Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jacek Hugo-Bader. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jacek Hugo-Bader. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 listopada 2018

Recepta w Starej Aptece: spotkania na nowej scenie Teatru Wybrzeże


Od grudnia do czerwca, w każdy drugi poniedziałek miesiąca zapraszamy Państwa na spotkania w Starej Aptece, nowo otwartej scenie Teatru Wybrzeże. W programie m.in. czytania sztuk polskich i obcych dramatopisarzy, aktorskie lektury książek polskich pisarzy oraz spotkania z autorami czy wspólne oglądanie przedstawień głośnych europejskich reżyserów teatralnych. Zachęcamy Państwa do aktywnego uczestnictwa w rozmowie, prowadzonej przez dramaturgów Teatru Wybrzeże oraz ich gości. Wstęp wolny.

logotyp projektu

Gościem pierwszego spotkania, które odbędzie się w poniedziałek, 10 grudnia o godzinie 18.00, będzie Jacek Hugo-Bader, jeden z najciekawszych polskich reporterów, od 1991 roku współpracujący z Gazetą Wyborczą. Autor głośnych książek, m.in. BIAŁEJ GORĄCZKI, DZIENNIKÓW KOŁYMSKICH czy DŁUGIEGO FILMU O MIŁOŚCI. POWRÓT NA BROAD PEAK. Jacek Hugo-Bader jest także dwukrotnym laureatem Grand Press oraz Nagrody Bursztynowego Motyla im. Arkadego Fiedlera. Po jednym z pierwszych, opublikowanych tekstów, w którym reporter zajął się historią Kałasznikowa (twórcy karabinu znanego jako Kałasznikow), Badera zaczęto nazwać specjalistą od Rosji – wtedy na wyrost, lecz od tamtej pory, już ponad dwadzieścia lat podróżuje po niej i stał się jej wytrawnym znawcą, wyczulonym na niuanse obserwatorem.

Jacek-Hugo-Bader, fot. Rafał Mielnik

Jacek Hugo-Bader znany jest także ze swojego poświęcenia dla tematu – nie wystarczy mu tylko biblioteczna kwerenda, on musi dotknąć, pojechać, poczuć, przekonać się na własnej skórze. Kiedy pisał tekst o polskich bezdomnych, postanowił zamieszkać na ulicy, kiedy chciał zaobserwować reakcje uczestników Marszu Niepodległości w Warszawie na ciemnoskórych, ucharakteryzował się na ciemnoskórego. W swoich dwóch najnowszych książkach, SKUSZE oraz AUDYCIE, reporter próbuje opisać prawie trzydzieści lat przemian w Polsce przez pryzmat zwyczajnych i niezwyczajnych ludzkich losów. O ile w pierwszej, SKUSZE, przygląda się życiu swoich znajomych i przyjaciół, z którymi działał w podziemiu Solidarnościowym (m.in. Michał Boni, Ewa Hołuszko, Maciej Zalewski), o tyle ta druga, AUDYT, jest zbiorem tekstów poświęconych bohaterom reportaży, które przed dwudziestu laty trafiały na pierwsze strony Gazety Wyborczej.



Symboliczne miejsce spotkania w sercu Gdańska, miasta szczególnie istotnego w historii polskiej walki z komunizmem, będzie nie tylko okazją do rozmowy o fascynującej pracy reportera, lecz także szansą na refleksję nad sukcesami i porażkami (wkrótce) trzydziestu lat transformacji. Spotkanie poprowadzi dramaturg Teatru Wybrzeże, Michał Kurkowski.

informacja prasowa

niedziela, 6 maja 2018

Apostrof. Międzynarodowy Festiwal Literatury

W maju dzięki Apostrofowi cała Polska będzie żyć literaturą. Znamy program wydarzeń, które odbędą się w dniach 14-18 maja w salonie Empik Kaskada w Szczecinie, ale Apostrof zawita także do Wrocławia, Warszawy, Krakowa, Poznania, Gdańska i Katowic. Wydarzenie, które równolegle odbywa się w siedmiu miastach, pełne jest spotkań, dyskusji oraz premier oczekiwanych książek.

Apostrof 2018, Graham Masterton, materiały organizatorów
Tegoroczna edycja Apostrofu w Szczecinie jest prawdziwą ucztą dla miłośników literatury. Wśród gorących festiwalowych premier znajdzie się „Wirus” (Dom Wydawniczy Rebis) Grahama Mastertona. To elektryzująca powieść, na kartach której mistrz thrillera pisze o serii zagadkowych zgonów w jednej z peryferyjnych dzielnic Londynu. Podczas wyjątkowego spotkania autor będzie ponadto promował wznowienie „Ducha zagłady”, trzeciego tomu cyklu „Manitou” (Wydawnictwo Albatros). Szczecińscy miłośnicy literatury będą mieli szansę poznać także mistrza kryminału Wojciecha Chmielarza przy okazji spotkania wokół premiery „Żmijowiska” (Wydawnictwo Marginesy) oraz Jacka Hugo-Badera na spotkaniu poświęconym jego nowej książce „Audyt” (Wydawnictwo Agora, Wydawnictwo Czarne). Wyjątkowym wydarzeniem będzie spotkanie wokół wznowionej i ponownie zredagowanej przez Jakuba Żulczyka wersji jego debiutu literackiego „Zrób mi jakąś krzywdę” (Wydawnictwo Świat Książki). Będzie także szansa na rozmowę z ubiegłoroczną laureatką Paszportu Polityki, Natalią Fiedorczuk. „Ulga” (Wielka Litera) ponownie uderza w czuły punkt naszego poczucia komfortu, tym razem podejmując temat zazwyczaj zamknięty w czterech ścianach, przemilczany, wstydliwy, często bagatelizowany – przemoc.

Jacek Hugo-Bader
Tegoroczna edycja Apostrofu to kilkanaście festiwalowych premier oraz goście światowego formatu, którzy oprócz Szczecina odwiedzą sześć polskich miast: Warszawę, Kraków, Poznań, Wrocław, Katowice i Gdańsk. W tym roku Apostrof to nie tylko spotkania z pisarzami, ale również szereg dyskusji wokół tłumaczeń, które będą się odbywały w warszawskim Teatrze Powszechnym. Także przy nim, w Ogrodzie Powszechnym po raz kolejny powstanie klub festiwalowy Apostrofu. W tym roku działać będzie tu pop-up restauracja serwująca dania, które wpisują się w trend zero waste. Specjalnie dla Festiwalu powstanie też plenerowa wystawa dla dzieci „Mrówki wspaniałe”, której kuratorką jest Ewa Solarz. Na działającej w stolicy muzycznej scenie Apostrofu zagrają: Karolina Czarnecka z projektem UV, Bisz i Radex w towarzystwie Katarzyny Nosowskiej, która na tegorocznym Apostrofie zadebiutuje jako pisarka, a także Król i teatr improwizowany Klancyk.

Jakub Żulczyk
Literackie gwiazdy, goście Apostrofu 2018 to: Orhan Pamuk, Magdalena Grzebałkowska, Katarzyna Bonda, Natalia Fiedorczuk, Nathan Hill, Graham Masterton, Sofi Oksanen, Peter V. Brett, Andrzej Franaszko, Wojciech Chmielarz, Jacek Hugo-Badera, Mariusz Czubaj, Jakub Żulczyk, Olga Tokarczuk, Katarzyna Nosowska, A. J. Finn, Jerzy Bralczyk i Lucyna Kirwil, Dorota Masłowska, Jakub Małecki, Katarzyna Puzyńska, Wojciech Tochman, Jacek Dukaj, Justyna Kopińska, Ewa Winnicka i Cezary Łazarewicz.

Natalia Fiedorczuk
Kuratorem tegorocznej edycji Festiwalu jest Jacek Dehnel. O szatę graficzną zadbała Małgorzata Gurowska – wielokrotnie nagradzana artystka wizualna.

Na wszystkie wydarzenia festiwalu obowiązuje wstęp wolny.

 informacja prasowa


poniedziałek, 6 listopada 2017

”Skucha” Jacka Hugo-Badera: Co u dawnych konspiratorów? /recenzja/

Najnowsza książka Jacka Hugo-Badera może się okazać dla wielbicieli jego talentu dużym wyzwaniem. Kto jednak cierpliwie dotrwa do końca, znajdzie także perełki.

Wyd. Czarne

Autor zaznacza na początku, że interesuje go, jak się żyje obecnie działaczom podziemia solidarnościowego w Polsce, z którymi zetknął się w stanie wojennym jako jeden członków organizacji określanej w reportażu mianem FIRMY. Jest to więc dla niego szczególne wyzwanie, bo ludzie, o których pisze, nie są już tymi przypadkowo i jednorazowo napotkanymi ”paputczikami”, jakich pamiętamy z poprzednich książek reportera.
 Boję się tego tematu jak ognia – przyznaje, uważa jednak, że książka o dawnych konspiratorach – jego koleżankach i kolegach, najbliższych, siostrach i braciach, ukochanych – jak ich czule nazywa – powstać powinna i że to jego obowiązek. Ale już sam tytuł, kojarzący się z pomyłką i utratą punktów w dziecięcej grze, z przegraną w rezultacie – sugeruje, że bohaterowie w większości czują się przegrani, zawiedzeni.

Utwór na piętnaście biografii i dwa chóry

Książka rozpisana jest jak utwór polifoniczny na piętnaście biografii oraz dwa chóry: konspiratorów i rodzinny. Ponadto autor dokonał podziału opowieści na trzy części zasadnicze części – niczym akty dramatu: pierwsza, zatytułowana ”Kolumbowie. Rocznik 50” jest próbą opisania dzieciństwa i młodości, które ukształtowały bohaterów. Należy przy tym podkreślić, że słowo ”opisanie” jest w tym przypadku nieadekwatne. Narracja całości przypomina trochę rozrzucone puzzle, które trzeba dopiero cierpliwie ułożyć, aby zobaczyć całość, a i tak – jak w romantycznej powieści poetyckiej – pozostaje spory obszar tajemnicy.

Część druga: ”Osiem lat w trumnie” (tytuł nawiązuje do książki Romana Bratnego ”Rok w trumnie”) dotyczy okresu stanu wojennego i ”podziemnego życia” bohaterów tej opowieści. Dla reportera nie jest to zresztą tylko gra słów. Twierdzi, że stan wojenny był przede wszystkim trwaniem: Podtrzymywaniem na sztucznym oddychaniu życia organizacji, wolnościowego ruchu. Bratny wydał swoją powieść w szczytowym momencie stanu wojennego i książka – z wiadomych powodów – spotkała się z ogólnym ostracyzmem. Po latach należałoby na nią spojrzeć inaczej.

Ta znakomicie napisana przez byłego żołnierza AK i powstańca warszawskiego książka – twierdzi Hugo-Bader – wali w święty mit ”Solidarności”, z którą przecież niemal wszyscy Polacy wiążą wtedy wielkie nadzieje (…).

Tytuł ostatniej, trzeciej części reportażu: ”Początek świata szwoleżerów” nawiązuje do powieści Mariana Brandysa ”Koniec świata szwoleżerów”, ponieważ zarówno w tamtej powieści, jak i w reportażu ukazane są losy bohaterów w nowej rzeczywistości. Jednocześnie ”początek” oznacza dla autora czas innej walki o nową, lepszą Polskę.
W tej części ”domykają się” losy bohaterów. Niektórych z nich nie ma już pośród żywych, opowiadają o nich ich życiowi partnerzy lub dzieci.

Rozbieg i zakończenie

Do tych trzech zasadniczych rozdziałów autor ”dokleił” tzw. Rozbieg (w rozumieniu wstępu) oraz Osoby dramatu, dając niejako do zrozumienia iż ”taki się tu snuje dramat” typowo polski, z ducha Wyspiańskiego.
Wreszcie na koniec pojawiają się dwa zakończenia – jedno z lipca 2015 roku, drugie zaś z marca tego roku. Bohaterem, któremu Hugo-Bader oddaje na koniec głos, jest Maciek Zalewski, ps. ”Maciej Lewin” – założyciel i drugi szef MKK, redaktor gazety ”Wola”, a potem minister, ale także człowiek, który odsiedział wyrok, sarkastyczny i rozczarowany Polską, o którą walczył, bo ci, z którymi walczył o wolną Polskę, dużo lepiej sobie w niej poradzili. Rok później autor opowieści o tych, którzy walczyli, ale ”skuli”, pisze w zakończeniu z charakterystycznym sarkazmem:

I opowieść o moich kolegach z partyzantki, ludziach, którzy wywalczyli ten kraj, ma się kończyć srajtaśmą w garści, w kiblu, sraczu, na szpitalnym wyrze, w kostnicy, w takim podłym miejscu? Tak jak Maćka Chełmickiego? Na śmietniku? Za nic w świecie.

I kończy ją po swojemu. A jak? Tego nie zdradzę. Zajrzyjcie do książki, bo jest tego warta :-)
Najnowsza publikacja Jacka Hugo-Badera może się okazać dla wielbicieli jego talentu dużym wyzwaniem. Kto jednak cierpliwie dotrwa do końca, znajdzie także perełki. Pozna bowiem nie ludzi tyle z piedestału, co z krwi i kości – z ich problemami, pasjami, przemyśleniami. Trudnych, niekiedy odpychających, ale także ofiarnych i pięknych – fascynujących. Takich, jakimi widzi ich bliski przyjaciel, ale także reporter, który pragnie rzetelnie opisać otaczający go świat.


”Skucha” Jacka Hugo-Badera ukazała się w Wydawnictwie Czarne.

Wywiad z Autorem - pod tym linkiem.

„”: Męska przygoda w towarzystwie Jacka Hugo-Badera /recenzja książki/

Znany reporter opowiada o podróży do arktycznego piekła – do rosyjskiego ”jądra ciemności”. To fascynująca epopeja o ludziach wyjątkowych, którzy nadal na Kołymie żyją.


Postanowiłam przybliżyć Czytelnikom ”Dzienniki kołymskie” – mój  ulubiony tom reportaży, do których zawsze warto powracać. Wystarczy otworzyć książkę na chybił trafił i dać się ponieść przygodzie. Sam autor zachęca do tego, aby nie czytać tej książki od deski do deski:
Żeby odbyć ze mną całą podróż – powiada – wystarczy przeczytać tylko Dziennik, zatem co drugi, trzeci rozdział. Ale najlepsze, co mnie spotkało – dodaje zaraz – to znaczy ludzie (…) opisane jest w pozostałych rozdziałach.
W tych ”okolicznościach przyrody” gwarantuję, że nie oderwiecie się od książki, dopóki nie odłożycie jej z żalem, że to już koniec.

Epopeja o ludziach wyjątkowych


Gwoli wyjaśnienia dodam, że Jacek Hugo-Bader udał się na Kołymę śladami wybitnego rosyjskiego pisarza – wieloletniego więźnia Kołymy: Warłama Szałamowa, autora ”Opowiadań kołymskich”. Kołyma to ruska Golgota, białe krematorium i arktyczne piekło, jak nazywa te ziemie autor. Któż odważy się zmierzyć z tym miejscem? Na to trzeba doprawdy wielkiej determinacji i odwagi. Reporterowi jej nie brakuje i znajduje na tej ”nieludzkiej ziemi” prawdziwe skarby: niezwykłe ludzkie historie. Dlaczego niezwykłe?

Bo to ludzie wyjątkowi – oni widzieli dno życia, w łagrze przeszli granicę, poza którą rozpada się wszelka dusza.

Reporter z rzadka wraca do przeszłości. Jego interesuje teraźniejszość Kołymy. Pragnie zobaczyć i opisać życie na tym wielkim cmentarzu, zrozumieć, jak się tu kocha, śmieje, wychowuje dzieci i umiera. Posuwa się więc Traktem Kołymskim, rozmawia z napotkanymi ludźmi, wysłuchuje ich opowieści. Jego oczami widzimy obumierające osady, poznajemy ofiary stalinowskich represji, w tym także rdzennych mieszkańców Kołymy: Jakutów, Ewenów, Czukczów, Koriaków, Jakagirów, Czuwańców… Zdarzają się wśród rozmówców także pracownicy bezpieki, bandyci, a nawet jeden oligarcha i poszukiwacze złota. Bo Kołyma to nie tylko miejsce zesłania, ale także tereny zasobne w drogie kruszce.

Od tańca z Jeżowem do szamanki Dory


W bogatej galerii postaci warto wspomnieć przynajmniej niektóre. Profesora medycyny, Mirona Markowicza Etlisa, któremu – jako jedynemu więźniowi – udało  się skończyć studia, mimo 25 – letniego wyroku (odmówił wstąpienia do samorządu studenckiego, więc został skazany za ”terror, działalność grupową, antysowiecką agitację”). Ale wyleczył z łuszczycy naczelnika łagru,  dzięki czemu udało mu się cudem wyjechać do Riazania i zdać egzamin kończący studia, a trzy lata później został zrehabilitowany. Mimo to pozostał na Kołymie, pracuje w szpitalu psychiatrycznym i pisze wspomnienia, m.in. o tym jak matka tańczyła z …Jeżowem w czasach wielkiego terroru. 

Reporterowi udało się też poznać przybraną córkę Jeżowa – Natalię Mikołajewną, która okazała się świetną rozmówczynią, osobą o dużym poczuciu humoru, mimo ewidentnej biedy, w której egzystuje, a także strasznego dzieciństwa i ciągłego ostracyzmu. Ojca wspomina z miłością:

Prosił, żeby Stalinowi przekazać, że umrze z jego imieniem na ustach, żeby nie ruszać jego rodziny i zająć się córką – opowiada wzruszona. Kołymę wybrała sama, choć nie umie powiedzieć dlaczego. Może dlatego, że dalej nie da się uciec. A przyjechała tu statkiem, który nazywał się … Nikołaj Jeżow.

Reporter poznaje też Tamarę Tichonową, emerytowaną dziennikarkę, która ukończyła filologię, szkołę muzyczną, ale ma tak niską emeryturę, że aby przeżyć, musi zbierać grzyby na sprzedaż i kopać kartofle. Okazuje się, że urodziła się w łagrze, o czym sama dowiaduje się po latach, jedzie więc tam z dziećmi, by odszukać grób matki. Opowiada reporterowi o losie dzieci urodzonych w łagrach, często zrodzonych w wyniku gwałtu.

Cała Rosja została zgwałcona chórem [tak nazywano zbiorowe gwałty – przyp. B.L-C.]. A ja i wszyscy radzieccy ludzie to owoc tego gwałtu –mówi gorzko.

Jeden z poznanych w podróży ludzi – miejscowy oligarcha Basanski – człowiek służb specjalnych, którego idolem jest Władimir Putin, gości Hugo-Badera, aby zaimponować mu swoim bogactwem, a nawet usiłuje go ”kupić”, przyzwyczajony do tego, że każdego kupić można i że dziennikarz musi być człowiekiem służb. Podstępem podrzucone tysiące rubli reporter wręczy po powrocie do Polski ostatnim żyjącym więźniom Kołymy, a oni przeznaczą je na jakiś szczytny cel…

Na Kołymę ciągnie ludzi z różnych, często z nieoczywistych powodów. Arystokratka madame Marianne przyjeżdża po 63 latach z Francji (jej rodzina została wygnana z Rosji jeszcze przez cara Mikołaja) w poszukiwaniu śladów ojca, którego enkawudziści aresztowali w 1945 roku w Helsinkach i ślad po nim zaginął. Po latach okazuje się, że został zesłany na Kołymę i przeżył, ale  po uwolnieniu pozostał w Magadanie, założył nową rodzinę i grywał w teatrze ludowym. To właśnie Marianne mówi znamienne słowa, że na Kołymie jest duch bez urody, a we Francji uroda bez ducha i że śmierci nie ma.
Z upływem czas reporter sam zaczyna smakować urodę tych miejsc:

A widok oszałamiający, bo modrzewie zrzuciły właśnie igły, ale już po pierwszym śniegu, więc efekt taki, jakby ziemia płonęła, jakby spod każdego drzewa wypływała rozżarzona lawa…

W ”Dziennikach kołymskich” znajdziemy także polonika. W Jakucji reporter natyka się na drewnianą jurtę, w której mieszkał ongiś polski zesłaniec Edward Piekarskijęzykoznawca i etnograf, twórca Słownika jakucko-rosyjskiego. Inny polski zesłaniec – Wacław Sieroszewski opisał Jakutów w swoim opus magnum.

W Jakucji, która wedle reportera jest ”oknem do piekła”, ”krajem wędrujących dziur w czasie”, ”krajem Czuczuna, czyli śnieżnego człowieka”, poznajemy też ociemniałego biegacza – Piotra Siemionowicza Naumowa, który zaczął biegać po śmierci żony, kiedy to został sam w jednopokojowym mieszkaniu z sześciorgiem dzieci. A jednak podniósł się wtedy i odbił od dna. Wspierany przez dzieci i obcych ludzi przebiegł 12 tysięcy kilometrów z Kaliningradu do Władywostoku. Zajęło mu to dwieście sześć dni. Czyż to nie piękna i budująca historia?

Poznajemy także szamankę Ediij Dorę, która jest dla opowieści Hugo-Badera rodzajem klamry: od niej wszystko się zaczyna i na niej kończy. Dora zna przyszłość i ”widzi” człowieka:
Widzę twój żółty rower – mówi do reportera – nową książkę w zielonej okładce ze złotymi literami, w której będziesz pisał także o mnie, i twojego psa widzę. I widzę, kim byłeś, zanim się urodziłeś oraz jak i kiedy umrzesz. (…) radzę wam, żebyście pisali jak najprościej. O mnie też. I niedużo. Bo niewiele rozumiecie.

Na koniec zaś oznajmia, że śmierci nie ma, umiera tylko ciało i to jest poniekąd pointa tej książki, która pozwala całe to okrucieństwo i miliony straconych ludzkich istnień mentalnie przyjąć. Oczywiście, reporter dociera na końcu do grobu Warłama Szałamowa i poznaje nawet jego ostatnią miłość, dzięki której ukazały się pośmiertnie opowiadania pisarza. Irina Pawłowna przekazuje też przesłanie pisarza: że życie bez miłości nie ma sensu.


Humor i intelektualna przygoda


Opowieściom Hugo-Badera towarzyszy nieustannie charakterystyczny humor. Często jest on reakcją na sytuacje trudne, z którymi reporter musi się zmierzyć, np. brakiem normalnych warunków higienicznych (”… są takie łazienki na świecie, na które rzucisz okiem i wiesz, że wolisz śmierdzieć”). Innym znów razem towarzyszy opowieści o Miszy – uzdrowicielu, który diagnozuje u autora akurat nie te choroby, które faktycznie ma. Na szczęście ”leczenie” odbywa się za pomocą… spojrzenia i delikatnego masażu. Spotkaniom i rozmowom towarzyszy nieodłącznie alkohol, trzeba więc mieć bardzo silną głowę, aby sprostać wyzwaniom.

W Rosji pije się na komendę,  z toastami i do ostatniej kropli. (…) Zostawianie czegoś na dnie oznacza nieszczerość tego, który nie dopił. Ta reszta w kieliszku to jest zło, złość, która zalega albo może zalec między biesiadnikami.

Lektura reportaży Jacka Hugo-Badera to zawsze rodzaj intelektualnej przygody – dotknięcie nieznanego, fascynującego świata, innej mentalności, a przede wszystkim poznawanie ludzi, a to nigdy nie jest nudne. Szczególnie, jeśli mamy do czynienia z tak wytrawnym narratorem.


Wywiad z Jackiem Hugo-Baderem znajdziecie  TUTAJ.


”Dzienniki kołymskie” Jacka Hugo-Badera ukazały się w Wydawnictwie Czarne.

Jacek Hugo-Bader: Prawda o człowieku leży w jego emocjach /wywiad/

Ze znakomitym reporterem - o tajnikach zawodu, problemach z dysleksją, spotkaniu z Kałasznikowem, a także o pasji opisywania ludzkich historii.

Jacek-Hugo-Bader, fot. Rafał Mielnik

Barbara Lekarczyk-Cisek: Zawód – reporter jest trudny i niebezpieczny nie tylko w filmie Antonioniego. W życiu także. Mimo to jest Pan, jak podkreśla w ostatnio wydanej książce ”Skucha”,  człowiekiem spełnionym, bo ten zawód to Pana pasja.

Jacek Hugo-Bader: Mam taki dar Boży, że potrafię wydobywać z moich rozmówców emocje – one są najważniejsze, bo jest w nich prawda o człowieku. Później, podczas pisania, staram się je oddać, aby odczuł je także czytelnik. Jestem skromnym pośrednikiem w przekazywaniu emocji, czułym radarem. Sprawiam, że one są prawdziwe. Choć jestem raczej twardym facetem, to jednak poznałem takie historie, przy których wzruszałem się wielokrotnie: podczas słuchania, następnie odsłuchując rozmowy, a potem zapisując je (śmiech). Tak było podczas rozmów z kobietami w reportażu ”Madonny polskie”. W nich się nagromadziły tak wielkie emocje, ponieważ dawno nikomu o swoich przeżyciach nie opowiadały. To był mazgajski tekst, który miałem potrzebę napisać. Niektóre z opowiedzianych tam historii to gotowy materiał na scenariusz, w którym miłość odgrywa najważniejszą rolę. Uwielbiam takie tematy!

Jaka była Pańska droga do zawodu reportera? Czy to, co przeczytałam – że był to w gruncie rzeczy przypadek, bo żona znalazła anons w gazecie i Pan się zgłosił – nie jest czasem rodzajem anegdoty?

Nie, naprawdę tak było! Zawsze jakoś byłem blisko czytania i pisania. Kiedy pisałem listy do matki, to mnie samemu się one podobały (śmiech). Zawsze pisałem świetne wypracowania, ale tekstów do gazet nie pisałem wtedy wcale. Kiedy żona pokazała mi to ogłoszenie w ”Gazecie Wyborczej”, którą wtedy wszyscy z zapałem czytaliśmy, pomyślałem sobie: Czemu nie?

Tym bardziej więc musiał Pan intensywnie terminować w zawodzie. Jakie były Pana pierwsze teksty?

Początkowo skierowano mnie do działu, w którym redagowałem newsy, co nie było jakąś wielką sztuką. Najłatwiej nauczyć się tego można w praktyce redakcyjnej. Moje teksty były zazwyczaj za długie, co często wkurzało Romka Kurkiewicza i Stasia Turnaua, bo musieli je poprawiać i skracać. Ciągle brakowało mi miejsca, aby opisać sprawę dogłębnie. Już w moim pierwszym tekście były elementy reportażu. To się czasami podobało, bo było inne, świeże. Ostatecznie zostałem dyscyplinarnie wyrzucony do Działu Reportażu, do Małgosi Szejnert. No i wtedy już hulaj dusza! Bo ja zawsze miałem temperament reportera.

Przypuszczam, że Małgorzata Szejnert była dla Pana mistrzynią.

Tak! Dzięki niej miałem błyskawiczną szkołę pisania reportaży. Siadywała ze mną przy komputerze i razem poprawialiśmy moje teksty. Widziałem, jak pracuje i to było cudowne. Uczyłem się reporterki w biegu, w praniu, w walce, na froncie. Nie ma lepszej możliwości! Najgorzej było z błędami, bo jestem dyslektykiem i to Małgosię denerwowało, bo traciła czas na poprawianie błędów, zamiast poświęcić go na sprawy merytoryczne. W słowie ”Murzyn” potrafiłem zrobić trzy błędy. Sam nie wiem, jak to możliwe (śmiech). Teraz to żaden problem, bo poprawia mi je komputer. Ale to chyba przesada – pisać ”Murzyn” przez duże ”M”… Naprawdę się tak pisze?

Potocznie ”być czyimś murzynem” pisze się małą literą ale w sensie nazwy rasy – dużą.

A my jesteśmy jaką rasą? Jak się pisze ”indoeuropejczyk”?

Nie ma takiego słowa. Jest Europejczyk albo język indoeuropejski. A Murzyna pisze się wielką literą – może dlatego, żeby nie miał kompleksów… (śmiech)

A, to teraz rozumiem!

Czy pamięta Pan swój pierwszy reportaż?

Tak, był to reportaż ”Wiatr wieje w tysiącach butelek”, który ukazał się, kiedy jeszcze byłem w dziale newsów. Dotyczył wysypiska śmieci w Warszawie na Wawrzyszewie, które jest jednocześnie … najwyższą górą na Mazowszu. Ciągle to miejsce widywałem z daleka i zachciało mi się tam być, zobaczyć, co się tam dzieje. Wysypisko opanowali ”wynalazcy”, jak sami siebie nazywali, bo wynajdywali różne ciekawe rzeczy. Tekst nie ma dialogów, bo wówczas dopiero uczyłem się wchodzenia w głębsze relacje z ludźmi. To był, jak sam określam,  tekst ”z oczu” – opis nieznanego terytorium.

W swojej ostatniej książce: ”Skucha” porównuje się Pan do wałęsającego się psa, który może biec długo, bez przerwy, byle tylko znaleźć opowieść, jakiś smakowity szczegół… Te opowieści znajduje Pan czasem bardzo daleko stąd, np. na Kołymie. A wszystko zaczęło się podobno od kałasznikowa…

Rzeczywiście, mój pierwszy tekst o Rosji dotyczył kałasznikowa. Temat podsunął mi Romek Kurkiewicz i chętnie go podjąłem, bo byłem już na tyle doświadczonym reporterem, że wiedziałem, że bohaterem reportażu może być przedmiot, miasto, państwo… Bardzo mi się spodobał taki męski temat. Początkowo miałem zamiar napisać ten reportaż w Polsce, bo mamy przecież fabrykę, użytkowników tej broni… Ale dotarło do mnie, że facet, który tę broń wymyślił, żyje.  Jakimś cudem dotarłem do mieszkającego na Uralu wynalazcy, dzięki pomocy dziennikarki Radia Swoboda, która dała mi jego numer telefonu. Dodzwoniłem się do niego i wtedy dotarła do mnie bolesna prawda, że prawie wcale nie umiem rozmawiać po rosyjsku, ale także i to, że  Kałasznikow jest na dodatek głuchy jak pień. Kiedy w końcu do niego przyjechałem, nie pamiętał, że jakiś Polak rozmawiał z nim telefonicznie. Reportaż, który napisałem, okazał się wielkim sukcesem, choć teraz wiem, że jest on do bani, bo jest błahy i płytki. Przede wszystkim dlatego, że nie miałem warsztatu i nie znałem języka, choć uczyłem się go latami w PRL-u. Przecież nawet mój pies by się przez tak długi czas nauczył… A wtedy było tak, że im dłużej nas uczono, tym mniej umieliśmy. Na szczęście znałem Ankę Żebrowską – filologa rosyjskiego, która pomogła mi przetłumaczyć pytania. Miałem wtedy arogancką śmiałość, a może była to śmiała arogancja. Miałem też religijną wiarę w swoje możliwości. Teraz się tego wstydzę. Poza tym chciałem temu Kałasznikowowi wygarnąć w oczy za te wszystkie lata polskiej niewoli. Nie umiałem z nim wejść w dialog i on mnie po jakimś czasie wyrzucił, nie chciał tak ”rozmawiać”.  Powstał tekst szalenie brawurowy.

Jednym słowem – sukces.

Tak! Wszystkim się szalenie podobał, co objawiało się tym, że chcieli ze mną jeść wspólne posiłki w  stołówce zakładowej (śmiech). Chwaliła mnie też szefowa. Chodziłem dumny jak paw. Ale kiedyś spotkałem na korytarzu Hannę Krall – pogratulowała mi sukcesów, ale do tekstu miała jakieś zastrzeżenia. Przemknęła jednak i nie powiedziała, jakie. Zostałem sam, zdumiony taką reakcją. Po kilku miesiącach sytuacja się powtórzyła. Pytam, o co chodzi, ale znowu się czymś wywinęła i już jej nie było. Dopiero kiedy zacząłem składać teksty do swojej pierwszej książki: ”W rajskiej dolinie”,  przeczytałem ten tekst o Kałasznikowie i zrozumiałem, że jest brawurowy, ale zarazem słaby i płytki, bo nie dałem szansy swemu bohaterowi. Powinienem był z nim rozmawiać nie dwie godziny, ale dwa miesiące, a i to byłoby mało. Przecież to był człowiek – legenda! Jakie on musiał mieć historie do opowiedzenia! Więcej już takiego błędu nie popełniłem. Rosjan uwielbiam, dlatego ciągle do nich jeżdżę.

No, tak, ale później dopuszczał Pan do głosu wielu bohaterów, także znanych, jak choćby córka Jeżowa.

Niezwykła kobieta! Bardzo pogodna, mimo trudnego życia. Kasłała jak cholera, bo paliła jednego papierosa za drugim. Spędziłem z nią na rozmowie całą noc, przy zamkniętym oknie, bliski uduszenia. Nie pozwoliła otworzyć, bo była zima, a ona nie miała opału i w mieszkaniu było bardzo zimno. Nie miałem wyobrażenia, jakie może być dziecko kogoś takiego jak Jeżow, choć była to jego przybrana córka. Czy może żyć z poczuciem winy? No, nie, bo sama została bardzo skrzywdzona. W miasteczku, w którym mieszkała, nikt nie wiedział, kim jest. Z trudem ją odnalazłem.

Pan w ogóle bardzo interesująco pisze o ludziach, niezależnie od tego, kim oni są. Prosty kierowca albo samotny emeryt jawi się w Pańskiej opowieści jako postać wyrazista i fascynująca. A miejsca, choć pozornie brzydkie, okazują się w pewnych okolicznościach piękne i nie pozbawione metafizyki.

Tak, bo metafizyka może się zdarzyć w każdym miejscu. Myślę też, że każdy ma w sobie coś fascynującego. Nawet w patrzeniu na kogoś, kogo się z założenia nie lubi, można znaleźć coś wyjątkowego. Trzeba to jednak umieć dostrzec.

Niektórych bohaterów spotykał Pan przypadkiem. Kiedy decydował Pan, że właśnie o tym człowieku chce pisać?

Ważny jest także czas, który spędzamy z drugim człowiekiem. Bywa, że nie wysiada się tam, gdzie potrzeba, ale jedzie się dalej z tym człowiekiem, aby go lepiej poznać. Nie można też marnować czasu na gadanie o niczym. Uwielbiam poznawać ludzi. To jest najciekawsze! Nie uprawiam turystyki, zwiedzania – to mnie nudzi.

Czyli nigdy nie przestaje Pan pracować? Nagle zapala się jakaś lampka i myśli Pan sobie: to jest historia, którą chcę napisać!

Poniekąd tak. Poznaję kogoś w drodze, rozmawiamy, a potem przyznaję się, że jestem reporterem i piszę o ludziach i że może spotkalibyśmy się jeszcze. Wiem, co mnie zainteresowało, na jaki temat. I być może kiedyś taki temat mi się nawinie. Mam teczki, które nazywam ”śmieci”. W ogóle na wszystkie tematy i ludzi mam teczki (śmiech). Otóż te teczki – ”śmieci” służą mi do zbierania różnych tematów, o których jeszcze nie wiem, do czego ich użyć. Na przykład słyszę lecące gęsi, które nie mają zwyczaju zamykać dziobów i strasznie się drą i zapisuję sobie taki obraz. I takie ”śmieci” znajdują się później w tekście narratora.

A Pański reportaż zyskuje w ten sposób ”trzeci wymiar”…

Mam także pewność, że nic nie uleciało mojej uwagi – jest wszystko, co zobaczyłem.

Ale to wymaga ogromnej uważności!

Tak, oczywiście, mogę przestać być uważny, ale wtedy przestaję zapisywać. Zdarza się to jednak bardzo rzadko. Mam już taki nawyk. Pracuję właściwie bez przerwy. Budzę się w nocy, słyszę ujadające psy, to włączam dyktafon i nagrywam ”gadanie” psów. Po co?

Z powodu zawodowej obsesji?

Otóż nie. Okazuje się, że nic nie straciłem, bo kiedy napisałem na blogu o tej niesamowitej nocy, dołączyłem do tego nagranie dźwiękowe. I ludzie byli zachwyceni, że słyszą, jak żrą się psy na Kołymie.

Kiedy poznajemy już wszystkie ludzkie historie z ”Dzienników kołymskich” to nagle okazuje się, że jest tyle znaczeń ”Kołymy”, ilu ludzi, którzy tam żyją. I to jest też piękne w tym reportażu, że Pan wykracza poza reporterskie ”tu i teraz”, co sprawia, że opowiedziane historie zyskują uniwersalny wymiar.

Przyznam, że nie mam dystansu do swoich bohaterów i przeżywam razem z nimi ich opowieści. Największe emocje zawierają się właśnie w rozmowach z nimi. Musi upłynąć sporo czasu, abym zaczął o tym pisać. Najpierw odsłuchuję dziesiątki godzin zapisanych na dyktafonie i dokonuję wstępnej selekcji materiału. Wtedy właśnie wymyślam konstrukcję narracji. 

W swojej najnowszej książce – ”Skucha” zawarł Pan opowieści o ludziach, których znał bardzo dobrze. To wymaga zupełnie innego podejścia do bohatera, który tym razem nie jest ani obcy, ani przypadkowy.

Niektórzy opowiadali mi o sobie rzeczy bardzo osobiste, a ja bałem się tego, bo wiedziałem, że nie znajdę w sobie siły, aby z tego zrezygnować. Moją intencją było zrobić portret pokolenia bardzo ważnego dla naszej historii, a nieopisanego. Nic na to nie poradzę, że są właśnie tacy, jacy są  – może mniej ciekawi od moich poprzednich bohaterów i mają czasami bardzo skomplikowane życie. Walorem tej książki jest fakt, że znałem tych ludzi osobiście, kiedy walczyli o wolną Polskę i mogłem ich dzięki temu lepiej opisać.

Czy zaprzyjaźnia się Pan z niektórymi swoimi bohaterami?

Bardzo rzadko, ale zdarza się. Z Jurijem [„”Opowiadania kołymskie” – widnieje na okładce – przyp. B. L.-C.] rozmawialiśmy 48 godzin bez przerwy i czuliśmy, jakbyśmy się znali całe życie.  To jest sprawa uczuć, a tutaj nie czas ma znaczenie, ale intensywność. Przez te 48 godzin myśmy siebie smakowali. Niewielu jest takich bohaterów, ale zdarzają się.

A jak zapatruje się na Pańską pracę rodzina?

Żona jest pierwszą czytelniczką moich książek, jej też opowiadam swoje przygody. Ojcem byłem zawsze bardzo dobrym. Wyznam, że pisałem w gruncie rzeczy po to, aby synowie mogli być ze mnie dumni. Kiedy mnie z nimi nie było, dzwoniłem do nich będąc w niezwykłych miejscach, a oni mogli pochwalić się tym w szkole. Teraz są dorośli, ale nie poszli w moje ślady – żyją po swojemu. Myślę, że dary Boże nie są do odziedziczenia.

Z pewnością nie - Pan Bóg ma dla każdego indywidualny scenariusz. Bardzo dziękuję za rozmowę.

Wywiad ukazał się na portalu Kulturaonline.pl

Wszystko jest poezją. O wystawie Ewy Rossano w Muzeum Pana Tadeusza

10 kwietnia w Muzeum Pana Tadeusza we Wrocławiu otwarto wystawę "Ogród wypowiedzianych słów", której autorką jest malarka i rzeźbi...

Popularne posty