Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roma Ligocka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roma Ligocka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 października 2020

Dzieci Holokaustu

Poniższe zdjęcie w jednym znaczącym ujęciu symbolizuje losy dzieci wobec Holocaustu. Są nieświadome tego, co ich czeka, bezbronne i wydają się przyjmować bez oporu swój los. Dziecko wobec potężnego zła jest zawsze bezradne i budzi głębokie współczucie.  


Likwidacja warszawskiego getta, Wikipedia

To jedno z najbardziej znanych zdjęć. Przedstawia anonimowego żydowskiego chłopca, który stoi z podniesionymi rękami. Na nogach ma skórzane buty zakrywające kostkę – w getcie to niebywały luksus. Chłopiec jest bardzo porządnie ubrany. Jego odzienie nie nosi najmniejszych śladów nędzy. Jego twarz – delikatna, wrażliwa, subtelna – nie jest naznaczona torturą przerażenia, nie widać na niej ani piętna głodu, ani cierpienia. Nie zdradza gwałtownych emocji, raczej powściągliwe zdziwienie pomieszane z lękiem.

Za nim, z ciemnej bramy kamienicy wyłania się grupa Żydów – mężczyzn, kobiet i dzieci – z podniesionymi rękami. Parę kroków za chłopcem, po drugiej stronie rynsztoku stoi esesman i kieruje w opięte płaszczykiem plecy lufę pistoletu maszynowego.

Zdjęcie w jednym znaczącym ujęciu symbolizuje losy dzieci wobec holocaustu. Są nieświadome tego, co ich czeka, bezbronne i wydają się przyjmować bez oporu swój los. Dziecko wobec potężnego zła jest zawsze bezradne i budzi głębokie współczucie. 

Dziennik Anny Frank


Anna Frank, fot. Wikipedia

Do najbardziej popularnych w całym świecie wspomnień, związanych z Holocaustem, należy dziennik Anny Frank. Autorka nie dożyła wprawdzie wyzwolenia i zmarła w obozie na tyfus, wraz z matką i siostrą, ale pozostawiła po sobie obszerne zapiski, które ocaliły ją i jej rodzinę od zapomnienia. Prowadziła je w formie listów do wymyślonej przyjaciółki Kitty, ponieważ odczuwała samotność i brak zrozumienia u najbliższych. Dziennik powstawał w latach od 1942 do 1944 roku, początkowo jako zapis osobistych przeżyć i myśli. Kiedy jednak Anna usłyszała w radiu przemówienie holenderskiego ministra, mówiące o tym, że wszystkie świadectwa cierpienia narodu holenderskiego będą po okupacji opublikowane, postanowiła na nowo zredagować swoje zapiski. Ocenzurowaną wersję dziennika oddał do druku jedyny ocalały członek rodziny Franków – ojciec Anny - Otto. 

Anna Frank urodziła się 12 czerwca 1929 roku i była niemiecką żydówką, która wraz z rodziną wyemigrowała w 1933 roku z Frankfurtu nad Menem do Amsterdamu. Dziennik kilkunastoletniej Anny zawiera liczne refleksje dotyczące zarówno relacji w rodzinie, jak również sytuacji panującej na zewnątrz kryjówki, a dotyczącej represji, okupacji i zniewolenia. Mimo młodego wieku autorki, refleksje te charakteryzuje wielka dojrzałość.  

Czuje się niezrozumiana i samotna, a jednocześnie podkreśla swoją miłość i przywiązanie do ojca. Zamknięta wraz z rodziną w kryjówce, zauważa, jak trudne i pełne napięcia stają się relacje między ludźmi zamkniętymi na tak małej przestrzeni. Zamknięcie nie zwalnia jej z nauki różnych przedmiotów. Dowiadujemy się, że uczy się francuskiego, angielskiego, historii i matematyki. 

Dziennik służy jej także  jako rodzaj ucieczki od świata, który jej nie rozumie i nie akceptuje. Mimo to właśnie w ukryciu przeżywa swoją pierwszą miłość do Petera – syna państwa Vaandanów, którzy ukrywają się wraz z nimi. Wiele miejsca zajmują opisy codziennego życia: mycia się, gotowania, obchody świąt i rodzinnych uroczystości. Na tak niewielkiej przestrzeni i w zamknięciu wyglądają zupełnie inaczej i wymagają przestrzegania ściśle ustalonych zasad.  

W dzienniku pojawiają się również zapiski dotyczące świata zewnętrznego. Dowiadujemy się mianowicie o coraz bardziej drastycznych represjach. Całe rodziny są zabierane i wywożone do obozów. Autorka opowiada, że często wieczorem sama słyszy szeregi idących niewinnych ludzi, którzy idą bici i maltretowani w niewiadomym kierunku. 

,,Nikogo nie oszczędzano, starzy ludzie, dzieci, niemowlęta, kobiety w ciąży, chorzy, wszystko, wszystko idzie w pochodzie do śmierci”

W tej sytuacji dziewczynka ma poczucie winy, że znajduje się w bezpiecznym miejscu, podczas gdy jej szkolne koleżanki są gdzieś na zewnątrz popychane i bite. Anna ciągle ma nadzieję, że wojna niedługo się skończy i, że to wszystko czego doświadczyła ona i inni Żydzi niedługo się skończy. 

,,Wciąż wierzę, na przekór wszystkiemu, że ludzie są w gruncie rzeczy dobrzy. Nie potrafię budować swego życia w oparciu o chaos, cierpienie i śmierć. Obserwuję jak świat powoli staje się dziki, czuję nadciągającą burzę. Czuję cierpienie milionów. Mimo to, gdy spojrzę w niebo, podświadomie czuję, że te okrucieństwa się skończą i na ziemię powrócę spokój i ukojenie.”

Refleksje te dowodzą, że nadzieja nigdy nie opuściła Anny Frank...


Roma Ligocka - dziewczynka w czerwonym płaszczyku



Holocaust z perspektywy dziecka opisuje nie tylko literatura faktu. Wspomnienia w formie zbeletryzowanej równie rzetelnie, a często bardzo dramatycznie, opisują prawdziwe historie. Jedną z najbardziej popularnych jest "Dziewczynka w czerwonym płaszczyku" Romy Ligockiej. Do jej powstania przyczynił się film Stevena Spielberga "Lista Schindlera", w którym w końcowej scenie pojawia się owa tytułowa dziewczynka. Roma Ligocka rozpoznała siebie w tej postaci i zdecydowała się opisać swoją okupacyjną historię. 

Prawdziwe nazwisko pisarki brzmi Abrahamer i pochodzi ona z bogatej, mieszczańskiej, krakowskiej rodziny. Jednakże zmiana nazwiska, a co za tym idzie – zmiana tożsamości - była dla żydowskiego dziecka warunkiem przeżycia. Podczas okupacji ukrywały się obie z matką u polskiej rodziny Kierników. Było to obarczone niebezpieczeństwem, zarówno dla nich, jak i dla całej rodziny. W związku z tym często zdarzało się, że musiały uciekać.  Roma Ligocka została w związku z niebezpieczeństwem wychowana w religii katolickiej. I to wykorzenienie z judaizmu w jakimś sensie pozostało jej na całe życie. Samotne dzieciństwo – bez rówieśników, w towarzystwie osób dorosłych, sprawiło, że Roma Ligocka przez całe życie odczuwała samotność i smutek. 

Mimo że przeżyła okupację, pozostała w niej trauma, której nigdy się nie pozbyła. Dowiadujemy się o tym z kart "Dziewczynki w czerwonym płaszczyku". Tuż po wojnie zarówno ona jak i jej kuzynowie: Roman Polański i Ryszard Horowitz ukazani są jako dzieci, które samotnie muszą radzić sobie z okupacyjnymi przeżyciami, ponieważ dorośli nie potrafią im pomóc. Rodzi to liczne konflikty i cierpienia dla obu stron. Ligocka opisuje również dzieci z szkoły żydowskiej, do której rodzice posyłają ją po wojnie. W szkole tej wyraziście widać, co musiały przeżyć te nielicznie uratowane dzieci. Są znerwicowane i smutne, ponieważ często straciły całą rodzinę. Zdarzały się i takie, które ukrywały się z dala od rodziców i po wojnie miały problem z uznaniem, kim są ich prawdziwi rodzice.

Wielką wartością tej książki jest to, że możemy spojrzeć nie tylko na historię żydowskich dzieci podczas zagłady, ale również zobaczyć ich losy w perspektywie lat, kiedy stają się oni dorośli. Przykład Ligockiej i jej najbliższego otoczenia pokazuje, że dzieciństwo przeżyte w tak trudnych okolicznościach kładzie się cieniem na całe życie człowieka.

Życie jest piękne...

 

Kadr z filmu Roberto Benigniego Życie jest piękne

Temat holocaustu widzianego w perspektywie dziecka pojawia się nie tylko w literaturze faktu i w beletrystyce, ale również w innych dziedzinach sztuki. Także film sięga po podobne tematy, o czym świadczy popularność takich tytułów jak  Lista Schindlera w reżyserii Stevena Spielberga, który przyczynił się do powstania kolejnych wspomnień, m. in. Dziewczynki w czerwonym płaszczyku czy Chłopca z listy Schindlera. Nikt jednak nie  zrealizował filmu o tej tematyce w tonacji tragiczno- komicznej. Uczynił to z wielkim sukcesem Roberto Benigni w swoim niezwykłym filmie zatytułowanym Życie jest piękne. 

Główny bohater, Guido, nie jest wprawdzie dzieckiem, ale ma mentalność dziecka, które nieustannie się bawi i wierzy naiwnie, że świat jest piękny i dobry. Towarzyszy mu prawdziwe dziecko – syn Guida i Dory – Giosué. Chroniąc go przed okrutną rzeczywistością, ojciec udaje, że wszystko, co się dzieje, jest grą, zabawą. Włochy ogarnia fala faszyzmu i Żydzi zaczynają być traktowani jako gorszy gatunek człowieka – spychani na margines i piętnowani, bici. Jednak najbardziej dramatyczne sceny rozgrywają się w obozie koncentracyjnym, do którego trafia cała rodzina. Na początku Guido tłumaczy przemówienie Niemca, aby w ten sposób przekonać dziecko, że wszystko, w czym uczestniczą, jest tylko rodzajem gry, w której zdobywa się wielką wygraną. Jest nią wymarzony przez chłopca czołg. Wszystkie wydarzenia, które następnie mają miejsce, przebiegają w takiej właśnie konwencji. Tragizm sytuacji miesza się z komizmem, dzięki czemu chłopcu udaje się przeżyć. Paradoksalnie – choć Guido ginie – spełnia się jego obietnica, gdy na opustoszałym placu pojawia się czołg. Zachowanie przez dorosłego bohatera perspektywy dziecka, które wierzy, że groźny otaczający go świat jedynie bawi się w zło i że dobro zawsze zwycięża, sprawia, że dziecko nigdy nie traci wiary w ludzi i w to, że życie jest piękne. 

Film Benigniego jest opowiedzianą w niekonwencjonalny sposób wielką afirmacją życia. Mimo nietypowej konwencji udowadnia, że życie ludzkie we wszystkich jego przejawach zawsze pozostanie najwyższą wartością, zasługującą na szacunek. 

Losy dzieci Holokaustu są problem szczególnie delikatnym i poruszającym, ponieważ są one wyjątkowo bezbronne wobec zła. Wydaje się, że świadectwo osób, które przeżyły, jest najbardziej wiarygodne i pozwala zrozumieć, jak doświadczenia te kładą się cieniem na całym życiu człowieka. Jednocześnie film, mimo dramatycznych przeżyć bohaterów, pozostawia jednak humanistyczne przesłanie dające człowiekowi nadzieję. 


środa, 13 grudnia 2017

"Droga Romo": List do siebie /recenzja książki/

„Droga Romo” R. Ligockiej to proza autobiograficzna o trudnym dorastaniu, konfliktach z matką, pierwszych przyjaźniach i miłościach, a także o toksycznych związkach z mężczyznami.

Wydawnictwo Literackie
Najnowsza książka Romy Ligockiej zatytułowana jest jak list do siebie samej: ”Droga Romo”.  W istocie, jest w jakimś sensie rozmową dojrzałej kobiety z młodą, 18 – 20 –letnią dziewczyną, jaką niegdyś była. Można by zapytać, czemu służy ten dialog z sobą – dawną Romą. Otóż przede wszystkim pozwala lepiej zrozumieć siebie tu i teraz. Zrozumieć i zaakceptować. Jest to także dialog z nieobecnymi, a jednak jakże bardzo obecnymi w życiu osobami – przede wszystkim z matką, z którą relacje były trudne.
W perypetiach dorastającej dziewczyny, w dodatku pozostawionej samej sobie, może się przejrzeć właściwie każda nastolatka, a także każda dojrzała kobieta, która ma ten burzliwy czas za sobą i nie poddała go żadnej refleksji.

Nastoletnia Roma, którą pamiętamy z ”Dobrego dziecka”, gdzie ukazane jest jej obciążone wojenną traumą dzieciństwo bez ojca, babć i dziadków, w ”Drogiej Romie” dorasta. Całą jednak liczną przed wojną rodzinę zastępuje jej teraz matka, gdyż tylko one ocalały z Holocaustu. Toteż ta jedyna bliska więź  także jest trudna i pełna urazów. W swojej najnowszej powieści pisarka przywołuje trudny okres dorastania. Matka przebywa wówczas w Wiedniu, aby zarobić na utrzymanie, ale śle ciągle do córki histeryczne listy, pełne obaw i lęków. Jest wprawdzie Marynia – gosposia, która prowadzi dom, ale nie ma to dla dziewczynki większego znaczenia. Jest depresyjna i cierpi na anoreksję. Dla nastoletniej Romy nastaje wreszcie czas pierwszych zauroczeń i inicjacji.

Właściwie to prosta historia dziewczyny – czytamy – która boi się sama siebie, boi się świata, a on zmienia się wokół niej tak szybko, jak zmienia się ona sama. Boi się matki, a jednocześnie czuje, że to matka się jej lęka. Nie lubisz jej , tej głupiej, niepoważnej istoty. Popełniała lekkomyślnie błędy, które jeszcze dziś cię bolą i których się wstydzisz.

Próbuje zatem zatrzymać tamten czas i spojrzeć na siebie – tamtą – z czułością i zrozumieniem, że chyba inaczej być nie mogło. Przywołuje więc w szczegółach tamten świat i siebie tamtą – samotną i bezbronną, wchodzącą w życie z trudnym bagażem doświadczeń.

 To jedna Roma. Ale jest także inna – która maluje, przyjaźni z artystami, (m.in. z Piotrem Skrzyneckim), ubiera w modne, z trudem zdobyte, stroje. Roma, która rozkwita i staje się przedmiotem adoracji mężczyzn. Po latach tak o tym myśli:

Wyglądać lepiej, czuć się pewniej, zagłuszyć lęki, nieśmiałość. Musicie mnie kochać, przecież tak się staram (…) Chęć posiadania rzeczy stawała się więc czasem obsesją, sprawą życia lub śmierci.

Z Romą obserwujemy także tamten świat, którego już nie ma: początki Piwnicy pod Baranami, festiwal młodzieży, życie powojennej krakowskiej bohemy.
Pisarka z godną podziwu szczerością odsłania także okoliczności swojego pierwszego małżeństwa z potomkiem arystokratów – Lordem, alkoholikiem, z którym spędziła dwa lata, pogrążając się wraz z nim  w postępującej autodestrukcji. I opisuje też wyzwolenie, które przyszło niespodziewanie i pozwoliło się uwolnić z tego zaklętego kręgu. Ale nawet w tym związku zdarzały się chwile romantyczne i metafizyczne, jak owa noc poślubna spędzona na zamku. Po latach stwierdzi:

Dziś wiem, że żaden mężczyzna, który będzie się pojawiał w twoim życiu, nie będzie całkiem twój. Nigdy. A ty właśnie dlatego będziesz się z nim spotykać, przekonana, że nic więcej ci się nie należy. Bo tego, co jest naprawdę piękne, cenne i ważne, tego na pewno nie można mieć. Ty tego nie możesz mieć!

Jednak większość refleksji, które odnajdziemy w kolejnej autobiograficznej książce Romy Ligockiej ma pozytywny wydźwięk. Niekiedy sama zastanawia się nad zasadnością powrotu do tamtych lat i konstatuje:

To bolało wtedy, boli i dziś. Ale nieopisane będzie jak niebyłe…

Proza Romy Ligockiej jest rodzajem świadectwa obecności tych wszystkich, którzy zaznaczyli się w życiu bohaterki i spletli z nim w nierozerwalny węzeł. Choć nieobecni fizycznie, nadal w nim są. Myślę, że tak samo, jak w życiu każdego z nas. Dlatego proza ta jest tak poruszająca, jest bowiem nie tylko autobiograficzna, ale zawiera także doświadczenia uniwersalne.


”Droga Romo” Romy Ligockiej będzie miała premierę 6 listopada 2014 roku w Wydawnictwie Literackim

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Kulturaonline 

Romy Ligockiej "Radość życia" /recenzja książki/

Najnowsza książka autorki „Dziewczynki w czerwonym płaszczyku” przypomina przygotowywanie hiszpańskiej paelli: różnorodne składniki, improwizacja i radość wspólnego tworzenia smakowitego dania. Pisarka zaprasza czytelników do ucztowania.

Roma Ligocka, Radość życia, Wydawnictwo Literackie

Życie jak paella


W przeciwieństwie do poprzednich, o najnowszej książce Romy Ligockiej nie sposób powiedzieć jednoznacznie, o czym jest. Jej różnorodność przywodzi na myśl znajdującą się w tym tomie scenę gotowania paelli. Bohaterka wrzuca na patelnię mnóstwo rozmaitych składników, trochę improwizuje i sama nie bardzo wie, jaki będzie ostateczny efekt – to niespodzianka. Przygotowywana wspólnie z bliską osobą potrawa nabiera dodatkowych walorów – gotowaniu towarzyszy rozmowa, żarty, emocje i wyczuwalne poczucie wyjątkowej więzi. Nic zatem dziwnego, że kiedy danie jest już gotowe, z wrażenia, ze szczęścia i miłości w ogóle nie chce nam się jeść. Kiedy jednak emocje nieco opadną i zaczyna się smakować to wspólne danie, okazuje się, że mamy do czynienia z dziełem idealnym, skończonym. Tak smakuje życie samo, kiedy zaczynamy przyglądać się mu z perspektywy, wspominać i smakować różne jego momenty: słodkie i gorzkie, ostre i łagodne, jak składniki paelli.

Pomiędzy scenami wspólnego gotowania z synem paelli a robieniem nalewki, która rozpoczyna tę opowieść, znajdziemy przeróżne ingrediencje, dotyczące zarówno teraźniejszości, jak i przeszłości. Podlane sosem wytrawnej refleksji, stają się niejako zaproszeniem do wspólnego stołu – do towarzyszenia Romie Ligockiej w jej wędrówce przez życie. Jak magdalenka zanurzona w herbacie w „Poszukiwaniu straconego czasu” Prousta, tak w prozie autorki „Dziewczynki w czerwonym płaszczyku” jakiś przedmiot, zdjęcie albo zdarzenie stają się pretekstem do snucia refleksji, odgrywając także rolę wehikułu czasu.
Spotkanie nieuleczalnie chorego przyjaciela staje się zaczynem refleksji na rozmaite tematy: umiejętności współczucia, bycia z drugim człowiekiem w trudnych chwilach, przemijania i utrwalania czasu na fotografii – wbrew wszystkiemu, a nawet powodem do umieszczenia w opowieści czegoś tak konkretnego, jak przepis na „zupę życia”.

Samotny wyjazd na święta pozwala – paradoksalnie – doświadczyć bliskości i zainteresowania:
Dzwonili wszyscy, nikt nie zapomniał. (…) Nagle poczułam, jak nigdy dotąd,  że ich naprawdę mam – byliśmy blisko, tak jak nigdy nie byliśmy, kiedy spędzaliśmy święta razem.

Kot jest dobry na wszystko


Sporo miejsca poświęca Ligocka czasom swojej pracy w teatrze, a potem w telewizji niemieckiej. Show biznes bywa zabawny, ale z perspektywy przede wszystkim nieludzki, bo obnaża wszystkie słabości: obłudę, próżność, pychę… A przede wszystkim – lęk przed utratą sławy. Pisarka ukazuje różne absurdy i paradoksy pracy z ludźmi show biznesu, aby na końcu stwierdzić, że to wszystko nie było warte ani jednej ludzkiej łzy. 

A przy tym wszystkim autorka „Radości życia” znajduje jeszcze miejsce, aby wpleść w tę opowieść… epizod z kotem, który przylgnął do niej podczas realizacji filmu, gdy cała ekipa trwała w beznadziejnym oczekiwaniu na poprawę pogody. Ludzie pili, pogrążali się w depresji, wyjeżdżali, a nasza bohaterka zaprzyjaźniła się tymczasem z mruczącym czworonogiem i staranie o niego, a potem wzięcie odpowiedzialności za jego los sprawiły, że przestały ją absorbować problemy związane z produkcją filmu. Ostatecznie realizacji filmu nie wznowiono, wszyscy się rozjechali, a kot – uśpiony i ukryty w torbie – wyemigrował nielegalnie z Chorwacji do Niemiec i odtąd wiódł dostatni żywot.

"Zgoda" zamiast "miłości"


Pisarka miesza więc tematy poważne z lekkimi, przez co jej opowieść staje się „jak w życiu”: słodko-gorzka. Ostatecznie tytuł „Radość życia” nabiera dodatkowych znaczeń – radości mimo wszystko, cieszenia się życiem nawet wówczas, kiedy nie głaszcze ono po głowie. Poza tym, jak to w pisarstwie Romy Ligockiej, snuje się przez te różne opowieści także wątek miłości: niekiedy trudnej i niemożliwej, jak uczucie ciotki Sabiny do jednego z więźniów obozu Birkenau, a przecież dające siłę i wolę przetrwania. Refleksje dotyczące miłości są u pisarki zaprawione goryczą minionych przeżyć:

Miłość nie chroni przed śmiercią nawet siebie samej – i nieraz ginie w katastrofie, którą sama tworzy.
Toteż słowo „miłość” zastępuje „zgodą” – zgodą na drugiego człowieka, w której zawiera się akceptacja także jego wad i słabości, wreszcie – akceptacja samej siebie, z towarzyszącym jak cień poczuciem winy, lękiem utraty.

Herbert i "utrata"


Z wątkiem „zgody” koresponduje temat „utraty”, zawarty we wspomnieniu dotyczącym Zbigniewa Herberta. Otóż Poeta odwiedził kiedyś Romę i jej męża w Monachium, gdzie czytał im swoje wiersze do późna w nocy. Jeden z nich, tłumaczenie z francuskiego, podarował wówczas Romie z dedykacją:
Mówi kobieta
Zgódź się na mnie bo miesiąc się zmienia
/…/
Dla ciebie tego świata ogrzeję kolory
Jeśli zostaniesz ze mną ponieważ się boję

Dla Romy
tłumacz
z czułością
Zbigniew Herbert

Ten wiersz, czytany po latach, uwewnętrznia się, stając się niejako wypowiedzią osobistą:

Nie potrafiłam Cię wtedy pokochać ani nawet zrozumieć… ale Ty mi to już dawno przebaczyłeś, więc teraz zostań ze mną, ponieważ się boję.

Niewielki epizod w życiu – jeden wspólny wieczór może czasem dopiero po latach zabłysnąć znaczeniami, nabrać mocy, jak owa nalewka.

Świat jest teatrem


Jest w tych pisarskich ingrediencjach także bardzo ważny komponent – czytelnik:
Rozmyślałam przez ten cały czas nad tym – pisze na koniec Roma Ligocka – że chciałabym zatrzymać przemijanie także i dla Ciebie, Czytelniku. Odgrodzić Cię od niego, zatrzymać choćby tylko na chwilę. Na tyle, ile Ci zajmie przeczytanie tej książki.

„Radość życia” Romy Ligockiej wzbogacają liczne zdjęcia autorki – chwile zatrzymane w czasie, jak w prozie W.G. Sebalda. Możemy je oglądać z komentarzem autorki albo kontemplować wypełniając własną treścią. Na okładce – projekty kostiumów Ligockiej: trzy postacie klaunów, jakby rodem z komedii dell'arte. Obok mężczyzny trzymającego na rękach dziecko stoi postać kobieca. Tamci zwróceni ku sobie, ona – także zamaskowana, zdaje się patrzeć w przeciwnym kierunku. Jak w dawnej włoskiej komedii, aktorzy, improwizując, bawią publiczność. Bywają nieszczęśliwie zakochani jak Arlekin, smutni, śmieszni, zabawni, wzruszający… Świat jest teatrem.


„Radość życia” Romy Ligockiej ukazała się w Wydawnictwie Literackim w październiku 2017 roku.

Wywiad z Romą Ligocką - pod tym linkiem

sobota, 2 września 2017

Z Romą Ligocką o "Dobrym dziecku" /wywiad/

Przy okazji Promocji Dobrych Książek rozmawiałam z Romą Ligocką o jej nowej powieści: "Dobre dziecko". Oto, co mi powiedziała:

Roma Ligocka w obiektywie Pawła Piotrowskiego

Barbara Lekarczyk-Cisek: Pani najnowsza proza nawiązuje do debiutanckiej powieści "Dziewczynka w czerwonym płaszczyku", kontynuując i pogłębiając pewne jej wątki. Cechą charakterystyczną obu tych powieści jest ich autobiografizm, a jednocześnie uniwersalizm ludzkich doświadczeń. Czy nie w tym tkwi sukces Pani pisarstwa, że może się w nim odnaleźć każdy wrażliwy i myślący człowiek?

Roma Ligocka: Cieszę się, że pani to zauważyła. Ten uniwersalizm jest najważniejszym kryterium mojej twórczości. Nigdy nie chciałam pisać książki dla wtajemniczonych. Ten uniwersalny wymiar moich powieści obrazuje pewna anegdota. Otóż moja znajoma mieszkająca w Nowym Jorku podarowała egzemplarz "Dziewczynki w czerwonym płaszczyku" w angielskim tłumaczeniu pewnemu Chińczykowi. Ten zamknął się z książką na cały weekend i po jej przeczytaniu powiedział, że dopiero teraz zrozumiał, czym był Holocaust. A dwa lata później przyjechał do Krakowa i podszedł do mnie podczas targów książki oznajmiając, że po przeczytaniu mojej książki miasto tak go zainteresowało, iż postanowił je zobaczyć. Pragnę pisać w taki sposób, aby czytelnicy mieli uniwersalne poczucie ludzkiego losu przepełnionego cierpieniem, a jednocześnie, by doświadczali zwycięstwa życia nad śmiercią. Każdy ma swój holocaust w jakimś momencie życia i każdy usiłuje uciec przed cierpieniem - jak ja przed Niemcami i wygrać z losem, jak próbowałam to uczynić ja czy moja matka.


Obie Pani powieści mają interesującą perspektywę narracyjną. "Dziewczynka w czerwonym płaszczyku" jest historią snutą z perspektywy dziecka, "Dobre dziecko" - z punktu widzenia nastolatki. Czy trudno było znaleźć odpowiedni język, aby opowieści te brzmiały wiarygodnie, a jednocześnie przemawiały do wyobraźni dorosłego czytelnika?

Wydaje mi się, że udało mi się znaleźć właściwy język - język dziecka. W latach 60., kiedy już mieszkałam na Zachodzie, ukazał się w Niemczech "Dziennik" Anny Frank, który zrobił wielką furorę w świecie. Już dawno namawiano mnie, abym napisała swoją historię, ale długo nie umiałam znaleźć odpowiedniego języka. Kiedy już do tego doszło, bardzo się pilnowałam, aby pisać tylko to, co naprawdę mogłam widzieć i przeżyć. Myślę, że ta debiutancka powieść dlatego tak przemawia do ludzi, że przedstawia obraz świata 5-, 6-letniego dziecka. Z kolei w książce "Dobre dziecko" trudność była jeszcze większa. Tym razem należało znaleźć język nastolatki, żeby zachować autentyzm. Tymczasem jest to wiek, w którym tak wiele się miesza w ludzkim życiu. Człowiek jest już trochę dorosły, ale zarazem jest jeszcze dzieckiem, które wielu rzeczy jeszcze nie rozumie, do czego nie jest skłonny przyznać się nawet sam przed sobą. Wielokrotnie cytuję w tej powieści coś, co mówią dorośli, a czego bohaterka jeszcze nie pojmuje. I tak prowadzę czytelnika w świat nastolatki… Myślę, że ten sposób pisania jest naprawdę moim wynalazkiem.


Zadebiutowała Pani w wieku lat sześćdziesięciu i była to od razu bardzo dojrzała proza. W dodatku odniosła niebywały sukces czytelniczy i została przetłumaczona na 22 języki, stając się międzynarodowym bestsellerem. Co, Pani zdaniem, zadecydowało o tym?

Zawsze coś pisałam: wiersze, sztuki teatralne… Maciej Słomczyński – mój przyjaciel, tłumacz Shakespeare'a - mawiał, że najlepszą prozę pisze się po pięćdziesiątce. Mając osiemnaście lat i przyjaźniąc się z pisarzami, wyobrażałam sobie, że w każdej chwili mogę być pisarką, co było oczywiście złudne. I rzeczywiście, zgodnie ze słowami autora Joe Alexa, w moim przypadku był to proces dojrzewania, ale wynika też z pokory wobec czytelnika. Miałam szacunek dla tematu, bo wiedziałam, że opisuję nie tylko swoje życie, ale również kawał historii, w której zanurzył mnie los. Bardzo długo wydawało mi się, że banalne słowa byłyby krzywdzące dla mojej babci, której obecność stale czułam, aż w jakimś momencie poczułam przyzwolenie. A sukces...? Początkowo "Dziewczynka w czerwonym płaszczyku" ukazała się po niemiecku i w pierwszych dniach ulokowano ją wśród książek dotyczących Holocaustu, których nikt nie kupował. I nagle znalazła się wśród bestsellerów. Chciałam pisać dla wszystkich, niezależnie od wieku, płci, narodowości i udało się. Ale do czegoś takiego trzeba dojrzeć.


Zarówno Pani proza, jak i malarstwo mają wspólną cechę – są w gruncie rzeczy interesującymi portretami kobiet: poza główną bohaterką, także matki, babek… Pani sytuuje się wśród rodziny nieistniejącej, a jednak ciągle obecnej w Pani życiu w postaci pamiątek, przedmiotów, ale również w pamięci pewnych wydarzeń.


Może dlatego, że bardzo chciałam mieć rodzinę. Te portrety powstały z tęsknoty. Z drugiej strony, była w naszej rodzinie taka siła tradycji, że coś się zachowało do dziś. Moja mama w "Dobrym dziecku" często powtarza: "Bo tak się robiło w domu". Jeżeli człowiek nie ma domu i rodziny w sensie fizycznym, to przynajmniej kultywuje tradycję. Jest taka legenda o rabinie, który, gdy żył, chodził do lasu i tam się modlił. Kiedy umarł i nie było już ani jego, ani jego książek, pozostało to miejsce w lesie. My dzisiaj nie mamy już nawet tego miejsca w lesie, ale wiemy, że ono kiedyś było. Nie ma rodziny, nie ma domu, nie ma większości przedmiotów, dlatego piszę o nich, aby ocalić je od zapomnienia. Jednocześnie przychodzi refleksja, jak wielką siłą jest tradycja, jak ważne są korzenie. Bywa, że nie zdajemy sobie sprawy, dlaczego myślimy i postępujemy tak, a nie inaczej. Tymczasem bardzo często ma to swoje źródło w naszej przeszłości, nawet jeśli o niej nic nie wiemy. Nie znając swoich korzeni, nie wiemy kim jesteśmy. Kiedy jednak ktoś nam to uświadomi, stajemy się jak nowo narodzeni, bo gdzieś przynależymy. To dlatego poczucie przynależności było dla mnie takie istotne, że nie mam ani rodziny, ani domu, ani tego wszystkiego, co kojarzy się z tradycją.

Umieszczenie w "Dobrym dziecku" pamiętnika babci sprawiało poza tym mi wielką przyjemność, ponieważ zanurzałam się w miłym, dostatnim i bezpiecznym świecie, w którym bywa się na balach, przyjęciach, nosi piękne stroje, smaży konfitury. Sądziłam, że opisuję świat miniony, a tymczasem stała się rzecz zaskakująca, ponieważ to, co opisuje moja babcia, jest dużo bliższe naszego dzisiejszego życia. Chciałam, aby czytelnicy sobie uświadomili, jak cudowny czas nam się przydarzył.

Okładka powieści "Dobre dziecko", Wyd. Literackie

Bohaterka "Dobrego dziecka" jest, paradoksalnie, bardziej samotna niż "Dziewczynka w czerwonym płaszczyku". Jedynie w gronie artystów czuje się dobrze. Czy są to Pani osobiste doświadczenia?

"Dobre dziecko" jest najbardziej osobistą z moich książek. Napisanie jej było bardzo bolesnym procesem, ale chciałam dojść do głębszej prawdy o sobie. Poza tym brak doświadczenia pisarskiego nie pozwalał mi w przypadku debiutanckiej powieści opisać wszystko, co przeżyłam. To był taki ból, cierpienie i upokorzenie, że musiałam dojrzeć jako pisarz… Trzeba było przejechać prawie cały świat, przeprowadzić wiele rozmów z czytelnikami, posłuchać ich pytań, aby dojść do napisania "Dobrego dziecka". Z taką właśnie gorzką refleksją, że każdy z nas chce być takim dobrym dzieckiem, gdziekolwiek by nie był i cokolwiek by robił. Całe życie się z tym borykamy, bo nie zawsze potrafimy sprostać tym wymaganiom, jaki stawiamy sobie i jakie stawiają nam inni.

Ta dziewczynka, to "dobre dziecko" jest chyba najbliżej mnie samej. Przez całe moje życie czułam się oddalona od innych. Byłam w jakiś sposób autystycznym dzieckiem, tylko że to nie choroba, ale historia i los uczyniły mnie taką. Zawsze czułam się oddzielona jakby szklaną szybą od reszty. Wszystkie moje przyjaźnie były niepełne. Wybrałam pracę w telewizji i w teatrze, która polega na byciu wśród ludzi, ale czułam się źle i było dla mnie prawdziwą ulgą, kiedy mogłam pisać czy malować, nie będąc częścią jakiejś społeczności. To jest gorzki los. W jakimś sensie zazdroszczę ludziom, którzy potrafią osiągnąć w przyjaźni i miłości jakąś jedność. Aby być naprawdę blisko ludzi, trzeba się tego nauczyć w dzieciństwie, tak samo jak uczymy się chodzić i mówić. Moja wiedza o sobie sprawiła, że mogłam dojrzeć do napisania tych książek po to, aby ktoś, kto będzie je czytał, mógł się w nich przejrzeć jak w lustrze, odnaleźć swoje problemy i je zrozumieć.


Czy planuje Pani kontynuować biograficzny wątek w swoich powieściach, czy też może chciałaby Pani napisać coś zupełnie innego?

W jakiś sposób zawsze czerpię z materii własnego życia. Napisałam trzy powieści będące moją biografią. Poza "Dziewczynką w czerwonym płaszczyku" i "Dobrym dzieckiem" jest to również opowieść o moim ojcu, zatytułowana "Tylko ja sama". Obecnie powieści te mają się ukazać w jednakowej szacie graficznej - jako trylogia. Tym razem chciałabym napisać coś o mężczyznach. Mam nawet tytuł: "Książka miłości i rozpaczy". Teraz pozostaje mi "tylko" dopisać do niego resztę.

Bagatela… Życzę powodzenia i dziękuję za rozmowę.


Roma Ligocka na krakowskim Rynku, fot. Paweł Piotrowski


Wywiad ukazał się pierwotnie na portalu Kulturaonline.pl  19 grudnia 2012 r.

„Feliks Janiewicz – Complete Violin Concertos” – nowy album wydany przez Narodowe Forum Muzyki

7 sierpnia 2026 roku premierę będzie miał nowy album Narodowego Forum Muzyki im. Witolda Lutosławskiego we Wrocławiu, nagrany przez Bartłomi...

Popularne posty