Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 listopada 2020

Festiwal Mediów Człowiek w Zagrożeniu 24-29.11.2020

Muzeum Kinematografii w Łodzi zaprasza na 30. edycję Festiwalu Mediów "Człowiek w zagrożeniu". W programie m. in. przegląd filmów nagrodzonych Grand Prix, retrospektywa twórczości izraelskich dokumentalistów Baraka i Tomera Heymannów. Filmy można oglądać online.



Pełny program festiwalu znajdziecie TUTAJ.


Uczestnictwo w Festiwalu. Jak oglądać filmy?

Zarejestruj się bezpłatnie na stronie www.dafilms.pl

Na stronie www.czlowiekwzagrozeniu.pl są wymienione wszystkie tytuły filmów i reportaży.

Konkurs filmów dokumentalnych i konkurs reportaży telewizyjnych oraz pozakonkursowe pokazy filmów: kliknij na tytuł filmu lub reportażu. Zostaniesz przeniesiony na www.dafilms.pl bezpośrednio do seansu , który wybrałeś. Seanse będą dostępne od daty wskazanej w opisie przez cztery godziny (poza tymi filmami, w których opisach, zaznaczono, że są dostępne przez cały festiwal).

W opisie filmu lub reportażu (i na czlowiekwzagrozeniu.pl, i na dafilms.pl) znajdziesz link do wywiadu z autorką, autorem lub autorami filmu lub reportażu. W wywiadach bywają spoilery, oglądaj je raczej po projekcji.

W przypadku filmów i reportaży konkursowych, możesz przyznać każdemu obejrzanemu tytułowi od jednej do pięciu gwiazdek. Nie zwlekaj, możesz to zrobić tylko w czasie, gdy film jest dostępny do obejrzenia. W ten sposób wpłyniesz na wybór laureatów nagród publiczności.

Uwaga! Nie można wcześniej rezerwować sobie filmów. Nie można wcześniej kupować dostępu (nieliczne filmy są płatne).

Reportaże radiowe: kliknij na tytuł reportażu. Zostaniesz przeniesiony bezpośrednio do reportażu na stronie www.radiolodz.pl

W razie technicznych problemów, zwróć się o pomoc na czacie, który znajduje się w prawym dolnym rogu na stronie www.dafilms.pl. Jeśli nie będziemy w stanie od razu odpowiedzieć, poprosimy Cię o zostawienie adresu mailowego i odpiszemy niebawem.

W razie pytań dotyczących festiwalu, prosimy o wiadomość na: festiwal@kinomuzeum.pl

informacja prasowa

piątek, 16 sierpnia 2019

Centrum Historii Zajezdnia: Opowieść o powojennym Wrocławiu

Centrum Historii Zajezdnia, fot. materiały Muzeum


Opowiedzieć sobie i  światu naszą historię


Widoczna z daleka architektoniczna bryła dawnej zajezdni przy ulicy Grabiszyńskiej we Wrocławiu przykuwa wzrok, wyróżniając się na tle otaczającej ją przestrzeni. Wielkie okna w czerwonej cegle – tradycja i nowoczesność. A to dopiero preludium do tego, czego doświadczymy wchodząc do środka budynku. Kiedy bowiem znajdziemy się na wystawie ”Wrocław 1945-2016”, która jest ekspozycją stałą, a zarazem żywą i zmienną – doznamy uczucia, jakbyśmy wkroczyli w jakiś magiczny świat – nieistniejący, a przecież z pomocą obrazu i dźwięku ożywający na naszych oczach. To jakby świat przedwojennego Lwowa i w ogóle Kresów, ale także świat Polski międzywojennej lub raczej jego symbol.

Wystawa "Wrocław 1945-2016", fot. materiały Muzeum

A przecież na chwilę ożywa na naszych oczach: ulica z przechodniami, latarniami, skwerem, fragmentem ściany budynku, z oknem i firanką… Czujemy, że znajdujemy się po środku tego świata – jak w filmie albo we śnie – i stajemy się jego częścią. Słychać gwar ulicy – polifonię różnych dźwięków i nasza wyobraźnia zaczyna się temu poddawać. To zasługa zespołu autorskiego: Marka Mutora (dyrektora Centrum), Wojciecha Kucharskiego oraz Marka Stanielewicza (odpowiedzialnego za kształt plastyczny ekspozycji).

Jak zrodził się pomysł stworzenia takiej właśnie przestrzeni? – pytam dyrektora Centrum Historii Zajezdnia – Marka Mutora.
Pomysł powstania muzeum historii Wrocławia i Dolnego Śląska był wielokrotnie podnoszony – odpowiada. Na początku XXI wieku myślano o tym, aby zbudować Muzeum Ziem Zachodnich, co miało być także odpowiedzią na agresywną politykę pewnych niemieckich środowisk. Jednocześnie jednak był to czas po powodzi i Kongresie Eucharystycznym, kiedy skrystalizowała się myśl, że powinniśmy opowiedzieć sobie i  światu naszą historię, aby zrozumieć fenomen, który się tu wydarzył. Postulat ten został mocno wyartykułowany podczas debaty w Kolegium Europy Wschodniej przez Kazimierza Ujazdowskiego. W 2007 roku powołał on – jako minister kultury – Ośrodek Pamięć i Przyszłość, którego zadaniem było przygotowanie koncepcji Muzeum Ziem Zachodnich. 


Opowieść zaczyna się od ludzi

Od samego początku działaliśmy bardzo dynamicznie: wychodziliśmy w przestrzeń publiczną, zbieraliśmy świadectwa świadków historii. Chcieliśmy rozpocząć budowę muzeum od ludzi, a nie od murów. Różne były koleje losu tego projektu, był to też czas na przemyślenie koncepcji muzeum. W rezultacie zdecydowaliśmy się na budowę Centrum Historii, która to nazwa – w przeciwieństwie do muzeum – budzi żywe konotacje. 
Robiliśmy także wystawy, jak choćby ”Pociąg do historii”, która jeździła po Dolnym Śląsku. Kiedy w 2010 roku zajezdnię przy Grabiszyńskiej, w której zrodziła się wrocławska ”Solidarność”,  wyłączono z ruchu, zdecydowano, iż jest to właściwe miejsce dla Centrum Historii. I tak powstała interesująca multimedialna wystawa, którą można zwiedzać, której towarzyszy mnóstwo różnych zajęć edukacyjnych. 

Historia powojennego Wrocławia inspirująco opowiedziana


Z przedwojennej idylli przechodzimy mostkiem na drugą stronę, aby znaleźć się w dramatycznym czasie II wojny. Projekcje wideo, mapa, na której uwidoczniono nowy podział Europy i szachy z figurami mającymi twarze znanych polityków – każą zamyślić się nad tym, jak życie milionów zostało zmienione ręką dyktatora oraz w wyniku politycznych kalkulacji tych, którzy posiadali władzę.

Wystawa "Wrocław 1945-2016", fot. materiały Muzeum

Umowna przestrzeń, w którą wchodzimy, nie jest właściwie próbą rekonstrukcji. To raczej impuls do snucia opowieści – najpierw o przedwojennym świecie, a później o czasie wojny i przesiedleniach.

Naszym zamiarem było sprowokowanie widza do interakcji intelektualnej – tłumaczy Marek Mutor. Powinien zastanowić się, jaki przekaz płynie do niego z ekspozycji. Pragnęliśmy, aby odbiorca roztrząsał to także później i być może sięgnął po różne opracowania. Z wystawy nigdy nie wychodzi się z wiedzą, ale z emocjami. Jeśli więc ktoś wyjdzie stąd zafrapowany i poruszony, to jest szansa, że sięgnie po książkę i pogłębi swoją wiedzę. 


Wystawa "Wrocław 1945-2016", fot. materiały Muzeum

Obok rekonstrukcji i powiększonych fotografii, na wystawie znajdują się liczne przedmioty autentyczne, z których największym jest prawdziwy wagon z 1946 roku, wyprodukowany w Illinois, którym w latach 40. przywieziono pomoc z UNR-y.
Od wagonu zaczyna się zasadnicza część wystawy, gdzie mamy możliwość wczuć się w sytuację ludzi przesiedlanych na Ziemie Zachodnie – wyjaśnia oprowadzająca mnie po wystawie dr Kinga Janusiak. Wewnątrz prezentujemy przedmioty, które były niezbędne podczas podróży, a większość z nich to oryginały, które podarowali nam ludzie.

Wystawa "Wrocław 1945-2016", fot. materiały Muzeum

Zbieraliśmy je przez dziesięć lat – dodaje Marek Mutor. Nie wartość muzealna decyduje o tym, że znalazły się na wystawie, ale fakt, że za każdym przedmiotem kryją się jakieś ludzkie historie. Ludzie widoczni na fotografiach jechali w miejsca zupełnie sobie nieznane, a na dodatek zamieszkiwane jeszcze wówczas przez Niemców, którzy byli sprawcami wielu tragedii i którzy także przeżywali dramat wysiedlenia. 

Ekspozycja jako gra z widzem


Im dalej zwiedzamy wystawę, tym bardziej staje się ona symboliczna – wyjaśnia koncepcję wystawy Marek Mutor. Chcieliśmy zaprosić odbiorcę do swego rodzaju gry, w której nieustannie musi sobie zadawać pytania odnośnie tego, co napotyka na swojej drodze. Wystawa jest projektem otwartym – ludzie nadal przynoszą różne pamiątki, jest także sporo wolnej przestrzeni, w której powstają nowe ekspozycje. Są ponadto miejsca, które co jakiś czas będą przebudowywane. Przeznaczyliśmy dużo przestrzeni na warsztaty edukacyjne. 


Kiedy Breslau staje się Wrocławiem


Opuszczam z panią Kingą Janusiak wagon kolejowy i udajemy się w kierunku ekspozycji prezentującej chronologicznie powojenny Wrocław. Zaczynamy od ruin – bo tak wyglądało miasto po wojnie. Na skutek akcji Festung Breslau zniszczono ok. 70% budynków.

Chcemy, aby zwiedzający wczuli się w sytuację ludzi wyrwanych ze swoich małych ojczyzn, którzy przyjeżdżają do obcego miasta, w którym ciągle jeszcze są Niemcy – opowiada pani Kinga. Muszą w takich warunkach na nowo zorganizować swoje życie.

Wystawa "Wrocław 1945-2016", fot. materiały Muzeum

Próby tego ”oswojenia” miasta symbolizuje słup ogłoszeniowy, na którym widzimy plakat pierwszego przedstawienia w Operze Wrocławskiej – ”Halkę” Stanisława Moniuszki. A obok tego ogłoszenie pierwszego zakładu fotograficznego.
Posuwając się w głąb wystawy natykamy się na czarno-białe filmy dokumentalne, a obok tego kolorowe zdjęcia przedstawiające Wrocław w obiektywie zwiedzającego miasto studenta. Dwoma najbardziej rzucającymi się w oczy przybyszów elementami miasta były gotyckie okna kościołów, które symbolicznie odtworzono na wystawie. Obserwujemy także zmiany nazw ulic – z niemieckich na polskie. Proces spolszczania tych ziem uwidoczniono także w nazwach przedmiotów, budynków.


Czasy stalinowskie i odwilż

Wkraczamy w obszar polityki – odbywa się Światowy Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju (1948), pojawiają się hasła propagandowe, a zaraz potem więzienie jako symbol okresu stalinowskiego.

Wystawa "Wrocław 1945-2016", fot. materiały Muzeum

W jednym z pomieszczeń – obok zachodnich czasopism, w centralnym miejscu, stoi radio, dzięki któremu można posłuchać nagrań audycji Wolnej Europy. Znajdujące się w tym miejscu, sięgające sufitu drabiny, symbolizują próby przebijania się przez żelazną kurtynę po wolne słowo, chęć poznania tego, co dzieje się poza nią.

Wystawa "Wrocław 1945-2016", fot. materiały Muzeum

Wędrując po wystawie, mijamy okres odwilży i udokumentowane zaangażowanie wrocławian w pomoc walczącym o wolność Węgrom. A następnie rok 1968 – czas głębokiego PRL-u, protesty studentów, nagonka antysemicka, najazd na Czechosłowację, ale także życie codzienne tamtych czasów, zatrzymane w przedmiotach, które możemy oglądać w starannie zaaranżowanych pokojach – rekonstrukcjach. W ciągu chronologicznym ekspozycji życie codzienne miesza się z ważnymi wydarzeniami historycznymi, utrwalonymi na fotografiach i na filmach. I tak – poprzez stan wojenny – dochodzimy do czasów współczesnych, po transformacji ustrojowej.

Kultura i nauka


Są na tej ekspozycji miejsca szczególne, związane z wrocławską kulturą: Festiwalem Jazz nad Odrą, Teatr Laboratorium Jerzego Grotowskiego, ale jest także zaaranżowana czytelnia, w której możemy poznać świat wrocławskiej nauki i kultury. Otwierając poszczególne szuflady, możemy poznać biogramy i przedmioty związane z konkretnymi osobami, a wśród nich natrafimy na szufladę Tadeusza Różewicza – pełną przedmiotów należących do autora ”Kartoteki”. Multimedialna księga wrocławskich naukowców pozwala na szybkie dotarcie do potrzebnych informacji. Można też usiąść i poczytać ułożone tematycznie książki. Zwiedzającym wystawę towarzyszy także muzyka wrocławskich artystów, m.in. Lecha Janerki.

Tajemnicze pokoje


Na mnie szczególne wrażenie wywarły tajemnicze pokoje z trzema klamkami. Po pierwsze, nie było wiadomo, którą z nich uda się je otworzyć, po wtóre – po otwarciu czekała mnie zawsze jakaś niespodzianka. A to zrekonstruowana klasa szkolna o wyglądzie jakby żywcem przeniesionym z ”Umarłej klasy” Tadeusza Kantora, a tymczasem ławki pochodziły z pierwszej polskiej szkoły zorganizowanej na Dolnym Śląsku. Jak każdy autentyk, robiło to wielkie wrażenie. Za innymi tajemniczymi drzwiami znalazłam oryginalną budkę strażniczą i opowieść o epidemii czarnej ospy w latach 60.

Solidarność i wolność


Wystawa "Wrocław 1945-2016", fot. materiały Muzeum

Potem udałam się przez podziemia drogą Solidarności i wolności, a na ścianach mogłam rozpoznawać zdjęcia znajomych twarzy, m.in. prof. Czesława Hernasa, Renaty Otolińskiej, Staszka Huskowskiego czy ”Orzecha” – ks. Stanisława Orzechowskiego, kapłana wrocławskiej Solidarności. Ten rozdział historii pointuje zdjęcie z zakończenia strajku w zajezdni przy Grabiszyńskiej, na którym utrwalono postacie znajdujące się dzisiaj po przeciwnych stronach sceny politycznej.

Centrum Historii Zajezdnia jest miejscem, do którego można – i należy – powracać wielokrotnie. Nie tylko dlatego, że bogactwo treści i wielość eksponatów nie dają się ogarnąć całkowicie podczas jednego zwiedzania. Istotne jest także to, że jest to ekspozycja żywa, zmieniająca się i nie poddająca schematom, za to sprzyjająca refleksji i zachęcająca do osobistych poszukiwań.

Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu Kulturaonline.pl w lutym 2017 roku.

środa, 8 maja 2019

„Melchiory 2019”, czyli 15. odsłona ogólnopolskiego konkursu Polskiego Radia dla reportażystów

 Polskie Radio zainaugurowało kolejną, piętnastą już edycję otwartego, Ogólnopolskiego Konkursu Reportażystów „MELCHIORY”, odwołującego się do najlepszych tradycji polskiego reportażu oraz mistrzowskiego dorobku Melchiora Wańkowicza.


Celem konkursu, będącego w powszechnej opinii wizytówką mediów publicznych, jest promowanie indywidualności autorskich i ambitnych form twórczości radiowej, a także honorowanie utalentowanych reportażystów innych mediów, których twórczość może stanowić inspirację dla dziennikarzy radiowych. Jak informuje redaktor Agnieszka Walewicz ze Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia, odpowiedzialnego za organizację wszystkich etapów konkursu, w tym roku zostanie on rozstrzygnięty w trzech kategoriach: „Radiowa Premiera Roku” i „Radiowy Reportażysta Roku” (kategorie radiowe) oraz „Inspiracja Roku” (kategoria telewizyjna).

W kategorii „Radiowa Premiera Roku” nagroda zostanie przyznana za premierowy reportaż lub premierową audycję dokumentalną o wybitnych walorach artystycznych i ponadczasowym charakterze, wyprodukowaną lub wyemitowaną w okresie pomiędzy zamknięciem ostatniej edycji konkursu, a terminem upływu zgłoszeń do kolejnej. O nagrodę może również ubiegać się twórca premierowego reportażu radiowego lub premierowej audycji dokumentalnej, która – wychodząc od aktualnego wydarzenia – przedstawia zjawiska albo procesy zachodzące zarówno w kraju, jak i zagranicą.

W kategorii „Radiowy Reportażysta Roku” zwycięży dziennikarz, wybrany spośród kandydatur nadesłanych z rozgłośni regionalnych jednostek publicznej radiofonii, Dyrekcji Programów Polskiego Radia S.A. (w tym Programu dla Zagranicy Polskiego Radia – „Polskie Radio dla Zagranicy”) oraz Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia.

Z kolei w kategorii „Inspiracja Roku” zostanie uhonorowany dziennikarz stacji telewizyjnej, wyróżniający się wybitnymi dokonaniami w dziedzinie reportażu lub dokumentu, które mają szczególną moc inspiracji dla reportażystów radiowych.

W kategoriach radiowych uczestnikami konkursu mogą być pracownicy oraz współpracownicy jednostek publicznej radiofonii, niezależni producenci audycji radiowych, zawodowo zajmujących się tego rodzaju działalnością oraz studenci wyższych uczelni. W kategorii telewizyjnej – dziennikarze jednostek telewizji publicznej oraz komercyjnych stacji telewizyjnych.

Zwycięzcy konkursu w kategorii „Premiera Roku” otrzymują równorzędne nagrody pieniężne oraz statuetki „Srebrnego Melchiora”. „Radiowy Reportażysta Roku” odbierze nagrodę pieniężną oraz statuetkę „Melchiora”, zaś laureat w kategorii „Inspiracja Roku” – statuetkę „Melchiora” oraz premię ufundowaną przez Zarząd Telewizji Polskiej S.A.

Zainteresowani konkursem mogą nadsyłać prace do 31 maja 2019 r. na adres: Studio Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia, ul. Myśliwiecka 3/5/7, 00-977 Warszawa.

informacja prasowa

wtorek, 4 grudnia 2018

Spotkania z Krzysztofem Grębskim /reportaż, wywiad/

Pana profesora Krzysztofa Grębskiego - aktora Teatru Lalek we Wrocławiu oraz wykładowcę i prodziekana Wydziału Lalkarskiego PWST we Wrocławiu - znają laureaci Konkursu Ojczyzny Polszczyzny z warsztatów, które dla nich prowadził przed tzw. Wielkim Finałem. Cieszyły się one takim powodzeniem, że pojawił się pomysł przybliżenia sylwetki Profesora. W efekcie spotkania powstały „Porady mistrzów”, a także poniższy tekst, z którego można się dowiedzieć, jak wygląda dzień pracy prof. Krzysztofa Grębskiego, a także jakim studentem był on sam przed laty, kim byli jego mistrzowie, czym jest dla niego teatr i dlaczego najbardziej lubi komedie.

prof. Krzysztof Grębski, zdjęcie z archiwum aktora
Aby przyjrzeć się, jak wygląda praca Krzysztofa Grębskiego jako wykładowcy, trafiam do pięknie odnowionego gmachu przy ulicy Braniborskiej we Wrocławiu, w którym mieści się Wrocławska Filia Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Odbywają się właśnie zajęcia ze studentami III roku, które mają na celu przygotowanie dźwiękowego portfolio. W studiu nagrań, które jest pomysłem Krzysztofa Grębskiego i które funkcjonuje zaledwie od roku, w profesjonalnych warunkach studenci nagrywają fragmenty tekstów oraz piosenki, tworząc w ten sposób dość reprezentacyjny wybór swoich talentów i umiejętności.

Prof. Grębski podczas zajęć ze studentami,
fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
„Materiały te można zanieść do rozgłośni, do studiów radiowych i nagraniowych – wyjaśnia Profesor. W ten sposób łatwiej im będzie szukać dodatkowych zajęć w ramach swoich umiejętności. Zajęcia z dźwiękiem są spełnieniem mojej największej pasji. Już jako chłopiec bardzo często czytałem i parodiowałem różnych wykonawców przed mikrofonem. Korzystałem przy tym ze szpulowego magnetofonu, który podarował mi ojciec. Rodzice rejestrowali mój głos, kiedy miałem zaledwie roczek. Zachowały się też moje nagrania z okresu, gdy miałem kilka, kilkanaście lat, a także gdy zdawałem na studia. Ta pasja znalazła swój finał w zawodzie aktora i lektora1. Pracuję w różnych studiach radiowych we Wrocławiu i chcę swoich studentów zaprosić do tego, by zanim jeszcze opuszczą szkolne mury, utrwalali swoje głosy, które mogą się w przyszłości wydać komuś interesujące, co zaowocuje ewentualną współpracą”.

Na pytanie, w jaki sposób studenci PWST są przygotowywani do wykonywania zawodu, Profesor wspomina o stałej współpracy z Wrocławską Szkołą Filmową, mieszczącą się w dawnej Wytwórni Filmów Fabularnych. Okazuje się, że mają tam swoje plany zdjęciowe, podczas których realizują dwie sceny z polskich filmów. Podczas gdy studenci Szkoły Filmowej uczą się operatorstwa, oświetlenia i udźwiękowienia filmu, przyszli aktorzy mają szansę nauczyć się grać do kamery.

Próba I roku PWST, fot. Barbara Lekarczyk-Cisek
Uczestniczę także w zajęciach I roku Wydziału Lalkarskiego. Tym razem studenci przygotowują pod opieką prof. Grębskiego przedstawienie kończące pierwszy rok studiów w przedmiocie „Elementarne zadania aktorskie w planie lalkowym”. Począwszy od własnoręcznego wykonania lalek i rekwizytów, a także elementów dekoracji, poprzez grę zespołową i indywidualną, uczą się zawodu aktora – lalkarza. Z przyjemnością obserwuję ich grę. Mimo niewielkiego doświadczenia,  radzą sobie znakomicie. Dobra dykcja, pomysłowy ruch sceniczny, błyskotliwie zagrane sceny – wszystko to sprawia, że dobrze się bawię i czuję, jakbym była w prawdziwym teatrze.

O przyszłości decydują marzenia /wywiad/

Rada bym dowiedzieć się więcej o zawodowej drodze prof. Grębskiego, proszę więc o chwilę rozmowy. Zaczynam od standardowego:

Dlaczego został Pan aktorem? 

Krzysztof Grębski: Od czasów przedszkolnych śpiewałem piosenki i lubiłem występować. Kiedy zostałem wyróżniony w konkursie czytania baśni, zrozumiałem, że umiem sprawić, aby mnie słuchano i że to się podoba. Wtedy właśnie uwierzyłem w siebie. A potem sukcesywnie – przez okres szkoły podstawowej i liceum - niezmiennie udzielałem się teatralnie.

Skończyłem liceum ogólnokształcące w Orzyszu, dokąd rodzice się przeprowadzili, ale nigdy nie miałem kompleksu prowincji. Będąc dzieckiem odwiedzałem regularnie moich dziadków ze strony ojca (dziadek był profesorem Politechniki Warszawskiej) w stolicy, byłem więc oswojony z dużym miastem. Nie chodziliśmy wprawdzie zbyt często do teatrów, raczej odwiedzaliśmy muzea, ale poza tym babcia miała dużo pięknych książek i czasopism, które mi czytała. Była pełna sprzeczności: praktyczna, a zarazem romantyczna. Próbowała mi wyperswadować zawód aktora jako niepraktyczny. Z kolei babcia ze strony mamy mieszkała na wsi, niedaleko Bielska Podlaskiego i wyjazdy do niej są moim najpiękniejszym przeżyciem z dzieciństwa. Istniał więc rodzaj polaryzacji między naturą, którą kochałem (zapach wsi, ziemi, siana, zboża, lasu, kwiatów…) a kulturą dużego miasta, również pociągającą. Ostatecznie zdecydowałem, że pojadę do szkoły teatralnej do Wrocławia, ponieważ mieszkała tam moja ciocia i wiedziałem, że jest tam Wydział Lalkarski. Chciałem się w ten sposób bardziej oddalić od domu i usamodzielnić. Kiedy teraz opowiadam o mojej drodze do aktorstwa młodym ludziom, to zawsze podkreślam, że to nie miejsce, w którym mieszkamy, tylko nasze marzenia decydują o przyszłości.

Mistrz i uczeń – „Ile waży życie?” 


Jan Dorman, Dziennik Teatralny

A jacy byli Pańscy mistrzowie? 

Moim największym mistrzem był Jan Dorman. Już podczas egzaminów wstępnych zaczarował mnie swoją osobowością. A później, kiedy przechodziłem kryzys i nie wierzyłem w siebie ani trochę, w związku z czym miałem po I roku studiów poważne problemy, właśnie on zaprosił mnie na warsztaty artystyczne. To było wielkie wyróżnienie! Nie zgłosiłem swojej kandydatury, bo nie śmiałem nawet pomyśleć, że zostanę wybrany. Tymczasem okazało się, że jestem w błędzie. To było jak podanie ręki. I od tego momentu wszystko się zmieniło. Dzięki niemu znowu uwierzyłem w siebie.

Jakim człowiekiem był Dorman? Co było w nim takiego szczególnego? 

Był to człowiek, który w pewnym sensie „nie pasował” do naszych czasów. Swoją osobowością i sposobem bycia przypominał raczej przedstawiciela przedwojennej krakowskiej bohemy. Kiedy przychodził w środy na zajęcia, otwierał wahadłowe drzwi i odnosiło się wrażenie, że przybywa z innej rzeczywistości. To były lata osiemdziesiąte, więc kontestowaliśmy stan wojenny. Chodziliśmy np. ubrani jak hipisi czy punki, żeby się wyróżnić z szarego tłumu. On natomiast ubierał się w elegancki, czarny płaszcz, pod którym nosił czarną marynarkę z czarną aksamitką na tle białej koszuli… Siwe włosy spływały mu na kołnierz tego czarnego płaszcza, a do tego nosił kapelusz, laskę oraz skórzany sakwojaż. Stawał w drzwiach, uśmiechając się do nas, zawsze go oczekujących, a my wiedzieliśmy, że przyjechał z jakąś nową anegdotą, zazwyczaj bardzo inspirującą. Któregoś dnia (pamiętam to do dzisiaj) czekało nas około trzydziestu studentów z różnych lat i na jego widok ukłoniliśmy się w pas: „Ach, witaj Mistrzu!” – takie było zawsze powitanie. Uśmiechnął się, bo bardzo lubił takie objawy adoracji, po czym podszedł do stojącego z brzegu studenta i podając mu swoją walizkę, zapytał: „Proszę powiedzieć, ile to waży”. Student próbował oszacować wagę bagażu, ale Dorman wyrwał mu go, wypowiedział swoje eufemistyczne przekleństwo: „zupa pomidorowa”, po czym przekazał bagaż następnemu. Skutek był ten sam. Sytuacja powtarzała się wielokrotnie („zupa pomidorowa!”), aż wreszcie Dorman odebrał sakwojaż ostatniemu delikwentowi („zupa pomidorowa!”), zamknął z trzaskiem drzwi i zapadła głęboka cisza. Staliśmy bezradnie patrząc po sobie. Po chwili drzwi się otworzyły, wszedł Dorman i oznajmił: „Wiecie, ile to waży? To całe życie waży!” I w tym momencie zrozumieliśmy, jak głębokie może być słowo „waga”. Jan Dorman fascynował mnie swoimi opowieściami i tym, co mówił o teatrze i o życiu.

„Powiedz, że jestem”

To we mnie pozostało. Janowi Dormanowi zawdzięczam także pozostanie na studiach. Trzytygodniowe warsztaty podczas wakacji w 1985 r. zaowocowały stworzeniem jednego z najpiękniejszych spektakli, w których brałem udział: „Powiedz, że jestem” na podstawie prozy Hanny Krall. To historia żydowskiej dziewczynki, ukrywającej się w czasie wojny za szafą. Otóż zakochuje się ona w chłopcu, a właściwie w jego głosie, tak mocno, że kiedy opuszcza swoją kryjówkę, aby dłużej nie narażać rodziny, prosi mieszkającą tam koleżankę Polkę, żeby powiedziała temu chłopcu o jej istnieniu: „Powiedz mu tylko, że jestem, że jestem powiedz...”. W przedstawieniu tym zagrałem polskiego „szmalcownika”, który miał wydać Żydówkę. Obsadzając mnie w tej roli, Dorman przełamał przy tym mój schemat „miłego chłopca”. Kiedy pod koniec przedstawienia z ust dziewczyny padają słowa: „Powiedz mu tylko, że jestem”, przez chwilę słychać muzykę Gustawa Mahlera – jego I Symfonię D-dur "Tytan" - wstrząsającą, przepiękną… Odbywało się to przy zgaszonym na kilkadziesiąt sekund świetle. Podczas prób dziwiłem się trwającym tak długo ciemnościom, ale kiedy po słowach dziewczyny wszyscy ryczeliśmy w kulisach jak bobry, podobnie zresztą jak publiczność na widowni, zrozumiałem, co Dorman chciał w ten sposób osiągnąć. Otóż ludzie wstydzą się swoich wzruszeń, a dzięki temu mieli czas, aby wytrzeć łzy w ciemności. I od tego czasu wszystko się zmieniło w moim życiu. Uwierzyłem w siebie i ludzie także we mnie uwierzyli. Dorman pokazał mi sposób na teatr, na życie, na to, że ono waży – waży emocje.

Powiedz, że jestem..., 16 czerwca 1985, Encyklopedia teatru polskiego

Hołd złożony Mistrzowi 

Spektakl „Powiedz, że jestem” stał się tematem mojej pracy magisterskiej. Zyskałem wówczas świadomość, że swoimi przedstawieniami wyznaczał Dorman pewne trendy w teatrze. Jednak największym hołdem, który złożyłem memu Mistrzowi, było wznowienie tego spektaklu w dziesiątą rocznicę jego śmierci, kiedy to założony przez niego Teatr Dzieci Zagłębia otrzymał imię Jana Dormana. Postąpiłem dokładnie tak samo, jak zrobił to on przed laty. Zagraliśmy na jego scenie i jak wtedy, gdy padały słowa „Powiedz, że jestem”, wszyscy odczuliśmy głębokie wzruszenie. Sądzę, że młodym ludziom brakuje dzisiaj mistrzów, autorytetów, a młody człowiek potrzebuje tego fundamentu.

Praca dydaktyczna 


Domyślam się, że Pańska relacja z Janem Dormanem ma również wpływ na Pańską pedagogikę… 

Istotnie, im bardziej oddalam się wiekowo od moich studentów, tym bardziej moje relacje z nimi stają się podobne do mojej więzi z Dormanem. Dzięki dystansowi bardziej empatycznie wczuwam się w ich emocje. Własne doświadczenia wpłynęły na uświadomienie sobie, że nie można nikogo zostawić bez pomocy, bo takie wyciągnięcie ręki bywa ratunkiem na całe życie. Dorman otaczał się młodymi ludźmi i czerpał z nich energię, młodość, spontaniczność. Sam dawał piękne doświadczenie, nie ukrywając bynajmniej, że ta wymiana jest obopólna. Pamięć o tym sprawia , że dzisiaj podchodzę do studentów bardziej troskliwie i z większą uwagą.

Jak to się stało, że został Pan pedagogiem na swojej uczelni? 

Już na IV roku otrzymałem od Wiesława Hejno – ówczesnego dziekana - propozycję asystentury na dwóch przedmiotach. Pomyślałem wtedy, że to wspaniała nagroda za te wszystkie kłopoty, które mi towarzyszyły przez pierwsze lata studiów. Dostałem także – zupełnie niespodziewanie – propozycję pracy w redakcji radiowej od pani Heleny Małachowskiej. Piękna była ta jej wiara w moje możliwości. Jednak nie mogłem skorzystać z tej kuszącej oferty, ponieważ miałem w szkole zbyt wiele godzin i próby w teatrze od rana do nocy.

Aktor i lektor 


Jest Pan również popularnym lektorem i aktorem dubbingowym. Skąd takie zainteresowania? 

Powróciłem do mikrofonu zupełnie boczną drogą, bo za sprawą prof. Ryszarda Łukaszewicza, we Wrocławskiej Szkole Przyszłości. Tak oto trafiłem na człowieka, który ma piękną i bogatą duszę. Zorganizował wówczas w przedszkolu występ teatralny, w którym zagrałem wraz z koleżanką Anią Kramarczyk i w konsekwencji dostałem propozycję udźwiękowienia filmu, który na potrzeby szkoły robił jego syn, Rafał. Nagranie powstało w Studio HAGI Film Wideo we Wrocławiu i w ten sposób zostawiłem swój ślad, od którego wszystko się zaczęło. Później otrzymałem propozycję, aby przeczytać dialogi w filmie fabularnym. Początkowo przychodziło mi to z wielkim trudem (półtoragodzinny film czytałem trzy godziny!), ale realizatorzy nie stracili wiary we mnie i po jakimś czasie znów mnie zaprosili. Tym razem poszło lepiej. A później były audiobooki, programy edukacyjne dla dzieci, prezentacje, reklamy etc. Do dzisiaj czytam filmy jako lektor. Doszło do tego, że zaaranżowałem w swoim domu studio nagrań, kupując sprzęt dobrej jakości. Największą frajdę daje mi czytanie filmów i robienie dubbingu. Kiedy siedzę przy małej lampce i czytam, to rozkoszuję się panującą ciszą i spokojem – jakby czas się zatrzymał… Bardzo lubię także pracować przy dubbingach, gdzie mogę się zaprezentować aktorsko, co jest niezmiernie trudnym zadaniem.

Poza pracą w Teatrze Lalek we Wrocławiu, od wielu lat jest Pan również aktorem Teatru Komedia… 

Tak. Zaczęło się od zastępstwa za Pawła Okońskiego w „Szalonych nożyczkach” w 2002 roku i od tego czasu regularnie z nimi współpracuję. Z wyboru bliższa mi jest sztuka kreowania poprzez lalkę, formę plastyczną i zawartą się w niej metaforę, ale pewna część mnie, ta z dzieciństwa, to urodzony komik. Tak oto spełniło się moje kolejne marzenie. Zagrać dobrze komedię jest piekielnie trudno! Każdy gest, pointa muszą być precyzyjnie wyprowadzone. Jednocześnie jest to piękna przygoda, bo w Teatrze Komedia spotykają się aktorzy z Teatru Współczesnego, T. Polskiego i T. Lalek, a nawet ci, którzy ukończyli wprawdzie szkołę teatralną, ale nie pracują w zawodzie. W ten sposób tworzy się płaszczyzna dająca szansę na współegzystowanie ze sobą całego środowiska teatralnego Wrocławia, i nie tylko Wrocławia!

Krzysztof Grębski (klęczy) w spektaklu Teatru Komedii "Rodzina Kerwoodów", prasowe

Istotne pytania 


Czy ma Pan jakąś ulubioną rolę albo spektakl? 

Moim kamieniem milowym pozostanie spektakl „Powiedz, że jestem” Jana Dormana. Już wtedy z moim kolegą Markiem Tatko poczuliśmy, że nie zagramy już w niczym piękniejszym... Pamięć tamtej emocji pozostawia nasz osąd ciągle aktualnym. Wszystko, co się później wydarzyło, było wariacją na temat tego jednego wrażenia i wspomnienia tego przedstawienia.

Są jednak spektakle, które niezmiernie cenię. Lubię epizody, takie jak rola Marka Webstera w „Przyjaznych duszach” w Teatrze Komedia. Lubię także rolę Cara Gawryło w „Koniku Garbusku”, którego premiera odbyła się dwadzieścia trzy lata temu w Teatrze Lalek, a jednak ciągle to gramy. Każde nowe zadanie jest wyzwaniem, wielką niewiadomą. W jaki sposób wypełnię sobą tę przestrzeń myśli reżysera, myśli autora? W jaki sposób nastąpi koegzystencja tych trzech planów, trzech wyobrażeń? I co takiego powstanie na scenie? Czy to będzie bliskie mnie samemu..?

Sądzę, że to dobre pytania dla każdego z nas. Powinniśmy je sobie zadawać nieustannie w kontaktach z ludźmi. Pozostawiam więc z nimi naszych Czytelników i zachęcam do refleksji.

Dziękuję za rozmowę.

Prof. Krzysztof Grębski użycza swego głosu lektor filmowy i aktor dubbingowy, m.in. we „Włatcy móch” oraz jako lektor w „Cesarzowej” Yimou Zhanga  

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Nowej Ery, na podstronie Konkursu Ojczyzny Polszczyzny.

niedziela, 12 sierpnia 2018

Zostań reportażystą. Ruszył nabór do projektu "HollyŁódź mówi"

Odkryj z nami HollyŁódź. Ruszył nabór do nowego projektu! Odszukaj osoby, które zapisały się na kartach historii łódzkiej fabryki snów. Weź udział w warsztatach i naucz się realizacji historii mówionych w nowoczesnej formie.


W projekcie "HollyŁódź mówi" uczestnicy przygotowujący wideoreportaże dotyczące filmowej historii Łodzi mają za zadanie skupić się na mikrohistoriach i pokazać lokalną kulturę filmową jako zbiór historii prywatnych. Filmy powstałe w ramach projektu zostaną udostępnione w portalach społecznościowych oraz na stronie kameraakcja.com.pl. Aby wziąć udział w projekcie, należy wypełnić aplikację na stronie.

Do udziału w projekcie Hollyłódź mówi. Spotkania międzypokoleniowe organizatorzy zapraszają z jednej strony tych, którzy chcą dowiedzieć się więcej na temat filmowej historii miasta (zapisy tutaj), a z drugiej strony, tych którzy mogą podzielić się swoimi wspomnieniami o kinematografii w Łodzi (zapisy tutaj). Zderzenie pokoleń da okazję do odkrycia zapomnianych opowieści o łódzkim wkładzie w przemysł filmowy.

Rekrutacja trwa do 24 sierpnia!

Pierwszym krokiem ku temu będą warsztaty dla dokumentalistów (28 sierpnia i 12 września). Uczestnicy poznają zagadnienia reportażu społecznego, filmu dokumentalnego, prowadzenia wywiadów oraz historię Łodzi filmowej. Warsztaty odbędą się w dwóch turach i podzielone będą tematycznie. W części pierwszej pt. "Jak słuchać, by usłyszeć" (28 sierpnia) prowadzący będą udzielać wskazówek, jak znaleźć rozmówcę, przygotować się do wywiadu poprzez odpowiednią kwerendę czy prowadzić i rejestrować spotkania z darczyńcami wspomnień pod względem psychologicznym i technicznym. Druga część pt. "Ciekawość – 1-szy stopień do sukcesu" (12 września) to praktyczne ćwiczenia z zasad przeprowadzania wywiadów, opracowywania i wykorzystywania zebranych relacji poprzez naukę podstaw filmowania, kompozycji czy rejestracji dźwięku, tak aby były atrakcyjne dla odbiorcy.

Zapisz się do projektu jeśli chcesz podzielić się swoją historią

Projekt dofinansowany jest z budżetu Miasta Łodzi w ramach Miejskiego Programu Mikrograntów 2018 przeprowadzonego przez Centrum Opus.

informacja prasowa

poniedziałek, 27 listopada 2017

Wojciech Jagielski: "Wszystkie wojny Lary" /recenzja książki/

Reportaż Wojciecha Jagielskiego wyróżnia się nie tylko wnikliwym spojrzeniem na historię pojedynczego ludzkiego losu, ale także na to, jaką rolę odgrywa on w historii całego świata - naszego świata.

Wojciech Jagielski, Wszystkie wojny Lary, Wyd. Znak


Najnowsza publikacja znanego reportażysty, autora m.in. książek o Afganistanie ("Modlitwa o deszcz") oraz  o Czeczenii ("Wieże z kamienia"), jakby wychodząc na przeciw aktualnym wydarzeniom, podejmuje tym razem opowieść o świętej wojnie. "Wszystkie wojny Lary" jest próbą zrozumienia, jakie są jej okoliczności i skutki. Jednocześnie jest to odbicie wielkiej historii w pojedynczym ludzkim losie. To opowieść kobiety, która utraciła dom i synów i teraz próbuje zrozumieć , dlaczego się tak stało. 

Przypowieść  o raju utraconym


Bohaterka tej opowieści, Lara, urodziła się i wzrastała w dolinie Pankisi, oddzielonej od reszty świata górami. Zamieszkiwali ją Kistowie - lud przybyły z Czeczenii. Kistami nazwali ich miejscowi, kachetyjscy Gruzini. Byli muzułmanami. Kiedy jednak Gruzini przyjęli chrześcijaństwo, czeczeńscy przybysze nie  widzieli w nich wrogów. Modlili się wprawdzie inaczej, ale zachowali dawne upodobania do wspólnych biesiad, potraw i wina. Według kaukaskiej legendy, pochodzili od wspólnego przodka - Targamosa, potomka Jafeta i Noego, który zbudował arkę i osiadł w niej na górze Ararat. Rzadko ruszali się z doliny, ponieważ drogi były trudne do przebycia, a potem, kiedy Kaukaz podbili Rosjanie,  tym bardziej byli izolowani.

Owa izolacja miała także dobre strony, ponieważ omijały ich wszystkie dziejowe burze, o których - na ich szczęście - tylko słyszeli. Kiedy jednak upadło imperium zła i kraje dawnego Związku Radzieckiego zaczęły ogłaszać niepodległość, Kistowie zaczęli również odkrywać świat, szczególnie zaś swoich przodków i z dumą skonstatowali, że Czeczeni, którzy mówią takim samym językiem jak oni i tak samo się modlą - są najpotężniejszym z ludów Kaukazu.

Tak zaczęła się kaukaska wędrówka ludów, ale także wojny, które wybuchały w różnych miejscach, aż w końcu dotarły do spokojnej dotąd doliny, która nagle wypełniła się tysiącami uchodźców. Zmieniło się wszystko. Nawet po ich odejściu już nic nie było takie samo...


Wszystkie poranki świata mijają bezpowrotnie


Historię swojej wsi, położonej w owej - do czasu - szczęśliwej dolinie, a także swój własny dramat opowiada reporterowi kobieta, której nadał imię Lara, nawiązując w ten sposób do bohaterki powieści "Doktor Żywago" Borisa Pasternaka, opisującej losy rosyjskiej inteligencji podczas i po rewolucji październikowej. Lara - jak jej powieściowy pierwowzór - jest postacią tragiczną, na skutek wojny traci bowiem najbliższych. 

Jednakże Wojciecha Jagielskiego - podobnie jak jego rozmówczynię - interesuje przede wszystkim, jakie były przyczyny, okoliczności i skutki tego jednostkowego dramatu, ponieważ dzięki temu można spróbować zrozumieć, co się stało ze światem wokół nas, dlaczego toczy się "święta wojna" i skąd taka fala nienawiści, która z Syrii rozlewa się po całym świecie. Stała się ponadto źródłem ogromnej fali uchodźców.

Aby uchronić synów przed skutkami wojny, Lara wywozi ich z Groznego do swojej spokojnej doliny. A tam nie tylko dopadają ich wspomniane już skutki wojny, ale także odradzająca się fanatyczna odmiana wiary muzułmańskiej. Pozbawieni ojca synowie, coraz częściej spędzają czas z meczecie i matka nie ma już na swoich dorastających synów żadnego wpływu. Zresztą, nie podejrzewa, podobnie jak później ojciec, że może to mieć takie zgubne skutki. 

Wyjazd chłopców do upragnionej Europy, w nadziei na lepsze życie, również kończy się rozczarowaniami. Żyją w enklawach i z czasem coraz bardziej czują się obywatelami gorszej kategorii. Zachód goniący za zyskiem, pozbawiony duchowych wartości, wyzwala jedynie uczucia rozczarowania i nienawiści. Na frustrację najlepszy okazuje się wyjazd na "świętą wojnę".

Lara w tym czasie opiekuje się starymi rodzicami, ale utrzymuje z synami kontakt najpierw na skype, a potem również osobisty. Próbuje też bezskutecznie powstrzymać starszego syna przed udziałem w wojnie - ale to na nic. Podejmuje nawet, szaloną poniekąd, próbę dotarcia do niego, do Syrii, łudząc się, że jej miłość i poświęcenie coś zmieni, a w każdym razie pragnąc jeszcze raz zobaczyć syna. Wszystko jednak okazuje się daremne - niczego odwrócić się nie da. Wszystkie wojny Lara przegrywa, mimo że zawsze była kochającą i ofiarną matką. Jednakże, jak większość matek, pozostaje ze swoją miłością bezbronna.

Zachód nigdy nie stanie po naszej stronie ani po stronie prawdy  -  tłumaczy jej syn. Ale niedługo skończy się ten czas zdrad i wyzysku prawowiernych. Dziś bijemy się o Aleppo, ale jutro zdobędziemy Damaszek, Bagdad i Jerozolimę, a potem z Bożą pomocą, onszallah, podbijemy Rzym. A wtedy spełnią się przepowiednie Proroka Mahometa, niech będzie z nim pokój i błogosławieństwo, pokonany zostanie Antychryst i dopełnią się dzieje świata.

Reportaż Wojciecha Jagielskiego wyróżnia się nie tylko wnikliwym spojrzeniem na historię ludzkiego losu, ale także  na to, jaką rolę odgrywa ona w historii całego świata - naszego świata...


Książka Wojciecha Jagielskiego "Wszystkie wojny Lary" ukazała się w Wydawnictwie Znak.

Recenzja ukazała się na portalu Kulturaonline w 2015 roku


Wojciech Jagielski o książce "Wszystkie wojny Lary"

środa, 15 listopada 2017

Patrycja Gruszyńska-Ruman: In memoriam

 Wspominam Patrycję Gruszyńską-Ruman, niezwykle utalentowaną i wrażliwą reporterkę radiową, która zmarła przedwcześnie zm. 26 sierpnia 2016 roku w Warszawie. W swoich reportażach przywracała pamięć o ludziach skrzywdzonych, o biografiach często niezwykłych, choć mniej znanych, mówiąc jednocześnie o sprawach istotnych dla każdego człowieka.

Patrycja Gruszyńska-Ruman jako Reportażysta Roku 2009



26 sierpnia 2016 roku roku odeszła przedwcześnie Patrycja Gruszyńska-Ruman – autorka wielu znakomitych reportaży radiowych, zdobywczyni wielu prestiżowych nagród, m.in. Prix Italia, Nagrody Głównej Wolności Słowa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Grand Press 2011, Grand Prix Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji 2011, Nagrody Srebrnego Melchiora 2013. 

Zmagając się z nieuleczalną chorobą i wychowując czworo dzieci, potrafiła jednocześnie pięknie i mądrze opowiadać o świecie i o ludziach.
Dla mnie osobiście to przede wszystkim autorka reportaży, które głęboko mnie poruszyły. I o nich chciałam napisać, ponieważ sądzę, że warto je ciągle przypominać. Na szczęście, można do nich powracać dzięki podkastom znajdującym się na stronach Polskiego Radia. 

Patrycja wybierała swoich bohaterów najczęściej spośród tzw. zwykłych ludzi i potrafiła w sobie tylko właściwy sposób ukazać ich piękno. Wydobywała z niepamięci takie postaci, jak Emil Barchański – opozycjonista i najmłodsza ofiara stanu wojennego, Michał Wysocki – kierowca karetki pogotowia, który wiózł Grzegorza Przemyka i stał się kozłem ofiarnym w nieuczciwym procesie. Miała odwagę w wybieraniu spraw trudnych, a nawet niebezpiecznych, jak historia małżeństwa Drzewińskich z Milanówka czy lekarki Heleny Pyz, która wyjechała do Indii, by leczyć trędowatych…

Każdy z tych reportaży ma przemyślaną formę, narracja zaś – poza rzetelnością w oddawaniu faktów – uderza życiową prawdą i wrażliwością na los człowieka.

Emil Barchański: Wrócę kiedy słońce już nie będzie mi potrzebne


Emil Barchański

Swoją przygodę z radiową twórczością Patrycji Gruszyńskiej-Ruman rozpoczęłam od reportażu poświęconego Emilowi Barchańskiemu, który zginął w 1982 roku w niewyjaśnionych okolicznościach, mając zaledwie 17 lat. Stało się to na krótko przed rozprawą, podczas której miał zeznawać przeciwko funkcjonariuszom SB.

Już sam początek reportażu jest niebanalny i chwyta za serce: matka czyta ostatnią wiadomość od syna, wiadomość, która bardziej przypomina poezję niż zwyczajną informację  – zupełnie, jakby bohater zostawił po sobie przesłanie:

Poszedłem po słońce z psem. Wrócę, kiedy słońce już nie będzie mi potrzebne i razem zjemy obiad.

Autorka reportażu jest właściwie nieobecna: o Emilu opowiada jego matka, przyjaciel, nawet … on sam. Jakimś cudem zachował się bowiem prowadzony przez chłopca dziennik. To właśnie z niego dowiadujemy się, jakie były okoliczności aresztowania, jak potwornie był bity, torturowany, zmuszany w ten sposób do przyznania się, że jest przywódcą tajnej organizacji. Jednak podczas procesu Emil odwołał zeznania i oświadczył, że był zmuszany do zeznań siłą. Na szczęście trafił na sędziego, który okazał się przyzwoity – zwolnił chłopca z ośrodka wychowawczego i zapowiedział proces przeciwko sprawcom. Zanim jednak do takiego procesu doszło, Emil został zamordowany. Podczas rozprawy matka zeznawała przed sądem wojskowym zamiast niego. Wspomina, że spośród siedmiu sędziów przez całą rozprawę nikt nie spojrzał jej w oczy.

Wszystko mi zabrano – zwierza się reporterce – ale cieszę się, ze ten reportaż przypomni Emila. Czy to nie jest moja największa radość – pamięć o synu?

„Wrócę kiedy słońce już nie będzie mi potrzebne” - reportaż nagrodzony Grand Prix KRRiT 2011



”Dopóki jestem” – o miłości silniejszej niż śmierć


Elżbieta i Wiesław Drzewińscy

Patrycja Gruszyńska nie tylko nie bała się trudnych tematów, ale często sięgała po te z naszej najnowszej historii. I mimo niewielkiego dystansu czasowego, opowiadała o nich wnikliwie, stawiając pytania, odpowiedzi zaś pozostawiając słuchaczom. Taki jest niewątpliwie reportaż zrealizowany wespół z Magdaleną Balcerak: ”Dopóki jestem”, nagrodzony m.in. Grand Prix  2014 ”za odwagę w opowiadaniu o dramatycznym i mrocznym obliczu współczesności”.
Dodałabym: współczesności mrocznej za sprawą ludzi wywodzących się z postkomunistycznego układu – pewnych siebie, cynicznych i bezkarnych. 

Reporterki opowiadają o tych dramatycznych wydarzeniach bez cienia sensacji, co może się wydawać paradoksalne. A jednak… Historię małżeństwa Elżbiety i Wiesława Drzewińskich, którzy zaginęli w niejasnych okolicznościach, opowiadają ich krewni, znajomi oraz syn. Autorki cytują też zapiski Wiesława, sporządzone już po zniknięciu żony. Historii nękania ich przez lokatora zajmującego dom, będący ich własnością, towarzyszą wspomnienia o Drzewińskich – ludziach niezwykle prawych i szlachetnych, a jednocześnie bezbronnych wobec panoszącego się zła. Opowieść o zbrodni, której nikt nie próbuje wyjaśnić, natomiast niszczy się dowody i ignoruje świadków, splata się z historią miłości dwojga bohaterów. Ta zaś, mimo całego zła, zdaje się trwać i stanowi na nie odpowiedź.

Ta miłość do Ciebie – pisze Wiesław Drzewiński do zaginionej żony – to mój skarb. Dopóki ja jestem, jesteś i Ty.

Oto prawdziwa sztuka - nadać reportażowi głębszy, egzystencjalny sens. Do tego zaś trzeba wielkiej mądrości i wrażliwości, nie tylko dobrego warsztatu

.
"Dopóki jestem" - Patrycja Gruszyńska-Ruman i Magdalena Balcerak


Na koniec chciałabym przywołać jeszcze jeden znakomity reportaż Patrycji, mający – jak poprzedni – także cechy przypowieści. Wskazuje na to zresztą jego tytuł:

”Szczęśliwy żywot Michała Wysockiego”



Michał Wysocki, fot. G. Jakubowski

Do wysłuchania go zachęciła mnie sama Patrycja, kiedy podziękowałam Jej na FB za reportaż o Emilu Barchańskim. Było to w czerwcu 2013 roku. Poleciła mi wtedy także reportaż o małżeństwie Drzewińskich.
Również i tym razem – podobnie jak w przypadku Emila Barchańskiego – bohater jest ofiarą stanu wojennego. To kierowca karetki pogotowia, którą wieziono do szpitala śmiertelnie pobitego na komisariacie Grzegorza Przemyka. Można by powiedzieć, że Wysocki znalazł się w nieodpowiednim czasie i miejscu – i  tak został uwikłany w historię innej ofiary stanu wojennego. W rezultacie aresztowano go i szantażując, że zabiją mu syna lub żonę, zmuszono do przyznania się przed sądem do pobicia Przemyka. Podjął głodówkę, próbował popełnić samobójstwo, ale - zaszczuty i szantażowany - uległ i przyznał się do winy. Wkrótce potem wypuszczono go na wolność na mocy amnestii, ale dopiero wtedy okazało się, że żona nim pogardza, nikt nie chce go przyjąć do pracy, a znajomi nie poznają go na ulicy.

Reportaż jest właściwie osadzoną we współczesnych realiach przypowieścią o cywilnej śmierci człowieka – o metodycznym zniszczeniu go. Ale jak to jest opowiedziane! Patrycja Gruszyńska-Ruman rozmawia po latach z zapomnianym już bohaterem. Wydobywa go z niepamięci, a właściwie z dna złej sławy, która do niego przylgnęła. Co więcej, pokazuje człowieka na swój sposób szczęśliwego, choć biorąc pod uwagę przeżycia bohatera reportażu, tytuł może zabrzmieć ironicznie. A jednak tak nie jest. 

Słyszymy opowieść człowieka, który zaczyna swoją historię od okoliczności ... poznania swojej byłej żony (odeszła od niego, gdy wrócił z więzienia z piętnem mordercy Przemyka), o tym, jaka to była wielka miłość, tyle że nie przetrwała próby. W Wysockim nie ma cienia pretensji do losu ani do tych, którzy go skrzywdzili. Nie jest też człowiekiem złamanym, jak można by się tego spodziewać. Po tych dramatycznych przeżyciach wstąpił do tzw. III zakonu franciszkanów (dla świeckich) i tam odnalazł spokój i harmonię. Dzięki wierze przetrwał wszystkie traumatyczne doświadczenia i … wyszedł z nich cało. 

Jestem szczęśliwy – deklaruje na koniec rozmowy i wierzymy mu, że tak jest.



Ostatniego reportażu Patrycji Gruszyńskiej-Ruman wysłuchałam 7 lutego 2016 roku. Poświęcony był swoistej przyjaźni Violetty Villas z Elżbietą B., która zajmowała się piosenkarką do końca jej dni i która została oskarżona o przyczynienie się do jej śmierci. Wydawało mi się to bezsporne, ale po reportażu zmieniłam zdanie. Napisałam na FB: "W niewielkiej formie zawarła Pani nieodgadnioną tajemnicę związków międzyludzkich. A już myślałam jednoznacznie o Elżbiecie B." Na tym właśnie polegał wielki talent reporterski Autorki.

"Przyjaciółki"- reportaż Patrycji Gruszyńskiej-Ruman

Sądzę także, że tylko ktoś z wrażliwością i wnikliwością Patrycji mógł zrealizować ten wspaniały reportaż o Michale Wysockim, ukazujący, że miłość i wiara dają człowiekowi wielką siłę i przywracają mu godność. Dziękuję, Patrycjo, za  Twoją piękną, dyskretną obecność pośród nas.

Wszystkich zaś zachęcam do słuchania Jej reportaży - są niewyczerpanym źródłem wzruszeń i refleksji. Wystarczy "kliknąć" w link, aby przenieść się na stronę Polskiego Radia.

Pod tym linkiem natomiast znajduje się reportaż o Patrycji.



sobota, 28 października 2017

Aneta Prymaka-Oniszk: Trzeba być bardzo uważnym /wywiad/

Ogromnie interesująca rozmowa z autorką „Bieżeństwa 1915” – o wpływie rodzinnej tradycji na powstanie tomu reportaży, ich rozmaitych źródłach i ich tropieniu, a także o przeżyciach, motywacjach i poszukiwaniu tożsamości.

Aneta Prymaka-Onyszk, zdjęcia z archiwum pisarki

Barbara Lekarczyk-Cisek: Pisząc swój znakomity reportaż „Bieżeństwo 1915”, przypomniała Pani historię zaginionego świata, nigdy w pełni nieopowiedzianą. Co sprawiło, że podjęła Pani temat trudno i mało znany?

Aneta Prymaka-Oniszk: Bieżeństwo to część mojej historii rodzinnej. I choć wiedziałam o nim niewiele, wciąż do mnie wracało, szczególnie w przełomowych momentach życia. Nie miałam pojęcia, dlaczego; w końcu postanowiłam się tym zająć. I dość szybko okazało się, że dotykam tematu ważnego nie tylko dla mnie. Gdy zaczęłam jeździć po wsiach i zbierać zachowane opowieści, było lato i ludzie siedzieli na ławkach przed domem. Wystarczyło więc przystanąć, zapytać i słuchać. Wkrótce dołączali sąsiedzi z innych ławek i płynęły coraz ciekawsze opowieści. W końcu z domów wychodziły dzieci i wnuki moich rozmówców, 40-50 latkowie, zwykle na co dzień mieszkające w miastach. Gdy słyszeli, że chcę zająć się bieżeństwem, często szkliły im się oczy ze wzruszenia. Mówili: „Prababcia tyle o tym opowiadała, a my nie słuchaliśmy. Nie zachowaliśmy tej historii, a dziś wiemy, że była ona bardzo ważna”. Prosili, bym tego bieżeństwa nie zostawiła, bym o tym napisała. Zresztą często pomagali mi w docieraniu do wspomnień; wspierali, jak tylko potrafili. I chyba dzięki tej energii, którą dostawałam od ludzi, udało się te książkę napisać.

A jak wyglądała sprawa źródeł – czy trudno było do nich dotrzeć?

Od początku wiedziałam, że będę pisać o chłopach, ale wciąż słyszałam, że to prawie niemożliwie, bo źródeł do chłopskiej historii jest bardzo mało. Wiadomo: oni sami nie zostawiali źródeł pisanych. Nawet gdy byli piśmienni, raczej nie pisali pamiętników, nie spisywali wspomnień. Okazało się jednak, że znalazłam całkiem sporo, zwłaszcza w rosyjskich bibliotekach i archiwach. O bieżeństwie szeroko pisała ówczesna prasa, drukowała zdjęcia i opowieści bieżeńców oraz świadków z miasteczek, przez które szli uchodźcy. Jedna z największych organizacji pomocowych, zdając sobie sprawę z niezwykłości tego zjawiska, zachęcała uchodźców do spisywania swoich relacji oraz wysyłała ludzi, by słuchali i spisywali opowieści tych, którzy nie byli biegli w pisaniu. Ich część została opublikowana przed rewolucją 1917 roku. Bardzo ciekawe historie może też wyczytać ze sprawozdań sporządzanych przez pracowników organizacji pomocowych, część z nich również opublikowano.

Zależało mi na wspomnieniach spisywanych na gorąco albo możliwie wcześnie po powrocie z bieżeństwa. W latach 30. zainicjowano pisanie pamiętników różnych grup społecznych, w tym chłopskich. To było bardzo ciekawe źródło. Jeden z pamiętnikarzy, Pawlik z Wólki Wygonowskiej,  stał się moim bohaterem.
Niezwykle pomocna w zbieraniu materiałów okazała się strona internetowa biezenstwo.pl, którą uruchomiłam w 2014 roku. Dzięki niej dostałam listy, zdjęcia, wiele spisanych wspomnień bieżeńców; także linki do artykułów po białorusku, rosyjsku czy ukraińsku.

Mnie najbardziej interesowała perspektywa chłopska, ale chciałam mieć szerszą perspektywę. Sięgnęłam więc do pamiętników ziemian, którzy również ruszyli na wschód przed nadchodzącą wojną. Ich los był inny, dla nich uchodźstwo nie było końcem świata, jak dla chłopów: byli obyci ze światem, do którego uciekali, mieli pieniądze, znajomości itp. W wielu pamiętnikach opisywali własne przeżycia i to, co zobaczyli – także uciekających przed wojną chłopów. W rezultacie spojrzenie na bieżeństwo ciągle się rozrastało i wzbogacało o różne punkty widzenia.

Przyznam, że zafascynowała mnie Pani narracja, trzymająca w napięciu jak dobry kryminał. Z jednej strony opowieść ma szeroki, epicki wymiar, ale jednocześnie wtajemnicza czytelnika w pojedyncze, konkretne ludzkie losy. Z taką wrażliwością pochyla się Pani nad swoimi bohaterami, że pod wpływem lektury zaczynamy im współczuć, rozumieć ich motywy, ich, by tak rzec, stan ducha.

O to chodziło. Sama chciałam zrozumieć tę historię, okazało się, że muszę ją przeżyć razem z moimi bohaterami, znaleźć się blisko nich. Musiałam przyjąć ich perspektywę; w jakimś sensie zapomnieć to, co wiedziałam z historii. Np. nie patrzeć na decyzję o wyjeździe z perspektywy człowieka, który wie, że to nie przyniesie nic dobrego i lepiej by było, gdyby zostali. Oni nie mieli o tym pojęcia! Byli przerażeni, przekonani, że wyjeżdżając ratują swoje życie. Mnie interesował tzw. zwykły człowiek, jego przeżycia, motywacje, emocje.

Charakterystyczne jest, że Pani patrzy na nich ze współczuciem i rozumie, że właściwie nie widzieli innego wyjścia… W jaki sposób udało się Pani osiągnąć tak wielką empatię?

Pomagało mi właśnie ta próba spojrzenia z perspektywy zwykłego człowieka. Historie ludzi sprzed 100 lat, ale także – niestety - teraźniejszość. Kiedy zaczynałam zbierać materiały w 2012 roku, wydawało się, że żyjemy w bezpiecznym, stabilnym świecie i te okropne historie o tragedii cywilów to odległa przeszłość. Ale zaczęła się wojna na Ukrainie i nagle tych moich bieżeńców zaczęłam oglądać z ekranów telewizora. Ludzie uciekali przed wojną, równie przerażeni i bezradni. Młodzi, wykształceni, jeszcze do niedawna nieźle sytuowani i bezpieczni, mówili: tu lecą bomby, żołnierze strzelają, a my mamy małe dzieci. Potem zaczęła się wojna w Syrii i jeszcze gorsze obrazki stały się chlebem powszednim. To mi w jakimś sensie pomagało zrozumieć swoich bohaterów i w ogóle mechanizmy rządzące ludzkim zachowaniem. Nagle okazało się, że to, co kierowało moją babką, prostą chłopką, nie różniło się niczym od reakcji ludzi uciekających przed wojną dzisiaj. Zrozumiałam też, że to, o czym chcę pisać, niezupełnie jest przeszłością.

„Bieżeńcy 1915” są także Pani rodzinną historią, której bohaterką jest babcia Nadzia (Nadieżda), prababcią Anną… To dodatkowy walor Pani książki, że nie opisuje Pani tej historii okiem zewnętrznym, ale wplata w nią osobisty ton. Czy w Pani rodzinie także zachowały się jakieś wspomnienia?

Moja historia jest typowa dla bieżeńskich rodzin – pamięć o wydarzeniach sprzed 100 lat prawie się nie zachowała. Dominował przekaz ustny, zdjęcia czy dokumenty zaginęły. Zaczynałam od okruchów opowieści. Babcia prawdopodobnie dużo opowiadała, ale miałam zaledwie siedem lat, gdy umarła. Nie wiedziałam nawet, dokąd w tym bieżeństwie trafili. Jak się tego dowiedzieć? Wymyśliłam, że pojadę do cioci, która urodziła się w bieżeństwie w 1921 roku. Nie mogła nic pamiętać, wróciła jako roczne dziecko, ale pomyślałam, że z jej dowodu poznam miejsce pobytu rodziny. Ale w dowodzie, jako miejsce urodzenia, była wpisana – by nie robić sobie kłopotu – rodzinna wieś, do której zresztą wrócili. Ciocia wymieniła nazwę miejscowości, w której byli i w której ona się urodziła: Danskaja, ale w żaden sposób nie mogłam jej znaleźć na mapach. Dopiero podczas przypadkowej rozmowy z sąsiadem dowiedziałam się, że jego dziadkowie też tam trafili, część rodziny została i jego żona w latach 80. jeździła do nich kupić kolorowy telewizor. Też mówił: Danskaja, ale określił, że to 40 kilometrów Stawropolem. Wtedy znalazłam Donskoje, w którym byli.
Zbierałam te różne historie i układałam jak puzzle.

W swojej książce opisuje Pani często wstrząsające historie: głód, choroby, nawet akty ludożerstwa… Czy opisywanie takich dantejskich scen nastręczało Pani trudności?

Oczywiście, było trudne i śniło mi się po nocach. Ale musiałam przez to przejść, żeby o nich napisać. W jednym z takich pełnych okropności momentów, wpadła mi w ręce książka Swietłany Aleksijewicz: „Czarnobylska modlitwa”. Zaczęłam czytać, ale po kilku stronach odłożyłam. Nie miałam siły dokładać do tego, czym się zajmowałam jeszcze dramatu Czarnobyla, tak przejmująco opisanego; mój organizm powiedział: nie; instynkt samozachowawczy się włączył.

Miałam niekiedy wrażenie, że sami bieżeńcy mi pomagali, jakby chcieli, by ta historia wybrzmiała. Podsuwali mi w bibliotekach lektury, które okazywały się bardzo pomocne, kontaktowali z rozmówcami, z którymi nie zamierzałam się kontaktować. Dużo było takich szczęśliwych przypadków i zbiegów okoliczności podczas mojej pracy. Ale ja też bardzo uważałam, by być wobec moich bohaterów uczciwą. Wchodziłam tam, gdzie mi pozwalali wejść, nie opowiadam historii wbrew nim. Pisząc o bohaterach współczesnych, jak i nieżyjących, trzeba być bardzo uważnym. I właśnie uczciwym.

Pani reportaż jest nie tylko historią bieżeństwa, ale ma również uniwersalny walor opowieści o utracie: bliskich, domu, a wreszcie korzeni i tożsamości. To jest doświadczenie wielu ludzi żyjących współcześnie, doświadczenie emigracji – nie uważa Pani?

Wydaje się, że staliśmy się obywatelami świata, że łatwo zmieniamy miejsca pobytu. Ale ostatnio okazało się, że przeszłość wciąż ma na nas ogromny wpływ. Bieżeńcom rozpadł się cały świat i musieli go poskładać od nowa. Obecnie znowu mamy takie wrażenie, że świat się rozpada i znowu trzeba go od nowa układać. Kiedy zaczynałam zbierać materiały do książki, próbowałam odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego chcę napisać ten reportaż. Musiałam też uzasadniać to wielokrotnie wobec tych, którzy uważali, że bieżeństwo jest historią niszową. Miałam poczucie, że jest to historia uniwersalna i twierdziłam, że będę pisać o ludziach postawionych w sytuacji granicznej.

Pani reportaż jest ważną pozycją literacką, bo ocala pamięć o tych, którzy przeminęli. W rezultacie pozwala mieć nadzieję, że świat nie jest tylko chaosem, że odzyskując własną historię, odzyskujemy także tożsamość, dowiadujemy się o sobie, kim jesteśmy.

Rzeczywiście, dziś ogromnie dużo ludzi szuka swoich korzeni. Inna sprawa, co za tym stoi; mam wrażenie, że w naszym społeczeństwie o korzeniach w zdecydowanej większości chłopskich, w cenie jest dokopanie się do rodowego herbu i dziadka, co miał dworek na Kresach. Trudno nam opowiadać historię chłopską, dotycząca przecież zdecydowanej większości z nas. A bez tego nie da się uczciwie opowiadać o swoich korzeniach. Nam samym taki fałsz nic dobrego nie daje.

Bieżeństwo to opowieść tożsamościowa – także o tym, kim jesteśmy my jako społeczeństwo. Większość moich koleżanek i kolegów wcześniej się nie odnajdywało w powszechnie opowiadanej historii. Dopiero bieżeństwo okazało się ich historią. Zaczynają się pojawiać także inne świadectwa, jak film dokumentalny Jerzego Kaliny: „Bieżeństwo 1915-1922”. Ma się również ukazać książka ze wspomnieniami potomków bieżeńców.

 „Bieżeństwo 1915” zaczęło już żyć swoim własnym życiem, ale nie jest to akurat książka, od której można się całkowicie odciąć, skoro stanowi część Pani własnej historii, a poza tym stała się Pani chodzącym kompendium wiedzy na ten temat. Czy jednak próbuje Pani pisać coś nowego?

Niedawno pisałam tekst do katalogu wystawy „Sąsiedzi wyjechali do Treblinki”. Jest to historia Żydów z mojej okolicy, z Białostocczyzny. Przymierzam się także do kolejnej książki, która również będzie związana z historią rodzinną, tyle, że po II wojnie światowej. Okazuje się, że ci, którzy wracali z Rosji na swoją ziemię, teraz mają znów jechać na wschód. Jako Białorusini muszą wyjechać na Białoruś, a na ich miejsce mają przyjechać Polacy z Białorusi. Na szczęście nie bardzo się ten eksperyment udał, bo ludzie nie chcieli wyjeżdżać ze swojej ziemi. Bieżeństwo ich nauczyło, że gdzie indziej będą obcy. Dlatego zresztą jestem na świecie.

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad został także opublikowany na portalu Przegląd Bałtycki.

„Feliks Janiewicz – Complete Violin Concertos” – nowy album wydany przez Narodowe Forum Muzyki

7 sierpnia 2026 roku premierę będzie miał nowy album Narodowego Forum Muzyki im. Witolda Lutosławskiego we Wrocławiu, nagrany przez Bartłomi...

Popularne posty