zapowiada się zatem bardzo interesująco i potrwa od 18 do 27 sierpnia. Organizatorem jest Narodowe Forum Muzyki we Wrocławiu.

Artykuł ukazał się na portalu Kulturaonline 17 sierpnia 2016 roku.


poniedziałek, 26 czerwca 2023

Początek Festiwalu Bachowskiego w Świdnicy – z wysokiego C! /relacja/

Wczoraj – z wysokiego C! – rozpoczęła się w Świdnicy XXIV edycja Festiwalu Bachowskiego. Wystąpił światowej sławy kontratenor Franco Fagioli z towarzyszeniem znakomitego zespołu Jana Tomasza Adamusa Capella Cracoviensis. Owacja na stojąco zakończyła ten pełen wrażeń muzyczny wieczór.

Franco Fagioli podczas koncertu otwierającego Festiwal Bachowski
w Świdnicy, fot. Daniel Gębala

Program koncertu został zaprezentowany bardzo interesująco. Usłyszeliśmy kompozycje Josepha Haydna i Wolfganga Amadeusza Mozarta wzajemnie się przeplatające i tworzące przez to nową muzyczną jakość. Capella Cracoviensis pod dyr. maestro Jana Tomasza Adamusa zagrała 80. Symfonię d-moll Haydna, dzieląc ją na części. pomiędzy którymi znalazły się arie z różnych utworów Mozarta (jego oper), na koniec zaś zabrzmiał motet Exsultate, jubilate ("Cieszcie się i radujcie"), napisany przez 17-letniego Wolfganga Amadeusa Mozarta do tekstu łacińskiego, przy czym ostatnia część zawiera tylko jedno słowo: "Alleluja!", ale jest to fragment wymagający od śpiewaka prawdziwej wirtuozerii. Wiemy skądinąd, że obaj kompozytorzy znali się i przyjaźnili, należeli do loży masońskiej, a nawet grywali wspólnie w kwartetach smyczkowych i wymieniali utworami. Połączenie ich kompozycji w jednym koncercie było więc poniekąd naturalne.

Capella Cracoviensis pod dyr. Jana Tomasza Adamusa, 
fot. Daniel Gębala


Haydn w mistrzowskim wykonaniu Capella Cracoviensis


Haydn tworzył symfonie przez całe życie, jednak ich forma ulegała przekształceniom. Wczesne symfonie Haydna (powstałe w latach sześćdziesiątych XVIII w.) są utworami trzy- lub czteroczęściowymi, w których mieszają się wpływy barokowe i klasyczne. Po 1770 r.. Haydn usunął ze składu orkiestry klawesyn i sięgał po bardziej odległe tonacje. Brzmienie symfonii staje się silniejsze, dzięki szerszemu wykorzystaniu instrumentów dętych, czego mogliśmy doświadczyć słuchając jego 80 Symfonii d-moll, która  została napisana w 1784 roku jako środkowa część trylogii na koncert wielkopostny w Wiedniu w marcu 1785 roku. 

Symfonia skomponowana jest na flet, dwa oboje, dwa fagoty, dwa rogi i smyczki i składa się z czterech części: Allegro spiritoso, Adagio, Menuetto i Finałe Presto. Część pierwszą otwiera temat na wiolonczeli z towarzyszeniem tremolo na smyczkach, po czym muzyka staje się na sposób romantyczny burzliwa. Liryczna druga część utrzymana jest w tonacji B-dur i w żaden sposób nie przypomina burzliwej części otwierającej. 
Z kolei część trzecia powraca do tonacji D-moll, podobnie jak w części pierwszej. Trio utrzymane jest w tonacji D-dur i wykorzystuje incipit lamentatio z gregoriańskiej melodii, użytej wcześniej w jego 26 Symfonii "Lamentatione". Finał ma formę sonatową w D-dur. Ostatnia część kończy się fragmentem podobnym do tego, którego użył kompozytor do zakończenia swojej Symfonii nr 84 in E.

Jan Tomasz Adamus, dyrygent Capella Cracoviensis i dyrektor artystyczny Festiwalu
Bachowskiego w Świdnicy, fot. Daniel Gębala
Capella Cracoviensis zabrzmiała w świdnickim Kościele Pokoju znakomicie! Zespół istnieje od roku 1970, a od 2011 gra muzykę dawną na instrumentach z epoki. Miałam okazję słyszeć w wykonaniu członków chóru tego zespołu “Tenebrae responsoria” Carlo Gesualdo w Kościele pw. św. Katarzyny w Krakowie podczas Misteria Paschalia w 2016 roku i było to niezapomniane przeżycie. Tym razem mogłam podziwiać orkiestrę – doskonale zgraną, mogącą się poszczycić znakomitymi muzykami (te sola fletu czy instrumentów dętych, wspaniałe skrzypce!), a w dodatku dyskretnie towarzyszącą śpiewakowi, wzbogacając jednocześnie jego występ. Chapeau bas! Nie dziwi zatem, że artyści tego zespołu występują z sukcesem na całym świecie i że chętnie współpracują z nimi uznani instrumentaliści, jak i śpiewacy.

Wyrazistość i doskonałość brzmienia zespołu to w dużym stopniu zasługa Jana Tomasza Adamusa, który od 2008 roku jest dyrektorem naczelnym i artystycznym Capelli Cracoviensis. – krakowskiego chóru kameralnego oraz grającej na historycznych instrumentach orkiestry, z którymi wystąpił na wielu znaczących festiwalach i w renomowanych salach koncertowych: Concertgebouw Amsterdam, Theater an der Wien, Haydn Festspiele Brühl, Festspiele Schwetzingen, Bachfest Leipzig, Händel Festspiele Halle... Może także poszczycić się wspaniałymi nagraniami fonograficznymi  oper barokowych (m.in. fonograficzne prapremiery Germanico in Germania Porpory i Adriano in Siria Pergolesiego wydane przez wytwórnię Decca), a także dawnej muzyki polskiej oraz repertuaru klasycznego i romantycznego.

Franco Fagioli  – argentyński Orfeusz


Franco Fagioli, fot. Daniel Gębala

Nieprzypadkowo użyłam tego porównania z Orfeuszem, bo poza wszystkim od tej roli w operze Glucka zaczęło się moje zainteresowanie śpiewakiem. Poza oszałamiającą techniką, Franco Fagioli dysponuje także tym CZYMŚ, na co składa się jego emocjonalność, pasja śpiewania i talent. Utwory Mozarta, które zaprezentował w Świdnicy, te jego cechy ujawniły w pełnej krasie. 

Zadebiutował na Salzburg Whitsun Festival w 2014 roku ze swoim programem Giambattista Velutti. W tym samym roku miały ponadto miejsce dwa debiuty z dziełami Mozarta: po wykonaniu partii Sesto w La clemenza di Tito w Nancy, zadebiutował jako Idamante w nowej produkcji Martina Kušeja: Idomeneo w Royal Opera House, Covent Garden. Jesienią 2014 roku ukazała się jego solowa płyta Il maestro Porpora – Arias, w której Franco Fagioli złożył hołd włoskiemu kompozytorowi i nauczycielowi śpiewu Nicoli Porporze. Pojawił się także na płycie Siroe – Re di Persia G. F. Handla (nie muszę dodawać, że wszystkie te płyty posiadam 😍), która została wydana mniej więcej w tym samym czasie, a także na płycie zatytułowanej La Concordia de' pianeti, odkrytym na nowo utworze barokowego kompozytora Antonio Caldary.

Na początku swojego występu w świdnickim Kościele Pokoju Franco Fagioli wykonał arię Se l’augellin sen fugge z włoskiej opery W. A. Mozarta "La Finta Giardiniera". Mozart napisał ją w Monachium w styczniu 1775 roku, gdy miał 18 lat, a jej prawykonanie miało miejsce 13 stycznia w Salvator Theater w Monachium. To rola Cavaliera Ramiro, przeznaczona na głoś kastrata. Podczas jej wykonywania Fagioli mierzył się zapewne z przestrzenią kościoła, bo dopiero kolejne arie dały słuchaczom pełne wyobrażenie o jego talencie i możliwościach. Przepięknie zabrzmiała aria Ah! se morir mi chiama! (Ach! Jeśli śmierć mnie wzywa!) z opery Mozarta "Lucio Silla". Pochodzi ona z II aktu opery. Giunia jest zagrożona przez dyktatora Lucio Silli, który chce ją poślubić, gdy tymczasem ona obawia się o bezpieczeństwo swojego ukochanego Cecilio, który potajemnie powrócił z wygnania. Biegnie więc do Cecilio i błaga go, by uciekał. Na pożegnanie Cecilio śpiewa tę piękną arię, zapewniając ją, że będzie jej wierny nawet po śmierci. To aria pełna ozdobników, dająca swobodę wykonawcy, co nie jest bez znaczenia w przypadku artysty takiego formatu jak Franco. Piękno i liryzm mieszają się dramatem rozstania... Wszystkich nas ta aria poruszyła. 

Po niej MUSIAŁO być jeszcze lepiej i choć wydaje się to nierealne  –  było! Kolejna aria pochodziła z opery "La clemenza di Tito" ("Łaskawość Tytusa") i nosiła tytuł Parto, parto, ma tu ben mi (Odchodzę, ale jesteś moja). Niezwykle piękna i poruszająca. Wykonana przy akompaniamencie fletu,  pełna liryzmu, ale są w niej także partie dramatyczne, dające wyobrażenie o skali możliwości śpiewaka. 

Można jej posłuchać tutaj, żeby nie było, że mnie poniosło :-) I choć jest to nagranie sprzed lat (Franco miał wtedy raptem 24), daje jednak jakieś wyobrażenie.


Na koniec zabrzmiał prawdziwy hit: motet Exsultate, JubilateMozart skomponował ten utwór w Mediolanie, w 1773 roku dla wybitnego kastrata Venanzio Rauzziniego. Premiera Exsultate, Jubilate odbyła się 17 stycznia w kościele św. Antoniego w Mediolanie. Ze względu na sopranowy charakter utworu, który wymaga od wykonawcy swobodnego operowania w zakresie oktawy dwukreślnej i osiągnięcia w decydującym momencie c3 (c trzykreślnego) utwór w zasadzie nie jest wykonywany przez kontratenorów, których skala zazwyczaj kończy się na alcie bądź też mezzosopranie, rzadko osiągając skalę pełnego sopranu. Ale dla Franco Fagioli wykonanie go nie stanowiło najmniejszego problemu. Zaśpiewał go z właściwym sobie wdziękiem i wirtuozerią. I "za karę :-) musiał bisować. Owacja na stojąco zakończyła ten pełen wrażeń muzyczny wieczór.

Owacja na stojąco po koncercie, fot. Daniel Gębala


My na koncercie, fot. Daniel Gębala


poniedziałek, 26 września 2022

Niebezpieczne związki władzy i muzyki na 57. Międzynarodowym Festiwalu Wratislavia Cantans /relacja z festiwalu/

Niebezpieczne związki muzyki i władzy okazały się bardziej skomplikowane, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Władza i próby dominacji mogą być destrukcyjne, ale bywa i tak, że relacje te są owocne i pozwalają muzykowi swobodnie tworzyć. Z pewnością jest to temat na nie jedną opowieść. Dla nas jednak, uczestników 57. Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans, związki te stały się źródłem wielu wspaniałych doznań, poruszających wyobraźnię i ducha.

Koncert "San Giovanni Battista", fot. Karol Sokołowski

Tegoroczny 57. Międzynarodowy Festiwal Wratislavia Cantans im. Andrzeja Markowskiego miał - zgodnie z zapowiedzią jego dyrektora artystycznego Giovanniego Antoniniego - właściwie dwa źródła inspiracji: powieść Pierre`a  Choderlosa de Laclosa zatytułowaną "Niebezpieczne związki" oraz jej słynną adaptację w reżyserii Stephena Frearsa, z pamiętnymi rolami Johna Malkovicha, Glenn Close i Michelle Pfeiffer. "Powiedziałbym, że jest to przede wszystkim powieść o władzy - to ona ostatecznie stanowi motor działań bohaterów. Zaryzykuję stwierdzenie, że jest najczęstszą przyczyną  lidzkich działań w ogóle" - deklarował maestro Antonini podczas konferencji prasowej. W istocie, dla władzy człowiek zdolny jest do sprzeniewierzenia się wszelkim wartościom, a nawet do zbrodni. Zaprezentowane podczas festiwalu utwory mówią o tym niekiedy literalnie, jak choćby oratorium "San Giovanni Battista" Alessandra Stradelli, ale też dotykają sfery ludzkiego ducha i jego zniewoleń ("Ciało i dusza") czy zgoła współczesności (występy Narodowego Chóru Ukrainy "Dumka").

Niebezpieczne związki władzy i namiętności

Historii ścięcia Jana Chrzciciela wysłuchaliśmy przed czterema laty, kiedy to Andrzej Kosendiak z towarzyszeniem Wrocławskiej Orkiestry Barokowej, zespołu Collegio Musica Sacra i solistów zaprezentował przepiękne oratorium Antonia Marii Bononciniego: "La decollacione di San Giovanni Battista". Tym razem mieliśmy okazję wysłuchać kompozycji znacznie wcześniejszej, XVII-wiecznej, w dodatku napisanej przez młodego, zaledwie 23-letniego kompozytora - Alessandra Stradelli. Nic zatem dziwnego, że kompozycja ma swoje słabości, jednakże znakomici wykonawcy: Wrocław Baroque Ensemble pod batutą Andrzeja Kosendiaka, a także wspaniali soliści sprawili, że dzieło to zabłysło nade wszystko pięknymi ariami. W rolę Jana Chrzciciela wcielił się Piotr Olech (kontratenor), partie córki Herodiady wspaniale interpretowała sopranistka Alicia Amo, zaś Bożena Bujnicka (również sopran) wcieliła się w postać złej Herodiady (we wspomnianym koncercie z 2018 roku fantastycznie zaśpiewała rolę Salome). Postać Heroda, mającego wahania i wątpliwości, ale ulegającego intrygom kobiet, wspaniale zinterpretował Tomáš Král, a w roli jego doradcy wystąpił  wybitny tenor Krystian Adam Krzeszowiak. Pozostali soliści Wrocław Baroque Ensemble (Aldona Bartnik, Aleksandra Turalska, Radosław Pachołek, Maciej Gocman) dzielnie dotrzymywali im kroku. 

"San Giovanni Battista", fot. Łukasz Rajchert

Sądzę, że młody i niestety przedwcześnie zmarły kompozytor nie mógłby sobie wymarzyć równie świetnych wykonawców. Wydobyli oni z tekstu libretta Ansaldo Ansaldi wszystko, a nawet więcej, nie tylko śpiewając, ale również inscenizując oratorium (co nie jest powszechną praktyką). Pominąwszy  rażącą momentami barokową "kwiecistość" libretta, zwłaszcza w partiach Jana, trzeba przyznać, że z tak pięknymi ariami i w ogóle muzyką, oratorium Stradelliego bliższe jest momentami operze. Jego przesłanie natomiast - zgodnie z ewangelicznym przekazem - uświadamia, że kiedy w grę wchodzi pycha władzy, namiętności i intrygi, wówczas moralne skrupuły bledną... O ile jednak postacie Heroda i kobiet są dobrze psychologicznie umotywowane, to sylwetka Jana Chrzciciela, mającego być w założeniu uosobieniem głębokiej wiary i niezłomności, wypada trochę blado. Przypuszczalnie wtedy, podobnie jak i dziś, uważano, że człowiek święty jest rodzajem mimozy, a przecież przekaz biblijny pokazuje Jana Chrzciciela jako człowieka radykalnego (był nazarejczykiem, jadł miód i szarańczę) i charyzmatycznego (przychodziły do Niego tysiące, aby się ochrzcić, miał też wielu uczniów). Dodajmy, że oratorium zaprezentowano w miejscu szczególnie tego godnym - w Katedrze pod Jego wezwaniem.

"Il viaggio dei Bassano", fot. Joanna Stoga

Muzyka i hojna władza

Choć relacje między mecenasami a artystami różnie się układały (Mozart), to jednak bez dworskiego mecenatu zapewne nie powstałoby tyle znakomitych dzieł. Wielcy kompozytorzy wręcz starali się o posady na dworach. Nie udało się to co prawda Johannowi Sebastianowi Bachowi, ale już jego syn Carl Philip Emanuel przez trzydzieści lat przebywał na służbie u Fryderyka II, zaś Johann Christian robił karierę komponując dla Teatru Królewskiego w Londynie. Joseph Haydn z kolei został  nadwornym kompozytorem i wicekapelmistrzem na dworze węgierskiej rodziny arystokratycznej, Esterházych. Znani kompozytorzy wiązali się też z książęcymi dworami: Georg Philipp Telemann został kapelmistrzem hrabiów Promnitz i bardzo to sobie chwalił. Było to obarczone bolesną niekiedy niezależnością, ale dawało też poczucie bezpieczeństwa materialnego. Podobnie było z włoską rodziną Bassano, która rozpoczęła swoją karierę w Wenecji, by potem przenieść się na Wyspy Brytyjskie, na których część z nich osiadła. Pozostali jednak wierni swojej tradycji, grając na konsortach, nauczając muzyki, a także konstruując i naprawiając instrumenty muzyczne: kornety, różne typy fletów, pomorty, kurtale i szałamaje. Zapewne nigdy byśmy się o nich nie dowiedzieli, gdyby nie Giovanni Antonini, który tytułem twórczego eksperymentu podjął próbę odtworzenia repertuaru tej zacnej rodziny. Mógł rozbrzmiewać np. w komnatach Tudorów, gdyż Henryk VIII był rozmiłowany nie tylko w kobietach, ale także w muzyce, zatrudniał więc śpiewaków i muzyków, a sam grał, śpiewał i komponował. 

Koncert "Il viaggio dei Bassano" pozwolił nam wyobrazić sobie, jak brzmiała ta muzyka, a także zobaczyć owe instrumenty, których twórcami byli w przeszłości. Znany z zamiłowania do gry na flecie, Giovanni Antonini mógł się tu spełnić przede wszystkim jako muzyk. Nie wyszedł całkiem z tej roli nawet wówczas, kiedy poprowadził swój ostatni koncert: "Ciało i dusza", wychodząc do publiczności z fletem miast dyrygenckiej pałeczki 😁. Towarzyszący mu młodzi muzycy grali biegle i świetnie się odnajdywali w owym starym repertuarze (XVI-XVII wiek).

"Missa solemis", fot. Sławek Przerwa


"Missa solemnis" dla arcyksięcia Rudolfa: "Z serca do serc"

Związki muzyki i władzy okazały się równie bezpieczne dla kompozytora IX Symfonii. Choć Ludvig van Beethoven skomponował mszę dla swego protektora arcyksięcia Rudolfa, uczynił to z własnej inicjatywy i - można by rzec - w wolności, wychodząc poza zwykłe schematy. To dzieło oryginalne, wręcz prekursorskie, podobnie jak ostatnie kompozycje tego twórcy. 
Beethoven wręczył swemu przyjacielowi i mecenasowi - kardynałowi i arcybiskupowi Ołomuńca, "Missa solemnis" 19 marca 1823 r. (kompozytor błędnie pomylił tę datę z rocznicą intronizacji). z dedykacją, o której wspomniał przed koncertem niezrównany jej interpretator, sir John Eliot Gardiner. Arcybiskup Rudolf zanotował: „ten pięknie napisany rękopis […] podarował mi sam kompozytor 19 marca 1823 r.”  .  Dedykacja brzmiała następująco: „Z serca – oby do serc trafiła”. I tak też zadedykował swój koncert maestro Gardiner. Nie były to tylko zdawkowe słowa. Wykonanie wspaniałe, poruszające! Gdyby podczas Wratislavi zaprezentowano tylko ten utwór, i tak byłabym usatysfakcjonowana...

"Missa solemis", fot. Sławek Przerwa


"Missa solemnis" składa się z pięciu części: Kyrie, Gloria, Credo, Sanctus/Benedictus, Agnus Dei. Beethovenowi nie chodziło bowiem o skrupulatne skomponowanie tradycyjnych części mszy, lecz o oddanie  marności człowieczej wobec nieskończonej potęgi Boga. O ile pierwsze części są jeszcze w miarę tradycyjne, o tyle od Benedictus/Sanctus "Missa solemnis" przekracza w sposób wizjonerski schemat mszy, kiedy po orkiestrowym Preludio pojawiają się skrzypce solo, których najwyższy ton symbolizuje Ducha Świętego, zstępującego na ziemię we wcieleniu Chrystusa. W końcowym, przepięknym  Agnus Dei błaganie Miserere nobis męskich głosów prowadzi do promiennej modlitwy o pokój: Dona nobis pacem w D-dur, zaś na zakończenie Beethoven cytuje m.in. temat z Mesjasza Haendla: „A króluje na wieki wieków".

Sądzę, że ten koncert był najwspanialszym punktem festiwalu, a interpretacja Gardinera zdaje się nie mieć sobie równych. Znakomici soliści, Monteverdi Choir i Orchestre Révolutionnaire et Romantique wykonali ten utwór wprost fenomenalnie. 

Koncert "Zakochany Mahler"

Muzyka i miłość: "Zakochany Mahler"

Tytuł tego koncertu wydaje się być dość niefortunny w kontekście tego, co wiemy o relacji Almy i Gustava Mahlerów. Nie byli bynajmniej szczęśliwą parą gruchających gołąbków. Wprawdzie kompozytor zakochał się w Almie tego samego wieczoru, 7 listopada 1901 roku, kiedy ją poznał, ale kochali się w niej "wszyscy" bez wyjątku, bo roztaczała wokół siebie niezwykły urok. W tym czasie była w związku z Aleksandrem von Zemlinskym, u którego pobierała lekcje kompozycji i którego podziwiała za jego inteligencję i muzykę, on zaś był w niej mocno zadurzony. Mahler był o dziewiętnaście lat starszy od Almy i do tego nieuleczalnie chory, więc rodzina odwodziła ją od tego związku, a jednak rok później stanęli na ślubnym kobiercu. Wychodząc za mąż za Gustava, Alma musiała zrezygnować z komponowania i przyjąć rolę czułej żony i matki, a nade wszystko gorącej zwolenniczki jego muzyki. W dodatku Mahler unikał towarzystwa i ściśle trzymał się swojego rozkładu dnia. Z dzienników Almy wynika, że czuła się samotna i znudzona, a ponadto "zdegradowana" do roli pani domu. Dopiero po kilku latach, kiedy Alma zaczęła flirtować z innymi mężczyznami, Mahler odnalazł i opublikował jej pieśni, mając nadzieję na poprawę stosunków. Nie na wiele się to jednak zdało - związek, szczególnie po śmierci córki - chylił się ku upadkowi. Oczywiście, tych dramatów w pieśniach nie odnajdziemy, choć nie są one też zapisem miłosnych uniesień, jakby należało sądzić. Pointa jest jednak dająca do myślenia. Otóż po latach, już po śmierci Mahlera i kolejnych swoich nieudanych związkach, Alma opublikowała z kolei pieśni Mahlera... 

Podczas koncertu Agata Zubel zaśpiewała zarówno owych "Pięć pieśni" wydanych za sprawą męża, ale powstałych dekadę wcześniej, jak też "Cztery pieśni", wydane  po śmierci Mahlera w 1915 roku. Alma skomponowała je do słów m. in. Rainera Marii Rilkego i Heinricha Heinego, a także do tekstów współczesnych poetów: Richarda Dehmela i Gustava Falkego. Poezje (może to wina tłumaczenia) zabrzmiały wprawdzie dość dziwacznie i trudno było momentami zrozumieć ich sens, za to muzyka... Przypuszczam, że duża w tym zasługa Agaty Zubel, która ciągle eksperymentuje z głosem i to się oryginalnie przekłada na interpretacje utworów klasycznych. Dwa lata temu zachwyciła mnie interpretacją cyklu pieśni Benjamina Brittena do słów Artura Rimbauda: "Les illuminations". W tym roku podobnie było z pieśniami Almy, a jeszcze bardziej - Gustava Mahlera. Małe miniatury Almy, pozbawione ozdobników, za to o wspaniałej barwie muzycznej, robią i dziś wrażenie. 

Agata Zubel, "Zakochany Mahler"
Pieśni Gustava Mahlera zabrzmiały jeszcze lepiej, a co ciekawsze - kompozytor sam napisał do nich teksty i zrobił to z wielkim talentem! Powstało dzieło totalne, które można by porównać z "Podróżą zimową" Schuberta. "Pieśni wędrującego czeladnika" mają tę samą rangę symbolu ludzkiego życia, z jego smutkami i radościami oraz finałową elegią nad utratą nadziei i miłości. Realizm miesza się tu z fantazją, świat przeżyć bohatera znajduje kontrapunkt w zmiennym stanie natury, opisy sytuacji i zdarzeń rzeczywistych przeplatają się z marzeniami sennymi. Końcowa pieśń „Die zwei blauen Augen” („Dwoje niebieskich oczu”)  z jednej strony podkreśla niemożność ukojenia w tej wędrówce bez końca, pojawia się jednak drzewo lipowe, dające zapomnienie i spokój. Wszystko, co do tej pory przeżył bohater pieśni, zyskuje głęboki sens. Owa rozmaitość życiowych doznać znajduje swoje odzwierciedlenie w muzyce, pełnej kontrastów, emocji, falujących nastrojów, aż do wyciszenia... Być może bez burzliwego mariażu Mahlerów nie powstałyby te znakomite utwory...

Koncert "Ciało i dusza", fot. Łukasz Rajchert


Kiedy materia zniewala ducha: "Ciało i dusza"

Tegoroczny festiwal Wratislavia Cantans zamyka swoista klamra: koncert "Ciało i dusza" zdaje się w jakimś sensie korespondować z zaprezentowanym na początku oratorium Stratellego. O ile jednak w przypadku "San Giovanni Battista" mieliśmy do czynienia z pierwszym oratorium, o tyle "Duszę i ciało" należałoby uznać za pierwszą operę - głównie z uwagi na elementy inscenizacji, której w oratoriach nie było. Choć - co trzeba podkreślić - właściwie nie ma w niej akcji, a jedynie dialogi postaci alegorycznych. Mnie się ten utwór kojarzył z XV-wiecznym moralitetem, w którym pojawiają się alegorie pojęć abstrakcyjnych, bohater zaś (Każdy, Everyman) znajduje się ciągle wobec wyboru między dobrem a złem. Zresztą, już opozycja ciało i dusza wywodzi się ze scholastycznej myśli średniowiecza. Po alegorie sięgają także twórcy późniejszych epok, np. Johann Wolfgang Goethe w "Fauście", kiedy to u schyłku życia tytułowego bohatera pojawiają się - jak w "Eneidzie" Wergiliusza - siwe niewiasty: Troska, Choroby, Starość, Strach, Nędza i Śmierć. 

Koncert "Ciało i dusza", fot. Łukasz Rajchert
W kompozycji Emilio de Cavalieri: "Rappresentatione di Anima, et Corpo" do libretta Agostino Mani występują wyłącznie postacie alegoryczne, począwszy od Czasu, Duszy i Ciała, poprzez Rozkosz i jej towarzyszy, po Życie Ziemskie i Świat. Corpo przestrzega przed niewłaściwymi wyborami Anima, a także Anioł Stróż. Próby "uwiedzenia" przez "Rozkosze tego świata", a także opieranie się im rozgrywają się w pięknych ariach, duetach, tercetach, zaś alegoryczni bohaterowie dzielą się na dobrych (jasno ubranych) i złych (na czarno), abyśmy nie mieli wątpliwości, jakie powinny być wybory każdego. Jednak nie dydaktyzm decyduje o urodzie tego uroczego dziełka, lecz przede wszystkim muzyka Cavalierego, którą pięknie zinterpretował maestro Giovanni Antonini wraz z zespołem Il Giardino Armonico oraz solistami.

Niebezpieczne związki muzyki i władzy okazały się bardziej skomplikowane, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Władza i próby dominacji mogą być destrukcyjne, ale bywa i tak, że relacje te są owocne i pozwalają muzykowi swobodnie tworzyć. Z pewnością jest to temat na nie jedną opowieść. Dla nas jednak, uczestników 57. Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans, związki te stały się źródłem wielu wspaniałych doznań poruszających wyobraźnię i ducha (nie bójmy się tego słowa :-)) 

środa, 21 marca 2018

O 48. edycji Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans – entuzjastycznie

Na koncertach Wratislavia Cantans bywam od lat, ale tak przemyślanego programu  i tylu pięknych wykonań podczas jednej odsłony festiwalu jeszcze nie słyszałam. Giovanni Antonini okazał się dla Wratislavii człowiekiem opatrznościowym. Łączy w sobie pasję, pracowitość i odpowiednie kompetencje. Wszystko to zdecydowało, że festiwal nabrał szczególnego blasku. Jego tegoroczna odsłona przebiegła pod znakiem podróży do Włoch.



„Równoległe żywoty” i duchowe piękno: Bach i Händel


Zaczęło się z „górnego C”, którym były dwa koncerty objęte wspólnym tytułem „Równoległe żywoty. Dwa młodzieńcze dzieła Bacha i Händla”. Idąc na ten koncert miałam nadzieję, że wczesna kantata Bacha będzie niejakim zadośćuczynieniem za brak mojego ukochanego kompozytora w dalszej części programu i że Händel będzie do niego „dodatkiem”. Rozpuszczona przez Paula McCreesha, który w ubiegłym roku zaprezentował aż dwie Pasje, byłam na początku – przyznaję – trochę zawiedziona tak skromnym udziałem w festiwalu lipskiego Kantora. Tymczasem - ku mojej uciesze i pożytkowi -  już ten pierwszy koncert rozbił moje stereotypy i oczekiwania. Pomyślany został jako spotkanie kompozytorów, do którego w rzeczywistości nigdy nie doszło. Kiedy komponowali zaprezentowane na koncercie utwory, obaj mieli po dwadzieścia kilka lat.

Jan Sebastian Bach po ślubie ze swoją daleką kuzynką Marią Barbarą udał się do  Mühlhausen w Turyngii, gdzie otrzymał posadę organisty w kościele św. Błażeja. Kantata „Z głębokości wołam do Ciebie, Panie” (Aus der Tiefen Rufe Ich, Herr, zu dir , BWV 131) powstała właśnie w tym czasie. Tekst nawiązuje do Psalmu pokutnego 130 oraz do drugiej i piątej strofy chorału Bartholomäusa Ringealdta „Herr Jesu Christ, du hőchstes Gut”. Kantata jest napisana na chór oraz dwóch solistów: bas i tenor. Nie ma w niej recitatiwów. Dopiero później, pod wpływem muzyki włoskiej właśnie, kompozytor łączy arie i recitatiwy. Mimo to, w tym wczesnym utworze zawiera się geniusz przyszłego autora wspaniałych kantat, w których komponowaniu osiągnął prawdziwe mistrzostwo, a mianowicie ich niezwykłe, duchowe piękno. Tego wieczoru, kiedy w Kościele Uniwersyteckim zabrzmiała kantata „Aus der Tiefen Rufe Ich, Herr, zu dir” ,  mogliśmy się o tym przekonać. Zarówno chór, jak też soliści, wprowadzili nas w ów duchowy nastrój: Christopher Purves jako bas, a przede wszystkim Krystian Adam Krzeszowiak jako tenor liryczny pięknie interpretowali tekst kantaty. Wydawało się, że po tym koncercie może być już tylko gorzej, a tymczasem… Dopiero po przerwie przekonaliśmy się, że i  Händel może być duchowy i poruszający.

Johann Sebastian Bach -- Kantata Aus der Tiefen rufe ich, Herr, zu dir BWV 131,
Wratislavia Cantans 2013
Mając niewiele ponad dwadzieścia lat Georg Friedrich Händel podróżował po Włoszech i zaczynał doświadczać sławy, czego dowodem było m.in. zamówienie na serenatę,  zlecone prawdopodobnie przez księżnę Donnę Aurorę Sanseverino z okazji uroczystości ślubnych księcia Alvito, Tolomeo Saverio Gallo oraz Beatrice Tocco di Montemiletto. „Acis, Galatea i Polifem” był rodzajem opery pasterskiej, której libretto  nawiązuje do historii opisanej w „Metamorfozach” Owidiusza. W istocie historia wielkiej nieszczęśliwej miłości Acisa, syna Fauna i nimfy oraz nereidy Galatei, którą udaremnił zazdrosny potwór Polifem, miała w wersji Händla pozytywny wydźwięk, mówiła bowiem o tym, że miłość jest silniejsza niż śmierć.

Acis, Galatea i Polifem/NFM
Trzeba przyznać, że wykonawcy partii solowych: Roberta Invernizzi– sopran (Acis), Sonia Prina – kontralt (Galatea) oraz Christopher Purves – bas (Polifem) śpiewali brawurowo i było oczywiste, że świetnie się czują w tym repertuarze. Początkowo były to prawdziwie wirtuozowskie popisy i byłoby wspaniale nawet wówczas, gdyby ograniczono się tylko do tego. Ale wykonawcy poszli znacznie dalej. Mniej więcej od dramatycznej arii Polifema, w której wyśpiewuje on swój smutek istoty niekochanej i odrzuconej, zaczęły się dziać rzeczy niebywałe, które mnie, profanowi, trudno nawet opisać. Otóż każda kolejna aria i duet stały się tak wyrafinowanie piękne, że publiczność zamarła w jakimś zachwycie i tak już było do końca. Mnie zafascynował szczególnie piękny kontralt Sonii Priny (Galatea), ale zachwyciła też niezwykle subtelna, prawie „wyszeptana” aria sopranu, w której Roberta Invernizzi wzniosła się na prawdziwe wyżyny mistrzostwa interpretacji. Dzięki temu odkryłam „innego” Händla: uduchowionego jak Bach…

Julia Lezhneva jak Jenny Lind, czyli „Włochy widziane z Północy”


Julia Lezhneva/NFM

Po takim koncercie mogłam sądzić, że już nic lepszego mnie nie spotka, ale znowu się szczęśliwie myliłam. Bo moim kolejnym odkryciem stała się Julia Lezhneva, niespełna dwudziestotrzyletnia artystka z Rosji – mezzosopran koloraturowy o niepowtarzalnym brzmieniu. Wykonała utwory: Franza Schuberta (Uwertura w stylu włoskim D-dur D590), Felixa Mendelssohna-Bartholdy`ego (Infelice – aria koncertowa), Wolfganga Amadeusza Mozarta (motet Exsultate, jubilate KV 165) oraz – na bis – arię z Händla. W jej głosie było przejmujące piękno, które dotykało ludzkiego ducha. Nie wiem nawet kiedy, ale tak właśnie „dotknięta” poczułam, że łzy ciekną mi po policzkach i działo się to jakby poza mną albo niezależnie ode mnie. Później, po koncercie, dowiedziałam się, że niemal wszyscy tak to odczuliśmy… Przypomniała mi się w związku z tym postać szwedzkiej śpiewaczki Jenny Lind – przyjaciółki Andersena, w której autor baśni bez wzajemności się kochał. Wiemy z przekazów, że śpiewała tak pięknie, że ludzie słuchający jej głosu płakali…  Zachwycał się nią sam Chopin, jej talent docenił także Mendelssohn, który twierdził, że „to najlepsza artystka, którą w życiu spotkał, najprawdziwsza i najszlachetniejsza”. Jestem przekonana, że gdyby usłyszał Julię Lehznewą, powtórzyłby to samo. Jej talent wymyka się wszelkim próbom racjonalizacji – to dar niezwykły i jedyny, który zdarza się niezwykle rzadko.

„Muzyczne nieszpory” Heinricha Schűtza i „La Betulia Liberata” Wolfganga Amadeusza Mozarta jako owoc podróży do Italii


Kiedy Heinrich Schűtz został zaproszony do stolicy Saksonii przez księcia Johanna Georga I, był już po swoich włoskich peregrynacjach bardzo dobrze zaznajomiony z muzyką Italii, uczył się bowiem w Wenecji u Giovanniego Gabrielego. Jednocześnie jednak znał znakomicie tradycję protestancką i był jednym z ostatnich kompozytorów, komponujących swoje utwory w średniowiecznej skali modalnej. Podróże do Wenecji zaś sprawiły, że przyswoił nieznany wówczas w Niemczech styl koncertujący i recytatywny. Zaadaptował także nowe, barokowe techniki kompozytorskie i wykonawcze. Można by bez większej przesady powiedzieć, że bez Gabrielego  i Monteverdiego nie byłoby takiego Schűtza, bez niego zaś – Bacha i Brahmsa.


Toteż w programie koncertu „Muzycznych nieszporów dla Kościoła Dworskiego w Dreźnie” pojawił się uczeń i mistrz - Heinrich Schütz i Giovanni Gabrieli (pierwszy i ostatni utwór). Usłyszeliśmy m.in. Psalm 40 „Boże, pośpiesz, by mnie wybawić” oraz śpiewaną po łacinie kompozycję „O Jesu, nomen dulce”. Zespół instrumentów dawnych Collegium Cartusianum zabrzmiał pod batutą Petera Neumanna, podobnie jak założony przez niego w 1970 roku Kölner Kammerchor. Najciekawsze podczas koncertu były  eksperymenty z chórem, który w pewnym momencie przemieszczał się i śpiewał z różnych miejsc w Kościele Uniwersyteckim. Brzmienie było fantastyczne!  Kompozycje Schütza, choć surowe i nie tak genialne jak muzyka Jana Sebastiana, dzięki włoskim inspiracjom zapowiadały już Mistrza z Lipska.

Wpływy włoskie odnaleźliśmy także w oratorium Wolfganga Amadeusza Mozarta „La Betulia liberata KV 118”, które to dzieło stworzył 15-letni zaledwie kompozytor podczas pierwszej podróży do Italii. Libretto napisał Pietro Metastasio (właśc. Pietro Antonio Domenico Trapassi), wybitny włoski poeta i librecista. Zainspirowane jest Księgą Judyty, w przeciwieństwie jednak do pierwowzoru, tematem przewodnim jest dramat upadku i odzyskania wiary przez mieszkańców Betulii, do czego walnie przyczyniła się dzielna wdowa Judyta, która nie tylko wiary nie utraciła, ale pokonała największego i najokrutniejszego wroga  - Holofernesa. 

Choć wczesne dzieło Mozarta razić może swoją przewidywalnością, jednak piękne głosy solistów i chóru znacznie nam to zrekompensowały. Wystąpił Chór Filharmonii Wrocławskiej oraz B'Rock (Belgian Baroque Orchestra Ghent) pod dyrekcją Carrado Rovarisa, a także znane nam już z pierwszego koncertu: Roberta Invernizzi– sopran (Chabris) oraz Sonia Prina – kontralt - w roli Judyty. Ponadto zaśpiewali: Silvia Frigato– sopran, Loriana Castellano– mezzosopran, Anicio Zorzi Giustiniani– tenor (Ozjasz) oraz Gianluca Buratto– bas (Achior). Moją uwagę zwróciła przede wszystkim Sonia Prina – kontralt o niezwykłej barwie i dramatyzmie. Tekst Metastasia – wbrew temu, co słyszałam w kuluarach – zabrzmiał wyjątkowo współcześnie: brak wiary i zwątpienie często stają się przyczyną ludzkiej klęski. I przeciwnie: wiara w Bożą Opatrzność sprawia, że wbrew tzw. logice zwycięża to, co jest pozornie słabe i łatwe do pokonania.

„Korzenie” i ten niezwykły Sollima


O tegorocznym Festiwalu Wratislavia Cantans mogłabym pisać bez końca, ale rozsądek nakazuje mi skupić się na tych dziełach i kompozytorach, które mnie szczególnie poruszyły. Należał do nich z pewnością wybitny włoski kompozytor i wiolonczelista Giovanni Sollima, który wystąpił na festiwalu dwukrotnie: w ramach koncertu z wrocławskimi wiolonczelistami oraz na zakończenie – podczas koncertu „Korzenie”.  Muzyk to absolutnie niezwykły, oryginalny – i jako kompozytor, i jako wykonawca. Kogoś tak grającego tematy klasyczne, etniczne i współczesne nigdy wcześniej nie słyszałam. Niezwykła wyobraźnia muzyczna i wirtuozeria połączone z nieudawaną radością tworzenia. Wszyscyśmy się nim zachwycili, toteż bisował wielokrotnie.

Giovanni Solima/NFM

Na koniec dodam, że bogaty i różnorodny program festiwalu znakomicie mieścił się w formule „Podróż do Włoch”. Uzupełniały go imprezy towarzyszące, cieszące się ogromnym powodzeniem, jak choćby prowadzony przez Andrzeja Kosendiaka kurs interpretacji, próby otwarte: J. Haydn – Symfonia B-dur w wykonaniu Kammerorchesterbasel pod batutą Giovanniego Antonioniego, a także sesja naukowa „Muzyka oratoryjna i kantatowa w aspekcie praktyki wykonawczej” oraz sympozjum naukowe na temat problemów pedagogiki wokalnej. Nieoceniony okazał się także starannie przygotowany od strony merytorycznej i interesujący wizualnie katalog festiwalowy, w którym przypomniano postać twórcy festiwalu Wratislavia Cantans – Andrzeja Markowskiego i który był wspaniałym przewodnikiem po wydarzeniach muzycznych.

Pomysłodawcy i Organizatorom tegorocznego 48. Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans  należą się bez wątpienia słowa uznania i wdzięczności.

Artykuł ukazał się 16 września 2013 roku na portalu PIK Wrocław

wtorek, 20 marca 2018

Akademia Händlowska dla wielbicieli pięknej muzyki /relacja/

Radość muzykowania, duchowe piękno, liryzm i patos kompozycji Georga Fryderyka wypełniły dni Akademii Händlowskiej. Mogliśmy posłucha wybitnych artystów i ich znakomitych interpretacji rozmaitych kompozycji autora "Mesjasza".




Rachel Podger, czyli radość muzykowania


Rachel Podger, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Akademię Händlowską rozpoczął koncert  Rachel Podger i Brecon Baroque, w którym znalazły się utwory Purcella, Geminianiego i oczywiście Händla. Dwaj pierwsi kompozytorzy mieli duży wpływ na twórczość autora "Mesjasza", można więc było w takim zestawieniu owe wpływy usłyszeć. Jednak niewątpliwą gwiazdą tego wieczoru była Rachel Podger - angielska skrzypaczka, która nie po raz pierwszy gościła we Wrocławiu.
Mogliśmy słuchać jej koncertu przed dziesięcioma laty, kiedy to wystąpiła z zespołem Arte dei Suonatori w pięknych barokowych wnętrzach Oratorium Marianum. W rezultacie tej współpracy nagrano wspólną płytę: "La Stravaganza" Antonio Vivaldiego, która otrzymała tytuł najlepszej barokowej płyty roku 2003 pisma Gramophone. W 2012 roku, w ramach Wratislavia Cantans,  Podger zagrała wraz z zespołem Brecon Baroque koncert skrzypcowy i klawesynowy J.S. Bacha. Dodajmy, że współpracuje ona z polskimi muzykami: klawesynistą - Marcinem Świątkiewiczem oraz z wiolonczelistą Tomaszem Pokrzywińskim.

Rachel Podger, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek

Podczas inauguracyjnego koncertu mogliśmy posłuchać Podger w mniejszych i większych składach orkiestry, w duecie ze skrzypcami, m.in. w VI Sonacie a 4 g-moll Z. 807 oraz Three parts upon a ground Z. 731  H. Purcella, gdzie skrzypce zabrzmiały wręcz wirtuozowsko. Równie piękne były wykonane w pełnym składzie fragmenty "Króla Artura" - muzyki skomponowanej przez Purcella do sztuki teatralnej. Drugą część koncertu wypełniła muzyka  G. F. Händla. Momentami artystka usuwała się nieco w cień, a na planie pierwszym prezentował się obój Alexandry Bellamy. Tak było podczas wykonania Koncertu na obój, smyczki i b.c. g-moll HWV 287.   Dialog skrzypiec z obojem brzmiał lirycznie i pieścił ucho. Uderzające było jednak samo podejście Rachel Podger do wspólnego muzykowania - pełne radości i młodzieńczego wręcz entuzjazmu.

Julia Lezhneva i duchowe piękno

Najważniejszym gościem Akademii  była w tym roku bez wątpienia Julia Lezhneva - mezzosopranistka koloraturowa o niespotykanej sile głosu i wspaniałej technice, mimo młodego wieku  - zaledwie dwudziestu pięciu lat. Zapamiętana z występu na Wratislavia Cantans w 2013 roku, kiedy to wzbudziła w słuchaczach wielkie, niezapomniane emocje, i tym razem nie zawiodła ich oczekiwań.

Julia Lezhneva, fot. Marek Cisek
Julia jest w dziedzinie wykonawstwa muzyki barokowej absolutnym ewenementem. Mając niespełna dwadzieścia lat, została zauważona przez Marca Minkowskiego, który raz ją usłyszawszy, zaprosił do wykonania Mszy h-moll J. S. Bacha w Katedrze Santiago de Compostella. Wkrótce potem, pod dyrekcją Giovanniego Antoniniego,  zaśpiewała w operze Vivaldiego "Ottone in Villa". Z nim też i jego zespołem Il Giardino Armonico nagrała swoją pierwszą solową płytę "Alleluja", która okazała się prawdziwym sukcesem. Złożyły się na nią motety Vivaldiego, Mozarta, Händla i Porpory.

Julia Lehzneva, fot. B. Lekarczyk-Cisek

Tym razem Julia Lezhneva przyjechała koncertować w ramach Akademii  Händlowskiej i zaśpiewała z Wrocławską Orkiestrą Barokową. Zaprezentowała różnorodny repertuar, ukazując swoje bogate możliwości wokalne. Wykonała m.in. arię  Agrippiny: "Pensieri, voi mi tormentate" z opery "Agrippina" HWV 6, w której zinterpretowała postać wbrew utartym schematom - jako zalęknioną o losy syna matkę. I chociaż w niektórych utworach śpiew Julii brzmiał równie wirtuozowsko jak głos Cecilli Bartoli, to mnie najbardziej poruszył przepiękny utwór "Salve Regina", w którym prócz znakomitej techniki wokalnej, słychać było to "coś", co sprawia, że śpiew Julii staje się czymś więcej niż śpiewem. Staje się przeżyciem duchowym.


 Patetyczny i liryczny "Salomon" Paula McCreesha


Peter Harvey, fot. B. Lekarczyk-Cisek

G. F. Händel napisał wiele oratoriów, których libretta nawiązywały do Starego Testamentu. "Salomon", podobnie jak "Zuzanna", powstał w 1748 roku. Anonimowe libretto oparte jest na biblijnej opowieści o mądrym królu Salomonie z Pierwszej Księgi Królewskiej oraz Drugiej Księgi Kronik. Ma formę opery włoskiej. Dominują arie i recytatywy, które kompozytor specjalnie napisał dla śpiewaków - gwiazd.
We wrocławskim koncercie utwór wykonywał także potężny Chór Narodowego Forum Muzyki, który w swoich pieśniach wysławiał Jahwe i króla. W roli Salomona wystąpiła Pamela Helen Stephen (alt). Nie jest to bynajmniej jakaś współczesna fanaberia, jeśli przypomnieć, że w pierwszych wykonaniach rolę tę śpiewały: włoska sopranistka Giulia Frasi oraz Caterina Galli (alt). W ogóle Händel  pisał głównie dla kobiet i arie te są bez wątpienia najpiękniejsze.
We wrocławskim wykonaniu "Salomona" najbardziej urzekająca była młoda sopranistka Katherine Watson, która prócz roli Żony Salomona zaśpiewała również partię Pierwszej Nierządnicy. Spośród męskich głosów znakomitym interpretatorem postaci Lewity był angielski bas - Peter Harvey, znany m.in. z wykonań J.S. Bacha.

Pamela Helen Stephen/fot. Barbara Lekarczyk- Cisek

Żywioł liryczny kobiecych głosów przeplatał się z patosem partii chóralnych i dramatyzmem głosów męskich. Dzieło G. F. Händla, choć nie tak spójne jak utwory J.S. Bacha, bo napisane najwyraźniej na zamówienie i pod konkretnych wykonawców, po latach olśniewa niekiedy swoją urodą.

Katherine Watson jako Żona Salomona/Pierwsza Nierządnica, fot.Barbara Lekarczyk=Cisek

Choć Akademia Händlowska zostawiła wrażenie niedosytu, pozostaje mieć nadzieję, że za rok będziemy mogli posłuchać równie pięknej muzyki.

Artykuł ukazał się na portalu Kulturaonline 18 lutego 2015 roku.

Urodziny Zofii Kossak w Górkach Wielkich

9 i 10 sierpnia w ruinach Dworu Kossaków znów będzie gwarno, jak dawniej, kiedy do Górek Wielkich zjeżdżali się m.in.: Maria Dąbrowska, Wańk...

Popularne posty