czwartek, 31 maja 2018

Czerwcowe spotkania z kinem na Wyspie Słodowej

Podobnie jak w latach poprzednich, tak i w tym roku Wrocławskie Centrum Rozwoju Społecznego zaprasza do kina plenerowego na Wyspie Słodowej. W repertuarze mniej i bardziej znane filmy fabularne różnych gatunków i z różnych rejonów świata.


Kino plenerowe na Wyspie Słodowej już od lat cieszy się niesłabnącą popularnością, każdorazowo gromadząc na pokazach kilkusetosobową widownię. Seanse odbywają się w piątki, soboty oraz w niektóre niedziele i zaczynają się o 21.30. Wstęp jest bezpłatny.

Repertuar na czerwiec


1.06 – piątek – godz. 21.30 – Grobowiec świetlików (1988), reż. Isao Takahata
3.06 – niedziela – godz. 21.30 – Smak curry (2013), reż. Ritesh Batra
8.06 – piątek – godz. 21.30 – Barany. Islandzka opowieść (2015), reż. Grímur Hákonarson
9.06 – sobota – godz. 21.30 – Ja, Daniel Blake (2016), reż. Ken Loach
15.06 – piątek – godz. 21.30 – Wilcze dzieci (2012), reż. Mamoru Hosoda
16.06 – sobota – godz. 21.30 – Kołysanka (2010), reż. Juliusz Machulski
29.06 – piątek – godz. 21.30 – Cinema Paradiso (1988), reż. Giuseppe Tornatore
30.06 – sobota – godz. 21.30 – Kedi – sekretne życie kotów (2016), reż. Ceyda Torun

Na widzów kina plenerowego tradycyjnie czekać będą wygodne leżaki i krzesła.
Podczas seansów obowiązuje zakaz picia alkoholu i palenia papierosów.
W razie niepogody pokaz filmowy może zostać odwołany.
Uwaga: W związku z Festiwalem Kalejdoskop Kultur na Wyspie Słodowej pokazy filmowe w dniach 22-23 czerwca nie odbywają się.

Więcej informacji, repertuar kina oraz ewentualne zmiany będą publikowane na stronach internetowych:
wyspa.wroclaw.pl oraz na fb.com/WyspaNaWeekend

Kino plenerowe jest organizowane przez Wrocławskie Centrum Rozwoju Społecznego w ramach projektu „Wyspa na Weekend”.
Partnerami tegorocznej edycji są Fundacja „Manus” oraz DKF Politechnika.
Sponsorami czerwcowych pokazów filmowych na Wyspie Słodowej są producent telefonów komórkowych Honor oraz sklep internetowy Aetka24.pl.

informacja prasowa

11. Festiwal Muzyki Filmowej rozpoczęty!

Krzysztof Penderecki patronem Sali Audytoryjnej Centrum Kongresowego ICE Kraków. Na początek - koncert inauguracyjny z muzyką Michaela Nymana, Elliota Goldenthala i Krzysztofa Pendereckiego.

Krzysztof Penderecki (w środku), foto: Wojciech Wandzel
Marzyłem nieśmiało o tym, by ta sala nosiła kiedyś moje imię. To jedna z najważniejszych i najpiękniejszych chwil dla mnie – powiedział wczoraj Krzysztof Penderecki, odsłaniając pamiątkową tablicę upamiętniającą nadanie Sali Audytoryjnej Centrum Kongresowego ICE Kraków jego imię. Uroczystą galą Penderecki 2 Cinema zainaugurowano 11. edycję Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie.

Nową dekadę w historii FMF rozpoczęto we wtorek w Katowicach, pierwszą odsłoną koncertu inauguracyjnego z muzyką Krzysztofa Pendereckiego, Eliota Goldenthala i Michaela Nymana w repertuarze. Muzycy NOSPR - pod dyrekcją belgijskiego dyrygenta i jednocześnie dyrektora muzycznego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Gandawie Dirka Brossé – przywitali festiwalową publiczność Trzema utworami w danym stylu, skomponowanymi przez Krzysztofa Pendereckiego w latach sześćdziesiątych w ramach oprawy muzycznej "Rękopisu znalezionego w Saragossie" Wojciecha Jerzego Hasa. 

koncert, fot. Wojciech Wandzel


Drugą część koncertu Penderecki2Cinema zadedykowaliśmy w całości muzyce żyjącej drugim życiem w dziełach filmowców największego formatu. Zabrzmiały: "Tren ofiarom Hiroszimy na 52 instrumenty smyczkowe" (jako ilustracja fragmentów takich arcydzieł, jak Lśnienie Stanley’a Kubricka z 1980 roku, Ludzkie dzieci Alfonso Cuaróna z 2005 czy ostatni sezon "Miasteczka Twin Peaks" Davida Lyncha z 2017), mroczna Passacaglia z III Symfonii (do kadrów z Wyspy tajemnic Martina Scorsese z 2010 roku, Nerudy Pablo Larraina z 2016 i "Katynia" Andrzeja Wajdy z 2007), Polymorphia na 48 instrumentów smyczkowych (jako oprawa muzyczna Egzorcysty Williama Friedkina z 1973 roku, "Lśnienia" Stanley’a Kubricka, "Bez lęku" Petera Weira z 1993 i Demona Marcina Wrony z 2015) oraz postromantyczna w charakterze, potężnie brzmiąca II Symfonia „Wigilijna” (jako kontrapunkt wydarzeń przedstawionych przez Wajdę w Katyniu).

koncert, fot. Wojciech Wandzel
Katowicką galę otwarcia 11. FMF uświetniła ceremonia wręczenia Nagrody im. Wojciecha Kilara, ustanowionej w 2015 roku przez prezydentów Krakowa i Katowic dla twórców dbających o etos kompozytorski, oryginalność języka muzycznego oraz czytelność i samodzielność ścieżek dźwiękowych.

To wyróżnienie jest afirmacją rzemiosła a zarazem pochwałą piękna muzyki w filmie – powiedział Robert Piaskowski, dyrektor artystyczny FMF. Obradująca pod jego przewodnictwem Kapituła Nagrody (z Agnieszką Holland, Krzysztofem Pendereckim, Romanem Polańskim i Krzysztofem Zanussim) wyróżniła w tym roku brytyjskiego kompozytora, pianistę i muzykologa Michaela Nymana, znanego kinowej publiczności przede wszystkim z minimalistycznych ścieżek dźwiękowych skomponowanych do postmodernistycznych filmów Petera Greneway’a (m.in. Kontrakt rysownika, Wyliczanka, Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek). Jurorzy docenili twórczość Nymana za jej oryginalność i maestrię funkcjonujące zarówno w powiązaniu z obrazem, jak i działające wbrew niemu.
Nie bez znaczenia są także ścisłe związki z kinem artystycznym – Nyman wykazuje głębokie zrozumienie wobec złożoności świata i sztuki, które jednocześnie pozwala mu tłumaczyć ją na najbardziej uniwersalny z języków – język muzyki – czytamy w uzasadnieniu decyzji.

Michael to człowiek absolutnie wyjątkowy, tworzy muzykę przełomową, taką, którą możemy zobaczyć – powiedział James Rushton, dyrektor grupy Music Sales i wydawca utworów Nymana, odbierając w Katowicach prestiżową statuetkę w jego imieniu. Sam laureat, w liście do Rady Merytorycznej Nagrody im. Wojciecha Kilara, napisał:

Chciałbym serdecznie podziękować nie tylko za to wyróżnienie, ale także za stworzenie niezwykłego forum służącego dyskusji na temat muzyki i kina, którym jest Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie.

Michael Nyman przygotował dla festiwalowej publiczności suitę orkiestrową złożoną z tematów napisanych na potrzeby oscarowego melodramatu "Fortepian" (reż. Jane Campion, 1993). Jej wykonanie poprzedziła światowa premiera Koncertu na trąbkę i orkiestrę smyczkową, skomponowanego przez pierwszego w historii laureata Nagrody im. Wojciecha Kilara, Elliota Goldenthala (w partii solowej wystąpiła norweska mistrzyni trąbki - Tine Thing Helseth). Amerykański kompozytor i zdobywca Oscara za ścieżkę dźwiękową do filmu Frida Julie Taymor czuje się silnie związany z Polską i naszym festiwalem, któremu – jak mówi – zawdzięcza „artystyczny renesans swojej twórczości”. Koncert na trąbkę i orkiestrę, zainspirowany postacią Tadeusza Kościuszki, przywiózł do Krakowa i Katowic jako pewnego rodzaju hołd złożony polskiej kulturze i jednocześnie akcent wzbogacający obchody stulecia niepodległości naszego kraju.

koncert, fot. Wojciech Wandzel
Koncert inauguracyjny z muzyką Michaela Nymana, Elliota Goldenthala i – przede wszystkim – Krzysztofa Pendereckiego powtórzono wczoraj w Krakowie. Festiwalowa publiczność wypełniająca po brzegi Salę Audytoryjną Centrum Kongresowego ICE Kraków przyjęła bohatera wieczoru owacją na stojąco. Na kilkadziesiąt minut przed rozpoczęciem gali Krzysztof Penderecki odsłonił tablicę upamiętniającą nadanie Sali Audytoryjnej jego imię.

Zastanawialiśmy się, czy ta sala jest godna posiadania tak prestiżowego patrona. Dlatego któregoś dnia spytałem profesora Pendereckiego, czy spełnia ona jego wymagania akustyczne. Potwierdził, zatem uznaliśmy, że to wspaniała decyzja” – powiedział Prezydent Krakowa Jacek Majchrowski podczas wczorajszej uroczystości. „Nie mógł mi pan sprawić większej radości – odpowiedział Krzysztof Penderecki. Przyjechałem do Krakowa w 1951 roku jako student i dziś myślę, że to właśnie to miasto sprawiło, że zostałem kompozytorem. Bardzo serdecznie dziękuję!

Tablica pamiątkowa została wykonana techniką miedziorytu, charakterystyczną dla warsztatu jej autora, Krzysztofa Skórczewskiego. Odbitkę portretu patrona zeskanowano, powiększono oraz przetworzono w specjalny sposób, w celu wytrawienia jej na stali szlachetnej. „Nikt nie zrobiłby tego lepiej” – skomentował najnowsze dzieło Skórczewskiego Krzysztof Penderecki.

Uroczystość nadania Sali Audytoryjnej Centrum Kongresowego ICE Kraków jego imienia, jak również galę Penderecki2Cinema inaugurującą 11. FMF zorganizowaliśmy w ramach krakowskich obchodów 85. urodzin mistrza. 

koncert, fot. Wojciech Wandzel

Przed nami kolejny dzień festiwalu – w samo południe zapraszamy do Pałacu Krzysztofory na spotkanie z Agnieszką Holland oraz współpracującymi z nią kompozytorami: Janem A.P. Kaczmarkiem i Antonim Komasą-Łazarkiewiczem. W ramach Forum Audiowizualnego FMF proponujemy także panele dyskusyjne na temat prawnych aspektów wykorzystania muzyki w filmie oraz ścieżek dźwiękowych funkcjonujących w dokumencie. Wieczorem – uroczysta gala z cyklu Scoring4Polish Directors, w Sali Audytoryjnej im. Krzysztofa Pendereckiego Centrum Kongresowego ICE Kraków.  

informacja prasowa

Arkadiusz Jakubik będzie uczył historii w Nowym Jorku!

Z okazji setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości Stowarzyszenie Filmowców Polskich organizuje serię przeglądów filmów o tematyce historycznej. Kolejna odsłona przeglądu rozpocznie się 1 czerwca w Museum of the Moving Image w Nowym Jorku. Gościem specjalnym uroczystego otwarcia będzie Arkadiusz Jakubik.

Arkadiusz Jakubik w filmie W. Smarzowskiego: "Wołyń"
Przegląd otworzy pokaz „Wołynia” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego. Gościem specjalnym wydarzenia będzie Arkadiusz Jakubik, aktor wcielający się w tym filmie w rolę Macieja Skiby. W kolejnych dniach zaprezentowane zostaną: „Popiół i diament”, „Człowiek z marmuru” i „Ziemia obiecana” Andrzeja Wajdy, „Pianista” Romana Polańskiego, „Miasto 44” Jana Komasy i „Noce i dnie” Jerzego Antczaka.

Seanse poprzedzą wykłady prof. Anette Insdorf, uznanej krytyczki, dziekan wydziału filmowego Columbia University, autorki książek o twórczości Krzysztofa Kieślowskiego i Wojciecha Jerzego Hasa. Pokazy filmów o tematyce historycznej odbędą się w Nowym Jorku w dniach 1 – 13 czerwca. Partnerami przeglądu są New York Polish Film Festival i Museum of the Moving Image.

Ideą projektu „Stulecie Odzyskania Niepodległości. Arcydzieła Polskiego Kina Historycznego” jest propagowanie polskiej sztuki i historii na arenie międzynarodowej poprzez prezentację filmów o nieprzeciętnych walorach artystycznych. Kanon siedmiu utworów, wskazanych przez komisję ekspertów, proponuje zagranicznym widzom szerokie spektrum tematyczne oraz różnorodność estetyczną. Te wybrane utwory pozwolą spojrzeć na historię Polski z perspektywy kilku pokoleń – począwszy od klasyka polskiej kinematografii – Andrzeja Wajdy, aż po przedstawiciela najmłodszej generacji twórców – Jana Komasę.

Arcydzieła polskiego kina historycznego będą mogli obejrzeć mieszkańcy blisko 20 miast. Na tej liście znalazły się m.in.: Wellington, Berlin, Nowy Jork, Amsterdam, Los Angeles, Toronto, Pekin, Hanoi i Tokio. Przeglądowi towarzyszy specjalne wydawnictwo, zawierające zestaw filmów (BD) oraz ich omówienia, które w sposób przystępny dla obcokrajowców naświetlają tło historyczne.

informacja prasowa

środa, 30 maja 2018

„53 wojny” Ewy Bukowskiej w konkursie Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Karlowych Warach!

„53 wojny” w reżyserii Ewy Bukowskiej z Magdaleną Popławską i Michałem Żurawskim w rolach głównych znalazł się w konkursie Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Karlowych Warach. 

53 wojny, M. Popławska, K. Preis, fot. Robert Jaworski
Scenariusz filmu powstał na podstawie autobiograficznej książki Grażyny Jagielskiej „Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym”. Polska premiera zaplanowana jest na 19 października. Wcześniej film będzie również walczył o Wielkiego Jantara Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych  „Młodzi i Film”.

Film Ewy Bukowskiej to historia inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Anka i Witek są kochającym się małżeństwem. On jest korespondentem wojennym, który większość roku spędza na wojnie. Ona nieustannie czeka, aż mąż wróci do domu. Anka stara się żyć normalnie, jednak niepewność o życie Witka coraz bardziej zatruwa jej rzeczywistość. Gdy on po raz kolejny wyjeżdża w rejony objęte wojną, ona zaczyna szykować się na najgorsze…

Film „53 wojny” to opowieść wielowymiarowa. Dziś wojna, przemoc, konflikty lokalne, terroryzm i ogólna destabilizacja to codzienność.  Jednym z poziomów filmu, a jednocześnie tłem opowiadania, jest dwadzieścia lat wojen w strategicznych rejonach świata.  Film jest zbudowany na opozycji: intymność dwójki głównych bohaterów versus pozornie odległy świat lokalnych konfliktów. – mówi o swoim pełnometrażowym debiucie Ewa Bukowska. 

53 wojny, M. Popławska, fot. Robert Jaworski

W rolę głównej bohaterki wcieliła się Magdalena Popławska.

Dużo wcześniej przeczytałam książkę Grażyny Jagielskiej „Miłość z kamienia” – to fascynująca historia, więc gdy dowiedziałam się, że scenariusz powstał na jej podstawie,  w ciemno byłam gotowa to grać. Uwielbiam takie historie: po pierwsze o kobietach, po drugie o osobach złamanych, po przejściach, z niełatwym losem, jak wiele z nas. – mówiła aktorka, która we wrześniu minionego roku na Festiwalu Polski Filmów Fabularnych  w Gdyni odebrała nagrodę za najlepszą drugoplanową rolę kobiecą w filmie „Atak paniki”.

Jak piszą organizatorzy festiwalu w Karlowych Warach, „53 wojny” to „sugestywny dramat psychologiczny, adaptacja autobiograficznej książki Grażyny Jagielskiej o doświadczaniu wojny z drugiej ręki: nie trzeba być na miejscu wydarzeń, by miały one destrukcyjny wpływ na nasze życie”.

Oprócz Magdaleny Popławskiej i Michała Żurawskiego na ekranie zobaczymy Kingę Preis, Dorotę Kolak i Krzysztofa Stroińskiego. Autorem zdjęć jest operator Tomasz Naumiuk, dwukrotnie nagrodzony podczas Festiwalu Młodzi i Film w Koszalinie („Amok”, „Disco Polo”). Za montaż odpowiada Agnieszka Glińska (m.in. „Atak paniki”, „Komunia”, „11 minut”, „Jeziorak”, „Polskie gówno”, „Yuma”). Producentem filmu jest Studio Munka-SFP, które ma na swoim koncie takie filmy, jak „Lęk wysokości”, „Królewicz Olch”, czy głośna „Cicha Noc”.

W Karlowych Warach „53 wojny” znalazły się w konkursie „East Of the West”. To sekcja międzynarodowa pierwszych i drugich filmów z Europy Centralnej i Wschodniej, Bałkanów, Grecji, krajów byłego Związku Radzieckiego i Azji Wschodniej prezentowanych jako światowe, międzynarodowe lub europejskie premiery. Dla „53 wojen” będzie to premiera międzynarodowa.

53 wojny, M. Popławska, M. Żurawski, K. Stroiński, fot. Robert Jaworski

Polskie produkcje w Karlowych Warach już nie raz były świetnie przyjmowane. Z nagrodami wyjechali twórcy takich filmów, jak m.in. „Cześć, Tereska”(2001), „Mój Nikifor” (2005), „Rysa” (2009), „Matka Teresa od kotów” (2010), „Płynące wieżowce” (2013), czy zeszłoroczne „Ptaki śpiewają w Kigali”.

„53 wojny” znalazły się również w konkursie Festiwalu Młodzi i Film. To najstarszy w Polsce festiwal, podczas którego można zobaczyć tylko debiuty. W  Koszalinie debiutowali między innymi Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Xawery Żuławski, Tomasz Wasilewski, Łukasz Palkowski, Sławomir Fabicki, Katarzyna Rosłaniec, Maria Sadowska, Kuba Czekaj, Jan P. Matuszyński, Marcin Wrona, czy Dariusz Gajewski.

Do polskich kin „53 wojny” trafią 19 października. Dystrybutorem jest NEXT FILM.

informacja prasowa,

Nagroda Smoka Smoków dla Siergieia Loznitsy

Każdego roku trzeci dzień Krakowskiego Festiwalu Filmowego kończy ceremonia wręczenia najważniejszej festiwalowej nagrody - Smoka Smoków, przyznawanej za wyjątkowy wkład w rozwój światowej kinematografii. Tym razem Rada Programowa Krakowskiej Fundacji Filmowej postanowiła uhonorować wybitnego reżysera dokumentalistę Sergeia Loznitsę. 21. laureat tego prestiżowego wyróżnienia jest także najmłodszym w historii zdobywcą tej nagrody.


Sergei Loznitsa fot. Kamila Szatan
Mogę powiedzieć, że Krakowski Festiwal Filmowy to mój festiwal. Przyjechałem tu z moim pierwszym filmem i potem każdy mój kolejny dokumentalny film był tu pokazywany. Więc w tym sensie Kraków to moje miasto. - podkreślił Siergei Loznitsa

Przewodniczący Rady Programowej, krytyk i teoretyk filmu, prof. Tadeusz Lubelski zaznaczył, że mimo wielości rodzajów twórczość laureata jest całkowicie jednorodna. Po pierwsze, pod względem stylistycznym: łatwo ją rozpoznać po charakterystycznym minimalizmie, po przedłużaniu ujęć w nieskończoność, jakby w oczekiwaniu na wydobycie z rzeczywistości ukrytej prawdy, po dokładnie obliczonym rytmie i precyzyjnie wykreowanej ścieżce dźwiękowej. Daje to efekt swoistej archaiczności, jak gdyby reżyser cofał się do któregoś z wcześniejszych etapów dziejów kina, by na nowo sformułować jego język,  z całkowitym pominięciem autorskiego komentarza, zarówno w postaci głosu z offu, jak muzyki niediegetycznej.

Tadeusz Lubelski, Jerzy Śladkowski, Jacek Petrycki fot. Kamila Szatan

Oficjalne wręczenie nagrody Smoka Smoków odbyło się 29 maja 2018 r. podczas 58. Krakowskiego Festiwalu Filmowego w Krakowie. Ponadto, w programie Festiwalu w ramach retrospektywy, znajdzie się wiele wybitnych dzieł reżysera, m.in. jego najnowszy dokument “Dzień Zwycięstwa” (“Den’ Pobedy”), który w Krakowie będzie miał polską premierę 30 maja o godz 15.00 w Małopolskim Ogrodzie Sztuki. Odbędzie się także tradycyjnie master class laureata.

Ceremonię zakończyła projekcja trzech filmów osobiście zapowiedzianych przez laureata: “List”, “Poczekalnia”, “Stary cmentarz żydowski”. 

Sergei Loznitsa (w środku) fot. Kamila Szatan
Siergei Loznitsa urodził się 5 września 1964 r. w Baranowiczach w ZSRR na terenie dzisiejszej Białorusi. Dorastał i kształcił się w Kijowie, gdzie ukończył studia inżynierskie i matematyczne na Politechnice Kijowskiej. Przez kilka lat zajmował się pracą badawczą w Instytucie Cybernetyki oraz pracował jako tłumacz z języka japońskiego. W 1997 roku ukończył z wyróżnieniem studia w zakresie produkcji i reżyserii filmów w Państwowym Instytucie Kinematografii w Moskwie. Aktualnie mieszka w Berlinie.

W czasie dwudziestoletniej kariery stworzył wiele filmów, które odniosły międzynarodowy sukces. Jego trzy pełnometrażowe filmy fabularne "Szczęście ty moje" (2010) i "We mgle" (nagroda FIPRESCI) (2012), “Łagodna” (2017) i jeden dokument “Majdan. Rewolucja godności” miały swoje światowe premiery na Festiwalu w Cannes, a w tym roku za fabułę “Donbass” otrzymał nagrodę dla najlepszego reżysera w konkursie Un Certain Regard. Inny jego pełnometrażowy film dokumentalny "Zmiana" miał swoją premierę na festiwalu w Wenecji w 2015 r. Jego filmy wygrywały także wielokrotnie festiwale filmowe na całym świecie.

Na Krakowskim Festiwalu Filmowym dokumentalny debiut Loznitsy “Dzisiaj zbudujemy dom” został nagrodzony Brązowym Smokiem. W późniejszych latach trzykrotnie odbierał w Krakowie główne nagrody: w 2006 roku Złotego Smoka za “Blokadę”, w 2008 Złoty Róg za “Rewię” i w 2013 znów Złotego Smoka za “List”. W ubiegłym roku, w ramach sekcji specjalnej Spojrzenie na Niemcy, prezentowany był jego film “Austerlitz”. W 2007 roku zasiadał też w jury Międzynarodowego konkursu krótkometrażowego pod przewodnictwem Andrzeja Żuławskiego.

Nagroda Smok Smoków, przyznana w tym roku po raz 21, to najwyższe wyróżnienie Rady Programowej Krakowskiej Fundacji Filmowej, organizatora Krakowskiego Festiwalu Filmowego, jako wyraz uznania za wkład w rozwój światowej kinematografii w dziedzinie filmu dokumentalnego i animowanego. Wśród dotychczasowych laureatów znalazło się wielu znamienitych twórców m.in. Werner Herzog, Kazimierz Karabasz, Bohdan Kosiński, Bogdan Dziworski, Allan King, Albert Maysles, Jonas Mekas, Helena Trestíková, Stephen i Timothy Quay, Raoul Servais, Jerzy Kucia, Paul Driessen, a także obecny na tegorocznym festiwalu w Krakowie w związku z sekcją Fokus na Estonię - Priit Pärn.


58. Krakowski Festiwal Filmowy trwa od 27 maja do 3 czerwca 2018 roku.

informacja prasowa

wtorek, 29 maja 2018

"Fokus na Estonię": Przegląd kinematografii Estonii rozpoczęty

Uroczysta ceremonia z udziałem Tiiny Tarkus z Ambasady Estonii w Warszawie zainaugurowała sekcję specjalną tegorocznej edycji Krakowskiego Festiwalu Filmowego, “Fokus na Estonię”. W wydarzeniu wziął udział także Kaarel Kuurmaa z Estońskiego Instytutu Filmowego.

Barbara Orlicz-Szczypuła, Raimo Jõerand, Kiur Aarma/zdjęcie organizatorów
Kinematografia estońska jest w Polsce mało znana, co skłoniło nas do zaproszenia tego kraju, jako gościa specjalnego. Zaprezentujemy widzom fascynujące historie opowiadane przez estońskich twórców. Niektóre są nam bliskie, bo mówią o podobnej, nieodległej przeszłości, inne odkrywają zupełnie nowe dla nas oblicze mieszkańców tego kraju. Oprócz znakomitych dokumentów, na pewno gratką dla kinomanów będzie pokaz estońskiej animacji, która wcześniej wielokrotnie gościła na ekranach festiwalowych kin i ma grono wielbicieli. - podkreśla Barbara Orlicz-Szczypuła, Dyrektorka Biura Programowego Krakowskiego Festiwalu Filmowego.

Tiina Tarkus zaznaczyła, że zaproszenie do współtworzenia programu Krakowskiego Festiwalu Filmowego jest wspaniałym prezentem z okazji obchodzonego w tym roku jubileuszu 100 lat niepodległości Estonii i z pewnością przyczyni się do szerokiej wymiany kulturalnej i współpracy środowisk filmowych naszych krajów.

Każdego roku, w ramach specjalnej sekcji, Krakowski Festiwal Filmowy prezentuje najnowsze dokumenty, filmy krótkometrażowe i animowane wybranego kraju. Dotychczas sekcja obejmowała prezentacje kinematografii m.in. Izraela, Holandii, Szwajcarii, Litwy, Wielkiej Brytanii, Szwecji i Niemiec. W ramach sekcji “Fokus na Estonię” zaprezentowane zostaną najnowsze filmy dokumentalne i krótkometrażowe. Pokazy będą odbywały się przez cały festiwalowy tydzień w Kinie Pod Baranami oraz w kinie ARS. Przedstawiciele branży filmowej Estonii i Polski spotkają się także na wspólnej konferencji oraz wielu wydarzeniach specjalnych.

W programie głównym sekcji “Fokus na Estonię” znajdzie się 6 pełnometrażowych dokumentów, których bohaterami są w większości Estończycy. Ukazane zostaną także nieznane powszechnie losy kraju i jego mieszkańców. W kontekście filmowych opowieści, warto wspomnieć obchodzony w tym roku jubileusz 100 lat niepodległości tego kraju.


Estoński cykl otworzyła polska premiera filmu “Rodeo. Jak poskromić dziki kraj”/ “Rodeo. Taming a Wild Country” (reż. Raimo Jõerand, Kiur Aarma) z udziałem twórców, 28 maja 2018 w Kinie Kijów.Centrum. To fascynująca historia pierwszych wolnych wyborów od czasu II Wojny Światowej i podróży Estonii w stronę kapitalizmu, poza sowiecką przeszłość. Film utrzymany w sensacyjnym duchu, ukazuje skomplikowane losy młodych idealistów, którzy niespodziewanie przejęli stery w tym nadbałtyckim kraju i sięgają po najmniej przewidywalne sposoby, by zapanować nad ogarniętą chaosem republiką.

Partnerami sekcji “Fokus na Estonię” są Estoński Instytut Filmowy i Ambasada Estonii w Warszawie.

Więcej na: www.krakowfilmfestival.pl/

informacja prasowa

poniedziałek, 28 maja 2018

10. Leo Festival: Muzyka, niepodległość, pokój i... magia

Od 1. do 3. czerwca 2018 roku będzie odbywał się jubileuszowy, bo 10. Leo Festiwal. W tym roku program jest różnorodny. Koncerty mają charakter tematyczny i dotyczą Niepodległości, pokoju, wspólnoty, a także związków muzyki i ... magii.




Cechą charakterystyczną festiwalu było budowanie mostów pomiędzy różnymi częściami społeczeństwa i między różnymi gatunkami sztuki - powiedział podczas konferencji prasowej Ernst Kovacic, dyrektor Leo Festiwal. 


Ernst Kovacic, fot. B. Beszlej
Budowaliśmy więc mosty łączące muzykę z literaturą, tańcem, teatrem lalkowym, a nawet ... ze sportem. W tym roku jeden z koncertów łączy muzykę i magię, a jego pomysłodawcą jest wiolonczelista, Jerzy Misiak. Z kolei pianistka Justyna Skoczek stała się pomysłodawczynią koncertu "Niepodległość" i to ona zadbała o odpowiednie teksty poetyckie oraz utwory muzyczne związane z wydarzeniami, podczas których Polska odzyskiwała niepodległość. Ale głównym przesłaniem tegorocznego festiwalu będą słowa Credo: "Una nobis pacem" - "I obdarz nas pokojem". I dodał:

Granie muzyki kameralnej jest dobrym przykładem na to jak żyć w pokoju. Tworzący zespół muzycy mają różne pomysły, ale ich wykonanie jest jedno.


Muzyka i magia

Mistrz magii oraz muzycy z Pakamery i Leopoldinum zainaugurują 10. Leo Festiwal.

Fantastyczna muzyka Johna Williamsa przeniesie nas do Hogwartu, gdzie raz jeszcze przeżyjemy zapierające dech w piersiach przygody z Harrym, Ronem i Hermioną. Dźwięki czarodziejskiego fletu pokonają wszystkie czarne charaktery z przeboju W.A. Mozarta – jednej z najbardziej lubianych oper w historii.

Orkiestra Leopoldinum, fot. Łukasz Rajchert
Pamiętajmy jednak, że z magią nie ma żartów, o czym przekonał się tytułowy bohater "Ucznia czarnoksiężnika", lekkomyślnie naśladujący swojego nauczyciela. Barwne, żartobliwe scherzo symfoniczne Paula Dukasa możemy znać z filmu "Fantazja" Walta Disneya z Myszką Miki w roli adepta magii. Czy to zaklęcia sprawiają, że kilkulatki grają na skrzypcach? W przerwie koncertu wystąpią maluchy uczące się muzyki metodą Suzuki, która odczarowuje wiele mitów, choćby na temat talentu albo trudności w wykonywaniu muzyki klasycznej. Smyczki w rękach maluchów niczym magiczne różdżki wyczarowują muzykę.

Niepodległość

Podczas tego koncertu zostaną zaprezentowane nie tylko dzieła muzyczne, lecz także literackie – związane z osobami i wydarzeniami znaczącymi w historii Polski.

Na jubileuszowym koncercie nie może zabraknąć muzyki jednego z twórców niepodległej Polski, Ignacego Jana Paderewskiego, który na rzecz ojczyzny działał jako artysta i mąż stanu, a później premier suwerennej już II Rzeczypospolitej. Natomiast Jerzy Fitelberg to reprezentant pokolenia wchodzącego w dorosłość tuż po odzyskaniu niepodległości. Zabrzmi oczywiście muzyka najbardziej kojarzonego z polskością kompozytora, genialnego Fryderyka Chopina. Dedykowana Janowi Pawłowi II Chaconne Krzysztofa Pendereckiego należy do Polskiego Requiem – wieloczęściowego dzieła inspirowanego ważnymi wydarzeniami i wielkimi postaciami z historii ojczyzny. Rodzima muzyka najnowsza będzie reprezentowana przez zamówiony specjalnie na Leo Festiwal premierowy utwór Tomasz Skweresa.

Atmosferę czasów końca I wojny światowej i początków niepodległej Polski przywołają wiersze i pamiętniki z tamtych lat (m.in. Jarosława Iwaszkiewicza, Juliana Tuwima, Marii Dąbrowskiej, Witolda Gombrowicza). Efektownym finałem będzie płomienne przemówienie Paderewskiego wygłoszone oryginalnie w Nowy Rok 1919.

Razem żyjemy – razem gramy

Publiczność festiwalu ma okazję zobaczyć efekty współpracy młodych muzyków z doświadczonymi artystami. Tradycyjnie już członkowie NFM Tria Smyczkowego Leopoldinum zagrają wspólny koncert ze studentami wrocławskiej Akademii Muzycznej im. K. Lipińskiego.

Trio Smyczkowe Leopoldinum, fot. B. Beszlej

Tym razem po raz pierwszy na estradzie pojawią się także muzycy grający na instrumentach dętych. Pedagodzy i studenci wykonają dzieła wielkich kompozytorów: Beethovena, Pendereckiego i Brucha. To program pokazujący nam muzykę kameralną w całym pięknie jej intymności, skupienia i subtelności.

Właśnie komponowanie na kilkuosobowe składy przyniosło Beethovenowi i Bruchowi ukojenie w trudnych chwilach. Penderecki określił swój kwartet jako intymną kolację czworga przyjaciół, „podczas której każdy ma coś do powiedzenia, a ich znajomość jest tak dobra, że żaden nie musi dopowiadać nic do końca”. Ten repertuar to idealna propozycja koncertowa na późny poranek leniwej czerwcowej niedzieli.

informacja prasowa

podczas konferencji: Basia Folta i ja :-), fot. Bogusław Beszlej

15. Millennium Docs Against Gravity - relacja z festiwalu

20 maja 2018 r. zakończył się 15. Millennium Docs Against Gravity Film Festival. Dla wrocławian, w tym dla mnie, była to 7. odsłona festiwalu filmów dokumentalnych. Jak co roku, udało mi się obejrzeć kilka znakomitych obrazów - pięknych i poruszających.



Z roku na rok festiwal jest bogatszy o ilość filmów oraz o dodatkowe atrakcje w postaci spotkań z twórcami, warsztaty, projekcje z wykorzystaniem nowych technologii. Często filmy stają się także pretekstem do dyskusji, wymiany myśli - nie tylko w kuluarach, ale także w postaci debat. Specjalnym adresatem festiwalu były w tym roku dzieci, dla których przygotowano nie tylko specjalny repertuar, ale również warsztaty.

Nie udało mi się obejrzeć wszystkich filmów, które sobie zaplanowałam, ani też uczestniczyć w spotkaniach, na których miałam ochotę zostać, ale i tak zobaczyłam 16 filmów, co - zważywszy, że festiwal trwał 10 dni - nie jest  liczbą małą. Jednak ważniejsze od cyfr są doznania, których doświadczyłam, refleksje, które się nasunęły, wymiana myśli z innymi widzami. Niektóre filmy tak mną wstrząsnęły, że nie mogłam już nic oglądać, bo trzeba było złapać oddech. Tak było m.in. w przypadku filmu pozornie skromnego: "Można kochać ziemniaki". Czasami opis filmu nie zapowiadał całego bogactwa znaczeń, a podczas projekcji pozorny banał zamieniał się w głębokie studium psychologiczno-socjologiczne, jak to było w przypadku "Współczesnego mężczyzny", o którym już pisałam. Niektóre filmy przerażały pesymistycznym oglądem świata, który zdaje się zmierzać donikąd ("Genesis 2.0"), inne poruszały problemami społecznymi ("Eldorado", "Rok nadziei"). Wszystkie niemal ukazywały niezmiernie ciekawe i skomplikowane ludzkie portrety, które głęboko poruszały. Takim filmem był bez wątpienia "Lubow - miłość po rosyjsku" czy portrety artystów, m.in. "Graces Jones" czy Charlie Siema, a już bodaj najbardziej - opowieść o Michale Waszyńskim ("Książę i dybuk"). Trzeba bowiem dodać, że w większości przypadków interesująca opowieść była zarazem znakomitym artystycznie kinem.

Moja relacja z festiwalu będzie, jak co roku, subiektywna, co w moim odczuciu jest raczej zaletą, nie wadą :-)
Opowiem o filmach, które zrobiły na mnie największe wrażenie, bo przy tej okazji będę miała możliwość choć trochę zrozumieć, dlaczego tak się stało.

"Można kochać ziemniaki": opowieść o rodzinnych traumach


Filmem, który ogromnie mnie poruszył, był dokument holenderskiej reżyserki Aliony van der Horst: "Można kochać ziemniaki". Podczas 9. odsłony festiwalu mieliśmy okazję zobaczyć inny jej interesujący film: "Wodne dzieci". Tym razem jest to obraz bardzo osobisty. Reżyserka, córka Rosjanki i Holendra, urodzona w Moskwie i znakomicie władająca rosyjskim, przyjeżdża na wieś, gdzie urodziła się jej matka, aby zrozumieć jej trudną, bolesną historię. Matka jest wówczas po wylewie i nie może już opowiedzieć o sobie, ponieważ utraciła zdolność mówienia. Nie jest to zresztą pierwsza wizyta w tym miejscu, o czym świadczy pewna zażyłość z kuzynostwem, a także nagranie wspomnienia babki, które udało się Alionie zarejestrować przed laty.

siostry pod jabłonią - jak z Czechowa, w środku matka reżyserki
Niektóre siostry matki już nie żyją, jedna w ogóle nie chce się spotkać z siostrzenicą, o czym mówi otwarcie w rozmowie telefonicznej. Wszystkie wyparły wspomnienia z przeszłości i nie chcą o niej mówić lub mówią komunały, chwaląc Stalina. Babka jako jedyna opowiada o straszliwym głodzie tuż po wojnie, o ciężkiej całodniowej pracy w kołchozie, którą musiała wykonywać, choć w tym czasie umierały jej dzieci. Wspomina także męża - alkoholika, który po powrocie z wojny pił notorycznie aż do śmierci.

fragm. animacji w filmie

Reżyserka cierpliwie namawia krewnych, aby opowiedzieli swoje historie, ogląda nieliczne zachowane zdjęcia, przedmioty (m.in. dziesiątki butów, które były w domu przechowywane z jakimś obsesyjnym uporem - po latach biedy, kiedy ich brakowało). Jak opowiedzieć historię rodziny, której opowiedzieć się nie da? Okazuje się, że to jest możliwe, jeśli się jest silnie zmotywowanym i konsekwentnym. Aliona jest właśnie taka. Ponadto wrażliwa, cierpliwa i empatyczna. A przy tym to uzdolniona artystka, która tka swoją opowieść z zachowanych strzępów wspomnień, z drobiazgów pozornie, a kiedy nie ma nic materialnego - wprowadza czarno-białe animacje Włocha Simone Massiego, przypominające poetyką filmy Lenicy. Pokazuje w nich swoją matkę jeszcze nienarodzoną, a już głodującą w łonie babki. Jej bezgłośny krzyk...

Znaczącą część tej historii "dopowiada" nieoczekiwania sama matka, kiedy to kuzynce Aliony udaje się odnaleźć jej listy do siostry. To właśnie ona wypowiada słowa, które stały się tytułem filmu: Można kochać ziemniaki, kiedy zaznało się straszliwego głodu. I oto ta, która uciekła przed ojcem, przed biedą i opresyjnym systemem aż do Holandii, na starość nieustannie wspomina swoją przeszłość: dzieciństwo, młodość... Okazuje się, że nie można od tego uciec - od swojej przeszłości. W listach odsłania się ze swoimi myślami, choć nigdy dotąd o tym nie mówiła i starała się trudne doświadczenia wyprzeć z pamięci. Zrozumienie przeszłości staje się dla Aliony kluczem do zrozumienia matki, a w konsekwencji - siebie samej.

Aliona z ciotką, kadr z filmu

Jest w tym filmie piękna scena, w której ojciec Aliony opiekuje się przykutą do łóżka matką. Głaszcze ją czule po głowie i mówi do córki:

Wiesz, że właśnie teraz, kiedy stała się ode mnie zależna, zakochałem się w niej po raz drugi? Bo wcześnie była taka chłodna i nie lubiła dotyku...

Pointa filmu jest znacząca. Dom, w którym urodziły się i dorastały siostry, dziedziczy jeden z kuzynów, który wraz z synem dobudowuje do niego nowy budynek. Wygląda to dość cudacznie, ale solidnie. Aliona chwali ich za ten wysiłek. Idzie nowe.

scena z butami
"Można kochać ziemniaki" jest filmem bolesnym - o tym, jak trudne może być życie w opresyjnym systemie, w owym "tu i teraz", którego sobie przecież nie wybieramy. A jednak w obrazach domu i jego otoczenia, a także na starej czarno-białej fotografii, na której siostry stoją w cieniu wielkiej jabłoni, tej grozy nie widać. Siostry bardziej przypominają postacie z "Wiśniowego sadu" Czechowa, aniżeli ofiary stalinowskich opresji czy rodzinnych traum. Jest w tym filmie wiele ciepła, a nawet poezji, które stanowią rodzaj przeciwwagi i pozwalają kontemplować niełatwe przecież ludzkie losy.

rodzinny dom matki Aliony



trailer filmu


"Książę i dybuk". Michała Waszyńskiego życie w filmie

Chociaż film Elwiry Niewiery i Piotra Rosołowskiego jest próbą zrekonstruowania biografii jednego z najbardziej znanych reżyserów dwudziestolecia międzywojennego, to jednak na tym nie wyczerpuje się ta ekscytująca opowieść. 
To także film o roli kina, które nie tylko "jest snem", ale utrwala ludzkie twarze, historie, a nawet chwile ulotne. To również opowieść o tym, że od siebie uciec nie można. 

Michał Waszyński, kadr z filmu :Książę i dybuk"

Konstrukcja filmu "Książę i dybuk" wywołuje skojarzenia z "Obywatelem Kane" Orsona Wellesa i nie sądzę, aby było to przypadkowe, ponieważ nie ma w tym dokumencie nic przypadkowego - to precyzyjnie skonstruowana opowieść o wieloznacznym przesłaniu. Rozpoczyna ją, jak we wspomnianym arcydziele Wellesa, fragment kroniki filmowej, z którego dowiadujemy się, że zmarł książę Michael Waszynsky i że został pochowany z honorami w rodzinnym grobowcu włoskich arystokratów. Od członków rodziny Dikeman zaczynają autorzy filmu swoje  hm.., śledztwo. I podobnie jak w "Obywatelu Kane", niczego prawdziwego się o swoim bohaterze nie dowiadują. Bohater jest i pozostaje tajemnicą.
"Nawet człowiek nie wie nic o sobie - pisze Gustaw Herling-Grudziński w wydanym ostatnio "Dzienniku 1957-1958" - i wystarczy, że stanie przed lustrem, by zacząć mieć wątpliwości". Charakterystyczne, że Waszyński także prowadzi dziennik - to jego lustro.

Waszyński, ostatni po prawej, obok Orsona Wellesa, podczas kręcenia "Otella"

Rozmówców, którzy próbują nam coś powiedzieć o Waszyńskim, jest wielu. Włoscy arystokraci twierdzą, że był księciem, a wskazywały na to jego maniery i elegancja. Od operatora pracującego z Wellesem przy "Otellu" dowiadujemy się, że Waszyński współpracował przy tym filmie, ale co tam robił poza tym, że grał z nim w karty - nie pamięta. Jednym z ważniejszych narratorów jest prywatny kierowca, który wprowadza nas w klimat Rzymu lat 50., podobnie jak muzyka Nino Roty i obrazy ulic, ludzi, nocnych klubów.
"Nigdy nie mówiło się o przeszłości" - podkreśla. A przecież wiemy, że reżyser ją posiadał, i to bardzo bogatą!

Film jako "druga realność"

Zmiana realiów - cofamy się w czasie i widzimy Warszawę końca lat 20. ubiegłego wieku, kiedy to nieznany nikomu młody człowiek realizuje swój pierwszy film. Zachowały się archiwalne zapisy, do których dotarli twórcy filmu i oto widzimy naszego bohatera, który nieco piskliwym głosem deklaruje, że robi to, co kocha. Dodaje też może banalnie dziś brzmiące słowa o magii kina, o tym, że film to, jak się wyraża, to "druga realność".
Patrząc na życie Waszyńskiego w pewnej perspektywie odnosimy wrażenie, iż słowa te trafiają w sedno - jego życie to niekończący się film, w którym wszystko jest możliwe i wszystko jest fantazją, ekscytującą fantazją.
Mosze Waks, skromny chłopiec z małego miasteczka na Wschodzie, może zamienić się we wziętego reżysera, bon vivanta, w księcia, producenta filmowego, który za miliony (cudzych) dolarów buduje w Hiszpanii "drugi Rzym", aby sfilmować upadek Wiecznego Miasta, a potem znika bez śladu i konsekwencji...

"Dybuk" w reż M. Waszyńskiego

Po raz pierwszy ucieka z Kowla, bo czuje się odrzucony przez innego żydowskiego chłopca. Do tego wątku powraca obsesyjnie przez całe życie, zarówno w dzienniku, jak też w swoim słynnym filmie "Dybuk", a wreszcie w życiu - kiedy każe kierowcy wozić się po całym mieście w poszukiwaniu dybuka... Wyjeżdżając z Kowla porzuca jednocześnie swoją żydowską tożsamość, nie tylko z powodu chłopca. Jedyny syn Mosze Waksa (prócz niego miał pięć czy sześć córek) jest homoseksualistą, a to wystarczający powód, aby uciec.

Książę Waszyński?

Kiedy pojawi się w Warszawie jako początkujący reżyser, jest już Michałem Waszyńskim - Polakiem wyznania rzymsko-katolickiego. Po przybyciu do Włoch wraz z armią Andersa (w której pełni głównie rolę operatora filmowego), mianuje się księciem i to także nikogo to nie zdziwi. Był miłym w obejściu, wiarygodnie zachowującym się człowiekiem. Bohater jego pierwszego włoskiego filmu pokazuje człowieka znikąd, który urodził się "dziś", jak sam powiada, i jest nim poniekąd sam Waszyński. Nie przyznaje się do tego, że odnosił w Polsce sukcesy jako reżyser. Woli grać rolę księcia, ewentualnie producenta - to robi lepsze wrażenie. Po wojnie życie wielu zaczyna się od nowa, więc nie budzi podejrzeń. Imponują poza tym jego powiązania z rodami arystokratycznymi, co zawdzięcza swojej żonie, zmarłej krótko po ślubie, ale chyba przede wszystkim temu, że znakomicie odgrywa rolę księcia.

Aby dotrzeć do prawdy o swoim bohaterze, twórcy filmu: Elwira Niewiera i Piotr Rosołowski, zjechali właściwie cały świat. Dotarli także do Kowla oraz do Tel Avivu, gdzie żyją dalsi krewni Waszyńskiego, którym udało się ujść zagładzie. Na zdjęciu zrobionym w 1922 roku w Kowlu widzimy młodego mężczyznę w towarzystwie kobiety, ale nie udaje się ustalić, kim ona jest: matką?

kadr z filmu "Książę i dybuk"
Starzy mieszkańcy Kowla rozpoznają zapisane na odwrocie prawdziwe nazwisko reżysera: Waks - to już jest jakiś trop. Podobnie - krewni w Tel Avivie. W Kowlu nie zachował się nawet cmentarz, a w pięknym, odnowionym budynku dawnej synagogi mieści się magazyn... Jeden z nielicznych ocalonych opowiada, że Niemcy spędzili tam kilkaset osób, w tym rodzinę bohatera filmu, z których nieomal wszyscy umierali w straszliwych męczarniach. Zapisanym na ścianach głosom ("Tyle cierpienia! Nikt nie stawia oporu. Nasze głosy wzywają Boga") towarzyszą utrwalone na taśmie filmowej ludzkie twarze... To częsty zabieg w tym filmie: obrazom opustoszałych miasteczek i cmentarzy odpowiada zapis utrwalony na taśmie filmowej: bawiące się dzieci, tętniące życiem miasteczka, cmentarze, gdzie spoczywają przodkowie.


Film - fresk naszych czasów


Wielką wartością filmu "Książę i dybuk" jest także i to, że rekonstruując los głównego bohatera, ukazują zarazem tamten miniony bezpowrotnie świat - żydowskie sztetle, przedwojenną Warszawę... To pokazuje, że film jest nie tylko ucieczką od rzeczywistości, ale także jej odbiciem, sugestywnym zapisem, rodzajem współczesnego fresku z Pompejów naszych czasów. 

Niezwykle poruszające był dla mnie obraz Warszawy z 1937 roku: poranek, służby porządkowe zmywają ulice, mleczarz rozwozi mleko w wielkich kadziach, gołębie podrywają się do lotu... Za chwilę ten świat przestanie istnieć...
Artyści pokazują jednocześnie, że także ów zapis bywa ulotny - taśma filmowa podlega destrukcji, stąd "rozmywające się" obrazy, utrwalone przypadkowe chwile: mały kotek w kieszeni płaszcza, Waszyński przechadzający się z papierosem brzegiem morza...

Dybuk


Zachowując chronologię wydarzeń, twórcy filmu inkrustują archiwalia nie tylko współczesnymi rozmowami o bohaterze, ale - od początku - wplatają weń sceny z "Dybuka" Waszyńskiego, traktując ten film jako rodzaj najbardziej osobistej wypowiedzi artystycznej reżysera. I choć twierdził on, kręcąc "Dybuka", że nie zna jidysz, swój intymny dziennik, będący zwięzłym komentarzem do wielu wydarzeń, pisze właśnie w tym języku.

"Dybuk" Waszyńskiego
Autorom filmu udało się stworzyć dzieło wybitne. Nie tylko opowiedzieli w sposób niebanalny historię tajemniczych losów Michała Waszyńskiego - samozwańczego księcia, hollywoodzkiego producenta, a zarazem jednego z najbardziej znanych i popularnych polskich reżyserów okresu dwudziestolecia międzywojennego. Próbowali dociec tajemnicy człowieka, który całe życie uciekał od swojej przeszłości i tożsamości w świat filmowych fantazji.


Michał Waszyński w swoim rzymskim mieszkaniu
Zachowując chronologię wydarzeń, twórcy filmu inkrustują archiwalia nie tylko współczesnymi rozmowami o bohaterze, ale - od początku - wplatają weń sceny z "Dybuka" Waszyńskiego, traktując ten film jako rodzaj najbardziej osobistej wypowiedzi artystycznej reżysera. I choć twierdził on, kręcąc "Dybuka", że nie zna jidysz, swój intymny dziennik, będący zwięzłym komentarzem do wielu wydarzeń, pisze właśnie w tym języku.

Jest to także film o roli kina, które nie tylko "jest snem", ale utrwala ludzkie twarze, historie, również chwile ulotne. To również opowieść o tym, że od siebie uciec nie można. 
Uroda tego filmu, precyzja montażu, dobór archiwaliów i zawarte w nim głębokie przemyślenia na temat "życia w sztuce" pozwalają na określenie go mianem wybitnego. Równie wybitny, jak podziwiany w ubiegłym roku "Dawson City - czas zatrzymany" Billa Morrisona.

"Książę i dybuk", trailer

"Twarze, plaże": o pamięci i przemijaniu


Niejako na antypodach tamtych sytuuje się film pary francuskich artystów: Agnes Vardy i  fotografa JR-a, zatytułowany "Twarze, plaże". Kino pogodne, a przy tym mądre i dające do myślenia.

Agnes Varda i JR, kadr z filmu "Twarze, plaże"
Pomysł na film przypomina "Dziennik z podróżyPiotra Stasika, którego bohaterem jest wybitny polski artysta fotografik, Tadeusz Rolke. We francuskim filmie wiekowa już, bo blisko 90-letnia, Varda wyrusza z 33-letnim artystą fotografii samochodem - ciemnią, by utrwalać w różnych miejscach Francji ludzkie oblicza. Fotografie ozdobią potem ściany, mury i inne mniej oczywiste miejsca, nadając im szczególne znaczenie. Przede wszystkim jednak to fotografowani ludzie nabierają nowego znaczenia, często ku ich zaskoczeniu, a nawet wzruszeniu. 

Varda jest często pomysłodawczynią tego, kto i gdzie ma był fotografowany, bo - jak się okazuje - w większości są to miejsca znane jej z młodości. Sama jest nie tylko kultową reżyserką, której filmy mieliśmy okazję oglądać na retrospektywie 80-letniej wówczas artystki, podczas festiwalu Nowe Horyzonty w 2006 roku, Varda jest również fotografem. Jeden z jej pięknych poetyckich filmów, które wówczas zaprezentowano, nosił tytuł "Plaże Agnes" i to do niego nawiązują "Twarze, plaże"


samotna kobieta na górniczym osiedlu ze swoją fotografią

Zanim jednak, dzięki obojgu artystom, ożyje opustoszałe osiedle i przywołani zostaną nieżyjący znajomi z przeszłości, odwiedzają oni umierające górnicze osiedle, które również już niebawem odejdzie w przeszłość. Filmują jedną z nielicznych mieszkanek - prostą kobietę, którą dotąd nikt się nie interesował i nie tylko wysłuchują jej historii, ale również robią jej ogromne zdjęcie, które następnie JR przyklei do muru jej domu. Kobieta ze wzruszenia nie może mówić, a kiedy artyści odjeżdżają, widzimy wiele fotografii nieżyjących już górników - niegdyś mieszkańców tego osiedla, na murach ich domostw. Są jak freski przedstawiające inny czas i inną cywilizację - piękna, poruszająca scena... Jest takich scen znacznie więcej, bo w istocie jest to film o pamięci i przemijaniu.

Znakomicie skomponowany kadr z pustym oknem w środku...
Właśnie dlatego, aby ocalić od zapomnienia, powstają zarówno owe fotografie, jak też sam film. Ale to nie wyczerpuje jego znaczeń. Dla mnie jest to także film o tworzeniu i o tym, że człowiek jest twórczy bez względu na wiek. Zderzenie młodości i starości jest w tym filmie źródłem humoru, ale także nawiązuje do relacji uczeń - mistrz. JR odnosi się do Vardy jak do partnerki, a czasami "zapomina", ile ona ma lat. Jest w filmie zabawna scena, kiedy fotograf wbiega krętymi schodkami na dość wysoką wieżę, podczas gdy Agnes Varda wspina się na nią z trudem i dochodzi do połowy jej wysokości. Po czym mówi żartem, że ten wysiłek jest równoważny tygodniowym ćwiczeniom. Podobnie żartuje, gdy JR pyta ją, czy nie bała się, gdy podczas wizyty u okulisty otrzymała zastrzyk w oko.

 Zawsze sobie w takich sytuacjach wyobrażam scenę z przecinaniem oka w filmie "Pies andaluzyjski" Bunuela - odpowiada. W porównaniu z nią mój zastrzyk to pikuś.


W "Plażach, twarzach" subtelny humor towarzyszy nam nieustannie, począwszy od czołówki, w której snuje się opowieść w stylu komedii omyłek - o tym, w jaki sposób artyści się nie poznali :-) Pozornie szorstki i zawsze schowany za okularami JR jest jednak ostatecznie kimś bliskim, kto - choć pozornie odmienny, bo młodszy o trzy pokolenia - jest jednak inicjatorem owego wspólnego projektu, dzięki któremu Varda uczestniczy w kolejnej, być może swojej ostatniej twórczej przygodzie. 

Agnes Varda
"Plaże, twarze" to nie tylko film o pamięci, jednakże w swojej podstawowej warstwie jest  zapisem współczesnego życia i próbą refleksji nad nim. Widzimy, jak radykalnie się ono zmieniło. Duży zakład pracy w coraz mniejszym stopniu jest miejscem, gdzie wszyscy się znają i tworzą układ wzajemnych relacji. Fotograf utrwala obie zmiany pracujące w fabryce w geście wyciągniętych rąk. Zdjęcia te również znajdą się na murach zakładu, nadając im szlachetny, ludzki wymiar. A przy okazji okaże się, że jeden z fotografowanych pracowników jest w pracy po raz ostatni. Daje to pretekst do rozmowy o tym, czym zajmie się na emeryturze. "Najpierw się wyśpię" - próbuje żartować mężczyzna, ale wcale się nie uśmiecha. Najwyraźniej nie ma pomysłu na życie na emeryturze i bardziej jest przestraszony niż ucieszony swoją nieoczekiwaną wolnością. To problem wielu ludzi.


fotografie na ścianie fabryki

Z kolei sfotografowana przez artystów kelnerka z ich ulubionej kawiarni przyciąga uwagę klientów, którzy robią sobie na tle jej powiększonego zdjęcia selfie. W rezultacie jej fotografie znajdą się powielone w internecie, co sprawi, że nagle nikomu nieznana skromna dziewczyna stanie się kimś rozpoznawalnym. Jej pryncypał ze zdumieniem kręci nad tym głową, a dzieci kelnerki są dumne z tego, że mam stała się sławna. O media, o tempora, chciałoby się wykrzyknąć. 


zdjęcie kelnerki

Uroczy i lekki jak pianka film obojga  tak różnych artystów opowiada o ludziach, o zmieniającym się świecie, o próbach zatrzymania czasu w fotografii i w filmowym kadrze. Jednocześnie w sposób nieomal niezauważalny, oglądając go, snujemy refleksje o pamięci i przemijaniu, a także o nas samych. Piękne, bezpretensjonalne, kameralne, a jednocześnie wielkie kino.


Agnes Varda i JR na tle jednego ze swoich zdjęć

W swojej relacji z 15. Millennium Docs Against Film Festival przyjrzałam się głębiej kilku filmom, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Zarówno ich problematyka, jak i forma artystyczna pozwalają dostrzec istotne problemy współczesnego człowieka w sposób daleki od banału, operujący metaforą i symbolem. To piękne, wartościowe kino, dajże widzowi wiele satysfakcji i niezapomnianych przeżyć.

niedziela, 27 maja 2018

"Książę i dybuk": Michała Waszyńskiego życie w filmie /recenzja/

Autorom filmu udało się stworzyć dzieło wybitne. Nie tylko fascynującą opowieść o tajemniczych losach Michała Waszyńskiego, człowieka, który całe życie uciekał od swojej przeszłości i tożsamości. To także film o roli kina, które nie tylko "jest snem", ale także utrwala ludzkie twarze, historie, a nawet chwile ulotne. To również opowieść o tym, że od siebie uciec nie można. 

Michał Waszyński, kadr z filmu "Książę i dybuk"
Jak "Obywatel Kane"

Konstrukcja filmu "Książę i dybuk" wywołuje skojarzenia z "Obywatelem Kane" Orsona Wellesa i nie sądzę, aby było to przypadkowe, ponieważ nie ma w tym dokumencie nic przypadkowego - to precyzyjnie skonstruowana opowieść o wieloznacznym przesłaniu. Rozpoczyna ją, jak we wspomnianym arcydziele Wellesa, fragment kroniki filmowej, z którego dowiadujemy się, że zmarł książę Michael Waszynsky i że został pochowany z honorami w rodzinnym grobowcu włoskich arystokratów. Od członków rodziny Dikeman zaczynają autorzy filmu swoje  hm.., śledztwo. I podobnie jak w "Obywatelu Kane", niczego prawdziwego się o swoim bohaterze nie dowiadują. Bohater jest i pozostaje tajemnicą.
"Nawet człowiek nie wie nic o sobie - pisze Gustaw Herling-Grudziński w wydanym ostatnio "Dzienniku 1957-1958" - i wystarczy, że stanie przed lustrem, by zacząć mieć wątpliwości". Charakterystyczne, że Waszyński także prowadzi dziennik - to jego lustro.

Waszyński, ostatni po prawej, obok Orsona Wellesa, podczas kręcenia "Otella"
Rozmówców, którzy próbują nam coś powiedzieć o Waszyńskim, jest wielu. Włoscy arystokraci twierdzą, że był księciem, a wskazywały na to jego maniery i elegancja. Od operatora pracującego z Wellesem przy "Otellu" dowiadujemy się, że Waszyński współpracował przy tym filmie, ale co tam robił poza tym, że grał z nim w karty - nie pamięta. Jednym z ważniejszych narratorów jest prywatny kierowca, który wprowadza nas w klimat Rzymu lat 50., podobnie jak muzyka Nino Roty i obrazy ulic, ludzi, nocnych klubów.
"Nigdy nie mówiło się o przeszłości" - podkreśla. A przecież wiemy, że reżyser ją posiadał, i to bardzo bogatą!

Film jako "druga realność"

Zmiana realiów - cofamy się w czasie i widzimy Warszawę końca lat 20. ubiegłego wieku, kiedy to nieznany nikomu młody człowiek realizuje swój pierwszy film. Zachowały się archiwalne zapisy, do których dotarli twórcy filmu i oto widzimy naszego bohatera, który nieco piskliwym głosem deklaruje, że robi to, co kocha. Dodaje też może banalnie dziś brzmiące słowa o magii kina, o tym, że film to, jak się wyraża, to "druga realność".
Patrząc na życie Waszyńskiego w pewnej perspektywie odnosimy wrażenie, iż słowa te trafiają w sedno - jego życie to niekończący się film, w którym wszystko jest możliwe i wszystko jest fantazją, ekscytującą fantazją.
Mosze Waks, bo tak brzmiało jego prawdziwe nazwisko, skromny chłopiec z małego miasteczka na Wschodzie, może zamienić się we wziętego reżysera Michała Waszyńskiego, w bon vivanta, w księcia, producenta filmowego, który za miliony (cudzych) dolarów buduje w Hiszpanii "drugi Rzym", aby sfilmować upadek Wiecznego Miasta, a potem znika bez śladu i konsekwencji...

"Dybuk" w reż M. Waszyńskiego
Po raz pierwszy ucieka z Kowla, bo czuje się odrzucony przez innego żydowskiego chłopca. Do tego wątku powraca obsesyjnie przez całe życie, zarówno w dzienniku, jak też w swoim słynnym filmie "Dybuk", a wreszcie w życiu - kiedy każe kierowcy wozić się po całym mieście w poszukiwaniu dybuka... Wyjeżdżając z Kowla porzuca jednocześnie swoją żydowską tożsamość, nie tylko z powodu chłopca. Jedyny syn Mosze Waksa (prócz niego miał pięć czy sześć córek) jest homoseksualistą, a to wystarczający powód, aby uciec.

Książę Waszyński?

Kiedy pojawi się w Warszawie jako początkujący reżyser, jest już Michałem Waszyńskim - Polakiem wyznania rzymsko-katolickiego. Po przybyciu do Włoch wraz z armią Andersa (w której pełni głównie rolę operatora filmowego), mianuje się księciem i to także nikogo to nie zdziwi. Był miłym w obejściu, wiarygodnie zachowującym się człowiekiem. Bohater jego pierwszego włoskiego filmu pokazuje człowieka znikąd, który urodził się "dziś", jak sam powiada, i jest nim poniekąd sam Waszyński. Nie przyznaje się do tego, że odnosił w Polsce sukcesy jako reżyser. Woli grać rolę księcia, ewentualnie producenta - to robi lepsze wrażenie i bardziej odpowiada mu ta nowa rola. Po wojnie życie wielu zaczyna się od nowa, więc nie budzi podejrzeń. Imponują poza tym jego powiązania z rodami arystokratycznymi, co zawdzięcza swojej żonie, zmarłej krótko po ślubie, ale chyba przede wszystkim temu, że znakomicie odgrywa rolę księcia.

Aby dotrzeć do prawdy o swoim bohaterze, twórcy filmu: Elwira Niewiera i Piotr Rosołowski, zjechali właściwie cały świat. Dotarli także do Kowla oraz do Tel Avivu, gdzie żyją dalsi krewni Waszyńskiego, którym udało się ujść zagładzie. Na zdjęciu zrobionym w 1922 roku w Kowlu widzimy młodego mężczyznę w towarzystwie kobiety, ale nie udaje się ustalić, kim ona jest. Matką?

kadr z filmu "Książę i dybuk"
Starzy mieszkańcy Kowla rozpoznają zapisane na odwrocie prawdziwe nazwisko reżysera: Waks - to już jest jakiś trop. Podobnie - krewni w Tel Avivie. W Kowlu nie zachował się nawet cmentarz, a w pięknym, odnowionym budynku dawnej synagogi mieści się magazyn... Jeden z nielicznych ocalonych opowiada, że Niemcy spędzili tam kilkaset osób, w tym rodzinę bohatera filmu, z których nieomal wszyscy umierali w straszliwych męczarniach. Zapisanym na ścianach głosom ("Tyle cierpienia! Nikt nie stawia oporu. Nasze głosy wzywają Boga") towarzyszą utrwalone na taśmie filmowej ludzkie twarze... To częsty zabieg w tym filmie: obrazom opustoszałych miasteczek i cmentarzy odpowiada zapis utrwalony na taśmie filmowej: bawiące się dzieci, tętniące życiem miasteczka, cmentarze, gdzie spoczywają przodkowie.

Film - fresk naszych czasów

Wielką wartością filmu "Książę i dybuk" jest także i to, że rekonstruując los głównego bohatera, ukazują zarazem tamten miniony bezpowrotnie świat - żydowskie sztetle, przedwojenną Warszawę... To pokazuje, że film jest nie tylko ucieczką od rzeczywistości, ale także jej odbiciem, sugestywnym zapisem, rodzajem współczesnego fresku z Pompejów naszych czasów. 

Niezwykle poruszające był dla mnie obraz Warszawy z 1937 roku: poranek, służby porządkowe zmywają ulice, mleczarz rozwozi mleko w wielkich kadziach, gołębie podrywają się do lotu... Za chwilę ten świat przestanie istnieć...
Artyści pokazują jednocześnie, że także ów zapis bywa ulotny - taśma filmowa podlega destrukcji, stąd "rozmywające się" obrazy, utrwalone przypadkowe chwile: mały kotek w kieszeni płaszcza, Waszyński przechadzający się brzegiem morza z papierosem w ręku ...

Dybuk

Zachowując chronologię wydarzeń, twórcy filmu inkrustują archiwalia nie tylko współczesnymi rozmowami o bohaterze, ale - od początku - wplatają weń sceny z "Dybuka" Waszyńskiego, traktując ten film jako rodzaj najbardziej osobistej wypowiedzi artystycznej reżysera. I choć twierdził on, kręcąc "Dybuka", że nie zna jidysz, swój intymny dziennik, będący zwięzłym komentarzem do wielu wydarzeń, pisze właśnie w tym języku.

"Dybuk" w reż. M. Waszyńskiego

Autorom filmu udało się stworzyć dzieło wybitne. Nie tylko opowiedzieli w sposób niebanalny historię tajemniczych losów Michała Waszyńskiego - samozwańczego księcia, hollywoodzkiego producenta, a zarazem jednego z najbardziej znanych i popularnych polskich reżyserów okresu dwudziestolecia międzywojennego. Próbowali dociec tajemnicy człowieka, który całe życie uciekał od swojej przeszłości i tożsamości w świat filmowych fantazji.


Michał Waszyński w swoim rzymskim mieszkaniu


Jest to także film o roli kina, które nie tylko "jest snem", ale utrwala ludzkie twarze, historie, również chwile ulotne. To także dramatyczna jak w tragedii greckiej opowieść o tym, że od siebie uciec nie można. 
Uroda tego filmu, precyzja montażu, dobór archiwaliów i zawarte w nim głębokie przemyślenia na temat "życia w sztuce" pozwalają na określenie go mianem wybitnego. Równie wybitnego, jak podziwiany w ubiegłym roku "Dawson City - czas zatrzymany" Billa Morrisona.


Zdobywca Grammy w niedzielę zagra we Wrocławiu

We Wrocławiu trwa XXVI Festiwal Muzyki Organowej i Kameralnej im. Johannesa Brahmsa Non Sola Scripta. Najbliższy festiwalowy koncert będzie ...

Popularne posty