Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja teatralna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja teatralna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 czerwca 2026

”Żmija” – jubileuszowy monodram Doroty Stalińskiej (50. WROSTJA, recenzja)

”Żmija” to spektakl, który jest swoistym fenomenem. Powstał w 1978 roku (sic!), a więc blisko czterdzieści lat temu i najpierw otrzymał I Nagrodę na 13. OFTJA w Toruniu, a następnie Grand Prix na 11. WROSTJA w 1987 roku.  Jednakże prawdziwym zdumieniem napawa fakt, iż grany był przez wiele lat, a liczba przedstawień przekroczyła cztery tysiące!  Kiedy aktorka wznowiła go, prezentując ponownie podczas festiwalu ”W remizie” na Helu, w 2015 roku, nie mogła wejść do środka, tak wielu chętnych usiłowało bezskutecznie dostać się na widownię. To dowodzi, że są spektakle, które się nie starzeją. We Wrocławiu Stalińska zaprezentowała ”Żmiję” w ramach festiwalu po raz czwarty – przy wypełnionej sali. W ten sposób uczciła jubileusz WROSTJA, ale również własny jubileusz 40-lecia pracy artystycznej.

Dorota Stalińska w monodramie "Żmija", WROSTJA 2016

Monodram ten jest autorski w pełnym tego słowa znaczeniu – aktorka wybrała tekst, opracowała go, wyreżyserowała, stworzyła scenografię oraz kostium i własnoręcznie je wykonała (poza wojskowym płaszczem i butami). Jej bohaterka – Olga Wiaczesławowna Zołotowa jest rodzajem Kandyda w spódnicy (w spodniach także). Urodzona w inteligenckiej rodzinie, traci najbliższych w wyniku Rewolucji Październikowej, a sama – mimo ran i uwięzienia – przeżywa i próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Zakochana w poznanym podczas pobytu w szpitalu dowódcy o sokolich oczach, wstępuje do armii i robi wszystko, co on każe. Uczy się jeździć konno, strzelać, znosi wszelkie trudy, bo on jest teraz jej ”rodziną”. Dowódca jest  przy tym powściągliwy i traktuje ją początkowo po ojcowsku, by z czasem zauważyć w niej kobietę, ale nigdy tego nie wykorzystuje. Przed samobójczym, nakazanym przez dowództwo atakiem, wyznaje jej miłość, po czym... ginie. Dziewczyna niczego poza walką nie umie i kiedy nastaje czas pokoju, nie potrafi odnaleźć się w tzw. zwyczajnym życiu. Jest samotna, zamknięta w sobie i staje się łatwą ofiarą pomówień i intryg. Pełne determinacji próby zademonstrowania otoczeniu, że jest normalną kobietą, pragnącą kochać i być kochaną, kończą się tragicznie. 

Dorota Stalińska znakomicie pokazuje dramat swojej bohaterki, opowiadając jej historię w formie retrospekcji, od momentu, kiedy to kobieta znajduje się w więzieniu i jest przesłuchiwana, a jednocześnie przygląda się swojemu życiu, próbując zrozumieć, jak to się stało, że zabiła człowieka. Nawiązuje kontakt z publicznością, jakby w oczekiwaniu, że ktoś jednak zrozumie jej dramat. Gra zarówno naznaczoną dramatycznymi przejściami bohaterkę – doświadczoną i nieufną, by za chwilę zmienić się w młodą, niewinną dziewczynę, jaką była na początku. Czasami tragiczna, niekiedy tragikomiczna, zabawna – zawsze prawdziwa i wiarygodna. Taka jest Olga Doroty Stalińskiej: komiczna, gdy uczy się konnej jazdy (wszystko rozgrywa się na naszych oczach), liryczna i trochę zabawna, gdy jesteśmy świadkami jej pierwszej rozkwitającej miłości, tragiczna – gdy  rozpacza po śmierci ukochanego. Piękna jest scena, w której zakochani spędzają ostatnią noc przy ognisku, a mężczyzna śpiewa miłosną pieśń po ukraińsku. Stalińska wyczarowuje przed nami tę scenę tak znakomicie, że ”widzimy” dwoje zakochanych, czujemy atmosferę tej chwili… Prawdziwa mistrzyni! Pod koniec spektaklu, kiedy emocje sięgają zenitu, właściwie bez zastrzeżeń stajemy po stronie ”skrzywdzonej i poniżonej” bohaterki tej opowieści.

Sądzę, że ponadczasowość tego monodramu wynika nie tylko z przesłania utworu, w którym ukazano, jak historia i ludzka podłość mogą zniszczyć życie człowieka. To także, a może przede wszystkim zasługa aktorki, która potrafiła tę prawdę w sposób wiarygodny przekazać środkami scenicznymi, z upływem lat robiąc to coraz bardziej świadomie i dojrzale. 

Wywiad z Dorotą Stalińską - pod tym linkiem

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.pl w 2016 roku


piątek, 26 września 2025

Sambor Dudziński:”Król Dawid live!”. Opowieść o Każdym /recenzja teatralna/

 Sambor Dudziński brawurowo i niekonwencjonalnie przedstawia historię króla Dawida – jako opowieść o współczesnym człowieku. Każdym z nas. Monodram artysty na temat życia i wiary, które są od siebie nieodłączne, jest zaiste brawurowo zagrana i zaśpiewana.

Sambor Dudziński w spektaklu "Król Dawid live", fot. Marek Grotowski

"Król Dawid live!” w reżyserii i według scenariusza Jacka Bały miał swoją premierę podczas tegorocznego Przeglądu Piosenki Aktorskiej i został entuzjastycznie przyjęty przez festiwalową publiczność. W rezultacie wszedł na stałe do repertuaru Teatru Muzycznego Capitol i nadal święci triumfy, o czym mogłam się przekonać oglądając to przedstawienie na początek sezonu.

Król jak każdy z nas...

I nic w tym dziwnego, bo też jest to spektakl pod wieloma względami niezwykły. Jacek Bała, młody reżyser, którego mogliśmy docenić przy okazji spektaklu ”Fragment nieistniejącego świata”  we Wrocławskim Teatrze Współczesnym, inspiracji szukał tym razem w … Starym Testamencie, a konkretnie - w postaci Króla Dawida, autora wielu pięknych psalmów. Opowieść o królu Dawidzie nie ogranicza się jednak do przedstawienia fragmentów Księgi Królewskiej i Psalmów (te ostatnie w pięknych staropolskim języku Jana Kochanowskiego), a także Ewangelii.

Postać Dawida, najmłodszego syna Jessego, który pokonał Goliata oraz pięknie grał i śpiewał, stała się w tym przedstawieniu punktem wyjścia do twórczej refleksji na temat tego, w co wierzymy i jak wygląda nasze życie, z jego uwikłaniami i schematami, nad tym, czym jest zniewolenie.

Dawid był nie tylko królem, ale i artystą, twórcą kilkudziesięciu psalmów, w których wyrażał swoją radość, a także niepokoje i troski, które towarzyszą każdemu człowiekowi. Toteż główna postać, grana przez Sambora Dudzińskiego, staje się nim, Dawidem, będąc równocześnie Każdym. Każdym z nas. Everymanem. 

Sambor Dudziński w spektaklu "Król Dawid live", fot. Marek Grotowski


Opowieść na instrumenty i ludzki głos


Oddziaływanie tej sztuki jest tak silne przez to właśnie, że odnosi się do każdego człowieka – do naszych ludzkich zniewoleń, zdrad, lenistwa, pustki, naszych klęsk i zwycięstw.

Sambor Dudziński - poprzez swoją fenomenalną obecność na scenie, a także wiarygodność tego, o czym mówi – panuje niepodzielnie nad widzami od początku do końca. Za pomocą różnych instrumentów: dętych, klawiszowych, perkusyjnych, a także modulując głos, śpiewając,  wreszcie opowiadając – uzmysławia  widzom, że historia Dawida, twórczo opowiedziana, może stać się źródłem refleksji na temat własnego życia, a w konsekwencji – impulsem  do tego, aby to życie przemieniać. Warunkiem jest uwolnienie się od schematów umysłowych i życiowych, bo to pozwala stać się wolnym człowiekiem, który nie ulega pokusom, ale ma jasno określone wartości i priorytety. Tą wartością jest przede wszystkim on sam.

Dawid był prawy, otwarty i spontaniczny. Kiedy został królem i zdobył "wszystko” i stało się to, paradoksalnie,  źródłem jego klęski. Podobnie jest z nami – zdaje się mówić w swoim spektaklu Dudziński. Uwikłani w zawodowe i rodzinne schematy, pędzimy w "wyścigu szczurów” i żyjemy pod dyktando pracodawców i banków, które decydują o tym, jak mamy żyć. Uwolnienie się od tego sprawia, że życie nabiera blasku i sensu.

Wypowiedź ta – wypowiedź artysty na temat życia i wiary, które są od siebie nieodłączne, jest zaiste brawurowo zagrana i zaśpiewana. Ludzki głos, szept, śmiech, dźwięki różnych instrumentów, wydobywane na różne sposoby przy okazji opowiadania/śpiewania scenicznej historii króla Dawida, a także współgrający z nimi ruch sceniczny i światło – stanowią pełną wdzięku sceniczną całość, która zagarnia widzów bez reszty. Tytułowe zawołanie "Król Dawid live!" staje się rzeczywistością.

Premiera: 25 marca 2014 w ramach 35. Przeglądu Piosenki Aktorskiej.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.pl

środa, 5 lutego 2025

"Niewidzialny chłopiec"T. Karpowicza: Utkany ze słów /recenzja teatralna/

Najważniejsze w spektaklu Tymoteusza Karpowicza: "Niewidzialny chłopiec" jest słowo mówione, śpiewane, a także wyjąkane, wykrzyczane, zniekształcone. Aktor zaś jest niczym instrument w jazzowej orkiestrze.

"Niewidzialny chłopiec" w reż. Weroniki Szczawińskiej, fot. Elżbieta Kozak

Był cudownym chodzącym mitem. Postacią niezwykle enigmatyczną - możemy przeczytać w książce Joanny Roszak "W cztery strony naraz... Portrety Karpowicza". Mówił, że zasadzenie jednej rośliny jest warte więcej niż tysiąc słów. Dla niego ogród był rzeczywiście wart tysięcy słów [...]. Panowała w nim obfitość, rośliny przerastały dom, wchodziły do wnętrza oknami. W ogrodzie było jego amerykańskie Wilno, jego wiersze, jego wszystko.

"Portrety" to czwarta publikacja dotycząca Tymoteusza Karpowicza, wydana we wrocławskim wydawnictwie Biuro Literackie (po książkach "Małe cienie wielkich czarnoksiężników", "Mówi Karpowicz" i "Podziemnie wniebowstąpienie"). Biuro Literackie opublikowało ponadto czterotomowe wydanie "Dzieł zebranych" pisarza.  

Od paru lat również Wrocławski Teatr Współczesny przywraca pamięć o twórczości Tymoteusza Karpowicza - poety, prozaika i dramaturga przez wiele lat związanego z Wrocławiem.  W ramach rozłożonego na lata projektu w 2013 roku swoją prapremierę miało słuchowisko "Dźwiękowy zapis doliny",  transmitowane przez Radio Wrocław oraz zdarzenie teatralne według poematu "Odwrócone światło" - obydwa w reżyserii Weroniki Szczawińskiej. Ona też jest autorką adaptacji i reżyserką najnowszego spektaklu na podstawie nigdy niepublikowanego i niewystawianego utworu Tymoteusza Karpowicza -"Niewidzialny chłopiec". Tekst powstał w 1968 roku, ale - zatrzymany przez cenzurę - dopiero teraz ujrzał światło dzienne. To w istocie bardzo ryzykowne, ale i pociągające sięgnąć po dramat, który został napisany w innych okolicznościach, w rzeczywistości tak odległej. A jednak dostrzegamy konsekwencję reżyserki, która w wywiadzie dla "Didaskaliów" w 2010 roku powiedziała coś, co dotyczy również tego spektaklu:

Tekst jest zawsze pretekstem, figurą, do której trzeba podchodzić anarchistycznie. Słowo ma przede  wszystkim swój wymiar fizyczny, performatywny. Intrygują mnie formy dane, rozpoznawane, zderzone z żywym ciałem aktora, spoconym, zmęczonym, sapiącym.

Niewidzialny Chłopiec jako projekcja ukrytych pragnień 

Spektakl fabułę ma konwencjonalną. Przy rodzinnym stole zbiera się wielopokoleniowa rodzina i jej gość - Doktor. Do stołu usługuje Służąca. "Rozmowy przy stole" są banalne, co podkreślić ma "rozbijanie" słów, ich przeciąganie, przeinaczanie i zderzanie. Spotkanie jest bowiem pustą konwencją, konwencją w pewnym sensie teatralną, sztuczną. Nikt nie wyraża siebie "naprawdę", rozmowa i jedzenie również są "na niby". Podobnie jak pozowanie do "rodzinnych fotografii".

"Niewidzialny chłopiec", fot. Bartek Warzecha

Ową sztuczność przerywa pojawienie się Niewidzialnego Chłopca. Odtąd postacie pojawiają się na scenie pojedynczo, wygłaszając/wyśpiewując swoje monologi niejako "w relacji" z owym niewidzialnym. Jak w "Iwonie" Gombrowicza, odsłaniają swoje intymne myśli, pozostając zawsze "wobec" tajemniczej postaci. Jednocześnie są śledzone przez pozostałych. Płynący stąd przekaz brzmi zupełnie współcześnie: rodzina, relacje międzyludzkie, słowo - zostały pozbawione tradycyjnych znaczeń. Stały się pustosłowiem, formą bez treści, ograniczającą ludzi i odbierającą im wolność, możność bycia sobą. 


 Spektakl jak jam session


Spektakl Weroniki Szczawińskiej ma oszczędną, a zarazem interesującą formę. Funkcjonalna scenografia i jednobarwne kostiumy Natalii Mleczak przypominają sztukę minimalistyczną. W tej zaznaczonej zmiennym oświetleniem przestrzeni można bez trudu przywołać w wyobraźni rodzinne przyjęcie, niebo z gwiazdami, drzwi, kanapkę lekarską.... Czerwone kostiumy Państwa i żółty Służącej dopełniają się i komponują na różne sposoby. 

Jerzy Senator (Ojciec), Ewelina Paszke-Lowitzsch (Matka), fot. Bartek Warzecha

Ale najważniejsze w tym spektaklu jest słowo mówione, słowo śpiewane, a także... wyjąkane, wykrzyczane, zniekształcone. Skojarzenie spektaklu z jam session nie jest wcale pozbawione racji. Oto najpierw pojawia się "temat", który podejmują wszyscy, tworząc wokół stołu rodzaj grającej jakiś standard orkiestry jazzowej. Poszczególni aktorzy wykonują najpierw krótkie solówki, a potem następuje szereg improwizacji, które są długimi indywidualnymi występami przed publicznością. Aktor w tym przedstawieniu jest jak instrument. Wydaje z siebie różne dźwięki, posługując się m.in. mikrofonem, który służy nie tylko wzmocnieniu głosu, ale przede wszystkim jego deformacji. Jedyną osobą, która milczy, jest Służąca. Wszyscy jednak nieustannie się do niej zwracają i czegoś od niej chcą. Jest poniekąd ośrodkiem tej kompozycji.

Ewelina Paszke-Lowitzsch (Matka), fot. Bartek Warzecha

Brawa należą się aktorom, którzy nie tylko grają, ale także śpiewają bluesy (Matka – Ewelina Paszke-Lowitzsch, Córka – Anna Kieca), brzmiące egzotycznie pieśni (znakomity, jak zawsze, Zdzisław Kuźniar - co za głos!), znakomicie interpretując ten trudny, lingwistyczny tekst. 

Przedstawienie "Niewidzialny Chłopiec" w reżyserii Weroniki Szczawińskiej miało prapremierę we Wrocławskim Teatrze Współczesnym 14 lutego 2015 roku.

Recenzja ukazała się na portalu Kulturaonline 25 lutego 2015 roku.

wtorek, 25 października 2022

Mickiewicz pantomimicznie: "Ballady i romanse" we Wrocławskim Teatrze Pantomimy /recenzja spektaklu/

Spektakl "Ballad i romansów" korzysta z tekstów Adama Mickiewicza w sposób charakterystyczny dla języka teatru pantomimy, poszerzającym sferę znaczeń i interpretacji o współczesne konteksty. Na szczególną pochwałę zasługują  – jak zawsze  – znakomici aktorzy tego teatru, którzy nie boją się wyzwań i dla których opór materii nie istnieje - brawo!

"Ballady i romanse" we Wrocławskim Teatrze Pantomimy,
fot. Natalia Kabanow

20 października odbyła się we Wrocławskim Teatrze Pantomimy premiera nowego spektaklu: "Ballad i romansów". Mogliśmy obejrzeć rodzaj tryptyku, podobnie jak  zaprezentowany przed laty "Osąd". I tym razem mieliśmy do czynienia z różnymi stylistykami, pomimo że wspólnym mianownikiem były romantyczne ballady. 

"Romantyczność" wyreżyserował Piotr Soroka, balladę "Świteź" opowiedziała językiem pantomimy  Zdenka Pszczołowska, natomiast "Lilije" zinterpretował teatralnie Błażej Peszek. Ważnym komponentem przedstawień była muzyka pary artystów: Magdy Pasierskiej i Szymona Tomczyka. Wszystkie te inscenizacje były autorskimi wersjami Mickiewiczowskich ballad i dawały możliwości  odczytania znanych tekstów w zupełnie nowej perspektywie.

"Romantyczność" - Eros i Tanatos


Agnieszka Dziewa w balladzie "Romantyczność" w reż. Piotra Soroki,
fot. Natalia Kabanow

Pierwsza inscenizacja nawiązywała do poetyki snu. Spotkanie dwojga kochanków odbywa się w tej właśnie konwencji. Szalonej dziewczynie Karusi   głównej bohaterce ballady (znakomita Agnieszka Dziewa  pojawia się we śnie jej nieżyjący ukochany – Jaś (Eloy Moreno Gallego). Gawiedzią jesteśmy poniekąd my – widzowie, zamiast miasteczka – przestrzeń teatru. Kochanek jest zjawą, jednakże zjawą zmysłową, co pozwala sądzić, że dla Karusi ciągle jest obiektem pożądania, nie myśli o nim jak o zmarłym, przeciwnie. W tej części spektaklu dominuje taniec i muzyka (śpiew), tworząc opowieść o miłości, która nie zna granic – jest mocniejsza od śmierci. Eros i Tanatos. Cały dyskurs światopoglądowy "Romantyczności" zostaje wprawdzie pominięty, ale to, co najistotniejsze: miłość (owo "czucie", o którym pisze Mickiewicz) jako narzędzie poznania (siebie, świata) – pozostaje. Podobnie jak sen, będący jednym z ulubionych romantycznych tematów. 


Agnieszka Dziewa i  Eloy Moreno Gallego w "Romantyczności"
w reż. Piotra Soroki, fot. Natalia Kabanow
"Romantyczność" uwodzi poza wszystkim użytymi środkami artystycznymi: ruchem scenicznym – jego plastyką, rytmem, a także kostiumem, który zmieniając się, także "opowiada" (od obfitej sukni po nagość). Piotr Soroka, którego pamiętamy z zabawnej pantomimy "Macht mir Spaβ" okazał się również twórczym i wrażliwym interpretatorem romantycznego tekstu.

"Świtezianka" – wojna i pokój


"Świtezianka" w reż. Zdenki Pszczołowskiej, fot. Natalia Kabanow
Bardzo interesująca pod względem rozwiązań scenicznych okazała się także ballada "Świtezianka". Chciałabym wyrazić słowa uznania dla autorki scenografii i kostiumów – Anny Oramus. Wyobrażenie jeziora jako "osobnego świata" może także symbolizować życie "pod kloszem", a więc spokojne, stabilne... do czasu. Jak pamiętamy, ballada opowiada historię jeziora Świteź, znajdującego się w pobliżu Tuhanowicz, gdzie młody Adam Mickiewicz bywał u swego przyjaciela i gdzie zakochał się w Maryli Wereszczakównie. Poeta przytacza w balladzie legendę związaną z jeziorem, a ściślej: z jego powstaniem Otóż w zamierzchłych czasach w jego miejscu znajdował się dwór książęcy. Jego mieszkańcy żyli spokojnie, dopóki książę wraz z wojskiem nie wyruszył bronić stolicy przed wojskami cara. Pod jego nieobecność gród zaatakowali Rusini, a bezbronne kobiety i starcy jęli się modlić o ratunek, będąc gotowi  na śmierć, by uniknąć hańbiącej śmierci i gwałtów. Bóg wysłuchał modlitw i zamienił gród w jezioro, a "car i ruska zgraja" zostali ukarani śmiercią. Od tej pory jezioro stało się miejscem, w którym straszy i dopiero potomkowi Tuhanowicza udało się tę zagadkę rozwikłać, dzięki opowieści nimfy wodnej, wyłowionej z jeziora. 

Sandra Kromer-Gorzelewska jako mieszkanka Tuhanowicz,
fot. Natalia Kabanow
Cała ta skomplikowana historia została przełożona na język pantomimy w sposób pięknie prosty. Mieszkańcy owego odrębnego świata próbują wyjść poza jego ograniczone ramy, ale – mimo udanych prób – powracają, gdyż są tam bezpieczni. Świat zewnętrzy wkracza jednak brutalnie, burząc ów spokój. Ostrzega przed nim grany przez Jana Kochanowskiego (w sposób szczególny zapamiętałam jego rolę Poety w „Café Panique”) - żołnierz armii carskiej Jerzy Iwan (wątek w balladzie nieobecny, postać przywodzi na myśl kapitana Rykowa z "Pana Tadeusza"). O tym, że nadciąga wojna, dowiadujemy się z pieśni (Magdy Pasierskiej). Przyznam, że ta ballada miała najbliższe konotacje z naszą współczesnością, gdy za naszą wschodnią granicą znowu pojawiła się "ruska zgraja"... Tak czy owak  ta część widowiska była znakomita choreograficznie, a także plastycznie i podobała mi się najbardziej.

"Lilije", czyli zbrodnia i kara


Izabela Cześniewicz w balladzie "Lilije" w reż. Błażeja Peszka,
fot. Natalia Kabanow
W inscenizacji tej ballady reżyser, Błażej Peszek, w największym stopniu posłużył się tekstem ballady Mickiewicza, opowiadającym o niewiernej żonie, która zabiła męża powracającego z wyprawy wojennej. Jest to w moim odczuciu jakiś akt niewiary, że historię można opowiedzieć wyłącznie językiem pantomimy... 
Główna bohaterka, zagrana przez Izabelę Cześniewicz, pamiętną Zuzannę z przedstawienia Leszka Mądzika "Zuzanna i starcy", gra swoją postać w takiej konwencji, którą można by określić słowami Marii Janion jako "gorączkę romantyczną". Jednocześnie zaś  – ubrana w złotą suknię o współczesnym kroju  – nie sprawia wrażenia postaci romantycznej. Równie dobrze mogłaby być współczesną morderczynią, która ze strachu przed konsekwencjami swej zdrady  – zabija. To wrażenie "uwspółcześnienia" tekstu ballady dają również dwaj bracia zmarłego, grani przez znakomitych mimów: Artura Borkowskiego (pamiętnego Dyrygenta i Lekarza z „Café Panique”) oraz Mariusza Sikorskiego (kapitalna rola.Mężczyzny w tym samym spektaklu!). Choreografia i światło w tym przedstawieniu przywodzą na myśl filmy grozy, co zresztą dobrze oddaje powyższe zdjęcie. 

Spektakl "Ballad i romansów" korzysta z tekstów Adama Mickiewicza w sposób charakterystyczny dla języka teatru pantomimy, poszerzającym sferę znaczeń i interpretacji o współczesne konteksty. Na szczególną pochwałę zasługują  – jak zawsze  – znakomici aktorzy tego teatru, którzy nie boją się wyzwań i dla których opór materii nie istnieje - brawo!

wtorek, 28 września 2021

Czy możliwy jest uśmiech bez kota, „Rosjanie” bez Rosjan, a świat bez miłości i współczucia? O (nie)widzeniu – relacja z pierwszego dnia VI Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Dialog Wrocław

Międzynarodowy Festiwal Teatralny Dialog Wrocław rozpoczęły dwie sztuki teatralne, które są mniej lub bardziej wiernymi adaptacjami utworów pisarzy rosyjskich : Mikołaja Gogola i Antoniego Czechowa. Poza tym zderzono ze sobą spektakle, które dzieli właściwie wszystko: problematyka, estetyka, forma teatralna. 

"Płaszcz" Mikołaja Gogola, Teatro Milagros, fot. materiały prasowe

„Płaszcz” Mikołaja Gogola A.D. 2007  – moralitet w obronie „szaraczka”


Znane opowiadanie Gogola o niewiele znaczącym urzędniku, który budzi śmiech i irytację otoczenia, ale żyje skromnie i nawet jest na swój sposób szczęśliwy, Paola Giannini (autorka scenariusza) uzupełniła o dzieciństwo – pełne nieudanych prób „bycia kimś” albo „bycia kochanym”. Naszemu bohaterowi nie udaje się ani jedno, ani drugie. Jego powołaniem jest kopiowanie dokumentów i czyni to rzetelnie i z upodobaniem. Można by nawet zaryzykować żartobliwe stwierdzenie, że taki żywot zdaje się być kopią prawdziwego życia.  Tymczasem  realizatorki chilijskiego Teatro Milagros wcale go nie wykpiwają, przeciwnie – krytycznie oceniają tych, którzy - mimo że mają się za inteligentniejszych i poniekąd lepszych od Akakiusza Akakiewicza Kamaszkina – wcale takimi nie są. W interpretacji chilijskich aktorek  łagodny i cichy bohater budzi u widza współczucie i sympatię. Punkt kulminacyjny sztuki, kiedy wzruszony przymierza uszyty za cenę wielu wyrzeczeń nowy płaszcz, wcale nie czyni go śmiesznym. Co więcej, płaszcz ten staje się jego pierwszym i jedynym sukcesem, jaki osiągnął w życiu. Tracąc go, traci właściwie wszystko, przekonując się jednocześnie, że nikogo to nie obchodzi. 

O ile Gogol przedstawił w swoim opowiadaniu nędznego urzędnika, którego monotonia życia i jego miałkość irytują i śmieszą zarówno otoczenie bohatera, jak i czytelnika, to autorki i zarazem aktorki przedstawienia spojrzały na niego z prawdziwie kobiecą czułością. Dostrzegły w nim mianowicie godnego współczucia człowieka. 

„Wybrałyśmy ten tekst – mówiły podczas spotkania z publicznością w Klubie Lewitacja, gdzie codziennie toczą się dyskusje wokół obejrzanych przedstawień -  ze względu na jego aktualność. Chile ma swoje obszary nędzy, dla których los bohatera nie jest żadną metaforą, ale czystym realizmem. Język teatru lalkowego pozwolił nam dotrzeć do emocji widza. My oddziałujemy  poprzez emocje i wrażliwość”  

Spektakl na podst. „Płaszcza” M. Gogola jest autorski w literalnym sensie tego słowa. Tworzące go chilijskie aktorki same wykonały laki i dekoracje. Skromnie określiły proces tworzenia jako „pracę  rzemieślniczą”, ale jeśli jest to rzemiosło, to w najlepszym stylu. Realistyczny szczegół, znakomita praca z lalką - to charakterystyczne cechy tego teatru. Na tę przestrzeń teatralną nakłada się druga, filmowa animacja, tworząc z nią spójną i bogatą znaczeniowo całość. 

„Płaszcz” Gogola w scenicznym opracowaniu Aline Kuppenheim i  Paola Giannini i w wykonaniu Teatro Milagros (Chile) jest moralitetem pełnym wdzięku, opowiedzianym z kobiecą wrażliwością i humorem.

„Rosjanie” bez Rosjan i uśmiech bez kota


Scena ze spektaklu ''Rosjanie!'' w reż. Ivo van Hove. (fot. materiały prasowe)
Spektakl „Rosjanie” w reżyserii znanego festiwalowej publiczności holenderskiego twórcy Ivo van Hove i w wykonaniu Toneelgroep Amsterdam powstał na kanwie dwóch wczesnych sztuk Antoniego Czechowa: „Płatonowa”(ok. 1881)  i „Iwanowa”(1987). Teksty te zostały jednak potraktowane dość radykalnie przez belgijskiego pisarza i poetę, autora m.in. zaprezentowanej na deskach Teatru Polskiego w Poznaniu sztuki „Mamma Medea” – o destrukcyjnych mechanizmach związku kobiety i mężczyzny. Powstał właściwie nowy tekst, z gotowym przesłaniem. 

Na spotkaniu z publicznością w Klubie Lewitacja reżyser stwierdził, że zbytnio upiększamy Czechowa i że dlatego sięgnął do jego wczesnych sztuk, ponieważ – jego zdaniem – ich bohaterowie mają „punkową wrażliwość” i buntują się dla samego buntu. Zapytany o charakterystyczną dla tego przedstawienia brutalność, odparł, że po „Tragediach rzymskich”, gdzie przedstawił polityków manipulujących społeczeństwem, pragnął w kolejnej sztuce spojrzeć na kondycję tego społeczeństwa. W jego przedstawieniu jest ono zbiorem samolubnych jednostek i egocentryków. „To egoiści – mówił van Hove – którzy nie dają miłości, tylko miłość biorą. Spośród bohaterów jedynie żona Iwanowa jest zdolna do poświęceń. Mamy zatem do czynienia z katastroficznym światem samolubnych egocentryków zajętych szukaniem kozła ofiarnego, który by zrekompensował ich własne niepowodzenia.”

W przedstawieniu „Rosjanie” obaj czechowowscy bohaterowie się spotykają. Ponadto akcję sztuki przeniesiono do współczesności i rozgrywa się ona w zachodnich realiach.  O ile pierwsza część spektaklu ma charakter realistyczny, a jej akcja toczy się na dachach miasta (co symbolizuje zawieszenie między niebem a piekłem), o tyle pozostałe części sztuki są próbą pokazania sytuacji duchowej bohaterów – ich frustracji i agresji. Zdaniem reżysera, „Rosjanie” są spektaklem o walorach uniwersalnych. Równie dobrze mogliby to być Amerykanie czy Francuzi.

Obecny na spotkaniu jego gość specjalny, prof. Cezary Wodziński – filozof, tłumacz i eseista - uznał takie dowolne potraktowanie tekstów Czechowa za nieporozumienie. „Dlaczego spektakl zatytułowany „Rosjanie” – pytał – odwołuje się do jakiegoś doświadczenia uniwersalnego? W takim razie, dlaczego Rosjanie, a nie np. Kaszubi czy Anglicy?” Przytoczył też smakowitą anegdotę wiele mówiącą o stosunku zachodnich intelektualistów do literatury rosyjskiej, po którą tak chętnie sięgają, nie zgłębiając jej specjalnie. Otóż przywołał scenę z „Alicji w Krainie Czarów”, której bohaterka przygląda się znikającemu kotu i mówi: „Tyle razy widziałam kota bez uśmiechu, ale uśmiech bez kota – nie, takiego nigdy nie widziałam” Prof. Wodziński konkludował: „To jest właśnie nasza sytuacja, kiedy próbujemy spojrzeć na Rosję przez zachodnie okulary i mówić o niej w naszych idiomach. Paradoks polega nie tylko na tym, że widzimy kota bez uśmiechu, ale na tym, że widzimy uśmiech bez kota. Ja tego uśmiechu bez kota w przedstawieniu Ivo van Hove nie widziałem”.

Jak to zaznaczyłam na wstępie, obie sztuki, które zaprezentowano pod hasłem „O (nie)widzeniu” są diametralnie różne, choć obie wywodzą się z tego samego matecznika rosyjskiej kultury. Przede wszystkim dzieli je przepaść, jeśli chodzi o stosunek do człowieka, o którego kondycji mówią.  Aktorki z Teatro Milagros pochylają się nad swoim bohaterem współczująco, podczas gdy tzw. świat nie zauważa go albo nim pomiata. Ivo van Hove  natomiast postrzega swoich bohaterów jako ludzi odrażających, których kochać się nie da.

Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu PIK  Wrocław w październiku 2011 roku.


poniedziałek, 7 stycznia 2019

"Farinelli" w Teatrze Polskim: Trzech autorów w poszukiwaniu postaci /recenzja teatralna/

18 czerwca 2011 roku na Scenie Kameralnej Teatru Polskiego zaprezentowano prapremierowe przedstawienie „Farinellego” w reżyserii Łukasza Twarkowskiego. W monodramie  wystąpił Bartosz Porczyk. Scena jest rodzajem „pokoju wyobraźni”, istniejącym poza czasem albo raczej w czasie subiektywnym głównego bohatera. W przestrzeni tej aktor spotyka się z Farinellim, a także z sobą samym – z własnymi problemami i ograniczeniami.



Spektakl nawiązuje wprawdzie swoim tytułem do postaci najsłynniejszego z kastratów, ale nie jest - jak film Gerarda Corbiau – osnute na kanwie biografii śpiewaka. Tekst sztuki powstał w wyniku współpracy trzech osób: reżysera Łukasza Twarkowskiego, aktora Bartosza Porczyka i dramaturg Anki Herbut. Jest to – jak czytamy w programie – „eksperyment na żywej tkance ciała aktora, performera, sztuki”.

Odwracając tytuł znanej sztuki Luigi Pirandello (Sześć postaci scenicznych w poszukiwaniu autora), można by rzec, iż jest to sztuka o tym, jak trzech autorów poszukuje postaci, w tym przypadku – Farinellego.


Bartosz Porczyk jako Farinelli, T. Polski we Wrocławiu

Zarówno temat, jak i akcja sztuki (o ile można użyć tych kategorii pojęciowych w odniesieniu do tego przedstawienia) rozgrywa się równolegle na scenie i na ekranie. Podobnie jak współczesny człowiek, bohater ogląda siebie okiem kamery (już nie lustra). Scena jest rodzajem „pokoju wyobraźni”, istniejącym poza czasem albo raczej w czasie subiektywnym głównego bohatera. W przestrzeni tej aktor spotyka się z Farinellim, a także z sobą samym – z własnymi problemami i ograniczeniami.

Kim był tytułowy bohater? Najsłynniejszym włoski śpiewakiem operowym, którego prawdziwe nazwisko brzmiało Carlo Broschi. Urodził się w południowych Włoszech w 1705 r., zmarł w 1782 r. w Bolonii. Podobno miał imponującą skalę i niezwykłą barwę głosu. Właściwie niewiele o nim wiadomo poza legendą, nie zachowały się bowiem żadne dokumenty ani pamiątki po nim. Dla twórców przedstawienia jest on rodzajem fantazmatu, symbolu, punktu odniesienia – jako mityczny śpiewak, a zarazem pozbawiony wyraźnych cech płciowych damsko-męski twór.


Bartosz Porczyk jako Farinelli, T. Polski we Wrocławiu
Sztuka jest monodramem, w którym aktorowi towarzyszy Chłopiec (Kacper Kuryś). Chłopiec ów to postać Farinellego sprzed kastracji, symbol czasów niewinności i naiwnej wiary, że baśnie się spełniają.  Ta, którą opowiada, nie daje jednak nadziei, przeciwnie - odbiera złudzenia. Aktor także opowiada swoją baśń o Farinellim -  o roli, o grze i o śpiewie, o teatrze i operze. Marzenia Chłopca lądują na śmietniku. Marzenia aktora o swojej roli – także okazują się niemożliwe do spełnienia.

Najbardziej interesujące w tej sztuce jest właśnie zmaganie się aktora z rolą. Bartosz Porczyk – obnażony, a jednak nadal sztuczny, parafrazuje Gombrowicza: „poniedziałek – nie ja, wtorek – nie ja…”. Porczyk w obcisłym trykocie i z piórami na głowie miota się po scenie czy też – jak sam powiada – „kroczy” i w żaden sposób nie może utożsamić się z rolą, „stać się” bohaterem. W końcu wychodzi z pudełka sceny, ponieważ chce „lepiej zarządzać swoimi marzeniami”, nie sprzedawać się. I wówczas następuje najbardziej bodaj poruszający moment tej sztuki. Aktora nie ma na scenie, za to słychać arię zaśpiewaną głosem… No właśnie, czyim głosem?  A może to bez znaczenia, ważne, że głos ten porusza, bo jest piękny.
Aktor zszedł ze sceny. Przychodzi na myśl znany cytat z „Makbeta” Williama Szekspira:

Życie jest jedynie 
Przelotnym cieniem; żałosnym aktorem, 
Co przez godzinę puszy się i miota 
Na scenie, po czym znika; opowieścią 
Idioty, pełną wrzasku i wściekłości, 
A nie znaczącą nic.

Recenzja ukazała się na portalu PIK Wrocław 20 czerwca 2011 roku.

wtorek, 1 stycznia 2019

Marek Żerański: „Chcę moją pełną wolność mieć” /recenzja teatralna/

W ramach Interdisciplinary  Fringe Festival , w Nurcie Off - Teatr, zaprezentowano m.in. autorski monodram  Marka Żerańskiego (Teatr Bywalnia), będący sceniczną adaptacją utworów niemieckiego poety romantycznego, Heinricha Heinego. Autorem oprawy muzycznej był Krzysztof Meisinger, grający na gitarze klasycznej utwory J.S. Bacha, A. Barriosa, F. Tarregi. 

Marek   Żerański w monodramie na podst. tekstów H. Heinego/ mat. organizatorów

Trwający 60 minut spektakl mógłby być – i był - poglądową lekcją romantyzmu. Chory i przykuty do łóżka poeta opowiada historię swego życia. Historię ukazującą człowieka pełnego sprzeczności i ciągle rozsadzającego ciasne schematy, w których musi egzystować. Typowo romantyczny powrót do „kraju lat dziecinnych” zawiera różnorodne refleksje na temat wagi tego okresu w życiu człowieka, m.in. wpływu rodziców, a także dziadków na ukształtowanie nie tylko charakteru i sposobu widzenia świata, ale także swoistej wyobraźni. Główną rolę w historii swego rozwoju przypisuje bohater matce i z nieco sarkastycznym humorem opisuje jak  z godnym podziwu uporem próbowała pokierować synem na drodze kariery wojskowej, potem handlowej, wreszcie prawniczej – za każdym razem ponosząc nieubłaganą klęskę. A przecież pragnęła tym sposobem ustrzec syna przed losem poety, powszechnie utożsamianym z biedą i nieszczęściem. Młody bohater studiował więc matematykę i buchalterię (dziś powiedzielibyśmy: księgowość), potem prawo rzymskie, którego nienawidził. Uważał je bowiem za spadek po „rzymskich złodziejach”, którzy stworzyli teorię własności pozostającą w sprzeczności z religią, moralnością i rozumem, a która obowiązuje po dziś dzień. Mimo presji, którą wywierała, aby pokierować jego życiem, poeta uważa on, że matka kochała go i że nigdy nie próbowała zawładnąć jego duchem czy sposobem myślenia.


Marek   Żerański w monodramie na podst. tekstów H. Heinego/ mat. organizatorów
Dzieciństwo poety to jednak przede wszystkim tajemnicze poddasze w domu wuja, gdzie mógł on do woli snuć różne fantazje i gdzie doznał wtajemniczenia – za sprawą pamiętników innego krewnego – w egzotykę Wschodu. Owa fascynacja orientem jest kolejną cechą romantycznego poety. Snuje fantazje o niezwykłych przygodach i podróżach, aż staje się „orientalnym sobowtórem” swego wujecznego dziadka. Tutaj także kształtuje się marzenie o wielkiej i nieszczęśliwej miłości. Dzieciństwo, marzenie, fantazje, sztuki tajemne i orient, tajemnicze sobowtóry, a także awanturniczy sposób życia i przekraczanie norm, także obyczajowych, wreszcie nieszczęśliwe miłości – cały ten romantyczny sztafaż odnajdziemy w monodramie Żerańskiego.

Jego największą zaletą jest bez wątpliwości bogactwo znaczeniowe tekstów Heinego i jego – do dziś aktualna - refleksja na rozliczne ważne tematy. Słabością monodramu jest „wszystkoizm”. Zafascynowany poetą aktor stara się powiedzieć jak najwięcej, abyśmy nie mieli wątpliwości, że „Heinrich Heine wielkim poetą był”. Wejście w rolę poety podkreśla fryzura, strój, romantyczny gest, ekspresja słowa, a także rekwizyty: kołyska, drzewo, kobiety – lalki. Najsłabszym elementem przedstawienia jest jednak – paradoksalnie – jego oprawa muzyczna. Aktor ma zupełnie nieustawiony głos, momentami fałszuje. Znamy sporo utworów Schuberta do słów Heinego, m.in. dowcipną „Młynarkę” czy mrocznego „Sobowtóra”, w znakomitych wykonaniach. Lepiej zrezygnować z jakiego środka ekspresji, jeśli wypowiedź na tym traci…

Na spektaklu, który widziałam 6 października 2011 roku we Wrocławiu, towarzyszącego aktorowi muzyka w ogóle nie było na scenie, co jeszcze bardziej podkreślało „sztuczność” tego akompaniamentu.
Chociaż monodram „Heine” Marka Żerańskiego sprawia momentami wrażenie niedopracowanego i nieco amatorskiego, to jednak zasługuje na życzliwą uwagę.

W programie teatralnym czytamy:
„Jednym z dalekich posiewów arcyciekawego dzieła Heinego jest przedstawiany państwu spektakl. Niedoskonały i ograniczony, jak wszystko w świecie. Jest on krokiem w moich własnych dążeniach wpatrzonych w  twórczość mistrza z Düsseldorfu. Mam nadzieję, że krokiem w przód.”

Płynące ze sceny żywe słowo poety mimo wszystko porusza, tak jak zapewne poruszyło młodego aktora do tego stopnia, że postanowił przedstawić je publiczności teatralnej. Kto dziś czyta romantycznych poetów..? A jednak po powrocie ze spektaklu sięgnęłam po jego „Dzieła wybrane” i choćby z tego powodu jestem autorom przedstawienia wdzięczna.

Recenzja ukazała się na łamach PIK Wrocław  w październiku 2011 roku.

piątek, 21 grudnia 2018

"Radio Armagedon" we Wrocławskim Teatrze Współczesnym: Buntownicy bez powodu /recenzja/

Wrocławski Teatr Współczesny sięgnął ponownie po tekst "Radia Armagedon" Jakuba Żulczyka. Tym razem reżyser Tomasz Hynek zaprezentował interesujący w formie spektakl teatralny. 




Historia opowiedziana przez Żulczyka rozgrywa się w latach 80. ubiegłego wieku. Jej bohaterami są uczniowie prywatnego liceum: trzej chłopcy i dziewczyna. Wszyscy pochodzą z bogatych rodzin i przeżywają - każdy z osobna - frustracje związane z wiekiem dojrzewania. Podobnie jak ich rówieśnicy w kultowego filmu "Buntownik bez powodu". Z inspiracji charyzmatycznego przywódcy zakładają zespół: Radio Armagedon. Nazwa budzi skojarzenia eschatologiczne. Pochodzi z Apokalipsy św. Jana i określa sytuację, w której narody ziemi i ich armie, inspirowane przez diabła i demony, wystąpią przeciw Bogu. W odniesieniu do sztuki natomiast słowo armagedon oznacza bunt przeciwko  zastanemu światu i jego wątpliwym autorytetom. Cyprian jest tym, który piętnuje konformizm i gloryfikuje wolność. Pozostałym wydaje się to pociągające.

Napiętnowanie konformizmu


Radio Armagedon, fot. WTW

Szymon (Piotr Bondyra) jest nieśmiałym, wrażliwym chłopcem, który kocha się platonicznie w koleżance, a potem dziewczynie Cypriana - Nadziei (Aleksandra Dytko), Gnat (Maciej Kowalczyk) jest jego przeciwieństwem. Granie w zespole jest dla niego okazją do zdobycia popularności i podrywania dziewczyn. Najwrażliwsza i najbardziej refleksyjna jest Nadzieja, po uszy zakochana w liderze grupy. I wreszcie  - Cyprian (Konrad Wosik), dojrzały, pewny siebie, zbuntowany młody człowiek, który nie mieści się w żadnych schematach. Odnoszą jako zespół spektakularny sukces, jednak w pewnym momencie lider zespołu znika, a grupa się rozsypuje. Wszyscy - może za wyjątkiem Gnata - boleśnie przechodzą swój akces do dorosłego życia. Rozczarowani, nieufni, osobni - nie są już tymi ludźmi, co kiedyś. 


Kształt sceniczny 

Przedstawienie ma oryginalny kształt - rozgrywa się w kilku planach i łączy materię teatralną z koncertem, co akurat w tym przypadku jest w pełni uzasadnione. Akcja rozgrywa się "po latach". Dorośli już bohaterowie odwiedzają swoją szkołę, snują wspomnienia, które ożywają w postaci teatralnych scen. Każdy z tej trójki inaczej wspomina moment, w którym pojawił się w ich życiu Cyprian, inny jest też ich stosunek do siebie nawzajem. Wspomnienia przypominają trochę psychodramę, w której cierpienie i ból miesza się ze słowną agresją i specyficznym humorem. 

Radio Armagedon, fot. WTW


Sztuka wydaje się oryginalna zarówno co do formy scenicznej, zawiera też mocny, prawdziwy przekaz. Przedstawienie było interesujące, jeśli chodzi o koncepcję, dobrze zagrane (niektóre sceny, jak choćby etiuda z matką Szymona, były prawdziwymi perełkami). Na podkreślenie zasługuje także precyzyjny ruch sceniczny, interesujące plastycznie wykorzystanie światła i kolorów, stroje bohaterów... Wszystkie elementy przedstawienia tworzą dobrze skomponowaną, wyrazistą całość.


Opowieść prawdziwa


.Podczas trwania spektaklu aktorzy wielokrotnie nawiązywali kontakt z publicznością, a ta żywo reagowała. Zaobserwowałam na widowni wielu młodych  ludzi, do których głównie ta sztuka była adresowana. Odbiór był gorący! Ale i dla mnie była to opowieść prawdziwa - o buncie wobec zastanego świata, pierwszych miłościach, rozczarowaniach, trudnych relacjach... Wszyscy przez to przechodziliśmy, choć każde pokolenie miało inną muzykę i inne środki wyrazu. Dla mnie najtrudniejszym doświadczeniem była właśnie muzyka na żywo. Na ogół był to chaotyczny wrzask, którego kompletnie nie rozumiałam. Zapewne jednak wśród publiczności przeważali odbiorcy takiej właśnie muzyki i sądzę, że w ich przekonaniu miała ona swoje walory, na które nie jestem otwarta.

Spektakl adresowany jest wprawdzie do młodzieżowej publiczności, ale jego liczne walory sprawią, że zarówno średnie, jak i dojrzałe pokolenie widzów znajdzie tam coś dla siebie.

Przedstawienie ma oryginalny kształt - rozgrywa się w kilku planach i łączy materię teatralną z koncertem, co akurat w tym przypadku jest w pełni uzasadnione. Akcja rozgrywa się "po latach". Dorośli już bohaterowie odwiedzają swoją szkołę, snują wspomnienia, które ożywają w postaci teatralnych scen. Każdy z tej trójki inaczej wspomina moment, w którym pojawił się w ich życiu Cyprian, inny jest też ich stosunek do siebie nawzajem. Wspomnienia przypominają trochę psychodramę, w której cierpienie i ból miesza się ze słowną agresją i specyficznym humorem. 

Radio Armagedon, fot. WTW
Sztuka wydaje się oryginalna zarówno co do formy scenicznej, zawiera też mocny, prawdziwy przekaz. Przedstawienie było interesujące, jeśli chodzi o koncepcję, dobrze zagrane (niektóre sceny, jak choćby etiuda z matką Szymona, były prawdziwymi perełkami). Na podkreślenie zasługuje także precyzyjny ruch sceniczny, interesujące plastycznie wykorzystanie światła i kolorów, stroje bohaterów... Wszystkie elementy przedstawienia tworzą dobrze skomponowaną, wyrazistą całość.



Opowieść prawdziwa


.Podczas trwania spektaklu aktorzy wielokrotnie nawiązywali kontakt z publicznością, a ta żywo reagowała. Zaobserwowałam na widowni wielu młodych  ludzi, do których głównie ta sztuka była adresowana. Odbiór był gorący! Ale i dla mnie była to opowieść prawdziwa - o buncie wobec zastanego świata, pierwszych miłościach, rozczarowaniach, trudnych relacjach... Wszyscy przez to przechodziliśmy, choć każde pokolenie miało inną muzykę i inne środki wyrazu. Dla mnie najtrudniejszym doświadczeniem była właśnie muzyka na żywo. Na ogół był to chaotyczny wrzask, którego kompletnie nie rozumiałam. Zapewne jednak wśród publiczności przeważali odbiorcy takiej właśnie muzyki i sądzę, że w ich przekonaniu miała ona swoje walory, na które nie jestem otwarta.

Spektakl adresowany jest wprawdzie do młodzieżowej publiczności, ale jego liczne walory sprawią, że zarówno średnie, jak i dojrzałe pokolenie widzów znajdzie tam coś dla siebie.


trailer spektaklu

Spektakl "Radio Armagedon. Transmisja" na podstawie powieści Jakuba Żulczyka "Radio Armageddon" i w reżyserii Tomasza Hynka miało swoją prapremierę  16 listopada 2014 roku.

Recenzja ukazała się 9 grudnia 2014 roku na portalu Kulturaonline.

niedziela, 16 grudnia 2018

"Medea" Eurypidesa w The National Theatre of London /recenzja/

4 września 2014 roku byliśmy uczestnikami niecodziennego wydarzenia. Mieliśmy mianowicie okazję obejrzeć transmisję z The National Theatre w Londynie, gdzie wystawiono sztukę Eurypidesa ”Medea” z Helen McCrory w roli tytułowej.


Przedsięwzięcie samo w sobie godne podziwu. Nie tylko dlatego, że Teatr Narodowy w Londynie sięgnął po tę sztukę po pięćdziesięciu latach, ale także dlatego, że mogliśmy ją oglądać jednocześnie w wielu krajach. Wrocławskie Kino Nowe Horyzonty wyróżnia się tym, że można w nim oglądać nie tylko filmy, ale także wystawy, opery, a od tego roku – również spektakle. Tak więc nie ruszając się z kinowego fotela, staliśmy się uczestnikami różnych, często wybitnych, wydarzeń w europejskiej kulturze.

Tekst Eurypidesa adaptował Ben Power, a wyreżyserowała Carrie Cracknell. Ta propozycja teatralna budzi jednak mieszane uczucia. Twórcy postanowili uwspółcześnić starego mądrego Eurypidesa i efekty tego są raczej niezadowalające, ponieważ zaprezentowano nam sztukę płaską jak dolina mazowiecka, ze słabym aktorstwem (no, może jedynie Helen McCrory się wybroniła, choć kiedy widzimy ją zaniedbaną i ubraną w opadające spodnie, to nawet nas nie dziwi, dlaczego mąż ją porzucił) oraz mnogością planów i rekwizytów – podpórek.

Spektakl Medea, National Theatre of London, prasowe
Akcja rozgrywa się w zaniedbanym domu, którego umeblowanie i sprzęt kojarzy się z latami 70. Scena jest dwupoziomowa. Na piętrze rozgrywa się wesele Jazona z córką króla Koryntu, natomiast w głębi widzimy podświetlany las (?), który swoją grozą ma chyba symbolizować ciemną stronę ludzkiej natury. W nim też Medea zgładzi swoich synów, aby zadać Jazonowi ostateczny cios i skazać go na niewyobrażalne cierpienie.
Sztuka Eurypidesa nie da się odczytać bez znajomości światopoglądu starożytnych Greków. Dla wielkiego tragika to przede wszystkim dramat sprzeczności tkwiących w ludzkiej naturze. 
Ponadto bohaterka reprezentuje barbarzyński świat Wschodu, podczas gdy Jazon – cywilizację grecką. Jednakże można w tej sztuce zauważyć  nie tylko los kobiety, która na zawsze pozostanie obca dla społeczności, w której się znalazła, a jej cierpienie z powodu zdrady i odrzucenia jest tym większe. Można także odczytać sztukę Eurypidesa bardziej uniwersalnie – jako metaforyczne uogólnienie uniwersalnych problemów życia i losu ludzkiego. Ukazane zostały w ”Medei” wielkie namiętności i najbardziej dramatyczne ich konsekwencje.

spektakl Medea, National Theatre of London, prasowe

Tego jednak w sztuce wystawionej na deskach Teatru Narodowego w Londynie nie uświadczysz. Wszystko sprowadzono do feministycznego ujęcia Medei jako silnej kobiety, która potrafi przerwać więzi i zemścić się na mężczyźnie za to, że ją upokorzył i odrzucił. Całą swoją energię wykorzysta na to, aby przeprowadzić swój straszliwy plan. Wprawdzie przeczuwa, że zabijając dzieci zmarnuje w ten sposób również własne życie, ale potrafi zdusić wątpliwości w zarodku. Są jednak momenty w tym przedstawieniu, że aktorce udaje się pokazać także ludzką, pełną cierpienia twarz. I wtedy to jest poruszające.
spektakl Medea, National Theatre of London, prasowe
O wiele mniej przekonujący jest Michael Coel jako Jazon. Postać tę spłaszczył również ów niezbyt fortunnie uwspółcześniony tekst. Jazon w tej wersji jest zadowolonym z siebie, robiącym karierę biznesmenem, który na dodatek przechodzi kryzys wieku średniego i chętnie wymienia starszą kobietę na młodszą. W dodatku mało inteligentnie tłumaczy żonie, że robi to dla rodziny, aby jej zapewnić lepszy byt…
Na to wszystko nakłada się jeszcze tłum współcześnie, a zarazem ponadczasowo ubranych postaci stanowiących tzw. chór. Autorzy przedstawienia uznali widocznie, że będzie to poważniej wyglądało, jeśli główna bohaterka nie będzie mówiła sama do siebie, lecz toczyć będzie dialog z widocznymi tylko dla niej kobietami…

Reasumując, wypada cieszyć się, że mamy teraz takie możliwości uczestniczenia w tzw. kulturze wysokiej. Gdybyż jednak była ona nieco wyższych lotów… Nie mniej warto wybrać się nie tylko do teatru żywego, ale skorzystać od czasu do czasu z tego, co oferuje nam współczesne kino:  klasyczny repertuar teatralny w wykonaniu artystów uznanych scen światowych.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline 5  września 2014 roku.

sobota, 8 grudnia 2018

Festiwal Festiwali ”Komedia Roku”.. `Depresja komika`: Woody Allen po polsku /recenzja/

Dlaczego depresja dopada również komików i czy możliwy jest współcześnie dobry, inteligentny teatr – oto pytania, które stawia Michał Walczak w swoim nagrodzonym spektaklu.


Rafał Rutkowski i Adam Woronowicz w spektaklu Depresja komika w reż. Michała Walczaka


Polska to nie jest kraj dla komików

Najlepszym spektaklem  I Festiwalu Festiwali Komedia Roku ogłoszono ”Depresję komika” według scenariusza i w reżyserii Michała Walczaka. Autor pozostał mi w pamięci głównie za sprawą dwóch monodramów podczas WROSTJA w 2010 roku. Jego debiutancka sztuka ”Piaskownica” została wówczas zaprezentowana przez dwóch aktorów: Krzysztofa Grabowskiego oraz Wsiewołoda Czubenkę. Szczególnie ta druga interpretacja okazała się mistrzowska. Współczesne pokolenie mężczyzn – zdawał się mówić w swoim debiutanckim utworze Walczak – nigdy nie opuściło piaskownicy, żyje w świecie wykreowanym przez wzorzec dobrobytu i szczęścia, gdzie nie ma miejsca na tragizm istnienia czy dylematy wyborów.

Tym razem dramaturg podjął inny temat, który można by wyrazić zdaniem nawiązującym do tytułu znanego filmu  Braci Coen: ”To nie jest kraj dla starych ludzi”. Choć stwierdzenie to nie wyczerpuje problematyki sztuki, mającej również charakter autotematyczny. Spektakl próbuje dociekać, dlaczego tak jest. Dlaczego, próbując rozśmieszać, komik prędzej czy później musi popaść w depresję. A to oznacza, że przestanie leczyć śmiechem innych, równie jak on narażonych na depresję ludzi.


Być jak Woody Allen

Co robi współczesny komik, który nie jest już dłużej w stanie wykonywać swój zawód?  Otóż robi to, co wszyscy inni – udaje się do psychoanalityka.  Pomysł poddania swojej postaci psychoanalizie, a także rodzaj humoru (przede wszystkim słownego) jako żywo kojarzy się z filmami Woody Allena. Jego alter ego – neurotyczny bohater filmów – czyni mnóstwo aluzji do Freuda, próbując dociec przyczyn swoich życiowych problemów.

Rafał Rutkowski i Adam Woronowicz w spektaklu Depresja komika w reż. Michała Walczaka
W przypadku Michała Walczaka jest podobnie. W jednym z wywiadów otwarcie się do tego przyznaje:
Dramat jest odtrutką na używanie literatury do podpierania swojego osobistego cierpiętnictwa. Umożliwia autoanalizę. Można w nim samego siebie ośmieszyć, pokazać z wielu stron.
Bohater Walczaka – Gustaw (imię znaczące, ewidentnie nawiązujące do mickiewiczowskich ”Dziadów”)  przechodzi głęboki kryzys, którego źródła tkwią nie tylko w traumatycznym dzieciństwie, ale także  - i może przede wszystkim – w polskiej najnowszej historii.  Daje to autorowi nowe możliwości ukazania w krzywym zwierciadle otaczającej nas i generującej stany depresyjne rzeczywistości.
Psychoanalityk, do którego udaje się bohater, nie jest jednakże żadnym specjalistą, raczej samozwańcem, niespełnionym aktorem i hochsztaplerem w jednym, zresztą także pogrążonym w kryzysie i marzącym o tzw. ciekawym przypadku, którym ma się okazać Gustaw – sławny komik. Przeprowadza z nim dziesięć seansów, z których każdy dotyka jakiegoś bolesnego przeżycia, głęboko ukrytego w podświadomości pacjenta.  I – jak w filmach Woody Allena – okaże się nieskuteczny, ale i niezbędny.
Kryzys współczesnego teatru – na wesoło

Relacje między pacjentem a terapeutą to także układ dynamiczny i stwarzający wdzięczne pole do żartów i satyry. Emocje – od nieufności, poprzez uległość aż po nienawiść stwarzają aktorom wspaniałe możliwości do  zagrania. Spokojny i wyciszony (pozornie) Bogdan w kreacji  Adama Woronowicza w zderzeniu z emocjonalnym i ekstrawertycznym Gustawem  Rafała Rutkowskiego tworzą dynamiczny układ. Aktorzy stworzyli  w tym spektaklu nieodłączny duet: nie tylko wyrzucający gejzery zabawnych bon motów, powiedzeń, żartów, ale również śpiewający i tańczący. Nic zatem dziwnego, że docenili to jurorzy festiwalu, choć nagrodę dla aktora powinni przyznać im obu.

Interesująca była także koncepcja sceniczna spektaklu. Płaska przestrzeń proscenium, na tle kurtyny, dająca efekt ekranu, w momencie kulminacyjnym nagle poszerza się o głębię sceny, dając przykład, jak można użyć przestrzeni teatralnej metaforycznie. Poza tym wykorzystano także przestrzeń widowni i boczne wejścia. Ważną rolę w jej kreowaniu  spełniła również gra świateł. Gustaw na scenie to już nie postać komiczna, ale tragiczna w swojej niemożności wypowiedzenia się. Jednak tylko na chwilę. To rodzaj nawiasu, aby pokazać także kryzys współczesnego teatru i  kabaretu, które nie dostają do niedoścignionego wzorca, jaki stworzyli poprzednicy, choćby w osobach Starszych Panów. Obecny teatr robi się pośpiesznie i dla zupełnie innego widza – zdaje się mówić Walczak. I trudno odmówić mu racji.

Tak więc komedia o ”komedii ludzkiej”, ”komedii komika”, choć nieodparcie zabawna, staje się również inspiracją do refleksji dla tych, którzy przychodzą do teatru nie tylko po to, aby się pośmiać.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.

Festiwal Festiwali ”Komedia Roku”. "Ostra jazda" w terapii śmiechem /recenzja/

20 czerwca 2016 roku rozpoczął się we Wrocławiu I Festiwal Festiwali ”Komedia Roku”. "Ostra jazda" Norma Festera w reżyserii Mirosława Połatyńskiego.

Mirosław Baka w spektaklu Ostra jazda


Człowiek kuruje się śmiechem

Już starożytni Grecy wiedzieli, że komedia jest ludziom potrzebna w równym stopniu, co tragedia i jakoś starali się zachować proporcje. Arystofanes – najwybitniejszy komediopisarz starożytności – był nie tylko bardzo popularny, ale szanowany na równi z takimi autorami jak Ajschylos czy Sofokles. Tymczasem współcześni zdają się zapominać, że widz przychodzi do teatru także po to, aby czuć się tam dobrze. Jeśli spojrzymy na repertuar teatrów, komedii tam ani na lekarstwo. No, chyba że jest to teatr repertuarowy, jak warszawska Komedia czy Wrocławski Teatr Komedia. Ten ostatni postanowił zrobić coś bardziej spektakularnego i powołał do życia Festiwal Festiwali ”Komedia Roku”.

Zaprosiliśmy – czytamy w programie – kilka n a j w y b i t n i e j s z y c h p o l s k i c h  z e s p o- ł ó w  m e d y c z n y c h  (zwanych dla niepoznaki teatrami komediowymi – wróg nie śpi i wcale mu nie do śmiechu), aby przekazały swoje doświadczenia w stosowaniu terapii śmiechem. To, jak wiadomo, jeden z najlepszych leków na depresję (nawet ”Depresję komika”).

Moje, rzadkie co prawda, ale znaczące doświadczenia ze spektaklami komediowymi, pozwalają stwierdzić, że jest to gatunek żywo reagujący na społeczne zapotrzebowanie i zawierający nawiązania do rzeczywistości dobrze widzowi znanej. Do dziś z przyjemnością wspominam obejrzaną w poznańskim Teatrze Nowym „Krokodiłłę” (w języku rosyjskim - krokodyl rodzaju żeńskiego) na podstawie F. Dostojewskiego (tak, tak, to nie pomyłka), w błyskotliwej reżyserii Eugeniusza Korina, która (był rok 1999) podejmowała żartobliwie temat emigracji. A niedługo później – również w tym teatrze obejrzałam „Mężów i żony” A. Fredry w uwspółcześnionej wersji tego samego reżysera, który tym razem zajął się nowobogackimi. To były znaczące przedstawienia, a przy tym ubawiłam się do łez.

Ostra jazda – gdy tracisz pracę

Jako pierwszy w roli terapeuty wystąpił Teatr Komedia z Warszawy, który zaprezentował ”Ostrą jazdę” Norma Fostera, w reżyserii Mirosława Połatyńskiego.
Spektakl ten również w jakimś sensie nawiązuje do  problemów współczesnego człowieka: do sytuacji utraty pracy, która we współczesnym świecie stała się artykułem deficytowym. Tracą ją wszyscy po kolei bohaterowie sztuki i aby się ratować, wpadają na pewien ryzykowny pomysł, którego nie jednak zdradzę. Cała akcja rozgrywa się właśnie wokół tego jakże ryzykownego zajęcia, ale sposób pokazania problemów bohaterów jest lekki, łatwy i przyjemny. Nie musimy się obawiać, że zrobią komuś lub sobie coś złego – przeciwnie! Nie tylko nie wpadają w depresję, ale potrafią wyjść obronną ręką także z różnych osobistych problemów, gdyż to się wszystko pięknie łączy.

Spektakl zrobiony z ”przymrużeniem oka”: bohater-narrator zawiesza co pewien czas akcję i zabawnie ją komentuje. Takich komentarzy do tego, co się dzieje na scenie (i w życiu), jest w tym przedstawieniu znacznie więcej. Niektóre z nich dotyczą teatru, sztuki aktorskiej i cenzury.
Na pochwałę zasługuje również gra aktorów. Najbardziej wielowymiarową i najkomiczniejszą postacią jest Byron, grany przez Mirosława Bakę. Przemienia się na oczach widzów, zabawnie grając z konwencją: a to prezentuje ”twardziela”-bukmachera (do muzyki z ”Ojca chrzestnego”), który w najmniej oczekiwanym momencie przeistacza się w nieśmiałego poczciwca, a to przedzierzga się w safandułę i naiwniaka, który raptem wszystkich zaskakuje swoją energią… Bez wątpienia to najlepsza rola w tym spektaklu, choć i inni aktorzy wypadli nieźle, szczególnie Jan Jankowski jako bohater-narrator. Zgromadzona na widowni publiczność zgotowała aktorom gorącą owację.
Przed nami kolejne terapeutyczne spektakle, na które nie powinno zabraknąć chętnych i potrzebujących.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.

czwartek, 25 października 2018

"Silesia, Silentia" w Teatrze Współczesnym: Świat zły /recenzja teatralna/

Spektakl "Silesia, Silentia" w reż. Marka Fiedora w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu jest poetycką opowieścią o stworzeniu świata, który nie udał się Stwórcy – więcej w nim zła i cierpienia, niż dobra. Jest to także refleksja na temat burzliwej historii Wrocławia i i Dolnego Śląska jego, ujęta w ramy moralitetu. Szkoda, że zbyt ”rozgadanego”.




Nieumiarkowana opowieść o stworzeniu świata 

Spektakl Teatru Współczesnego: "Silesia, Silentia", na podstawie dramatu Lidii Amejko, jest poetycką opowieścią o stworzeniu świata, który raczej nie udał się Stwórcy. Kreatorem owego świata jest żydowski Krawiec z Breslau (w tej roli znakomity Przemysław Kozłowski), który - podobnie jak jego poprzednik w dramacie Sławomira Mrożka – okazuje się nie tylko twórcą, ale może przede wszystkim – ofiarą  epoki pogardy i świadkiem Zagłady. Głównym bohaterem, którego powołuje do istnienia jest... męski Płaszcz (Maciej Kowalczyk), który pojawia się na scenie wraz ze swoją Duszą (Aleksandra Dytko). Ich miłość nie trwa jednak długo – Dusza  zostaje bowiem Płaszczowi bezpowrotnie odebrana, zaś on sam przechodzi różne koleje losu – ciągle  zmienia właścicieli, stając się zarazem świadkiem i uczestnikiem tragicznej historii. Płaszcz "czarny, gabardynowy, męski" jest dla Amejko nie tylko świadkiem historii i przedmiotem, na którym odciska ona swoje piętno; jest także symbolem minionej bezpowrotnie epoki – jej  materialnym śladem. Paradoksalnie, to materia i wszystko, co się z nią dzieje, interesuje autorkę "Silesia, Silentia", nie zaś "nieśmiertelna dusza", którą traktuje pogardliwie – jako  ”przypadkowe kaszlnięcie Stwórcy” i która zbyt szybko i łatwo jest odbierana temu, co materialne. W przeciwieństwie do duszy, to, co materialne, nie jest bynajmniej przypadkowe, lecz dokładnie przemyślane i starannie "wykrojone z nicości".

Silesia Silentia, fot. z próby, B. Lekarczyk-Cisek

Świat stworzony ulega destrukcji – niszczy go wojna i obydwa totalitaryzmy. Autorka nieustannie mnoży biblijne,  literackie, a nawet malarskie nawiązania, wskutek czego widz gubi się w nadmiarze aluzji i metafor. Brakuje jednak pewnej klarowności i powściągliwości narracji. Zamiast tego pojawia się ”wszystkoizm”.

Milczący Śląsk, niemy Wrocław

Dramat Lidii Amejko to nie tylko erudycyjny moralitet o "odrobinie dobra i ogromie zła", jakby powiedział Ryszard Przybylski, to również opowieść o mieście, które przestaje być Breslau – zniszczone  i sponiewierane przez wojnę staje się Wrocławiem, miejscem, którego historię próbuje się stworzyć od nowa. Narracja miasta, które przeminęło, zostaje zastąpiona nową opowieścią, ponieważ ludzie, którzy tu przybyli ze Wschodu, nie potrafią się w tym miejscu zakorzenić. Dla nich ono jest martwe i milczące - nie opowiada niczego, co byłoby swojskie i znane. Przeciwnie – kojarzy  się z wygnaniem z raju i trudami życia. Nowa władza próbuje odgórnie narzucić własną narrację, dlatego właśnie we Wrocławiu organizuje się zjazd intelektualistów z całego świata.

Silesia Silentia, fot. z próby, B. Lekarczyk-Cisek

Pojawia się Pablo Picasso (zagrany przez Jerzego Senatora), który świetnie się czuje jako dopieszczany przez komunistyczne władze artysta, w związku z czym masowo rysuje gołąbki pokoju, czyli "s… gołąbkami”, jak powiada inny ważny gość – Iréne  Joliot-Curie. W zabawnej scenie naśladującej "Śniadanie na trawie" E. Maneta pokazani zostali także Paul Ėuard (Marek Kocot), Maria Dąbrowska (Elżbieta Golińska) i Zofia Nałkowska (Irena Rybicka). Ich obecność na Kongresie Intelektualistów była potrzebna po to, aby tę przestrzeń nobilitować, nadać jej nową, pełną optymizmu narrację. Oczywiście, nie tylko Wrocław musi rozpocząć nową opowieść. Dotyczy to w równym stopniu całego Śląska, który po upływie kilku wieków stał się ponownie polski. Łaciński tytuł nie jest przypadkowy, nawiązuje bowiem do początków państwowości, kiedy to nazwę wywodzono od rzeki Silesius i już od XIII w. książęta tych ziem tytułowali się dux Slesie. Jednak dla przybyszów ze Wschodu (i nie tylko) Dolny Śląsk i Wrocław były nieme, a ich historia – obca. O tym także mówi ta sztuka.

Eksperyment z przestrzenią teatralną

Marek Fiedor - reżyser i scenograf w jednej osobie znalazł dla tych skomplikowanych i złożonych treści interesujący ekwiwalent. Twórczo wykorzystał przestrzeń sceniczną, nawiązując tym samym do znakomitych tradycji Teatru Współczesnego, kiedy to w latach 70. I 80. ówczesny dyrektor i reżyser – Kazimierz  Braun wielokrotnie eksperymentował z przestrzenią teatralną, m. in. wprowadzając na scenę autentyczny wagon kolejowy w inscenizacji ”Przyrostu naturalnego” Tadeusza Różewicza. Tamten był prawdziwy, realistyczny, zaś wagon w przedstawieniu "Silesia, Silentia" został pomyślany jako element ruchomej (i wieloznacznej) scenografii: symbolizuje miejsce (raj?), gdzie spotykają się teatralni Adam i Ewa, czyli Płaszcz i Dusza, jest gettem, pociągiem wiozącym do obozu śmierci, a także przywożącym wygnańców ze Wschodu - nowy lud tej ziemi.


Silesia Silentia, fot. z próby, B. Lekarczyk-Cisek

Akcja dramatu rozgrywa się pośrodku sceny, w różnych jej miejscach, widzowie zaś - usadowieniu po obu stronach - stają się świadkami / obserwatorami / uczestnikami zdarzeń. Najmniej udany był, w moim odczuciu, pomysł z muzyką na żywo. Miała ona w założeniu sygnalizować czas wydarzeń, służyć jako akompaniament, naśladować odgłosy wojny itd. Wyszło jakoś "szkolnie", w dodatku zbyt głośno, dominująco... Interesujące były natomiast kostiumy, które spełniały w przedstawieniu rozmaite role i były pięknie, starannie wykonane.

"Silesia, Silentia" Lidii Amejko, mimo pewnych niedociągnięć inscenizacyjnych oraz oszałamiającego nadmiaru rozmaitych treści i aluzji,  stanowi jednak interesującą próbę wpisania refleksji na temat historii Wrocławia (Śląska) w ramy moralitetu.

Spektakl miał premierę 23 stycznia 2016 roku na deskach Wrocławskiego Teatru Współczesnego we Wrocławiu.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline.

🎶 Konkurs Szymanowskiego wraca do Katowic 🎻

NOSPR to nie tylko regularny sezon koncertowy. To także festiwale, projekty i wydarzenia specjalne, które na dłużej zostają w pamięci. Bez w...

Popularne posty